Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 264 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kod królów - Pierdomenico Baccalario

W piwnicy w Turynie, w miejscu zwanym Trybunał Miracles, jest ukryta Księga Języka Królów. Jest to najstarszy na świecie uniwersalny język, którego fragmenty są znane dzięki kilku królom i wielkim wodzom z przeszłości. Kto ma możliwość wypowiadania się w tym języku, osłabia moc swego słuchacza. Rodzice Beatrycze wyjechali do Ameryki, a ona została pod opieką wuja Glauca, właściciela księgarni antykwarycznej w sercu Turynu. Spędzać wakacje wśród zakurzonych tomów, to nie jest szczyt marzeń… Ale gdy na scenę wkracza Audrey, lodowata Francuzka, i Zakhar, enigmatyczny kolekcjoner książek, Beatrycze i jej wujek zostają wciągnięci w szalony pościg za skarbem. Tym, czego szuka Zakhar, jest bowiem słownik Języka Królów, najstarszego, uniwersalnego języka świata. Kto nim mówi, zdobywa władzę nad tymi, którzy słuchają. Glauco i Beatrycze muszą powstrzymać bezwzględnego bibliofila… Nim będzie za późno! Nowa publikacja autorstwa Pierdomenico Baccalario znanego między innymi z serii Ulysses Moore. Tajemnica, mroczna atmosfera, magia, przygoda i urok nieznanych zakamarków Turynu.

Opinie o ebooku Kod królów - Pierdomenico Baccalario

Fragment ebooka Kod królów - Pierdomenico Baccalario

KOD KRÓLÓW

Original Title: Ił Codice dei Re

Text by Pierdomenico Baccalario  Original cover and Illustrations by Matteo Piana

Wszystkie nazwy i postaci zawarte w tej książce należą do Edizione Piemme S.p.A.,  na wyłącznej licencji Atlantyca S.p.A. Tłumaczenie, jak i wszelkie adaptacje tekstu,  są własnością Atlantyca S.p.A. Wszelkie prawa zastrzeżone.

© Copyright by Edizioni Piemme S.p.A., via Tiziano 32, 20145 Milano, 2010

© International Rights by Atlantyca S.p.A., via Leopardi 8, 20123 Milano, Italia foreignrights@atlantyca.it www.atlantyca.com

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.,  Kraków 2011

Wszystkie prawa zastrzeżone.  Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki - z wyjątkiem cytatów  w artykułach i przeglądach krytycznych - możliwe jest tylko na podstawie zgody  wydawcy.

ISBN: 978-83-7895-652-5

Tłumaczenie: Dorota Duszyńska

Redakcja: Agnieszka Skórzewska  Korekta: Agnieszka Skórzewska, Renata Falkowska  DTP: Bernard Ptaszyński  Druk: Polska

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.  30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4a  Tel./fax 12 266 62 94, tel. 12 266 62 92  www.zielonasowa.pl wydawnictwo@zielonasowa.pl

Pierdomenico Baccalario

KOD KRÓLÓW

Ilustracje

Matteo Piana

Tłumaczenie

Dorota Duszyńska

Księgozbiór człowieka symbolizuje 

zawartość jego umysłu.

John Updike, „The New York Times”

Poświęciłem więcej czasu szachom, 

niż którejkolwiek z mych działalności. 

Kocham je, są mą namiętnością i rozrywką, 

a ten zakuty łeb, ojciec Adam, 

wciąż bezlitośnie mnie ogrywa.

Wolter

Ta książka jest dla Eleny

ROZDZIAŁ 1

DEBIUT*

* Tytuły rozdziałów są jednocześnie terminami szachowymi. [ten i pozostałe przyp. red.]

W połowie lipca Francuzka po raz pierwszy weszła do księgarni, wnosząc ze sobą lodowaty podmuch.

Beatrycze przebiegł dreszcz, chociaż znajdowała się dosyć daleko od drzwi, na szczycie drabiny wspartej o regał z poezją.

„Co się dzieje?” - zdziwiła się. Odłożyła wątły tomik, który trzymała w ręce i odwróciła głowę, by spojrzeć za siebie.

Zobaczyła młodą kobietę o spiczastym nosie, która stała w progu, wyprostowana, sztywna i z grymasem lekkiego niesmaku na twarzy. Była Francuzką, bez cienia wątpliwości, ubrana z tą nutą eleganckiej nonszalancji, którą Beatrycze nauczyła się rozpoznawać na pierwszy rzut oka. Styl, którego nienawidziła, ale który zarazem, gdzieś na dnie duszy, budził w niej zazdrość.

Nowo przybyła miała czarne błyszczące włosy ostrzyżone w klasycznego boba, wąskie dłonie o długich palcach, bez śladu lakieru na paznokciach, parę drobniutkich, ale mieniących się kolczyków. Ubrana była w bluzkę koloru mleka z wielką kokardą tuż pod dekoltem i obcisłą spódnicę, która podkreślała bardzo szczupłe nogi, zaś na stopach miała obowiązkowe balerinki.

Za jej plecami jaśniało rozproszone światło późnego popołudnia, wydobywając przepiękne tęczowe refleksy z napisu na szybie: ANTYKWARIAT POD ZŁOTYM SŁOŃCEM. BIAŁE KRUKI, EDYCJE KOLEKCJONERSKIE.

Młoda kobieta zaczęła rozglądać się dokoła z zaciekawieniem. Z jej ruchów Beatrycze wywnioskowała, że pewnie weszła tu przez pomyłkę albo żeby prosić o informację.

- Mogę w czymś pani pomóc? - zapytała, nie schodząc z drabiny.

Francuzka uniosła wzrok. Miała niewiarygodnie szare oczy, metaliczne niczym ostrze noża.

- Być może - odparła. - Szukam pana Glauca Bogliolo.

Powiedziała to, nie poruszając żadnym mięśniem twarzy, zaledwie uchylając usta. Wymówiła Glauca i Bogliolo z akcentem na ostatnich samogłoskach.

„Francuzka bez dwóch zdań” - pomyślała Beatrycze.

- To mój wujek - uśmiechnęła się i już postawiła stopę na niższym szczeblu skrzypiącej drabiny, zaraz jednak się rozmyśliła. Zachowując dystans, dodała: - Na pewno usłyszał dzwonek, za chwilkę do pani przyjdzie. 

Dziewczyna lekko wydęła wargi, wyraźnie zirytowana faktem, że Beatrycze nie rzuciła się na poszukiwanie wuja. 

„Francuzka z Paryża” - sprecyzowała swe myśli Beatrycze, odwracając się do niej plecami.

- Wspaniale, panie Bogliolo! Nie wiem, jak pan tego dokonał, ale to naprawdę wspaniałe! - rozległ się w tej samej chwili arystokratyczny głos Profesora, dobiegający zza kotary, która oddzielała sklep od prywatnego saloniku. - Wyszukał pan doprawdy niezrównany egzemplarz! - Profesor gestykulował, usiłując zarazem utorować sobie przejście i - co często mu się zdarzało zaplątał się w ciężką tkaninę. Po czym, uwolniwszy się…

- Profesorze, proszę uważać! - próbował go ostrzec drugi głos, za jego plecami.

Ale mężczyzna oczywiście zdążył już potknąć się na stopniu.

- Oooch! - zawołał.

Wykonał kilka akrobatycznych kroków i jakimś cudem zdołał dotrzeć do lady. Najpierw odłożył w bezpieczne miejsce dzieło, które ściskał w ręce i dopiero potem sam wsparł się o blat, odzyskując równowagę.

- Oooch, tak! Wspaniale! - powtórzył, prostując plecy. Ujął w dłonie książeczkę i przyglądał się jej z ukosa znad okularów. Podsunął ją sobie pod nos i głęboko wciągnął powietrze, żeby poczuć jej zapach. - To doprawdy wspaniałe: pierwsze wydanie Podróży Gulliwera Jonathana Swifta, nakładem Benl amina Motte'a z 1726 roku. Cudeńko! Autentyczne cudeńko, drogi przyjacielu!

Profesor przeczesał palcami włosy przycięte na pazia, stanął przed lustrem i przystawił wolumin do twarzy, po czym, kontemplując własne odbicie w towarzystwie dzieła Swifta, skomentował:

- Wiedział pan, że to jedyna książka, za którą kiedykolwiek dostał zapłatę od wydawcy? No cóż… to były inne czasy…

Na szczycie drabiny Beatrycze uśmiechnęła się. Obserwując Profesora, który pozował przed lustrem ze swym najnowszym nabytkiem, zastanawiała się, czy robił to z próżności, czy tylko nie mógł uwierzyć we własne szczęście…

- Pan Glauco Bogliolo? - zwróciła się do niego Francuzka, nadal nieporuszenie stojąca przy drzwiach.

Profesor odwrócił się sprawnym ruchem, jakby chcąc dostarczyć kolejnego dowodu swych gimnastycznych talentów. Dopiero teraz zauważył dziewczynę i przyjął wyraz zaskoczonej niewinności, przy czym widać było, że próbuje przypomnieć sobie, czy ją zna, czy też nie.

W końcu, skłaniając się ku wersji „nie”, wykonał lekki ukłon i zawołał:

- Enchante, mademoisełłe!

- Pani wybaczy… to jestem ja - za plecami Profesora znów odezwał się głos.

W ten właśnie sposób, nie mając o tym bladego pojęcia, wuj Glauco zapoczątkował kłopoty swoje i swej siostrzenicy.

Glauco Bogliolo był mężczyzną o imponującej posturze, dobrych oczach i łagodnym wyrazie twarzy. Mała bródka a la D'Artagnan zdradzała dziecięcą pasję do przygód, zaś duże, silne dłonie przywodziły na myśl lata spędzone na splataniu węzłów na żaglówkach. Pozostałości włosów przycięte miał na jeża, a okulary w szylkretowej [Specjalna masa, żółtawa z ciemnobrązowymi plamami, którą uzyskuje się ze skorupy żółwi szylkretowych.] oprawie, zawsze odsunięte nad czoło, tkwiły w niepewnej równowadze. Nie miał żadnej zmarszczki ani innych oznak, które pozwalałyby odgadnąć jego wiek. Beatrycze wiedziała tylko, że był młodszym bratem jej mamy.

Księgarz ominął zgrabnie Profesora, przytrzymując go w miejscu ręką wspartą na jego ramieniu, drugą zaś wyciągając do młodej damy z francuskiego kraju.

- Co mogę dla pani zrobić?

- Mamy umówione spotkanie.

- Ho ho! - skomentował Profesor niespodziewanie aluzyjnym tonem. - To dopiero ciekawa historia!

- Profesorze, mówimy o książkach.

- Nie wątpię, nie wątpię! - ciągnął starszy pan, odwijając z papierka dropsa, którego od razu wsadził sobie do ust i zaczął łakomie cmokać. - Muszę jednak panienkę uprzedzić, że obecny tu pan Bagliolo należy do… jak to się dzisiaj nazywa? Ach tak… zatwardziałych singli.

- Lepiej oszczędźmy sobie tych żarcików, Profesorze - uśmiechnął się Glauco, kierując go do drzwi. - Inaczej będę musiał podwoić panu cenę następnej książki!

- Którą ma być Frazer… [James George Frazer - szkocki antropolog, autor m.in. 12-tomowego dzieła Złota gałąź (1906-1915).] - przypomniał tenże, nim został wypchnięty na zewnątrz. - Dwanaście tomów, pierwsze wydanie.

- Do środy - uciął Glauco. 

- Och, tak! Wspaniale! Cudownie! Do środy! 

Profesor odszedł portykami [Otwarta część budynku z licznym kolumnami.], gubiąc się zaraz wśród przechodniów i wśród kart swej cennej książki.

Glauco, gdy się upewnił, że klient już nie zawróci, wszedł znów do sklepu i po krótkich przeprosinach zapytał:

- Spotkanie, powiedziała pani?

- Nazwisko Zakhar - uściśliła dziewczyna, niespeszona.

Beatrycze niby sięgnęła po następną książkę, ale naprawdę nastawiła uszu, żeby nie stracić ani słowa.

- Zakhar? - powtórzył jej wuj. - Takiego nazwiska nie zapomina się łatwo i rzeczywiście, jeśli się nie mylę…

Przeszedł za ladę i na chwilę zniknął za górą papierów, które tam zalegały. Pewnymi ruchami odkopał teczkę z ciemnobrązowej skóry, noszącą ślady tysięcznych podróży i tysięcznych dworców. Nacisnął zamki, które odskoczyły, i wydobył notes, ściągając z niego jednocześnie czarną gumkę. Strony notesu pokryte były gęsto pismem, z czerwonymi podkreśleniami tu i tam, a powtykane byle jak wizytówki co chwila wypadały.

- Zakhar… Zakhar…, ależ oczywiście! - zawołał. - Mamy spotkanie jutro rano, o dziesiątej.

- Pan Zakhar i ja przyjechaliśmy wcześniej - oświadczyła młoda kobieta. Po czym, wciąż nieruchoma, przeszyła Glauca spojrzeniem.

Czym konkretnie pachniały jej perfumy? 

Jaśminem? Brzoskwinią? 

A może czymś kolczastym: różą? kwiatem akacji? głogiem?

- Tym lepiej. Jak minęła podróż? - spytał uprzejmie Glauco.

- Doskonale.

- I o ile pamiętam, jesteście państwo z…

- Buenos Aires.

- To raj dla księgarzy. - Glauco rzucił pośpiesznie okiem na zegarek i dodał: - Ja i moja siostrzenica mieliśmy właśnie zamykać, ale jeśli życzy pani sobie zacząć rozmowę…

Wskazał na kotarę dzielącą księgarnię od saloniku na zapleczu.

- Sprawa jest krótka - stwierdziła Francuzka. 

I wyprzedając go, ruszyła w stronę kotary. 

Beatrycze zamyśliła się, po czym przykleiła żółtą karteczkę do książki, na której zakończyła katalogowanie, i szybko zeszła z drabiny.

Odnalazła na ladzie swój biały laptop, sprawdziła, czy zapisała na dysku ostatnią kartę Bookpedii, po czym zamknęła komputer jednym klapnięciem.

Podeszła do kotary na tyle, żeby słyszeć rozmowę. Wujek śmiał się, a potem zawołał:

- I chce kupić je wszystkie? To co najmniej dziwne!

- Dziwne, panie Bogliolo? - spytała rozmówczyni. - Naprawdę uważa pan za dziwną chęć odtworzenia zbiorów?

- Cóż, sama pani rozumie, nie mówimy o bibliotece Woltera, czy… bo ja wiem… kogoś sławnego. Przeciwnie, ja przynajmniej nie słyszałem nawet o tym…

- Pan Zakhar pragnie podkreślić, że nie będzie się targował o cenę.

- Ja też nigdy nie targuję się o cenę! To z pewnością nie stanowi problemu.

- Co więc stanowi problem?

Beatrycze pogłaskała rękami kotarę, wyczekując odpowiedzi wuja.

- Prawdę mówiąc, nie ma tu żadnego problemu. Tylko, że… proszę wybaczyć, ale czasami my, księgarze, chcielibyśmy zrozumieć, jakie powody skłaniają niektórych kolekcjonerów, by przyjść do nas z nieco… szczególnymi zamówieniami.

- Czy powody mają wpływ na pańską umiejętność wyszukiwania rzadkich książek?

- Czasami nawet blokują ją całkowicie.

Nastała niekończąca się chwila ciszy, podczas której Beatrycze wstrzymała oddech. Mogła teraz słyszeć tykanie zegara z wahadłem, swego czasu własność krewnych Garibaldiego, a także brzęczenie instalacji klimatyzacyjnej, która utrzymywała stalą temperaturę 21°C oraz kontrolowaną wilgotność powietrza.

- Czy mogę prosić panią o szczerość? - zapytał w końcu Glauco, przerywając milczenie.

- Oczywiście.

- Dlaczego przyszliście właśnie do mnie? W Turynie są dziesiątki znakomitych księgarni specjalistycznych i antykwariatów. I mnóstwo bukinistów z ciekawymi zbiorami.

- Pan Zakhar słyszał bardzo korzystne opinie na pana temat.

- A czy panu Zakharowi powiedziano też, że traktuję swą pracę… by tak rzec… głównie jako pasję?

- Naturalnie. Pańskie referencje były doskonałe. 

- A mógłbym wiedzieć kto…? 

- Nie. 

- Dlaczego?

- Dlatego, że nie jestem poinformowana o tych szczegółach. Mogę panu powiedzieć tylko to, co słyszałam od pana Zakhara.

- To znaczy?

- Że aby znaleźć jakąś książkę, trzeba udać się albo do najstarszych księgarzy w mieście, albo do najmłodszych entuzjastów.

- Mam czterdzieści dwa lata. Niech pani sama wybierze, do której kategorii mnie zaliczyć.

Młoda kobieta zdawała się nie chwytać dowcipu. Zaszurała butami i Beatrycze odskoczyła od kotary.

- Myślę, że najlepiej będzie, jeśli porozmawia pan, panie Bogliolo, bezpośrednio z panem Zakharem.

- Świetny pomysł. Możemy zobaczyć się jutro o dziesiątej, jak było uzgodnione…

- W Golden Palace.

- W Golden Palace, oczywiście. Złożę wam wizytę.

- Czy chce pan, żebym zostawiła katalog?

- Jeśli pani może. Przejrzę go.

Beatrycze odgadła, że rozmowa dobiegła końca. Nie czekając dłużej, uciekła i schroniła się za ladą, udając, że jest bardzo zajęta.

Francuzka wyłoniła się zza kotary i minęła dziewczynę bez słowa pożegnania. Podeszła do drzwi i powiedziała krótko:

- Do jutra, panie Bogliolo.

Glauco skinął jej głową, po czym wrócił do saloniku i zasiadł w swym ulubionym fotelu, z katalogiem w ręce.

- Wszystko w porządku? - zapytała Beatrycze, wsuwając głowę za kotarę. 

Księgarz uniósł wzrok i uśmiechnął się szeroko.

- Ej tam, siostrzeniczko! Co mi powiesz?

Był niespokojny, zauważyła to, ze zwykłą u niej zdolnością do wyczuwania stanu ducha innych ludzi. Miała coś w rodzaju szóstego zmysłu. Który czasem stawał się przeklętym szóstym zmysłem.

- Pytałam, czy wszystko w porządku.

Wuj zaśmiał się, wzruszając ramionami. Odłożył katalog na okrągły stolik i powiedział:

- Tak. W porządku, bo co?

- Wydajesz się jakiś dziwny.

W odpowiedzi Glauco ziewnął. Potem spojrzał na zegar.

- I może jestem, bo jeszcze niczego dzisiaj nie jadłem. Co byś powiedziała, gdybyśmy już zamknęli?

- Że to świetna myśl. 

I tak zrobili.

Zaciągnęli stare drewniane rolety, zamknęli przeszklone drzwi wejściowe, a Beatrycze wsunęła laptop do swej torby Hello Kitty.

- Czego chciała ta dziewczyna?

- Nic takiego.

„Dlaczego nie chce o tym rozmawiać?” - zastanawiała się Beatrycze, ale nie zadawała więcej pytań. Gdy wujeknie miał ochoty o czymś mówić, nie było możliwości, by cokolwiek z niego wydobyć. 

Maszerowali portykami ozłoconymi zachodzącym słońcem.

Była połowa lata, dni robiły się już krótsze i przed bramami zabytkowych kamienic progi z wygładzonego marmuru posiniały od cienia. Biegiem pokonali ulicę Po, przy gniewnym akompaniamencie dzwonka jakiegoś tramwaju, i skręcili w ulicę Montebello, by minąć wielkie banery Muzeum Kina i przemknąć pod rozświetloną kopułą Mole Antoneliana. Dotarli do otoczonego drzewami placyku i trzymając się jego prawej strony, wyszli na ulicę Santa Giulia, gdzie przystanęli przed drzwiami małej knajpki.

Weszli najpierw do sieni, potem do sal i ze stołami. Dopiero gdy zasiedli na swych zwykłych miejscach, Glauco wyjaśnił:

- Ta dziewczyna, jak ją nazywasz, jest sekretarką pewnego kolekcjonera o dziwacznym nazwisku. Nowy w branży, że tak powiem. Zostawiła mi katalog książek, które chce on koniecznie skompletować, i twierdzi, że może zapłacić każdą cenę, byle je zdobyć.

- Zapowiada się ciekawie - zauważyła Beatrycze, sięgając po menu dnia.

Z kuchni dochodziły oszałamiające zapachy, trudne do rozróżnienia.

- Zobaczymy jutro - podsumował Glauco, zakładając serwetkę za kołnierzyk koszuli.

ROZDZIAŁ 2

SKRZYDŁO

Ośmiornica z ziemniakami. 

Tagliatelle all' amatriciana doprawione ostrą papryką. 

Szaszłyki z kurczaka i sałatka z cykorii. 

Domowetiramisu.

Kolacja była absolutnie fantastyczna. 

Gdy podali deser, gospodarze dosiedli się do stołu antykwariusza i jego siostrzenicy. 

Beatrycze omawiała z kelnerką pewien telewizyjny program taneczny, zaś kucharz i Glauco dyskutowali o tym samym, co zawsze, jak dwójka dzieciaków, które nie pamiętają, o czym rozmawiały poprzednio. Najpierw zjawiska pozytywne, to znaczy: jak nam Turyn wypiękniał, jak się zmieniła dzielnica San Salvario i całe okolice dworca Porta Nuova. Potem negatywne: nie ma już prawdziwych turyńczyków (i obaj nimi nie byli), a co gorsza - nie uświadczysz już w centrum miasta przyzwoitej knajpy z lokalną kuchnią.

Zrobiła się jedenasta i dopiero wtedy Glauco zorientował się, jak jest późno. Podskoczył na krześle:

- Siostrzenico! Już jedenasta! Gdyby twoja matka wiedziała! Biegiem do spania!

Beatrycze wybuchnęła śmiechem, podczas gdy wuj szykował się do zapłacenia rachunku, który zawsze obliczano w pamięci i który nigdy nie powtarzał kwoty z poprzedniego wieczoru. Szukał portfela w kieszeniach swej lnianej marynarki i spodni, powtarzając:

- Prędko, prędko! Jest strasznie późno, pora spać!

- Ale wujku… - wtrąciła Beatrycze. - I tak nigdy nie gasisz światła przed trzecią!

- A ty skąd to wiesz? - Wuj przestał w końcu przeszukiwać ubranie i dodał: - Na wszystkie brody świętego Antoniego! Pewnie zostawiłem go w księgarni!

Beatrycze sięgała już po swą portmonetkę, ale kucharz ją powstrzymał.

- Nie ma mowy, piękna panno. Jutro też będziemy w Turynie, nieprawda?

Glauco przeprosił na sto różnych sposobów, po czym wyszli, pochylając głowy, żeby ich nie rozbić o na wpół opuszczoną roletę, i ruszyli żwawym krokiem w stronę rzeki.

- Skleroza! - żalił się głośno Glauco. - Na szczęście jeszcze nie zgubiłem kluczy od domu! 

Beatrycze miała zapasowy komplet. I wiedziała, że jeszcze jeden był w kawiarni obok domu, na wszelki wypadek.

Rzeka płynęła z prawej strony na lewą, tworząc małe wiry pod mostem. Przed nimi wznosiła się rzymska kolumnada kościoła Gran Madre i jego majestatyczna, wspaniała kopuła. Jedna z wielkich figur umieszczonych przed budowlą trzymała w górze kielich, jakby wznosiła toast za miasto.

Wuj i siostrzenica obeszli schody z ciemnego kamienia i zapuścili się w wąskie uliczki dzielnicy. Parę minut później otworzyli bramę domu, wspięli się na ostatnie piętro i szeroko rozwarli okiennice dachowych okien. Pogrążyli się w kontemplacji kaskady dachów, które spływały ku rzece, i iskrzących się świateł zabytkowego centrum na drugim brzegu Padu. Zuchwała kopuła Mole Antonelliana, niska, najeżona blankami sylweta zamku, czarne i połyskliwe dachy Pałacu Królewskiego, pochylone w blasku księżyca. W tle profil gór, ostry niczym zęby smoka.

Beatrycze oparła się o balustradę małego balkonu, przebiegając wzrokiem całe to morze świateł. Wdychała zapach rozmarynu, szałwii i mięty, które posadzili parę tygodni temu. Wuj poszedł po butelkę chłodnej wody z lodówki.

- Dobranoc! - pożegnał się, wichrząc dłonią włosy siostrzenicy, z czułością i nieco niezdarnie. Wiele niewypowiedzianych słów było w tym prostym geście.

- Dobranoc, wujku - odpowiedziała Beatrycze, gdy on już odszedł. 

Poczekała, aż ucichnie szum prysznica, potem zamknęła okno i cofnęła się do wnętrza.

Mansarda, w której mieszkali była obszerna, o skośnych sufitach i nieregularnych kształtach, pełna książek i mechanicznych przedmiotów, które wyglądały jak części dawnych samochodów, a były instrumentami nawigacyjnymi żaglowców. Idąc przez to mieszkanie nocą, miało się wrażenie, że trafiło się do jakiegoś zaczarowanego królestwa.

Wuj Glauco wyszedł z łazienki, jak zwykle wybrał jakąś książkę i chwilę później - klik - zapalił lampkę w gabinecie.

Beatrycze poszła do swojego pokoju, wyciągnęła piżamę spod poduszki i ziewnęła. Jej spojrzenie padło na fotografię mamy i taty wsuniętą za ramę obrazu.

Uśmiechnęła się zamyślona. 

Usiadła na wełnianym materacu, oparła poduszkę o esy floresy starego żelaznego wezgłowia i sprawdziła godzinę. Budzik na nocnej szafce wyświetlał 00.00.

Godzina zero.

Czyli trzecia po południu w Ameryce.

Odpowiednia pora, żeby zadzwonić do rodziców i zapytać, jak idą badania, czy doktor powiedział coś tacie, czy leczenie przynosi poprawę.

Mogłaby powiedzieć mamie, że z wujkiem Glaukiem wszystko dobrze się ułożyło. Że po pierwszych dniach, trudnych dla obojga, doszli do porozumienia. Że nawet zaczęła lubić pracę w księgarni. Nie żeby zaraz pokochała książki, z tymi wszystkimi słowami i zawiłymi historiami, które wymagają skupienia, o nie, ale… podobała jej się atmosfera, gabloty z rzadkimi egzemplarzami… a poza tym przypadli jej do gustu klienci: Profesor, Hrabiowska Para, pan Majoranna, Dziekan, Bientot… Lubiła chodzić z Glaukiem do trattorii, a nawet gotować razem z nim w soboty. Lubiła hodować zioła zamiast kwiatków i udzielać wujkowi rad co do dziewczyn, które czasami go odwiedzały. Uwielbiała nakładać pędzlem na grzbiety starych tomów ochronny wosk sprowadzany z samego Paryża. Lubiła katalogować książki, w czym była wielce skrupulatna. I zasypiać, słysząc, jak wujek w pokoju obok szeleści kartkami książek.

To był przyjemny wieczór. A wcześniej przyjemny dzień. A więc tak, chyba mogłaby zadzwonić do rodziców. Ale nie zadzwoniła.

Bała się. Bała się, że ta jej wrażliwość, ta przeklęta umiejętność odgadywania stanu ducha innych osób, wytnie jej jakiś paskudny numer. Mogłaby na przykład wyczuć w głosie mamy jakiś ton wskazujący na to, że sprawy nie idą tak dobrze, jak ona chciałaby to jej przedstawić. Mogłaby na przykład zorientować się, po raz kolejny, że rodzice nie mówią jej wszystkiego.

A wtedy znowu poczułaby to coś bezimienne, co zatrzepotało w jej żołądku wiele miesięcy temu, gdy po raz pierwszy zrozumiała, że jest okłamywana.

Salamandra.

Beatrycze tak to nazwała, to uczucie bez imienia.

Bo wszystko, nawet najgorsza rzecz, musi mieć imię.

Wzięła gorący prysznic.

Rozmyślała o wielu sprawach.

Także o młodej Francuzce.

Gdy suszyła włosy, salamandra uspokoiła się w jej żołądku, i niewiele później Beatrycze zgasiła światło. 

Słyszała, jak wuj przewraca kartki książki, powoli i w samotności, niczym średniowieczny mnich skryba.

ROZDZIAŁ 3

JADOUBE

Rodzice Beatrycze wyjechali do Los Angeles przed dwoma tygodniami. I miel i pozostać tam przez całe lato. W chwili wyjazdu tato Beatrycze czuł się bardzo źle: był ciężko chory, czarna nienawistna gruda zagnieździła się w jego ciele, sprawiając, że topniał jak śnieg na słońcu.

Podróż do Stanów Zjednoczonych, do kliniki specjalizującej się w cudach medycyny, była ostatnią nadzieją na poprawę jego stanu.

To było mniej więcej wszystko, co wiedziała Beatrycze. Nie zadawała wielu pytań, ale rozumiała, że sytuacja jest poważna, chociaż mama i tato nigdy nie przedstawili sprawy jasno. Czy można zresztą wymagać jasności od kogoś, na kogo spadła ciemność?

Bez protestu przyjęła propozycję spędzenia lata z młodszym bratem mamy, wujem Glaukiem.

Księgarzem antykwariuszem.

Z dziwnym wujkiem, mieszkającym w Turynie, mieście zupełnie nieatrakcyjnym, którego przyzwyczajona do życia na wsi Beatrycze nigdy nie lubiła i niechętnie spędzała w nim choćby popołudnie. W ogóle nie przepadała za miastami, a za Turynem w szczególności.

Na początku było naprawdę ciężko. Wujek Glauco pokazał jej mieszkanie i pokój gościnny, który przez najbliższe miesiące miał być jej pokojem.

Powiedział: „Rób co chcesz, może za wyjątkiem… przyklejania rzeczy do tapety. I uważaj na meble. Są z osiemnastego wieku”.

„Przyklejania rzeczy…”

Miał na myśli to, co reszta świata nazywa plakatami, zdjęciami. Ona na szczęście nie miała „rzeczy” do przyklejenia, tylko jedną fotografię swego ulubionego tancerza. I co najmniej przez tydzień trzymała ubrania poskładane w walizce.

Później, powolutku, pomalutku, zaczęła się zadomawiać. Kawałek po kawałku obejrzała swój pokoik, uważnie przestudiowała dwa olejne pejzaże wiszące w ramach na ścianie, litografie nieznanych artystów, potem jaskrawe, żółto-zielone obicia mebli, maleńki balkonik wśród dachów. 

Zaczęła spacerować ulicami, przyglądając się ludziom, którzy wchodzili i wychodzili z kafejek. 

Zjadła gigantyczną porcję lodów u Fiorio, parę kroków od księgarni wujka.

I zdecydowała, że jednak lubi Turyn.

Właśnie tak, zdecydowała i już. Jakby chodziło o życiową zasadę.

Przybrała twarz w uśmiech i myśląc nieustannie o mamie i tacie, stawiła czoło swemu nowemu życiu w gościnie, z całą lekkością, na jaką mogła się zdobyć.

Nie stawiając pytań.

Wypełniając czas katalogowaniem książek w antykwariacie. 

Pozwalając upływać dniom. 

I jakoś szło.

Dziewiąta.

Beatrycze postawiła czajnik na gazie i usiadła na marmurowym blacie obok kuchenki, zwieszając bose stopy, czego we własnym domu nigdy nie mogłaby zrobić.

- Co ci jest? - zapytała wujka.

Glauco ziewał przy każdym ruchu. Bródkę a la D'Artagnan miał przekrzywioną, a odcisk poduszki przecinał mu cały policzek.

- Miałem paskudny sen. Gorzej, całą serie paskudnych snów. 

- W rodzaju? 

Glauco nie odpowiedział. Usiadł i zaczął przeglądać „La Stampa”, turyński dziennik.

„Kiedy on po niego poszedł?” - zdziwiła się Beatrycze. Nie słyszała, żeby wychodził. Musiała bardzo twardo spać.

Podczas gdy zalewała wrzątkiem kawę zbożową, zauważyła odłożoną niedbale książeczkę objętości jakichś pięćdziesięciu stron, wydrukowaną na eleganckim papierze, w subtelnej szarej oprawie.

Był to katalog, który młoda Francuzka zostawiła wujkowi poprzedniego popołudnia. 

Beatrycze obróciła go czubkiem palca. 

Napis na okładce głosił:

Katalog biblioteki Bena Hebrajczyka 

Z Laąuedemów turyńskich z ulicy Dora Grossa.

Tak jak był dany do uźrzenia i spisania przez Jego Wysokość 

Króla Wiktora Amadeusza II jego pokornemu słudze 

Giobatcie Venturino z Varazze. 

W Turynie, roku Pańskiego 1731

- Ładnie wygląda - skomentowała dziewczyna.

- Szkoda, że to reprint - odparł Glauco zza gazety.

- Co takiego?

- Kopia. To nie jest oryginalny katalog. Tak naprawdę, przypuszczam, że nawet oryginał nie jest prawdziwym katalogiem, raczej czymś w rodzaju żartu tego pana Zakhara…

- Dlaczego tak mówisz?

- Otwórz go.

Beatrycze już to zrobiła. Jak wszystkie inne katalogi, które zdarzyło się jej oglądać w ostatnich tygodniach, także i ten zawierał listę książek opatrzonych kolejnymi numerami i podzielonych na kategorie. Dla każdej pozycji podany był tytuł, autor, drukarz, liczba stron lub arkuszy, które się na nią składały, oraz kilka informacji dotyczących treści. Przytaczano ponadto ciekawostki dla kolekcjonerów, mające pomóc im w decyzji: kupić, nie kupić. Dla Beatrycze także i ten katalog, jak inne, był po prostu śmiertelnie nudnym spisem. Ale teraz już wiedziała, że dla bibliofilów katalogi są niczym skrzynie pełne skarbów.

Gdy do księgarni docierał jakiś nowy, wuj natychmiast zabierał się do przeglądania, czasem przy tym podskakując na siedzeniu, czasem wybuchając śmiechem lub wykrzykując: „Genialne!”, „Za taką cenę?”, „Ależ to z 1825 roku nie jest pierwszym wydaniem!”, „Na czerpanym papierze!”.

I tym podobne. 

Spomiędzy kartek książeczki wystawała zakładka z logo wujowskiej księgarni. Beatrycze wyciągnęła ją ostrożnie.

Glauco Bogliolo „podpisywał” swe książki i wizytówki księgarni Pod Złotym Słońcem rysunkiem wiadra na sznurze, zwanego niegdyś „bugliolo”, wypełnionego literami.

Na założonej stronie wykonany ołówkiem znak wyróżniał książkę numer 61a: Marfiorii, bacalarii cubantis Romae, de pelandis mascarandisąue cardinalium mulis.

Beatrycze przeczytała na głos tytuł raz i drugi, a Glauco przetłumaczył:

- Przez Marfioria, bakałarza w Rzymie zaległego, o kulbaczeniu i czaprakowaniu kardynalskich mułów.

- Wow! - zawołała z udawanym zdumieniem Beatrycze, pociągając łyk kawy. - Czy to rzadka książka? 

Glauco zachichotał.

- Mało powiedziane!

- Czy to bardzo rzadka książka? 

Wuj opuścił gazetę.

- Jeszcze rzadsza.

- Unikatowa?

- Tak rzadka, że aż nieistniejąca. To książka całkowicie wymyślona. 

Beatrycze spojrzała na katalog.

- W jakim sensie wymyślona?

- W dosłownym. Ta książka, i na tej pozycji w katalogu, jest czymś w rodzaju przynęty. Haczykiem zarzuconym po to, żeby sprawdzić, czy księgarz naprawdę zna się na swoim fachu.

- 61a? - spytała Beatrycze.

- Właśnie. To ta sama pozycja, na której umieścił ją po raz pierwszy pisarz nazwiskiem Francois Rabelais [wym. Fransua Rable], gdy ją wymyślił. Znasz historię Gargantui i Pantagruela?

- Wiem tylko, że to dwaj olbrzymi i że ich dzieje zostały napisane w 1500 roku.

- W rozdziale siódmym księgi drugiej - wyjaśnił Glauco - pojawia się katalog biblioteki opactwa św. Wiktora, biblioteki, która w 1528 roku istniała naprawdę, a nawet była bardzo poważana i często odwiedzana przez wielkich uczonych… Rabelais postanowił ich nabrać: wymyślił katalog samych zwariowanych tytułów, jeden bardziej absurdalny i śmieszniejszy od drugiego. Chciał sobie zadrwić ze wszystkich kolekcjonerów książek.

- A ten…

- Jest jednym z tych, które wymyślił.

- A co oznacza?

- Nie mam pojęcia. Ale to nie jedyna dziwna rzecz. Widzisz… nasza francuska panna powiedziała mi wczoraj, że ten Zakhar jest skłonny zapłacić dowolną cenę, żeby tylko dostać wszystkie książki wymienione w katalogu. Ale poza wyimaginowaną książką od Rabelais'go, jest w nim to… - Glauco prędko przerzucił kartki, by zatrzymać się na 179 pozycji. Została przekreślona czarną linią, ale wciąż można było odczytać, co niegdyś zapisano pod spodem: 179. Umieszczenie i opisanie ziem signorii Rummen. Pospołu ród i pochodzenie panów tych ziem, przez mistrza Dornelisa Van Scheepdaala. Mastricht, Jean Nypels, 1615. Format duodecimo, 88 stron i 2 ryciny przedstawiające monety z Rummen; zabytkowa oprawa, bardzo bogata, szkarłatna, z herbem Rummen haftowanym jedwabiem i złotem.

Beatrycze odczytała całość jednym tchem, nie rozumiejąc ani słowa.

- Także ta książka pochodzi z fikcyjnego katalogu… - wyjaśnił wujek. - Z katalogu hrabiego Jana Nepomucena Augusta Pichaulda, który naturalnie nigdy nie chodził po świecie. To kolejny tytuł-dowcip, wymyślony przez księgarza żartownisia, który zwał się Renier Hubert Ghislain Chalon. Ale, jak widzisz, książka jest przekreślona.

- Czyli? - dopytywała się Beatrycze.

- Z tego, co mówiła jego sekretarka, książki przekreślone, to te, które Zakhar zdobył już innym sposobem.

- Ale jak mógł ją znaleźć, skoro książka nie istnieje?

- To jeszcze nie wszystko! Na okładce, tutaj, jest wydrukowane… Turyn, 1731. 

- Na zlecenie Giobatty Venturina - odcyfrowała Beatrycze.

- Księgarz żartowniś, który wymyślił tytuł tej książki, zrobił to sto lat później, w 1840 roku. 

Beatrycze wzruszyła ramionami.

- No i co?

- To, że książka nie mogła znajdować się w żadnej bibliotece w 1731 roku, z tego prostego powodu, że nie została jeszcze… wymyślona!

- Wow - powtórzyła Beatrycze, ale tym razem z większym przekonaniem. - Właściwie nic z tego nie zrozumiałam, wujku, ale mam przeczucie, że stoimy przed… niezłą zagadką.

- Ja nazwałbym to raczej robieniem w konia. - Po czym, zorientowawszy się która godzina, Glauco wstał i oświadczył: - Muszę uciekać.

- Zabierzesz mnie na to spotkanie?

- Tylko jeśli przyrzekniesz, że nie uśniesz! I… - Glauco zaśmiał się, dodając: - Jeżeli pożyczysz mi pieniądze na taksówkę.

ROZDZIAŁ 4

CZARNY KRÓL

Golden Palace to jedyny luksusowy hotel w mieście - zabytkowy pałac o imponującej bryle z szarego kamienia, której lekkości przydawały rzędy wąskich okien.

Glauco i Beatrycze stawili się z doskonałą punktualnością. Bez słowa minęli dwa wielkie i ciemne posągi strzegące wejścia i z wybiciem godziny dziesiątej ruszyli do recepcji przez obszerny holl o posadzce z czarnego marmuru. Zatrzymali się przed kontuarem, który tworzyły kanciaste bloki obłożone macicą perłową. Nad ich głowami otwierała się ogromna świetlista kopuła, ujęta w ramę ze złotych profili, geometrycznych żyrandoli i pozłacanych gałązek. Powietrze rozbrzmiewało szmerem wody w fontannie.

W tym majestatycznym otoczeniu Beatrycze poczuła się trochę nie na miejscu. Po raz pierwszy zauważyła, jak bardzo zakurzone są jej buty i że spodnie wujka mają trzy małe plamki. Dostrzegła też, że wuj Glauco, mimo swej pokaźnej postury, również wyglądał na onieśmielonego, gdy tak stał przed nieskazitelnie wyglądającą dziewczyną z recepcji, która wskazywała mu kierunek.

Księgarz wysłuchał, po czym machnął przyzywająco ręką i skierował się ku windom.

- Co ci powiedziała? - spytała Beatrycze.

- Że pan Zakhar oczekuje nas w spa.

- A co to jest spa? 

Glauco nacisnął guzik windy, nim portier w liberii zdążył go w tym wyręczyć.

- Centrum odnowy biologicznej. Takie miejsce… złote drzwi windy rozsunęły się z miękkim szelestem… gdzie człowiek idzie, żeby się zrelaksować, zażyć kąpieli w wodach termalnych, skorzystać z sauny i…

Beatrycze nie mogła się zorientować, czy jadą w górę, czy w dół. 

Gdy drzwi otworzyły się ponownie, wszystko było… błękitem.

- Witam, panie Bogliolo - odezwała się młoda Francuzka. 

Następnie obrzuciła pytającym spojrzeniem Beatrycze.

- Moja siostrzenica - przypomniał jej Glauco.

- Dzieci poniżej dziesiątego roku życia nie mają wstępu do spa - zabeczał windziarz.

- Mam czternaście lat - oznajmiła Beatrycze. 

Irytacja, niechęć i lekkie zakłopotanie mignęły w spojrzeniu francuskiej sekretarki.

Powietrze aż szczypało w nos zapachem chloru, pary i wyrafinowanych środków odkażających.

- Pan Zakhar czeka na was - powiedziała kobieta, ruszając przodem.

Znaleźli się na brzegu wielkiego błękitnego basenu. Na ścianach wyświetlano dzieła sztuki elektronicznej. Dwie kaskady źródlanej wody na krótszym boku basenu wypełniały pomieszczenie delikatnym bulgoczącym dźwiękiem.

Francuska sekretarka odprowadziła Glauca i Beatrycze do długiego stołu z czarnego drewna i aluminium i poprosiła gestem, by zaczekali.

Zaanonsowała ich, a z wody odpowiedział im baryton: - Znakomicie. 

Zakhar. 

Był jedynym korzystającym z basenu. 

Beatrycze dostrzegła ciemną sylwetkę mężczyzny, który płynął powoli. Dotarł do półkolistych stopni basenu, z całkowitym spokojem wyszedł z wody i owinął się miękkim szlafrokiem z bawełnianej piki.

Boso podszedł do stołu.

- Pan Bogliolo - odezwał się, podając rękę Glaucowi. Miło pana poznać. 

Powiedział to bardzo powoli, po włosku. 

Glauco wybąkał zdawkową odpowiedź, wyraźnie zaskoczony. Pan Zakhar był doskonale zbudowanym mężczyzną o orientalnej urodzie i niebieskich oczach. Miał prawie dwa metry wzrostu, szerokie ramiona, muskularne nogi, duże, lecz proporcjonalne dłonie i stopy. Lewe ucho zdobił mu mały złoty kolczyk i bardziej niż na kolekcjonera rzadkich książek wyglądał na gwiazdę rocka.

- Czy możemy zaproponować państwu coś do picia?

- Wolałbym przejść od razu do rzeczy, jeśli nie ma pan nic przeciw temu… - odpowiedział księgarz. Przestawił parę razy krzesło przy stole, nie mogąc się zdecydować na zajęcie miejsca. Oczy miał spuszczone, jakby bał się napotkać przenikliwy wzrok mieszkańca Maghrebu [Maghreb [wym. magreb] - kraje muzułmańskie w północno-zachodniej Afryce: Maroko, Algieria i Tunezja, które łączy wspólnota języka, religii i kultury.].

- Jak pan sobie życzy. To pan gra na własnym boisku… Mam nadzieję, że mój włoski jest zrozumiały.

- Pan Zakhar zaczął się go uczyć zaledwie przed miesiącem - podkreśliła Francuzka.

- Jest… jest perfekcyjny, panie Zakhar - wymamrotał Glauco, któremu w końcu udało się usadowić. - Ale… chciałbym od początku postawić sprawę jasno, ponieważ… obawiam się, że są pewne problemy… w tej całej historii. 

Splótł ręce na stole. 

Dłonie miał spocone.

- Proszę nam je przedstawić - odparł Zakhar, ze spokojem zasiadając naprzeciw rozmówcy. Gdy usiadł, stół, który jeszcze przed chwilą wydawał się Beatrycze ogromny, nagle stał się całkiem mały.

- Nie chciałbym okazać się nieuprzejmy… - ciągnął tymczasem Glauco - ale od rana zadaję sobie pytanie, z coraz większą dozą zwątpienia, czy nie chodzi aby o jakiś żart?

Francuzka rzuciła panu Zakharowi zdumione spojrzenie, po czym upewniła się:

- Żart, panie Bogliolo?

W ręce księgarza, niczym za sprawą magicznej sztuczki, pojawił się katalog Bena Hebrajczyka.

- Ten katalog… co on dokładnie ma znaczyć? Dlaczego mi go zostawiliście?

Francuzka już zamierzała zabrać głos, ale Zakhar uprzedził ją z uśmiechem, w którym było coś niepokojącego.

- Przypuszczam, że panna Audrey wyjaśniła panu w czym rzecz.

„Audrey” - zarejestrowała Beatrycze, patrząc tamtej prosto w oczy. - „Więc tak masz na imię”.

- Panna Audrey wyjaśniła mi tylko, że jest pan kolekcjonerem starodruków.

- Tak właśnie jest.

Glauco kiwnął parę razy głową, jakby chciał przywołać najlepsze słowa, by wyrazić swoje myśli.

- Aha. Jeśli nie jest to zbyt niedyskretne… mogę zapytać, jakiego rodzaju starodruki lubi pan kolekcjonować?

Zakhar nie odpowiedział od razu. Odczekał parę sekund, po czym wybuchnął dźwięcznym śmiechem.

- Och! Więc o to chodzi, panie Bogliolo? Czy ja naprawdę jestem kolekcjonerem książek? - Wskazał na siebie. Dłonie i paznokcie miał doskonałe, idealnie wypielęgnowane. - Niech no zgadnę: nie mam wyglądu typowego bibliofila, prawda? Wydaje się to panu dziwne, żebyśmy obaj mogli dzielić tę samą szczególną pasję? Zaraz, zaraz, jak to się mówi w pańskim języku? Prawdziwa rozkosz kolekcjonera nie polega na posiadaniu, ale na zdobywaniu: polować na zwierzynę i…

-Gromadzić trofea - dokończył za niego Glauco. 

- Beraldi, La reliure du XIXe siècle.

- Dokładnie tak - mruknął Glauco z nutą zaskoczenia w głosie.

- Widzi pan, że co nieco jednak wiem? Proszę mnie przeegzaminować. Są tylko trzy warunki sukcesu kolekcjonera: nogi jelenia, czas próżniaka i cierpliwość Izraelity.

Glauco ponownie skinął głową, z miną grającego w okręty, który widzi, jak tonie jego flagowy pięciomasztowiec.

- A to napisał Balzac, w odniesieniu do kuzyna Ponsa, słynnego maniaka książek.

- Dokładnie tak, monsieur! Dokładnie. Prędkość, czas i cierpliwość. Trzy cechy, które, mogę pana zapewnić, posiadam w komplecie. Plus pewną czwartą, która nigdy nie szkodzi.

- Nie chciałem pana urazić, proszę wierzyć, panie Zakhar, ale… jak już wspomniałem, jest parę nieścisłości, których… pańska asystentka…

- Audrey…

- Nie wyjaśniła mi. A może to ja nie wyjaśniłem wszystkiego. Po pierwsze, nie jestem typowym sprzedawcą. Nic mnie nie zmusza i nie chcę czuć się zmuszony do pertraktowania z każdym klientem. Wykonuję ten zawód dla przyjemności. Gdybym miał pracować dla pieniędzy, lepiej bym zrobił, otwierając restaurację regionalną.