Kochanek czerwonej gwiazdy - Witold Jabłoński - ebook
lub
Opis

Legendarna, nowa-stara, zaginiona powieść Witolda Jabłońskiego!

Historia namiętnego romansu polskiego kleryka z radzieckim żołnierzem u progu zakończenia PRL'u.



"Kochanek czerwonej gwiazdy" powstał na początku lat 90. i od razu zaczął egzystencję na poły legendarnego utworu, o którym ten i ów w środowisku gejów słyszał, lecz mało kto go widział. Dawałem od czasu do czasu do przeczytania nielicznym wybrańcom pożółkły maszynopis i to było wszystko. W końcu sam maszynopis także gdzieś przepadł. Uznałem to za ostateczny gwóźdź do trumny, swoiste zamknięcie tematu". (W. Jabłoński)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 193


WitoldJabłoński
Kochanek czerwonej gwiazdy
1. Koło Fortuny

Rozłożyła karty do tarota. Myślała wciąż o Andrzeju. Trzy świece w czarnych lichtarzykach płonęły niezwykle i tajemniczo. Prawdziwie teatralna inscenizacja. Alicja grała właśnie dla samej siebie, zupełnie prywatnie, rolę czarownicy. Brakowało tylko jeszcze, żeby wszedł do pokoju jej piękny brat i zapytał znienacka grubym głosem: „Co tam wyczyniasz, młoda wiedźmo?”. Niewątpliwie zaskrzeczałaby w odpowiedzi: „Bezimienne dzieło!”. Mijałaby się w tym wypadku nieco z prawdą, ponieważ „dzieło” miało imię.

Andrzej.

Trzeba się skupić i wziąć do rzeczy. Tarot nie znosi roztargnionych. Kpi sobie z nich, albo nawet ich straszy. Cóż, kiedy niepokój o brata drążył jej umysł tak podstępnie i uporczywie...

Jej młodszy brat, Aleksander. Stanowili od dziecka swoje zupełne przeciwieństwa. Ona lubiła księżyc, koty, klasyczną muzykę, dobrą literaturę i magię. On wolał słońce, psy, sport, dyskotekę i bzdurne filmy na kasetach video. Jeździł przy tym ciągle na deskorolce jak dzieciak, chociaż w tym roku omal nie został maturzystą. A jednak to właśnie jego zaprosili Król i Królowa Denarów na wakacje we Francji. Widocznie chcieli mu osłodzić gorycz niepowodzenia. Alicja była przekonana, że rodzice kochają dwójkę dzieci jednakowo, chociaż Aleks ze swoim kocim wdziękiem i przymilnością potrafił znacznie łatwiej wkraść się w ich łaski.

Alicja, choć kruczowłosa jak matka, była w nieuchwytny sposób podobna do ojca i piękna... jak młody chłopiec. Ścięła w poprzednim sezonie włosy, przeszkadzały jej, gdy nosiła ciężkie i skomplikowane peruki Klary, Polly i czarownicy z Makbeta. W nowym wcieleniu, jako początkująca, acz odnosząca pierwsze sukcesy aktorka, zdołała urzec jednego reżysera, paru kolegów ze sceny i bliżej nieokreślone grono wielbicieli.

Aleksander przywiózł z Paryża ciemnobrązowe loki jeszcze dłuższe niż przedtem i także był piękny, piękniejszy od swojej siostry, w wyraźnym podobieństwie do matki śliczny jak młoda dziewczyna albo anioł Botticellego. Lub młody faun. Opalił się na całym ciele, co z dumą podkreślał. Rzeczywiście, jego szczupłe pośladki były równie brązowe jak cała reszta. Udało się gniademu źrebcowi uniknąć porażenia, słońce Riwiery wyraźnie mu sprzyjało. Kolczyk w lewym uchu i bezczelnie prowokacyjny uśmiech – błysk białych zębów łączył się przy tym z dziwnym lśnieniem piwnych oczu – dopełniały całości. Aleks zawsze śmiał się nadzwyczaj ładnie, ale teraz wmieszał się w to jakiś odcień goryczy. Co takiego wyprawiał, gdy tylko Król i Królowa spuścili go z oka? Nie chciał się tym chwalić. Zaraz po powrocie zaczął przesiadywać w kawiarni „Monopol” i innych podobnych miejscach. Alicja wiedziała, czym to pachnie, lecz wolała udawać, że niczego nie dostrzega. Tak było wygodniej dla obu stron. Pakt o nieagresji. Na szczęście jej brat nie sprowadzał nowych kolegów do domu.

Karty mówiły prawdę. Rycerz Kielichów podążał na oślep w poszukiwaniu świętego Graala. Zapominał jednak, że tylko wtedy osiągnie to, co nieosiągalne, gdy wyrwie się z pęt własnych grzechów i mrocznych obsesji.

Właśnie, tarot. Trzeba do niego wrócić.

Przymykając na chwilę powieki, przywołała raz jeszcze obraz Andrzeja. Dobry, miły, kochany Andrzejek. Szczuplutki, delikatny blondynek o wielkich, rozmarzonych, zielonych oczach. Nie kochała go, przecież nic między nimi nie zaszło oprócz paru niezobowiązujących całusów, ale bardzo, bardzo lubiła. Zawsze chętnie sobie wyobrażała, że prowadzi ją za rękę przez mroczny tunel życia ku tajemniczemu światłu i jest jej z nim dobrze, bezpiecznie i ciepło. Nie umiała wytłumaczyć samej sobie, dlaczego zawsze postaci Andrzejka w jej myślach towarzyszyło takie naiwne, infantylne marzenie. Zamiast szukać w innym facecie oparcia, namiastki swego ojca, wciąż jeszcze najwidoczniej roiła o baśniowym królewiczu jak trzynastoletnia prawiczka.

Zawsze był dziwny. Wciąż jakby nieobecny duchem, nieobliczalny. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego w końcu wyprowadził się z akademika i zamieszkał z tym ohydnym, nawiedzonym scenografem, zwanym przez aktorską brać Pająkiem Tkaczem, gdyż utrzymywał się także z tkania gobelinów. Dzięki temu, że zabierał czasem ze sobą chłopaka do teatru, poznała Andrzeja. Czy byli kochankami? Wszyscy plotkowali na ten temat, ale ona nie chciała słuchać. Nie chciała w coś takiego uwierzyć. Nie potrafiła wyobrazić sobie, jak wstrętne pajęcze odnóża gładzą to kruche ciałko, by skłonić je do uczestniczenia w bardziej drastycznych zbliżeniach. Czy rzeczywiście blondynek nadstawiał tyłka, by ten koszmarny drab mógł wsadzić weń nabrzmiałego kutasa?

Co innego Aleks. Jego, niestety, mogła sobie wyobrazić w każdej sytuacji. Jej brat to zdolny chłopak, niewątpliwie zdolny do wszystkiego.

Gdy o tym wszystkim myślała, wzbierał w niej gniew. Co się działo z tymi chłopcami i mężczyznami? Jaka siła sprawiała, że gotowi byli narazić się na odrzucenie ze strony zawiedzionych bliskich i pogardę otoczenia, gdyby wyszła na jaw ich „dewiacja”? Zmuszeni zatem ukrywać swoje prawdziwe życie w obawie, że w oczach innych staną się powszechnie wyszydzanymi „pedałami”? Znosząc męczące pytania rodziny, kiedy się wreszcie ożenią? Wysłuchiwać z kamiennym obliczem niesmacznych kawałów na swój temat?

Od dziecka mówiono im, że drugi facet powinien wzbudzać w nich wyłącznie obrzydzenie, a jedynym uczuciem, jakie faceci mogą sobie przekazywać, jest agresja wynikająca z rywalizacji. Z rywalizacji o kobietę, oczywiście. Uwaga: mężczyznom wolno obejmować się i całować tylko w jednym wypadku – po zwycięsko strzelonym golu! A jednak niektórzy nie wahali się wymykać do osławionych parkowych i dworcowych szaletów, by tam onanizować się grupowo nad zaszczanym pisuarem, obciągać niedomyte fiuty podejrzanym typom lub przepychać kiszkę stolcową w wymazanej gównem kabinie...

Tak ich sobie wyobrażała. Ciekawe, że tego rodzaju fantazje wzbudzały w Alicji mdłości przemieszane jednak z dziwną, niepojętą dla niej fascynację. Niezdrową, jak powiedziałyby stare dewotki, ale ona nie czuła się chora. Była normalna, skoro pociągali ją faceci. Nawet jeśli byli pedałami. Była aktorką. Nic, co ludzkie, nie było jej obce. W powszechnym mniemaniu pedał kojarzył się z cuchnącym kiblem albo z wymalowanym, kręcącym tyłkiem idiotą, rzucającym się na wszystkie portki w okolicy, dlatego też bitym i kopanym przez prawdziwych mężczyzn. Szantażowanym przez milicję, gdy znaleźli przy zatrzymanym wazelinę, straszonym przez lekarzy lobotomią, gdyby nie chciał się zmienić. Śmieciem, którym można było bezkarnie pomiatać.

Dlaczego decydowali się na tak poniżającą niedolę? Dlaczego woleli być obrzydliwymi „zboczeńcami”, zamiast jak normalna większość hetero po bożemu zapłodnić jakąś kobietę, cierpliwie, w milczeniu znosić całe życie jej histerie i fanaberie, wyskoczyć czasem z kolegami na mecz albo na piwo, a na co dzień zaharowywać się dla połowicy i kupy dzieciaków, postarzeć się przedwcześnie i umrzeć na zawał albo pęknięty wrzód na żołądku?

Gdzie było źródło tego „zła”?

Chociaż Alicję pociągała magia i różne formy okultyzmu, nie wierzyła w Boga ani Szatana. Nie istnieje absolutne Dobro i nie ma absolutnego Zła. To abstrakcyjne pojęcia, które nijak się mają do rzeczywistości. Nadają się tylko do religii i innych form totalitarnych ideologii. Opium dla mas. Oszałamia się nim prostaczków, by móc wykorzystywać ich ciężką pracę i wyłudzać datki na bogato zdobione budowle oraz luksusowe życie przewodników stada. I tyle.

Tak więc na powyższe „dlaczego?” odpowiedź mogła być tylko jedna: tak każe im postępować natura. Społeczne tabu i wpajane całe życie zabobony okazywały się wobec niej bezsilne. Człowiek łudzi się, że ujarzmił przyrodę, lecz ona co pewien czas uświadamia mu to złudzenie rozmaitymi wstrząsami i innymi kataklizmami, przypominając, że ludzkość jest tylko rojem mało znaczących pasożytów na łonie matki Ziemi.

No, dosyć tego filozofowania. Wracajmy do kart. Wracajmy do Andrzejka.

Andrzejek powinien kochać się w niej jak Mały Książę w swej róży. Wzdychać tęsknie do niewinnej Alicji po drugiej stronie lustra.

Niewinnej?

Miała niezwykły dar okłamywania samej siebie. W końcu rolę Polly dostała nie tylko dzięki talentowi i zaletom charakteru. Potrafiła wygryźć dotychczasową „asystentkę” reżysera, który w Polsce miał światową sławę. Sukces był wprawdzie krótkotrwały. Hrynkiewicz nie zabrał jej ze sobą do Londynu, jak obiecywał bezpośrednio po drugim orgazmie. Nie był już młodzieńcem, toteż drugi orgazm był w tym przypadku niewątpliwym sukcesem. Wszystkie koleżanki teatralne w każdym razie zieleniały z zazdrości, a byłej „asystentce” przybyło nawet parę siwych włosów...

Gdzie jesteś, Andrzejku?

Co strzeliło do głowy temu szalonemu chłopcu, że rzucił nagle polonistykę, zerwał z Tkaczem i rozpoczął naukę w seminarium? Dobrze chociaż, że nie wybrał Zielonoświątkowców, Adwentystów Dnia Siódmego, świadków Jehowy, mormonów czy innej podobnej cholery. Opowiadał Alicji, że poczuł „powołanie”. Słuchała tych wyjaśnień z cynicznym uśmieszkiem. Co za bzdura, to przecież zwykła ucieczka od życia i oddanie się w dobrowolną niewolę.

Od chwili, kiedy postanowił zostać świętym młodziankiem, nie bywał u niej zbyt często. Jeśli w końcu się zjawił, myślami zawsze był gdzieś daleko, co niestety dawało się odczuć. Zanim dziewczyna pomyślała o zdobyciu chłopca, jakaś niepojęta siła odebrała go jej. Miała tylko nadzieję, że w końcu jednak wróci do niej wypłakać się, zawiedziony i rozczarowany tym swoim urojonym Bogiem.

Znowu chwila roztargnienia, a tam czekają Rydwan, Gwiazda i Kochankowie... A także Wisielec i Wieża Boga, co zawsze oznacza kłopoty.

Wpatrując się w kolorowe obrazki, powróciła myślami do swoich rozważań na temat natury. Miała nieodparte przeczucie, że w przypadku Andrzeja nowo wyzwolona namiętność zniszczy jego dotychczasowy świat z siłą wulkanu. A może cały ich świat zmiecie z powierzchni i utworzy na nowo.

Spojrzała na siebie w lustrze poprzez chybotliwe płomyki świec. Miłość i nienawiść malowały się na jej twarzy w sposób trudny do rozdzielenia. Spróbowała spojrzeć na siebie z boku, z zawodowym dystansem. Taki grymas przyda się do jakiejś roli. Może w niedalekiej przyszłości Lady Makbet albo Hedda Gabler? Obie kochały i nienawidziły zarazem, pragnęły od swoich mężczyzn czegoś wielkiego... Zaraz, pomyślała, miłość? Tak, właśnie teraz poczuła, że kocha Andrzeja, teraz, gdy stał się tak daleki i nieosiągalny...

Drgnęła, gdyż wydało się jej, że słyszy szczęk otwieranych drzwi. Aleks? Nie, na niego jeszcze za wcześnie, dopiero pół godziny po północy. Wracał zwykle nad ranem, najczęściej pijany, i wtedy bez słowa szedł do siebie, gdzie rzucał się na łóżko, czasem nagi, czasem w ubraniu. Do jej pokoju, zawalonego starymi meblami i książkami, które powyrzucał z własnego, nigdy nie zaglądał, nawet jeśli paliło się w nim jeszcze światło. Niekiedy, sądząc po odgłosach, zabawiał się sam ze sobą przed zaśnięciem, pewnie z niespełnionej żądzy albo jej nadmiaru. Można też było usłyszeć coś jakby śmiech lub płacz.

Alicja czuła się bezsilna. Początkowo próbowała przemówić bratu do rozsądku, przestrzegała przed konsekwencjami przypadkowych kontaktów, straszyła niedawno objawioną światu śmiertelną chorobą, na jaką zapadali głównie homoseksualiści. Aleks pozostał głuchy na wszystkie przestrogi. Znowu ta przeklęta natura. Głupiec zmierzał radośnie w stronę przepaści.

Porzuciła w końcu protekcjonalny ton starszej siostry. Żyli odtąd w absolutnej symbiozie, nie mieszając się nawzajem do swoich spraw. Nie słyszała zresztą najczęściej powrotów brata, była bowiem zbyt znużona po spektaklach i teatralnych popijawach, by jego trzaśnięcia drzwiami czy głośne tupanie ciężkimi buciorami spędzały jej sen z powiek.

Teraz także była zmęczona. Odgadywanie przyszłości to jednak ciężka robota.

Zdmuchnęła dwie świece, pozostawiając jedną, aby się spokojnie dopaliła do rana. Czuła się bezpieczniej, gdy mogła chłonąć przez sen to ciepłe światło. Leżała już w łóżku i powoli usypiała, nie mogła jednak uwolnić się od pytania: „Gdzie jesteś, Andrzejku?”. Gdy tylko przymykała powieki, zjawiała się pod nimi wizja pędzącego nocnego pociągu...

Otworzyła je znowu. Dostrzegła sporą ćmę, którą przez otwarte okno przyniosła ciepła, sierpniowa noc. Księżycowy motyl wpadł prosto w ogień i płonął, skwiercząc. Czy to jakiś symbol, a może znak? Ostatnim wysiłkiem woli dziewczyna wzruszyła ramionami. Usnęła.

2. Giermek Kielichów

Tej samej nocy, w pociągu zmierzającym do Częstochowy, kleryk Andrzej Korwin siedział wciśnięty w róg przepełnionego przedziału. Towarzyszyło mu ośmiu kolegów. Udzielono też przez miłość bliźniego odrobiny miejsca jakiejś starszej kobiecie z małą dziewczynką, zapewne wnuczką. Dziecko spało, nie zważając na jednostajny łomot i prowadzone wokół rozmowy, jego opiekunka też posypiała, ale co jakiś czas czujnie otwierała oczy. Chłopcy nie mogli zasnąć, wiercili się niespokojnie, gadali w kółko o tym samym, od czasu do czasu intonowali jakąś pieśń. Kobieta nie miała nic przeciwko temu, przeciwnie, zachęcała ich nawet zapewnieniami, że „panowie tak ładnie śpiewają”. Było to uzasadnione o tyle, iż nabożne pieśni zagłuszały dobiegającą z korytarza wulgarną śpiewkę, ryczaną pijackimi głosami.

Wszystkie wagony zapchane były ponad miarę, jak to zwyczajnie w Polsce podczas wakacji. Jechało więc sporo młodzieży z plecakami, jechały rodziny z dziećmi na wczasy, starcy do sanatoriów. Trwający u władzy rząd dbał wielkodusznie o lud pracujący miast i wsi. Kiedy władze, broniąc naród przed nim samym, ochłodziły awanturnicze zapędy buntowników podczas pewnej grudniowej nocy, zaczęły się znowu tak przez Polaków uwielbiane czasy narodowej żałoby i układania w różnych miejscach kultu krzyży z kwiatów i płonących zniczy. Aktorzy bojkotowali występy w telewizji, a w teatrach mówili subtelnymi aluzjami, nagradzanymi śmiechem i oklaskami. Część zagubionej opozycji przygarnął miłosiernie Kościół. Świątynie zaroiły się od brodaczy z groźnymi minami i brzydkich, egzaltowanych panienek. Mogli oni wygłaszać po zakrystiach płomienne mowy i recytować lub wyśpiewywać patriotyczne wiersze, prorokując rychłe wyrwanie murom zębów krat, zerwanie kajdan, tudzież połamanie bata. Księża sprzyjali temu z dziwnie zadowolonymi minami.

Oczywiście młodziutcy klerycy, zasiadający w zarezerwowanym przedziale drugiej klasy, nie zaprzątali sobie głów podobnymi sprawami. Ich rozmowy toczyły się bez przerwy wokół wakacyjnego prezentu, jaki ofiarowało im seminarium. Jechali bowiem na zlot młodzieży pod Jasną Górą, by uczestniczyć w obrzędach celebrowanych przez księdza prymasa przed obrazem Czarnej Madonny. Dostąpili tego wyróżnienia tylko nieliczni alumni, wyróżniający się w nauce i pobożności. Andrzej zajmował wśród nich wyjątkowo chlubne miejsce. Zasłużył sobie w pełni na wszelkie nagrody i pochwały. Jego matka płakała z radości, kiedy ksiądz dziekan Zawratyński gładził chłopca po głowie podczas rozdawania promocji i nazwał swoim najpilniejszym studentem.

Chłopcy byli niezwykle podnieceni czekającą ich uroczystością. Wprawdzie prymas to nie to samo, co Ojciec Święty, ale zawsze... Może zwróci uwagę na kogoś, kto najzręczniej poda kielich z mszalnym winem, może w przyszłości zadba o karierę młodego prymicjanta. Wielu snuło takie nadzieje całkiem jawnie, choć jednocześnie kpili z siebie nawzajem. Żarty były niekiedy dość śmiałe, na szczęście opiekujący się grupą ksiądz doktor drzemał w sąsiednim przedziale. Niektórzy ubolewali, że nie mogą zapalić. Była to jedyna namiętność jako tako tolerowana w ich uczelni, choć ograniczona do wydzielonego miejsca w budynku, w myśl kompromisowego rozwiązania problemu: „Czy wolno chwalić Boga, paląc papierosy?”... Nie wypadało jednak dymić w przedziale przy staruszce i dziecku, wyjście na korytarz było niezwykle trudne, a wyprawa do ubikacji przypominała drogę na Golgotę.

Andrzejowi udzieliło się, mimo zmęczenia i senności, podniecenie i wiercipięctwo kolegów, w czym jego zdaniem niepoślednią rolę odgrywały młodzieńczy temperament, pełnia księżyca i ciepła, sierpniowa noc. Poznał ich dobrze, odkąd wstąpił do seminarium minął już przecież rok. Był szczerze przekonany o słuszności swego postępowania i starał się poświęcić cały swój czas na zgłębianie tajemnic wiary, co jednak nie znaczyło, że uszły jego uwagi niektóre grzeszki kolegów, a nawet wykładowców. Bolało go, że tylko od umiejętności ich ukrycia zależała opinia, jaka przylgnęła do danego chłopaka. Starał się nie zwracać uwagi na tamte sprawy, pamiętając, że człowiek jest istotą słabą i ułomną. Czuł na swoich barkach znacznie cięższe brzemię grzechów i win, niż, jak mniemał, dźwigali inni. Win, co gorsza, niewyznanych, gdyż wiedział o nich tylko on sam i kilkoro najbliższych przyjaciół z poprzedniego etapu życia. Nie mogła ich poznać jego ukochana matka. Chyba by serce jej pękło. Tym bardziej nie mogli się niczego dowiedzieć księża władający uczelnią. Serca by im nie pękły, raczej skamieniały.

Jeden z nich próbował przeprowadzić w pierwszych tygodniach szczerą rozmowę z Andrzejem. Tak go przekonywał, by wyznał dla własnego dobra wszystko, co robił przed przybyciem do seminarium, z taką ojcowską łagodnością obiecywał wyrozumiałość i duchową pociechę, że świeżo upieczony kleryk był już gotów na prawdziwą spowiedź. Zaniepokoiły go jednak dziwne błyski w oczach tamtego, nerwowe ruchy dłoni i coraz bardziej nierówny, cuchnący oddech. Chłopiec więc zaciął się w sobie i twierdził z uporem, że poza kilkoma nieistotnymi pocałunkami z pewną dziewczyną pozostał całkiem niewinny, od dawna bowiem zamierzał swoje życie poświęcić wyłącznie Bogu. Natarczywy opiekun dał w końcu za wygraną i od tego czasu szczególnie wyróżniał młodzieńca.

Andrzej wytrwał cały rok w rzeczywistej czystości. Nawet niespokojne sny, zakończone zwykle gwałtownym, gorącym zbrukaniem ciała, traktował wyłącznie jako brudną pokusę, którą należało jak najprędzej wyrwać z myśli i serca, odtrącić raz na zawsze. Nie mógł się jednak pozbyć męczącego przekonania, że wszyscy wokół niego, koledzy i wykładowcy, określają świątobliwie brzmiącymi nazwami coś zupełnie innego, że przecież pod ich ciemnymi ubraniami kryją się pragnące rozkoszy ciała, rozkoszy zupełnie innych niż te, jakie obiecywały religia i teologia.

Czym właściwie była miłość bliźniego, o której mu stale mówiono? Dlaczego miała tak mglistą, bezcielesną postać? Wydawało mu się, że znajdzie ukojenie w miłości do Boga, a tylko miotał się między cudzą obojętnością i własnym kłamstwem. Coraz mocniej uwierało go przepocone, sztywne ubranie, krępujące ruchy jak wojskowy mundur, coraz bardziej dawały się we znaki pełnia księżyca i sierpniowa noc.

Byłby jeszcze bardziej użalał się nad sobą, gdyby nie koledzy, którzy zaintonowali kolejną pieśń, traktującą o czekającej ich adoracji cudownego obrazu. „Madonno, Czarna Madonno...” – śpiewali przyciszonymi, czystymi głosami, wkładając w śpiew całe swoje bezcelowe, młodzieńcze uczucie. Andrzej dołączył do nich i poczuł otuchę w tej wspólnocie, bliskość duchową. Przecież tego właśnie pragnął, wstępując do seminarium: braterstwa i silnych więzów przyjaźni w bożej służbie.

Pociąg zaczął zwalniać gwałtownie przed jakąś stacją i zahamował w szczerym polu, najwyraźniej zatrzymany przez semafor, co wywołało na korytarzu zduszone przekleństwa niewyspanych, zmęczonych ludzi. Niektórzy rzucili się do okien, próbując dociec przyczyny. To samo uczynili koledzy Andrzeja i on sam.

Za brudnymi szybami trwała niezgłębiona ciemność. Dopiero po dłuższej chwili odezwał się jęk nadciągającego z przeciwnej strony pociągu. Po równoległych torach przetoczył się powoli długi wąż wagonów, pełen dziwnych kształtów, światełek i odgłosów. Klerycy podśpiewywali machinalnie nadal swoją „Madonnę”, ale słowa zamarły im w końcu na ustach. Ich śpiew zostałby na pewno i tak zagłuszony przez nadlatującą zza okna potężną pieśń. Obco brzmiące słowa niosły się w dal i zdawały wypełniać również cały przedział. W drewnianych, bydlęcych niemal wagonach, w otworach porozsuwanych z powodu gorąca drzwi ujrzeli oświetlone mdłym światłem gromady młodych mężczyzn. Byli bardzo weseli, zdrowi na oko, dorodni. Chyba również pijani. Gorączka nocy sprawiła, że kurtki mundurów mieli porozpinane albo zdjęte i świecili mocnymi, nagimi torsami. Przepełniała ich duma młodości i siły. Taczali się po wagonach, ściskali i całowali, machali przyjaźnie w stronę mijanego pociągu. Nikt im nie odpowiedział.

– Okupanci! – syknął jeden ze starszych kolegów Andrzeja, krzywiąc się z niechęcią.

Starsza kobieta spojrzała na niego z aprobatą i natychmiast zaczęła opowiadać, jak to „weszły te Ruskie przeklęte” i „wyzwalając”, aresztowali, rozstrzeliwali, gwałcili i rabowali. Andrzej nie słuchał, znał te historie zbyt dobrze, choćby z opowiadań matki, wypędzonej w swoim czasie ze Stanisławowa. Prawie nikt nie słuchał wynurzeń przypadkowej towarzyszki podróży. Cisnęli się do okna i wpatrywali jak urzeczeni w to, co z trudem mogli dojrzeć.

Rozbuchani Rosjanie nie przestawali śpiewać, krzyczeć i wymachiwać w ich kierunku, niezrażeni wcale niechętnym, by nie rzec wrogim przyjęciem ich gestów. Jeden z sołdatów z cudowną obojętnością i ostentacją stanął w drzwiach wagonu w rozkroku, rozpiął spodnie i wydobywszy na światło podróżnych lampek oraz księżyca tę część ciała, która zawsze wzbudza zainteresowanie, gdyż zazwyczaj pozostaje w ukryciu, jakby było w jej istnieniu coś złego lub wstydliwego, po prostu użył jej zgodnie z aktualnym przeznaczeniem, to jest dał upust nadmiarowi wypitych uprzednio płynów. Po prostu olał animozje Polaczków.

– Zwierzęta – mruknął ten sam alumn.

Andrzej oderwał na chwilę wzrok od tej zajmującej czynności, by przyjrzeć się zachowaniu kolegów. Stali jak wryci, zapatrzeni w kłębiące się przed nimi wężowisko męskości, jakże egzotyczne, pełne bowiem twarzy zdecydowanie azjatyckich, pośród nielicznych słowiańskich. Policzki kleryków bladły i czerwieniały na przemian, dłonie sięgały po guziki przy koszulach albo szukały czegoś po kieszeniach spodni, nogi wykonywały dziwny taniec w miejscu. Dla Andrzeja stało się jasne, że większość z nich nie panuje w tej chwili nad sobą, podobnie zresztą jak on. Znowu zapatrzył się w sunące wolno drewniane pudła, pełne ludzkiego ładunku.

Na niskim zydlu siedział półnagi brunet o wielkich, smutnych oczach. Przygrywał kolegom na akordeonie w takt wesołej piosenki, lecz zapatrzony był gdzieś w dal tymi mokrymi, czarnymi, lekko skośnymi oczyma. Andrzej w jednej chwili zrozumiał, że to właśnie „te” oczy. Chciał wierzyć, że ich źrenice spotkały się i zrozumiały. Nagle odskoczył od okna jak oparzony i opadł z rozmachem na zatłuszczone, pozarywane siedzenie.

„A więc tak – pomyślał. – To musiało nadejść i teraz nadeszło”.

– Jadą do Legnicy – przerwał milczenie Staszek, śliczny, bystry i miły góralczyk. – Do „małej Moskwy”.

– Skąd wiesz? – zainteresował się wysoki, chudy jak tyka i wiecznie z czegoś niezadowolony Paweł, ten właśnie, który tak nie lubił „okupantów”.

– Zauważyłem napis na wagonie – oznajmił z dumą Staszek. – Od dłuższego czasu miał mocno zaczerwienioną twarz, ale kiedy wypowiedział następne zdanie, okazało się, że jego policzki mogą przybrać barwę karminową. – Muszę pójść do... – zawiesił głos wymownie.

Oświadczenie wywołało nerwowe chichoty. Chłopcy odsunęli się od okna, za którym przesuwały się teraz już tylko przykryte plandekami działa i wozy bojowe.

– Chyba nie tylko na papieroska, co, kolego? – zapytał z ironią Paweł, siadając obok Andrzeja.

Ironia nie udała się i wypadła dość sztucznie. Czuć było w głosie Pawła raczej nutkę zazdrości, że to nie on pierwszy wpadł na pomysł natychmiastowego oddalenia się. Staszek nie zaszczycił starszego kolegi żadną odpowiedzią, po prostu otworzył drzwi przedziału i wydostał się na korytarz. Następnie zaczął przedzierać się w stronę ubikacji, wywołując przytłumione albo zupełnie głośne protesty. Kiedy zniknął z oczu kolegów, jeden z nich, zapewne w celu przerwania monologu staruszki, która opowiadała wciąż o okropnościach bolszewickiej okupacji, zgasił w przedziale światło.

– Śpimy, koledzy? – spytał retorycznie, a zarazem znacząco.

Pociąg znów ruszył, mijając jakąś maleńką stację. Klerycy, jakby nagle zawstydzeni tym, co przed chwilą przeżyli, zamilkli zupełnie. Poczęli mościć się wygodnie, przytulając się do siebie nawzajem, chociaż było im tak gorąco, a może właśnie dlatego. Wystarczającym usprawiedliwieniem ich zachowania była szczupłość miejsca. Ciemność pozwoliła im ukryć bolesne lub rozanielone grymasy twarzy. Przedział wypełniło pomrukiwanie i posapywanie zasypiających. Po chwili głowa Pawła opadła na ramię Andrzeja, który nie miał zamiaru się odsuwać. Staszek wrócił po jakimś czasie i zasiadł obok nich, wzdychając jak gdyby z ulgą. Może bał się kolejnych docinków? Wszyscy wiedzieli, że góralczyk często się onanizował pokątnie, ale był ogólnie lubiany i nikomu nie przyszło na myśl, aby na niego donosić. Inni mieli może silniejszą wolę, ale także od czasu do czasu...

Andrzej tracił powoli poczucie tego, gdzie jest i co się z nim dzieje. Wspomnienie smutnych, czarnych oczu nie chciało go opuścić.

„Do Legnicy? – przypomniał sobie nagle. – Przecież ja tam mieszkam”.

Poczuł się wplątany w coś nieodwołalnego. Coś go porywało i unosiło w kierunku bladej tarczy księżyca, tak jak ten pociąg, który pędził niepowstrzymanie i stukotał, stukotał...

Do Częstochowy dojechali nad ranem. Półprzytomni dotarli do klasztoru, gdzie mieli nocować w pokojach gościnnych. Zjedli jeszcze w refektarzu skromny posiłek, przygotowany przez nowicjuszy, którzy już od godziny byli na nogach, potem zaś, po wspólnej modlitwie, pozwolono klerykom przespać się trochę przed czekającymi ich ceremoniami. Andrzej znowu usypiał, tym razem w czystej, pachnącej pościeli. Wiedział, że nie uniknie swoich porannych, sprośnych i nieodpartych koszmarów. Coś giętkiego i ciepłego wślizgnęło się pod jego kołdrę... Nie musiał nawet otwierać oczu. Wiedział, że był to Staszek. Za chwilę obejmie go mocnymi ramionami, wtuli twarz w jego pierś, oplecie ciasno udami... Andrzej nie odepchnął chłopaka, a nawet niby przypadkowym ruchem przygarnął z całej siły. Czuł przez bieliznę imponującą męskość góralczyka. Pomyślał, że byłby ostatnim, który miałby prawo rzucić w Staszka kamieniem.

3. Głupiec

Aleksander