Wydawca: Videograf Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 450 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 15 min Lektor: Marcin Popczyński

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 15 min Lektor: Marcin Popczyński

Opis ebooka Kod Himmlera - Przemysław Piotrowski

W 1943 roku dochodzi do przerażającego wydarzenia w nazistowskich bunkrach Olbrzyma w Górach Sowich. Dwa lata po wojnie brytyjski marines zostaje z grupą najlepszych komandosów wysłany na Antarktydę, gdzie cudem udaje mu się przeżyć.
Czasy obecne. W okolicy norweskiej stacji Troll na Ziemi Królowej Maud dochodzi do spektakularnego odkrycia, a w Oslo zostaje zamordowany ceniony pracownik naukowy. Tymczasem w ręce młodego dziennikarza z Polski trafiają stare nazistowskie dokumenty, które jego dziadek znalazł dzień przed śmiercią w kompleksie Olbrzyma. Wnuk postanawia rozwiązać zagadkę, a kolejno odkrywane fakty okazują się coraz bardziej szokujące i niebezpieczne. Wplątują go w walkę bezwzględnych wywiadów, a każdy kolejny krok prowadzi do rozwiązania mrocznej tajemnicy, która może  oprowadzić świat na skraj zagłady i zmienić go w prawdziwe piekło na ziemi...

Opinie o ebooku Kod Himmlera - Przemysław Piotrowski

Fragment ebooka Kod Himmlera - Przemysław Piotrowski

Redakcja

Anna Seweryn-Sakiewicz

Projekt okładki

Dariusz Kocurek

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2015

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

tekst © Przemysław Piotrowski

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2015

ISBN 978-83-7835-420-8

Dla syna Jakuba.

Rośnij zdrów w sile i mądrości.

PROLOG

Sieć bunkrów Olbrzym, Góry Sowie, tereny dzisiejszej Polski, 12 stycznia 1943 roku

Obudziły go krzyki za ścianą. Nic nowego, klasyczne poganianie więźniów przez jego kolegów. Żydów, Polaków, Rosjan i wszelkiej maści podludzi, których nie lubił tak samo, jak tej cholernej roboty. Przez nich musiał tu gnić już siódmy miesiąc. Przez ten czas rzadko widział światło słoneczne. Ostatni raz w Boże Narodzenie, gdy razem z pozostałymi żołnierzami wyszli z bunkra i przyozdobili jeden z pobliskich świerków. Wisiały na nim łyżki, widelce, dostali nawet kilka prawdziwych niemieckich bombek. Za świeczki robiły wówczas przywiązane do gałązek zapalniczki. Dostali dodatkowe porcje jedzenia, bonusową sztangę papierosów i po butelce polskiej wódki. Kilku z jego kolegów poszło na polowanie, dzięki czemu mieli prawdziwą ucztę zdziczyzny w postaci dwóch saren i dzika. Razem śpiewali kolędy, w tym jego ukochaną „Stille Nacht”, która rozlegała się po okolicy, jej echo wracało odbite od pobliskich skał i gęstego jak ściana świerkowo-bukowego lasu. Było tak pięknie, że nawet poczęstował jednego z wracających do kopalni Polaków papierosem. Chwila słabości? Nie, tej nie miał nigdy w stosunku do tych zwierząt. Oni mieli zapracować na przyszłość jego i jego rodziny, żony Ewy oraz trójki dzieci, czteroletniej Ingi, sześcioletniego Franza i dziesięcioletniego Alberta. Dlaczego poczęstował więźnia tym papierosem? Sam nie wie. Może dlatego, że i zapchlonemu kundlowi czasem należy się kość. Chociaż wWigilię.

Ogarnął wzrokiem małe pomieszczenie. Ile to razy już je widział i ile jeszcze będzie musiał? Czasem myślał, że lepiej byłoby pojechać na front. Przynajmniej mógłby codziennie oglądać słońce. A tu? Zimne mury skąpane w wiecznym półmroku lub całkowitej ciemności. Tylko gdzieniegdzie słabe światło żółtych jarzeniówek nieco rozświetlało lodowate, wykute w skale ściany. Pokoik dwa na trzy metry nie był może ideałem luksusu, ale w tych warunkach przynajmniej dawał chwilę spokoju. Można było zamknąć drzwi i choć na parę godzin zapomnieć o całym pieprzonym świecie.

Podniósł się, przetarł oczy i ochlapał twarz zimną wodą z wiadra stojącego przy jego prowizorycznym łóżku. Spojrzał na zaparowany zegarek, na którym ledwo było można dostrzec wskazówki. Trzynasta dwadzieścia siedem — do piętnastej miał jeszcze ponad półtorej godziny, ale wiedział, że jak już się obudził, to raczej nie zaśnie. Chwycił mausera izapiął mundur na ostatni guzik. Nie miał termometru, ale temperatura pewnie niewiele przekraczała zero stopni. Przez ostatnie dni, gdy na zewnątrz panowały ponaddwudziestostopniowe mrozy, nawet ich niemiecki system ogrzewania nie dawał rady. Było cholernie zimno.

Głosy się nasiliły. Już po chwili wiedział, kto się tak wydzierał. Helmut Griesen, z którym lubił grywać w pokera i którego niemal zawsze ogrywał, był klasycznym przykładem paranoika i sadysty. Szybko się denerwował i najczęściej wyładowywał frustracje na więźniach. Katował ich czasem na śmierć i pewnie lepiej nadawałby się do zwykłego obozu niż tu, gdzie ludzkie życie, nawet to najbardziej podłe, trzeba było szanować. Kiedyś nawet obcięto mu żołd, gdy zatłukł jakiegoś Polaka. Ofiara ewidentnie miała pecha, bo Helmut przegrał z nim chwilę wcześniej równowartość tygodniówki. Po całym ciele walił więźnia pałką, a potem kolbą karabinu, bo ten nieszczęśnik poprosił o szklankę wody. Gdy wciąż nie chciał wyzionąć ducha, Griesen usiadł na nim okrakiem, wziął kawałek skały iz całej siły gruchnął nim w głowę biedaka. Trzask pękającej i miażdżonej czaszki rozległ się wówczas echem po całym korytarzu, po czym nastała grobowa cisza. Helmut długo siedział na trupie Polaka, próbując złapać oddech po wyczerpującej akcji. W końcu wstał i zapalił papierosa. Mocno się zaciągnął i gdy tylko odwrócił głowę, został potężnie spoliczkowany przez majora Schückera. Na oczach kilku innych więźniów (to dotknęło go jeszcze bardziej). Obcięto mu żołd i stracił przepustkę, którą miał dostać za niecały tydzień.

W Olbrzymie ceniono każde życie, liczyła się praca. A jak nie było ludzi do pracy, to ta szła wolniej. Oficerowie wiedzieli otym i pilnowali, aby bez sensu nie tracić siły roboczej. Krzepki więzień bywał karmiony lepiej niż szeregowi żołnierze, co lubiącego sobie podjeść Helmuta często doprowadzało do szału. I często się za to mścił, w każdy możliwy sposób. Wyzywając, poniżając, bijąc za najmniejsze przewinienie, czasem ot tak. Po prostu. Bo lubił.

Oliver nie miał takich skłonności. Nie był sadystą. Ojciec, Wilhelm Wiesenmeier, uczył go od zawsze, że dobry żołnierz wykonuje rozkazy. Nie robi nic ponad to. I on je wykonywał. Nie żeby specjalnie żałował tych prostaków ze Wschodu czy tym bardziej ohydnych żydowskich szkodników. Ale nie czuł potrzeby, by marnować siły na poniżanie czy bicie. Oni mieli pracować na jego wspaniały naród, na jego rodzinę, na jego dzieci.

— Żydowska świnio! Ty pierdolona żydowska świnio! — Usłyszał głos Helmuta, który wymierzał razy jednemu z więźniów, jakieś piętnaście metrów w głąb tunelu, na lewo. — Wstawaj, ty kupo żydowskiego gówna. Wstawaj, kurwa! I spróbuj jeszcze raz to upuścić, to rozpierdolę ci głowę.

Więzień klęczał. Wiedział, który to. Numer 19999. Nietrudny do zapamiętania, także dla Helmuta, który upodobał go sobie i karcił przy każdej nadarzającej się okazji. Pewnie gdyby ten Żyd stanął z Griesenem wwalce na pięści, zmiótłby go jednym machnięciem swojej wielkiej graby. Przewyższał go o głowę, miał ponad sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, przy zaledwie niecałych stu sześćdziesięciu pięciu Helmuta. W barach potężny jak tur. Jedną ręką wbiłby pewnie Griesena w ziemię. Ale takich ten sadystyczny strażnik lubił katować najbardziej. „Może to kompleks niższości” — myślał Oliver. Helmut był w sumie sympatycznym kolegą, ale momentami i jego potrafił doprowadzić do szewskiej pasji.

— Daj mu wstać, bo znów stracimy człowieka i obetną ci żołd! — krzyknął Oliver. — A chcę jeszcze w tym tygodniu wygrać od ciebie parę marek — dodał z przekąsem.

— Nie masz szans. Tym razem oskubię cię do golasa — odburknął Griesen, sięgając po paczkę najpopularniejszych wszeregach Wehrmachtu papierosów marki Juno i dając jednocześnie więźniowi szansę na podniesienie się z kolan. — Ale temu szkodnikowi się należało. To cholernie cenny i ważny ładunek, Oliver. Dostaliśmy rozkaz znieść go aż do piątego poziomu, gdzie mają odebrać go… No, wiesz…

Oliver wiedział. Zaraz po Nowym Roku przyjechał tu specjalny oddział SS. Nigdy wcześniej nie widział tak wysokich rangą dygnitarzy partyjnych. Podobno był nawet sam Führer, ale on, jak i większość bliższych mu kolegów, go nie widzieli. Zauważył natomiast innych, w tym hauptsturmführera Ernsta Schäfera oraz samego reichsführera Heinricha Himmlera — prawą rękę ukochanego wodza, Adolfa Hitlera. Ich przybycie w otoczeniu kilkunastu innych członków NSDAP wzbudziło wówczas w Olbrzymie spore zamieszanie. Tym bardziej że część z nich na pewno nie była żołnierzami, raczej jakimś typem naukowców czy czymś wtym rodzaju. Wywnioskował tak po tym, jak byli oprowadzani po bunkrze, jak oficerowie opowiadali im i tłumaczyli zalety tej nieskończonej sieci tuneli. I nie nosili klasycznych mundurów SS, tylko takie, których dokładnie nie potrafił sklasyfikować. Coś tam mu świtało z lat szkolnych, gdy jeszcze przed wojną profesor Mursch katował ich stopniami oficerskimi. Nie potrafił sobie dokładnie przypomnieć, ale te mundury na pewno nie należały do zawodowych żołnierzy. Tego był pewien. Potem majorSchückerzakazał wszystkim rozmawiać na ten temat. A on jako dobry szeregowy po prostu posłuchał rozkazu.

Oliver przyjrzał się bliżej wielkiej dębowej, wzmacnianej stalowymi płytami skrzyni, która była niesiona przez, jak szybko policzył, aż szesnastu więźniów. Słyszał, że transport podobnej odbywał się w dzień przyjazdu najwyższych dygnitarzy Rzeszy, ale wtedy miał wartę w innej części bunkra i po prostu nie miał okazji choć z daleka rzucić okiem. Podszedł bliżej. Miała ze trzy metry długości, ponad półtora szerokości i tyleż wysokości. Może nawet więcej, ale wtym półmroku trudno było jednoznacznie ocenić jej wymiary. Więźniowie nieśli ją na kilkumetrowych stalowych rurkach. Już chciał zapytać, co to, do diaska, może być, ale gdy tylko tragarze zbliżyli się do kolejnej słabo żarzącej się lampy i światło zaczęło powoli obejmować żelazną skrzynię swoim blaskiem, Oliver zrozumiał, że to był głupi pomysł. Czarny, wzorowany na tych z rzymskich legionów, orzeł trzymający w szponach wieniec, wewnątrz którego znajdowała się swastyka, był przypieczętowany wielkimi napisami „ściśle tajne”. Takimi samymi jak dziś rano. Wtedy, pod koniec jego zmiany, natknął się na Petera Neumanna, który prowadził czwórkę więźniów z podobną, tyle że dużo mniejszą, skrzynią. Taką, w której z trudem mógłby zmieścić się średniego wzrostu mężczyzna. Pytanie kompletnie nie miało zatem sensu, więc Oliver zrezygnował i sięgnął po paczkę papierosów.

— Windą zjedziecie co najwyżej do trzeciego poziomu, Helmut. Potem znów czeka was ponadpółkilometrowa przechadzka, więc daj im trochę odsapnąć — zaapelował Oliver, wcale nie kierując się litością wobec wycieńczonych więźniów, a jedynie troską o to, aby ładunek dotarł do celu wnietkniętym stanie. — Tam droga do kolejnej windy jest już łatwa, ale tu, za zakrętem, uważaj. Jest trochę stromo i ślisko. Sprawdź, czy wszyscy mają dobre buty — ostrzegł i w końcu po długich poszukiwaniach zapałek w kieszeniach munduru odpalił papierosa.

— Mają, mają. Już ja bym, kurwa, im dał, gdyby nie mieli — zażartował Griesen, wiedząc, że obuwie większości było w katastrofalnym stanie. — To są zwierzęta i należy je tylko dobrze wytresować, a będą chodzić jak w zegarku. Dadzą radę, bo inaczej zostaną ukarani. Słyszeliście, kurwa?! Będę z was pasy zdzierał, jak upuścicie ładunek! — wydarł się do niosących skrzynię więźniów.

— Dobra, dobra. Bądźcie ostrożni — powiedział Oliver, usuwając się wszerokim na niecałe pięć metrów tunelu, aby dać możliwość płynnego przejścia tragarzom.

Już chciał się cofnąć do swojej komórki, aby odleżeć te pozostałe półtorej godziny do czasu swojej warty, gdy nagle poczuł dziwną woń. Zdecydowanie nieprzyjemny zapach, jakby odchodów zmieszanych z czymś… Hmmm… nie potrafił tego zidentyfikować. Smród kału nie był niczym nowym, szczególnie w kwaterach więźniów, ale ten swąd był inny… Zaciągnął się papierosem, klepnął idącego za więźniami Helmuta, kiwnął głową do dwóch strażników podążających za nim i wrócił do swojej kwatery.

Usiadł na łóżku, spojrzał na zegarek, oparł mausera o ścianę i położył się na plecach. Nie ściągał munduru ani butów, bo tylko naraziłby się na wychłodzenie. Zamknął oczy z nadzieją, że mimo przeszywającego zimna uda mu się jednak choć na chwilę zdrzemnąć. Zdawało mu się, że leży tak już przynajmniej kwadrans, gdy z lekkiego półsnu wyrwał go straszny huk odbijający się echem w całym korytarzu. Dźwięk stali uderzającej o skaliste ściany ipo chwili jeden, ale jakże oczywisty, dźwięk pękającego drewna.

Natychmiast otworzył oczy i zerwał się z łóżka. „Ten debil pewnie rozwalił ładunek” — pomyślał, mając na myśli Helmuta, po czym chwycił mausera i już miał wybiec na korytarz, gdy usłyszał przeraźliwy wrzask kilkunastu gardeł. Stanął jak wryty, bo usłyszał coś jeszcze. Coś, co nie pozwoliło mu ruszyć się ani o centymetr dalej. A wraz z tym całą orgię dźwięków walki, biegania, strzałów. Stał jak skamieniały, nasłuchując. Gdy ucichły ostatnie strzały, do jego uszu dochodziło tylko to coś. Coś, czego nawet nie chciał sobie wyobrażać.

Potem nastała cisza. Sekundy ciągnęły się jak minuty. Wtedy usłyszał kroki, szybkie. Ktoś w tunelu przy pierwszej windzie ruszył z miejsca. Zaczął biec. I potem znowu to coś. Tym razem już nie było nawet krzyku, tylko przeciągłe charknięcie icoś jak gulgotanie, dźwięk, który słyszał już nie raz. Dźwięk wydawany przez człowieka, któremu kula rozerwała płuca i który zaczynał topić się we własnej krwi. Potem trzask, który też doskonale znał. Dokładnie taki jak wtedy, gdy Helmut zmiażdżył kamieniem czaszkę temu Polakowi. I znów cisza.

Minęło kilka sekund i usłyszał coś najbardziej ohydnego, coś, czego jego umysł, tak już oswojony z wojennymi doświadczeniami, nie mógł pojąć. Był przerażony, przez jego głowę przewijały się setki myśli. Chciał zniknąć, po prostu przenieść się w inne miejsce. Do domu, do rodzinnego domu pod Magdeburgiem, gdzie zawsze czuł się bezpiecznie i gdzie czekały na niego żona i trójka ukochanych dzieci. Ta myśl wróciła mu czucie, organizm podpowiedział, że musi walczyć. Nie może się poddać, choć jednocześnie wiedział, że jedyną szansą w tym wypadku była ucieczka.

Gdy po raz pierwszy usłyszał to coś, w mig zrozumiał, że tym razem nie wygra. Nie pomoże nawet jego mauser. Instynktownie otworzył drzwi izaczął biec. Nie patrzył do tyłu, ale gdy tylko ruszył, zorientował się, że zrobił najgorsze, co mógł. Znów ten odgłos… Coraz głośniej, tuż za nim. Wiedział, że już nie żyje.

* * *

Ziemia Królowej Maud, Antarktyda, 13 maja 1947 roku

Był zły, gdy zaciągnął się ostatnim papierosem, który mu został. Światło siódmej z kolei zapałki, którą musiał wykorzystać do jego odpalenia, ukazało w ciemności młode, choć już wyraźnie męskie rysy. Wydatny i czerwony od mrozu nos, duże głęboko osadzone niebieskie oczy, które wyglądały jak dwa ogniki w tej otumaniającej ciemności, oraz nabrzmiałe i popękane wargi mignęły tylko na moment. Potem znów zapadł mrok, rozświetlany od czasu do czasu jedynie maleńką iskierką żarzącego się papierosa.

Prawie nie czuł rąk, ale prawej nie schował z powrotem do grubej skórzanej rękawiczki. Był żołnierzem brytyjskiej marynarki, twardym marines. Przez sześć lat służby nie zabili go Niemcy, nie zabili Włosi. Nie zabije go więc pieprzony mróz, nawet jeśli słupek rtęci spadł poniżej minus czterdziestu sześciu stopni Celsjusza.

Spojrzał w rozgwieżdżone niebo. Tak pięknego jeszcze nie widział. Setki, tysiące błyszczących punktów były niemalże magiczne. Nigdy wcześniej nie obserwował tak czystego nieboskłonu. Lubił patrzeć w gwiazdy, to go uspokajało. Gdy kładł się po każdej kolejnej akcji, gdy już zabił wystarczającą liczbę parszywych nazistów, gdy po raz kolejny udało mu się ujść zżyciem… wtedy schodziły z niego wszystkie emocje, właśnie wtedy, gdy patrzył w gwiazdy. Nigdy specjalnie się nie zastanawiał, co jest tam daleko. Po prostu czuł spokój, który pozwalał mu w końcu zasnąć i obudzić się z nadzieją, że następnego wieczoru znów będzie miał szansę spojrzeć w niebo. Znów uśmiechnie się do niego fortuna. Znów nie dostanie kulki w łeb, jak dziesiątki jego kompanów, z którymi walczył ramię w ramię. Widział już niebo nad Saharą, wNormandii, a nawet w niemieckich Alpach. No i oczywiście na jego ukochanej Wyspie, z którą wiązało się tyle wspaniałych wspomnień. Jego ciepłego domu, kochającej matki, która co ranek budziła go zapachem smacznej jajecznicy na boczku. Tak pysznej, tak przypominającej mu jego Anglię. Nigdy jednak nie widział nieba tak kryształowego, tak czystego, tak przytłaczającego swoim pięknem. Mającego w sobie coś… boskiego? Tak, chyba właśnie tu po raz pierwszy od wyjazdu z rodzinnego domu, przed niemal pięcioma laty, poczuł ten pierwiastek boskości. Czysty, nieskazitelny byt.

Kolejny mroźny powiew, który poczuł na zmrożonych policzkach, sprowadził go na ziemię. Ostatni raz głęboko się zaciągnął i wyrzucił papierosa, którego żar natychmiast zniknął w głębokim śniegu. Założył rękawiczkę na zgrabiałą rękę, mocniej naciągnął gruby wełniany kaptur na głowę i odwrócił się na pięcie wstronę murowanego budynku.

Mimo że trochę się uspokoił, to jednak wciąż był zły. Nie na to, gdzie był, nie na to, co robił. Na to, co go omijało. Bo skoro już przedostał się z pieprzonego Gibraltaru na Falklandy, skoro przeszedł morderczy trening walki na mrozie i skoro w końcu wylądował w tym cholernym lodowym piekle, to mogli go przynajmniej zabrać ze sobą.

„Trzy lata, trzy cholerne lata” — pomyślał i chwycił za klamkę do niskiego budynku w kształcie sporej podkowy. Trzy lata więcej i pułkownik nie potraktowałby go jak najmłodszego w ekipie, jak gówniarza, który miał stać na czatach. On, facet, który dostał dwanaście wyróżnień i orderów podczas II wojny światowej, teraz był jak pierdolony nowicjusz. Ta myśl nie chciała go opuścić, gdy zamknął za sobą drzwi inagle poczuł, że omija go coś ważnego. Coś cholernie ważnego.

Ściągnął rękawiczki i ledwo czując własne dłonie, rozpiął grubą skórzaną kurtkę. Mimo że ubrany wyglądał, jakby był co najmniej bokserem wagi ciężkiej, jego postura nie była aż tak potężna. Owszem, był dobrze zbudowany, barczysty, ale raczej szczupły. Nie mogło być inaczej, skoro przez ostatnie lata jego ciało było przyzwyczajone do niemal nadludzkiego wysiłku. Do tego trzymiesięczny, najtrudniejszy w jego życiu, trening przed wyjazdem na to lodowe pole. To go zahartowało. Twarde jak skała mięśnie pewnie pozwoliłyby większych od niego powalić jednym ciosem. Zresztą powaliły, bo wielu nazistów padło od siły jego uderzeń. Kiedyś nawet jednego zatłukł gołymi rękami. Wielkiego jak tur szeregowca z Afrika Korps, którego podczas kampanii afrykańskiej jego kompania przyłapała na gwałcie na młodziutkiej muzułmance w jednej z zapomnianych wiosek pod Trypolisem. Skurwiel dopiero co skończył. Niczego się nie spodziewał, bo otoczyli wioskę pod osłoną nocy. To była pierwsza chata, na uboczu. Wszedł tam z dwoma innymi żołnierzami. Zaskoczyli wroga, który nawet nie zdążył wciągnąć spodni. Nie krzyczał, gdy zobaczył wycelowane w jego stronę trzy lufy karabinów Lee-Enfield. Kazali mu się położyć i wtedy zza wielkiego Niemca ukazał się widok, który nawet jego, znającego śmierć od podszewki, ubódł jak nigdy. Na ziemi spoczywała jeszcze oddychająca, acz straszliwie pobita kilkunastoletnia dziewczynka. Krew zalewała jej opuchniętą i pociętą twarz. Jej ciało było okryte tylko wąskim kawałkiem postrzępionej sukienki, której biel niemal zupełnie zmieszała się zgłęboką czerwienią. Jej korpus lekko drgał, próbując bronić się przed bólem, jaki trudno było wyobrazić sobie nawet tak doświadczonemu żołnierzowi, jak on. Ból, na który małe, niewinne i bezbronne ciało nie mogło być przygotowane. Widział już wiele ofiar gwałtów i tragicznych śmierci — w końcu to była wojna, ale gdy zobaczył, że z krocza tej bezimiennej dziewczynki wystają resztki potłuczonej butelki, nie miał litości. Zatłukł Niemca jak psa. Gołymi rękami.

Rzucił kurtkę na brudną starą kanapę i ruszył do prowizorycznej kuchni, gdzie sięgnął do małego słoika, który niemal po brzegi wypełniony był mocną herbatą Assam. Wyciągnął zapałki i przekręcił kurek małej gazowej kuchenki. Jasnoniebieski ogień natychmiast rozświetlił półmrok, który był kąsany jedynie przez minimalne promienie z naftowej lampy przy biurku w drugim pokoju. Zanim sięgnął po czajnik, chwilę ogrzał niemal zmrożone ręce, delikatnie zbliżając je do płomienia i oddalając od niego. Woda była wśrodku, więc postawił go na palniku i skierował się do pokoju, niemal potykając się o skrzynię z ręcznymi karabinami maszynowymi BREN. W całym budynku zalegało pełno podobnych kufrów, z najróżniejszą bronią, od rewolwerów, granatów, po setki kilogramów materiałów wybuchowych. „Pewnie Mike zostawił ją niemal w wejściu. Głupi kutas! — zaklął i poszedł do pokoju. Nie lubił Mike’a, bo to właśnie on był tym, który poszedł dziś zamiast niego. — Tylko dlatego, że jest starszy. O trzy cholerne lata!”.

„Co oni tam znajdą? Po co nas tu przysłali? — te myśli krążyły mu po głowie bezustannie. — Co jest tak niesamowicie tajnego w tej misji? Co mają znaleźć ipo co im tyle broni? Musieli pewnie coś zniszczyć, to raczej nie podlegało dyskusji. Ale dlaczego przysłali nas tylko dziewięciu? I dlaczego to akurat ja musiałem, kurwa mać, zostać?!”.

Oparł się o stół i spojrzał jeszcze raz na stertę teczek, z których wszystkie były oznaczone jako ściśle tajne. Nie czytał ich, nie mógł, taki był rozkaz. Wielokrotnie korciło go, aby je otworzyć i choć spróbować zrozumieć, dlaczego tam był. Co takiego ważnego było na tej cholernej Antarktydzie? Nie zrobił tego jednak ani razu. Był żołnierzem, a żołnierz wykonuje rozkazy.

Spojrzał na tablicę, na której wisiały różnego rodzaju szkice. Były tam wykresy, naniesione punkty na rysunku czegoś, co wyglądało jak długi tunel. Z tych oznaczeń wynikało, że jego średnica wynosiła dokładnie siedem metrów i trzydzieści trzy centymetry. Długość minimum osiemnaście kilometrów. Co to miało być? Nie miał pojęcia.

Z zamyślenia wybił go narastający świst oznajmiający wszem iwobec, że zaraz będzie miał w rękach pyszną, gorącą herbatę. Poszedł do kuchni, znów niemal potykając się o skrzynię z karabinami. Kilka chwil później już siedział na kanapie, z kubkiem przy ustach. Kilka razy dmuchnął i pociągnął pierwszy delikatny łyk, po czym chwycił „Timesa” sprzed dwunastu dni. Przeczytał już siedemnaście poprzednich numerów, przynajmniej tego nie brakowało i dowództwo wysłało razem z nimi gazety z ostatnich kilku tygodni. Jak zwykle zaczął od ostatnich stron, szukając wiadomości o swoim ukochanym Arsenalu. „Kanonierzy” znów wygrali, tym razem zBurnley, a dwie bramki strzelił niezawodny Ronnie Rooke. Miał już na koncie siedemnaście trafień i pewnie kroczył po tytuł króla strzelców ligi, a jego klub po mistrzostwo, o trzy punkty wyprzedzając na cztery kolejki przed końcem rozgrywek Manchester United. Przed wojną, jako młody chłopak, regularnie chodził na mecze z ojcem i dwoma braćmi. Sam grał w lidze osiedlowej. Kochał futbol, ale wiedział, że już nigdy nie pójdzie z ojcem i braćmi na mecz. Najstarszy, Nathan, po lądowaniu wNormandii zginął od niemieckiego CKM-u w czasie penetrowania jednej z francuskich wiosek. Podobno można go było zidentyfikować jedynie po śmiertelniku, bo kula roztrzaskała mu głowę na kawałki. Rok starszy Matthew, z którym tak rywalizował podczas podwórkowych gier, został wzięty do niewoli i zmarł w jednym z obozów koncentracyjnych. Pierdoleni naziści. To właśnie dlatego nie zdecydował się zostać po wojnie w Londynie, mimo że matka błagała go, aby wystąpił z wojska. Nie było wnim tej radości, tej niewinności, którą miał przed wojną. Jak wielu innych nie potrafił wrócić do normalnego życia, zbyt wiele stracił. Przez te wszystkie lata to wojna stała się celem jego życia, a koledzy z wojska zastąpili mu braci. Teraz wśród nich czuł się jak w domu.

Tuż przed końcem lektury relacji z meczu coś go tknęło. To nie był szum wiatru, bo dziś nie dęło jak zazwyczaj. Wydawało mu się, że z oddali usłyszał coś, co przypominało huk. Odłożył gazetę i nasłuchiwał przez dłuższą chwilę. Gdy znów wziął „Timesa” do ręki, usłyszał to ponownie. Tym razem dwa, trzy, cztery razy. Ledwo słyszalne. Ale co? Tam, na tym pustkowiu? Podniósł się, chwycił kurtkę i rękawiczki. Butów i grubych spodni nawet nie zdążył ściągnąć, więc za kilka sekund był już na zewnątrz, czując na policzkach setki małych igiełek siarczystego mrozu. Zatrzasnął za sobą drzwi i przeszedł kilka metrów wcałkowitej ciemności. Nie mógł nawet włączyć latarki, bo pułkownik Hudson kategorycznie tego zabronił. Nie pytał dlaczego, tylko posłuchał rozkazu. Stanął i zaczął nasłuchiwać. Nic, absolutnie nic. Przez następne kilka minut tajemniczy dźwięk już się nie powtórzył. Stał tak jeszcze około kwadransa. Pomyślał, żeby zapalić papierosa, ale przypomniał sobie, że nie ma już przy sobie ani jednego. Ciągle nic.

Kiedy zatrzasnął za sobą drzwi i się rozebrał, próbował sobie tłumaczyć, że w tym cholernym lodowym piekle zmysły mogły go już zawodzić. Co prawda dotychczas, czy to za sprawą intuicji, czy czegoś innego, zawsze wyczuwał, gdy coś było nie tak. Może posiadał szósty zmysł? Nagle poczuł jednak, że to nie złudzenie, że to nie umysł próbuje go oszukać. Że w pobliżu czai się coś złego. I że to coś po niego wkrótce przyjdzie. Nie zostawi go w spokoju.

Poszedł do pokoju, w którym stała kanapa, i jakby bezwiednie chwycił swój ulubiony karabin, lee-enfielda z własnoręcznie wygrawerowanym wdrewnie herbem Arsenalu. Przeładował broń i oparł ją o ścianę. Nie wiedział w sumie po co, bo niby kto mógł mu zagrozić w środku nocy na tym pustkowiu. Jeszcze wczoraj rano był tu jedynie z ośmioma żołnierzami i nikt więcej w promieniu przynajmniej kilkuset, jeśli nie kilku tysięcy kilometrów. W okolicy nie mogło być żywej duszy, prócz jego kompanów, którzy pojechali ratrakami coś zbadać. Prócz pułkownika Hudsona nikt z ekipy nie wiedziałco. To coś badali już od sześciu dni. Dziś mieli zostać wbazie i czekać na eskortę, ale pułkownik dostał od dowództwa nowe współrzędne, które musiał bezwzględnie sprawdzić. Ruszyli w teren, ale mieli wrócić przed zmrokiem. Zmrokiem, który go trochę przerażał. Nie dlatego, że bał się zostać sam ciemną nocą na tym pustkowiu, bo i tak w ciągu kilku godzin mieli po nich przylecieć i odstawić na Falklandy. Z drugiej jednak strony samotność, noc, która miała trwać kolejne trzy miesiące. I sama myśl, że miałby tu pozostać, gdyby jednak coś…

Odrzucił tę myśl. Jeszcze sześć godzin temu, gdy kontaktował się przez radio z drużyną w terenie, chłopaki zapewnili go, że wkrótce wracają. Spóźnią się, ale kilka godzin po zachodzie powinni dotrzeć do bazy. Dwie godziny temu rozmawiał zdowództwem lotniskowca Vengeance, który stacjonował u wybrzeża, a samolot zaraz miał startować, aby ich odebrać. Rozkazy były jasne i wydawało się, że nic nie może pokrzyżować precyzyjnie zaplanowanej misji. Jednak jego instynkt podpowiadał mu, że coś poszło nie tak, tym bardziej że lakoniczne komunikaty od ekipy w terenie były nieco dziwne. Pułkownik Hudson był człowiekiem bardzo dokładnym, wręcz pedantycznym, jeśli chodzi o czas. Tymczasem coś ich zatrzymało i nawet konieczność powrotu nocą nie była w stanie zmusić ich do pojawienia się punktualnie. Co prawda ratraki były wyposażone w aparaturę bez najmniejszego problemu umożliwiającą kierującemu dotarcie do celu, nawet w egipskich ciemnościach, ale… coś tu, udiabła, i tak nie pasowało.

Jeszcze ten dźwięk. Najpierw pojedynczy, potem powtórzył się kilkakrotnie. Czy to jednak nie zmysły próbowały go oszukać? Czy to mózg nie sprawiał mu figli na tym przeklętym odludziu? Ale nawet jeśli jego instynkt się nie mylił, to co mógł zrobić? Nic, był bezsilny jak jeszcze nigdy wcześniej. I to go przerażało najbardziej.

Chwycił gazetę, aby oczyścić umysł i oderwać się od złych myśli. Wrócił do Arsenalu, potem przejrzał artykuły związane z aktualną sytuacją polityczną, jakiś kawałek o kobiecie, która została bohaterką, ratując dziecko z nurtów Tamizy. Sięgnął po kolejny numer „Timesa”, potem następny, próbując zabić nieprawdopodobnie dłużący się czas. Spojrzał na zegarek. Była osiemnasta czterdzieści siedem. W Anglii o tej porze było jeszcze jasno, ale nie tutaj i nie dziś. Głupie uczucie, obce, zwiastujące niebezpieczeństwo. Słońce zaszło odwunastej trzydzieści cztery, a ich jeszcze nie było.

I nagle znów usłyszał to coś. Kolejny dźwięk. Tym razem nieco inny. Ledwo słyszalny, ale znał go doskonale. Chwilę odczekał, aby się upewnić, skupił wszystkie zmysły. Tak, to musiało być to! Chwycił kurtkę i rękawiczki i wybiegł na zewnątrz. Silniki ratraków, był tego pewien, i przecinający ciemność wyraźny snop światła. Ulżyło mu. Wstydził się swoich gówniarskich obaw. Jak dziecko bojące się zostać samo w ciemnym pokoju i czekające na rodziców, którzy wyszli na imprezę do ciotki. Ściągnął rękawiczkę, aby chwycić paczkę papierosów, którą zabrał ze sobą z budynku, wyciągnął zapałki i już miał jedną zapalić, gdy nagle zorientował się, że coś jest nie tak. Dźwięk nadjeżdżających ratraków znał już idealnie, ale ten był inny…

Tylko jeden! Tak, to był tylko jeden silnik diesla, nie dwa. Zmrużył oczy. Tylko jeden poziomy słup światła zponad dwudziestu kilkusetwatowych reflektorów. I jeszcze jedno — motor był wręcz zarzynany, silnik pracował na nienaturalnie wysokich obrotach. Ktokolwiek prowadził maszynę, chciał jak najszybciej znaleźć się na miejscu. Wyrzucił zapałkę i wbił wzrok przed siebie, próbując znaleźć gdzieś w oddali kolejny jasny punkt, sugerujący, że z tyłu jechała druga maszyna. I choć przeleciał połowę horyzontu, nie znalazł nic. Jedynie ciemność.

Przez moment się zawahał. Co mogło się stać? Dlaczego wraca tylko jeden traktor? Dlaczego kierowca pędził jak szalony? Coś musiało pójść nie tak. Teraz już był pewny, że dziwne odgłosy przed około dwoma godzinami nie były wytworem jego wyobraźni. Tylko na co miał być przygotowany? Co mogło spowodować tak dziwne zachowanie kierowcy?

Zorientował się, że nie miał przy sobie broni, a tylko ona dawała mu poczucie bezpieczeństwa. Czuł, gdzieś tam głęboko czuł, że może mu być potrzebna. Pobiegł do budynku, a po chwili stał już na zewnątrz z nabitym i gotowym do strzału lee-enfieldem. Traktor był już nie więcej niż trzysta metrów przed bazą. Przez myśl przelatywały mu tysiące myśli. Jeszcze raz mocno wbił wzrok wciemność, mając nadzieję, że gdzieś na horyzoncie pojawi się drugie światełko. Słupek rtęci spadł już poniżej pięćdziesięciu stopni Celsjusza, a do tego zerwał się mocniejszy wiatr. Nie czuł jednak zimna, dzięki adrenalinie, której poziom w jego organizmie gwałtownie zaczął się podnosić. Tak samo jak przez każdą akcją, przed każdą bitwą, przed każdym wyjściem pod niemiecki ostrzał. Lubił to doznanie, wiedział, że tylko ono pozwala mu przetrwać w tym okrutnym świecie pełnym śmierci i bólu. Ale tym razem instynkt podpowiadał mu, że nie skończy się na kilku świstających kulach. Czuł, że musi przygotować się na coś, z czym jeszcze nie miał do czynienia.

Traktor był już niecałe sto metrów od bazy. Oślepiający blask reflektorów niemal kompletnie zaburzył mu widzenie. Mocniej zacisnął zgrabiałe dłonie na broni. I czekał. Nic więcej mu nie pozostało. Osiemdziesiąt, sześćdziesiąt, czterdzieści metrów. Maszyna nie zwalniała, pruła wprost na niego. Gdy pojazd był już niemal przed nim, usłyszał ostry jęk potężnego silnika diesla. Potem charknięcie i ratrak po chwili się zatrzymał. Od razu poznał postać, która wyskoczyła z pojazdu. Mike, ten pieprzony Mike, który pojechał zamiast niego, miał tak wyjątkowy sposób poruszania się, że poznałby go nawet z kilometra. Żołnierz niemal wypadł zkabiny i od razu zaczął przedzierać się przez głęboki śnieg. Szybko, tak szybko, jak tylko mógł.

— Co jest, Mike?! Dlaczego jesteś sam?! — krzyknął marines, próbując przezwyciężyć ogłuszający już wiatr. Postać w milczeniu się zbliżała, była już niemal kilka metrów od niego. — Mike, kurwa! Co się stało?! — powtórzył, tym razem już donośniej.

Nie zareagował i gdyby nie szarpnął go za ramię, gdy przebiegał koło niego, pewnie by go nawet nie zauważył.

— Mike, do jasnej cholery! Dlaczego jesteś sam?

— Oni wiedzieli. Oni, kurwa, wiedzieli!

Wyraźnie krzyczał, ale jego słowa były ledwo słyszalne. I tak cudem przeszły przez nabrzmiałe do granic możliwości usta Mike’a, które podobnie jak niemal cała twarz nieszczęśnika były zmrożone na kość. Nie mogło być inaczej skoro Mike nie miał na sobie grubej żołnierskiej kurtki, którą dowództwo przygotowało specjalnie na tę wyprawę.

Wziął go pod rękę i pomógł dostać się do budynku. Wiatr mocno utrudniał obu żołnierzom dobrnięcie do bazy. W końcu marines szarpnął drzwi i otworzył z wyjątkową łatwością, niemal wpychając ledwo trzymającego się już na nogach Mike’a. Szybko zaprowadził go do pomieszczenia, w którym stała kanapa, ale nie zdążył nawet go usadowić, gdy usłyszał krzyk nieprawdopodobnego bólu swojego kompana. Zmrożona niemal na kość cała górna część tułowia natychmiast zareagowała zcieplejszym powietrzem we wnętrzu. Mike runął na podłogę i zaczął wić się w konwulsjach. Jego twarz i dłonie były niemal czarne. Marines wiedział, że takich odmrożeń już nie da się wyleczyć, że tak naprawdę te tkanki były już martwe. Uczyli go tego na treningu. Pamiętał zresztą, jak kiedyś jako małe dziecko za bardzo wychłodził się podczas jazdy na sankach. Był wtedy tak podniecony… W Londynie spadło śniegu jak nigdy i w końcu miał szansę na prawdziwe zimowe szaleństwo. Dlatego mimo postępującego bólu i zmrożenia palców, nie chciał wracać. Gdy w końcu niemal kompletnie stracił czucie w dłoniach, jego ukochany brat Nathan zabrał go do domu. Matki akurat nie było ichłopcy przygotowali gorącą wodę, aby jak najszybciej rozgrzać zmrożone palce. Nigdy nie zapomni tego bólu, gdy w końcu włożył je do miski. Szok, jakiego doznało ciało, był dla siedmiolatka ogromny. Biedny Nathan, wtedy nie wiedział, że zmrożone tkanki trzeba rozgrzewać stopniowo, i nie mógł zrozumieć, że sam nie odczuwał bólu, a młodszy brat tak.

Marines wiedział, że ból, który teraz odczuwał Mike, musiał być wręcz niewyobrażalny. Wiedział też, że niestety nie jest już w stanie zrobić dla kolegi zbyt wiele. Musiał jednak dowiedzieć się, co zaszło. Podniósł jęczącego kompana i położył go na kanapie. Szybko popędził do kuchni, gdzie leżała apteczka. Sięgnął po morfinę, bo tylko tak mógł choć trochę ukoić cierpienie nieszczęśnika. Nalał też szybko chłodnej wody do szklanki i spróbował podać ją drżącemu jak osika, wyjącemu z bólu Mike’owi, wcześniej wbijając mu strzykawkę z morfiną w prawe ramię. Odczekał kilkanaście sekund…

— Co się stało? Dlaczego jesteś sam? Co zinnymi?

Nie wiedział, od którego pytania zacząć, wiedział natomiast, że jeśli nie dowie się teraz, to prawda na zawsze zostanie pogrzebana razem z Mikiem. Bo jeśli nawet zaraz przyleci samolot, to nikt nie będzie mu w stanie pomóc. Z takimi odmrożeniami może pożyje jeszcze chwilę, zanim dozna kompletnego szoku termicznego, a jego organy odmówią posłuszeństwa. Miał kilka, może kilkanaście minut.

— Wszyscy nie żyją. Nawet Richard… Nie dałem rady mu pomóc — wymamrotał Mike, niemal nie otwierając ust. — Zabiły ich… — Znów jęknął, głos wydobył niemal z żołądka… — Oni… oneee…

— Mów, kto ich zabił! Co odkryliście i kto ich zabił?

— To nie byli… To nie… Nieee… Misja wyyypełnionaaa.

Po tych słowach Mike wziął głęboki, jak się okazało, ostatni oddech w życiu. Jego klatka piersiowa nieco się uniosła, mięśnie pleców zagrały po raz ostatni, wyginając żołnierza w łuk, po czym martwe ciało opadło zpowrotem na kanapę. Ustało tętno, źrenice powolutku zaczęły się rozszerzać. Marines przesunął delikatnie dłonią po czarnej i spękanej twarzy kompana, zamykając jego powieki na zawsze. Chwilę tak kucał przy ciele Mike’a, które zabrało ze sobą tajemnicę niedawnych wydarzeń na tym pieprzonym pustkowiu. Odłożył szklankę z wodą na stół, usiadł i schował twarz w dłoniach.

— Co chciałeś mi przekazać, Mike? Co tam się stało? — szepnął sam do siebie i w tym samym momencie usłyszał dźwięk silników lądującego samolotu.

„Dlaczego powiedziałeś «zabiły ich»? Dlaczego powiedziałeś «one»?” — powtórzył w myślach i spojrzał na teczki ze stemplem „ściśle tajne”. Miał jeszcze kilka minut.

Rozdział I

Warszawa, Polska, 26 marca 2016 roku

„Tomasz Turczyński, t.turczynski@gazetalubuska.pl, 68 324 88 06” — tymi słowy podpisał ostatni artykuł dzisiejszego dnia, wysłał do centrali w Zielonej Górze i powoli zaczął zbierać manatki. Mimo że Polska znów zagrała genialny mecz i pokonała wielką Brazylię, z Neymarem na czele, trzy do jednego, a on był tego świadkiem na Stadionie Narodowym, nie miał najlepszego humoru. Więcej, w gorszym nie był od wielu, wielu lat. Był teraz chyba jedynym smutnym człowiekiem w tym wielkim i nowoczesnym obiekcie. Od pamiętnego zwycięstwa nad Niemcami dwa do zera Polska reprezentacja grała jak z nut. Pewnie awansowała do mistrzostw Europy z pierwszego miejsca, a teraz szykowała się do turnieju, który latem miał odbywać się we Francji. I dziś znów pokonała legendę. Tym razem po dwóch bramkach Roberta Lewandowskiego i jednej Grzegorza Krychowiaka pobiła słynnych Canarinhos, potwierdzając, że narodziła się kolejna wspaniała drużyna. Co prawda turniej zaczynał się dopiero 10 czerwca, ale ekipa Adama Nawałki wyraźnie łapała formę. Kto by pomyślał jeszcze kilka lat temu, że polska reprezentacja będzie bić takie futbolowe potęgi jak Brazylia czy Niemcy? Teraz, gdy marzenie jego i trzydziestopięciomilionowego narodu zaczynało się ziszczać, on z laptopem w plecaku sam podążał w kierunku wyjścia. Droga była pusta, bo wszyscy wiwatowali na cześć piłkarzy i trenera, którego zapewne wkrótce media okrzykną drugim Kazimierzem Górskim.

Był wściekły na siebie, że czuł się tak ambiwalentnie. Z jednej strony szalał z radości, zdrugiej czuł ogromny smutek. Był zły, że babcia nie zadzwoniła przynajmniej te kilka godzin później, aby on mógł nacieszyć się tym historycznym meczem. Wkurzało go to, że potrafił być tak samolubny. Czuł złość i jednocześnie wyrzuty sumienia, że w chwili śmierci, choć już od jakiegoś czasu spodziewanej, najbliższej mu osoby nie potrafi odrzucić od siebie tak idiotycznych myśli.

Szybko przemknął przez kolejne korytarze, nawet nie mając w głowie robienia dodatkowych wywiadów w specjalnym sektorze dla mediów. Teraz to nie miało znaczenia. Był szefem działu sportowego w „Gazecie Lubuskiej” i to on wyznaczał standardy. Poza tym już w przerwie spotkania umówił się, żeby tę robotę wykonał Mariusz, dwudziestodwuletni student, którego wziął ze sobą na mecz życia w nagrodę za jego dotychczasowe zaangażowanie i solidną pracę, którą — jak by nie patrzeć — chłopak świetnie wykonywał. Powiedział mu wkilku słowach, że musi wracać i żeby zanocował w hotelu i nazajutrz złapał pociąg, a on załatwi dla niego w redakcji zwrot kosztów. Wrzucił go na głęboką wodę, ale przynajmniej młody poczuje, co to odpowiedzialność i stres. Niech się uczy.

To był piękny październikowy wieczór. Normalnie Tomek poszedłby po meczu z kolegą z radia, z fotoreporterem i, oczywiście, zmłodym na piwo. Usiedliby w jednej z warszawskich knajpek i do późnej nocy fetowali wielki sukces polskiej reprezentacji. Potem koło południa następnego dnia pojechaliby z powrotem do Zielonej Góry. Mógłby wsiąść za kierownicę bez problemu. Nigdy dużo nie pił, a poza tym miał mocną głowę, jego organizm bardzo szybko metabolizował alkohol. Z czasów szkolnych pamiętał, że zawsze, gdy jego koledzy umierali po imprezie, on raniutko budził się i szedł po świeże bułki. Wszyscy mu tego zazdrościli, bo prawie nigdy nie miał kaca. A jeśli już nawet kiedyś się pojawił, to objawiał się bardziej zmęczeniem niż zatruciem. I przechodził szybko ibezboleśnie.

Wpływ na tak dobrą przemianę materii mógł mieć też jego sportowy tryb życia. Od najmłodszych lat lubił rywalizować. Taki miał charakter. Zawsze chciał wygrywać. I prawie zawsze mu się udawało. Przynajmniej w sportach indywidualnych. Nie mogło być jednak inaczej, skoro już w wieku piętnastu lat miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i osiemdziesiąt pięć kilogramów wagi. Prawie samej masy mięśniowej. Wygrywał w klasie wszystkie konkurencje. Był najlepszy w bieganiu, rzucie dyskiem, rzucie młotem, skoku w dal, wzwyż, rzucie oszczepem, pływaniu i wielu, wielu innych. Grał i był liderem wszkolnej drużynie piłki nożnej, ręcznej i koszykówki. Pewnie byłby i najlepszym atakującym w siatkówce, ale na to już najzwyczajniej zabrakło czasu. Miał ksywkę „Tur”. Trudno powiedzieć, czy od nazwiska Turczyński, czy od postury, która zawsze dawała mu przewagę nad rówieśnikami, a często i starszymi od niego.

Był klasyczną gwiazdą od podstawówki, przez liceum i studia. Kobiety lgnęły do niego, a on mógł w nich przebierać. Skwapliwie z tego korzystał, bo prócz wspaniałej atletycznej budowy ciała, na którym można było wręcz uczyć się anatomii, był również bardzo przystojny. Tomek posiadał klasyczne, twarde, męskie rysy. Wydatną szczękę, równy, proporcjonalny nos iduże, niesamowicie niebieskie oczy. A wszystko dopełniały blond włosy niemal do ramion, które przyprawiały młode dziewczęta niemalże o dreszcz ekscytacji, szczególnie gdy po raz kolejny tańczyły w rytm jego boskich ruchów na zawodach lekkoatletycznych czy turniejach sportów zespołowych. Tomek z łatwością znalazłby pracę w modelingu, ale akurat ta sfera życia kompletnie go nie pociągała. Była niemęska. Po prostu. No i to jego przyrodzenie, o którym krążyły legendy. Głównie wśród dziewczyn, które z jego dwudziestocentymetrowego penisa zrobiły w swoich opowieściach potwora mierzącego dwadzieścia pięć, anawet trzydzieści centymetrów.

To dlatego, idąc korytarzami liceum czy później uniwersytetu we Wrocławiu, czuł na sobie spojrzenia niemal wszystkich kobiet. Wiedział, że nie musi się starać, że wystarczy, aby którejś puścił oczko czy posłał delikatny uśmiech, aby na najbliższej imprezie sama przyszła do niego i proponowała seks. Nie zliczy, ile dostał miłosnych listów i łóżkowych propozycji. Pod koniec studiów dwie kobiety prosiły go o zrobienie im dziecka, później kolejnych siedem. W sumie dziewięć kobiet chciało, aby je zapłodnił, nawet nie licząc na nic więcej niż potomek. Wszystkie mówiły, że czują od niego nieprawdopodobną męskość, rodzaj perfekcji. Wiele twierdziło, że jego zapach jest wręcz otumaniający i że przez to tracą rozum. Sam go nie lubił i próbował go na początku maskować. W podstawówce czuł się z tym fatalnie, bo pocił się ponad miarę, a woń jego potu była mocno wyczuwalna. Potem, gdy zauważył, jak działa na kobiety, przestało mu to przeszkadzać. Nie przejmował się, choć regularnie korzystał znajmocniejszych na rynku dezodorantów.

Tomek nie chciał mieć dzieci. Był samcem alfa i dobrze się z tym czuł. Nie chciał komplikować sobie życia. Przynajmniej na razie. Był królem w swoim świecie. Nigdy nie narzekał też na brak pieniędzy, bo jego dziadek, który wychowywał go od trzeciego roku życia, był dość majętnym człowiekiem. Miał kilka ośrodków wypoczynkowych w okolicach Wałbrzycha i nigdy nie skąpił środków ukochanemu wnukowi. Jednocześnieuczył go, że pieniądze to nie wszystko, i najważniejsze to umieć je rozsądnie wydawać. Dlatego Tomek nie obnosił się ze swoim bogactwem. Szanował słowa i rady dziadka Włodka, który był dla niego wielkim i chyba jedynym autorytetem, wzorem człowieka szlachetnego iniebywale dobrego. Regularnie udzielającego się charytatywnie, pomagającego biednym i będącym w gorszej sytuacji niż on sam. To też zawsze wbijał mu do głowy — że należy pomagać. Słabszym, biedniejszym, będącym w gorszej sytuacji. Może wtedy świat nie pójdzie drogą zła, którego on sam doświadczył podczas hitlerowskiej okupacji.

Z zamyślenia wybiła Tomka seria wielkich kropel, które spadły na przednią szybę samochodu. Włączył wycieraczki i rozejrzał się po okolicy, próbując odnotować, ile drogi pozostało mu jeszcze do Międzygórza. Zbliżał się do Kłodzka, więc był już prawie w domu. W radiu leciała akurat kolejna piosenka o Biało-Czerwonych, której miał w ostatnim czasie serdecznie dość. Stara, ale wciąż jara Maryla Rodowicz darła się do mikrofonu, że znów podbijemy świat, że Polska jest niezwyciężona itemu podobne głupoty. Rzeczywiście, jeszcze parę godzin temu pokonaliśmy Niemców, ale raz, że był to niezwykły łut szczęścia, a dwa, że wciąż nie było składu, aby choć powalczyć na mundialu o coś więcej niż ćwierćfinał.

„Znowu ten futbol” — Tomek ocknął się, gdy zobaczył tablicę oznajmiającą, że właśnie wjeżdżał do Domaszkowa. Jeszcze tylko kilka kilometrów i będzie w domu. Mimo bardzo wczesnej pory babcia na pewno czekała już na niego z ciepłym rosołem. Dzwonił, uprzedzając, że będzie za około pół godziny. Bardzo ją kochał, od kiedy pamiętał zastępowała mu matkę, gdyż ta prawdziwa umarła, wydając go na świat. Babcia Jadzia miała już osiemdziesiąt osiem lat, ale wciąż trzymała się całkiem dobrze. Przez całe życie miała jednak oparcie w swoim mężu, dziadku Włodku, który właśnie odszedł w wielce szacownym wieku stu jeden lat. Choć był od niej sporo starszy, rozumieli się znakomicie. Oboje szli przez życie, wspierając się nawzajem, jak tylko mogli. A łatwo nie mieli. Włodzimierz wycierpiał w okresie okupacji bardzo wiele. Schwytany podczas jednej zakcji podziemia został wysłany do obozu pracy Olbrzym w Górach Sowich, jednego z największych, jeśli nie największego kompleksu bunkrów na świecie. W nieludzkich warunkach musiał pracować dzień i noc przez ponad rok, zanim udało mu się zbiec. Babcia jako nastolatka musiała uciekać z Wołynia, na którym straciła całą rodzinę podczas rzezi, które sprawili Polakom ukraińscy nacjonaliści. Nigdy nie chciała mówić o tym, co przeżyła i widziała. Było to dla niej za trudne.

Wyłączył wycieraczki firmowego opla vectry. Międzygórze. W końcu. Spojrzał na zegarek. Było siedem minut po piątej rano. Rodzinny dom stał zaraz po lewej. Włączył kierunkowskaz i wjechał na piaszczystą drogę, która prowadziła pod samą bramę. Minął posiadłości Piotrowskich iWyżyków i zwalniając, włączył guzik otwierający bramę wjazdową. Światło w kuchni oczywiście się paliło i zanim zdążył pokonać kilka następnych metrów, mała postać wyszła przed drewniane drzwi. Zatrzymał samochód i wyszedł przed ganek. Spojrzał na gospodynię, która wydawała się teraz jeszcze mniejsza niż zwykle. W własnoręcznie zrobionym na drutach sweterku i zwykłych dżinsach stała bez ruchu.

— Chodź, wnuczku. Wejdź, bo chłodno o tej porze — powiedziała i zapraszając Tomka do środka, powoli zamknęła za nimi drzwi.

— Witaj, babciu. — Nie miał pomysłu, co powiedzieć więcej w tej chwili i, niemal klękając, mocno ją objął.

Starsza kobieta znalazła choć chwilowe ukojenie wuścisku Tomka i mocno, jak tylko mogła, przytuliła go do siebie.

— Mój kochany Tomeczku, mój kochany, jak dobrze, że jesteś. Czuję się taka samotna. — Poczuł, jak łza delikatnie potoczyła się po jej policzku i dotknęła jego własnego. — Chodź, proszę. Zjesz rosół, bo na pewno jesteś głodny po tak długiej podróży.

Po raz pierwszy w życiu Tomek czuł się w swoim rodzinnym domu nieswojo. Każdy wcześniejszy przyjazd kojarzył mu się z radością, roześmianą babcią i wiecznie zaczytanym na tarasie dziadkiem. Przekraczając próg, zawsze czuł się jak małe dziecko, które wraca po jakiejś dalekiej podróży i które już o nic nie musi się martwić. To był jego azyl. Tu czuł się bezpiecznie, bez względu na okoliczności.

Ale nie teraz. Miał wrażenie, jakby to spotkanie było jakieś surrealistyczne, jakby babcia w ogólnie nie istniała. Był człowiekiem, który potrafił odnaleźć się wkażdej sytuacji, ale tym razem nie mógł powstrzymać łez. Gdy wszedł do salonu, z którym wiązało się tyle radosnych wspomnień, poczuł, że już nigdy nie będzie tak samo. Nigdy nie usłyszy „Tomuś, przynieś mi, proszę, haczyki, bo brakuje mi przyponów”; „Tomuś, podaj mi, kochany, tę książkę o powstaniu warszawskim, tę na górnej półce”. Dziadka już tu nie było. Teraz leżał pewnie gdzieś w szpitalnej kostnicy.

Sto jeden lat, a do samego końca był w ruchu i w pełni władz umysłowych. Umarł dziś wieczorem, siedząc w ukochanym fotelu, na tarasie. Zawał, pierwszy w jego życiu iod razu śmiertelny. Do tej pory niemal na nic nie chorował, miał serce jak dzwon, jak mawiał on i jego lekarze. Pewnie wielu chciałoby dożyć tak sędziwego wieku jak dziadek Włodek.

— Zostaw, babciu, ja dołożę. — Znów wyrwał się z zamyślenia, widząc maleńką postać próbującą dorzucić wielkie polano do przygasającego ognia w kominku.

— Nie, nie, usiądź i zjedz, bo wystygnie.

Tomek w ciszy usiadł przy stole i zaczął jeść. Był głodny, ale nie potrafił cieszyć się tym wyjątkowym, niepowtarzalnym smakiem rosołu, który był nieodłącznym elementem ich wspólnych spotkań. Chwilę jadł w ciszy, aż mała postać delikatnym, acz wciąż bardzo pewnym krokiem podeszła i usiadła naprzeciwko niego.

— Jak to się stało, babciu? Czy cierpiał?

— Wnusiu kochany, jesteś bardzo zmęczony. Zjedz i połóż się spać, bo jutro przed nami trudny dzień.

* * *

Obudził się kilka minut po godzinie dziesiątej. Słyszał, że na dole krzątała się babcia, więc załatwiwszy szybko poranną toaletę, zszedł po drewnianych schodkach na dół. Promienie marcowego słońca przedzierały się do salonu, przywołując natychmiast setki wspomnień. Wnętrze było bardzo przytulne. Ściany idach z drewnianych bel, duże okna, ława i cztery dębowe fotele. To tu uwielbiał siadać z dziadkiem przy piwie i wsłuchiwać się w jego wojenne opowieści. O tym, jak walczył w podziemiu, jak został schwytany i jak przez ponad rok ciężko pracował przy budowie sieci hitlerowskich bunkrów. Potem o jego ucieczce, partyzanckiej walce iprzedostaniu się do armii generała Andersa, z którą toczył boje z Niemcami. Dziadek Włodek zaszczepił w nim tę pasję do historii, nie tylko II wojny światowej. Spojrzał na ścianę z ponad trzema tysiącami książek, z których większość przeczytał, jeszcze zanim na dobre wyjechał na studia. Chwycił pierwszą z brzegu, lekko odkurzył i spojrzał na tytuł — „Tajemnice Olbrzyma. Skarby Hitlera wciąż czekają na odkrycie”.

Ten pobliski bunkier był dla dziadka prawdziwą obsesją. To właśnie tam przeżył największą gehennę w swoim życiu. Był świadkiem wydarzeń, o których mogli wiedzieć jedynie nieliczni. Opowiadał, jak na własne oczy widział Heinricha Himmlera iwielu innych wysokich rangą dygnitarzy Trzeciej Rzeszy. Zawsze powtarzał, że Niemcy składowali tam wielkie skarby i prowadzili ściśle tajne działania na nieprawdopodobną skalę. Często zabierał Tomka w te okolice, pokazując mu miejsca, które pamiętał jeszcze ze swojego pobytu. Chodził tam także sam, poszukując swoich wyimaginowanych skarbów. Było to irracjonalne, bo cały kompleks został zburzony i po wojnie zachowało się jedynie kilka korytarzy. Choć wszystko co do centymetra przeszukali później Rosjanie, dziadek wierzył, że nie znaleźli wszystkiego. Tomek go rozumiał. Przeżył tam rzeczy, które z pewnością wyryły trwałe blizny w jego psychice. Wnuk nie oponował, gdy po raz kolejny wybierał się na spacer w tamte okolice. Albo z kilofem, łopatą i całym zestawem narzędzi w okolicach bunkra bawił się razem zdziadkiem w szukanie skarbów.

— Witaj, wnusiu.

Babcia Jadzia, wspinając się na palce, pocałowała Tomka w policzek i chwytając za przycięte znacznie krócej niż kiedyś blond włosy, lekko pogładziła go po głowie. Musiał się mocno schylić, aby dać jej na to szansę. Często się zastanawiał, po kim ma taką imponującą posturę, bo tak babcia, jak i dziadek do wysokich i potężnych ludzi nie należeli. Ojciec był już natomiast, jak to mówił dziadek, „kawał byka”. Ojciec, którego tak naprawdę nigdy nie znał. Umarł, gdy Tomek miał zaledwie trzy lata. Potrąciła go ciężarówka, gdy wychodził z zakrapianej imprezy u kolegi. Niestety, lubił wypić. Dziadek zawsze powtarzał, że syn nie potrafił uporać się z przeszłością i śmiercią swojej żony Marioli, mamy, która umarła rodząc Tomka. Do tego miał porywczy charakter, nawet bardzo, przez co często wdawał się w