Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 820

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Kochanica heretyka - Iny Lorentz

"Najnowsza powieść autorów bestsellerowej Nierządnicy!  Msze odprawiane w pośpiechu i byle jak, uczty do białego rana i celibat, który istnieje jedynie na papierze – intrygi i uczucia na średniowiecznym dworze. Monachium. Początek XVI wieku. Veva ma poślubić syna kupca z Innsbrucku, jednak w drodze do Tyrolu rabusie napadają na orszak panny młodej, zabijają jej brata, a dziewczynę uprowadzają. Wprawdzie po kilku dniach udaje się uratować Vevę z rąk oprawców, ale nikt nie chce jej uwierzyć, że nie straciła dziewictwa. Mimo niezręcznej sytuacji ojciec Vevy obstaje przy ślubie córki i postanawia wydać ją za mąż za Ernsta Rickingera, cieszącego się złą sławą kobieciarza i wroga kleru. Ojciec Ernsta ma również swoje powody, by pozbyć się syna z domu. Veva jest oburzona decyzją ojca, ale jakiż wybór może mieć dziewczyna uznana za nieczystą? Zatem rodziny czym prędzej aranżują cichą ceremonię zaślubin i wysyłają młodych do Augsburga, który w owym czasie znajduje się w pełni rozkwitu i z góry spogląda na skromne Monachium. Tutaj małżonkowie trafiają pod skrzydła Jakoba Fuggera, zaś Ernst nadal potajemnie rozpowszechnia pisma luteranów…"

Opinie o ebooku Kochanica heretyka - Iny Lorentz

Fragment ebooka Kochanica heretyka - Iny Lorentz

CZĘŚĆ PIERWSZA Podróż do narzeczonego – póki śmierć nas nie rozłączy
1

Veva usłyszała śmiech brata i ciekawa powodu jego radości odsunęła zasłonę podróżnej lektyki. W  tej samej chwili Bartholomäus, którego wszyscy nazywali Bartlem, aby odróżnić go od ojca o tym samym imieniu, wyminął ją szybkim kłusem. Spod kopyt wałacha trysnęło błoto – zanim Veva zdążyła się zorientować, poczuła na policzkach grudki brudu.

– Nie możesz uważać? – zbeształa z oburzeniem brata.

Ten głośno się roześmiał i bez słowa przeprosin wyjechał na czoło niewielkiego podróżnego pochodu, od którego na chwilę się odłączył, żeby poflirtować z jakąś pasterką.

Veva wytarła twarz chustką i  posłała bratu kilka ostrych słów. Wprawdzie był od niej młodszy tylko o godzinę, czasami jednak zdawało się, że dzieliło ich całe dziesięciolecie. Niczego nie traktował poważnie i  żaden żart nie był dlań za mało wybredny. Choć oboje skończyli już dwudziesty trzeci rok życia, Bartl wolał się włóczyć z przyjaciółmi po gospodach, zamiast pomagać ojcu w prowadzeniu interesów. Mimo to Veva kochała brata ponad wszystko i  zawsze przychodziła mu z  pomocą, gdy trzeba było złagodzić skutki jego swawoli. W jego zastępstwie prowadziła więc księgi i pisała listy pod dyktando ojca, gdy dotknięte artretyzmem palce seniora rodu nie były już w stanie utrzymać pióra. W przyszłości Bartl będzie jednak musiał w końcu wziąć na siebie odpowiedzialność.

Podczas podróży już kilkakrotnie rozważała, czy ojciec przypadkiem nie dlatego tak szybko postanowił wydać ją za mąż, żeby Bartl nareszcie sobie przypomniał o obowiązkach. A może ślub był od dawna zaplanowany i jedynie śmierć matki przesunęła go w czasie? Veva nie była przecież za młoda na małżeństwo. Większość jej przyjaciółek urodziła już dziecko lub dwoje dzieci, ona sama zresztą również nie miałaby nic przeciwko zamążpójściu. Zdecydowanie by jednak wolała, żeby ojciec dał jej choć kilka tygodni na przygotowania do ślubu. Tymczasem jego decyzja spadła na nią niczym grom z jasnego nieba.

Nie wiedziała dokładnie, jaka odległość dzieliła Innsbruck od jej rodzinnego miasta – Monachium, dlatego wraz z wydłużającym się czasem podróży rosło w niej poczucie wygnania. Myślała kiedyś, że z domu męża zawsze będzie mogła odwiedzać swoją rodzinę. Dodatkowo niepokoiło ją to, że Friedricha Antschellera, swojego narzeczonego, miała okazję widzieć tylko jeden raz, gdy gościł w domu jej ojca. Tamtego dnia nie przyszło jej do głowy, że niebawem będzie musiała go poślubić. Gdyby jednak ojciec nawet wtedy ją o tym powiadomił, miałaby zbyt mało czasu, żeby wyrobić sobie zdanie na temat charakteru narzeczonego. Resztę swoich dni będzie więc musiała przeżyć razem z człowiekiem, który był jej zupełnie obcy.

„Tylko nie wybuchnij płaczem! W końcu jesteś dorosłą niewiastą, nie zaś dwunastoletnią dziewczynką trzymającą się kurczowo maminej spódnicy. Poza tym Friedrich Antscheller jest przystojnym i  ambitnym młodym mężczyzną” – złajała się w myślach i zerknęła przed siebie, w kierunku brata bliźniaka podśpiewującego wesołą piosenkę.

Mimo chłodnego wiatru wiejącego od gór Bartl miał na sobie jedynie nowy, czerwony kaftan i obcisłe spodnie, przylegające do jego ud niczym druga skóra. Między innymi z tego powodu na odjezdnym ojciec nazwał go fircykiem, który nie może się powstrzymać od małpowania szlachetnie urodzonych.

Veva pomyślała o ostatniej kłótni ojca z Bartlem i na jej czole ukazały się malutkie zmarszczki. Nieporozumienie tuż przed odjazdem źle wróżyło na przyszłość, w której obaj będą musieli poradzić sobie bez niej.

Otrząsnęła się jednak szybko, usiłując odgonić od siebie przygnębiające myśli. Postanowiła cieszyć się tym dniem, nie zważając na niedogodności podróży. Wprawdzie nie było zbyt ciepło, ale niebo się przejaśniło i wyszło słońce. Wyglądało więc na to, że ostatecznie ustąpił ulewny deszcz, który padał przez cały ubiegły tydzień.

Bartl właśnie przejechał pod drzewem i  dla żartu uderzył rzemienną plecionką do poganiania konia w listowie, strącając z gałęzi kilkanaście bukowych liści. Większość z nich pożeglowała ku ziemi, ale jeden przykleił się do jego czapki jak pióro. Veva nie mogła powstrzymać się od śmiechu.

– Nie jest ci odrobinę za zimno, braciszku? Twój kaftan jest cienki, a krawiec okrutnie oszczędzał na tkaninie, gdy szył twoje spodnie – zadrwiła.

Bartl spojrzał na nią i się roześmiał, pokazując cały rząd równych białych zębów. Nie można było zaprzeczyć, że był pięknym mężczyzną. Wiele młodszych dziewcząt z  ich otoczenia uwielbiało brata Vevy i niejedna zdążyła jej już wspomnieć, jak bardzo byłaby szczęśliwa, mogąc zostać jej szwagierką. Ta myśl przypomniała znów o  Friedrichu Antschellerze. Zastanawiała się, czy on również ma siostry lub braci. Złościło ją, że ojciec tak niewiele jej powiedział o rodzinie przyszłego męża. Dla niego liczyło się przede wszystkim to, że Friedrich był synem jego długoletniego przyjaciela i partnera w interesach.

Tymczasem jadący na czele pochodu Bartl zaczął się nudzić. Skierował wałacha na bok i odczekał, aż zrównały się z nim muły niosące lektykę Vevy. Nie zauważył, że jego niepohamowany temperament wzbudził rozbawienie służących, którzy spokojnie prowadzili muły pod górę, i sześciu zbrojnych towarzyszących orszakowi.

Z uśmiechem popatrzył na Vevę.

– Podoba ci się podróż?

– Prawdę mówiąc, jest stanowczo za długa. Martwię się także, że będę musiała zamieszkać tak daleko od domu – odpowiedziała głosem pełnym niepokoju.

– Rzeczywiście, do Innsbrucku jest kilka ładnych dni drogi – przyznał. – Będę cię jednak odwiedzał tak często, jak tylko będę mógł. Zapewne również twój przyszły mąż nie będzie miał nic przeciwko temu, żebyś raz czy dwa razy w roku przyjechała do Monachium. Wydał mi się rozsądnym człowiekiem.

„A do tego głupim nudziarzem” – dodał w myślach. Z punktu widzenia małżeństwa z jego siostrą nie była to jednak żadna wada. Bartl nie uważał oczywiście, że Veva jest nudna, ale miała własne zapatrywania na temat zachowania mężczyzny. Pod tym względem Friedrich Antscheller pasował więc do niej o niebo lepiej niż na przykład jego przyjaciel Ernst Rickinger, który – podobnie jak Bartl – wolał cieszyć się życiem, niż pomagać ojcu w prowadzeniu interesów.

Bartl również wolałby mieć siostrę przy sobie, mieszkającą gdzieś w bliskiej okolicy, ojciec jednak postanowił wydać ją za mąż w  Innsbrucku i musieli się podporządkować jego decyzji.

– Bardzo przyjemna konna przejażdżka – powiedział w celu podtrzymania podupadającej konwersacji.

– Od naszego wyjazdu minęły już cztery dni i mamy jeszcze kilka kolejnych przed sobą, zanim dotrzemy do Innsbrucku. Jeśli o mnie chodzi, uważam, że podróż jest nad wyraz niewygodna. Lektyka jest tak ciasna, że nie mogę się wyciągnąć ani rozprostować nóg. Poza tym to ciągłe kołysanie przyprawia mnie o mdłości.

Do tej pory Veva nigdy jeszcze nie korzystała z lektyki, nie wyjeżdżała bowiem dalej niż do Andechs. Pielgrzymka do tamtejszego klasztoru zajmowała jeden dzień i z powodzeniem można ją było odbyć pieszo. Tymczasem podróż do Innsbrucku napełniała ją coraz większą grozą.

Z niechęcią popatrzyła na piętrzące się wokół nich góry. Wyglądały jak sięgający nieba, niemożliwy do pokonania wał ze skał i lodu. Z pewnością istniały miejsca, w których można było przejść przez ten naturalny mur, przerażała ją jednak myśl o tym, że będą musieli się zbliżyć do tych ostrych szczytów.

– O wiele szybciej dotarlibyśmy do Innsbrucku, gdybyś pojechała konno, zamiast podróżować w lektyce! – wyjaśnił Bartl.

Veva uznała, że jego uwaga była niesprawiedliwa. Wiedział przecież, że nie potrafiła jeździć konno. Umiejętność tę posiadały tylko szlachetnie urodzone damy, ale nawet one wyjeżdżały w siodle jedynie na krótkie przejażdżki i oczywiście na polowania. Dama dbająca o swoją reputację korzystała jednak z podróżnego powozu albo z  lektyki podobnej do tej, w której Veva teraz siedziała.

Zanim przyszła jej do głowy odpowiednia odpowiedź, usłyszała wołanie dowódcy zbrojnej eskorty.

– Paniczu! Zbliża się jakiś człowiek i macha do nas. Chyba musimy się zatrzymać.

Bartl rzucił siostrze kpiące spojrzenie i skierował konia na czoło pochodu. Właśnie mijali miejsce, w którym od głównej drogi odchodziła wąska ścieżka. Z kierunku, w którym zamierzali dalej jechać, szedł w ich stronę mężczyzna, wymachując rękami. Miał na sobie płaszcz koloru brązowej ziemi, z szerokim okrywającym ramiona kołnierzem i kapturem, długie wełniane spodnie, skórzane gamasze i mocne buty. U jego boku wisiał długi kordelas, gdy zaś podjechał bliżej, zobaczyli, że za pasem ma jeszcze wsunięty sztylet.

Veva wychyliła się z lektyki i zaciekawiona przyglądała się nieznajomemu. Mężczyzna nie sprawił na niej dobrego wrażenia, miała więc ochotę poprosić brata, żeby jechali dalej. Bartl ściągnął jednak wodze konia i dał znak służącym, żeby poczekali.

– O co chodzi, dobry człowieku? – zapytał.

Nieznajomy zatrzymał się przed nim i spojrzał na niego, nie podnosząc głowy.

– Tędy dalej nie pojedziecie, w górze drogi osuwisko zablokowało bowiem przejście. Znam inny trakt, którym moglibyście ominąć tę przeszkodę. Jeśli chcecie, mogę was poprowadzić – powiedział, wskazując zapraszającym gestem wąską ścieżkę.

– Dzięki, dobry człowieku! Twoja dobra rada przychodzi w samą porę.

Bartl wychylił się w siodle, żeby poklepać nieznajomego po ramieniu, po czym skierował konia na ścieżkę.

Dowódca eskorty próbował go powstrzymać.

– Może najpierw powinniśmy się przekonać, czy to prawda, co mówi ten człowiek?

– Oskarżasz mnie o kłamstwo? – gniewnie zawołał nieznajomy, łapiąc za rękojeść kordelasa.

– Oczywiście, że nie – załagodził sytuację Bartl. – Jeśli teraz pojedziemy dalej i będziemy musieli zawrócić, to nie dotrzemy do kolejnego miejsca postoju, ja zaś nie chcę narażać mojej siostry na nocleg pośród dzikiej głuszy.

– Kawałek dalej przy tym szlaku jest porządna oberża, do której zajeżdżają nawet wielcy panowie – zapewnił nieznajomy. – Gdybyście zechcieli, w nagrodę za radę moglibyście mi zafundować nocleg, kawałek pieczeni i kubek lub dwa kubki wina.

– Chętnie to uczynię – obiecał Bartl.

W ten sposób decyzja została podjęta. Sześciu zbrojnych i  czterech służących, którzy towarzyszyli podróżnym, bez dalszego sprzeciwu skręciło na ścieżkę wskazaną przez mężczyznę. Tymczasem Veva nie mogła się pozbyć wrażenia, że nieznajomy po cichu pokpiwał z Bartla. Zebrała się w sobie i poprosiła brata, żeby zawrócili na główną drogę.

Bartl wyśmiał ją jednak i nazwał małą głupiutką dziewczynką.

2

Po niedługim czasie szlak zrobił się tak wąski, że dwa wozy wyładowane osobistymi rzeczami Vevy z trudem mogły się przecisnąć. Wspinaczka na wzniesienie zmęczyła muły, które zaczęły drżeć z  wyczerpania. W  związku z  tym Bartl rozkazał służącym, aby na stromych podejściach pchali wozy. Gdy bloki skalne jeszcze bardziej się do siebie zbliżyły, Bartl zmierzył samozwańczego przewodnika gniewnym spojrzeniem.

– Czy nie powiedziałeś, że droga będzie przejezdna? Ten szlak jest niemal tak wąski jak ścieżka wydeptana przez kozy!

– Dalej się poprawi – odparł mężczyzna. – Na razie jesteśmy jeszcze po bawarskiej stronie. Niebawem dotrzemy na teren należący do klasztoru, a tam mnisi lepiej dbają o swoje drogi niż książęcy urzędnicy.

– Miejmy nadzieję – mruknął Bartl, po czym się odwrócił i  zerknął w kierunku lektyki.

Chętnie oszczędziłby siostrze uciążliwej drogi. I bez tego było jej ciężko opuścić ojczyznę, żeby w Innsbrucku wyjść za mąż za niemal zupełnie nieznanego mężczyznę. On sam uważał Friedricha Antschellera za strasznego głupca, na pewno zaś nie za narzeczonego, jakiego mógłby życzyć swojej siostrze. Nie miał pojęcia, dlaczego ojciec postanowił wysłać ją aż tak daleko. Bez wątpienia w  Monachium znalazłby się dla niej niejeden przystojny kandydat na męża. Vevą interesowali się między innymi Rudolf Ligsalz i Anton Impler, obaj należący do cieszących się uznaniem mieszczańskich rodzin, których członkowie mogli być wybierani do rady miejskiej. Nawet jego przyjaciel Benedikt Haselegner byłby dla niego lepszym szwagrem od tego kupieckiego syna z Innsbrucku.

Ojciec nie chciał się jednak połączyć ani z Ligsalzami, ani z  Implerami. Przyczyną takiego stanu rzeczy było najprawdopodobniej to, że podczas obrad gminy wielokrotnie wdał się w burzliwe spory z ojcami kandydatów do ręki córki. Gdy padło nazwisko Haselegner, dostał nawet napadu wściekłości, ale nie uznał za stosowne wyjaśnić, dlaczego żywił tak wielką niechęć do Benedikta, przyjaciela Bartla.

Zastanawiając się nad motywami postępowania ojca, Bartl uprzytomnił sobie, jak mało wiedział na temat jego życia i interesów. Nie potrafiłby powiedzieć, kto był przyjacielem, a kto wrogiem Bartholomäusa Leiberta, nie miał również pojęcia, z kim ojciec prowadził interesy. Do tej pory Bartl cieszył się życiem i gonił za rozrywkami. Zamiast łamać sobie głowę nad kontaktami handlowymi ojca, wolał razem z Ernstem Rickingerem i resztą przyjaciół włóczyć się po gospodach. Zdarzyło im się nawet rozzłościć nocnych strażników. Tymczasem przed odjazdem ojciec mu zapowiedział, że będzie musiał zmienić przyzwyczajenia.

Bartl westchnął głęboko na myśl o tym, że miałby zrezygnować z wypadów do szynku, gdy najdzie go ochota. W zamian miał godzinami siedzieć w ojcowskim kantorze i notować suche liczby w  zakurzonych księgach. Dotychczas wyręczała go Veva. Teraz jednak, gdy ojciec postanowił wyprawić Vevę nie tylko z domu, ale także z  miasta, sam będzie musiał się przekonać do odgrywania roli podręcznego pisarza. Rozważania te do reszty zepsuły mu humor, wcześniej już mocno nadwerężony niewygodną drogą.

– Hej, człowieku! Jeśli szlak się nie poprawi, za chwilę zawrócimy. Najpierw jednak spuścimy ci solidne lanie, które powinno być dla ciebie nauczką, żebyś w przyszłości nie opowiadał takich farmazonów! – zagroził przewodnikowi.

Mężczyzna odwrócił się do niego z krzywym uśmiechem.

– W takim razie panienka będzie musiała wędrować pieszo, w tym miejscu bowiem nie będziecie w stanie zawrócić lektyki ani wozów.

Bartl się rozzłościł. Podjechał do nieznajomego, lewą ręką złapał go za kołnierz, prawą zaś zamachnął się do uderzenia.

– Zapłacisz mi za to!

Bartl mocno się wychylił, wtedy mężczyzna złapał go i szybkim ruchem ściągnął z siodła. Chłopak upadł na ziemię, ale zaraz się podniósł i spróbował zwalić przeciwnika z nóg.

Nieznajomy okazał się jednak szybszy. Jeszcze zanim Bartl zdążył zauważyć niebezpieczeństwo, mężczyzna dobył kordelasa i pchnął młodzieńca.

Śmierć nadeszła tak niespodziewanie, że Bartl poczuł tylko krótkie ukłucie bólu. Następnie zgasł niczym świeczka na wietrze.

Veva pojęła, co się wydarzyło, dopiero w momencie gdy nieznajomy gwałtownym szarpnięciem wyciągnął kordelas z ciała jej brata, a jego sczerwieniałe od krwi ostrze odbiło światło słonecznych promieni. Krzyknęła zaskoczona. Zbrojni z jej eskorty zaklęli i sięgnęli do mieczy, żeby poćwiartować mordercę.

W tej samej chwili z ciemnego wnętrza górskiego lasu wyłonili się mężczyźni wysmarowani sadzą, ubrani w szerokie płaszcze i  kapelusze. W rękach trzymali oszczepy i miecze skierowane na zaskoczonych podróżnych.

– Co, chcecie pójść do nieba za tym łajdakiem? – zawołał przywódca. Jego twarz była zasłonięta drewnianą maską z  wyciętymi otworami na oczy.

Vevę i jej towarzyszy otoczyło ponad dwudziestu mężczyzn. Sześciu zbrojnych z eskorty najpierw wymieniło między sobą spojrzenia, a następnie spojrzało na lektykę. Veva była blada jak kreda – jakby i z niej uleciało całe życie.

Dowódca zbrojnych upuścił na ziemię miecz, jakby jego rękojeść parzyła niczym rozpalone żelazo, pozostali zaś poszli w  jego ślady. Jednocześnie odwrócili się plecami do Vevy, której mieli pilnować. Teraz liczyło się dla nich jedynie ratowanie własnej skóry.

– Zejść z koni! – rozkazał przywódca bandy.

Tymczasem bandyci podeszli do zbrojnych z eskorty, którzy bez wahania wypełnili polecenie.

– Na Najświętszą Panienkę, miejcie litość! – próbował ułagodzić rozbójników jeden z nich.

Ci tylko się roześmiali, przywódca bandytów zbliżył się zaś do śmiałka.

– Jeśli tak ci się spieszy do Najświętszej Panienki, to zaraz cię do niej poślę! – Mówiąc to, wyciągnął z pochwy sztylet i wbił go w pierś błagającego o łaskę nieszczęśnika. Mężczyzna wydał z siebie dźwięk przypominający stęknięcie i z wyrazem zaskoczenia w oczach osunął się na ziemię. Inni bandyci błyskawicznie zadźgali pozostałych pięciu zbrojnych.

Gdy cała szóstka leżała już na ziemi, przywódca bandy wymierzył jednemu z zamordowanych kopniaka, po czym wskazał na czterech swoich ludzi.

– Zabierzecie ciała i  wrzucicie je daleko w  przepaść, pozostali mają się zająć służącymi.

Na te słowa w mężczyzn, którzy do tej pory oparci o muły z  przerażeniem przypatrywali się bandytom, wstąpiło życie. Dwóch z nich próbowało uciec, ale zdołali przebiec tylko kilka kroków, zanim zostali dogonieni i zabici. Dwaj pozostali padli na kolana i wyciągnęli ręce do przywódcy.

– Pozwól nam żyć! Prosimy! Panie, jesteśmy gotowi przystąpić do waszej bandy i wam służyć!

Przywódca spojrzał z udanym oburzeniem na swoich kompanów.

– Słyszeliście? Ten człowiek nazwał naszą dzielną drużynę bandą, jakbyśmy byli jakimiś obdartymi przydrożnymi rabusiami! Pozwolimy się tak obrażać?

– Nie! – odpowiedziało chórem kilka głosów.

Bandyci złapali służących, zawlekli ich w pobliże dwóch drzew i przywiązali do pni.

Na twarzach służących można było dostrzec cień nadziei, że bandyci zostawią ich przy życiu – wtedy mogliby się sami uwolnić. Oprawcy zerwali z  nich jednak ubrania, po czym zadali wiszącym nago nieszczęśnikom głębokie rany, aż krew zabarwiła ich ciała na czerwono i zaczęła spływać na ziemię.

Przywódca stał obok z rękoma skrzyżowanymi na piersi i z  rozkoszą się przysłuchiwał, jak służący krzyczeli z bólu i błagali o łaskę.

– Zostawimy was wilkom i niedźwiedziom, które przyjdą zwabione zapachem krwi. Nie macie co liczyć na pomoc wędrowców. Ten szlak prowadzi głęboko w góry i kończy się odległą przepaścią. W okolicy nie ma nic wartościowego – ani trawy do wypasu, ani kamieni na budulec, nie przychodzą więc tutaj ani pasterze, ani kamieniarze. Resztki, jakie z was zostaną po uczcie wilków i niedźwiedzi, zgniją, później zaś spłyną do doliny wraz z najbliższymi roztopami.

– Nie, nie wolno wam tego zrobić! Zabijcie nas, ale nie pozbawiajcie nadziei na pochówek w poświęconej ziemi – zaskrzeczał jeden ze służących.

Przywódca bandy nie zaszczycił go żadną odpowiedzią, dał tylko znak kompanom, żeby załadowali na zdobyte konie broń i osobisty dobytek zabitych. Wałacha, na którym jechał brat Vevy, zatrzymał dla siebie.

3

Veva wciąż się wpatrywała w ciało brata leżące na ziemi. Bartl, który tuż po niej opuścił łono matki, stanowił z nią jedność. Teraz nie żył, ona zaś czuła, jakby ktoś zadźgał cząstkę jej samej. Na wpół oszalała z  bólu i  zgryzoty, prawie nie dostrzegła, co się stało z pozostałymi osobami – zbrojnymi i służącymi. Dopiero gdy przywódca bandy sięgnął do lektyki i załapał ją za brodę, odzyskała jasność widzenia i zdała sobie sprawę z własnego położenia.

– A co tutaj mam? Osłodzisz mi niejedną godzinę w naszej kryjówce. I moim ludziom także.

Mężczyźnie w drewnianej masce zawtórował wybuch rechotliwego śmiechu. Veva w panice wzięła go początkowo za demona z  piekielnych czeluści. Dopiero gdy wywlókł ją z lektyki, zorientowała się, że nie ma kopyt. To spostrzeżenie dodało jej trochę sił. Wprawdzie zauważyła, że bandyci rozbierali ją wzrokiem do naga, ale gniew i  nienawiść zagłuszyły w niej strach.

Jednym szarpnięciem oswobodziła się z  uchwytu przywódcy i splunęła mu pod nogi.

– Ty psie! Zapłacisz za zamordowanie mojego brata!

– Powiedziałbym raczej, że zostanę za nie opłacony! – zadrwił mężczyzna i wyciągnął w jej stronę sztylet oblepiony krwią zamordowanego zbrojnego, po czym przeciął nim jej suknię razem z koszulą, odsłaniając piersi dziewczyny.

Veva wzięła głęboki oddech, powierzając swoją duszę i duszę brata bliźniaka opiece Matki Bożej, spodziewała się bowiem, że bandyci za chwilę się na nią rzucą. Dziwnym trafem nie czuła strachu. Miała wrażenie, jakby jej ciało należało do jakiejś innej niewiasty, ona sama umarła zaś razem z Bartlem.

Jeden z bandytów pożądliwie stęknął i zapytał:

– Co teraz? Od razu kładziemy ją na plecy?

Przywódca puścił Vevę i pokręcił głową.

– Weź trzech ludzi i wrzućcie lektykę do przepaści. Reszta wraca ze mną do kryjówki. Konie i muły weźmiemy ze sobą. Później sprzedamy je w Tyrolu.

– A co z wozami?

– Ładunek przepakujcie na muły, wozy zepchnijcie w przepaść.

– I co jeszcze? – odburknął bandyta. – Mamy załatwić całą brudną robotę, kiedy reszta będzie się zabawiała z tą białogłową? Nie zgadzam się!

– Na co się nie zgadzasz? – Ręka przywódcy opadła ciężko na rękojeść miecza. – Albo posłuchasz, albo... – Nie dokończył groźby, ale wszyscy pojęli, że nie żartował.

Podważający autorytet przywódcy bandyta podniósł ręce w  pojednawczym geście.

– Nie bierzcie wszystkiego zaraz tak poważnie, panie! Na taki widok każdego jednak uwierają spodnie.

Przywódca się odwrócił i uważniej przyjrzał się Vevie. Jego kompan się nie mylił. Stała przed nim piękna młoda niewiasta, nie za wysoka i nie za niska, z wąską kibicią i kształtnymi biodrami. Wierzchołki niedużych, ale jędrnych piersi były jeszcze dziewiczo blade. Do tego miała wysokie gładkie czoło, wąski nos i lekko wypukłe usta, zapraszające do pocałunku. Obrazu całości dopełniały ciemne włosy, splecione w gruby warkocz upięty na karku w formie ślimaka. Tymczasem twarz dziewczyny była blada niczym lniane płótno, a  orzechowobrązowe oczy niewidzącym wzrokiem wpatrywały się w  dal, jakby ich właścicielka pożegnała się z życiem.

Spod drewnianej maski rozległ się głuchy śmiech przywódcy.

– W rzeczy samej, ta dziewka może przyprawić człowieka o  sprośne sny. Trzymajcie jednak łapska przy sobie, przynajmniej na razie. Jest warta dużo pieniędzy, chyba nie chcemy rezygnować z okrągłej sumki, jaką za nią dostaniemy?

Na słowo „pieniądze” oczy większości bandytów zapłonęły chciwością. Kilku łotrów nadal jednak mierzyło Vevę pożądliwym spojrzeniem. Można było odnieść wrażenie, że nie wszyscy zgadzali się ze słowami przywódcy.

– Zawsze wszystkie schwytane dziewki kładliśmy na plecy. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej? – mruknął bandyta, który wcześniej sprzeciwił się przywódcy.

Zwołał kilku kompanów, o których wiedział, że posłuchają jego podszeptów, i wspólnie z nimi zabrał się do rozładowania zaprzęgów. Ciała zabitych wrzucono na wozy i zaciągnięto aż do miejsca, w  którym można było dokończyć zadanie. Tam bandyci zepchnęli je wraz z ładunkiem ze skraju przepaści i poczekali, aż znikną w otchłani.

Na miejscu pozostali członkowie bandy ładowali posag Vevy na konie i muły. Połowa koni nie miała jednak ładunku i bandyci zaczęli się kłócić o to, kto z nich pojedzie konno, a kto będzie musiał wracać piechotą.

Veva, z pozoru niepilnowana, stała na skraju drogi i gorączkowo rozważała, w  którą stronę uciekać. Gdy jednak spróbowała niepostrzeżenie wdrapać się na zbocze, aby później ukryć się w  labiryncie skał u podnóża wyższej góry, jeden z bandytów zastąpił jej drogę i uczynił gest, jakby chciał sięgnąć do jej piersi.

Zrezygnowała. Pomyślała, że trudno byłoby jej uciekać w  cienkich trzewikach i suto marszczonych spódnicach – i tak pewnie nie dotarłaby zbyt daleko. Na chwilę zaświtało jej w głowie, że przy odrobinie szczęścia mogłaby dobiec przynajmniej do brzegu urwiska. Tam zaś znalazłaby szybką śmierć. Tymczasem od strony przepaści dobiegały głosy i śmiech pozostałych członków bandy. Nie miała najmniejszej szansy na ucieczkę. Mężczyźni złapaliby ją i od razu zadali gwałt. Nie broniła się, gdy przywódca, który pierwszy wskoczył na siodło, złapał ją wpół i posadził przed sobą na grzbiecie konia. Jedną ręką objął jej kibić, drugą chwycił za wodze.

– Jazda! W jaskini czeka na nas smakowite wino, którym uczcimy sukces! – zawołał do kompanów i ruszył naprzód. Veva pochyliła się pod jego mocnym uściskiem i zaczęła się dławić. Zapach roztaczający się wokół mężczyzny przyprawił ją o torsje. Woń śmierci. Jednocześnie targnął nią święty gniew na mężczyznę, dla którego zabijanie ludzi było tak samo oczywiste, jak dla kucharki zarżnięcie koguta na obiad, przy tym zaś najwyraźniej sprawiało mu przyjemność.

W pewnej chwili całkowicie się opanowała i zaczęła delikatnie przesuwać do tyłu rękę w nadziei, że uda jej się dosięgnąć sztyletu mordercy. Ledwie poczuła pod palcami dotyk kościanej rękojeści, gdy drewniana maska mocno przywarła do jej policzka i  tuż przy uchu usłyszała śmiech mężczyzny:

– Lepiej to zostaw, w przeciwnym razie będę cię musiał surowo ukarać. I nawet nie myśl o tym, żeby połaskotać tym któregoś z  moich ludzi. Musisz wiedzieć, że bardzo tego nie lubią, wtedy zaś nie mógłbym cię już przed nimi obronić. To nieokrzesańcy, którym białogłowa służy wyłącznie w jednym celu: rozkłada nogi. Chyba tego nie chcesz?

W głosie mężczyzny Veva usłyszała nie tylko drwinę, ale także jakąś niezrozumiałą troskę. Ta ostatnia – co stało się dla niej natychmiast jasne – nie miała jednak nic wspólnego ze współczuciem. Wynikała raczej z wyrachowania. Nieznajomy spotkany na drodze nie przez przypadek wywiódł ich w pole i doprowadził w miejsce zasadzki. Czyż przywódca nie wspomniał, że ktoś za nią zapłaci? O kogo mogło chodzić?

Veva wytężała umysł niemal do bólu, ale żadną miarą nie mogła sobie przypomnieć nikogo, komu mogłoby zależeć na śmierci jej brata i dostaniu jej w swoje ręce. Najprawdopodobniej przywódca bandy miał nadzieję, że ojciec lub narzeczony zapłacą za nią okup. Jeśli jednak rzeczywiście tak było, to ci ludzie popełnili ogromny błąd, gdyż dla Bartla ojciec znacznie szerzej uchyliłby wieka szkatuły.

4

Bandyci wieźli Vevę w coraz odleglejsze partie gór. Droga w większości prowadziła przez las. Drzewa wpijały się korzeniami w strome, skaliste podłoże. Czasami po prawej lub po lewej stronie wyrastały wysokie skalne ściany, które niejednokrotnie tak bardzo zbliżały się do brzegów wąskiego szlaku, że miało się wrażenie, jakby droga właśnie się kończyła. Za każdym razem bandyci odnajdowali jednak przejścia prowadzące często korytem jakiegoś skąpo płynącego o tej porze roku strumienia. Banda posuwała się z taką pewnością, jakby jej członkowie znali każdy kamień w okolicy.

Nareszcie wąwóz się otworzył – dotarli do niewielkiej doliny w całości otoczonej górami. Teraz droga naprawdę się urwała. Można było odnieść wrażenie, że w  kotlinie nie było żadnego żywego stworzenia poza kilkoma ptakami unoszącymi się na wietrze. Veva popatrzyła tęsknie za nimi i pożałowała, że sama nie miała piór ani skrzydeł, na których mogłaby się unieść w powietrze i uciec bandytom. Ucieczka nie była jednak taka prosta, zaklinała więc Najświętszą Panienkę, żeby zesłała jej na pomoc anioła, który na swoich skrzydłach wyniósłby ją z tego skalnego piekła.

Przywódca zatrzymał wałacha Bartla przed stromą ścianą, w  której wysoko nad dnem doliny Veva zauważyła wejście do jaskini. Zrozumiała, że teraz nawet anioł nie mógłby jej pomóc. Mężczyzna zeskoczył z siodła, zdjął dziewczynę z konia i złapał ją za nadgarstki.

– Zwiążemy ci ręce, żeby nie przyszło ci do głowy nic głupiego.

– Podły morderca! – syknęła Veva.

Mężczyzna popchnął ją w ramiona dwóch bandytów.

– Zwiążcie jej ręce i zamknijcie w najdalszej izbie. I uważajcie, żeby nikt się do niej zanadto nie zbliżył. Ta niewiasta jest przeznaczona dla dobrego przyjaciela, on zaś chce ją dostać nietkniętą!

Bandyci wciągnęli Vevę po wąskich skalnych schodach uformowanych przez naturę na górę, do wejścia, a następnie przeprowadzili przez jaskinię przypominającą labirynt. Wkrótce znalazła się w  ciemnej skalnej izbie, szerokiej na trzy kroki i  długiej na mniej więcej pięć kroków. Ciemność rozpraszało przytłumione, migotliwe światło łojowej lampy, która wydzielała okropną woń. Veva w napadzie torsji kucnęła w kącie i tak długo wymiotowała, aż z żołądka zaczęła się sączyć sama żółć. Bandyci patrzyli na nią z  szyderczym uśmiechem i pokpiwali z jej stanu. W końcu skrzyżowali jej ręce na plecach i związali sznurem przeguby dłoni.

– Powinno wystarczyć – uznał jeden i  wymierzył jej mocnego klapsa w pośladek.

Uderzenie było tak silne, że Veva się przewróciła i upadła we własne wymiociny. Z trudnością udało jej się podnieść na kolana. Spojrzała na swoje ubrudzone piersi i wybuchnęła płaczem.

Obaj mężczyźni, którzy dotąd jej się przyglądali i czynili drwiące uwagi, wyszli teraz ze skalnej izby. Dopiero po dłuższej chwili Veva się zorientowała, że została sama. Podniosła głowę i  popatrzyła na drzwi zbite z grubych nieheblowanych desek. Dochodziły do niej głosy bandytów niesione echem po jaskini. Łajdacy najwyraźniej świętowali zwycięstwo, jakby dokonali jakiegoś bohaterskiego czynu – tymczasem wymordowali przecież niewinnych, niczego niepodejrzewających podróżnych. Wciąż jeszcze trzęsąc się z  wściekłości, zaczęła rzucać przekleństwa, którym akuszerka Kreszenz przypisywała ogromną skuteczność. Dotychczas Veva nigdy jeszcze nie wypowiedziała takich słów, ale nienawiść do morderców brata była tak wielka, że nawet te magiczne zaklęcia wydały jej się teraz zbyt niewinne.

Na zmianę zaklinała moce piekielne i błagała Najświętszą Panienkę wraz ze wszystkimi świętymi, których znała, żeby pomścili śmierć Bartla, ale jej słowa nie znajdowały nigdzie odzewu. Głosy bandytów stawały się coraz weselsze. Pewnie przechwalali się swoimi ostatnimi dokonaniami. Najbardziej szydzili z monachijskich kupców, którym zrabowali już niejeden wartościowy transport towarów, ale nie oszczędzili także mieszkańców Tölzu, Miesbachu i innych miejscowości położonych na przedgórzu, którzy jak utrzymywali bandyci, robili w spodnie już na samą myśl o niebezpieczeństwach czyhających w górach.

Veva się zastanawiała, czy swoimi opowieściami nie chcieli jej po prostu napędzić stracha. A może po napadach zawsze hucznie świętowali? W wyobraźni znów zobaczyła zwłoki zabitego brata i jej ciałem wstrząsnął kolejny spazm płaczu.

– Bartl! – zawołała. – Dlaczego byłeś tak łatwowierny? Dlaczego zjechałeś z głównej drogi i poszedłeś za tym łajdakiem?

Dopiero słysząc swój głos, uzmysłowiła sobie, że obarczyła zmarłego brata winą za swoje nieszczęście. Natychmiast poprosiła go w  myślach o przebaczenie. Bartl zawsze ją chronił, tym razem zaś chciał jej oszczędzić noclegu pod gołym niebem. Wyłącznie z jej powodu dał się zwieść temu zdradzieckiemu nieznajomemu. Później pomyślała, że pogodne usposobienie Bartla i bez jej obecności skłoniłoby go do zaufania bandycie. Przeświadczenie to sprawiło, że przestało ją dręczyć poczucie winy. Nie wolno jej było poddać się rozpaczy. Musiała się zastanowić, jak uciec tym okrutnym ludziom. Wszystkie ewentualności, które rozważała, były jednak niewykonalne.

Po pewnym czasie, wydając ostatni błysk, zgasła łojowa lampa, a następnie zaczęła nieprzyjemnie dymić. Na szczęście Veva zdążyła przywyknąć do smrodu i jej żołądek nie zaczął na nowo protestować. W izbie zapanowały egipskie ciemności, w których wyobraźnia podsuwała uwięzionej obrazy wszystkich okropności, jakie kiedykolwiek słyszała na temat bandytów.

5

Veva nie była w stanie określić, czy minęło kilka godzin czy może dni, gdy drzwi niespodziewanie się otworzyły i wniesiono do izby lampę. Dręczyło ją okrutne pragnienie. Czuła się tak podle, że wolałaby umrzeć. Po chwili rozpoznała mężczyznę, który sprowadził podróżny orszak z właściwej drogi do Innsbrucku i zasztyletował jej brata. Syknęła na jego widok.

Bandyta obrzucił ją bezczelnym uśmiechem.

– Gdybyś tylko mogła, pewnie rozszarpałabyś mi zębami krtań jak wściekły pies, co? W tym wypadku jednak twój dziób pozostałby bardziej czysty niż cała reszta. Wyglądasz jak prosię wytarzane we własnym gównie. Choć za kilka miłych słów i całusa mógłbym cię umyć.

– Żebyś zdechł! Ty i twoi kompani! – wyrzuciła z siebie.

– Nie ma obaw, damy sobie z tobą radę. Kiedy tylko każdy z nas wejdzie ci między nogi i zrobi z tobą, co trzeba, zaraz będziesz inaczej śpiewać. – Mówiąc to, mężczyzna wykonał kilka nieprzyzwoitych ruchów biodrami w przód i w tył. – Niestety, ostatnia białogłowa nie wytrzymała długo. Jest wśród nas kilku prawdziwych dzikusów. Cieszą się, gdy taka jak ty przy chędożeniu zaczyna krzyczeć.

Veva z przerażeniem na twarzy cofnęła się przed mężczyzną.

– Nie jesteście ludźmi, tylko diabłami, które wydostały się z piekła!

– W takim razie nas nie prowokuj, inaczej twoja dusza znajdzie się tam, zanim zdołasz odmówić Ojcze nasz.

Spojrzał na nią z groźbą w oczach, odwrócił się i wyszedł.

Niedługo ponownie się pojawił, tym razem z  wiadrem wody, szmatą i zwojem jakiegoś sukna pod pachą. Drugi bandyta przyniósł nowy zapas łoju do lampy i zapalił ją.

– Rozwiążę ci ręce, żebyś mogła się umyć. Później założysz drugie ubranie. W podartej sukni stanowisz zbyt dużą pokusę dla mnie i moich towarzyszy.

Po tych słowach morderca Bartla chwycił Vevę i ustawił ją tak, że była odwrócona do niego plecami, a następnie rozplątał jej kok. Później ją popchnął, aż poleciała na przeciwległą ścianę, i opuścił izbę. Jego kompan także wyszedł. Veva usłyszała, jak po drugiej stronie założono rygiel.

Z ulgą, że nareszcie mogła użyć rąk i się umyć, chwyciła szmatę i zanurzywszy ją w wodzie, energicznie zaczęła wycierać górną część ciała. Następnie spróbowała wyczyścić na mokro suknię, ale materiał się popruł i nie mogła zasznurować z przodu gorsetu. Ponadto tkanina potwornie cuchnęła. Mimo to Veva się wahała, czy powinna zdjąć swoje ubranie i założyć drugą suknię. Obawiała się bowiem, że bandyci czekali pod drzwiami, aż się całkiem rozbierze, żeby się później na nią rzucić.

Podeszła na palcach do drzwi i nasłuchiwała czyjegoś oddechu albo szelestu ubrania. Nic się nie poruszyło. Doszła do wniosku, że bandyci przebywali w dalszej części jaskini. Nabrała odwagi, zdjęła starą suknię i wsunęła na siebie drugą. Początkowo nie zwróciła uwagi na nowe ubranie. Była jedynie zadowolona, że miała zasłonięte piersi. Później poczuła pod palcami dotyk chłodnego, szeleszczącego materiału i  spróbowała dokładniej się sobie przyjrzeć. Suknia była uszyta z  brązowego wzorzystego jedwabiu, miała różowe rękawy, przednią część gorsetu ściskał zaś jedwabny sznur. Zwyczajowo takie stroje nosiły tylko damy z arystokratycznych domów.

Zaskoczona, zaczęła się zastanawiać, dlaczego bandyci dali jej tak kosztowną szatę, i poczuła ciarki na plecach. Jaki los spotkał prawowitą właścicielkę sukni? Myśl, że miała na sobie ubranie zamordowanej kobiety, rozchodziła się po jej ciele niczym palący kwas – najchętniej natychmiast zerwałaby je z siebie. Powstrzymał ją jednak widok cuchnących i poszarpanych szmat, które kiedyś były jej suknią.

Tym razem łojowa lampa paliła się dłużej, oczu Vevy nie zaślepiały zaś łzy, po przeciwnej stronie pomieszczenia odkryła więc proste legowisko z  gałęzi i  derki. Usiadła na nim i  objęła rękami kolana w oczekiwaniu na to, co miało nastąpić. Porzuciła nadzieję, że uda jej się ujść z życiem, nie wierzyła również, żeby bandyci zrezygnowali z gwałtu. Kolejny raz znalazła ukojenie w modlitwie. Błagała Najświętszą Panienkę o wstawiennictwo za swoją duszę, aby po śmierci zaprowadziła ją do Królestwa Niebieskiego. Odmówiła także modlitwę za zmarłych w intencji swojego brata i pozostałych nieszczęśników, którzy razem z nim zostali zamordowani.

6

Podczas gdy pogrążona w rozpaczy Veva siedziała w swoim skalnym więzieniu, w Monachium na rynku Schrannenplatz panowało radosne ożywienie. Właśnie zakończył się turniej, w  którym zmierzyli się ze sobą liczni rycerze, teraz zaś na placu rozpoczęto tańce. Młodzieńcy robili słodkie oczy do dziewek i prawili nieprzyzwoite komplementy. Książę Wilhelm IV razem z nadwornymi szlachcicami siedział na specjalnie zbudowanej trybunie obok ratusza. Raczył się winem i pieczonym mięsiwem, obserwując z zadowoleniem rozbawiony tłum. Spod trójbarwnego beretu ozdobionego piórami spływały loki, które opadały na futrzany kołnierz krótkiego aksamitnego płaszcza.

Mężczyzna w ciemnej todze, z wyrazem śmiertelnej powagi na twarzy, podszedł do młodego księcia.

– Czy Wasza Łaskawość nie sądzi, że wśród ludu panuje zbytnia swawola?

– Dlaczego nie mieliby od czasu do czasu zaznać zabawy? Przecież życie samo w sobie jest wystarczająco ciężkie – odpowiedział książę pytaniem, które sprawiło, że duchownemu krew napłynęła do twarzy.

– Takie rozrywki sprzyjają niemoralnemu zachowaniu, powodując brak umiaru w jedzeniu i piciu, Wasza Łaskawość. Za kilka miesięcy wszystkie dziewki będą chodziły z wielkimi brzuchami. Większość z nich nie ma nawet mężów, kiedy zaś ich w końcu dostaną, ci nie będą ojcami ich dzieci.

Mówiąc to, duchowny wodził wzrokiem za jednym z  młodzieńców. Od chwili, gdy go zauważył, chłopak flirtował już z  trzecią niewiastą. Teraz przekomarzał się z  żoną tkacza, która wprawdzie regularnie uczęszczała do kościoła, za to na spowiedzi zawsze miała do opowiedzenia całe mnóstwo rzeczy, o których jej mąż nigdy nie powinien się dowiedzieć.

Książę Wilhelm wiedział, że kilku jego dworzan zdążyło już nawiązać z tkaczką intymne kontakty. Poruszało go to jednak w  znacznie mniejszym stopniu niż zachowanie niektórych mężczyzn noszących kościelne szaty. Klerycy grozili pospólstwu ogniem piekielnym za brak wstrzemięźliwości, za to w zacisznych izdebkach zajmowali się swoimi żeńskimi owieczkami z dużo większym oddaniem, niż to przystoi księżom czy mnichom. Książę z niesmakiem pokręcił głową.

– Powinniście się baczniej przyjrzeć swoim braciom w  Chrystusie, wielebny ojcze, zamiast niechętnie patrzeć na ludzką radość. Do moich uszu dotarły pogłoski, które wielu waszych współbraci nie stawiają w najlepszym świetle.

Napomnienie księcia spłynęło po doktorze Portikusie, teologu, jak woda po nawoskowanym filcu.

– Może wśród moich braci są grzesznicy, ale Bóg obdarzy ich siłą, żeby w przyszłości oparli się wszelkiej pokusie. Spójrzcie lepiej, na co pozwala sobie młody Rickinger! Ten młodzieniec przynosi hańbę miastu! Już dawno powinno się go postawić pod pręgierzem i  wychłostać rózgą.

Teraz również książę odszukał wzrokiem wśród tłumu kupieckiego syna, Ernsta Rickingera. Tymczasem młodzieniec, zostawiwszy żonę tkacza, tańczył ze śliczną młodą służącą, która jednoznacznie dawała mu do zrozumienia, że nie musi dłużej szukać. Na ten widok książę Wilhelm zmarszczył czoło. Jeśli młodego Rickingera uwierały spodnie, powinien pójść do usłużnych dziewek przy Sendlinger Tor, zamiast bałamucić młodą dziewczynę służącą w uczciwym domu.

Mimo to nie miał zamiaru przyznać racji doktorowi Portikusowi. W mieście był co najmniej tuzin młodzieńców, którzy prowadzili się tak samo źle – albo jeszcze gorzej – niż młody Rickinger, kilku z nich należało nawet do książęcej świty. Poza tym doskonale wiedział, dlaczego duchowny przy każdej okazji właśnie tego monachijskiego mieszczanina oskarżał o rozwiązły tryb życia.

Ernst Rickinger dowiedział się bowiem w minionym roku, że ojciec Remigius – duchowny zaprzyjaźniony z doktorem Portikusem – potajemnie odwiedzał żonę bednarza. Wraz z kilkoma przyjaciółmi wtargnął więc pewnego razu do miłosnego gniazdka i przegonił rozebraną parę ulicami miasta.

Ponieważ książę z głębokim wstrętem myślał o niemoralnym zachowaniu Remigiusa, sprzeciwił się ukaraniu młodego Rickingera i jego towarzyszy. Od tego czasu Portikus przy każdej okazji próbował przekonać księcia do zmiany decyzji. Dopóki jednak mnisi i świeccy księża w mieście zaglądali niewiastom pod spódnice, dopóty jego słowa trafiały w próżnię.

Wilhelm IV machnął z lekceważeniem ręką.

– Pozwólmy Rickingerowi potańczyć, Portikusie. Lepiej wypijcie ze mną kubek wina.

Teolog skłonił się z zawziętą miną i przyjął puchar podany przez pazia. Nie spuszczał jednak wzroku z Ernsta Rickingera. Rozważał, w  jaki sposób mógłby przedstawić go księciu jako tak wielkiego grzesznika, że Wilhelm IV, nie mając innego wyjścia, musiałby ukarać bezczelnego młodzieńca i wygnać go z miasta.

7

Ernst nie miał pojęcia o najnowszych knowaniach doktora Portikusa, który koniecznie chciał go postawić pod pręgierzem. Z rozbawieniem przekomarzał się z młodą służącą. Przetańczywszy kilka melodii, zaprowadził ją do jednego ze straganów, na którym sprzedawano wino.

– Przyda nam się łyk na ochłodę, Rosi!

– Masz... Ach! To znaczy... macie rację, panie Rickinger – odparła dziewka z błyszczącymi oczami.

Wino nie należało do napojów, które na co dzień dostawała. Ponadto zaproszenie od takiego obywatela, jak Ernst Rickinger, było szczególnym wyróżnieniem.

Młodzieniec ze śmiechem machnął ręką.

– Możesz mi mówić po imieniu. Pan Rickinger to mój ojciec.

– Na pewno by mu się nie spodobało, gdybym zwracała się do was jak do równego sobie – zawahała się.

– Przecież nie musi o tym wiedzieć.

Ernst wziął dziewczynę pod rękę i ustawił się w kolejce do stoiska szynkarza, który bez chwili wytchnienia napełniał i rozdawał gliniane kubki, podczas gdy jego żona przyjmowała pieniądze podawane przez klientów. Klientela składała się głównie z mniej zamożnych mieszczan, ich żon i córek oraz kilku czeladników, którzy tego dnia woleli wydać swoje ciężko zarobione pieniądze na kubek wina niż na kilka kufli piwa sprzedawanego przez chłopów po drugiej stronie Schrannenplatz. Prosta służąca, jaką była Rosi, nie miała przy tym stoisku czego szukać. Dziewczyna czuła na sobie karcące spojrzenia, zapytała więc szeptem Ernsta, czy nie powinna odejść kilka kroków na bok i poczekać na wino.

– Dlaczegóż by? – zdziwił się Ernst. – Zaprosiłem cię i masz prawo być przy mnie.

Jeden z mężczyzn stojących w kolejce usłyszał jego słowa i się odwrócił.

– Wielebnemu się nie spodoba, że flirtujesz ze służącą, mój chłopcze. Jeśli chcesz dowieść swojej męskości, idź do nierządnic z domu publicznego. Wtedy nikt nie powie ci złego słowa. Ale tak...

Reszta pozostała niedopowiedziana, ale mina mężczyzny mówiła, że Ernst będzie miał kłopoty, jeśli nie zmieni trybu życia.

Młodzieniec wykrzywił drwiąco usta. Miał dość pouczeń ze strony mężczyzn, którzy na zewnątrz zachowywali pozory cnoty, w domu zaś usidlali własne służące, ich małżonki wciąż bowiem biegały do konfesjonału, żeby oddać podobną posługę swojemu ojcu spowiednikowi. Ernst uważał, że wielu duchownych i możnych zdecydowanie za często prawiło o moralności, mając na myśli innych, nigdy siebie. Nawet książę, mimo demonstrowanej pobożności, z radością okazywał pięknym dziewczętom swoją szczególną łaskę.

– Nasza kolej! – wyrwało Ernsta z zamyślenia ciche upomnienie Rosi.

Uśmiechnął się do niej i spojrzał na szynkarza.

– Dzbanek najlepszego wina i dwa kubki, mój dobrodzieju.

Szynkarz zauważył, że ludzie byli zirytowani obecnością Rosi, ale nie ośmielił się odprawić Ernsta. Napełnił dzban, po czym wyszukał wyszczerbiony kubek i podał go dziewczynie.

– To naczynie jest akurat odpowiednie dla ciebie!

– Jeśli jest odpowiednie dla Rosi, to i dla mnie będzie dobre – oznajmił Ernst, a następnie wziął z ręki dziewczyny uszkodzony kubek i  podał jej swój. Drugą ręką złapał dzbanek, odszedł kawałek w kierunku ulicy Kaufingergasse i oparł się o ścianę domu.

– Chodź, dziewczyno, napełnię twój kubek. Dziś mamy piękny dzień i nie pozwolę, żeby czyjeś muchy w nosie nam go popsuły.

To powiedziawszy, napełnił po brzegi najpierw jej kubek, później swój, i trąciwszy nim jej naczynie, wzniósł toast.

– Twoje zdrowie, Rosi. Następnym razem, gdy się spotkamy, nie będziemy już tak samo młodzi.

– Dziękuję, eee... Ernst.

Dziewczyna odetchnęła głęboko i przystawiła kubek do ust.

Ernst także się napił. Nikt, kto by go teraz zobaczył, nie zauważyłby, że młodzieniec obserwował doktora Portikusa. Duchowny opuścił tymczasem książęcą trybunę i dostojnym krokiem przecinał Schrannenplatz.

– Jak sęp rozglądający się za padliną – zamruczał Ernst pod nosem.

– Co powiedziałeś? – chciała wiedzieć dziewczyna.

Ernst ustawił dzban między swoimi nogami i lekceważąco machnął ręką.

– Nic ważnego. Zastanawiałem się tylko, co zrobimy po zabawie.

– Przecież to nie wypada, żebyśmy coś razem robili – zachichotała z  kokieterią i  popatrzyła na niego zachęcająco. Rickinger był przystojnym dwudziestoczteroletnim młodzieńcem, wysokim i szczupłym niczym topola. Miał męskie, sympatyczne rysy. Do tego jego bursztynowobrązowe oczy patrzyły na nią z takim podziwem, że ciepło jej się robiło na sercu. Nie miał nic wspólnego z mężczyznami, z którymi niekiedy się zadawała, żeby dodatkowo zarobić. Miała nadzieję, że uda jej się kiedyś uzbierać dość pieniędzy, żeby wyjść za mąż za uczciwego człowieka i otworzyć własny szynk.

– Jeszcze nigdy nie zrobiłem niczego, co wypada – odparł Ernst.

W  jego głosie zabrzmiała drwina, nie była jednak skierowana pod adresem dziewczyny, lecz tych, którzy opowiadali o nim mnóstwo złych rzeczy. Doktor Portikus, którego nienawistne spojrzenia, rzecz jasna, nie umknęły uwadze Ernsta, był zaledwie jednym z nich. Wprawdzie duchowny to jego największy wróg, ale oprócz teologa wielu innych judziło przeciwko niemu. Ernst gardził większością tych ludzi, przed Portikusem musiał się jednak mieć na baczności. Znów rzucił szybkie spojrzenie w jego stronę i stwierdził, że mężczyzna nie spuszczał go z oka.

Wzruszywszy ramionami, zwrócił się do Rosi.

– Nasz stajenny opróżni dziś niejeden kufel piwa, a później zaśnie jak kamień. Jeśli masz ochotę, możemy się trochę pobawić w Adama i Ewę na stryszku z sianem.

– Nie mogę się spóźnić do domu. Inaczej dostanę baty od pani majstrowej.

– To stare pudło nie powinno się tak stawiać. Niejedno o niej słyszałem. Podobno w młodości daleko jej było do cnotliwej dziewicy.

Ernst wzgardliwą uwagą zatuszował to, że martwił się o  Rosi. Jeszcze nie miał pomysłu, co mógłby zrobić, żeby dziewczyna uniknęła kary. Oczywiście mógł pozwolić jej odejść, wtedy na pewno punktualnie wróciłaby do domu swojego chlebodawcy. Była jednak olśniewająco piękną dziewczyną o nieco krępawej figurze, przyjemnie zaokrąglonym siedzeniu, okazałych piersiach i  uroczej buzi, której mogło jej pozazdrościć wiele córek bogatych mieszczańskich rodzin. On zaś nie był zakonnikiem i nie składał ślubów wstrzemięźliwości, szczególnie że sami braciszkowie nad wyraz często nie dotrzymywali przyrzeczenia złożonego Bogu.

Przez chwilę rozważał, czy nie zostawić Rosi i nie pójść do kobiet przy Sendlinger Tor. Tam mógłby zażyć przyjemności z jakąś ladacznicą. Zaraz jednak porzucił tę myśl. Większość tamtejszych kobiet utrzymywała czystość, mimo to mężczyzna mógł się u nich nabawić przywiezionej z Francji niemocy kurewników, naukowo zwanej syfilisem. Kilka lat temu z powodu tej choroby doszło do buntu czeladników. Wprawdzie nowy nadzorca kobiet przykładał większą wagę do kwestii zdrowotnych swoich podopiecznych niż jego poprzednik, Ernst miał jednak opory, żeby położyć się z kobietą jako czwarty lub piąty mężczyzna tego dnia.

Snując w myślach te rozważania, Ernst dostrzegł pijanego mężczyznę.

– Spójrz tam! Czy to przypadkiem nie jest parobek twojego pana? – zapytał Rosi.

Dziewczyna skinęła twierdząco z zaniepokojoną miną.

– Chodźmy szybko dalej! Jak sobie popije, zaczyna być natrętny. Nie mam ochoty, żeby zaciągnął mnie w jakiś kąt i zaczął się do mnie dobierać – powiedziała, rzucając Ernstowi błagalne spojrzenie. – Może moglibyście zapytać swojego ojca, czy nie zechciałby mnie przyjąć do siebie na służbę? Bardziej wolałabym być u was niż u  moich obecnych państwa.

Ponieważ kwestia ta najbardziej leżała jej na sercu, Rosi wciąż zwracała się do niego w formie należnej jego mieszczańskiemu stanowi.

Ernst chętnie spełniłby jej prośbę, ale aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę, że nie mógł polecić ojcu żadnej dziewczyny. W  rezultacie dostałby reprymendę i  ojciec poradziłby mu, żeby jak każdy rozsądny mężczyzna poszedł do domu publicznego lub ćwiczył się we wstrzemięźliwości.

– Nie sądzę, żeby ojciec na to przystał – powiedział z żalem. – Będę miał jednak oczy szeroko otwarte, może wyniknie jakaś sposobność, żeby ci pomóc. Niejeden owdowiały rzemieślnik szuka drugiej żony, która zaopiekuje się jego dziećmi i zapewni odrobinę uciechy w małżeńskim łożu.

– Tacy szukają zwykle niewiast z  pieniędzmi – odparła z  westchnieniem Rosi.

Tymczasem ktoś zagadnął Portikusa, który przestał zwracać na nich uwagę. Ernst chwycił Rosi za rękę i pociągnął ją w kierunku ulicy Färbergraben. Dalej skręcili w zaułek Hirschbräugässel i w końcu dotarli do tylnego wejścia do posiadłości Rickingerów. Większość obywateli, w tym niemal cała służba ojca, zebrała się na Schrannenplatz i w jego najbliższej okolicy, dlatego Ernst odważył się wejść do środka i poszedł w kierunku stajni. Na wszelki wypadek jeszcze raz się rozejrzał i  niedaleko dostrzegł młodego człowieka, który posyłał mu ukradkowe znaki. Nie zastanawiając się długo, dał Rosi lekkiego klapsa w siedzenie.

– Wejdź na strych z sianem. Zaraz do ciebie dojdę.

Dziewczyna spojrzała na niego ze zdziwieniem, ale posłusznie wykonała polecenie. Ernst wrócił szybko na ulicę, gdzie młody mężczyzna przywitał go z uczuciem wyraźnej ulgi.

– Dzięki Bogu, że cię od razu spotkałem. Mam przy sobie nowe pisma. Tym razem pochodzą wprost od niego.

Ernstowi zalśniły oczy.

– Od samego doktora Marcina Lutra?

– Nasz przyjaciel, Christoph Langenmantel, przekazał mi je w Augsburgu i polecił przeszmuglować do Monachium, a następnie przekazać w twoje ręce. Coraz trudniej jest niepostrzeżenie wwieźć taką paczkę do miasta. Wartownicze psy Portikusa wszędzie węszą. Gdyby wpadli na mój ślad, byłoby ze mną krucho.

– Mój drogi! Dotychczas zawsze nam się udawało wodzić tego klechę za nos – roześmiał się Ernst.

– Ależ z ciebie gorąca głowa! Ta ropucha tylko czeka, żeby ci dać nauczkę. Może powinieneś zacząć prowadzić ostrożniejszy tryb życia?

Korbinian Echle, kurier z Augsburga, był szczerze zaniepokojony o przyjaciela.

Ernst się roześmiał i machnął ręką.

– To właśnie mój tryb życia jest najlepszą ochroną. Nawet Portikusowi nie przyszłoby na myśl, że jestem jednym z tych, którzy tu, w Monachium, rozpowszechniają pisma doktora Lutra. Ten klecha uważa, że Saksończyk zamierza nimi zburzyć porządek stworzony przez Boga. No, daj mi je już! Zaniosę je do sekretnego schowka.

Ernst spojrzał wyczekująco na przyjaciela. Ten sięgnął pod pelerynę i wydobył paczuszkę owiniętą w mocny papier, po czym szybkim ruchem przekazał ją Ernstowi.

– Do zobaczenia – wyszeptał i odwrócił się do odejścia.

– Pozdrów ode mnie pana Langenmantla i powiedz mu, że go odwiedzę, kiedy tylko będę mógł.

– Zrobione – obiecał Echle i  zniknął tak prędko, jakby sfora psów deptała mu po piętach.

Ernst nie patrzył za nim, ale szybkim krokiem wrócił na teren ojcowskiej posiadłości. Jednocześnie niósł paczkę pod pachą w taki sposób, żeby była jak najmniej widoczna. Bacznie zbadał wzrokiem otoczenie i podszedł do budy stróżującego psa. Powszechnie wiedziano, że bestia napadała na każdego, kto ośmielił się zbliżyć na długość jej łańcucha. Wyjątek stanowił Ernst i stara Lina, która przynosiła zwierzęciu jedzenie.

Ernst ukrył paczkę w budzie i pogłaskał Hasso po skudłaconej sierści.

– Dobry pies! Pilnuj paczki i nie próbuj znów jej pożreć. Dostałbyś niestrawności.

Jeszcze raz poklepał psa i poszedł w kierunku stajni.

8

– Długo cię nie było – poskarżyła się Rosi, gdy Ernst wspinał się po drabinie na strych.

– Ale już jestem – powiedział, opadając na miękkie siano. Wyciągnął do niej rękę.

Początkowo z chichotem odpychała jego dłonie, po chwili jednak położyła się na plecy i pociągnęła go za sobą.

– Musimy się pospieszyć! Przed chwilą słyszałam bicie zegara na wieży kościoła Najświętszej Marii Panny. Gdy znów zabije, majstrowa zamknie drzwi. Jeśli będę chciała wejść do domu, będę musiała zapukać. Dostanę burę i baty.

– Już ja coś wymyślę!

Wprawdzie Ernst nie miał na razie żadnego pomysłu, jak mógłby jej pomóc, ale nie po to przyprowadził dziewczynę na siano, żeby ją w największym pośpiechu ochędożyć i odesłać z powrotem. Delikatnie ją powstrzymał, gdy chciała podciągnąć spódnice, i wprawną dłonią zaczął rozsznurowywać jej gorset.

– Co robisz? – zapytała przestraszona, gdy poluzowawszy sznurki, wsunął rękę pod materiał jej sukni.

Ernst się uśmiechnął, ale w półmroku Rosi nie widziała jego twarzy. Rozebrał ją do naga i zaczął głaskać po delikatnej skórze. Miała jędrny biust, a gdy pogładził dłonią sutki, stały się twarde niczym świeżo zawiązane pąki.

Rosi jęknęła – całe jej ciało reagowało na pieszczotę. Znów poprosiła, żeby się pospieszył.

Ernst, nie chcąc wystawiać cierpliwości dziewczyny na próbę, wsunął się między jej uda, które ochoczo rozchyliła. Rozpiął pas i zabrał się do zdejmowania spodni. Nie było to proste, jego członek stał się bowiem tymczasem twardy jak drewniana pałka. Dziewczyna chwyciła go prawą dłonią, objęła palcami, po czym wygięła ciało do przodu w ten sposób, żeby wierzchołek członka trafił we właściwe miejsce. Podbrzusze paliło ją z podniecenia i całkiem zapomniała o strachu przed majstrową. Ernsta również ogarnął szał namiętności, pohamował się jednak, żeby brutalnie w nią nie wtargnąć. Powoli zwiększał nacisk, czując, jak staje się miękka i wilgotna. Przycisnął się do niej mocno i na chwilę znieruchomiał.

– O Najświętsza Panienko, co ze mną robisz? – jęknęła Rosi, rozpływając się z rozkoszy.

– Sprawiam przyjemność nam obojgu – odparł ze śmiechem, a następnie zaczął poruszać biodrami. W przód i w tył. Dziewczyna jęczała i wydawała ciche okrzyki, później wbiła palce w jego plecy i uniosła się ku niemu.

Upłynęło jeszcze sporo czasu, zanim Ernst – zdyszany, ale niezwykle zadowolony – położył się na niej i  przycisnął ją do słomy. Teraz głaskał jej ciało i uśmiechał się nieprzyzwoicie.

– Było nieźle. Nie tak prędko znów się zobaczymy, powinniśmy więc trochę poczekać i jeszcze raz to zrobić.

– Ale majstrowa... – westchnęła Rosi, która znów sobie przypomniała o megierze czekającej w domu.

– Przecież powiedziałem, że coś wymyślę – uspokoił ją Ernst i znów zaczął ugniatać piersi dziewczyny, żeby nie opuścił jej dobry nastrój. Sam potrzebował jeszcze kilku chwil, żeby odzyskać twardość swojej męskości. Drugi raz kochali się delikatniej niż przedtem, ale z równą dawką namiętności.

W końcu Ernst zsunął się z Rosi i ułożył się obok niej na sianie.

– Szkoda, że nie mogę się z tobą ożenić. Mielibyśmy dużo przyjemności w małżeńskim łożu – wyszeptał jej do ucha.

Rosi cicho się roześmiała.

– Twój ojciec prędzej przepędziłby cię z domu, niż pozwolił, żebyś poślubił prostą służącą. Poza tym nie sądzę, byś mówił poważnie. Podobało ci się chędożenie, ale w małżeństwie liczą się inne rzeczy niż chętne łono, tych zaś Pan Bóg mi, niestety, poskąpił.

W przeciwieństwie do młodzieńca, który był bez reszty pod urokiem magicznej chwili, Rosi zachowała trzeźwy umysł. Doskonale wiedziała, że wszelkie myśli o ślubie z Ernstem były iluzją. Jego ojciec był jednym z bogatszych mieszczan w Monachium i miał tylko jednego syna. Żona, którą Ernst kiedyś przyprowadzi do domu, będzie musiała należeć do jednej z wielkich rodzin Bartów, Implerów lub Schluderów. Taka dziewczyna jak ona będzie jedynie urozmaiceniem mdłego małżeńskiego pożycia.

Powodem prośby o przyjęcie na służbę do domu Rickingerów nie był jednak zamiar nawiązania miłostki z Ernstem. Przede wszystkim Rosi chciała uciec od swojej pani. Majstrowa, tak bowiem nazywano panią Annę, była nad wyraz skąpa i podła. Dopóki Rosi zostanie u niej na służbie, dopóty trudno będzie jej uzbierać dość pieniędzy, żeby mogła stać się interesującą kandydatką na żonę dla któregoś spośród pośledniejszych mieszczan.

– Już się ściemniło – stwierdził Ernst.

– O  Najświętsza Panienko, w  domu dawno zaryglowali drzwi. Oj, będzie lanie!

Rosi pospiesznie zasznurowała gorset, wciągnęła przez głowę koszulę i suknię, po czym tak gwałtownie ruszyła z miejsca, że omal nie spadła ze strychu.

Ernst przytrzymał ją w ostatniej chwili.

– Uważaj, przecież nie chcesz skręcić karku. Chodź, pomogę ci zejść i pójdę z tobą, żeby cię nie ukarali.

Rosi doskonale wiedziała, że baty jej nie ominą, ale była zadowolona z jego towarzystwa. W dniu takiej uroczystości po ulicach i placach włóczyło się wielu podpitych typów, którzy nie przyjęliby do wiadomości jej odmowy. Tego rodzaju ludzie już niejedną dziewczynę przycisnęli do ziemi i wykorzystali. Jeśli niebodze dopisało szczęście, udało jej się na czas podnieść krzyk i ktoś rzeczywiście przyszedł jej z pomocą. Najczęściej jednak łajdacy zatykali ofierze usta, dusząc do utraty przytomności.

Otrząsnęła się na tę myśl. Wprawdzie za zgwałcenie białogłowy groziła surowa kara, ale jak miałaby udowodnić, że została wzięta wbrew swojej woli? Z zasady nikt nie dawał wiary takiej prostej służącej jak ona, osobie bez miejskiego obywatelstwa.

Z westchnieniem zeszła za Ernstem po drabinie. W duchu cieszyła się z opieki, jaką nad nią roztoczył. Zadbał o nią, choć zapewniła mu jedynie miłą rozrywkę. Liczyła zresztą na coś więcej niż tylko powrót do domu w jego towarzystwie.

– Podobało ci się? – zapytała po cichu, gdy biegli przez podwórze.

Ernst przytaknął.

– Nawet bardzo. A tobie?

– Nieźle ci ze mną poszło. Chyba jestem warta jakiejś nagrody?

Rosi z bólem serca poprosiła o pieniądze. Właściwie nie była lepsza od kobiet z domu publicznego. Kładły się na plecach dla każdego, kto rzucił im kilka monet. Tymczasem ona potrzebowała tych pieniędzy, jeśli chciała zmienić swoje życie i awansować do wyższej warstwy społecznej miasta.

Ernst również zdawał sobie z sprawę z jej położenia. Daleki od tego, żeby się rozgniewać za jej żądanie, rozluźnił trok sakiewki i  wcisnął jej do ręki kilka monet. Było zbyt ciemno i Rosi nie mogła przyjrzeć się zapłacie, ale czuła, że dostała więcej pieniędzy, niż oczekiwała.

Postanowiła znów zwracać się do niego jak należy i wzięła go za rękę.

– Dziękuję, jesteście bardzo hojni!

– Jesteś tego warta!

Ernst pogłaskał ją po siedzeniu i pomyślał, że była najbardziej ekscytującą dziewczyną, z jaką dotychczas się kochał. Miał nadzieję, że będą się mogli jeszcze kiedyś spotkać, choć taka schadzka nie była pozbawiona niebezpieczeństw. Na spowiedzi ksiądz z kościoła Świętego Piotra darowałby mu jednorazową swawolę ze służącą, ale nie dalsze stosunki.

Odsunął od siebie tę myśl, rozpraszała go bowiem i nie pozwalała mu się skupić na ważniejszej kwestii. Obiecał przecież, że Rosi dotrze cało do domu. Noc coraz szybciej opanowywała miasto. Opuścili zatem posiadłość i w milczeniu ruszyli w kierunku domostwa jej chlebodawczyni.

Tuż przed dotarciem na miejsce Ernst potknął się o mężczyznę leżącego na ziemi. Pijak wymamrotał pod nosem kilka niezrozumiałych słów i na nowo zapadł w drzemkę, donośnie pochrapując.

– Czy to przypadkiem nie jest wasz odźwierny? – zapytał Ernst, któremu twarz mężczyzny, oświetlona promieniami wschodzącego księżyca, wydała się znajoma.

– Tak, to on! Powinien mieć przy sobie klucz do drzwi wejściowych!

Rosi się schyliła i zręcznie zaczęła obszukiwać ubranie śpiącego. W końcu wyciągnęła szukany przedmiot.

– Teraz mogę wślizgnąć się niepostrzeżenie do domu – powiedziała z ulgą.

– W takim razie nie traćmy czasu!

Ernst podał jej ramię i razem pospieszyli dalej.

– Jak wejdziesz, oddasz mi klucz. Wrócę i wsunę go z powrotem do kieszeni jego kaftana – poinstruował dziewczynę, gdy stali już pod drzwiami.

– Ciekawe jak? Przecież muszę zamknąć od wewnątrz. Co prawda tylne drzwi są zamknięte jedynie na rygiel, ale w ogrodzie jest pies, nie wejdziesz więc do środka.

Rosi doszła do wniosku, że będzie lepiej, jeśli w  domu odwiesi klucz na miejsce. Nawet gdyby odźwierny później się o to awanturował.

Ernst wskazał jedno z okien na piętrze.

– Zrzuć stamtąd klucz. Złapię go.

– Nie dasz rady, jest już za ciemno.

– Na pewno się uda.

Ernst na pożegnanie klepnął ją w siedzenie, a następnie poczekał, aż otworzy drzwi i zniknie w głębi domu. Chwilę później usłyszał wypowiedziane szeptem swoje imię i spojrzał w górę. Zrobiło się już tak ciemno, że ledwie mógł dostrzec własne dłonie. Ogarnęła go obawa, że może nie złapać klucza. Niespodziewanie jakiś twardy przedmiot trafił go w ramię. Wydał cichy okrzyk bólu, szybko się jednak opanował i zdążył złapać klucz.

– Świetnie się spisałaś – pochwalił cicho dziewczynę i ruszył przed siebie. Tuż przed miejscem, w którym zostawili pijanego odźwiernego, zauważył pobłyskujący zza rogu snop światła z lampy i usłyszał głosy. Błyskawicznie wcisnął się we wnękę przy drzwiach pobliskiego domostwa.

– Tutaj leży kolejny pijaczyna! – doszło do niego utyskiwanie strażnika. – To już piąty, którego trzeba zawlec do wieży. Gdyby ci durnie tyle nie żłopali, mielibyśmy spokojną noc.

– Sędzia będzie zadowolony. Uwielbia wlepiać tym cymbałom solidne kary. A i nam coś skapnie! – wtrącił wesoło drugi.

Ernst zmarszczył czoło. Jeśli strażnicy zamkną mężczyznę w  piwnicach ratusza albo w którejś wieży, nie będzie mógł niepostrzeżenie podłożyć mu klucza. Z kolei gdy wyrzuci klucz gdzieś na ulicę, wtedy odźwierny oprócz kary za pijaństwo dodatkowo oberwie baty od majstrowej, a to nie byłoby sprawiedliwe. Ernst rozważał, jak powinien postąpić. Nagle usłyszał głębokie westchnienie jednego ze strażników.

– Tam leży jeszcze jeden! Dziś tęgo sobie popili. Wiesz co? Przyprowadzimy wóz, po czym zawieziemy do wieży obu pijaków jednocześnie. Nie mam zamiaru nosić na plecach każdego z osobna!

– Masz rację. Idź po wóz. Poczekam tutaj.

– Zawsze to ja muszę chodzić! – poskarżył się drugi ze strażników, ale ruszył przed siebie.

– Jak go stąd wywabić? – Ernst drgnął na dźwięk własnego głosu. Na szczęście nikt inny go nie usłyszał. Nie namyślając się długo, nachylił się i niecierpliwie pomacał ziemię wokół swoich nóg. Wreszcie znalazł jakiś twardy przedmiot, następnie wstał i rzucił go za dom po drugiej stronie ulicy. Kamień z przeraźliwym łoskotem spadł na bruk. Rozszczekały się okoliczne psy. Jednocześnie rozległo się wołanie o  pomoc niewiasty, która się przestraszyła, że ktoś próbował włamać się do jej domu.

Ernst nie chciał wywołać takiego zamieszania. Odetchnął jednak z ulgą, gdy strażnik pobiegł w kierunku źródła hałasu i skręcił w pierwszą przecznicę za rogiem. Młodzieniec podszedł do leżącego najbliżej pijaka i już chciał wsunąć klucz do jego ubrania, gdy sobie przypomniał, że strażnicy znaleźli przecież dwóch mężczyzn. Odciągnął bibosza kilka kroków dalej i w rozpraszającym mrok świetle księżyca zauważył, że wybrał niewłaściwego człowieka. Pod jego nogami leżał nieznajomy, który przyszedł na uroczystość i nie zdołał w porę dotrzeć do miejsca noclegu.

Ernst zostawił pijaka i  poszedł szukać odźwiernego, który tymczasem, sądząc po zapachu, leżał we własnych wymiocinach. Z obrzydzeniem uniósł mężczyznę, wsunął mu klucz do kieszeni, po czym opuścił go z powrotem na ziemię. Następnie szybko udał się do domu. Nie miał ani chwili do stracenia, gdyż w pobliżu rozległy się kroki powracającego strażnika.

9

Ernst dotarł do ojcowskiej posiadłości, ale był zbyt podekscytowany, żeby od razu położyć się do łóżka. Dlatego jeszcze raz okrążył dom, wszedł na podwórko i  zatrzymał się przy budzie psa. Hasso zawarczał i wyszedł z budy, poznawszy jednak swojego pana, od razu się uspokoił.

– Dobry pies! – pochwalił go Ernst i sięgnął do środka po paczkę z ulotkami. W podnieceniu postanowił spłatać figiel doktorowi Portikusowi. Otworzył paczkę, wyjął plik kartek i ukrył je pod kamizelką. Resztę zapakował i schował z powrotem w budzie.

– Dobrze tego pilnuj! – nakazał psu i wyszedł na ulicę.

Przy świetle księżyca bez najmniejszej trudności poruszał się po ścieżkach, które znał nawet lepiej niż miejscy strażnicy. Wprawdzie nie mógł pozwolić, żeby przyłapano go bez latarni, ale mężczyźni patrolujący zaułki w poszukiwaniu kolejnych pijaków robili tyle hałasu, że bez problemu udawało mu się schodzić im z drogi. Wkrótce dotarł do katedry Najświętszej Marii Panny i wszedł do środka. Świece palące się na ołtarzu zatapiały kościół w migotliwym świetle, w którym ledwie można było dostrzec posadzkę. Mimo to Ernstowi udało się rozłożyć trochę ulotek na klęcznikach wybranych patrycjuszy i wysokich rangą duchownych. Następnie opuścił katedrę i zataczając łuk wokół Schrannenplatz, gdzie wciąż jeszcze bawiło się kilka osób, doszedł do kościoła Świętego Piotra. Tam zostawił pozostałe ulotki i zadowolony zawrócił do domu. Tym razem unikał spotkania ze strażnikami nie tylko ze względu na brak latarni. Nie chciał, żeby ktoś skojarzył go później z pismami, które rano zostaną znalezione w obu świątyniach.

Ledwie zamknął za sobą drzwi, gdy z  kantoru wyszedł ojciec i zmierzył go gniewnym spojrzeniem.

– Wiesz, która jest godzina, nicponiu? Od dawna powinieneś być w  domu! Zamiast tego znów się łajdaczyłeś i  żłopałeś wino. Jesteś zakałą naszej rodziny! Na Boga w niebiosach, dlaczego trafił mi się taki syn?

Każdemu słowu towarzyszyło uderzenie laską w podłogę. Ernst wcisnął głowę w ramiona. Od lat nie widział takiego napadu wściekłości u ojca. Przez chwilę wydawało się nawet, że ojciec zamierzał mu spuścić lanie, chociaż Ernst dawno już wyrósł z wieku, w którym stosuje się tego rodzaju metody wychowawcze.

Tymczasem Eustachius Rickinger oparł się ciężko na lasce i  popatrzył na syna lodowatym wzrokiem.

– Chodź ze mną.

Zaskoczony młodzieniec poszedł za ojcem do kantoru. Senior usadowił się na obciągniętym skórą krześle, synowi zaś kazał stać.

– Ponieważ nie mam innych synów poza tobą, postaram się, żebyś od tej pory zachowywał się tak, jak sobie tego życzę. Przysięgam na Najświętszą Panienkę, że prędzej cię wydziedziczę i zostawię majątek obcym, niż dopuszczę, żebyś w przyszłości nadal wystawiał się na pośmiewisko całego miasta!

Ojciec był dumny ze swojego rodu, Ernst nie mógł więc wziąć poważnie jego groźby. Jedno było jednak jasne – na razie musiał zrezygnować z flirtów z chętnymi dziewczętami.

– Żeby spodnie cię zanadto nie uwierały, raz w miesiącu pozwalam ci pójść do kobiet z domu publicznego – kontynuował ojciec. – Nie będziesz jednak musiał tego długo robić, ponieważ zamierzam cię jak najszybciej ożenić. Przysięgam, że znajdę ci narzeczoną, która wybije ci z głowy swawole, nawet jeśli będzie musiała użyć w tym celu kija od miotły!

– Mam się ożenić? – Ernst przełknął ślinę, ożenek był bowiem ostatnią rzeczą, jaka mogła mu się teraz do czegokolwiek przydać. Po chwili zastanowienia odetchnął jednak z ulgą. Jego zła reputacja utrudni ojcu znalezienie odpowiedniej żony, a może nawet w ogóle zniweczy cały plan. Żaden z lepiej sytuowanych mieszczan w  Monachium nie odda córki mężczyźnie, którego doktor Portikus nazwał z ambony hańbą chrześcijaństwa.