Kocie szlaki - Jarocka Krystyna - ebook + książka

Kocie szlaki ebook

Jarocka Krystyna

2,5

Opis

Opowiadania Krystyny Jarockiej to fascynująca lektura, ukazująca prawdziwą naturę człowieka – bez upiększania, bez maski. Opisane w książce historie pokazują prawdę o nas samych; nie uciekają od problemów, z którymi się zmagamy, wprost przeciwnie – próbują się zmierzyć z wszystkimi naszymi lękami i kryzysami. To historie, z którymi się utożsamiamy; w bohaterach „Kocich szlaków” możemy przeglądać się jak w lustrze. Choć prawda o nas samych nie zawsze jest dla nas wygodna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 253

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Opieka redakcyjna

Beata Dobrzyniecka

Redaktor prowadzący

Agnieszka Gortat

Korekta

Elżbieta RękosiewiczKinga Kosiba

Opracowanie graficzne i skład

Marzena Jeziak

Projekt okładki

Aleksandra Sobieraj

© Copyright by Krystyna Jarocka 2019

© Copyright by Borgis 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Wydanie I

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-62993-35-2

Wydawca

Borgis Sp. z o.o.ul. Ekologiczna 8 lok. 10302-798 Warszawatel. +48 (22) 648 12 44

Druk: Sowa Sp. z o.o

ŻYCIE RODZINNE

A

Najważniejsze teraz było nie to, zdawało jej się, co ona myśli i czuje, ale to, że nie umiała się z tego zaklętego kręgu wyrwać.

Nie umiała czy nie chciała?

Próbowała zastanowić się nad tym, ale, jak zwykle w trudnych chwilach, w myślach jej panował zamęt i falami nachodziło ją owo zwątpienie we własne siły – jak zawsze, kiedy była pod wpływem tabletek.

Patrząc na zalane strugami deszczu huśtawki i kolorowe płotki, na głębokie bruzdy i kanały, które ryła w piaszczystej skarpie woda, i ową jesienną już aurę, widzianą przez okno, jeszcze bardziej poddawała się przygnębieniu. Myślała chaotycznie o tym, co należało bezzwłocznie postanowić, jak postąpić, by wreszcie mieć to wszystko za sobą, ale w istocie poddawała się raczej wirowi obrazów ich obojga, siedzących przy stole we wrogim zacietrzewieniu, wykrzykujących plugawe oskarżenia, których nie sposób sobie po chwili przypomnieć; dzieci snujących się z kąta w kąt i raz po raz przywoływanych na świadków tej czy innej racji. Łykanie w przerwach tabletek, kiedy podniecenie sięgało szczytu. W nienawistnym milczeniu następowało rozpatrywanie win i sytuacji, jakie miały miejsce w przeszłości, rażących swą banalnością, i warunków, jakie zaistnieją niechybnie w przyszłości – i wtedy, poprzez nienawiść, żal i rozgoryczenie, wyciągał do niej macki lęk.

Rozerwać ten krąg znaczyło po prostu wepchnąć dzieci w biedę, w biedę autentyczną, jaką znała z pierwszych lat ich związku. Posępnie obliczała, na co jej już nie będzie stać, mając przed oczyma kalejdoskop cen widywanych w czasie wędrówek po mieście. Milczenie dzieci nabierało w jej skołowanej głowie kształtów wyrzutu, by następnie znów zatopić się w obrazach haniebnych scen, podsuwanych usłużnie przez pamięć. Nie! Nie potrafiła nic postanowić. Jeszcze nie teraz.

 M o ż e s i ę t o w s z y s t k o j a k o ś u ł o ż y. Ale gorzka świadomość, że wszystko stracone, nie pozwalała nawet na chwilową ulgę. Machinalnie zmiotła ze stołu okruchy pozostałe po śniadaniu, ale sama myśl o zmyciu naczyń napełniała ją odrazą. Odrazą do robienia czegokolwiek! Odrazą do tego domu, jego ścian, gratów, do nocnych godzin oczekiwania na kroki na klatce schodowej; odrazą do wsłuchiwania się w gorączkowy rytm niepokoju, który pulsował w krtani wściekłym galopem, nie pozwalając zmrużyć oka choć na moment i doprowadzając ją do szału, że ma taką, a nie inną naturę. W takie noce modliła się do Boga, którego istnienie podejrzewała z zabobonnym lękiem, by to, co ma dla niej w zanadrzu, nie było boleśniejsze od dotychczas zsyłanych na nią ciosów. Ale zawsze było boleśniejsze. O stopień napięcia, o większy ładunek goryczy, o ciemniejszy ton w obrazie przyszłości ich rodziny.

Czy istotnie tworzyli rodzinę? W świetle tego mglistego dnia, mimo jego ponurości, blakły nieco koszmarne nocne obrazy. Ich ciemne linie tylko w zestawieniu z jej pragnieniami, tylko w zestawieniu z tym, co sobie wypieściła dawniej w wyobraźni, nabierały kontrastowej czerni. Jeżeli odsuwała tamten różowo-złoty, w świetliste desenie, widok prawdziwie szczęśliwej rodziny – to ten realny miał w sobie co prawda barwy szarego popiołu i wyschłego błota, ale z obecnymi również jaśniejszymi smugami. Te jaśniejsze smugi to było zdrowie dzieci, ich nauka, jej pisanie – azyl, ale najczęściej jedynie namiastka tego, co nieosiągalne. Dlaczego? Nawet bunt, który ogarnął ją w tej chwili, był uczuciem, które następowało w dawno przewidzianej kolejności. Od lat nie było nic oryginalnego ani w ich kłótniach, ani w postępowaniu. Te same słowa, te same gesty i te same towarzyszące im uczucia. Tylko świadomość niemożności porozumienia się była coraz głębsza i coraz głębsze było zniechęcenie do tego, co dawało jakąś tam szansę ratunku.

Wiedziona raczej intuicją niż realizmem, wiedziała aż nadto dobrze, że nic się nie zmieni. Że kompromis, jeszcze jeden kompromis, zapewni co najwyżej na jakiś czas obecny stan rzeczy. Że nie przyniesie porozumienia, a jedynie zawieszenie broni. Ta walka była bowiem prowadzona z czymś, co na pozór nieokreślone i rozrzucone, jak paciorki po wielorakich zjawiskach codziennego bytu – nie tylko ich, ale całego społeczeństwa, bytu szarego tłumu – tu, w czterech ścianach ich domu, przybierało konkretny kształt. To „coś” było jak mityczny smok i jak smok zatruwało swym jadem coraz bliższe kręgi ich labiryntu, aż trucizna dotarła do samego środka i swym smoczym zębem ukąsiła ich rodzinę w samo serce.

Jak do tego doszło, że oto labirynt – z jego tajnymi, przytulnymi korytarzami i bezpiecznymi kątami – nagle otwarł się i ukazał swoje zbrukane smoczym jadem wnętrze? Otwarł się i leżał pokornie, poddany ostatniemu krokowi stopy, która strzaska, zgniecie go jak muszlę? Teraz, pozbawieni jego osłony, biegają nadzy i pokrwawieni, w przerażeniu i goryczy, zapominając o dzieciach, które także już są bezdomne.

Teraz każde z nich, niepomne na los drugiego, stara się znaleźć dla siebie azyl. Tylko czy to jest jeszcze możliwe? Jakiż ona mogłaby zapewnić sobie azyl? Pisanie? Bzdura. Z podziwem i zabobonnym lękiem, ze świadomością własnej marności myślała o Londonie, że potrafił pisać codziennie określoną liczbę godzin; o Galsworthym i jego wspaniałym ironicznym stylu; o Dostojewskim i jego odwadze grzebania w najplugawszych warstwach duszy ludzkiej, odwadze wydobywania prawdy o człowieku, odwadze obalania mitów; o Joysie i jego doskonałej technice, pozwalającej odsłonić myśli aż do samej jaźni. Myślała o nich z podziwem i czcią, z gorzką świadomością własnej niemożności, braku wiedzy, umiejętności; własnej, nędznej małości. A przecież wracała do tej przedziwnej namiętności jak lunatyk, pokonując narosłe przez długie miesiące wątpliwości, zabijając w sobie podejrzenia o grafomaństwo, o tandetę. Poddawała się wówczas czarowi słów, ich odurzającej woni i pięknu; były farbami, którymi malowała swój świat – jedyne miejsce, w którym nie czuła się samotna. Stwarzała świat o prawach wyrazistszych niż te w realnym, zapełniała go ludźmi barwniejszymi niż ci, z którymi stykała ją codzienność; dbała o to, by pobudki ich postępowania były zrozumiałe, gdyż było to ucieczką od mętnych, chwiejnych kroków tych, z którymi musiała żyć w świecie rzeczywistym.

Upojona namalowanym ogrodem, odurzona wonią jego kolorowych kwiatów, gdzie kolce róż były tak ostre, że wywoływały podniecenie, a łagodność ich płatków tak doskonała, że budziła zachwyt – doznawała spokoju. To był jej świat. Świat, który rozumiała, świat, który rządził się zrozumiałymi dla niej prawami. Tylko że nie mogła w nim pozostać. Podniecenie opadało, realny świat nabierał na powrót ostrych kantów; poplątane w nim ścieżki napawały lękiem i niewiarą we własne siły. Ludzie, których stworzyła, rozwiewali się jak cienie, a ogrody szarzały, stając się śmieszną, papierową dekoracją. Dopadała ją rzeczywistość; jej kolce boleśnie raniły i wywoływały ból, którego należało się wstydzić, łagodność jej płatków przemieniała się w brudną plamę, kiedy nacisnęło się ją opuszkiem palca. W istocie – mitycznym, pełnym zasadzek światem była dla niej rzeczywistość.

Przyglądała się temu światu z okna jak z samotnej wieży i wabił ją wówczas tysiącem obietnic. Kiedy jednakże pozwalała się skusić, dawał jej garść piasku zamiast złota, kamień zamiast chleba, toteż oszukana i w pełni świadoma własnej śmieszności wycofywała się na powrót w samotność. Po jakimś czasie poczęła podejrzewać, że jej naiwność jest tym nakazem dla świata, żeby dawać jej zawsze tandetę. Ale jak otworzyć właściwą furtkę, jak wkraść się w łaski rządzących, by otrzymać według obietnic?

Zaczęła podpatrywać dziewczyny takie, jaką sama wówczas była, i usiłowała przyswoić sobie ich nonszalancję. Kiedy jednak poszła ze swym chłopakiem do hotelu, w którym, jak należało, korytarze były wyścielone czerwonym dywanem, recepcjonista potraktował ją jak dziwkę, co podkreślił, mrugnąwszy porozumiewawczo do jej partnera. I choć nadal wierzyła, że są połowami tej samej idealnej całości, o której istnieniu zapewniali tak żarliwie już antyczni filozofowie, poczuła po tym mrugnięciu, jak w trybiki mechanizmu jej gotowości dostał się piasek, a dekoracja nieco zblakła. Dekoracja w tym prawdziwym świecie niby też była cudowna. Jedyna i niepowtarzalna złota jesień, która nawet w zacisze pokoju hotelowego, tonując dźwięki ulicy w przedwieczornej godzinie, posyłała im srebrzystą nitkę babiego lata w darze. Dekoracja była doskonała. Tylko że ona miała cały czas świadomość owego mrugnięcia portiera i nawet kiedy wmówiła sobie, że się jej tylko zdawało, wszystko to nabrało posmaku banału. I może dlatego dłonie, które wyłuskiwały jej ciało z ubrania, nie wyłuskały jej samej z samotności.

Pozostawało jej zatem pocieszać się żarliwymi słowami o miłości, które od początku świata są podawane w takim samym opakowaniu i od początku świata są przyjmowane z wiarą, że zarówno słowa, jak i opakowanie są jedyne w swoim rodzaju. Dekoracja nadal była wspaniała, choć zmieniały się jej elementy. Jednakże wiele sytuacji wymagało od niej niezwykłego hartu ducha i ślepej wiary w wielkość i piękno tego, co przeżywa. Ślepej wiary i przekonania siebie wymagały na przykład sytuacje, w których podchodzili do niej nieznajomi chłopcy i serwowali jej niewybredne komplementy, a nawet posuwali się do brutalnych zaczepek, a jej rycerz, zamiast – jak się tego spodziewała – stanąć do boju, kładł uszy po sobie i czekał, aż sama się z owym kłopotem upora. Ogromnego więc hartu wymagało, aby dostrzec jego delikatność i szlachetność, a ich gruboskórność. Powiedziała sobie jednakże, że przecież tylko komuś szlachetnemu mogła ofiarować siebie i swoją miłość, toteż zarówno bunt, który w niej czasem wybuchał, jak i rozczarowanie napawały ją wstydem, że taka jest „romansowa”.

Chciała dostrzegać w tym drugim człowieku, który mówił jej takie miodem ociekające słowa, samą dobroć i miłość, które oto ofiarowywał jej świat. Z lękiem odwracała się od swoich rozczarowań i ponurych przemyśleń, by nie kusić losu. Ze straceńczą swadą pozwalała wciąż i wciąż wyłuskiwać swe ciało z ubrania, w głębokiej tajemnicy kryjąc ową wstydliwą ułomność – niemożność wyłuskania się także z własnej samotności. Gwoli pociechy odkryła wreszcie, że złoto tego świata ma barwę popiołu, a miód smak trocin. To wszystko, co świat mógł jej ofiarować, więc należało to przyjąć. I przyjęła.

Jakiś mądry człowiek na uczelni powiedział jej kiedyś, że miłość, jak sztuka, wymaga poświęceń. Tenże slogan stał się zarówno usprawiedliwieniem jej decyzji, jak i dewizą na przyszłość. Miłość wymaga poświęceń? Zatem należy poświęcić i rodziców, którzy są tak ograniczeni, że nie potrafią dostrzec w obiekcie jej miłości szlachetnego ducha. Ha! Ich sprawa. I niech nie próbują jej do niego zrazić! Mimo to odsunięcie się od niej ojca było ciężkim przeżyciem. Potykała się o jego ukradkowe spojrzenia, jego zaklęte milczenie; ślepota na jej sprawy, głuchota na jej słowa napełniały ją głęboką goryczą. Matka przychodziła w sukurs ojcu. Jej w sukurs nie przychodził nikt. Jednakże czuła się też i dumna – jako tarcza i opoka.

B

Jak ja mogłem wytrzymać z tą kobietą tyle lat?! Patrzę na jej ziemistą cerę, wyblakłe oczy i ten nienawistny grymas ust, kiedy sięga po nowego papierosa. Tak. Nienawistny. W nim zawiera się wszystko – cała jej rzekoma krzywda, której ode mnie doznała; cały ten fałsz sponiewieranej niewinności, z którą obnosi się jak ze sztandarem. Dzieci patrzą na to i robi mi się głupio. I to jest matka! Poza tym za dużo pali. Ciekawe, za czyje pieniądze. Bo chyba nie za swoje marne grosze, cholerna literatka! Koń by się uśmiał. Przecież t o t o jak nic nadaje się do czubków. Jej wrażliwa dusza, jej cholerne apodyktyczne sądy, od których dostaję mdłości. Do diabła! Jakim byłem osłem, że dotąd znosiłem jej fanaberie. I pomyśleć, że to nic a nic nie zrozumiało. Ba, ale na jakim świecie ona żyje?! To jest poważny świat? Te jej, pożal się Boże, kluby a r t y s t y c z n e, te kawiarnie, w których prowadzi te swoje kretyńsko-intelektualne rozmowy z bubkami jej podobnymi. Mój Boże! Tymczasem ja haruję jak wół; jak ten osioł wydrapuję forsę, skąd się da, i jeszcze jest źle. Jeszcze źle. No, koniec z tą farsą!

Czas nareszcie pomyśleć o sobie. Które z nich potrafi docenić mój wysiłek? Żadne. Przecież widzę – wystarczy spojrzeć choćby na Witka, jak wybałusza te swoje, niewidzące mnie, gały. Oczywiście – jest za matką. Dokładnie go objaśniła, co i jak. To jej szkoła. Nie ma nawet tyle rozumu, żeby zdobyć się na własny osąd. A gdyby nie ja, zdechliby z głodu. Przecież ona nie potrafiłaby utrzymać rodziny nawet przez tydzień. Zapiłaby się na śmierć. Taka ona jest – ta moja szanowna żoneczka. No, gdyby ona miała tyle okazji co ja, to już ją widzę. Szkoda gadać. Już ja ją urządzę. Jeśli myśli, że oddam w jej brudne łapy Kasię, to się myli. Sądziła pewnie, że chcę ją wpuścić w maliny, kiedy powiedziałem, że pozbawię ją praw rodzicielskich do małej. No to się przekona, ta kabotynka. Wszystko było dla niej niewystarczająco dobre, za niskie dla jej delikatnej duszyczki. Cała ta banda, wśród której się obracam, to według niej stado kretynów i biurowych dziwek. A potem szlochy: och, jaka ja samotna. Jak można było się z tą idiotką gdziekolwiek pokazać, skoro patrzyła na wszystkich kozłem? Jak mi, cholera, było głupio, kiedy ją prezes poprosił do tańca i mu odmówiła. No, jasne. Korona by jej z głowy spadła. Bożżże, co za idiotka!

Musiałem być faktycznie skończonym durniem, że wziąłem ją sobie na kark. A jakie fumy; a ta jej rodzinka – też niezła menażeria. A ja, kretyn, musiałem wysłuchiwać ple-ple starego, cały czas wiedząc, że jestem pod jego okiem jak pod mikroskopem. I jeszcze chciałem dobrze wypaść! Czego nie wyrabiałem, ile starań, które osuwały się jak po szkle po skorupie wrogości tego klanu. Nic nie było dobrze. Wszystko było źle. No i oczywiście nastawiali ją przeciwko mnie. A jakże. Wykorzystywali wszystko. Kopali pode mną dołki aż do zasapania. Pieprzona mafia. Co mnie, do licha, tak zaślepiło? Co to było? Dziewucha jak inne. I jeszcze z fumami. Te jej teatralne słowa, jakich mi nie szczędziła; te jej gesty – kurczę, czasami chciało mi się wyć z rozpaczy. Co w tej jej durnej głowie było? Nic, tylko romanse, romanse… Kto by się tym przejmował na jej miejscu? Wielkie mi wydarzenie, że nas wtedy zwinęła obyczajówka. A jak to przeżywała! Jaka się czuła zbrukana! Szkoda, że później nie czuła się zbrukana, gdy wywijała na moich oczach z byle dupkiem. Cholera jasna! I jeszcze musiałem znosić tych wszystkich fagasów, którzy lepili się do niej jak muchy do miodu. Rzeczywiście, wyglądała chyba wtedy na kurwę, skoro się jej nieustannie czepiali. No, na przykład ten gliniarz wtedy na dworcu w Warszawie podszedł tylko do niej. Tylko ją wylegitymował. Albo ci sokiści, gdzie to było? Chyba w Głogowie… Wystarczyło, że się o krok ruszyła, niewiniątko… Teraz się robi sexy jak ma wyjazd, cwaniara. No, ja ją urządzę. Skończą się kawki, koniaczki itepe. Tych swoich klubów też będzie musiała się wyrzec. A do roboty! To jej zresztą dobrze zrobi. Durna baba.

Odechciewa się jedzenia, mając przed oczami tę jej skwaszoną minę. Od czasu do czasu mogłaby przygotować coś lepszego, skoro to jest niedzielne śniadanie. Ale nie. Ona jest stworzona do wyższych celów. Wpadłem jak śliwka w kompot… I czego ona wypatruje za tym oknem? Od lat wie, jak mnie to wkurza. Specjalnie to robi. Niby że wypatruje, jakby tu uciec z klatki. No, uciekaj, rajski ptaszku. Mam powyżej uszu twoich zagrań.

Kiedyś… wszystko robiłem, żeby jej było dobrze. Ta jesień. Było przecież dobrze. I nawet nie mieliśmy pieniędzy. Och… nienawidzę jesieni. Tych cholernych bohomazów. Uuuroda. Tak. Wszystko oszustwo. Odebrała mi wszystko. Już nic nie pamiętam, zresztą – nie chcę pamiętać. Czy mogę sobie na przykład wyobrazić Witka, jak był mały? Nie. Kompletnie. Pustka. Teraz mógłbym go o coś zapytać. Na przykład jak mu idzie w szkole. Nie warto. Odburknie: w porządku – jak zwykle. Nie ma sensu napraszać się… Wszystko zniszczyła. Głupia, tępa baba. Czuję się chory. Nie chcę się w to wgłębiać, cholera wie, co to jest. Znikąd współczucia, znikąd zrozumienia. I to jej ciągłe utożsamianie mnie z tymi, których nienawidzi. Ale kogo ona „nawidzi”? Ona nawet własnych rodziców nie cierpi. Zawsze wszystkiemu byłem ja winien. Jak nie mogła dostać butów dla Witka, jak nie mogła kupić wędliny, jak wygaszali światło w wolne soboty czy zabierali wodę. „To ta banda” – i moja bierność. Moja zgoda na to, co jest. Cholera! Powinienem być błędnym rycerzem, a nie normalnym człowiekiem. Kiedyś podałem jej definicje różnych rodzajów miłości według Tołstoja. Jej też była tam scharakteryzowana. Wypisz, wymaluj – wielka miłość, która gotowa oddać życie, a brzydzi się czyraka na skórze kochanka. Wielkie słowa, a pod nimi nic – pustka. Ta magia słów! Każdy dureń mógł ją nimi odurzyć. Odurza się zresztą do dziś różnymi tam mówkami bufonów. Wszystko mi odebrała, nawet przeszłość. No, nie. Kasi jej na pewno nie zostawię. A zresztą, niech idzie w diabły. Gdybym mógł, wydarłbym z siebie pamięć. Gdyby tak zapaść na amnezję... Zapomnieć, że w ogóle była t a k a na świecie. I to teraz, kiedy mam huk roboty, tyle cholernych problemów. Muszę Jurkowi napisać to odwołanie do finansowego. Co za dupki żołędne tam siedzą, żeby naliczyć ponad siedem milionów podatku. Durne jołopy! Jak tak dalej będzie, to popadamy jak muchy. Spokojnie, panie prezesie. Załatwi się. Tylko bez nerwów. A tu jeszcze i to. W jej kurzym móżdżku po prostu nie ma miejsca na takie przyziemne sprawy.

To przyjęcie kotlarzy nas uratowało. Tylko nie wiadomo, na jak długo, cholera. Do momentu, aż znów coś nowego wymyślą. Ona by wpadła na taki pomysł? Ona się tym interesuje? Nie, owszem, interesuje się – rozpatruje to krytycznie. W sytuacji ogólnej. Myślenie kompleksowe niby to literatki. Nie jakieś tam przyziemne, jednostkowe. Ciekawe, o czym teraz myśli, kiedy tak wygapia się za okno. Wiadomo – jakby mnie tu zrobić w konia. Ale poczekaj, droga pani. Nie tak szybko. I nie tak łatwo. I jeszcze ci powie, że nie pracujesz. A co ja robię przez cały czas, do diabła ciężkiego?! Ma tak spieprzoną wyobraźnię, że dla niej praca odbywa się tylko przy biurku. A przecież powinna mieć jakie takie pojęcie, znając nasze stosuneczki. Tylko że ją to nic nie obchodzi. Ona jest przeciw i cześć! Wojująca Joanna d’Arc! Zresztą, wszędzie miała problemy. Wszędzie, gdzie pracowała, było nie tak. To w tej sytuacji nie ma się co dziwić. Nigdy niczego nie pojmie. Ciężka idiotka i tyle. Mam dosyć.

No nie stercz już przy tym oknie! Nie stercz. Niedługo wyfruniesz… Chociaż te gary by zmyła. Co się jej roi w tej durnej głowie? Wielka afera, że wróciłem późno. Mogłem wcale nie wrócić. Mogłem wziąć hotel, przespać się jak człowiek, zamiast użerać się z nią do białego dnia. Ciągle to samo. Na okrągło. Rzygać się chce!

– Chodź do mnie, maleńka. – I pomyśleć, że ta baba z piekła rodem urodziła taką kruszynkę. Tylko ona mnie tu kocha. – Poczochraj się o brodę tatusia, Myszko. Gdzie byłem? W pracy, dziecinko. Tatuś ciężko pracuje, wiesz?

No, oczywiście. Synek spojrzał na mnie tak, że gdyby jego wzrok zabijał, byłbym już trupem. Ona go odpowiednio ukierunkuje.

– Pójdziemy do parku?

Najchętniej bym się walnął i przespał. Ale czy w tym domu człowiek może normalnie odpocząć?

– Tak. Tatuś kupi ci lody. I ciastka też.

Mógłbym ją zapytać, w co ubrać małą… A, pieprzę to! Nie warto już kruszyć tego muru. Niech siedzą w tej norze. Niech się nawzajem żałują. Dotyk rączki tego dziecka to najcenniejsze, co mam. Nie chcę myśleć, jaka się stanie, kiedy dorośnie. Mam nadzieję, że będzie bardziej życiowa niż matka. Ją też zbuntuje, jak syna… Nie! Nie pozwolę na to. Wezmę ją ze sobą. Że też musiałem tak wpaść. A przecież mogłem mieć normalną kobietę, która byłaby matką dzieciom. Inna na jej miejscu całowałaby mnie po stopach za forsę, którą jej przynoszę. Ale nie ona, oczywiście. Jej na pieniądzach nie zależy. Tylko ciekawe, co by było, gdyby ich nie miała? Jej dzikie pretensje są pozbawione sensu. Naprawdę, chyba tylko u nas są tego rodzaju problemy. Nie liczy się nic prócz jej wybujałych, nieżyciowych wyobrażeń. Przecież ona jeszcze mentalnie nie wyrosła z wieku nastolatki. Ideały, cholera jasna! Nic dziwnego, że w żadnej pracy nie mogła wytrzymać. Czy normalny człowiek zwolniłby się na przykład od nas, kiedy zostałem sekretarzem POP? A jaki był powód? Ona nie chce być traktowana jak żona poprzedniego; jak święta krowa. Nie chce, by pracownicy postrzegali ją tak, jakby była na innych prawach niż oni. No i co by się stało, gdyby ją tak traktowali? Każda normalna żona miałaby powód do satysfakcji, że jej mąż… Ale nie ona. Ona nie chciała mieć nic wspólnego z „tą bandą”, która pod sztandarem idei załatwia swoje brudne interesy i robi burdel z zakładu pracy. Mój Boże! Że tam od czasu do czasu znalazła się jakaś butelka. Że się pożartowało z dziewczynami. Ale ile rzeczy załatwiało się tylko dzięki temu, że potraktowało się kogoś po ludzku. Zresztą, sama się przekonała, jak szły sprawy, które ona załatwiała „zgodnie z sumieniem”. Nie dziw, że wszyscy pukali się w głowę, jak się zwalniała. Wolała harować gdzie indziej, niż siedzieć sobie spokojnie tutaj, jak u Pana Boga za piecem. A w domu miałem ciągłe konferencje prasowe. I te awantury, gdy wróciłem późno, po paru kieliszkach. Te nieustanne kazania umoralniające! Nie rozumiała nic. Nie chciała przyjąć do wiadomości układów; tego, że nie musiałem brać urlopów szkoleniowych, a wystarczyło podpisać listę obecności i mogłem jechać. A inni? Nawet całe wypoczynkowe tracili, jak mieli ciężkie egzaminy. A ilu nie wytrzymywało! Tymczasem ja, dzięki temu, że umiałem z ludźmi żyć, miałem wolną rękę. Nikt nie sprawdzał, co robię i gdzie idę. A robota była zrobiona. Czy zdołałbym ukończyć studia, gdybym nie miał takich dobrych układów? Jeszcze teraz prezes żałuje, jak mnie spotyka, że odszedłem. Wszystko miał załatwione pierwsza klasa. To przez nią musiałem się znów wgryzać w nową robotę. Fakt, że więcej forsy, nieporównywalnie więcej. Tylko że teraz już ona mnie do niczego nie zmusi!

Co za smród! Mogliby sprzątnąć te zdechłe szczury z szybu. W windzie nie idzie wytrzymać… O, ona ma tu pole do popisu. Zdaje się, że była w administracji. I co? Dalej śmierdzi. Sama się przekonuje, że na nic zdają się jej działania. Te jej akcje poprawiania świata. Nie ma obrzydliwszego człowieka nad tego, który wszystkich chciałby umoralniać. Do siebie tych zasad nie stosuje, cwaniara! Nie było sensu pieprzyć się tu z czynem społecznym, skoro znów wszystkie klomby rozkopali. O, albo te drzewka, leży to i niszczeje. Niech się rozejrzy wokoło. Niech spróbuje zawrócić rzekę kijem! Za co ona mnie tak nienawidzi?

– Tak, idziemy, kochanie, na huśtawki.

Jedynie Kasia mnie akceptuje w tym domu. Dlaczego z innymi ludźmi mi się układa, a z nią nie? Jarzębiny już czerwone. Ta jesień… Już nie pamiętam, kiedy byliśmy razem na spacerze. A przecież potrafiła być normalna. I była szczęśliwa. Wiem, że tak, chociaż temu zaprzecza. Czy ona myśli, że ja nie mam serca? Ile okrucieństwa jest w niej teraz… A kiedyś stawiała czoła całej tej rodzince. Gdyby nie to, dawno bym się zmył. To nawet nie była nieuprzejmość, to było czyste chamstwo. Jak oni mnie przyjmowali! Nawet po ślubie – jak jakiegoś przybłędę. A ona stawała murem. Wynagradzała mi wszystko. Do diabła! W gruncie rzeczy jest taka jak oni. Nawet gorsza. Cholera, że też się wtedy nie zmyłem. Miałbym święty spokój. Normalny dom. Normalną rodzinę. Tymczasem ona jest normalna od wielkiego dzwonu. Już nawet nie pamiętam, kiedy była taka ostatnio! Kiedyś powiedziała mi, że nie pójdzie z nami na spacer, bo „bolą ją drzewa jesienią”. Idiotka.

– Uważaj, Kicia, samochód. Jak przechodzimy przez ulicę? Dobrze, po pasach. Jakie musi być światło? Bardzo ładnie. Jesteś już mądrą dziewczynką.

Bolą ją drzewa! To przecież można oszaleć. Niedziela, a ta siedzi w tej swojej norze. Wypatruje przez okno swego szczęścia z królewiczem, które jej zabrałem.

– No, rzeczywiście, wiewiórka! Rzuć jej ciasteczko… Nie ruszaj się, bo ją spłoszysz…

Tamte były bardziej oswojone. W Łazienkach. Musiała mi zdjąć jedną z ramienia, żeby mi nie pohaczyła swetra. I ten koncert Szopena na wolnym powietrzu. Róże. Tak się nimi potrafiła zachwycać… Modliłem się, żeby noc przyszła szybko, a nie mieliśmy nawet na kawiarnię. Była… Kochałem ją.

C

Mama mogłaby sobie już dać na wstrzymanie, ciągle ten sam cyrk. Nic, tylko się zassać, kuźwa, albo gdzie zmontować pół basa. Może Bambuła by co zadziałał? Ale o dziesiątej z rana? Tylko czy to moja wina, że w chacie co niedziela stereo? Tylko złapać fazę i mieć wszystko w de! Tak, a jutro dostać szmatę u Hodona. Że też Stary musiał znów przykulkać się nad ranem i jeszcze bajeruje ją, że pracował… Mógłbym teraz zahaczyć ją o flotę na nowy spodzień, co mi było obiecane, ale lepiej z tym poczekać. Może kawkę bym se strzelił, to by i jej dobrze zrobiło.

– Chcesz kawy? Dobrze, zmielę. Nie martw się, wiesz, że ci to nie wychodzi na zdrowie.

Mikrusa może by zwerbować i kopsnąć się z nim po południu na jakie lachy? Tak. Trzeba zrobić sprint, nim Stary wróci i zacznie się od nowa zadyma, lepiej się zmyć do wieczora, niż tego słuchać. Tak… Zmyć się, a jutro trząść kablami. Może by naciągnąć ją na tauzena? Na Mikrusa nie ma co liczyć, zbiera na fortsiren kapcan i nic z tego nie uczknie. Jakbym miał trochę szmalu, moglibyśmy iść na pohulajkę do „Marii”. Tam zawsze są superlaski, nie to, co na „Skarpie”, te klabździchy. Można by też wdepnąć do tego hipola Kilasa, obejrzeć wreszcie ten jego długograj, co mu to stary sprezentował za dolce. Ten to ma życie. A ja co mam za to, co muszę znosić? Rury z Komesu, co udają wycierusy. Kurczę blade! Stary Kilasa, jak matkę odstawił na boczny tor, to ciamknął w arbaitery i Kilas teraz przynajmniej żyje jak lord, a ja?

– Mamo, kawa ci stygnie.

Szkoda mi jej. Ale czym ona się tak przejmuje? Że Stary od czasu do czasu liże drzwi? Też chciałbym mieć ojca Supermana, a nie denciarza, chociaż to normalka. Widziałem większych chlejusów. Choćby nasz Fizol… Dlaczego bez przerwy stoi przy oknie? Czego tam wypatruje?

– Mamo, kawa… Może byś mi dała tysiąc złotych? W tym miesiącu tata zapomniał mnie dofinansować. – Kuźwa, czuję się tak, że jakaś naparzanka by mnie odreagowała! – Dasz mi tę forsę? Dzięki. Nie przejmuj się, mamo. Pisz. Co cię o n obchodzi?

I pomyśleć, że wcale niegłupia z niej starka, choć ma swoje zagrania. Czasem jak jej wpadnę w tryby, to, jej Bohu, ratuj się, kto może. Ale na ogół można przetrwać. Przynajmniej mnie kuma jak należy, bo na przykład dla Starego jestem puch, powietrze, mniej niż zero. Trudnokapliwy… Ale już się przestałem tym przejmować. Najważniejsze to skończyć budę i smyrgnąć gdzieś w planetkę. Ona oczywiście by tego nie pochwaliła; ma świra na punkcie o j c z y z n y. Ale ja – co innego. Dymam stąd przy pierwszej okazji. Razem z Kilasem. Jakby widziała jego slajdy, oko by jej zbielało. Tam to jest życie. „Litwo, ojczyzno moja” itede – to nie dla mnie. Stary się jakoś urządził, a ona? Nawet jakby miała okazję, to by ją przepultała. Wystarczy popatrzeć na nią, jak czyta listy tych swoich przyjaciół z Kanady, którzy dali nogę i siedzą tam na azylu. Już mają toyotę, nawet fotki przysłali. Klasa wóz. A ona ich jeszcze żałuje, że trują szczury, a byli oboje po klasycznej, a on dodatkowo po anglistyce czy coś tam. A tu po osiemdziesiątym był palaczem c.o. i dobrze było, tak? No więc co? Nie jest to świr? Jakby miała poukładane pod kopułą jak należy, to by tej facetce, co to się do niej zgłosiła przed wyjazdem do Austrii, dała parę swoich rzeczy, których tu jej nie chcą drukować. A dała? Woli dorabiać grosze na konkursach. Stary, fakt, lepiej ustawił się w życiu. Czuje się jak ryba w wodzie. A ona? Ni to, ni sio. Toteż te jej szmery-bajery o kraju, któremu trzeba być wiernym w każdej dobie, jakie mi zasuwa, puszczam mimo uszu i dla świętego spokoju potakuję; nie dla mnie ta dętologia, ja swoją trasę kumam bez błędu…

No, trzeba się zmywać, nim senior z siorą wróci. Smarkata ma z nim dobrze. Tylko ją zauważa. Ja jestem we wrogim obozie. Reduta mamy. Tylko czego my bronimy? Czego ja, kurczę, bronię? Chciałbym mieć spokój. Nie budzić się o czwartej rano i nie słuchać ich dialogów. Czy ich to obchodzi, że pocę się jak mysz i szczęki mnie bolą od zaciskania zębów?! Pieprzone życie! Stary odstawił mnie na spalone, bo raz się wstawiłem za matką, kiedy chciał jej przyłożyć. Według niego miałem pewnie patrzeć bezczynnie, jak będą się naparzać? I to są inteligenci, kuźwa, a ja jestem przysposabiany na robola. Trudnokapliwy w ocenie Starego. Dobrze!

– Mamo, wychodzę. Majzę musimy z kumplem powtórzyć i ten projekt silnika dokończyć, wiesz. Dobra, wrócę, w porządku. Weź tę swoja tabletkę i uspokój się. Wzięłaś? To się połóż i odpocznij. Cześć!

Uff, jak tylko się ustawię, choćbym miał ją związać, zabiorę ją stąd. Byle obsraniec się urządza, to ja się nie urządzę? Jeszcze jak! I wtedy fruwaj babcia, cześć bracia rodacy!

D

Tak. Wszyscy od niej uciekają. I on też. Jej syn. Z pewnością ją potępia. Jakżeby inaczej. To piekło, w którym musi żyć… Wyfrunie z tego gniazda okaleczony na całe życie. Tak jak ona była okaleczona, jest okaleczona przez rodzinny dom. Rany wyniesione z dzieciństwa nigdy się nie zabliźniają. Zawsze ropieją i trzeba z tym żyć. Czy ona sama byłaby taka, jaka jest, gdyby miała szczęśliwe dzieciństwo? Gdyby wyniosła z niego ufność do drugiego człowieka? Na pewno nie. Albo gdyby nie była rozdarta między dwa zwalczające się kierunki wychowania, których nie sposób było z sobą pogodzić?

Była dzieckiem, które musiało ukrywać książki dawane jako nagrody w szkole przed rodzicami, żeby nie były wyśmiewane jako dęta propaganda albo wprost wrzucane do pieca, zanim jeszcze zdąży je przeczytać. Czy takie dziecko mogło wyrosnąć na normalnego człowieka? Jeszcze pamięta jedną z nich – Lenin w Poroninie. Pamięta, jak chowała ją pod cegłami w wypalonej piwnicy, która stała przy jej trasie ze szkoły, jak ukradkiem biegała tam ją czytać. Ukradkiem należała do zuchów i ukradkiem chodziła sypać kwiatki na procesjach. To, co było nakazane w jednym miejscu, wyśmiewane było w drugim. Jak dwa mętne nurty splatały się w niej dwie prawdy przez całe jej szkolne życie, aż do lat dwudziestu. Mozolnie budowane przez siebie autorytety były burzone przez jedną lub drugą stronę, a jej pozostawały puste cokoły i potrzaskane posągi bogów. Te dwojakie prawdy wsączały w jej serce zwątpienie we wszystko i uzmysławiały pustkę, w której nie było się o co zaczepić.

A jej tak brakowało punktu oparcia, azylu, w którym mogłaby się poczuć nareszcie bezpieczna, w którym mogłaby się określić! Najpierw nosiła w sobie, jak ranę, świadomość, że ojciec jest inny niż wszyscy ci kombatanci, którzy olśniewali oczy uczniów klapami pełnymi odznaczeń na szkolnych pogadankach i odczytach. Bohaterowie ostatniej wojny. Ojciec był bohaterem nieznanym, bo był z innego wojska. Napawało ją to goryczą, ale i jakąś smętną dumą. Tak. Była dumna z ojca. Ale nie mogła się wyrzec książek Ostrowskiego, Simonowa – tylko że kiedy pomnik bohaterstwa był już prawie gotowy, kiedy już gorliwie okadzała go własnym podziwem, dowiedziała się o Katyniu. Potem z dojmującym bólem i gorzkim poczuciem popełnionej zdrady wsłuchiwała się w treść Czerwonych maków na Monte Cassino, nakładając nowo odkrytą prawdę na tę już poznaną. A w zimowe wieczory, wysyłana przez ojca za węgieł domu, płoszyła ciemną, nieznajomą sylwetkę, która bezszelestnie zawsze wtapiała się w mrok, nim mogła rozeznać, czy to, co widzi, to jawa czy złudzenie. Tymczasem ojciec przykręcał gałkę radia, tłumił monotonny głos, przypadał piersią do brzegu stołu – skurczony, napięty.

Od tych niezrozumiałych spotkań z cieniami rozwiewającymi się za węgłem domu, od napiętego milczenia ojca szedł na nią lęk, który już pozostał w niej na zawsze. Dlatego też rodzinne gniazdo wydawało jej się postawione na kruchej lodowej krze. Nagły wicher mógł rozmieść je na cztery świata strony. I to nieznane niebezpieczeństwo, które wisiało nad ich dachem niczym gradowa chmura, kiedy się wreszcie zrealizowało, i tak było gromem z jasnego nieba. Przyszło nagle, niepostrzeżenie i objawiło się nieobecnością ojca i szamotaniem się matki, która obijała się o zmowę milczenia jak o lodowe ściany. Gryzła palce, biła głową o ścianę przed jej przerażonymi oczyma, a jesienna oćma ściskała nieświadome niczego serce ciasną obręczą strachu. Wicher, który skowyczał w nagich konarach jabłoni za oknem, zdawał się wgryzać w próg ich domu, by podważyć drzwi, wyrwać je spośród czterech ścian i rzucić w noc i na poniewierkę. A potem przez długie miesiące trzeba było dźwigać swą winę „córki takiego ojca” w tekturowym tornistrze i nic jej już nie chroniło od razów kolegów z „porządnych rodzin”. Ukrywała przed matką sińce, by nie czuć na swym ciele jej rozdygotanych dłoni i nie widzieć wyrazu twarzy, którą trawił jakby wewnętrzny ogień, od którego czerniała z dnia na dzień, aż wyschła na trzaskę. Jeszcze teraz, jakby to było wczoraj, widzi przed oczyma zielone radliny kartofli, w które się zapada w panicznej ucieczce przed kijami miejscowych łobuzów; matkę, która podnosi się z kolan i brudną ścierkę, zaciśniętą w jej rękach, w którą wtedy wcisnęła swoją rozgorączkowaną twarz, szukając bezpieczeństwa.

Któregoś ranka, kiedy różowo-złote światło wciska się między fantastyczne kwiaty na szybach, w ten świat w półjawie, półśnie wkracza ojciec. Nieznajomy, posiwiały, jakby nadłamał go w środku jakiś zły czarodziej. Matka znów przytyka wyschnięte pięści do głębokich oczodołów, z drżących, nieładnych warg wydobywa się coś jak skowyt i chichot zarazem i napełnia pokój niesamowitym wrażeniem koszmaru. Ręce, które jej dotykają, nie są rękami jej ojca. Są nieznajome i straszne. Bez paznokci. Teraz trzeba się długo przyzwyczajać do starca, który mieni się być jej ojcem. To nie jest już człowiek, który potrafiłby ją obronić. Nie wierzy w to i nie liczy na tę obronę. Ale napaści ustają. Tylko że jej pozostaje gorycz wiedzy i nie potrafi przekroczyć już kręgu, który dzieli ją od wczorajszych nieprzyjaciół. Jest sama.

Potem następują lata rozjarzonych, gorących słońc, w których ciąga oporną krowę na postronku, ostrożnie popycha fury siana, by nie stoczyły się z wąskiego mostku do rzeczki, zlizuje z warg słony pot i nabywa wiedzę o sprawiedliwości. Nabywa tę wiedzę i wieczorami, patrząc w niebo objęte pożogą zachodu i słysząc dobiegające zza ściany krzyki ojca i cichy, kojący głos matki – przeczekując ze ściśniętą krtanią kolejny atak choroby. Tymczasem zza parkanu, z ulicy, dobiegają wesołe głosy rówieśników. Jest sama.

Ojciec to balast, zarówno wstydliwy, jak i bolesny; nie wiadomo, co przeważa w ciężarze, który dźwiga: duma czy lęk. Choroba ojca – napady szału, chore, rozdygotane nerwy wykręcają mu ciało, które wygląda jak poddane niewidzialnym torturom. I matka – najczęściej jedyny świadek tej udręki. Nie sposób tak żyć. Oboje więc po wielekroć, w długie jak wieczność wieczory, rozpatrują wciąż od nowa sposób na życie. Osobno czy razem? Osobno? A może lepiej nie żyć w ogóle? I ona między nimi jak rozpięta na krzyżu, czasem jak drzazga w ich rozdygotanych męczarnią sercach, czasem jak oliwa na wzburzonych wodach. I ten ojciec, który nie chce iść na żaden kompromis, ojciec, którego duch w sponiewieranym ciele tym bardziej jest nieugięty, im bardziej matka czuje się pokonana. Jej pokora wysącza się jakimś mamłaniem-prośbą, nieustanną litanią wołającą o rozwagę, ześlizguje się po chropowatym murze pychy ojca, jego „wierności sobie”, wobec czego żyją coraz skromniej i biedniej – „na znak”. Nieskazitelność ojca kole w oczy zbiorowość. Przychodzą po pomoc, po radę – ale nie cierpią przeglądać się w jego „inności”. Jest jak raróg wśród pośledniego ptactwa. Ich zapobiegliwa krzątanina, ich gotowość nieustanna do uniżonego pokłonu, co owocuje możliwością załatwienia dla siebie spraw nie do załatwienia, w jego obecności staje się czymś niezręcznym, czymś wstydliwym. Nie cierpią go. Dom staje się wyspą dla nich trojga. Od czasu do czasu przybije pod ich próg rozbitek. Ojciec opatruje mu rany, podaje biały chleb i dzban wody – po czym rozbitek, nabrawszy sił, wstydliwie odpływa i skromnie milczy o swojej złej passie i swoim wybawcy.

Ojciec jest niezastąpiony w zakładzie, ale obywa się byle czym. Nie walczy nigdy o swoje. W opinii publicznej jest durniem. W opinii władzy – elementem niebezpiecznym. Potem, gdy wiatr zmienia kierunek – elementem niepewnym, co nie przeszkadza, że wynajmuje się go do różnych funkcji społecznych. Kto inny miałby na to czas i zdrowie, by jeździć do województwa? Kiedy wiatr ustala na parę pięknych lat swój kierunek, ojcu przyznaje się miano kombatanta i nawet pewne ulgi – wzmiankując jedynie dyskretnym szeptem w kuluarach i w najintymniejszych, prywatnych rozmowach – że to element niejasny. Ale ona w owych czasach jakiej takiej dojrzałości społecznej przeżywa z dumą młodzieńczy, wiosenny zryw i pomna nauk ojca, wierząca niezachwianie w jego aprobatę, z dumą przynosi mu swój wilczy bilet. Zaskoczona, widzi, że jej podarunek jest dla niego ciosem. I znów cała zbudowana z trudem platforma rysuje się pod jej stopami jak lodowa kra. Jakże więc – trzęsienie ziemi? Z trudem wykluwa się nowy, niezrozumiały jeszcze świat. Jak żyć w świecie, którego wartości przybrały znowu inny kształt? Jak je poznać i przyjąć za swoje? Na razie świat ów ofiarowuje jej miłość. Miłość o smaku trocin i barwie popiołu, ale zdolna osłodzić wyrzuty i poniesioną klęskę.

Jaka piękna pogoda! Blask słońca, jakby przesiany przez srebrzyste sito, drąży każdym promieniem opalowy tuman, zawieszony w bezwietrznym powietrzu; pozłaca bryły bloków i mizerne drzewka na placu przed domem. Po porannym deszczu ziemia, uperlona tysiącem kropli, skrzy się w powodzi światła. Niebo, wymiecione z chmur, nabrało owej głębokiej barwy błękitu, jaką widuje się tylko jesienią. Coraz więcej ludzi na chodniku. Odświętnie ubrani, całymi rodzinami spieszą dokądś… Prawda, dzisiaj niedziela. Powinna iść do kościoła. Przynajmniej sama powinna pójść. Trzeba by się jednakże ubrać, doprowadzić jakoś swoją twarz do porządku. Widzi już przed sobą odrapaną klatkę, owiewa ją znany fetor, zagęszczony, prawie nie do wytrzymania, w windzie. Ulica jak tunel między wieżowcami, schody prowadzące w dół, ku centrum. Nietknięte jeszcze jesienią topole obrastające cmentarz. Wąska między nimi dróżka, teraz najpewniej śliska po niedawnym deszczu. Ludzie. Pełen kościół ludzi, między których trzeba się wcisnąć, słuchać szmeru modlitw, urywanych śpiewów – cały czas z dojmującą świadomością, że jest w tłumie zniewolonym zwyczajem, poddanym, w gruncie rzeczy, nakazom organizacyjnym. Nie. Nie znajdzie tam tego, czego szuka! Ale czego w istocie ona szuka? Pociechy? Ukojenia? Dojmująca jest ta świadomość inności. Swojej. Rodziny. Dlaczego inni mogą żyć zwyczajnie? Po ludzku? Jakże godna zazdrości jest równowaga innych. Ich poczucie przynależności do jakiejś zbiorowości. A ona? A oni? Każde zabłąkane w sobie samym, bez jasno wytyczonej drogi. Bez wyjścia. Bo czy jest wyjście? Czy mogą cokolwiek między sobą zmienić, nie zmieniając całej oprawy ich życia? A przecież tej oprawy zmienić nie można! Zmiana znaczyłaby podcięcie gałęzi, na której siedzą, zabicie kury, która znosi złote jajka.

Tylko czy nie warto odrzucić tego od siebie, skoro sprawiło, że stali się wypłukani ze wszystkiego, co kiedyś było im bliskie i drogie?

Jak to niedawno jeszcze myślała, że nic nie zdoła ich zniszczyć wewnętrznie, nic nie zdoła ich rozdzielić, zabić czegokolwiek, co ich łączy. A tymczasem – owszem, zabiło. Zabiło ich samych, zmieniając tak dalece, że stali się dla siebie obcy. I nie pozostało nic, co mogliby przywołać z przeszłości, bo nawet przeszłość wyziera z ram krzywego lustra, w jakie patrzą od dawna. I teraz czuje, jakby kawałek tego lustra ostro obracał się w jej piersi. Raz po raz, raz po raz, jak w złej baśni. Więc jaki jest sens, by iść do kościoła? Gdybyż jednak mogła znaleźć jakiś punkt, najdrobniejszy punkt zaczepienia! Gdybyż mogła na przykład uwierzyć, nie myśląc… Tymczasem teraz nawet myśli nie może zebrać. Gmatwają się w niej tylko jakieś mętne obrazy. Obrazy pełne mroku, strzępy słów, porwanych zdań: Nigdy nie potrafiłaś… Z tobą tak zawsze… Kłopot… Tyle zrobiliśmy… Tatuś… I wszechogarniające poczucie winy – winy niesprecyzowanej, a jednak tak dojmująco, dotkliwie obecnej, jak gorzki smak trucizny w przeżuwanej potrawie. Trucizny, która niezdolna jest zabić, ale potrafi uczynić każdą tkankę, każdą komórkę chorą…

Położy się. Zaśnie. Zapadnie choć na jakiś czas w nieświadomość, choć na chwilę uwolni się od tego ciężaru, który tak przygniata piersi.

E

– Dlaczego mamusia nie poszła z nami?

– Bo mamusia jest chora.

Tak, to najlepsze określenie. Ta kobieta jest chora. Coś z jej psychiką jest nie tak. Normalny człowiek miałby przecież jakie takie poczucie rzeczywistości. Taka ładna pogoda. Czy nie moglibyśmy wyjść z dzieckiem na spacer? Czy taka straszna rzecz się stała, że wróciłem późno? Że wypiłem tych parę kieliszków? Zamiast wykorzystać fakt, że jestem w domu… Nie! To nie do wytrzymania. Taka cholerna niewola. Jak można być takim człowiekiem, który niczego nie może pojąć? Na układy nie ma rady. Potem się jeszcze dziwi, że wychodzę z siebie! Przecież siedząc tam, widzę już jej minę, z jaką mnie przywita. I diabli mnie biorą. Ta jej mina męczennicy. Albo te oskarżenia… I nienawiść. Nie… tego nie sposób dłużej wytrzymać. Mam już dosyć jej morałów. Jeszcze potrafi powiedzieć, że ja wszystko niszczę. Ja! Dobre sobie. Tymczasem to ja utrzymuję ten dom. Ja się staram. A ona co? Te parę groszy, które przynosi? Albo to, co dostaje za swoje bazgroły? Koń by się uśmiał!

– Dobrze, kochanie, idziemy na huśtawki.

No, proszę. Tyle matek z dziećmi, a ona… Ciekawe, co teraz robi.

– Musimy poczekać, aż zejdzie ten chłopczyk. Usiądź sobie koło tatusia, dobrze? Tak. Potem pójdziemy na lody. No pewnie, że nazbieramy kasztanów. W przedszkolu robicie koniki? I co jeszcze? A dlaczego pani twoich nie wzięła na wystawę? Były brzydkie? Zobaczysz, dzisiaj razem zrobimy bardzo ładne!

Pozwala, aby mała nabrała kompleksów. Co za człowiek! Moglibyśmy przecież chodzić gdzieś razem, gdyby nie była taka bezkompromisowa. Gdyby się czasem wysiliła. Ile to musiałem się natłumaczyć potem prezesowi! Zgoda, był pijany. Ale czy musiała mu odmawiać? Korona by jej z głowy spadła? Zresztą, wszyscy byliśmy pijani. W końcu to była zabawa, a nie pogrzeb. Jest z niego, fakt, kawał świni, ale wcale nie musiała mu tego tak wyraźnie dawać do zrozumienia. I idź tu z taką gdziekolwiek. A tak – przynajmniej czuję się swobodnie. Tylko te powroty do domu… No, teraz się to skończy. Nie wiem, po co się tak zaharowywałem przez całe lata. Zgotowała mi nagrodę! Czy ona nie rozumie, jaki to świat? Że trzeba z ludźmi żyć? Mieć odpowiednie układy, bo inaczej wysadzą cię z siodła, zanim się obejrzysz. Tak. Zresztą ma rację. Lepiej się czuję tam niż w domu. Przynajmniej jest z kim pogadać. I pożartować. Czasem trzeba się pośmiać, odprężyć się. A z nią co? Zawsze jest na nie… A kiedyś była inna. Inaczej to wszystko wyglądało. I noce… Nie była taka jak kłoda. Sztywna i nieobecna. Tylko że wtedy w pracy było parszywie. Żadnych ulg. Człowiek harował jak wół i nikt tego nie dostrzegał. Miałem to znosić nadal?! Dla szczęścia rodzinnego? Śmieszne!

– No, wsiadaj, Myszko. Tatuś cię pobuja.

A jeszcze się zachowuje tak, jakby wszystko wiedziała. Jakby była pewna moich spraw. Nie, mała. Nie masz o niczym pojęcia. I dobrze, bo byś nigdy nie pojęła, że nie jestem szczeniak, żeby przywiązywać do tych rzeczy jakąkolwiek wagę. Nie mogłabyś pojąć, że to tylko odskocznia. Nic więcej. A co? Czy ona zapewniłaby mi równowagę psychiczną? Z jej wiecznymi dąsami i cierpiętniczymi minami? Do diabła! Wreszcie będę miał spokój. Akurat! Teraz dopiero rozpęta się prawdziwe piekło. W jednym domu z kimś takim, kto już nie czuje się do ciebie przynależny… A przecież, do cholery, niewiele żądałem. Tylko tego, żeby mi dała spokój. Żeby nie wtrącała się w moje sprawy, nie czyhała na mnie jak Cerber, kiedy wracam do domu! Każdy przecież ma prawo do wolności osobistej. I kicham na to, że ona czuje się samotna. Zawsze tak się czuła. Jej sprawa. Czy żeby tak się nie czuła, mam pozwolić, aby mnie uwiązała na sznurku? Gdyby była jak inne kobiety, potrafiłaby się czymś zająć. Przynoszę pieniądze – czego jeszcze, u diabła ciężkiego, chce?! Teraz oczywiście rozwody, korowody. No, ciekawe, czy się na to odważy. I z czego będzie żyć? Ona się w ogóle nie nadaje do obecnych czasów. Zresztą, nie ma się co dziwić. Z takiego gniazda… Czy tam były kiedykolwiek jakieś normalne rozmowy? Nie! Nic podobnego. Zawsze tylko roztrząsanie nieżyciowych problemów, zawsze bzdurne tematy o istocie Boga, o ludzkiej woli albo o polityce. Aż brzuch bolał, kiedy się tego słuchało. Słowem: takie ple-ple-ple o niczym. Żadnych spraw, które by miały ręce i nogi. Nie. To ich nie obchodziło. Co to za ludzie, doprawdy! A wtedy, kiedy przyjechaliśmy do nich po ślubie, zamiast zapytać – jak to rodzice – co i jak, to zaczęła się dyskusja o Wybrzeżu. Czy słuszne, czy niesłuszne, że się studenci nie ruszyli. Ona, oczywiście, była rozgoryczona. Ostatecznie rozumiałem ją. Nie minęły chyba nawet dwa lata. No i wypaliła, że nie warto było. Im też nikt wtedy nie pomógł. I cała ta gorycz ją poniosła. Niepotrzebnie zresztą, bo w rezultacie stary wyrzucił nas za drzwi. O, proszę. Takie tam były u nich numery. Potem całą noc w hotelu musiałem siedzieć nad nią i wyduszać z siebie pocieszenia. A byłem, zrozumiała rzecz, wściekły jak cholera. Przyrzekłem sobie wówczas, że noga moja więcej tam nie postanie. Ale cóż, skończyła się nam forsa. Zresztą, była jak z krzyża zdjęta. Gryzła się. No i wróciliśmy. Oczywiście – napięcie maskowane uprzejmością. Czasem miałem wrażenie, że raczej czują podły triumf, iż wróciliśmy. I pomyśleć, że wszystko to znosiłem dla niej. No, ale wtedy ona była… Wrzosy kwitły, jak teraz. Diabła tam, było cudownie! Tyle że jej nieustannie pragnąłem i byłem przez to ślepy na wszystko. Byle jakie słowo, byle niebaczny gest ją urażał. Musiałem się nieustannie pilnować, by czegoś nie palnąć.

Pieprzone życie. Od początku pieprzone. Nie ma to jak prostolinijna dziewczyna. Bez komplikacji. Bez różnych tam wzlotów i upadków. Ta zawsze rozpatrywała temperaturę naszych uczuć. Od jej nieustannych analiz niedobrze się robiło. W zwyczajnym związku szukała jakichś głębi; nie wiem do dziś, na jakie licho było to jej potrzebne i dlaczego nie potrafiła pogodzić się z faktem, że podłożem tego wszystkiego jest normalny pociąg fizyczny. Ba, tego faktu nie potrafiła po prostu przyjąć do wiadomości. Dlaczego? Bóg jeden wie. Dla niej to, co ze sobą robiliśmy, było jedynie u s p r a w i e d l i w i e n i e m. Po prostu była dziwolągiem. Jest dziwolągiem. Powinna urodzić się nie w tym wieku. Nie w tych czasach. Jej ścieżki myślowe są tak pokrętne, że można osłupieć z wrażenia. Stąd też jej sny. Te jej koszmary, z których musiałem ją wybudzać, uspokajać w środku nocy. I jeszcze potrafi powiedzieć, że jesteś jej obcy! Zresztą, i ze swoich snów wykuła sobie broń przeciwko mnie. Ze snów  p r o r o c z y c h! – jak się wyraziła. Muszę w nich być niezłym draniem. To skutki jej myślenia o mnie. Oto rezultat wielkiej miłości. Gdyby tak nie myślała, to by jej się nie śniło. Jasna rzecz. Nie jestem gorszy od innych, ale w jej oczach… Cholera! Jakbym tak chciał każdą okazję wykorzystać, jak robią to inni. Ale ona żyje w świecie złudy. Balansuje na jakiejś karkołomnej krawędzi – diabli wiedzą gdzie. Z tego, co mówi, wyłania się taki obraz świata, że człowiekowi zimno się robi. Za cholerę nie chciałbym w takim świecie żyć. Co to to nie! Taaak, to idealny materiał na schizofreniczkę. Kto wie, czy już nią nie jest. Czy gdyby było inaczej, widziałaby zwyczajne sprawy w takim parszywym świetle?

Nawet się nie chce wracać do domu… Płacę teraz za własną głupotę, a jakże. Dom, w którym zmusza się człowieka do zajęcia stanowiska wobec każdego zakichanego problemu, w którym musisz wypowiedzieć swoje zdanie na temat wszystkiego, co ci serwują w telewizji. Toż to obłęd! I w dodatku musisz mieć zdanie, które będzie się pokrywało z jej poglądem, bo jak nie… Zarażone pisklę z zarażonego gniazda! Oto czym jest. Tyle lat stać w świetle reflektora, który tylko szuka twojej słabej strony, by można było w nią ugodzić. I pomyśleć, że ja to wytrzymałem! Że to zniosłem i nie zgłupiałem do reszty. Albo że jej nie udusiłem. I ona się jeszcze dziwi, że mam wszystkiego dosyć! Tak. Dosyć!

W jakie ona wartości wierzy? W dawno już zdewaluowane. Śmieszna fantastka. Nie dziw, że w każdym zakładzie orzą nią, jak mogą. Ale ona, oczywiście, uczciwie wypełnia swój obowiązek. Wypełniaj sobie, ale nie żądaj, żeby inni byli tacy jak ty. Żeby walczyli z wiatrakami, bez żadnej widocznej korzyści. Tylko komuś takiemu jak ty mogli dać dyplom uznania za uporządkowanie tego tam całego bałaganu, zamiast koperty. Publika miała uciechę, że hej. Każdy lubi patrzeć na kogoś, kogo robią w konia, kiedy sam czuje się bezpieczny. To tak jak z rogami. Cudze są cholernie zabawne, ale własne… Ciekawe, czy ona mnie kiedyś zdradziła? Nie. Zaraz bym to poznał.