Kocham cię, Lilith - Radek Rak - ebook
Opis

Napisana przepięknym językiem opowieść o poszukiwaniu miłości i spełnienia, literaturze i życiu, których czasem nie można od siebie oddzielić.

Do sanatorium w Beskidzie Niskim przyjeżdża młody kuracjusz Robert. Chce odpocząć i podreperować zdrowie. Ale czy to się uda, jeśli niemal cały czas dzieli między spotkania z piękną i demoniczną malarką Iwoną oraz intrygującą lekarką Małgorzatą? Na dodatek pogrąża się w lekturze powieści o lwowskim detektywie Jesipowiczu, który staje się jego wiernym towarzyszem i doradcą w miłosnych podbojach.
Po nocy, którą Robert i Iwona spędzają razem, malarka znika i okazuje się, że nikt w sanatorium nie pamięta takiej kuracjuszki. Czy wszystko się tylko Robertowi wydaje? Czy wszystko jest tylko powieścią?

Kocham cię, Lilith” to opowieść zwodnicza. Zaczyna się niewinnie, by niebawem wciągnąć nas w dziwne krainy duszy, które zazwyczaj omijamy. Transowa, wspaniale napisana proza. Radek Rak już teraz zapuszcza się w regiony polszczyzny, które dla wielu pisarzy pozostają niedostępne. Znakomity debiut!
Wit Szostak 

Radek Rak (ur. 1987) – lekarz weterynarii, pracuje w swoim zawodzie. Mieszka w Dębicy na Podkarpaciu. Lokalny patriota, miłośnik gór, zwłaszcza Beskidu Niskiego. Publikował opowiadania w „Nowej Fantastyce”, „Lampie” i e-zinie „Esensja”. „Kocham cię, Lilith” to jego pierwsza powieść.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 359

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Radosław Rak, 2014

Projekt okładki

Luiza Kosmólska

Zdjęcia na okładce

Andrey Korotich/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Agata Pieniążek

Redakcja

Roman Honet

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-7961-730-2

Warszawa 2014

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Istnieją ludzie, którzy wywołują duchy.

Ja wywołuję ciała.

Salwa an-Nu’ajmi

– Nie odpowiadam za swoje sny.

– Owszem, odpowiada pan.

Bruno Schulz

CZĘŚĆ PIERWSZA

1. PONIEDZIAŁEK

Ruskich Bukownik nie ma na żadnej mapie. Odkąd wyjechałem z lesistej doliny Rymanowa-Zdroju, wokoło wznosiły się wyłącznie wzgórza, wzgórza i wzgórza, bezwstydnie nagie i jałowe. Żeby choć chałupa, żeby większy kawałek lasu – ale tu nic, pusto. Droga otwarta przede mną, nikogo z przodu, nikogo z tyłu, pedał gazu kusi, ale strach nacisnąć, kiedy trasa kręta jak ciało zaskrońca wciąż wznosi się i opada.

Mijam starą cerkiew – drewno czarne od wilgoci, impregnowane halnym wiatrem i upływającymi latami, dzwonnica zapadnięta, okna jak martwe oczodoły. Obok cerkwi wyblakła zielona tabliczka w kształcie strzałki w prawo, białe litery głoszą: „Ruskie Bukowniki 5”.

Pod nią mniejsza, biała z brązowym rysunkiem kościoła: „Podkarpacki Szlak Architektury Drewnianej, Zespół Klasztorny oo. Zmartwychwstania Pańskiego, XVIII w.”. Skręcam.

O Ruskich Bukownikach dowiaduję się przypadkiem. Jestem w drodze do sanatorium „Iwona”, za mną trzysta kilometrów drogi, jadę z Lublina. Sanatorium ma rymanowski adres, ale skierowano mnie tędy; podobno to jedyna droga dojazdowa.

Gdy tylko trafiam do Rymanowa-Zdroju, pytam miejscowego o drogę do „Iwony” – widzę, ubrany schludnie, choć gęba czerwona, zjeżona od kilkudniowego zarostu. Kiedy odsuwam ze szmerem szybę po stronie pasażera, uderza mnie zapach taniego wina.

– To dej pan pięć złoty – krzywi gębę w szczerbatym uśmiechu, usta po lewej stronie otwiera szerzej niż po prawej, mówi jakby bokiem, szyderczo, pokątnie. – Na wino.

– Panie, ja tylko o drogę do sanatorium „Iwona” pytam! – niecierpliwię się. – „I-wo-na”!

– No to se pan pytej. – Uśmiech tamtego jeszcze szerszy, jeszcze bardziej szczerbaty, oczy jasne i czyste jak niebo, jak kryształki lodu.

Wypluwam z siebie ciche „kurwa”, ruszam z piskiem. Szyby nie zasuwam. Ludzi wzdłuż ulicy mało, w dodatku to kuracjusze, ale z innych sanatoriów. O „Iwonie” nikt nie słyszał. Plecy i ramiona coraz mocniej odczuwają kilometry, które zostawiłem za sobą.

Drogę pokazała mi dopiero kobieta z dzieckiem. To ona skierowała mnie na Ruskie Bukowniki.

– Na skrzyżowaniu za kościołem skręci pan w prawo, minie korty tenisowe i wyjedzie z miasteczka, i jeszcze raz w prawo przy starej cerkwi. Trzeba minąć wieś, Ruskie Bukowniki, i tam jest sanatorium, na końcu drogi. Tylko dojazd niedobry, bo piechotą to można szybko dojść, ścieżką i schodkami w górę, o, tu, za „Stomilem”, niedaleko.

Jadę więc po wertepach przez te Ruskie Bukowniki – domów pięć na krzyż, wszystkie krzywe, zgarbione, kryte azbestem. Wraz z zapachem młodej wiosny do środka pcha się odór kurzych gówien. Zasuwam szybę. Po prawej czarny, drewniany kościół klasztorny, niegdyś zapewne cerkiew. Dzwonnica osobno, z tyłu, za niewysokim murem z czerwonej cegły, kulą się domki zakonników. Ciekawe, czy to ciągle grecka świątynia, czy może już rzymska, jak wiele w tym rejonie. Kręcę głową, wierzyć się nie chce, czas zatrzymał się tu chyba przed pięćdziesięciu laty. Z kościoła przez uchylone drzwi przeciska się chudy chłopak z wiadrem i mopem w rękach, gimnazjalny meszek sypie się mu nad górną wargą. Obrzuca niechętnym spojrzeniem moje srebrne suzuki i odwraca się.

Sanatorium drzemie jakieś pół kilometra za wsią, w cieniu okrywającego się już młodą zielenią lasu. Bryła budynku szarawej barwy, prosta, prawie sześcienna, tylko weranda, ogród zimowy i taras ponad nim nieco ożywiają całość. Styl – na oko: późny Gierek. Ale skalniak jest barwny nawet o tej porze roku, choć kwiecień dopiero się rozpoczął, a duże okna od frontu sprawiają miłe wrażenie. Rzut oka w bok – i niespodzianka, domek fiński z jacuzzi na tyłach, właściwie już w lesie. Odprężam się lekko, napięcie barków, pleców i pośladków ustępuje. Zajeżdżam po wysypanej białym, chrzęszczącym żwirem alejce prawie pod samo wejście. Na parkingu zaledwie trzy samochody. Ostatecznie sanatorium wygląda nie najgorzej. Należy mi się wypoczynek.

***

Kiedy zgłosiłem swoją obecność w portierni i załatwiłem wszystkie formalności, w biurze na parterze poinformowano mnie, że doktor Bryniewicz tego dnia już nie przyjmuje i muszę stawić się w gabinecie nazajutrz po śniadaniu. Przekazałem dokumentację lekarzowi dyżurnemu i miła pani z recepcji zaprowadziła mnie do mojego pokoju pod numerem 18.

Pokój numer 18 znajduje się na pierwszym piętrze, tuż obok tarasu. Korytarze i klatka schodowa sanatorium „Iwona” wyłożone są po staroświecku boazerią, zapach drewna przenika wszystko; popołudniowe słońce znaczy deski złotymi smugami. Pokój jest niewielki, ale sympatyczny: ściany w kolorze soku grejpfrutowego, własna łazienka, łóżko, które nawet bardzo nie skrzypi. Do kolacji było jeszcze daleko, cisnąłem więc torbę na podłogę, wziąłem szybki prysznic i poszedłem na spacer po okolicy.

Łagodne zbocze spływało ku wschodowi, w stronę Rymanowa. Miasteczko w dolinie rozciągnięte jak biały potok, po drugiej stronie doliny zza moich pleców słońce rozświetlało porosły szarawą buczyną miękki garb wzgórza. Mój cień szedł przede mną. Wyższe góry po prawej okrywał już przedwieczorny półmrok. Chłodno, rześko; w powietrzu wisiał zapach mokrej ziemi i fiołków – zapach młodej wiosny.

Stała tam, gdzie ścieżka przechodzi w drewniane schodki, skąd rozciąga się najszerszy widok. Przed nią sztalugi, obraz na wpół ukończony, wiatr szarpał lekko jej miedziane włosy z ciemnymi odrostami. Sztruksowy brązowy żakiet, oliwkowa spódnica, dłonie w rękawiczkach bez palców. Spostrzegła mój cień, ale malowała dalej; zatrzymałem się o kilka kroków od niej.

– Bardzo piękny obraz.

Odwróciła głowę, popatrzyła, zasłaniając dłonią oczy od światła i krzywiąc nieładnie usta. Spojrzenie dłuższe niż przelotne.

– Piękny to ma pan wzrok, skoro pan stamtąd widzi. – Głos głęboki, trochę ochrypły. Odkaszlnęła, wróciła do malowania.

– Przepraszam, nie znam się na sztuce – odpowiedziałem po prostu, uśmiech sam pchał się na usta.

– Wiem.

Podszedłem bliżej. Malowała teraz motylka cytrynka, kanarkowa żółć odcinała się od szarozłotego tła uzdrowiskowego pejzażu. Zapach fiołków jakby się nasilił, powiał wiatr. W pewnej chwili zdało mi się, że motyl poruszył skrzydełkami, a liście osiki w rogu obrazu zadrżały. Mrugnąłem. Obraz był oczywiście nieruchomy.

– Całkiem jak prawdziwe…

– Przecież nie zna się pan na sztuce.

– Może w takim razie pani opowie mi coś o niej?

– Bardzo proszę – przerwała, motyl był już prawie skończony. – To są sztalugi. To płótno. To paleta, farby, pędzel. A to ja. Malowałam właśnie pejzaż pod tytułem Spokój nad Rymanowem.

– Proszę więc malować dalej.

– Pejzaże maluję tylko z natury. – Spojrzała natarczywie. Oczy orzechowe.

Uszy zapłonęły mi ze wstydu, bąknąłem jakieś słowa przeprosin i pożegnania. Chyba nie odpowiedziała. Powlokłem się z powrotem do sanatorium, szło mi się sztywno, miałem wrażenie, że w tyłek wetknięto mi kijek. Odwróciłem się raz, gdy dostałem zadyszki i zatkało mnie w piersi. Patrzyła na mnie nadal. Ruszyłem niezgrabnie dalej: tyłek sztywny, uszy płoną, w piersi zatyka. Jak gówniarza mnie spławiła, a ja nic przecież… Obok mnie przeleciał cytrynek.

Nie poszedłem na kolację, przegryzłem tylko snickersa, umyłem zęby i rzuciłem się na łóżko. Uszy płonęły nadal.

Jak gówniarza.

I tak upłynął ranek i wieczór, dzień pierwszy.

2. WTOREK

Nazajutrz wstaję późno i ledwo zdążam na śniadanie. W jadalni w stylu retro nie ma zbyt wielu osób. Samotnie siadam przy czteroosobowym stoliku na nogach z rzeźbionego w roślinne motywy żelaza, nad głową kandelabr ze szkiełkami. Nałożyłem sobie porcję płatków śniadaniowych z mlekiem, chleb z serkiem ziarnistym, jem, jem, zjadłem, już się zbieram, już wstaję…

Zapach fiołków, zapach wiosny.

– Dzień dobry – odzywa się pierwsza.

Na moment staje mi serce.

– Dzień dobry… – Wstaję gwałtownie, uderzyłem nogami o kant stołu, naczynia i sztućce zadźwięczały, spadła położona na skraju łyżeczka, schylam się, by ją podnieść, niezgrabnie, niezgrabnie. A ona nie rusza się z miejsca, tylko stoi, stoi i patrzy, oczy orzechowe, bezczelne oczy, niewinnie bezczelne. W kącikach ust czai się uśmiech, ale zwiastuje śmiech ze mnie, nie do mnie.

– Przepraszam, muszę iść. – Mój głos jak zdyszany, tylko śliny nie przełknąć, tylko nie przełknąć!… Przełknąłem więc. – Do widzenia.

– Do widzenia. – Słodkie i bezczelne to jej „do widzenia”!

Wychodzę szybko z jadalni (kijek w tyłku – kroki sztywne jak u radzieckiego sołdata). Ona tutaj?! Wpadam na jakąś staruszkę, przepraszam, przepraszam, już jestem na korytarzu – znikłem, nie ma mnie.

Ocieram z czoła pot. Kilka głębokich wdechów, kilka chwil dla uspokojenia serca. Nie myśleć o tym, że znów zachowałem się jak smark, nie myśleć, nie myśleć. No więc myślę i myślę. Wstyd. Nie wiem, jakim cudem trafiam przed drzwi pokoju numer 6, gdzie mieści się gabinet lekarski. Puk, puk. Nikt nie protestuje, więc naciskam klamkę.

Gabinet w kolorze brzoskwini, przyjazny, słoneczny, meble ciemne, stylowe.

Lekarz okazuje się nie doktorem Bryniewiczem, a panią doktor Bryniewicz. Właśnie je pączka, uśmiecha się przepraszająco, cukier puder na jej ustach, na meszku powyżej górnej wargi.

– Mmmhm. – Wskazuje mi krzesło, siadam.

Jest młoda, nawet chyba młodsza ode mnie, koło trzydziestki. Uśmiech ładny, miły, oczy bardzo niebieskie pod ciężkimi od tuszu rzęsami i jasną, asymetryczną grzywką. Biały fartuch do niej pasuje, na smukłej szyi łańcuszek z czarnym, wąskim, prostopadłościennym wisiorkiem; stąd już tylko o jedno króciutkie spojrzenie do wylotu cienistej doliny, lecz choćbym przechodził przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę…

– W czym mogę pomóc? – pyta. Głos ma jasny, pastelowy, na granicy śmiechu.

– No… nazywam się Robert Z., wczoraj po południu przyjechałem do sanatorium. Pani doktor już nie było, w biurze powiedzieli, żebym się do pani dzisiaj zgłosił, dokumentację zostawiłem dyżurnemu.

– Mhm. – Przerzuca papiery z prawa na lewo, z prawa na lewo, szybkie spojrzenie w moją stronę – jej uśmiech, mój uśmiech – i wraca do przerzucania kartek, karteczek, karteluszek. – Aha, tutaj pan jest.

– Jestem tu cały czas, pani doktor.

Jej uśmiech, mój uśmiech.

– Pan Robert Z. Co my tu mamy? A, już wiem, czytałam dzisiaj rano: astma oskrzelowa, niezbyt zaawansowana, bierze pan, widzę, broncholityki… mhm… Niedomykalność zastawki mitralnej – no tak, to może pogłębiać objawy ze strony płuc. O, propafenon też pan zażywa? No, dobrze, że z tej grupy, gdyby pan brał beta-blokery, to pańska partnerka nie byłaby pewnie zadowolona. Pan ma, jak widzę, problemy sercowe?

– Nie mam, ostatnio jestem sam.

Śmiech.

– Ale jakieś kołatania, częstoskurcze, przyspieszony rytm serca, ucisk w zatoce szyjnej, tutaj, koło gardła?

– Nie, nic takiego, odkąd zażywam leki, nic się nie dzieje.

Wyrównuje moje papiery, zszywa, odkłada na bok; łokcie na stole, dłonie splecione, pochyla się w moją stronę. Długie, czarne kolczyki kołyszą się jak wahadła.

– No, to my się już tutaj panem zaopiekujemy jak nigdzie indziej! Proszę się rozebrać.

– Całkiem? – pytam z uśmiechem.

– Jeśli ma pan takie życzenie – odpowiada, śmiejąc się. Zęby ma bardzo, bardzo białe. – Mnie wystarczy, jeżeli rozbierze się pan od pasa. W górę, oczywiście.

Zdejmuję oldskulową sztruksową marynarkę i koszulkę z krótkim rękawem, siadam na leżance, doktor Bryniewicz za mną. Pachnie świeżo, owocowo. Zimny dotyk słuchawki na mojej piersi, na plecach.

– Wszyscy tutaj w sanatorium są tacy sympatyczni czy jedynie pani?

– Ejże, niech pan nie gada, bo mi strasznie w stetoskopie buczy! No faktycznie, są szmery systoliczne nad zastawką. A szmery oddechowe zaostrzone. I nie, panie Robercie, nie wszyscy, to tylko ja jestem taka wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. – Uśmiecha się, mruży oczy. – Jeszcze tylko ciśnienie… O, sto czterdzieści na dziewięćdziesiąt pięć – zawsze pan ma podwyższone czy pan się czymś denerwuje? Proszę się nie bać, ja krzywdy nie robię – no, może czasami. Niech się pan już ubiera. Czyli tak: będzie pan brał udział w inhalacjach codziennie przed południem, między dziewiątą a jedenastą w sanatorium „Eskulap” przy ulicy Parkowej… To taki duży budynek nad rzeką, znajdzie pan bez problemu… z tą karteczką. – Siada przy biurku, pisze coś na karteluszku, stuk, stuk, stuk, stuk: przybija dwie pieczątki. – Ponadto w pijalni zaopatrzy się pan w wodę mineralną „Tytus” – ostrzegam, jest strasznie niedobra! – i będzie pił po pół szklanki przed jedzeniem. Pijalnia jest niedaleko „Eskulapa”, idzie się bulwarem wzdłuż rzeczki. Bardzo tam ładnie. Tu panu napiszę wszystkie zalecenia.

Stuk, stuk, stuk, stuk.

– Po obiedzie będzie pan brał udział w ćwiczeniach rehabilitacyjnych, już tutaj u nas, w „Iwonie”. – Stuk, stuk, stuk, stuk: kolejne pieczątki. – Proszę nie zgubić tych kartek! Aha, i niech pan kupi sobie paczkę balonów i dmucha.

– Przepraszam?

– Balony. Dmuchać. – Wyjmuje z szuflady niebieski balonik, jej uśmiech staje się coraz szerszy. Muszę mieć strasznie głupią minę. – Proszę spróbować.

– Pani doktor się ze mnie naśmiewa.

– Gdzieżbym śmiała! – Odsłania białe, białe zęby, przechyla głowę. – Poprawia wentylację płuc. Śmiało.

Biorę balonik niepewnie, czuję rumieniec wypełzający na twarz. Gdy byłem dzieckiem, długo nie potrafiłem nadmuchiwać balonów – nadymałem się, nadymałem, a tu nic. Było mi wstyd, koledzy naśmiewali się, ciota, ciota. Nauczyłem się dopiero, mając czternaście lat, a był to już wiek na balony zbyt poważny i przeszedłem do własnej pamięci jako balonowa oferma. I teraz mi wstyd, że nawet balonika nie będę potrafił przy pani doktor Bryniewicz nadmuchać, że znów na niedojdę, na ciotę wyjdę… Dmucham, phhh, phhh – balonik rośnie, pęcznieje, pęcznieje, większy i większy. Phhh, phhh – już jest wielkości mojej głowy, tchu mi brakuje, odejmuję od ust i trzymam tak za ośliniony dzyndzelek. Doktor Bryniewicz śmieje się cicho, kolczyki się kołyszą, a ja minę mam pewnie głupszą i głupszą.

– No, i pięknie pan potrafi baloniki nadmuchiwać!

A balon wysmykuje mi się z rąk (a może puszczam go celowo – kto to wie?), pierdząc bezwstydnie i rozpryskując drobne kropelki śliny, tańczy po całym gabinecie, wiruje chwilę w rogu pod sufitem, plfrrrr – i spada na podłogę obok stóp pani doktor, mokry, niemiły flak.

– O, panie Robercie, proszę podnieść balonik – rozkazuje doktor Bryniewicz.

Schylam się, klękam u jej stóp, posłuszny każdemu jej słowu… Pani doktor ma białą spódniczkę do kolan. Łydki bardzo długie, bardzo zgrabne, bardzo gładkie, bardzo złote i błyszczące… Delikatnym ruchem zrzuca białe lekarskie chodaczki – stópki drobne, z niebieskimi żyłkami i widocznym wciąż deseniem: paseczkami zeszłorocznej opalenizny. Delikatne paluszki wabią, wabią, wabią – jak tu nie dać się skusić? Przymykam oczy, muskam jej stopy ustami, językiem, lekko, leciutko, pani doktor podwija paluszki, wzdycha. Wyżej i wyżej, obok kostki, wzdłuż ścięgna Achillesa na wewnętrzną stronę łydki; gęsia skórka pod moimi wargami.

– O, panie Robercie, o!

Językiem wypisuję na jej skórze zaklęcia, kreślę wilgotne, tajemne znaki, zaklinanie-czarowanie. Pani doktor kładzie mi nogę na ramieniu, pocałunki, pocałunki, muśnięcia językiem – wyżej i wyżej, w dolinkę pod kolanem – zapach jej ciała… zapach jej ciała. Runy ze śliny schną po wewnętrznej stronie jej uda, pani doktor zakłada drugą nogę na moje drugie ramię. Unoszę nosem rąbek spódniczki, usta same się rwą, by całować wyżej i wyżej, i wyżej, i…

– O, panie Robercie, o, o, o!

– O, panie Robercie, proszę podnieść balonik.

Podnoszę posłusznie, miętolę w palcach mokrą gumę. Doktor Bryniewicz uśmiecha się półgębkiem, ręce na piersiach złożone, odchyla się w fotelu, spogląda wpółgroźnie spod ciężkich od tuszu rzęs. Kręci chwilę głową i wybucha śmiechem.

– Niech się pan już nie wygłupia. No, proszę zmykać, żeby pan zdążył na dzisiejszą inhalację.

***

Reszta w pełnej wersji

3. ŚRODA

Dostępne w pełnej wersji

4. CZWARTEK

Dostępne w pełnej wersji

5. PIĄTEK

Dostępne w pełnej wersji

6. SOBOTA

Dostępne w pełnej wersji

CZĘŚĆ DRUGA

1. BRAT LEMKA, KOSMA

Dostępne w pełnej wersji

2. KOSMA, BRAT DROWNIAK

Dostępne w pełnej wersji

3. BRAT LEMKA, BRAT DROWNIAK

Dostępne w pełnej wersji

4. BRAT DROWNIAK

Dostępne w pełnej wersji

5. MY

Dostępne w pełnej wersji

CZĘŚĆ DRUGA

1. RZECZY, KTÓRE WIDUJE SIĘ CZASEM WE WŁASNEJ GŁOWIE

Dostępne w pełnej wersji

2. RZECZY, O KTÓRYCH MARZY SIĘ CZASEM W NIEDZIELĘ

Dostępne w pełnej wersji

3. RZECZY, O KTÓRYCH CZYTA SIĘ W KSIĄŻKACH

Dostępne w pełnej wersji

4. RZECZY, KTÓRE SĄ TAKIE SAME, ALE JEDNAK INNE

Dostępne w pełnej wersji

5. RZECZY, KTÓRYCH MOŻNA SIĘ TYLKO DOMYŚLAĆ (1)

Dostępne w pełnej wersji

6. RZECZY, KTÓRE MAJĄ SMAK SŁOŃCA

Dostępne w pełnej wersji

7. RZECZY, KTÓRYCH MOŻNA SIĘ TYLKO DOMYŚLAĆ (2)

Dostępne w pełnej wersji

8. RZECZY, KTÓRE KOŃCZĄ SIĘ INACZEJ, NIŻ MOŻNA BY SIĘ SPODZIEWAĆ

Dostępne w pełnej wersji

ZAKOŃCZENIE

Dostępne w pełnej wersji