Kochanica przemytnika - Stephanie Laurens - ebook
Opis

Po latach spędzonych w Londynie Kit Cranmer powraca do domu ukochanego dziadka na wybrzeżu Norfolk. Samowolna i żądna przygód, galopująca w męskim przebraniu po okolicy, przypadkowo zostaje hersztem przemytniczej szajki i w tej roli poznaje przywódcę konkurencyjnego gangu. Męski i władczy kapitan Jack szybko rozpoznaje w smukłym młodzieńcu kobietę i choć dla własnych celów podejmuje grę, nie zdoła długo powstrzymać namiętności. Kit zaś z entuzjazmem wkroczy w świat rozkoszy zaoferowany jej przez przystojnego przemytnika. Tyle że on również nie jest tym, za kogo się podaje...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 571

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Captain Jack’s Woman

Projekt okładki: Karandasz

Copyright © 1997 by Savdek Management Proprietory Inc.

Copyright © 2003, 2016 for the Polish edition Wydawnictwo BIS

ISBN 978-83-7551-488-9

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, fax 22 837-10-84

e–mail: bisbis@wydawnictwobis.com.pl

wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Prolog

Kwiecień 1811

Stara stodoła w pobliżu Brancaster

Norfolk, Anglia

Trzech jeźdźców wyłoniło się zza drzew rosnących przed starą stodołą. Uprząż, poruszona lekkim wiatrem, zabrzęczała cicho, gdy skierowali konie ku zachodowi. Poprzez płynące szybko chmury przebłyskiwał księżyc, oświetlając nocny krajobraz.

Stara stodoła stała cicho, czujnie strzegąc swoich sekretów. Wcześniej w jej murach spotkali się przemytnicy z Hunstanton, by wybrać nowego przywódcę. Gdy to się stało, szmuglerzy rozpłynęli się w mroku nocy niczym cienie. Powrócą za kilka dni, by spotkać się w blasku sztormowej lampy i posłuchać o ładunku, jaki zorganizował dla nich nowy przywódca.

– Kapitan Jack! – George Smeaton skierował konia na drogę i zmarszczył brwi. – Naprawdę musimy go wskrzesić?

– A czy to zły wybór? – powiedział, gestykulując gwałtownie, dosiadający wielkiego siwego ogiera Jonathon Hendon, znany jako Jack. – W końcu to mój wojenny pseudonim.

– Minęły lata… Wtedy niebezpiecznie było się z tobą zadawać. Przeżyłem już ładnych kilka lat w błogiej świadomości, że kapitan Jack nie żyje.

– Ależ skąd – uśmiechnął się Jack. – On tylko odszedł na jakiś czas w stan spoczynku.

Kapitan Jack działał w bardziej burzliwych czasach, kiedy to podczas walk na Półwyspie Iberyjskim Admiralicja zwerbowała go, by dowodząc jednym ze swoich statków napadał i łupił Francuzów, pływających po kanale.

– Musisz przyznać, że kapitan Jack jest do tej roboty wręcz idealny. Doskonale nadaje się na przywódcę gangu z Hunstanton.

George prychnął wymownie. – Biedne gałgany… Nie mają pojęcia, w co się wpakowali!

Jack parsknął śmiechem. – Przestań jęczeć. Nasza misja przebiega lepiej, niż się spodziewałem. Za kilka tygodni wrócimy bezpiecznie do domu. Whitehall będzie pod wrażeniem. Nie dość, że przemytnicy nas zaakceptowali, to jeszcze zostałem ich przywódcą. Jesteśmy w doskonałym położeniu i mamy szansę nie dopuścić, by jakakolwiek informacja przedostała się tą drogą do Francuzów. – Uniósł brwi, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. – Kto wie? Być może uda nam się wyciągnąć z tego coś dla siebie.

George wzniósł oczy ku niebu.

– Kapitan Jack jest z nami zaledwie od pół godziny, a ty już zaczynasz kombinować. Co za szalony pomysł przyszedł ci do głowy?

– Ja nazwałbym to raczej wykorzystywaniem okazji – powiedział Jack, spoglądając na towarzysza. – Pomyślałem sobie, że choć naszym głównym celem jest niedopuszczenie, aby do brzegów Norfolk przybijali szpiedzy, i odsyłanie ich tam, skąd przybyli, moglibyśmy skorzystać ze sposobności i przekazać nieco własnych informacji, oczywiście po to, by zmylić Boneya.

George spojrzał na niego z niedowierzaniem.

– Sądziłem, że kiedy już wyśledzimy, jak szpiedzy przedostają się do Anglii, skończysz z gangiem.

– Może tak – odparł Jack, a jego spojrzenie przybrało nieobecny wyraz – a może nie.

Zamrugał i się wyprostował. – Zobaczymy, co na to powie Whitehall. Będziemy też potrzebować Anthony’ego.

– Na litość boską, Jack! – George potrząsnął głową. – Jak długo gang będzie zadowalał się historyjką o tym, iż jesteśmy najemnikami bez ziemi, usuniętymi karnie z wojska, zwłaszcza gdy w pełni obejmiesz przywództwo? Przez lata byłeś kimś ważnym. Należysz do wyższej sfery i to się po prostu rzuca w oczy!

Jack wzruszył obojętnie ramionami.

– Nie będą się zbytnio zastanawiać. Od miesięcy rozglądali się za kimś, kto mógłby zastąpić Jeda Brannagana. Nie zaczną bez potrzeby huśtać łodzią, przynajmniej nie od razu. Będziemy mieli dość czasu.

Odwrócił się i spojrzał na trzeciego jeźdźca, który podążał za nim po lewej stronie. Matthew, jego długoletni ordynans, a obecnie osobisty służący, pochodzący z tych stron podobnie jak jego pan, oraz George także bez trudu wtopili się w strukturę gangu przemytników.

– Nadal będziemy spotykali się w starym domku rybackim. Stoi na uboczu, więc łatwo sprawdzić, czy nikt nas nie śledzi.

Matthew skinął głową.

– Tak. Trudno byłoby przyjść tu za nami, pozostając niezauważonym.

Jack poprawił się w siodle.

– Zważywszy, że przemytnicy pochodzą z okolicznych farm i wiosek rybackich, nie ma powodu przypuszczać, że mogą natknąć się na coś, co zdradziłoby naszą prawdziwą tożsamość.

Jack zatrzymał konia, a potem skierował go ku wylotowi krętej ścieżki. George podążył za nim, a Matthew zamknął małą kawalkadę. Kiedy wjechali na wzniesienie, Jack odwrócił się i powiedział: – Nie wiem, dlaczego tak się tym martwisz. W końcu dowodzenie gangiem sprowadza się do zwykłego żeglowania.

– Kapitan Jack i zwykłe żeglowanie? Akurat! – prychnął George. – Prędzej świnie nauczą się fruwać!

Rozdział 1

Maj 1811

Zachodnie Norfolk

Kit Cranmer siedziała z nosem przyklejonym do okna powozu, rozkoszując się widokiem znajomych miejsc. Zostawili już za sobą iglicę na dachu urzędu celnego w King’s Lynn, a także starą fortecę Castle Rising i właśnie zbliżali się do Wolferton. Stamtąd do Cranmer było już niedaleko. Zmierzch zabarwił niebo smugami czerwieni oraz złota i Kit z każdą chwilą mocniej odczuwała, że wraca wreszcie do domu. Westchnęła z satysfakcją i wsparłszy plecy o poduszki powozu, pomyślała o świeżo odzyskanej wolności. W zatłoczonym Londynie, gdzie przebywała aż nazbyt długo, brakowało jej zarówno swobody, jak i przestrzeni.

Po mniej więcej dziesięciu minutach w zapadającym zmierzchu ukazała się brama wjazdowa parku z herbami rodu Cranmer na słupkach. Skrzydła bramy były szeroko otwarte i powóz wtoczył się przez nie bez niepotrzebnej zwłoki. Kit wyprostowała się i potrząsnęła lekko ramieniem starej Elminy, by ją obudzić. Potem znów usiadła prosto, zdenerwowana i pełna napięcia.

Pod kołami zazgrzytał żwir i powóz się zatrzymał. Otwarto drzwi i zobaczyła dziadka.

Stał przed nią z dumnie wyprostowaną głową i odrzuconymi do tyłu bujnymi włosami. Jego lwia grzywa wyraźnie rysowała się na tle płonących po obu stronach drzwi pochodni. Przez chwilę wpatrywali się w siebie, a ich spojrzenia wyrażały miłość, nadzieję oraz wspomnienie bólu, którego żadne nie potrafiło dotąd zapomnieć.

– Kit?

Czas jakby się cofnął. Minione lata nie znaczyły już nic i Kit rzuciła się w ramiona Spencera Cranmera, krzyknąwszy zduszonym głosem: – Dziadku!

– Kit! Och, Kit!

Lord Cranmer z Cranmer Hall przycisnął do piersi ukochaną wnuczkę. Nie potrafił znaleźć innych słów. Przez sześć lat czekał, by wróciła, i teraz, choć trzymał ją w objęciach, wydawała mu się prawie nierealna. Elmina i gospodyni, pani Fogg, krzątały się wokół, popychając wzruszoną spotkaniem parę ku stojącej w salonie sofie. W końcu Spencer wyprostował się i otarł łzy wielką chusteczką.

– Kit, kochanie, tak się cieszę, że cię widzę!

Kit spojrzała na niego, nie wstydząc się łez, jakie zabłysły na jej długich brązowych rzęsach. Nie mogła jeszcze wykrztusić słowa, uśmiechnęła się więc tylko w odpowiedzi.

Spencer odwzajemnił uśmiech.

– Wiem, że to z mojej strony samolubne pragnąć, byś zamieszkała w Cranmer. Twoje ciotki wypomniały mi to już dawno temu, kiedy postanowiłaś wyjechać do Londynu. Straciłem nadzieję, że kiedykolwiek tu wrócisz. Byłem pewny, że poślubisz jakiegoś modnego chłystka i zapomnisz o Cranmer i starym dziadku.

Kit przestała się uśmiechać. Zmarszczyła lekko brwi i się wyprostowała.

– O czym ty mówisz, dziadziu? Nie chciałam wyjeżdżać do Londynu, lecz ciotki powiedziały mi, że powinnam. Powiedziały też, że spodziewasz się, iż zawrę korzystne małżeństwo i że jestem to winna rodzinie Cranmerów, zwłaszcza moim wujom.

Ostatnie słowa wypowiedziała z nieukrywaną pogardą.

Spencer obrzucił wnuczkę spojrzeniem jasnych oczu. – Co takiego? – zapytał, marszcząc białe krzaczaste brwi.

Kit się skrzywiła. – Nie krzycz. – Zapomniała już, jaki potrafi być gwałtowny. Doktor Thrushborne ostrzegał ją, że jeśli dziadek ma pozostać zdrowy, nie powinien zbyt często dawać upustu swemu temperamentowi. Wstała, podeszła do kominka i pociągnęła za sznur dzwonka. – Pozwól mi się zastanowić.

Wspomniała dawne wydarzenia, wpatrując się ze skupioną miną w płomienie.

– Kiedy umarła babcia, zamknąłeś się w swoich pokojach i więcej cię nie zobaczyłam. Rozmawiały z tobą ciotka Isobel i ciotka Margery. Potem przyszły do mnie i powiedziały, że muszę z nimi jechać. Wujowie zostali moimi prawnymi opiekunami i teraz oni będą odpowiedzialni za moje wychowanie. W odpowiednim czasie wprowadzą mnie w świat i tak dalej. – Spojrzała wprost na Spencera. – Tylko tyle wiedziałam.

Gniewny błysk w oczach starca powiedział Kit wszystko, co chciała wiedzieć. Ciotki ją oszukały.

– Te przeklęte intrygantki! Wiedźmy odziane w futra i jedwabie! Harpie z piekła rodem! Są zwykłymi…

Słowa dalszej krytyki przerwało pukanie. Drzwi otwarły się i do salonu wszedł kamerdyner Jenkins. Kit podchwyciła jego spojrzenie i powiedziała: – Przynieś, proszę, lekarstwo dziadka.

Jenkins skinął głową. – Już się robi, panienko.

Kiedy za służącym zamknęły się drzwi, Kit zapytała dziadka: – Dlaczego nie napisałeś?

Stare, wyblakłe oczy wpatrywały się w nią bez zmrużenia powiek. – Myślałem, że nie chcesz, bym do ciebie pisywał. Powiedziały mi, że pragnęłaś wyjechać. Że się nudziłaś, żyjąc tu na wsi z parą starych ludzi.

Fiołkowe oczy Kit pociemniały. Dziadek słusznie nazwał ciotki wiedźmami i intrygantkami. Aż do tej pory nie zdawała sobie sprawy, jak sprytnie manipulowały otoczeniem, by zyskać kontrolę nad Kit, a potem posłużyć się nią w celu zaspokojenia wygórowanych ambicji swych mężów.

– Och, dziadku! – Opadła na sofę z szelestem jedwabnej spódnicy i mocno objęła Spencera. – Po śmierci babci zostałeś mi tylko ty. Sądziłam, że mnie nie chcesz.

Przycisnęła twarz do krawatki Spencera i poczuła na włosach dotyk jego policzka. Poklepał ją po plecach. Wzmocniła uścisk, a potem odsunęła się i spojrzała na niego z ogniem w oczach. Spencer znał to spojrzenie aż nazbyt dobrze. Wstała i zaczęła przemierzać pokój, stawiając kroki zbyt energicznie, jak na światową damę.

– Och! Jakże żałuję, że ich tu nie ma! – powiedziała, mając na myśli ciotki.

– Nawet w połowie nie tak jak ja – mruknął Spencer groźnie. – Tym damom nieźle się dostanie, kiedy ośmielą się tu pokazać!

Jenkins wszedł cicho do salonu, zbliżył się do pana i podał mu kieliszek wypełniony ciemnym płynem. Spencer wypił lekarstwo nie spojrzawszy, co trzyma w ręku, a potem odesłał lokaja machnięciem dłoni.

Kit stanęła przed kominkiem, smukła i elegancka.

Spencer przyglądał się wnuczce z miłością. Cerę miała jasną, kremową raczej niż białą, nieskazitelną mimo upodobania do częstego przebywania na świeżym powietrzu. Błyszczące loki zachowały kolor, jaki pamiętał. Podobnej barwy były też niegdyś jego włosy. Długie pasma, splatane w warkocz, gdy miała lat szesnaście, teraz upięte wieńczyły głowę bujną, błyszczącą masą. Fryzura podkreślała urodę drobnej twarzyczki w kształcie serca.

Kit zamieszkała w Cranmer, gdy miała sześć lat, po tym jak jej rodzice, syn Spencera Christopher i jego francuska żona, zginęli w wypadku. Spencer przesunął spojrzeniem po smukłej sylwetce Kit okrytej zieloną podróżną suknią. Nawet przemierzając gniewnie salon, poruszała się lekko i z wdziękiem.

– Boże, Kit, zdajesz sobie sprawę, że straciliśmy sześć lat? – zapytał, poruszony.

Kit uśmiechnęła się olśniewająco, przywołując wspomnienie urwisa, jakim niegdyś była. – Lecz w końcu wróciłam, dziadku, i zamierzam tu zostać.

Spencer oparł się wygodnie, zadowolony z tej deklaracji. – Cóż, panienko – powiedział, machając dłonią – niech no ci się przyjrzę. Pokaż, co z ciebie wyrosło.

Kit zachichotała, a potem się skłoniła. – Nie nazbyt nisko, gdyż jesteś tylko baronem – powiedziała, dygając, lecz błysk w oku świadczył, że baron czy nie baron, dziadek i tak jest panem jej serca. Spencer prychnął. Kit podniosła się i posłusznie zawirowała, unosząc ramiona niczym w tańcu.

Spencer poklepał się po kolanie. – Nieźle. Powiedziałbym, że całkiem nieźle.

Kit roześmiała się i wróciła na sofę. – Nie jesteś bezstronny, dziadku. A teraz opowiedz mi, co tu się działo.

Spencer posłuchał i Kit odetchnęła z ulgą. Słuchała jednym uchem, jak rozwodzi się na temat pól, upraw i dzierżawców, lecz w środku aż wrzała z gniewu. Spędziła sześć lat w czyśćcu Londynu i to bez żadnego powodu. Cierpiała, sądząc, że utraciła nie tylko ukochaną babcię, ale i dziadka, który się jej wyrzekł. Dlaczego, och, dlaczego, nie zdołała przełknąć dumy i nie napisała do Spencera listu błagalnego, by pozwolił jej wrócić do domu?

Kilka razy o mało tego nie uczyniła, lecz duma i ból, spowodowany rzekomym, jak się okazało, odrzuceniem, okazały się silniejsze. Co prawda, do głowy jej nie przyszło, że ciotki mogły posunąć się aż do oszustwa. Nigdy już nie zaufa nikomu, kto będzie utrzymywał, że chodzi mu o jej dobro. Odtąd, przyrzekła sobie w duchu, sama będzie kierować swoim losem. Spoglądała na białą czuprynę dziadka i potakująco kiwała głową, gdy opowiadał jej o sąsiadach. Minionych sześć lat spowodowało nieuchronne zmiany, lecz Spencer pozostał imponującą postacią. Nawet teraz, gdy starość przygarbiła mu ramiona, wzrost i postura sprawiały, że wywierał nie lada wrażenie. Patrycjuszowskie rysy, orli nos i spoglądające przenikliwie jasnofiołkowe oczy, ocienione krzaczastymi brwiami, przyciągały uwagę. Z tego, co i jak mówił, wywnioskowała, iż nadal bardzo go interesują miejscowe sprawy. Najwidoczniej nie utracił też wpływu na ich bieg.

Westchnęła w duchu. Kochała Spencera jak nikogo na świecie. A on kochał ją. Lecz nawet dziadek nie mógł uchronić jej przed drapieżnikami tego świata. Nie. Jeśli już ma wpakować się w kłopoty, będą to kłopoty, które sprowokuje sama. Od tej chwili sama będzie podejmowała decyzje, będzie popełniała błędy na własny rachunek.

Później tego wieczoru, gdy stała w oknie swej dawnej sypialni, spoglądając na blady krąg księżyca, zawieszony w czarnej pustce nocy, nagle poczuła się bardzo osamotniona. Nigdy dotąd nie czuła się taka samotna. I taka wolna.

* * *

Kit była zdumiona, jak szybko zdołała przystosować się do życia w Cranmer. Wstawała wcześnie, dosiadała swej klaczy Delii i udawała się na przejażdżkę. Potem jadła śniadanie ze Spencerem i oddawała się zajęciom, jakie wyznaczyła sobie na ten dzień. Po południu znowu jeździła konno, a wieczorem zasiadała u boku dziadka. Po kolacji przysłuchiwała się, jak opowiada o wydarzeniach dnia, wypowiadając swoje zdanie, gdy ją o to poprosił, i wtrącając, nieproszona, złośliwe komentarze. Minionych sześć lat jakby dla nich nie istniało.

Kit postanowiła, że nie będzie rozpamiętywała perfidii ciotek. Teraz była wolna i mogła o nich zapomnieć. Dziadek cieszył się dobrym zdrowiem i, jak się dowiedziała, miał pozostać jej opiekunem, dopóki nie ukończy dwudziestu pięciu lat. Ciotki nie będą już miały okazji, by się wtrącać. Rozpamiętywanie przeszłości byłoby zwykłą stratą czasu. Miała przed sobą całe życie – i zamierzała spróbować wszystkiego, co mogło jej zaoferować.

Obowiązki Kit polegały na pomaganiu pani Fogg w domu, spiżarni oraz kuchni bądź odwiedzaniu dzierżawców dziadka, którzy bardzo się cieszyli, mogąc powitać ją w domu.

Dom.

Z sercem przepełnionym radością przemierzała konno pola, mając nad głową czyste, szerokie niebo, a we włosach wiatr. Delia, czarna arabska klacz czystej krwi, była prezentem od Spencera. Kit dostała ją na osiemnaste urodziny. Ponieważ to dziadek uczył ją jeździć i zawsze szczycił się jej umiejętnościami, nie dopatrzyła się w podarunku niczego szczególnego. Teraz postrzegała go jako przejaw tęsknoty i cierpienia, których nie potrafiła w porę rozpoznać. Tym bardziej kochała Delię. Galopowała po plaży, a kopyta klaczy lśniły zwilżone pianą przyboju. Ponad nimi ostro krzyczały mewy, a w pachnącym słoną wodą powietrzu rozbrzmiewał huk rozbijających się o brzeg fal.

Wieści o jej powrocie szybko rozeszły się po okolicy. Potulnie zniosła wizyty żony proboszcza i lady Dersingham, żony właściciela sąsiedniego majątku. Wdzięk i polot Kit wywarły wrażenie na obu damach. Jej maniery były bez zarzutu, a zachowanie bliskie doskonałości. W dalekiej stolicy mogła nie zwracać uwagi na otoczenie, zachowując wręcz obraźliwy dystans, jednak tu, w Cranmer, była wnuczką swego dziadka, damą, jaką pragnął w niej widzieć.

Rozdział 2

Trzeciego dnia wolności Kit przywdziała konny strój z zielonego aksamitu i poprosiła, by osiodłano Delię. Gdy wybierała się na przejażdżkę sama bądź ze Spencerem, jeździła zwykle po męsku, ubrana w bryczesy i żakiet. Strój ten został dla niej uszyty lata temu; Elmina dopasowała bryczesy do figury swej podopiecznej. Żakiet należał kiedyś do jej kuzyna Geoffreya i choć skrócony, pozostał na tyle długi, by w razie potrzeby ukryć co bardziej zdradzieckie szczegóły dziewczęcej sylwetki. Teraz, gdy włosy Kit zostały przycięte i tylko kilka nieposłusznych loków wirowało wokół jej głowy, stary trójgraniasty kapelusz prawie nie był potrzebny. I kiedy go wkładała, rondo rzucało cień na twarz, co skutecznie maskowało jej płeć.

Dziś wybierała się do Gresham Manor. Jej najlepsza przyjaciółka, której nie widziała od lat, mieszkała tam z rodzicami. Amy nie musiała wyjeżdżać do Londynu. Zaręczyła się z miejscowym dżentelmenem o odpowiednim pochodzeniu i znacznym majątku – tyle Kit wiedziała z listów. Teraz dżentelmen Amy walczył w oddziałach Wellingtona na półwyspie. Ślub miał się odbyć po jego powrocie.

Jazda do Gresham Manor trwała długo, lecz wreszcie Kit znalazła się w pobliżu stajen.

– Panienka Cranmer! – zawołał chłopak stajenny, podbiegając, by chwycić uździenicę konia. – Nie od razu panienkę poznałem. Wróciła pani wreszcie z Londynu, prawda?

– Zgadza się, Jeffries. – Kit uśmiechnęła się i zsunęła z grzbietu Delii. – Zastałam panienkę Amy?

– Kit? To naprawdę ty?

Kit ledwie zdążyła się odwrócić i przekonać, że postać o złotych włosach, ułożonych w modne pierścionki, i kremowobrzoskwiniowej cerze bez skazy to naprawdę Amy, a już znalazła się w uścisku przyjaciółki.

– Spostrzegłam cię, jak przejeżdżałaś pod oknami biblioteki i pomyślałam, że kazanie pana Woodleya mnie uśpiło i właśnie ty mi się przyśniłaś.

Kit się roześmiała.

– Głuptasie! Wróciłam dopiero przed kilkoma dniami i wprost nie mogłam się doczekać, by spotkać się z tobą i usłyszeć wszystkie nowiny. Czy twój narzeczony wrócił?

– Tak! To po prostu cudowne! – Amy ścisnęła dłoń przyjaciółki, jej oczy błyszczały radością. – Najpierw on, teraz ty. Widać bogowie postanowili okazać mi szczególną łaskawość.

Amy odsunęła się na odległość ramienia, by lepiej przyjrzeć się strojowi Kit: krótkiemu aksamitnemu żakiecikowi, zapinanemu na złote guziki w kształcie oliwki i wdzięcznie układającemu się na biodrach. Zwróciła spojrzenie na ostrzyżone na pazia włosy Kit i się skrzywiła.

– Do licha! Przy tobie czuję się zaniedbana i zdecydowanie niemodna. Nie wiem, czy powinnam przedstawić cię George’owi.

Kit roześmiała się i ujęła Amy pod ramię.

– Nie obawiaj się, nie mam żadnych planów co do twojego narzeczonego. Poza tym z pewnością byłby przerażony lub zdegustowany moim zachowaniem.

Ruszyły w kierunku domu.

– George – oświadczyła Amy – to człowiek bardzo rozsądny. Jestem pewna, że się polubicie. Ale umieram z ciekawości. Dlaczego wróciłaś? Czemu nie napisałaś i nie uprzedziłaś mnie?

Kit się uśmiechnęła.

– To długa historia. Może przywitam się z twoją matką, a potem znajdziemy sobie jakiś cichy kącik?

Amy skinęła głową. Lady Gresham, dama o macierzyńskim wyglądzie, która rządziła gospodarstwem, okazując stanowczość, ale i łaskawość, zawsze miała słabość do Kit. Nalegała, by dziewczęta wypiły z nią herbatę, lecz uzyskawszy informację, że Kit nie jest, jak dotąd, zaręczona, nie próbowała dowiedzieć się o jej życiu w Londynie czegoś więcej.

Gdy w końcu pozwolono im się oddalić, schroniły się w sypialni Amy. Kit usiadła na łóżku i się uśmiechnęła. Ona i Amy były sobie bliższe niż siostry, i to od kiedy skończyły sześć lat. Nawet ostatnie lata rozłąki nie zdołały osłabić łączącej je więzi.

Kit, posłuszna naleganiom Amy, opowiedziała o machinacjach ciotek i o tym, jak udało im się zatrzymać ją w Londynie przez całe sześć lat.

– Gdyby nie moi kuzyni, z pewnością nie udałoby mi się uniknąć zamążpójścia. Pewnego razu ciotki zamknęły mnie na dwa dni w moim pokoju i wypuściły dopiero, kiedy w domu pojawił się Geoffrey i zaczął nalegać, by pozwolono mu się ze mną zobaczyć.

Skrzywiła się. – Potem ograniczyli się już tylko do nalegania. Lecz kiedy na horyzoncie pojawił się lord Roberts, uznałam, że dość tego dobrego. Miał tyle lat, że mógłby być moim ojcem! Poza tym nie był… miły – dokończyła, marszcząc brwi. – Wreszcie ciotki uznały swoją porażkę i stwierdziły, że nie nadaję się do małżeństwa. Pozwolono mi więc wrócić do domu. Wiedziałam, że dziadek da mi przynajmniej kąt i utrzymanie.

Amy spojrzała srogo na przyjaciółkę. – Był załamany, gdy wyjechałaś. Pisałam ci.

Spojrzenie Kit spochmurniało, a fiołkowe oczy zasnuła szara mgiełka. – Wiem, lecz ciotki okazały się bardzo sprytne.

Na chwilę zapadła cisza. Wreszcie Kit westchnęła i powiedziała: – Cóż, skończyłam z Londynem i z mężczyznami. Doskonale mogę się obejść bez jednego i drugiego.

Amy zmarszczyła brwi. – Czy to rozsądne posuwać się tak daleko? W końcu, kto wie, czy gdzieś za zakrętem nie czeka na ciebie wspaniały dżentelmen?

– Jeśli tylko nie spróbuje wejść mi w drogę, wszystko będzie w porządku.

– Och, Kit. Nie wszyscy mężczyźni to zgrzybiali starcy albo fircyki. Niektórzy są całkiem w porządku. Jak George.

Kit mruknęła coś pod nosem i obróciła się na brzuch, wspierając brodę na dłoniach. – Dość o moich sprawach. Opowiedz mi o swoim George’u.

Jak się okazało, George był jedynym synem Smeatonów ze Smeaton Hall, położonego niedaleko Gresham Manor. Był starszy od dziewcząt o dwanaście lat i Kit nie potrafiła sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek go poznała.

– To pocieszające, że nie wyprowadzę się daleko – powiedziała na koniec Amy. – Musimy zaprosić cię z dziadkiem na kolację. Poznasz George’a i jego rodziców.

Widząc, że twarz Amy promienieje szczęściem, Kit przytaknęła z największym entuzjazmem, na jaki mogła się zdobyć. Nie trzeba było być szczególnie inteligentnym, by spostrzec, że Amy jest zakochana po uszy. Wkrótce straci najlepszą przyjaciółkę. Amy tymczasem paplała beztrosko dalej. W pewnej chwili Kit zmarszczyła brwi i zapytała, przerywając przyjaciółce:

– Dlaczego chcesz wyjść za mąż?

– Dlaczego?

Pytanie zaskoczyło Amy. Umilkła w pół słowa. Spojrzała na Kit i uświadomiła sobie, że przyjaciółka traktuje swoje pytanie dosłownie. Zastanowiła się więc przez chwilę, a potem, zebrawszy myśli, powiedziała: – Ponieważ go kocham i chcę być z nim przez resztę życia.

Spojrzała na Kit z nadzieją, że ją rozumie.

Fiołkowe oczy wpatrywały się w nią z niedowierzaniem.

– Chcesz za niego wyjść, ponieważ go kochasz?

A kiedy Amy przytaknęła, Kit zapytała: – Jak to jest być zakochaną?

Amy zmarszczyła brwi i zaczęła się zastanawiać. – Cóż – powiedziała po chwili – wiesz, jak to się odbywa, prawda?

– Oczywiście, że wiem.

Obie wychowały się na wsi, gdzie nie sposób było uchronić się przed tego rodzaju wiedzą. – Ale co to ma wspólnego z miłością?

– No… – mówiła dalej Amy – jeśli kochasz mężczyznę… chcesz to z nim robić.

Kit spochmurniała. – Więc ty naprawdę chcesz robić to ze swoim George’em?

Amy zarumieniła się, lecz twierdząco skinęła głową.

Kit uniosła brwi, a potem wzruszyła ramionami. – Ale to wydaje się tak… pozbawione godności, jeśli wiesz, co mam na myśli.

Amy parsknęła zduszonym śmiechem.

– A skąd wiesz, że będziesz chciała robić coś takiego? – drążyła dalej Kit, uważnie wpatrując się w twarz przyjaciółki. – Chyba jeszcze tego nie zrobiłaś, prawda?

– Oczywiście, że nie! – Amy zesztywniała z oburzenia.

– Więc skąd wiesz?

Amy westchnęła głęboko, a potem spojrzała na Kit pobłażliwie. – Możesz zorientować się po tym, co czujesz, kiedy mężczyzna cię całuje.

Kit spochmurniała.

– Całowałaś się już chyba z jakimś dżentelmenem, prawda, Kit? To znaczy, z kimś obcym, spoza rodziny. A ci dżentelmeni z Londynu nie próbowali cię całować?

Teraz to Kit się zaczerwieniła.

– Owszem, niektórzy – przyznała.

– I co, jak się wtedy czułaś?

Kit się skrzywiła. – Z jednym to było jak całowanie martwej ryby, a pozostali okazali się napalonymi krętaczami. Próbowali wsadzić mi język w usta! – Wzdrygnęła się demonstracyjnie. – To było okropne!

Amy zagryzła wargi, a potem pozwoliła sobie na drżące westchnienie.

– Cóż, wszystko w porządku. Tak chyba powinno być. Po prostu nie miałaś ochoty pójść do łóżka z żadnym z nich.

– Och… – Twarz Kit pojaśniała. – A jak powinnam się czuć, gdybym chciała… no wiesz co.

– Przespać się z mężczyzną?

Kit rzuciła jej piorunujące spojrzenie. – Tak, do licha! Jak czuje się dziewczyna, kiedy chce, by mężczyzna się z nią kochał?

Odwróciła się na plecy i wbiła wzrok w sufit.

– Miej litość, Amy, powiedz. Jeśli tego nie zrobisz, prawdopodobnie umrę jako zupełna ignorantka.

Amy zachichotała. – Nic podobnego. Teraz jesteś po prostu przygnębiona. Dowiedziałaś się o machinacjach ciotek i w ogóle. Dojdziesz do siebie i spotkasz właściwego mężczyznę.

– A jeśli nie spotkam? Lepiej mi powiedz.

Amy uśmiechnęła się i usiadła obok Kit.

– No dobrze, ale pamiętaj, że ja też nie mam w tych sprawach zbyt dużego doświadczenia.

– Masz go więcej ode mnie i powinnaś się nim podzielić.

– Musisz też mi obiecać, że nie będziesz zaszokowana.

Kit wsparła się na łokciu i spojrzała na przyjaciółkę.

– Powiedziałaś, że jeszcze nie..?

Amy się zarumieniła. – Ja… my nie zrobiliśmy tego. Jednak są pewne… czynności wstępne. Nie chciałabym, żebyś poczuła się zgorszona.

Kit spochmurniała, a potem opadła na łóżko. – Wypróbuj mnie.

– Cóż, po pierwsze: kiedy on cię całuje, powinno sprawiać ci to przyjemność. Jeśli odczuwasz wstręt, to nie jest mężczyzna dla ciebie.

– W porządku. Pocałował mnie i podobało mi się to. Co dalej?

– Powinnaś pragnąć, by nie przestawał cię całować i powinno sprawiać ci przyjemność, kiedy wsuwa ci do ust język.

Kit rzuciła przyjaciółce sceptyczne spojrzenie.

Amy zmarszczyła brwi. – To prawda. Twarz powinna ci płonąć i ciało też. Jak przy gorączce, tylko przyjemniej. Nogi uginają się pod tobą, ale to bez znaczenia, ponieważ on trzyma cię w uścisku. I z jakiegoś powodu nie słyszysz najlepiej, gdy jesteś całowana. Nie wiem dlaczego. Po prostu dobrze jest o tym wiedzieć.

– To brzmi, jakbyś opisywała symptomy jakiejś choroby – mruknęła Kit.

Amy zignorowała ją. – Czasami trudno jest oddychać, ale jakoś ci się to udaje.

– Cudownie… na dodatek się dusisz!

– On może całować także twoje oczy, policzki i uszy, a potem przesunąć wargi na szyję. To zawsze jest przyjemne.

Amy mruczała teraz niczym kotka, aż Kit zamrugała ze zdumienia.

– A potem – mówiła dalej Amy – w zależności od tego, jak rozwinie się sytuacja, on może dotykać twoich piersi, delikatnie ściskając je i głaszcząc. Na tym etapie zawsze czuję się tak, jakby stanik mojej sukni nagle stał się za ciasny.

Kit wpatrywała się w przyjaciółkę z otwartymi ustami, lecz Amy nie zamierzała na tym poprzestać.

– Moje sutki sztywnieją, a towarzyszy temu dość dziwne uczucie. A potem przychodzą uderzenia gorąca.

– Uderzenia gorąca?

– Mhm. Zaczynają się w piersiach i posuwają w dół.

– W dół? To znaczy gdzie?

– Do miejsca pomiędzy nogami. A wtedy… I to jest naprawdę ważne.

Amy pokiwała palcem. – Jeśli czujesz się tam rozpalona i wilgotna, to on jest dla ciebie właściwym mężczyzną. Łatwo zorientujesz się, czy tak jest, gdyż jeśli masz do czynienia z tym właściwym, na tym etapie myślisz już tylko o tym, jak wspaniale byłoby, gdyby w ciebie wszedł.

– To brzmi zdecydowanie okropnie – oświadczyła Kit skonsternowana.

– Och, Kit – powiedziała Amy, spoglądając na przyjaciółkę z nieukrywanym współczuciem. – To nie jest ani trochę okropne.

– Cóż, wierzę ci na słowo. Dziękuję, że mnie ostrzegłaś.

Przez chwilę leżała w milczeniu, wpatrując się w sufit. Jedyne doświadczenie Kit z miłością w niczym nie przypominało tego, o czym mówiła Amy. No cóż, nigdy dotąd nie była zakochana. Czując się tak, jakby wreszcie zrozumiała jakiś szczególnie trudny problem, który od lat wymykał się jej pojmowaniu, potrząsnęła głową.

– Jakoś nie wyobrażam sobie siebie rozpalonej i wilgotnej. Dla żadnego mężczyzny. Widocznie nie jestem stworzona do miłości.

– Nie możesz tego wiedzieć.

Kit uniosła dumnie zarysowane brwi, lecz Amy nie dała się zniechęcić. – Nie możesz po prostu postanowić, że jesteś na to odporna. Kiedy spotkasz właściwego mężczyznę, nie będziesz mogła się powstrzymać. Chodzi po prostu o to, że jesteś w tych sprawach taka… niewinna.

Kit otworzyła szeroko oczy.

– Niewinna? Czy nie mówiłam ci, że straciłam niewinność pewnego pięknego letniego wieczoru na tarasie domu mego wuja Fredericka?

Widząc, że Amy wpatruje się w nią z otwartymi ustami, sprostowała szybko: – Nie fizycznie. Lecz dowiedziałam się, co większość mężczyzn sądzi o miłości. Mam nadzieję, że twój George taki nie jest, wszak od każdej reguły istnieją wyjątki. Lecz dowiedziałam się, że to kobiety się zakochują, a mężczyźni wykorzystują ich słabość. Co do mnie, nie mam zamiaru się poddać.

– Co zdarzyło się na tarasie twego wuja?

Kit się skrzywiła.

– Miałam wtedy osiemnaście lat. Pamiętasz, co się wtedy czuje? Przypuszczam, że pogodziłam się już nieco z tym, że musiałam opuścić Cranmer. Wujowie i ciotki zaczęli nalegać, bym wyszła za mąż. I nagle okazało się, że jestem zakochana. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Kit umilkła, a potem westchnęła głęboko ze wzrokiem nadal utkwionym w sufit.

– Był bardzo piękny. Kapitan gwardii, wysoki i przystojny. Lord George Belville, drugi syn księcia. Powiedział, że mnie kocha. Byłam taka szczęśliwa, Amy. Nie potrafię opisać, jakie to było uczucie mieć kogoś, kto szczerze się o mnie troszczy. Byłam… och, w takim stanie, jak ty teraz. Szalałam z radości. Ciotki wydały bal i Belville powiedział, że to doskonała okazja, aby poprosić wuja o moją rękę. W połowie wieczoru zniknęli razem w bibliotece. Byłam podekscytowana i nie mogłam znieść myśli, że nie będę wiedziała, co tam zostało powiedziane. Wymknęłam się więc i ukryłam na małym tarasie. Skulona pod oknami przysłuchiwałam się, o czym mówiono w bibliotece. Usłyszałam… – Głos jej się załamał, zaczerpnęła jednak oddechu i dzielnie mówiła dalej. – Usłyszałam, że się ze mnie śmieją.

Amy odnalazła dłoń przyjaciółki i uścisnęła ją pocieszająco, lecz Kit ledwie to zauważyła.

– Wszystko zostało zaplanowane. Najpierw przedstawili mi czterech kandydatów do mojej ręki. Wszyscy byli starsi i niezbyt atrakcyjni. Gdy odmówiłam poślubienia któregokolwiek, ciotki uznały, że jestem zbyt romantyczna – to znaczy, jak to ujęły, dziedzicznie skażona samowolą i nieposłuszeństwem – by zaakceptować tak ewidentnie korzystne związki. Wyszukały więc Belville’a. Był równie ambitny jak one. Wkrótce, dzięki rodzinnym powiązaniom, miał objąć wysokie stanowisko w armii. Gdyby mnie poślubił, zapewniłby sobie poparcie moich wujów. A oni jego. Ja miałam posłużyć jako spoiwo tego sojuszu. Wszystko to stało się dla mnie jasne, gdy ich słuchałam. Belville chełpił się, opowiadając, jak łatwo było mnie usidlić.

Kit wyciągnęła ramiona, zmuszając się, by rozewrzeć zaciśnięte w pięść dłonie. Zaśmiała się bez cienia wesołości.

– Byli tacy pewni siebie. Gdy następnego dnia dałam Belville’owi kosza, po prostu nie posiadali się ze zdumienia.

Usiadła gwałtownie i odwróciła się, by spojrzeć Amy w oczy.

– Od tej pory bacznie się przysłuchiwałam, kiedy ci tak zwani konkurenci rozmawiali z moimi opiekunami. Bardzo pouczające doświadczenie. Widzisz więc, Amy, że choć zazdroszczę ci tego, co czujesz, zdaję sobie sprawę, jaka to rzadkość. Nie spodziewam się też, by miłość, tak jak ty ją rozumiesz, nagle mnie odnalazła. Czekałam na to sześć lat i nic się nie wydarzyło. Doskonale dam sobie radę sama.

Kit dostrzegła w brązowych oczach Amy współczucie i uśmiechając się ponuro, potrząsnęła głową.

– Nie ma powodu mi współczuć, ponieważ ja nie odczuwam żalu. Który spośród znanych ci mężczyzn pozwoliłby mi cieszyć się swobodą, jakiej zaznaję teraz? Mogę chodzić, gdzie chcę i być sobą.

– Ależ ty nie robisz nic niewłaściwego.

– Nie widzę powodu, by ściągać na siebie uwagę plotkarek, poza tym za nic w świecie nie skalałabym nazwiska dziadka, wywołując skandal. Lecz poza tym nie widzę powodu, aby się ograniczać. Mąż oczekiwałby, iż jego żona będzie przestrzegać pewnych zasad, że będzie siedziała w domu, zamiast uganiać się konno po piaskach. A także że mu się podporządkuje, a jej świat będzie kręcił się wokół niego. Tymczasem ja chciałabym czegoś innego.

Amy zmarszczyła brwi.

– Rozumiem, że zostałaś pozbawiona złudzeń, ale przysięgałyśmy sobie, że wyjdziemy za mąż z miłości, pamiętasz?

Kit się uśmiechnęła. – Z miłości albo wcale.

Amy zarumieniła się, lecz nim zdążyła coś powiedzieć, Kit mówiła dalej tonem świadczącym o tym, że pogodziła się z losem: – Ty wychodzisz za mąż z miłości. Ja wcale.

– Kit!

Kit się roześmiała. – Nie przejmuj się tak, głuptasku. Doskonale się bawię. Przysięgam: nie potrzebuję miłości, by czuć się szczęśliwą.

Amy zmilczała, lecz było dla niej jasne, że jest dokładnie na odwrót: Kit potrzebowała miłości, by w pełni stać się sobą.

Rozdział 3

Następne dwa dni spędziła, składając wizyty żonom dzierżawców, słuchając nowin o kłopotach i o tym, co wydarzyło się w ich rodzinach. Odnawiała w ten sposób więź pomiędzy nimi a Cranmer Hall, która mocno ucierpiała od śmierci babki Kit. Jednak gdy nie składała wizyt, często popadała w zamyślenie. Nie wiedziała, skąd bierze się ów ponury nastrój, ale nie potrafiła się otrząsnąć.

Rozmowa o miłości była błędem. Od tej pory nie zaznała bowiem spokoju. Dotąd Cranmer Hall wydawał się Kit doskonałym azylem. Teraz czuła, że czegoś jej brakuje. Nie było to miłe uczucie.

Na szczęście następnego dnia była zbyt zajęta, by snuć ponure myśli. Spencer wydawał kolację, w trakcie której zamierzał formalnie przedstawić ją sąsiadom. Kit udało się pojeździć konno po południu, wróciła jednak na czas, by się przebrać.

Goście przybyli punktualnie o ósmej. Kit przywitała ich, stojąc u boku Spencera, który wyglądał imponująco w jedwabnym żakiecie i białych bryczesach do kolan, z białą czupryną, wieńczącą dumną głowę. Jego twarz wyrażała ojcowską dumę.

Starannie wybrała suknię, odrzucając delikatny muślin i głęboko wyciętą satynę na rzecz wykwintnej toalety z jedwabiu o barwie akwamaryny. Swobodnie opadający materiał podkreślał smukłość jej figury. Dekolt sukni, choć dość głęboki i obszyty riuszką, jak przystało pannie w jej wieku, był jednak na tyle skromny, by nie urągać przyzwoitości. Kolor sukni podkreślał blask jej rdzawych kędziorów oraz kremową karnację.

Z błyszczącymi oczami skłoniła się namiestnikowi królewskiemu, lordowi Marchmontowi oraz jego żonie, otrzymując w zamian pełne aprobaty spojrzenie jego lordowskiej mości.

– Kathryn, moja droga, miło widzieć cię znowu wśród nas.

Kit uśmiechnęła się uprzejmie. – Doprawdy, milordzie, dla mnie to też przyjemność: wrócić i spotkać się ze starymi przyjaciółmi.

Lord Marchmont roześmiał się i poklepał ją po policzku. – Doskonale powiedziane, moja droga.

Przeszli do salonu, by zrobić miejsce kolejnym gościom. Kit znała wszystkich zaproszonych. Nie mogła się powstrzymać, by nie porównać szczerej radości, jaką odczuwała spotykając się z nimi, do nudy wyrafinowanych spotkań towarzyskich londyńskiej socjety.

Greshamowie przybyli jako ostatni. Po wymianie komplementów z sir Harveyem i lady Gresham Kit wsunęła dłoń pod ramię Amy i zapytała: – Gdzie twój George?

Wcześniej zasugerowała dziadkowi, aby zaprosił także narzeczonego Amy.

– Umieram z chęci, by poznać ten ideał, którego pocałunki sprawiają, że jesteś rozpalona i wilgotna.

– Ciii! Na miłość boską, Kit, mów ciszej! – szepnęła Amy, wbijając wzrok w plecy matki. Przekonawszy się, że lady Gresham niczego nie usłyszała, odwróciła się i spojrzała wprost w roześmianą twarz Kit. A potem westchnęła. – George był zmuszony się wymówić. Wygląda na to, że nie został jeszcze zwolniony z obowiązków, lecz pełni tu jakąś tajną misję.

Amy się skrzywiła. – Od czasu do czasu udaje mu się wykraść chwilę, ale nie tego się spodziewałam. W ciągu ostatnich tygodni nie widywałam go zbyt często.

– Och… – Kit nie zdołała wykrztusić nic więcej.

– Jednak – dodała Amy, prostując się – tak będzie jeszcze tylko przez kilka miesięcy. Przynajmniej jest bezpieczny w Anglii, nie musi wystawiać się na ostrzał Francuzów. – Uśmiechnęła się i ścisnęła ramię Kit. – Powiedział, że nie może się doczekać, by cię poznać.

Kit spojrzała na nią z niedowierzaniem. – Naprawdę tak powiedział czy tylko starasz się być lojalna?

Amy się roześmiała. – Masz rację. Jeśli pominąć przeprosiny, że nie może nam dziś towarzyszyć, w ogóle o tobie nie rozmawialiśmy.

Kit skinęła głową. – Rozumiem. Byliście zbyt rozgorączkowani, by sensownie rozmawiać.

Amy uśmiechnęła się, lecz nie potwierdziła domysłów Kit. Spacerowały wśród gości, gawędząc beztrosko. Konwersacja w salonie dotyczyła zagadnień uprawy roli i lokalnego rynku na towary rolnicze, lecz kiedy zasiedli przy długim stole, rozmowa zeszła na inne tematy.

– Jak widzę, Hendon się nie pokazał – zauważył lord Marchmont, spoglądając po zebranych, jakby przybycie lorda Hendona, który niedawno także powrócił w te strony, mogło pozostać niezauważone. – Myślałem, że tu będzie.

– Wysłaliśmy zaproszenie, lecz jego lordowska mość miał wcześniejsze zobowiązania – odparł Spencer, skinąwszy głową Jenkinsowi. Do jadalni weszli lokaje, wnosząc półmiski. Podano pierwsze danie.

Kit zamyśliła się nad krabami w sosie ostrygowym. To dziwne, że lord Hendon miał wcześniejsze zobowiązania. Kogo mógł odwiedzać, skoro wszyscy sąsiedzi siedzieli teraz przy ich stole?

– Szkoda – mówił dalej Spencer. – Nie zdążyłem jeszcze go poznać.

– A ja tak – powiedział lord Marchmont, częstując się turbotem.

– Och? – zauważył pytająco Spencer. Wszyscy umilkli, aby usłyszeć, co powie jego lordowska mość.

Lord Marchmont skinął głową. – Wydaje się solidny i rzetelny. W końcu to chłopak Jake’a.

Jake Hendon był poprzednim właścicielem zamku i dóbr Hendon. Pamięć Kit przywołała mglisty obraz bardzo wysokiego mężczyzny o szerokich ramionach, imponującej postawie i błyszczących szarych oczach. Zabrał ją na przejażdżkę na grzbiecie swego ogiera, gdy miała osiem lat. Nie potrafiła sobie przypomnieć, czy poznała też jego syna.

– Czy te pogłoski, jakoby został mianowany królewskim komisarzem, są prawdziwe? – zapytał sir Harvey, spoglądając na jego lordowską mość. – Kolejna próba ukrócenia szmuglu?

– Na to wygląda. – Lord Marchmont podniósł wzrok znad talerza. – Ale to chłopak Jake’a. Sukces nie przewróci mu w głowie. Z pewnością nie będzie sprawiał kłopotów.

Mężczyźni przytaknęli, zadowalając się tym zapewnieniem. Przemyt był w Norfolk uznanym zajęciem, i to od stuleci. Kontrola to jedno, a całkowite wyplenienie to coś zupełnie innego. Gdyby nie szmugiel, skąd braliby swoją brandy?

Lady Gresham spojrzała wprost na lady Marchmont. – Poznałaś ten wzór męskich cnót, Amelio?

Lady Marchmont skinęła głową. – Owszem, poznałam. Bardzo miły dżentelmen.

– To dobrze. Jaki on jest?

Amy i Kit wymieniły spojrzenia, a potem nagle spuściły wzrok. Panowie zlekceważyli tak typowo kobiece pytanie, lecz damy niecierpliwie czekały na odpowiedź.

– Jest wysoki, jak jego ojciec. I ma te same dziwaczne włosy. Pamiętasz, Martho? Podobno był zarówno w armii, jak i w marynarce, ale nie jestem tego pewna. Zazwyczaj tak się nie dzieje, prawda?

Lady Gresham zmarszczyła brwi. – Przestań mówić ogródkami, Amelio. Jak bardzo młody lord przypomina ojca?

Lady Marchmont się roześmiała. – Ach, o to ci chodzi! – Machnęła niedbale dłonią. – Jest przystojny jak diabli, ale wszyscy Hendonowie tacy są.

– Co prawda, to prawda – zgodziła się pani Cartwright. – I potrafią oczarować nawet ptaki na drzewach.

– To także. – Jej lordowska mość skinęła głową. – Złotousty diabeł, oto kim jest ten chłopak.

Lady Dersingham westchnęła. – Miło wiedzieć, że w okolicy zamieszkał przystojny mężczyzna, którego wkrótce będzie można poznać. Jest na co czekać.

Reszta pań energicznie przytaknęła.

– Nie jest żonaty, prawda? – spytała lady Lechfield.

Lady Marchmont potrząsnęła głową. – Och, nie. Możesz być pewna, że zapytałam. Dopiero co wrócił z zagranicy, gdzie pełnił służbę dla kraju. Był ranny i nadal utyka na lewą nogę. Powiedział, że w najbliższym czasie będzie miał mnóstwo pracy jako komisarz królewski, nie wspominając o tym, że musi przejąć zarządzanie rodzinnym majątkiem.

– Hm… – Lady Gresham spojrzała na siedzącą przy końcu stołu Kit. – Uważa, że będzie zbyt zajęty, by znaleźć sobie żonę, tak?

Lady Dersingham podążyła spojrzeniem za wzrokiem jej lordowskiej mości.

– Może mogłybyśmy mu pomóc? – powiedziała z namysłem.

Kit, zajęta przekazywaniem komplementów szefowi kuchni, co czyniła za pośrednictwem Jenkinsa, nie zwróciła uwagi na szacujące spojrzenia obu dam. Odwróciła się jednak na czas, by spostrzec, jak lady Gresham i lady Dersingham wymieniają pełne satysfakcji skinienia głową z lady Marchmont.

Kiedy damy zajęły się zawartością swoich talerzy, Kit podchwyciła figlarne spojrzenie Amy. Skrzywiła się, a potem spuściła wzrok. Złotousty diabeł, przystojny jak grzech. Taki opis mógłby pasować do każdego z moich londyńskich adoratorów, pomyślała cynicznie. Jeśli tylko mężczyzna jest wysoki, dobrze urodzony i nieprzesadnie brzydki, od razu czyni to z niego pożądaną partię! Prychnąwszy w sposób zgoła niegodny damy, zaatakowała swoją porcję krabów.

Rozdział 4

Krótko po jedenastej powozy gości opuściły podjazd oświetlony księżycem w pełni. Kit, która stała ze Spencerem na schodach, machając gościom na pożegnanie, impulsywnie objęła dziadka.

– Dziękuję, dziadku. To był uroczy wieczór.

Twarz Spencera pojaśniała. – Rzadka przyjemność, moja droga. – Weszli razem do holu. – Być może za kilka miesięcy zorganizujemy wieczorek taneczny, co ty na to?

Kit się uśmiechnęła. – Czemu nie? Kto wie, może nawet uda nam się zwabić obietnicą muzyki tajemniczego lorda Hendona?

Spencer się roześmiał. – Nic z tego, jeśli jest taki, jak jego ojciec. On nigdy nie mógł znieść całego tego zamieszania i strojenia się. Nie Jake.

– Tak, ale jego syn należy do innego pokolenia. Może okaże się zupełnie inny.

Spencer potrząsnął głową. – W miarę jak człowiek się starzeje, jedno staje się jasne. Ludzie tak naprawdę wcale się nie zmieniają. Pokolenie za pokoleniem, wciąż te same zalety i słabości.

Kit roześmiała się i pocałowała go w policzek. – Dobranoc, dziadku.

Spencer poklepał ją po ręce i odszedł.

Gdy tylko Kit znalazła się w swojej sypialni, niepokój powrócił. Pozwoliła, by Elmina pomogła jej zdjąć suknię, a potem odesłała pokojówkę na spoczynek. Owinięta szlafrokiem spacerowała niespokojnie po pokoju. Płomień świecy migotał, więc go zgasiła. Blask księżyca zapewniał aż nadto światła.

Pomyślała o tańcach, które chciał zorganizować Spencer. Skłoniła się i wykonała kilka tanecznych kroków, a potem opadła na siedzenie przy oknie i zapatrzyła się na pola. Z oddali dochodził szum morskich fal.

Pustka powróciła, to dziwne uczucie braku pełni, które zdążyło już zadomowić się w jej sercu. Próbowała je zignorować. Skupiając się na szumie dalekiego przypływu, pozwalała, by odgłosy morza ukołysały ją do snu. Prawie już jej się to udało, gdy nagle zobaczyła światło.

Błysk światła, przecinający ciemności. A potem, kiedy już niemal przekonała samą siebie, że to tylko wyobraźnia, drugi. Czy na przybrzeżnych wodach znajdował się statek, z którego wysyłano sygnały do… Do kogo? Ledwie zdążyła o tym pomyśleć, gdy na ciemnej wodzie pojawił się odblask sygnału najwidoczniej stanowiącego odpowiedź.

Kit wpatrywała się uważnie w ciemność, starając się oddzielić ciemniejszą masę klifu od Wash. Przemytnicy odbierali ładunek na plaży dokładnie na zachód od Cranmer Hall.

Błyskawicznie wciągnęła bryczesy i ciasno obwiązała piersi płóciennym pasem, którego używała, kiedy jeździła konno w męskim przebraniu. Wsunęła przez głowę płócienną koszulę, a potem wcisnęła ramiona w rękawy surduta, nie zawracając sobie głowy wiązaniem troczków koszuli. Jeszcze pończochy i wysokie buty. Wcisnęła na głowę kapelusz, pamiętając, by zasłonić szyję i dekolt wełnianym szalikiem i ukryć w ten sposób biel koszuli. Ruszyła ku drzwiom, lecz zatrzymała się na chwilę. Pod wpływem impulsu zawróciła i podbiegła ku ścianie, gdzie nad toaletką wisiał jej rapier oraz pas. W minutę założyła pas. Uzbrojona, wyśliznęła się z domu i pobiegła ku stajniom.

Delia zarżała na powitanie, a potem stała spokojnie, gdy Kit zarzucała siodło na jej czarny grzbiet, ze znajomością rzeczy dociskając popręg. Wyprowadziła klacz – nie na dziedziniec, gdzie stukot żelaznych podków mógłby obudzić stajennych, ale na mały padok za stajniami. Wskoczyła na siodło i skierowała wierzchowca przed siebie, szeptem dodając mu odwagi. Delia bez trudu przeskoczyła ogrodzenie.

Czarne kopyta z łatwością pożerały mile. Piętnaście minut później Kit ściągnęła wodze i zatrzymała się pod osłoną drzew rosnących tuż nad klifem.

Kapryśne tego wieczoru chmury zasłoniły księżyc. Wytężając w ciemności zmysły, usłyszała najpierw miękki plusk wioseł, a potem niepozostawiający wątpliwości chrzęst. Łódź dobiła do brzegu. Niemal w tej samej chwili dobiegający z lewej strony szczęk sprawił, że spojrzała w tamtą stronę. Księżyc wyłonił się zza chmur i Kit zobaczyła coś, czego znajdujący się pod osłoną klifu przemytnicy zobaczyć nie mogli: oddział straży celnej.

Patrol torował sobie drogę przez porośnięty trawą i krzakami cypel. Niemal minutę Kit tylko im się przyglądała. Żołnierze byli uzbrojeni.

Nie dowiedziała się nigdy, co za szalony impuls kazał jej wtedy działać. Może było to wspomnienie widoku, jaki ukazał się jej oczom, kiedy wracała z konnej przejażdżki? Zobaczyła wtedy gromadkę dzieci rybaków, bawiących się pod rozciągniętymi na plaży sieciami. Cokolwiek nią kierowało, okazała się temu posłuszna. Podciągnęła wyżej szalik, zakrywając nos i brodę, i wcisnęła głębiej na głowę kapelusz. Zawróciła Delię i skierowała ją wzdłuż brzegu. W miejscu, do którego zmierzali celnicy, nie było ścieżki. Kit znała każdy skrawek wybrzeża, gdyż często odbywała tu przejażdżki. Zostawiła za sobą żołnierzy, lecz nie zjechała na plażę, dopóki nie upewniła się, że jej nie widzą. Nie mogła liczyć na to, że chmury zakryją księżyc akurat wtedy, gdy będzie trzeba, a nie chciała dopuścić, by ją dostrzeżono.

Gdy już znalazła się na plaży, skierowała konia wprost na przemytników. Modląc się w duchu, by nie uznali, iż samotny jeździec stanowi zagrożenie, puściła klacz galopem. Przypływ zagłuszył odgłos kopyt, więc nim się zorientowali, była już bardzo blisko. W ciemności błysnęły ku niej zdziwione twarze, a potem zobaczyła, jak światło księżyca odbija się w kolbie pistoletu. Starając się obrócić Delię, burknęła ze strachem: – Nie bądźcie głupi! Na klifie jest oddział straży. Nie znaleźli jeszcze ścieżki, ale niedługo znajdą. Wynoście się stąd!

Nawróciła konia i obejrzała się za siebie. Przemytnicy stali jak rażeni gromem obok swojej łodzi.

– Dalej! – ponagliła ich. – Ruszcie się albo przybiją wasze tyłki do drzwi urzędu celnego w Lynn!

Poniewczasie uświadomiła sobie, iż posłużyła się skróconą nazwą miasta, używaną jedynie przez miejscowych. Najwidoczniej zwiększyło to jej wiarygodność, gdyż najwyższy z przemytników wysunął się z wahaniem ku przodowi, pilnując się, by nie podejść zbyt blisko Delii i jej okutych żelazem kopyt.

– Jest tu ładunek, z którym nie mamy co zrobić. Utopiliśmy w nim całą gotówkę. Jeśli go stracimy, nasze rodziny będą głodować.

Kit rozpoznała mężczyznę. Widziała go po południu na plaży blisko wioski, zajętego łataniem sieci. Przymknęła na chwilę oczy. No tak, takie już jej szczęście. Musiała się natknąć na szajkę najbardziej nieudolnych przemytników na całym angielskim wybrzeżu.

Otworzyła oczy. Mężczyźni nadal tam byli, błagając bezgłośnie, by im pomogła.

– Gdzie wasze kuce? – spytała.

– Nie sądziliśmy, że będą nam potrzebne. Nie przy tym ładunku.

– Ale… – Kit zawsze sądziła, że przemytnicy muszą mieć kuce. – Co zamierzaliście zrobić z towarem?

– Zwykle tego rodzaju rzeczy chowamy po prostu w jaskini pod tamtym pagórkiem. – Wysoki mężczyzna skinął głową, wskazując południe.

Kit znała tę jaskinię. Jako dziecko bawiła się w niej często z kuzynami. Teraz jednak żołnierze znajdowali się pomiędzy nimi a jaskinią. Przemieszczenie towaru łodzią też nie było możliwe, gdyż dostrzeżono by ich w świetle księżyca.

Jednak łódź można było wykorzystać do odwrócenia uwagi.

– Wy dwaj. Wyprowadźcie łódź na morze. Macie w niej sieci, prawda?

Z ulgą dostrzegła, że skinęli głowami. – Wyrzućcie ładunek i połóżcie go tuż pod klifem.

Spojrzała na klif, a potem na księżyc, który właśnie miał schować się za olbrzymią chmurą. Kit podziękowała w myśli swemu Aniołowi Stróżowi, po czym skinęła rozkazująco głową.

– Teraz! Ruszcie się!

Pracowali szybko. Wkrótce łódź była pusta.

– Wy dwaj! – zawołała Kit do mężczyzn, stojących w łodzi. Przybój stawał się coraz głośniejszy i musiała krzyczeć, by ją słyszano.

– Wypłynęliście po prostu na połów, jasne? Dobiliście do brzegu, żeby odpocząć, nic więcej. Nie wiecie o niczym, interesują was tylko ryby. No, dalej, spuśćcie łódź i zachowujcie się tak, jakbyście naprawdę łowili!

Po chwili wiosła zanurzyły się w wodzie i łódka zaczęła przedzierać się przez fale. Kit zawróciła Delię i podjechała do klifu.

Wysoki mężczyzna już na nią czekał.

– Co teraz?

– Kamieniołomy w Snettisham – powiedziała Kit, ściszając głos. – I żadnego gadania. Muszą być tuż nad nami. Kierujcie się na północ i idźcie pod osłoną klifu. Będą się spodziewali, że pójdziecie na południe.

– Lecz tam są nasze domy.

Było ciemno i Kit nie mogła dostrzec, który z nich to powiedział.

– Co wolicie: później dotrzeć do domu czy skończyć w areszcie pod urzędem celnym?

Nie było więcej protestów. Ruszyli za nią, prychając i posapując. Kiedy znaleźli się blisko miejsca, gdzie widziała żołnierzy, odszukała ścieżkę prowadzącą na szczyt klifu.

– Sprawdzę, gdzie oni są – powiedziała. – Nie ma sensu, byście pchali się prosto w zasadzkę, do tego z rękami pełnymi przemycanych towarów.

Nie czekając, aby dowiedzieć się, co o tym sądzą, skierowała Delię na trakt. Na górze ruszyła brzegiem klifu ku miejscu, gdzie natknęła się na patrol. Gdy zatrzymała konia w cieniu wielkiego dębu, czekając, aż chmura odsłoni księżyc i będzie można rozejrzeć się po okolicy, usłyszała zbliżających się żołnierzy. Pomrukiwali głośno, niezadowoleni, że nie potrafią odnaleźć ścieżki prowadzącej w dół. Księżyc zaświecił jaśniej i zobaczyła, że skupiają się w gromadę na porośniętym trawą spłachetku gruntu, dokładnie naprzeciw niej.

Od strony klifu dobiegło wołanie: – Tutaj jest ścieżka, sierżancie! Co mamy robić? Łódź odpłynęła, a na plaży nie widać nikogo.

Krzepki mężczyzna oderwał się od grupki, podjechał na skraj klifu i spojrzał w dół. Zaklął.

– Nieważne. Widzieliśmy łódź. Rozdzielcie się. Połowa niech zjedzie na plażę i ruszy na południe. Reszta zostaje na klifie. Natkniemy się na nich, wszystko jedno którędy pójdą.

– Lecz na południe od nas znajduje się rejon sierżanta Osborne’a, sierżancie.

Krzepki mężczyzna szturchnął mówiącego. – Wiem o tym, głupi chłopcze! Lecz Osborne pilnuje teraz drogi do Sheringham, musimy więc przejąć jego obowiązki. No, dalej, zobaczmy, co uda nam się znaleźć.

Kit z ulgą patrzyła, jak się rozdzielają. Obie grupy ruszyły na południe. Zadowolona z wyników rekonesansu, wróciła do grupki przemytników, brnącej plażą na północ.

– Jesteście bezpieczni. Pojechali na południe.

Mężczyźni zrzucili ładunek z pleców i usiedli na piasku. – Dobrze, że mieliśmy tak niewiele towaru – powiedział wysoki, a potem spojrzał na Kit i wyjaśnił: – Na ogół jest tego znacznie więcej.

Wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna, który zdawał się ich przywódcą, spojrzał na Kit.

– Te kamieniołomy, o których wspomniałeś, chłopcze. Gdzie one są?

Kit zagapiła się na niego. Nawet nie przyszło jej do głowy, że ktoś może nie wiedzieć, gdzie znajdują się kamieniołomy Snettisham. Spędzała tam wraz z kuzynami całe godziny. Miejsce to doskonale nadawało się na kryjówkę. Ale co będzie, jeśli już ich tam zaprowadzi?

Delia przestępowała niespokojnie z nogi na nogę, uspokoiła ją więc pieszczotami.

– Dam wam wskazówki. Z pewnością wolelibyście, żebym nie znał dokładnie miejsca, w którym ukryjecie towary.

Nerwowość klaczy posłużyła jej za usprawiedliwienie, by nieco się cofnąć. Przynajmniej jeden z mężczyzn miał pistolet.

– Spokojnie, chłopcze.

Wielki mężczyzna wysunął się do przodu. Delia zatańczyła i natychmiast się cofnęła. Mężczyzna się zatrzymał.

– Nie musisz się nas bać, przyjacielu. Uratowałeś nam dziś skórę, bez wątpienia. Przemytniczy honor nakazuje podzielić się z tobą zyskiem.

Kit zamrugała. Przemytniczy honor? Zaśmiała się lekko i obróciła Delię. – Uznajcie to za bezinteresowną przysługę. Nic od was nie chcę.

Przycisnęła pietami smukłe boki klaczy i Delia skoczyła do przodu.

– Zaczekaj!

Nuta paniki w głosie mężczyzny skłoniła Kit, by ściągnęła wodze i zawróciła. Mężczyzna szedł, potykając się przez piasek. Kiedy zbliżył się na odległość głosu, przez chwilę wpatrywał się w Kit, a potem spojrzał pytająco na swych kompanów. Choć było prawie ciemno, Kit spostrzegła, że kiwają potakująco głowami. Mężczyzna znowu przemówił.

– Sprawa wygląda tak: nie mamy przywódcy. Weszliśmy w ten interes, sądząc, że damy sobie radę, lecz sam widziałeś, jak to wygląda. – Wskazał brodą południe. – Ty potrafisz szybko myśleć. Nie chciałbyś stanąć na czele naszej grupy? Mamy dobre kontakty i w ogóle, ale nie dajemy sobie rady z organizacją.

Niedowierzanie i konsternacja walczyły o lepsze w umyśle Kit. Stanąć na czele…?

– To znaczy… chcecie, bym został waszym przywódcą?

– W zamian za udział w zyskach, oczywiście.

Delia się przesunęła. Kit podniosła wzrok i zobaczyła, że pozostali zrzucają ładunek i podchodzą bliżej. Nie musiała obawiać się pistoletu, skoro byli aż tak objuczeni.

– Jestem pewien, że doskonale dacie sobie radę sami. Tym razem straż po prostu miała szczęście.

Lecz duży mężczyzna tylko potrząsnął głową.

– Spójrz na nas, chłopcze. Żaden z nas nie wie, gdzie znajduje się ten kamieniołom. Nie wiemy nawet, jaką wybrać drogę, aby bezpiecznie wrócić do domu. Jeśli zostawisz nas samych, pewnie wpadniemy w ręce żołnierzy, gdy tylko spróbujemy wdrapać się z powrotem na klif. A wtedy wszystko pójdzie na marne.

Księżyc wyszedł zza chmur i Kit zobaczyła twarze przemytników, uniesione i pełne dziecięcej ufności. Westchnęła. W co ona się znowu wpakowała?

– Co tam macie?

Nawet tak drobna oznaka zainteresowania sprawiła, że mężczyźni natychmiast się ożywili.

– Pokaż mu, Joe – powiedział wysoki, machając dłonią w kierunku najdrobniejszego z pozostałych. Mężczyzna przesunął się po piasku, nie spuszczając oka z Delii. Podszedłszy bliżej, posłał Kit bezzębny uśmiech, a potem zatrzymał się przy klaczy i odwinął nasączone olejem szmaty chroniące prostokątne pudło, płaskie i długie na metr. Brudnymi rękami zdjął okrywające zawartość pudła grube płótna.

W świetle księżyca zabłysło coś białego. Kit wytrzeszczyła oczy. Koronki! Przemycali brukselskie koronki! Nic dziwnego, że paczki były tak małe. Zawartość jednej łodzi przewieziona do Londynu i sprzedana za pośrednictwem kupców, mogła zapewnić tym ludziom i ich rodzinom utrzymanie przez miesiące. Kit szybko zrewidowała swoją opinię o umiejętnościach członków bandy. Może organizacyjnie byli do niczego, lecz znali swój fach.

– Czasami dostajemy też brandy – powiedział wysoki mężczyzna, podchodząc bliżej.

Kit zmrużyła oczy.

– Nic poza tym?

Słyszała, że na łodziach przewozi się nie tylko towary.

Choć ton jej głosu był szorstki, mężczyzna nie zawahał się i odparł szczerze:

– Nie mieliśmy niczego innego. Do tej pory brandy i koronki w zupełności nam wystarczały.

Czuła na sobie ich błagalne spojrzenia. Krew mieszkanki Norfolk zawrzała w jej żyłach. Przywódczyni gangu przemytników? Z jednej strony chciało jej się śmiać. Ale tylko trochę. Wyzbyta konwenansów awanturnicza część jej osobowości była co najmniej zaintrygowana. Ojciec Kit kierował przez krótki czas taką bandą, jak utrzymywał, dla zabawy. Dlaczego ona nie miałaby tego robić? Kit skrzyżowała dłonie na łęku i rozważyła możliwości.

– Jeśli zostanę waszym przywódcą, będziecie musieli ograniczyć się do ładunków, które uznam za odpowiednie.

Spojrzeli po sobie, a potem wysoki zapytał: – Ile miałby wynosić twój udział?

– Nie będzie żadnego udziału.

Przemytnicy zaczęli coś mruczeć, a Kit uśmiechnęła się pod okrywającym jej twarz szalikiem.

– Nie potrzebuję towarów ani pieniędzy. Jeśli zgodzę się was przejąć, to tylko dla przyjemności. Co wy na to?

Przez chwilę naradzali się po cichu, wreszcie wysoki podszedł bliżej i zapytał: – Jeśli się zgodzimy, pokażesz nam kamieniołom?

– Jeśli się zgodzicie, od razu zaczniemy razem pracować. Jeśli nie, powiedzcie, a ja odjadę.

Delia zatańczyła na tylnych nogach.

Mężczyzna przesunął spojrzeniem po twarzach kompanów, a potem odwrócił się z powrotem do Kit.

– Stoi. Jak mamy do ciebie mówić?

– Możecie nazywać mnie Kit.

– Doskonale, chłopcze. Prowadź.

Dotarcie do kamieniołomu i znalezienie odpowiedniego tunelu, w którym mogliby urządzić sobie kryjówkę, zabrało im godzinę. Do tego czasu Kit dowiedziała się sporo o szajce. Rozprowadzali ładunek za pośrednictwem gospód w King’s Lynn. Towary, które przybywały morzem, ukrywali najpierw w jaskini, aby po kilku nocach przewieźć je na kucach do ruin starego opactwa w Creake.

– Przekazujemy towary starej kobiecie, która mieszka w pobliskim domku, a ona zawsze ma dla nas przygotowaną zapłatę.

– Staruszka ma pieniądze?

– Taak… To prawdziwa stara wiedźma, więc pieniądze są u niej bezpieczne.

– Jakie to wygodne.

Ktoś zadał sobie sporo trudu, by zorganizować szmugiel. Nagle przyszło jej do głowy nieprzyjemna myśl.

– Czy w okolicy działają inne gangi?

– Tu, na zachodzie, nie, ale jest gang na wschód od Hunstanton. Duży gang. Jak dotąd nasze ścieżki nigdy się nie skrzyżowały.

I mam nadzieję, że tak pozostanie, pomyślała Kit. Ci biedacy to ludzie prości, rybacy, zmuszeni zajmować się szmuglem, gdyż połowy nie wystarczały, aby wyżywić rodziny. Lecz gdzieś tam czaili się prawdziwi przemytnicy, zdolni popełniać czyny, o jakich pisze się w policyjnych listach gończych. Z nimi nie miała ochoty się stykać. Najlepiej będzie trzymać się od gangu z Hunstanton z daleka, postanowiła.

Kiedy koronki zostały bezpiecznie ukryte, wydała jasne i zdecydowane rozkazy co do tego, jak ma być przekazany ładunek. Nalegała też, aby w przyszłości kamieniołom stał się ich bazą i kwaterą.

– Celnicy będą się teraz bacznie przyglądać temu skrawkowi plaży, a jaskinia jest zbyt blisko. Od dzisiaj będziemy działali stąd.

Co powiedziawszy, zatoczyła dłonią krąg, wskazując otoczenie. Stali u wejścia do ciemnego tunelu, w którym złożono towary.

– Tutaj będziemy bezpieczniejsi. Jest tu mnóstwo miejsc, w których można się ukryć, poza tym nawet za dnia trudno jest śledzić kogoś, kto tu wejdzie.

Zamilkła na chwilę i przemaszerowała przed nimi, zastanawiając się.

– Jeśli już będziecie musieli wypłynąć łodziami, by przejąć ładunek, wyładujcie towary, gdy tylko łodzie dobiją do brzegu, a potem odeślijcie je natychmiast do wioski. Jeżeli ci, którzy nie będą potrzebni na łodziach, przyprowadzą kuce, ładunek da się szybko przetransportować. Potem można spokojnie zawieźć go do Creake.

Zgodzili się z nią ochoczo.

– Rzeczywiście, to doskonałe miejsce na kryjówkę, nie ma dwóch zdań.

Kiedy już mieli się rozstać, Noah zauważył rapier u boku Kit.

– Piękna zabaweczka – powiedział. – Umiesz się tym posługiwać?

Ledwie to powiedział, a już patrzył, nerwowo mrugając, na delikatnie połyskujące ostrze, którego czubek dotykał jego gardła. Przestraszony przesuwał spojrzeniem wzdłuż paskudnego ostrza, a potem zdobionej gardy, aż napotkał spojrzenie zmrużonych oczu Kit. Uśmiechnęła się chłodno.

– Tak, umiem.

– Och…

Wysoki mężczyzna nawet nie drgnął.

Kit odprężyła się i schowała broń. – To był taki drobny przejaw próżności.

Odwróciła się i podeszła do miejsca, gdzie czekała z postawionymi uszami Delia. Doskonale zdawała sobie sprawę, że za jej plecami mężczyźni wymieniają spojrzenia. Uśmiechnęła się z zadowoleniem. Wskoczyła na siodło, a potem spojrzała na małą bandę.

– Wiecie, jak wrócić do domu?

Skinęli głowami. – I wystawimy wartownika, by ostrzegł nas przed strażnikami, tak jak powiedziałeś.

– Doskonale. Spotkamy się tutaj w czwartek po wschodzie księżyca.

Kit zawróciła klacz i ścisnęła jej boki piętami. – Zobaczymy, co się wydarzy.