Wydawca: Pascal Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Kocham cię bez słów ebook

Abbi Glines  

4.40909090909091 (44)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 317 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kocham cię bez słów - Abbi Glines

Bestsellerowa pisarka Abbi Glines powraca z zupełnie nową serią The Field Party.

 

West Ashby jest przystojny, pewny siebie i popularny. Nikt nie wie, że nosi w sobie niewyobrażalny ból z powodu ojca umierającego na raka. Życie Maggie Carleton dwa lata temu legło w gruzach. Przestała mówić po tym, jak na jej oczach ojciec zamordował matkę. Do dziś nie wypowiedziała ani jednego słowa.

West wybiera Maggie na swoją powierniczkę, opowiada jej o bólu, którego nie potrafi już znieść. 

 

Czy West i Maggie potrafią jeszcze kochać?

Czy ich zranione serca odzyskają spokój?

 

Opinie o ebooku Kocham cię bez słów - Abbi Glines

Fragment ebooka Kocham cię bez słów - Abbi Glines

Ty­tuł ory­gi­nal­ny: Until Fri­day Ni­ght

Au­tor: Abbi Gli­nes

Tłu­ma­cze­nie: Re­gi­na Mo­ścic­ka

Re­dak­cja: Agniesz­ka Pie­trzak

Ko­rek­ta: Alek­san­dra Ty­kar­ska

Skład: IMK

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Zdję­cie na okład­ce: Gre­ta­Ma­rie [get­ty­ima­ges]

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Ka­ta­rzy­na Ko­cur

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

SI­MON PUL­SE

An im­print of Si­mon & Schu­s­ter Chil­dren’s Pu­bli­shing Di­vi­sion

1230 Ave­nue of the Ame­ri­cas, New York, New York 10020

First Si­mon Pul­se hard­co­ver edi­tion Au­gust 2015

Co­py­ri­ght © 2015 by Abbi Gli­nes

Co­py­ri­ght for Po­lish trans­la­tion © Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, z wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2018

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl, www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-251-3

Przygotowanie eBooka: Jarosław Jabłoński

Dla Kiki Ma­rii i jej cu­dow­nej cór­ki Mili.

Kiki, za­wsze mó­wi­łaś, że chcesz czy­tać moje książ­ki ra­zem z nią, więc ta jest dla was obu. Two­ja wspa­nia­ła du­sza bę­dzie żyć wiecz­nie.

Mila, pa­mię­taj, że mama jest za­wsze przy to­bie. W two­im ser­cu.

Roz­dział 1

Praw­da, że jest uro­cza?

Maggie

To nie był dom. Ni­g­dy już nie będę mia­ła domu. I wca­le mi na nim nie za­le­ża­ło. To sło­wo kry­je w so­bie tak wie­le wspo­mnień, zbyt bo­le­snych, by o nich my­śleć.

Wie­dzia­łam, że cio­cia Co­ra­lee i wu­jek Bo­one uważ­nie mnie ob­ser­wo­wa­li, opro­wa­dza­jąc po swo­im domu. Bar­dzo chcie­li, żeby mi się tu spodo­ba­ło. Wi­dać to było po ich oczach, w któ­rych tli­ła się na­dzie­ja. Ja już nie pa­mię­ta­łam, ja­kie to uczu­cie mieć na­dzie­ję. Od daw­na nie było we mnie ani odro­bi­ny.

– Przy­go­to­wa­li­śmy dla cie­bie po­kój na gó­rze. Po­ma­lo­wa­łam go na pa­ste­lo­wy błę­kit – ode­zwa­ła się nie­pew­nie cio­cia Co­ra­lee. – Pa­mię­tam, że za­wsze lu­bi­łaś nie­bie­ski.

To praw­da. Kil­ka Gwiaz­dek temu.

Kie­dyś na­wet przez cały rok ubie­ra­łam się tyl­ko na nie­bie­sko. Ale te­raz to nie­ko­niecz­nie był mój ulu­bio­ny ko­lor…

Wcho­dzi­łam po scho­dach pro­wa­dzą­cych na pię­tro tuż za cio­cią i wuj­kiem. Na wi­dok ro­dzin­nych zdjęć wi­szą­cych rzę­dem na ścia­nie po­śpiesz­nie od­wró­ci­łam gło­wę i skie­ro­wa­łam wzrok pro­sto przed sie­bie. U nas też kie­dyś ta­kie były. Moja mama z dumą ozda­bia­ła nimi ścia­ny na­sze­go domu. Ale kry­ły się w nich same kłam­stwa. Ani je­den uśmiech nie był szcze­ry.

– To tu­taj – oznaj­mi­ła ciot­ka Co­ra­lee, za­trzy­mu­jąc się w po­ło­wie ko­ry­ta­rza i otwie­ra­jąc drzwi do prze­stron­nej sy­pial­ni, ume­blo­wa­nej w ca­ło­ści na bia­ło, nie li­cząc błę­kit­nych ścian. Od razu mi się spodo­ba­ła. Po­dzię­ko­wa­ła­bym, ale ba­łam się usły­szeć wła­sny głos. Za­miast tego zsu­nę­łam ple­cak z ra­mion i od­wró­ci­łam się, żeby ją uści­skać. To mu­sia­ło wy­star­czyć.

– I jak? Mam na­dzie­ję, że spodo­bał ci się mój po­kój – do­biegł od stro­ny drzwi czyjś ni­ski głos.

– Bra­dy, prze­stań – ode­zwał się wu­jek ostrym to­nem.

– Dla­cze­go? Sta­ram się być uprzej­my – od­parł chło­pak. – Tak jak­by…

Sła­bo pa­mię­ta­łam swo­je­go ku­zy­na Bra­dy’ego. Ni­g­dy nie ba­wił się ze mną na ro­dzin­nych spę­dach. Za­wsze ga­niał z ja­kimś kum­plem, któ­re­go przy­wo­ził ze sobą.

A te­raz stał przede mną, opar­ty o fu­try­nę drzwi, z brą­zo­wy­mi wło­sa­mi opa­da­ją­cy­mi na oczy i krzy­wym uśmiesz­kiem. Nie wy­glą­dał na uszczę­śli­wio­ne­go. O nie, czyż­by od­da­li mi jego po­kój? Nie­do­brze. Nie chcia­łam mu go od­bie­rać.

– Bra­dy tyl­ko się po­pi­su­je – rzu­ci­ła po­śpiesz­nie cio­cia Co­ra­lee. – Ab­so­lut­nie mu nie prze­szka­dza, że prze­no­si się na pod­da­sze. Od dwóch lat nas za­mę­czał, żeby zro­bić mu tam po­kój, bo chce mieć wię­cej swo­bo­dy.

Po­czu­łam na swo­im ra­mie­niu do­tyk sze­ro­kiej dło­ni wuj­ka Bo­one’a, któ­ry sta­nął tuż obok mnie.

– Synu, na pew­no pa­mię­tasz Mag­gie – ode­zwał się nie­zno­szą­cym sprze­ci­wu to­nem.

Bra­dy nie spusz­czał ze mnie wzro­ku. Po­cząt­ko­wo spra­wiał wra­że­nie zi­ry­to­wa­ne­go, ale po chwi­li jego spoj­rze­nie zmię­kło i po­ja­wi­ło się w nim coś na kształt za­in­te­re­so­wa­nia.

– Uhm, pa­mię­tam.

– W po­nie­dzia­łek masz jej wszyst­ko po­ka­zać w szko­le – cią­gnął wu­jek. – Je­ste­ście w tej sa­mej kla­sie. Uda­ło nam się za­ła­twić, że Mag­gie bę­dzie cho­dzi­ła z tobą na nie­któ­re lek­cje, abyś mógł jej po­móc.

Mia­łam wra­że­nie, że Bra­dy już o tym do­sko­na­le wie, a in­for­ma­cja ta jest prze­zna­czo­na przede wszyst­kim dla mnie.

Bra­dy wes­tchnął, krę­cąc gło­wą.

– Do­bra, do­bra – mruk­nął i wy­szedł z po­ko­ju.

– Prze­pra­szam za nie­go – ode­zwa­ła się ciot­ka. – Ostat­nio wiecz­nie ma hu­mo­ry, trud­no z nim wy­trzy­mać.

Na­wet gdy­bym od­wa­ży­ła się ode­zwać, i tak nie mia­łam po­ję­cia, co na to od­po­wie­dzieć.

Ciot­ka ści­snę­ła mnie za ra­mię.

– Zo­sta­wi­my cię te­raz samą, że­byś się roz­pa­ko­wa­ła. I może tro­chę od­po­czę­ła. Gdy­byś mia­ła ocho­tę na to­wa­rzy­stwo, będę w kuch­ni ro­bić ko­la­cję. Mo­żesz ko­rzy­stać ze wszyst­kich po­ko­jów, je­śli tyl­ko chcesz. Czuj się jak u sie­bie w domu.

I znów pa­dło to sło­wo…Dom.

Cio­cia z wuj­kiem wy­szli na ko­ry­tarz, zo­sta­wia­jąc mnie na­resz­cie samą. Gdy tak sta­łam po­środ­ku przy­tul­ne­go błę­kit­ne­go po­ko­ju, ku swo­je­mu zdu­mie­niu zda­łam so­bie spra­wę, że w za­sa­dzie po­czu­łam się tu bez­piecz­nie. Choć by­łam prze­ko­na­na, że po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa opu­ści­ło mnie już wie­ki temu.

– Więc ty na­praw­dę nie ga­dasz? – Głos Bra­dy’ego prze­szył pa­nu­ją­cą w po­ko­ju ci­szę. Od­wró­ci­łam się i zo­ba­czy­łam, że ku­zyn znów stoi w drzwiach po­ko­ju.

Na­praw­dę mi za­le­ża­ło, żeby nie czuł do mnie ura­zy, że się tu po­ja­wi­łam. Nie wie­dzia­łam jed­nak, jak mam go prze­ko­nać, że będę się trzy­mać na ubo­czu. Że nie mam za­mia­ru kom­pli­ko­wać mu ży­cia.

– O w mor­dę, nie bę­dzie ła­two. Je­steś… – urwał, par­ska­jąc wy­mu­szo­nym śmie­chem. – To jesz­cze gor­szy ka­nał, niż my­śla­łem. Jesz­cze że­byś cho­ciaż była brzyd­ka.

Co pro­szę?

Bra­dy zmarsz­czył czo­ło.

– Po­sta­raj się nie wy­chy­lać, ja­sne? Mat­ka w koń­cu do­cze­ka­ła się có­recz­ki, któ­rej ni­g­dy nie mia­ła, ale co mi z tego, do cho­le­ry. Mam wła­sne ży­cie, cza­isz?

W od­po­wie­dzi kiw­nę­łam tyl­ko gło­wą. Ja­sne, że miał. Wy­so­ki, przy­stoj­ny, o ciem­nych wło­sach, orze­cho­wych oczach i sze­ro­kich ra­mio­nach z wy­raź­nie za­ry­so­wa­ny­mi pod ko­szul­ką mię­śnia­mi. Dziew­czy­ny mu­sia­ły za nim sza­leć, to było oczy­wi­ste.

Nie mia­łam za­mia­ru wcho­dzić mu w dro­gę, choć moje wtar­gnię­cie do jego domu – i po­ko­ju – rze­czy­wi­ście mo­gło tak wy­glą­dać. Jesz­cze na do­miar złe­go bę­dzie­my ra­zem cho­dzić na lek­cje.

Chcia­łam mu ja­koś dać do zro­zu­mie­nia, że nie musi się mną przej­mo­wać. Pod­nio­słam z pod­ło­gi ple­cak i wy­ję­łam z nie­go dłu­go­pis i no­tat­nik, któ­ry za­wsze no­si­łam przy so­bie.

– Co ro­bisz? – spy­tał, wy­raź­nie zbi­ty z tro­pu.

W od­po­wie­dzi na­kre­śli­łam po­śpiesz­nie kil­ka słów:

Przy­rze­kam, że nie będę ci wcho­dzić w dro­gę. Nie mu­sisz mnie niań­czyć w szko­le. Uda­waj przy ro­dzi­cach, że tak jest, ja cię nie wy­dam. Prze­pra­szam, że za­ję­łam twój po­kój. Za­mień­my się, je­śli chcesz.

Wrę­czy­łam no­tat­nik Bra­dy’emu. Kie­dy skoń­czył czy­tać, wes­tchnął prze­cią­gle i po­dał mi go z po­wro­tem.

– Mo­żesz tu zo­stać. Mama ma ra­cję, wolę pod­da­sze. Tak tyl­ko pa­ja­co­wa­łem. Wy­da­je ci się, że nie będę ci po­trzeb­ny w szko­le, ale sama zo­ba­czysz. Nic nie po­ra­dzi­my. – Po tych sło­wach znik­nął w ko­ry­ta­rzu.

Sta­nę­łam w drzwiach i pa­trzy­łam za nim, jak scho­dzi po scho­dach. Już mia­łam za­mknąć drzwi, gdy z dołu do­biegł mnie jego głos.

– Co na obiad?! – za­wo­łał.

– Spa­ghet­ti z kur­cza­kiem. Po­my­śla­łam so­bie, że Mag­gie też może za­sma­ku­je, sko­ro ty tak je lu­bisz – od­po­wie­dzia­ła cio­cia Co­ra­lee. A po­tem, zni­ża­jąc głos do szep­tu, do­da­ła: – Chcia­ła­bym, że­by­ście się le­piej po­zna­li.

– Wła­śnie z nią ga­da­łem. To jest, ekhm, coś mi na­pi­sa­ła – od­parł.

– I co? Praw­da, że jest uro­cza? – Głos cio­ci Co­ra­lee za­brzmiał cał­ko­wi­cie szcze­rze.

– Praw­da, mamo. Na­praw­dę uro­cza.

Ale w od­róż­nie­niu od niej Bra­dy nie wy­da­wał się o tym prze­ko­na­ny.

Roz­dział 2

Mó­wi­łem, że masz zmy­kać

West

Mu­sia­łem się na­pić. To mój głów­ny cel dzi­siej­sze­go wie­czo­ru.

Za­trza­sną­łem drzwi pi­ka­pa i ru­szy­łem w stro­nę pola, skąd do­bie­gał już ło­mot mu­zy­ki i gdzie mrok roz­świe­tla­ło pło­ną­ce ogni­sko. To miał być ostat­ni wol­ny piąt­ko­wy wie­czór, za­nim przez na­stęp­ne trzy mie­sią­ce w na­szym ży­ciu bę­dzie się li­czył tyl­ko fut­bol. Czas świę­to­wa­nia i za­ba­wy. Par­ki będą się bzy­kać na tyl­nych sie­dze­niach sa­mo­cho­dów, chło­pa­ki po­pi­jać piwo z pla­sti­ko­wych kub­ków, a przed koń­cem im­pre­zy ktoś na bank po­bi­je się o dziew­czy­nę. Ko­niec lata i po­czą­tek na­szej ostat­niej kla­sy w li­ceum.

Je­śli mia­łem się ba­wić, po­trze­bo­wa­łem piwa, naj­le­piej sze­ściu pu­szek. Wy­mio­tu­ją­cy krwią oj­ciec, któ­re­mu mat­ka ocie­ra czo­ło ze zwie­rzę­cym stra­chem w oczach, to było jak dla mnie sta­now­czo za wie­le. Po­wi­nie­nem był zo­stać w domu, ale nie mo­głem się na to zdo­być. Za każ­dym ra­zem, gdy ojcu się po­gar­sza­ło, od­zy­wał się we mnie mały chłop­czyk. Nie cier­pia­łem tego uczu­cia.

Ko­cha­łem swo­je­go tatę. Przez całe ży­cie był dla mnie wzo­rem. Jak to, do cho­le­ry, moż­li­we, że mogę go stra­cić?

Po­trzą­sną­łem gło­wą, wsu­wa­jąc dłoń we wło­sy i moc­no je szar­piąc. By­łem go­tów do po­wro­tu na bo­isko. W nas­tęp­ny pią­tek sta­nę na nim w ochra­nia­czach i ka­sku, ale już te­raz chcia­łem po­czuć odro­bi­nę fi­zycz­ne­go bólu. Po­czuć co­kol­wiek, byle uciec od rze­czy­wi­sto­ści.

Po­czu­łem wi­bra­cje te­le­fo­nu, więc się­gną­łem do kie­sze­ni. Za każ­dym ra­zem, gdy dzwo­nił, a ja by­łem poza do­mem, ogar­niał mnie tak sil­ny lęk, że aż ro­bi­ło mi się nie­do­brze. Wi­dząc na wy­świe­tla­czu imię Ra­le­igh, mo­jej dziew­czy­ny, mo­men­tal­nie po­czu­łem ulgę. To nie mama. Nic złe­go się nie dzie­je. Tata jest na­dal z nami, w domu.

– Hej – ode­zwa­łem się, zdzi­wio­ny, że do mnie dzwo­ni. Prze­cież wie­dzia­ła, że wy­bie­ram się na im­pre­zę.

– Przy­je­dziesz po mnie czy nie? – spy­ta­ła roz­draż­nio­nym gło­sem.

– Nie mó­wi­łaś, że mam przy­je­chać. Je­stem już na miej­scu.

– Se­rio? Nie przyj­dę, je­śli po mnie nie przy­je­dziesz, West!

Była wku­rzo­na. W su­mie żad­na no­wość, bo Ra­le­igh prze­waż­nie była na mnie o coś wku­rzo­na.

– W ta­kim ra­zie zo­ba­czy­my się kie­dy in­dziej. Nie mam dziś na­stro­ju na two­je nu­me­ry, Ray.

Ra­le­igh nie mia­ła po­ję­cia o moim ojcu. Nie chcia­łem, żeby lu­dzie do­wie­dzie­li się, jak bar­dzo jest cho­ry. Trzy­ma­li­śmy to w ta­jem­ni­cy, a po­nie­waż miej­sco­wy szpi­tal nie był w sta­nie le­czyć raka je­li­ta gru­be­go w tak za­awan­so­wa­nym sta­dium, wo­zi­li­śmy tatę do od­da­lo­ne­go o go­dzi­nę dro­gi Na­shvil­le. Zwy­kle w ma­łym mia­stecz­ku trud­no ukryć ta­kie rze­czy, ale ja­koś nam się uda­wa­ło. Było to o tyle ła­twiej­sze, że mama nie mia­ła w Law­ton zbyt wie­lu przy­ja­ciół.

Jako dzie­ciak kom­plet­nie tego nie ro­zu­mia­łem, ale te­raz wie­dzia­łem dla­cze­go. Mój tata był w li­ceum gwiaz­dą fut­bo­lu. Roz­sła­wił Law­ton, gra­jąc naj­pierw w dru­ży­nie Uni­wer­sy­te­tu Ala­ba­my, a po­tem wcho­dząc do skła­du New Or­le­ans Sa­ints. Z ko­lei mama była praw­dzi­wą księż­nicz­ką – jej sta­ry miał w kie­sze­ni pra­wie całą Lui­zja­nę. Tata za­ko­chał się w niej na za­bój.

Ja­kiś czas póź­niej, tuż po tym, jak uszko­dził so­bie ko­la­no i przez to po­grze­bał swo­ją spor­to­wą ka­rie­rę, oka­za­ło się, że jego dziew­czy­na jest w cią­ży. Po­bra­li się wbrew jej ro­dzi­nie, a po­tem za­brał ją ze sobą z po­wro­tem do Ala­ba­my. Jego ro­dzin­ne mia­stecz­ko wie­dzia­ło swo­je: on był ich bo­ha­te­rem, a ona im go ukra­dła. Od tego cza­su mi­nę­ło sie­dem­na­ście lat, a oni na­dal od­no­si­li się do niej z re­zer­wą. Ale mama spra­wia­ła wra­że­nie, jak­by w ogó­le jej to nie prze­szka­dza­ło. Ko­cha­ła tatę, on i ja by­li­śmy ca­łym jej świa­tem. To jej wy­star­cza­ło.

– Słu­chasz mnie?! – wy­rwał mnie z za­my­śle­nia pisk­liwy okrzyk Ra­le­igh.

Ra­le­igh i ja by­li­śmy spe­cy­ficz­ną parą: ona lu­bi­ła się ze mną po­ka­zy­wać, a mnie po­do­bał się jej ty­łek i cała resz­ta. Nie było mię­dzy nami uczu­cia ani za­ufa­nia. Cho­dzi­li­śmy ze sobą od po­nad roku, ale ła­two ją było trzy­mać na dy­stans. W tym mo­men­cie zresz­tą nie mia­łem cza­su na nic in­ne­go.

– Słu­chaj, Ray, nie chce mi się te­raz ga­dać. Mu­szę ode­tchnąć. Daj­my so­bie dziś spo­kój, po­ga­da­my w przy­szłym ty­go­dniu, do­bra?

Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, za­koń­czy­łem po­łą­cze­nie. I tak wie­dzia­łem, co od niej usły­szę: wy­mów­ki i groź­by, że prze­śpi się z któ­rymś z mo­ich kum­pli. Zna­łem to już na pa­mięć.

I praw­dę mó­wiąc, mia­łem to gdzieś.

Przy­śpie­szy­łem kro­ku, prze­dzie­ra­jąc się przez wy­so­ką tra­wę i mi­ja­jąc rząd drzew. Tuż za nimi roz­cią­ga­ło się otwar­te pole, na któ­rym zwy­kle im­pre­zo­wa­li­śmy. Na­le­ża­ło do dziad­ka Ry­ke­ra i Na­sha Lee. Byli ku­zy­na­mi i gra­li w na­szej dru­ży­nie. Star­szy pan po­zwa­lał urzą­dzać na nim im­pre­zy jesz­cze w cza­sach, gdy sam miał sy­nów w li­ceum. Pole znaj­do­wa­ło się już pra­wie poza mia­stem, naj­bliż­szej po­ło­żo­nym bu­dyn­kiem był wła­śnie dom dziad­ka, ale na­wet i on był od­da­lo­ny o pra­wie dwa ki­lo­me­try. Mo­gli­śmy więc im­pre­zo­wać do woli i nie oba­wiać się, że będą nas pod­glą­dać ja­cyś wścib­scy są­sie­dzi.

Prze­cze­sa­łem wzro­kiem pole, wy­ła­wia­jąc z tłu­mu syl­wet­kę Bra­dy’ego Hig­gen­sa, mo­je­go naj­lep­sze­go kum­pla jesz­cze z pod­sta­wów­ki. Po­da­wał do mnie pił­ki, od­kąd obo­je cho­dzi­li­śmy do szkół­ki pił­kar­skiej Pop War­ner. Był naj­lep­szym roz­gry­wa­ją­cym w ca­łym sta­nie, bez dwóch zdań.

Na mój wi­dok Bra­dy pod­niósł pusz­kę piwa w po­wi­tal­nym ge­ście. Sie­dział na pace swo­je­go pi­ka­pa, któ­rym wje­chał aż na pole, żeby wy­ko­rzy­stać za­mon­to­wa­ny w nim agre­gat do pod­łą­cze­nia mu­zy­ki. Mię­dzy jego no­ga­mi usa­do­wi­ła się Ivy Hol­lis. Nie było to dla ni­ko­go za­sko­cze­niem, sko­ro spę­dzi­li ze sobą więk­szość lata. Ivy mia­ła przed sobą ostat­nią kla­sę, była głów­ną che­er­le­ader­ką i ro­bi­ła wszyst­ko, by usi­dlić Bra­dy’ego. Zwłasz­cza że jego po­przed­nia dziew­czy­na skoń­czy­ła li­ceum i prze­pro­wa­dzi­ła się na dru­gi ko­niec kra­ju.

– Naj­wyż­sza pora – ode­zwał się Bra­dy z prze­śmiew­czą miną, rzu­ca­jąc mi pusz­kę piwa. Rzad­ko kie­dy po­zwa­lał so­bie na al­ko­hol. Nie żeby miał coś prze­ciw­ko, ale bar­dzo mu za­le­ża­ło, żeby w przy­szłym roku do­stać się do dru­ży­ny uni­wer­sy­tec­kiej. Mnie kie­dyś też, ale to było daw­no. Te­raz funk­cjo­no­wa­łem z dnia na dzień, mo­dląc się, żeby tata od nas nie od­szedł. Piwo było dla mnie ostat­nią de­ską ra­tun­ku na wszyst­kich na­szych im­pre­zach. Nie po­tra­fi­łem się od­ciąć od do­mo­wych pro­ble­mów, nic nie mo­głem na to po­ra­dzić. Mu­sia­łem więc ja­koś stę­pić umysł.

Bra­dy chy­ba po­dej­rze­wał, że coś jest na rze­czy, i pró­bo­wał to ze mnie wy­do­być. Jego mama była je­dy­ną ko­bie­tą w mie­ście, któ­ra oka­zy­wa­ła mo­jej ma­mie sym­pa­tię. W mi­nio­nych la­tach mnó­stwo razy za­pra­sza­ła nas na ko­la­cję, na świę­ta przy­no­si­ła nam tort red vel­vet i za­wsze znaj­dy­wa­ła czas, by po­ga­wę­dzić z mamą na me­czu. By­łem cie­kaw, czy mama jej się zwie­rza­ła.

– Gdzie Ra­le­igh? – spy­ta­ła Ivy.

Zby­łem ją mil­cze­niem. To, że była z Bra­dym, nie ozna­cza­ło jesz­cze, że mu­szę od­po­wia­dać na jej wścib­skie py­ta­nia. Od­wró­ci­łem się w kie­run­ku Gun­ne­ra Law­to­na. Tak, tak – ko­leś na­zy­wał się tak samo, jak ta prze­klę­ta mie­ści­na. Za­ło­żył ją jego pra­pra­pra­dzia­dek i pra­wie wszyst­ko tu na­le­ża­ło do jego ro­dzi­ny. Gun­ner był też re­we­la­cyj­nym skrzy­dło­wym, a to w tej dziu­rze li­czy­ło się naj­bar­dziej.

– Też je­steś sam? – spy­ta­łem go, przy­sia­da­jąc na beli sia­na obok pi­ka­pa.

Za­śmiał się.

– Wiesz, jak to jest. Nie mogę się zde­cy­do­wać, któ­rą wy­brać – od­parł z iro­nicz­nym uśmiesz­kiem.

Wy­star­czy­ło, że Gun­ner kiw­nął pal­cem, a dziew­czy­ny bie­gły do nie­go w pod­sko­kach. Ja­sne, że jego prze­chwał­ki były pa­skud­ne, ale kie­dy ktoś śpi na ka­sie w ta­kiej ma­łej mie­ści­nie, a przy tym jest gwiaz­do­rem li­ce­al­nej dru­ży­ny fut­bo­lo­wej, za­wsze bę­dzie miał bra­nie wśród la­sek. Szcze­gól­nie gdy nie­źle wy­glą­da.

– Po­ga­da­my o fut­bo­lu? – za­pro­po­no­wał Ry­ker Lee. Pod­szedł do nas i usiadł na pace pi­ka­pa obok Bra­dy’ego i Ivy.

– Wolę po­ga­dać o tym, jak się ogo­li­łeś – od­po­wie­dział Bra­dy, uśmie­cha­jąc się zło­śli­wie.

W ze­szłym roku Ry­ker za­rze­kał się, że za­pu­ści wło­sy i zro­bi so­bie dre­dy. Zdzi­wi­ło mnie, że ściął się na krót­ko już pierw­sze­go dnia tre­nin­gu. Wcze­śniej prze­by­wał z ro­dzi­ną u bab­ki w Geo­r­gii, więc nie wi­dzie­li­śmy go przez kil­ka ty­go­dni wa­ka­cji.

– Znu­dzi­ło mi się. Będę miał dre­dy, jak zo­sta­nę za­wo­dow­cem. Te­raz nie po­trze­bu­ję tego dzia­do­stwa – wy­ja­śnił, prze­cią­ga­jąc dło­nią po wło­sach. Wy­glą­da­ło, jak­by chciał jesz­cze coś do­dać, ale za­miast tego pod­niósł się i za­czął roz­glą­dać do­oko­ła, szcze­rząc głup­ko­wa­to zęby. – Ale chrza­nić fut­bol. Le­piej po­wiedz­cie mi, kto to jest.

Po­dą­ży­łem za jego wzro­kiem, żeby zo­ba­czyć, o kim mówi. Z da­le­ka od resz­ty im­pre­zo­wi­czów, pra­wie przy sa­mych drze­wach sta­ła nie­zna­na mi dziew­czy­na. Mia­ła dłu­gie, brą­zo­we wło­sy opa­da­ją­ce mięk­ki­mi fa­la­mi na ra­mio­na i nie­sa­mo­wi­te zie­lo­ne oczy, któ­re wła­śnie spo­glą­da­ły w na­szą stro­nę. Prze­su­ną­łem wzrok w dół po jej twa­rzy, za­wie­sza­jąc go na ró­żo­wych, ide­al­nie wy­kro­jo­nych ustach bez śla­du szmin­ki.

A jej fi­gu­ra… Ja­sna cho­le­ra, ale ta kiec­ka na niej leży!

– Zba­stuj – ode­zwał się ostrze­gaw­czym to­nem Bra­dy.

Chcia­łem się od­wró­cić i wy­czy­tać z jego twa­rzy, dla­cze­go in­te­re­su­je się ja­kąś nową dziew­czy­ną, sko­ro ma już jed­ną sie­dzą­cą mu wła­śnie mię­dzy no­ga­mi, ale nie by­łem w sta­nie ode­rwać od niej wzro­ku. Wy­glą­da­ła na za­gu­bio­ną. A ja mia­łem wiel­ką ocho­tę po­móc jej się od­na­leźć.

– Cze­mu, sta­ry? Go­rą­ca z niej la­ska, wy­glą­da, jak­by tyl­ko na mnie cze­ka­ła – za­pa­lił się Ry­ker.

– To moja ku­zyn­ka, kre­ty­nie – wark­nął Bra­dy.

Ku­zyn­ka? Ja­kim cu­dem miał na­gle ku­zyn­kę?

Ode­rwa­łem nie­chęt­nie wzrok od dziew­czy­ny, od­wra­ca­jąc gło­wę ku Bra­dy’emu.

– Od kie­dy ty masz ku­zyn­kę?

Bra­dy wy­wró­cił oczy.

– Po­zna­łeś ją. Wie­ki temu, na jed­nym z mo­ich ro­dzin­nych spę­dów w Ten­nes­see. Te­raz miesz­ka z nami. Nie star­tuj do niej, ja­sne? Ona nie jest… Ma swo­je pro­ble­my. Nie na­da­je się dla cie­bie – ostrzegł, po czym od­wró­cił się do Ry­ke­ra i do­dał: – Ani dla cie­bie.

– To ja jej po­mo­gę je roz­wią­zać! Je­stem cho­ler­nie do­bry w te kloc­ki – za­wo­łał Ry­ker, szcze­rząc zęby.

Nie mógł­bym po­wie­dzieć tego sa­me­go o so­bie. Mia­łem swo­je i chcia­łem się od nich ode­rwać, a nie ba­brać w czy­ichś. Poza tym jej pro­ble­my nie mo­gły się rów­nać z mo­imi. Ni­czy­je nie mo­gły.

– Ona nie gada – wy­ja­śnił Bra­dy. – W ogó­le. Przy­pro­wa­dzi­łem ją dzi­siaj, bo mat­ka mnie zmu­si­ła. Po­wie­dzia­łem, że może się trzy­mać ze mną, ale nie chcia­ła. Chy­ba ma nie po ko­lei w gło­wie, tak przy­pusz­czam.

Zer­k­ną­łem po­now­nie w jej kie­run­ku, ale już jej nie było. Więc Bra­dy ma bar­dzo atrak­cyj­ną, ale szur­nię­tą ku­zyn­kę nie­mo­wę. Bar­dzo dziw­ne.

– No to ki­cha. Do­cho­dzi do nas nowa faj­na la­ska i oczy­wi­ście to musi być two­ja ku­zy­necz­ka, a w do­dat­ku nie­mo­wa – stwier­dził Gun­ner, do­pi­ja­jąc piwo.

Bra­dy’emu wy­raź­nie nie spodo­ba­ła się ta uwa­ga. Wi­dzia­łem to po jego mi­nie.

Gun­ner miał jed­nak spo­ro ra­cji. W na­szej dziu­rze od pod­sta­wów­ki wiecz­nie mie­li­śmy do czy­nie­nia z tymi sa­my­mi dziew­czy­na­mi. Były nud­ne i głu­pie, a ja zdą­ży­łem się już prze­spać z co ład­niej­szy­mi. Nic god­ne­go uwa­gi. Wszyst­kie bez wy­jąt­ku były wku­rza­ją­ce jak dia­bli.

Gun­ner pod­niósł się na nogi.

– Idę po piwo – oznaj­mił, po czym od­szedł. Gun­ner gwa­ran­to­wał nam bez­pie­czeń­stwo na wszyst­kich im­pre­zach. Gdy­by przy­ła­pa­no nas na pi­ciu, jego oj­ciec miał od­po­wied­nie kon­tak­ty i mógł nas wy­cią­gnąć z kło­po­tów. Po­dej­rze­wa­łem, że po­li­cjan­ci do­brze o tym wie­dzie­li i dla­te­go w ogó­le nie za­pusz­cza­li się w tę oko­li­cę.

W tym mo­men­cie znów za­dzwo­ni­ła moja ko­mór­ka, a ja mo­men­tal­nie po­czu­łem ucisk w żo­łąd­ku. Wy­szarp­ną­łem ją po­śpiesz­nie z kie­sze­ni, zer­ka­jąc na wy­świe­tlacz: mama. Niech to szlag.

Nie tłu­ma­cząc się przed ni­kim, od­sta­wi­łem pusz­kę z pi­wem na zie­mię, od­sze­dłem ka­wa­łek na bok i do­pie­ro wte­dy ode­bra­łem.

– Mamo? Wszyst­ko w po­rząd­ku?

– Tak, tak. Dzwo­nię, żeby ci po­wie­dzieć, że zo­sta­wi­łam dla cie­bie ka­wa­łek sma­żo­ne­go kur­cza­ka w pie­kar­ni­ku. Aha, i by­ło­by do­brze, gdy­byś po dro­dze za­je­chał do Wal­mar­tu i ku­pił mle­ko.

Z ulgą wy­pu­ści­łem z płuc wstrzy­my­wa­ny bez­wied­nie od­dech. Uff, z tatą nie dzie­je się nic złe­go.

– Ja­sne, mamo. Za­ła­twię to mle­ko.

– Póź­no wró­cisz? – spy­ta­ła gło­sem, w któ­rym wy­czu­łem na­pię­cie. Coś przede mną ukry­wa­ła. Pew­nie tata zno­wu wy­mio­tu­je albo ma bóle.

– Będę… To zna­czy nie, nie­dłu­go wró­cę – za­pew­ni­łem ją.

Wy­da­ła z sie­bie wes­tchnie­nie ulgi.

– To do­brze. W ta­kim ra­zie jedź ostroż­nie i pa­mię­taj o pa­sach. Ko­cham cię.

– Ja też cię ko­cham, mamo.

Gdy skoń­czy­łem roz­mo­wę, do­tar­łem już do miej­sca, gdzie za­par­ko­wa­łem sa­mo­chód. I tak by­łem zde­cy­do­wa­ny wra­cać, jesz­cze za­nim mnie o to spy­ta­ła. Z tatą było co­raz go­rzej, prak­tycz­nie nie wsta­wał już z łóż­ka. Prze­klę­te ko­no­wa­ły nie po­tra­fi­ły nic wię­cej dla nie­go zro­bić!

Po­czu­łem ucisk w klat­ce, aż trud­no mi było od­dy­chać. Coś ta­kie­go zda­rza­ło mi się ostat­nio co­raz czę­ściej. Zu­peł­nie jak­by strach ści­skał mnie za gar­dło i trzy­mał tak dłu­go, że nie­mal tra­ci­łem od­dech.

Po­czu­łem wzbie­ra­ją­cy we mnie gniew. To ta­kie cho­ler­nie nie­spra­wie­dli­we! Tata jest do­brym czło­wie­kiem, nie za­słu­gu­je na taki los. Bóg sie­dzi so­bie spo­koj­nie gdzieś w gó­rze, po­zwa­la­jąc nam prze­cho­dzić przez pie­kło. Dla­cze­go to spo­ty­ka moją mamę? Prze­cież tak po­trze­bu­je męża. Ona też na to nie za­słu­gu­je.

– Niech to szlag! – wrza­sną­łem na całe gar­dło, wa­ląc obie­ma dłoń­mi w ma­skę swo­je­go pi­ka­pa. Ból zże­rał mnie od środ­ka, a ja nie mo­głem się przed ni­kim wy­ga­dać. Nie chcia­łem współ­czu­cia od ko­goś, kto nie ma po­ję­cia, co czu­ję, bo to tyl­ko po­gor­szy­ło­by sy­tu­ację.

Ką­tem oka za­uwa­ży­łem po le­wej stro­nie ja­kiś ruch. Gwał­tow­nie pod­nio­słem gło­wę, żeby spraw­dzić, kto był świad­kiem mo­jej chwi­li sła­bo­ści.

Pierw­szą rze­czą, jaka rzu­ci­ła mi się w oczy, była zna­jo­ma su­kien­ka. Ide­al­nie pod­kre­śla­ła jej zgrab­ną fi­gu­rę.

Ta dziew­czy­na ma wiel­kie szczę­ście, że nie mówi. Nie musi przed ni­kim ni­cze­go uda­wać. Ani się od­zy­wać, ani za­cho­wy­wać tak, jak wszy­scy ocze­ku­ją.

Prze­chy­li­ła gło­wę na bok, bacz­nie mi się przy­glą­da­jąc. Zu­peł­nie jak­by pró­bo­wa­ła się zo­rien­to­wać, czy mogę być groź­ny dla oto­cze­nia, czy ra­czej sam po­trze­bu­ję po­mo­cy. Fak­tycz­nie, jej cu­dow­ne wło­sy i peł­ne usta mo­gły­by mi po­móc choć na chwi­lę za­po­mnieć o pie­kle, ja­kim sta­ło się moje ży­cie.

Ode­rwa­łem dło­nie od sa­mo­cho­du i ru­szy­łem w jej stro­nę. Spo­dzie­wa­łem się, że uciek­nie, ale sta­ła w miej­scu.

Wcią­gną­łem po­wie­trze do płuc. Ucisk w gar­dle nie­co ze­lżał.

– I jak ci się wi­dzę, co? – spy­ta­łem z drwi­ną w na­dziei, że się spło­szy i so­bie pój­dzie. To było nie w po­rząd­ku od­gry­wać się na niej, żeby zła­go­dzić swój ból, ale by­łem wście­kły i nie po­tra­fi­łem się kon­tro­lo­wać. Nic dziw­ne­go, sko­ro przez cały czas się we mnie go­to­wa­ło. Tak jak każ­de­go, kto sta­nął na mo­jej dro­dze, rów­nież i ją mu­sia­łem od sie­bie ode­pchnąć – dla jej wła­sne­go do­bra.

Nie ode­zwa­ła się, ale do­strze­głem jej by­stre spoj­rze­nie. Nie była świ­ru­ską, jak twier­dził Bra­dy. Ta­kie rze­czy od razu wi­dać w oczach. Jej spoj­rze­nie było zbyt prze­ni­kli­we, zbyt in­te­li­gent­ne.

– Bę­dziesz się tak ga­pi­ła, jak­byś cze­goś ode mnie chcia­ła, i na­wet się nie ode­zwiesz? Nie­ład­nie.

Ostry ton mo­je­go gło­su spra­wił, że nie­zau­wa­żal­nie się wzdry­gną­łem. Mama spa­li­ła­by się prze­ze mnie ze wsty­du. Ale ona na­wet nie mru­gnę­ła okiem. Nie cof­nę­ła się i nie ode­zwa­ła ani sło­wem. Bra­dy mógł wy­ga­dy­wać o niej róż­ne bzdu­ry, ale w jed­nym miał ra­cję – fak­tycz­nie nie mó­wi­ła.

Ale cho­ciaż się nie ode­zwa­ła, było ja­sne, że nie jest mną za­in­te­re­so­wa­na. To była dla mnie no­wość. Nie spo­tka­łem się do­tąd z sy­tu­acją, by dziew­czy­na nie mia­ła ocho­ty na mój po­ca­łu­nek. Dla­te­go pod­sze­dłem do niej i ob­ją­łem dło­nią jej twarz. O rany, to nie była zwy­czaj­na twarz. Mu­sia­łem jej do­tknąć, żeby się prze­ko­nać, czy jest praw­dzi­wa. Nie­moż­li­we, by ist­niał ktoś rów­nie ide­al­ny. Każ­dy z nas ma ja­kieś fi­zycz­ne wady. Chcia­łem się prze­ko­nać z bli­ska, że ona też.

Prze­cią­gną­łem lek­ko kciu­kiem po jej dol­nej war­dze. Nie uży­wa­ła szmin­ki. Nie była jej po­trzeb­na – jej usta mia­ły na­tu­ral­nie ró­żo­wy ko­lor.

– Zmy­kaj stąd, póki jesz­cze czas – ostrze­głem ją, choć to ja po­wi­nie­nem był jak naj­szyb­ciej stąd odejść.

Nie po­ru­szy­ła się, wciąż wpa­tru­jąc się w moją twarz. Śmia­ło, bez jed­ne­go drgnię­cia. Je­dy­na rzecz, jaka ją zdra­dza­ła, to pul­su­ją­ca na szyi żyła. Była zde­ner­wo­wa­na, ale nie ru­szy­ła się z miej­sca – nie wia­do­mo czy, ze stra­chu, czy z cie­ka­wo­ści.

Zro­bi­łem krok na­przód, przy­ci­ska­jąc ją swo­im cia­łem do ro­sną­ce­go tuż za jej ple­ca­mi drze­wa.

– Mó­wi­łem, że masz zmy­kać – przy­po­mnia­łem, na­chy­la­jąc się do jej warg.

Roz­dział 3

Nie przej­muj się mną, skar­bie

Maggie

Obie­ca­łam so­bie, że zro­bię wszyst­ko, żeby nie kom­pli­ko­wać Bra­dy’emu ży­cia. W pią­tek wie­czo­rem cio­cia Co­ra­lee zmu­si­ła go, żeby za­brał mnie ze sobą na im­pre­zę. To była do­bra oka­zja, by mu udo­wod­nić, że nie musi się mną przej­mo­wać. Przez więk­szość cza­su kry­łam się w cie­niu, sama, z da­le­ka od ca­łe­go to­wa­rzy­stwa. Co pół go­dzi­ny spraw­dza­łam, czy Bra­dy na­dal tu jest i czy mnie nie szu­ka, a po­tem znów wy­co­fy­wa­łam się do swo­jej kry­jów­ki.

Mia­łam na­dzie­ję, że to nie bę­dzie się po­wta­rza­ło co ty­dzień. Nie chcę kryć się w ciem­no­ściach za każ­dym ra­zem, gdy Bra­dy bę­dzie szedł po­im­pre­zo­wać. Wo­la­ła­bym zo­stać w swo­im po­ko­ju i po­czy­tać. Wa­łę­sa­nie się sa­mot­nie na od­lu­dziu to wąt­pli­wa przy­jem­ność. Choć wy­da­rzy­ło się coś, przez co ta kosz­mar­na im­prez­ka zro­bi­ła się jak­by mniej… nud­na.

Przy­po­mi­na­jąc so­bie swo­ją przy­go­dę przy drze­wie, po­czu­łam, jak ob­le­wam się ru­mień­cem. Mój pierw­szy po­ca­łu­nek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, na do­da­tek z kimś, kogo w ogó­le nie znam. Był wy­so­ki i miał ciem­ne, lek­ko kę­dzie­rza­we wło­sy. A jego twarz… Zu­peł­nie jak­by Stwór­ca wy­my­ślił so­bie naj­bar­dziej atrak­cyj­ne mę­skie rysy i nadał je temu chło­pa­ko­wi.

Ale to nie był po­wód, dla któ­re­go tkwi­łam tam bez ru­chu, choć pró­bo­wał mnie od­ga­niać. Wszyst­ko przez jego oczy. Na­wet w ciem­no­ściach do­strze­głam to chłod­ne i cięż­kie spoj­rze­nie. Nie wi­dzia­łam ta­kie­go u ni­ko­go, poza samą sobą.

Po­wie­dział ma­mie przez te­le­fon, że ją ko­cha. A po­tem się roz­łą­czył i za­klął, z ca­łych sił wa­ląc dłoń­mi o ma­skę swo­je­go pi­ka­pa. Ktoś, kto w ten spo­sób zwra­cał się do mat­ki, nie mógł być zły. Nie bu­dził we mnie stra­chu.

Po­czu­łam, że mi go żal, więc zo­sta­łam, cho­ciaż ka­zał mi odejść. A po­tem mnie po­ca­ło­wał. Po­cząt­ko­wo ostro i gwał­tow­nie, jak­by chciał mi spra­wić ból, ale po­tem zła­god­niał i za­nim się zo­rien­to­wa­łam, za­ci­ska­łam kur­czo­wo pal­ce obu rąk na jego ko­szul­ce, czu­jąc, jak mięk­ną mi ko­la­na. Nie wiem, czy na­praw­dę wte­dy jęk­nę­łam, czy tyl­ko mi się wy­da­wa­ło. Mia­łam na­dzie­ję, że to dru­gie. Bio­rąc pod uwa­gę to, jak gwał­tow­nie się ode mnie ode­rwał i od­szedł, wo­la­ła­bym ni­cze­go po so­bie nie po­ka­zy­wać. Ża­ło­wa­łam też, że od­ru­cho­wo chwy­ci­łam go za ko­szul­kę.

Wszyst­ko skoń­czy­ło się tak samo szyb­ko, jak się za­czę­ło. Kie­dy się od­su­nął, nie ode­zwał się ani sło­wem, ani na­wet na mnie nie spoj­rzał. Po pro­stu od­wró­cił się, wsiadł do swo­je­go pi­ka­pa i od­je­chał. Nie mia­łam po­ję­cia, kim jest. Wie­dzia­łam je­dy­nie, że był przy­stoj­ny, że coś go drę­czy­ło i że po­da­ro­wał mi pierw­szy wart za­pa­mię­ta­nia po­ca­łu­nek w moim ży­ciu.

Dwie go­dzi­ny póź­niej, gdy Bra­dy w koń­cu po­sta­no­wił wra­cać do domu, zna­lazł mnie drze­mią­cą na zie­mi pod tam­tym pa­mięt­nym drze­wem. Był na mnie wście­kły i w dro­dze po­wrot­nej nie ode­zwał się ani sło­wem. Wspo­mnie­nie po­ca­łun­ku ze­szło na dru­gi plan, bo za­ję­łam się przede wszyst­kim ob­my­śla­niem stra­te­gii, jak mam po­stę­po­wać, żeby mój ku­zyn już na do­bre mnie nie znie­na­wi­dził.

W nie­dzie­lę, kie­dy Bra­dy wy­bie­rał się do ko­le­gi po­pły­wać w jego ba­se­nie, cio­cia Co­ra­lee pró­bo­wa­ła go na­mó­wić, żeby mnie ze sobą za­brał. Na­pi­sa­łam jej wte­dy, że za­czął mi się okres i nie mam ocho­ty na pły­wa­nie, więc po­zwo­li­ła mi zo­stać w domu.

Skoń­czy­ło się na tym, że Bra­dy prze­padł na cały dzień. Pew­nie wo­lał nie po­ka­zy­wać się w domu, żeby mat­ka znów nie pró­bo­wa­ła mu mnie wci­snąć.

Na­stęp­ne­go dnia za­czy­na­ła się szko­ła, więc Bra­dy usły­szał od niej całą li­ta­nię ob­ja­śnień, jak ma się mną opie­ko­wać. Szcze­rze mu współ­czu­łam, wi­dząc jego skwa­szo­ną minę. Dla­te­go kie­dy tyl­ko do­tar­li­śmy na miej­sce, na­pi­sa­łam mu na kart­ce:

Nie przej­muj się. Rób to, co za­wsze, sama do­trę do kla­sy. Dam so­bie radę. Po­wiem cio­ci Co­ra­lee, że się mną zaj­mo­wa­łeś, tak jak ka­za­ła. Nie mu­sisz opro­wa­dzać mnie po szko­le. Za­ła­twię wszyst­ko sama.

Nie wy­glą­dał na prze­ko­na­ne­go, ale ski­nął po­ta­ku­ją­co gło­wą i so­bie po­szedł, zo­sta­wia­jąc mnie samą przy wej­ściu.

Na szczę­ście ciot­ka Co­ra­lee uprze­dzi­ła w szko­le, że nie mó­wię. Bez pro­ble­mu zgo­dzi­li się, że­bym pi­sa­ła na kart­ce to, co chcę po­wie­dzieć. Do­sta­łam plan lek­cji, a po­tem spy­ta­no mnie o Bra­dy’ego – wi­docz­nie cio­cia wspo­mnia­ła, że ma się mną opie­ko­wać. Skła­ma­łam i na­pi­sa­łam, że po­szedł do to­a­le­ty i za chwi­lę spo­tka­my się na ko­ry­ta­rzu.

W głę­bi du­szy mia­łam cień, no do­bra, znacz­nie wię­cej niż cień na­dziei, że wy­pa­trzę tu gdzieś chło­pa­ka z im­pre­zy. Chcia­łam mu się le­piej przyj­rzeć w świe­tle dzien­nym, prze­ko­nać się, czy wszyst­ko z nim w po­rząd­ku. Może jest szan­sa, że i on chce się ze mną zo­ba­czyć?

Wy­bra­łam się na po­szu­ki­wa­nie swo­jej szaf­ki, za­do­wo­lo­na z tego, co do tej pory uda­ło mi się za­ła­twić. Nie­ste­ty, te­raz za­czę­ły się scho­dy. W ko­ry­ta­rzu kłę­bi­ły się praw­dzi­we tłu­my. Wie­lu uczniów sta­ło lub ob­ścis­ki­wa­ło się przed swo­imi szaf­ka­mi, cał­kiem za­sła­nia­jąc mi wi­dok. W ten spo­sób mia­łam mar­ne szan­se na zna­le­zie­nie nu­me­ru 654.

– Da­jesz radę? – do­biegł mnie z tyłu głos Bra­dy’ego. Kiw­nę­łam po­ta­ku­ją­co gło­wą, nie chcąc się przy­znać, że utknę­łam i pew­nie spóź­nię się na lek­cję.

– Gdzie masz szaf­kę? – chciał wie­dzieć.

Za­wa­ha­łam się na mo­ment, nie wie­dząc, jak mu od­po­wie­dzieć. W koń­cu po­ka­za­łam mu po pro­stu kart­kę z nu­me­rem.

– Już ją mi­nę­łaś – za­uwa­żył, wska­zu­jąc gło­wą na dru­gą stro­nę ko­ry­ta­rza. – Chodź, po­ka­żę ci.

Nie mia­łam cza­su, żeby za­pro­te­sto­wać, więc po­szłam za nim. Wi­dać było, że chce mi po­móc z wła­snej woli, a szcze­rze mó­wiąc, było mi to w tej chwi­li bar­dzo na rękę.

Choć ja mu­sia­łam prze­ci­skać się przez za­tło­czo­ny ko­ry­tarz, Bra­dy nie miał tego pro­ble­mu, bo na jego wi­dok tłum roz­stę­po­wał się, żeby zro­bić mu przej­ście, jak Mo­rze Czer­wo­ne przed Moj­że­szem.

– Ej, ob­ma­cuj­cie się tro­chę da­lej. Mag­gie nie może się do­stać do tej prze­klę­tej szaf­ki – po­wie­dział Bra­dy do jed­nej z mig­da­lą­cych się par.

– Co za Mag­gie? – spy­ta­ła dziew­czy­na, od­wra­ca­jąc gło­wę w moim kie­run­ku. Mia­ła wiel­kie piw­ne oczy, oliw­ko­wą cerę i nie mniej efek­tow­ne, dłu­gie czar­ne wło­sy.

– Moja ku­zyn­ka – wy­ja­śnił Bra­dy po­iry­to­wa­nym gło­sem.

– Masz ku­zyn­kę? – spy­ta­ła ze zdu­mie­niem. Dło­nie chło­pa­ka, wcze­śniej obej­mu­ją­ce jej ty­łek, prze­su­nę­ły się na bio­dra i od­cią­gnę­ły ją na bok. Za­nim zdą­ży­łam doj­rzeć jego twarz, Bra­dy cof­nął się o krok i otwo­rzył moją szaf­kę.

– Pro­szę. Jak­byś cze­goś jesz­cze po­trze­bo­wa­ła, daj znać, będę w po­bli­żu.

Po tych sło­wach ulot­nił się, zo­sta­wia­jąc mnie samą.

Sta­ra­łam się nie pa­trzeć w kie­run­ku sto­ją­cej obok mnie pary. Dziew­czy­na za­chi­cho­ta­ła, po­tem usły­sza­łam szep­czą­ce­go coś do niej chło­pa­ka. Z tego, co mó­wił, dało się wy­raź­nie wy­ło­wić sło­wo „nie­mo­wa”. Pew­nie Bra­dy wszyst­ko już roz­ga­dał. No cóż, przy­naj­mniej będę mia­ła spo­kój, bo nikt nie bę­dzie mnie za­cze­piać.

– Ona nie gada? – od­szep­nę­ła mu dziew­czy­na, na tyle gło­śno, że do­tar­ło to do mo­ich uszu.

Szyb­ko scho­wa­łam książ­ki do szaf­ki, jesz­cze raz upew­ni­łam się, że mam przy so­bie ze­szy­ty po­trzeb­ne na pierw­szą lek­cję, i za­trza­snę­łam drzwicz­ki. Spu­ści­łam ni­sko gło­wę, sta­ra­jąc się nie pa­trzeć na parę obok, ale mój wzrok przy­pad­ko­wo wy­lą­do­wał na dło­niach chło­pa­ka, znów ści­ska­ją­cych ty­łek dziew­czy­ny. Naj­wy­raź­niej trze­ba bę­dzie przy­zwy­cza­ić się do ta­kich wi­do­ków.

Od­wró­ci­łam się ze spusz­czo­ną gło­wą i już chcia­łam ru­szyć przed sie­bie ko­ry­ta­rzem, gdy na­gle po­trą­ci­ła mnie czy­jaś bar­czy­sta syl­wet­ka, aż za­to­czy­łam się do tyłu.

– O kur­de, sor­ki – usły­sza­łam mę­ski głos, gdy wpa­da­łam z im­pe­tem na zna­jo­mą, po­now­nie ob­ści­sku­ją­cą się parę. Po pro­stu su­per.

– Nic ci nie jest? – spy­tał chło­pak, z któ­rym się zde­rzy­łam.

Pod­nio­słam gło­wę i na­po­tka­łam wzro­kiem parę chy­ba naj­bar­dziej błę­kit­nych oczu na świe­cie, na do­da­tek na tle ape­tycz­nie ka­ka­owej cery. Na­praw­dę ro­bi­ły wra­że­nie, szko­da tyl­ko, że nie na­le­ża­ły do ta­jem­ni­cze­go chło­pa­ka z im­pre­zy.

– Gdzie się pchasz! – wark­nę­ła dziew­czy­na za mo­imi ple­ca­mi i ode­pchnę­ła mnie od sie­bie.

Ze­szyt i no­tes wy­pa­dły mi z rąk na pod­ło­gę, tyl­ko po­więk­sza­jąc całe za­mie­sza­nie. Nie chcia­łam zwra­cać na sie­bie nie­po­trzeb­nie uwa­gi, ale te­raz nie dało się tego unik­nąć.

– Zli­tuj się, Ra­le­igh, to ja na nią wpa­dłem. Wy­lu­zuj, co? – rzu­cił w jej stro­nę chło­pak, schy­la­jąc się po moje rze­czy. Przy­glą­da­łam się jak za­hip­no­ty­zo­wa­na jego moc­no za­ry­so­wa­nym mię­śniom, wy­py­cha­ją­cym ma­te­riał do­pa­so­wa­nej ko­szul­ki.

Ra­le­igh za­śmia­ła się krót­ko, z wy­raź­nie szy­der­czą nutą w gło­sie.

– Ona jest nie­mo­wą, Nash. I ku­zy­necz­ką Bra­dy’ego. Mo­żesz prze­stać zgry­wać przed nią ry­ce­rza, nie jest w two­im ty­pie.

W tym mo­men­cie usły­sza­łam za sobą czyjś głos.

– Nie bądź wred­na, kot­ku.

Ten głos. Za­mar­łam w bez­ru­chu. Zna­łam go. Nie… bła­gam, tyl­ko nie to.

– Bra­dy ma ku­zyn­kę? – spy­tał Nash, pro­stu­jąc się i po­da­jąc mi moje ze­szy­ty.

Ba­łam się od­wró­cić i spoj­rzeć za sie­bie. Mu­sia­łam się po­my­lić. Chło­pak ob­ści­sku­ją­cy się z dziew­czy­ną tuż obok mnie nie może prze­cież być tym sa­mym, któ­ry po­ca­ło­wał mnie na piąt­ko­wej im­pre­zie. Tam­ten tak cie­pło roz­ma­wiał ze swo­ją mat­ką. Czy taki ktoś był­by w sta­nie ca­ło­wać się z inną, sko­ro miał już dziew­czy­nę? Czyż­by wca­le nie był taki faj­ny, jak mi się wy­da­wa­ło? Ubz­du­ra­łam so­bie to wszyst­ko, kie­dy przez cały week­end od­twa­rza­łam w my­ślach sce­nę na­sze­go po­ca­łun­ku. Sta­ra­jąc się za­cho­wać opa­no­wa­nie, ode­bra­łam swo­je ze­szy­ty od Na­sha i przy­ci­snę­łam je do sie­bie.

– No jed­nak ma. Zdziw­ko, co nie?

Zno­wu ten głos… To on. O Boże… Nie ma mowy o po­mył­ce.

Spu­ści­łam wzrok i wbi­łam go w ze­szy­ty. Nie chcia­łam na ni­ko­go pa­trzeć, czu­łam, jak po­czer­wie­nia­ły mi po­licz­ki. Za­le­ża­ło mi tyl­ko na tym, by jak naj­szyb­ciej zo­stać sama i w spo­ko­ju prze­tra­wić nie­mi­łą nie­spo­dzian­kę, jaka mnie dziś rano spo­tka­ła.

– Jest na czym za­wie­sić oko – do­dał mój ta­jem­ni­czy nie­zna­jo­my – ale Bra­dy wy­ra­ził się ja­sno, że mamy do niej nie star­to­wać. Więc Ray ma ra­cję, od­puść so­bie. Tak jak ja.

Ale prze­cież wca­le tak nie zro­bił. Czy wte­dy już wie­dział, że Bra­dy ka­zał wszyst­kim trzy­mać się ode mnie z da­le­ka? I dla­cze­go te­raz uda­wał, że w ogó­le się nie zna­my? Co za du­pek! I ja po­zwo­li­łam mu się po­ca­ło­wać. Co też mi przy­szło do gło­wy? Za­zwy­czaj na wi­dok przy­stoj­nej buź­ki nie mię­kły mi nogi. Mój oj­ciec taki był i mat­ka ni­g­dy nie mo­gła na nie­go li­czyć. Ja by­łam na to za mą­dra. To błąd, któ­re­go wię­cej nie po­peł­nię.

– Tak jak ja? A cóż to niby ma zna­czyć? – ode­zwa­ła się pod­nie­sio­nym gło­sem Ra­le­igh, od­py­cha­jąc chło­pa­ka od sie­bie. Od­su­nę­łam się na bok, żeby zejść jej z dro­gi.

– Prze­cież mó­wię, jest na czym za­wie­sić oko – po­wtó­rzył.

Ce­lo­wo był wred­ny dla swo­jej dziew­czy­ny i na do­da­tek wy­ko­rzy­sty­wał do tego mnie. Nie zno­si­łam ta­kie­go sa­dy­zmu. Po­czu­łam, jak wzbie­ra we mnie gniew. To była jed­na z nie­licz­nych chwil, gdy mia­łam ocho­tę się ode­zwać. Nie, na­wet nie tyle ode­zwać, ile wrza­snąć! Ale ja­koś się po­wstrzy­ma­łam.

Po­czu­łam, jak pło­nie mi twarz – z za­że­no­wa­nia, gnie­wu i za­wo­du. Jaka szko­da, że Bra­dy na mnie nie po­cze­kał. Nie mia­łam po­ję­cia, w któ­rą stro­nę pójść, a w tej kosz­mar­nej sy­tu­acji nie mo­głam ot tak wy­jąć pla­nu szko­ły i za­cząć go stu­dio­wać. Po­czu­łam, że cała drżę. Ro­zej­rza­łam się ukrad­kiem na boki, za­sta­na­wia­jąc się, któ­rą dro­gę uciecz­ki wy­brać.

– Prze­cież to nie­mo­wa! – wrza­snę­ła dziew­czy­na, po czym za­sy­cza­ła z wście­kło­ścią: – Na­praw­dę nie wiem, jak ja z tobą wy­trzy­mu­ję. Mo­gła­bym mieć każ­de­go. Każ­de­go, West! Sły­szysz?!

West. Miał na imię West. Chy­ba po­win­no się znać imię chło­pa­ka od pierw­sze­go po­waż­ne­go po­ca­łun­ku, ale on nic mnie nie ob­cho­dził. Chcia­łam cał­kiem wy­ma­zać z pa­mię­ci jego i tam­ten fe­ral­ny wie­czór.

– Mnie na pew­no nie. Nie za­da­ję się z wa­riat­ka­mi – od­pa­ro­wał Nash. Pod­nio­słam na nie­go wzrok, a on pu­ścił do mnie oko. Spo­glą­dał na mnie cie­pło i przy­jaź­nie. Ni­cze­go ta­kie­go nie za­uwa­ży­łam w spoj­rze­niu We­sta. Dla­cze­go to nie Nash mnie po­ca­ło­wał?

West za­śmiał się z ri­po­sty Na­sha.

– Cie­bie na­wet nie bio­rę pod uwa­gę – wy­sy­cza­ła Ra­le­igh. – Tata po­zwa­la mi się spo­ty­kać tyl­ko z bia­ły­mi.

Na te sło­wa cała ze­sztyw­nia­łam. Czy ona na­praw­dę to po­wie­dzia­ła? Nash nie był czy­stej krwi bia­łym, to fakt, za to miał cu­dow­ny od­cień skó­ry.

– Oho, oho, wiel­ka stra­ta – od­parł Nash, wy­raź­nie roz­ba­wio­ny. – Wi­dzę, że sza­now­ny ta­tuś na­dal nie może prze­żyć, że jego uko­cha­na wy­szła za czar­ne­go. To było wie­ki temu, Ra­le­igh. Na­praw­dę po­wi­nien już od­pu­ścić i za­cząć ży­cie na nowo. Tak jak moja mat­ka.

No, no, no. Ja­kie te małe mia­stecz­ka po­tra­fią być… małe.

Nash prze­niósł wzrok z po­wro­tem na mnie.

– Po­móc ci zna­leźć salę na pierw­szą lek­cję? – spy­tał.

Ra­le­igh nie dała jed­nak za wy­gra­ną.

– Po­zwo­lisz mu tak się do mnie zwra­cać? – spy­ta­ła gniew­nie We­sta.

– Sama za­czę­łaś. On się tyl­ko od­gryzł – za­uwa­żył spo­koj­nie West.

– Mam tego do­syć, West! – wrza­snę­ła, po czym od­wró­ci­ła się i ode­szła wście­kła.

Da­ła­bym wszyst­ko, żeby zna­leźć się w swo­jej kla­sie. Wy­ję­łam z kie­sze­ni plan, żeby spraw­dzić, w któ­rej sali mam pierw­szą lek­cję, nie przej­mu­jąc się dłu­żej, że drżą mi ręce. Byle tyl­ko zna­leźć się da­le­ko stąd. Da­le­ko od We­sta.

– Jaką masz pierw­szą lek­cję? – spy­tał Nash.

– Ona na­praw­dę nie gada. To nie była pod­pu­cha – roz­legł się za mo­imi ple­ca­mi głos We­sta.

Nie chcia­łam pod­no­sić wzro­ku, ale nie mo­głam się po­wstrzy­mać. Zer­k­nę­łam przez ra­mię na We­sta, żeby mieć ab­so­lut­ną pew­ność, że to on. Głos ten sam, ale chcia­łam zo­ba­czyć jego twarz. Na­dal tli­ły się we mnie reszt­ki na­dziei, że chło­pak, któ­ry mnie po­ca­ło­wał, jest sym­pa­tycz­niej­szy niż ten za mną.

Nic z tego. W świe­tle dzien­nym wy­da­wał się jesz­cze przy­stoj­niej­szy niż wte­dy w ciem­no­ściach. Szyb­ko opu­ści­łam wzrok z po­wro­tem na plan, żeby mnie nie przy­ła­pał, jak się na nie­go ga­pię. Nie­na­wi­dzi­łam go. Tak samo jak każ­de­go, kto nie li­czy się z uczu­cia­mi in­nych.

– Masz to od uro­dze­nia? – chciał wie­dzieć Nash. Wo­la­ła­bym, żeby dał mi już spo­kój. Kom­plet­nie nie wie­dzia­łam, jak się wo­bec nie­go za­cho­wać. Był bar­dzo faj­ny, ale nie mia­łam za­mia­ru z nim roz­ma­wiać.

West nie­spo­dzie­wa­nie pod­szedł bli­żej, sta­jąc na­prze­ciw­ko mnie ze znu­dzo­ną miną. Przed chwi­lą ze­rwa­ła z nim dziew­czy­na, ale to naj­wy­raź­niej nie zro­bi­ło na nim żad­ne­go wra­że­nia. Trze­ba być na­praw­dę pod­łym dra­niem, żeby tak za­re­ago­wać.

Unio­słam wzrok, na­po­ty­ka­jąc spoj­rze­nie jego ciem­no­błę­kit­nych, oko­lo­nych dłu­gi­mi rzę­sa­mi oczu. Nie były aż tak nie­sa­mo­wi­te jak u Na­sha – za­ło­żę się, że ta­kich nie ma nikt na ca­łym świe­cie – ale kry­ło się w nich o wie­le wię­cej, niż uda­ło mi się do­strzec w tam­ten piąt­ko­wy wie­czór. Ból, strach, re­zer­wa. Do­kład­nie to samo, co wi­dzia­łam w swo­ich wła­snych, gdy spo­glą­da­łam w lu­stro.

– O kur­de, z bli­ska jest jesz­cze ład­niej­sza – oznaj­mił West, prze­chy­la­jąc gło­wę w bok i bacz­nie mi się przy­glą­da­jąc. – Mógł­bym na­wet za­po­mnieć, że nie po­tra­fi ga­dać.

Przy­glą­dał mi się, jak­by nie do­ty­kał wcze­śniej swo­imi sze­ro­ki­mi dłoń­mi mo­jej twa­rzy. Po­czu­łam, jak mój żo­łą­dek za­ci­ska się w cia­sny su­peł. Zna­łam ko­goś, kto był sza­lo­ny i bez­li­to­sny. Był czę­ścią mo­je­go ży­cia, wie­le przez nie­go prze­szłam. Dla­te­go ba­łam się ta­kich lu­dzi. Gdy­by nie ból i smu­tek wi­docz­ny w oczach We­sta, da­ła­bym mu w twarz. Ale w tym mo­men­cie za­le­ża­ło mi tyl­ko na tym, żeby zna­leźć się od nie­go jak naj­da­lej. Nie był do­brym czło­wie­kiem, coś go skrzy­wi­ło. Ja wy­bra­łam mil­cze­nie jako le­kar­stwo na ból, a on po­sta­no­wił le­czyć swój, ra­niąc in­nych.

– Ona nie gada, kre­ty­nie, ale nie jest głu­cha – wark­nął Nash.

Na war­gach We­sta za­drgał lek­ki uśmie­szek, ale jego oczy po­zo­sta­ły chłod­ne. Czy jego kum­ple tego nie wi­dzą? Nie zda­ją so­bie spra­wy, że ukry­wa ból, któ­ry go drę­czy i za­mie­nia w po­two­ra?

– Nie przej­muj się mną, skar­bie, nie war­to. Je­stem dup­kiem – oznaj­mił, jak­by chciał mnie prze­pro­sić. Tyl­ko wła­ści­wie za co? Że mnie po­ca­ło­wał? Że zdra­dził swo­ją dziew­czy­nę? Że z każ­dym ko­lej­nym sło­wem wy­cho­dzi na jaw, ja­kim jest skoń­czo­nym pa­lan­tem?

Ci, któ­rym znisz­czo­no ży­cie, zwy­kle ni­g­dy nie do­cho­dzą do sie­bie. Wie­dzia­łam o tym aż za do­brze. Każ­dy, kto pró­bu­je im w tym po­móc, po­no­si klę­skę. Ale lu­dzie nie ro­dzą się okrut­ni, to ży­cie ich zmie­nia. Przy­naj­mniej tak twier­dzi­ła pew­na psy­cho­log, kie­dy pró­bo­wa­ła roz­ma­wiać ze mną o ojcu.

Zde­cy­do­wa­nym ru­chem od­su­nę­łam się od We­sta, uno­sząc wy­so­ko gło­wę. Po­sła­łam mu ostre spoj­rze­nie, któ­re mó­wi­ło znacz­nie wię­cej niż sło­wa. Na szczę­ście po­tra­fił je wła­ści­wie od­czy­tać, bo zre­zy­gno­wał, od­wró­cił się i od­szedł.

Pa­trzy­łam za nim, za­sta­na­wia­jąc się, czy jest ktoś, kto wie, dla­cze­go West tak się za­cho­wu­je. Kto zna praw­dę, kry­ją­cą się pod ma­ską okru­cień­stwa. Jego dziew­czy­na ra­czej nie, bo nie ze­rwa­ła­by z nim w ten spo­sób. Ema­no­wa­ła od nie­go taka pew­ność sie­bie, że chy­ba nikt nie po­tra­fił do­strzec, co go drę­czy.

Choć wie­dzia­łam, jaki po­tra­fi być nie­przy­jem­ny, i bar­dzo sta­ra­łam się go znie­na­wi­dzić, nie by­łam w sta­nie za­po­mnieć jego roz­mo­wy z mat­ką. Po­wie­dział, że ją ko­cha. Ten ból w jego gło­sie…

– Daj so­bie spo­kój – ode­zwał się ostrze­gaw­czym to­nem sto­ją­cy za mo­imi ple­ca­mi Nash. – To kiep­ski po­mysł, skar­bie. West to mój naj­lep­szy kum­pel, ale jest ni­czym tru­ci­zna dla ta­kich dziew­czyn jak ty. Nie ob­cho­dzi go nikt poza sa­mym sobą.

Nash nie­po­trzeb­nie się o mnie mar­twił. Nie mia­łam za­mia­ru wię­cej zbli­żać się do We­sta. Wy­star­czy, że już raz mu na to po­zwo­li­łam, a te­raz wy­glą­da­ło, jak­by wca­le tego nie pa­mię­tał. Na pew­no nie roz­pa­mię­ty­wał przez cały week­end na­sze­go po­ca­łun­ku tak jak ja.

W każ­dym ra­zie West za­słu­gi­wał na po­moc. Ktoś po­wi­nien się do nie­go zbli­żyć, do­trzeć do jego praw­dzi­we­go ja. Nikt nie po­tra­fił oca­lić mo­je­go ojca i przez to zo­sta­wiał za sobą je­dy­nie zglisz­cza i cier­pie­nie. Było ja­sne, że West roz­pacz­li­wie po­trze­bu­je po­moc­nej dło­ni. Ale to nie bę­dzie moja dłoń. Ja mu­sia­łam wal­czyć z wła­sny­mi de­mo­na­mi.

Roz­dział 4

Ko­cham cię, mamo

West

– Gdzie Bra­dy? – spy­tał Nash, sia­da­jąc przy na­szym sto­li­ku w sto­łów­ce.

– Po­ję­cia nie mam. Pew­nie ze swo­ją ku­zy­necz­ką – od­par­łem, nie da­jąc po so­bie po­znać, że trzy­ma­łem ją w ra­mio­nach, a nasz po­ca­łu­nek nie­źle mną wstrzą­snął. Rany, był na­praw­dę nie­sa­mo­wi­ty. Tam­tej nocy le­ża­łem póź­niej w swo­im łóż­ku i cały czas roz­my­śla­łem, czy ona też tak uwa­ża. Przy­po­mi­na­łem so­bie do­tyk jej dło­ni na mo­jej pier­si i przy­wie­ra­ją­ce­go do mnie cia­ła. W ta­kiej chwi­li jak tam­ta by­łem go­tów o wszyst­kim za­po­mnieć. Nie roz­my­ślać o swo­im ży­ciu i tym, z czym mu­sia­łem się zmie­rzyć za każ­dym ra­zem, gdy wra­ca­łem do domu.

Wte­dy ona wy­da­ła z sie­bie ci­chy jęk, któ­ry wy­rwał mnie z transu. Więc jed­nak po­tra­fi­ła mó­wić. A ja ot tak przy­par­łem ją do drze­wa i wy­ko­rzy­sta­łem, bo aku­rat mia­łem na to ocho­tę. Ale ze mnie po­twór. Nie za­słu­gi­wa­ła na ta­kie trak­to­wa­nie.

Mu­sia­łem się od niej jak naj­szyb­ciej uwol­nić, więc zo­sta­wi­łem ją wte­dy bez sło­wa i od­sze­dłem. Na­wet na nią nie spoj­rza­łem. Wy­star­czył­by je­den rzut oka na jej na­brzmia­łe od po­ca­łun­ku war­gi, że­bym znów do nich się­gnął. Była taka pięk­na, cu­dow­nie było czuć bli­skość jej cia­ła.

Już nie wspo­mnę o tym, że gdy­by Bra­dy się do­wie­dział, że ca­ło­wa­łem jego ku­zyn­kę, pew­nie stłukł­by mnie na kwa­śne jabł­ko. I słusz­nie. Była dla mnie za do­bra.

– Ona fak­tycz­nie nie gada. Mie­li­śmy ra­zem dru­gą lek­cję – oznaj­mił Asa Grif­fith. Wy­stę­po­wał w na­szej dru­ży­nie na po­zy­cji bie­ga­cza i grał z nami od pod­sta­wów­ki. – Po­my­śl­cie tyl­ko, taka su­per­la­ska i nie dziam­ga ci za usza­mi! Nor­mal­nie ide­ał.

Sie­dzą­cy nie­co da­lej przy sto­le Nash aż pod­sko­czył na swo­im miej­scu.

– Przy­mknij się, co? Ona jest ku­zyn­ką Bra­dy’ego. – Sły­chać było po gło­sie, że jest wku­rzo­ny. Wi­dzia­łem, jak na nią pa­trzył na ko­ry­ta­rzu dziś rano. Bły­ska­wicz­nie się w niej za­bu­jał. I je­śli mam być ze sobą szcze­ry, bar­dzo mi się to nie po­do­ba­ło.

– Mó­wię se­rio. Jest wy­strza­ło­wa i nie gada. Czy może być coś lep­sze­go? – spy­tał Asa.

Wo­la­łem tego nie ko­men­to­wać. Choć Ra­le­igh po­tra­fi­ła nie­źle dać po­pa­lić, ni­ko­mu nie ży­czył­bym, żeby był nie­mo­wą. Wie­dzia­łem, że Asa tyl­ko żar­tu­je, ale to było wred­ne. Bre­dził zu­peł­nie bez za­sta­no­wie­nia.

– Była w pią­tek na im­pre­zie. Bra­dy twier­dzi, że coś z nią nie halo i nie chce, że­by­śmy do niej star­to­wa­li – do­rzu­cił swo­je trzy gro­sze Ry­ker, sia­da­jąc na­prze­ciw­ko ku­zy­na. – Ona nie tyl­ko nie gada, ale po­noć ma coś z gło­wą.

Nash wpa­try­wał się przez dłuż­szą chwi­lę w Ry­ke­ra z nie­do­wie­rza­ją­cą miną.

– Nie wy­glą­da na wa­riat­kę.

Przy­zna­łem mu w du­chu ra­cję. Z gło­wą Mag­gie było wszyst­ko w po­rząd­ku – tego mo­głem być pew­ny. Bra­dy chy­ba spe­cjal­nie na­ga­dał nam ta­kich bred­ni. Dziew­czy­na była by­stra i in­te­li­gent­na, wy­star­czy­ło spoj­rzeć jej w oczy. Kie­dy po­sła­ła mi wście­kłe spoj­rze­nie, do­strze­głem w nich gniew i roz­cza­ro­wa­nie. Po­ka­za­łem się jej od jak naj­gor­szej stro­ny, ale tak mia­ło być. Po tam­tym po­ca­łun­ku ce­lo­wo chcia­łem ją od sie­bie od­stra­szyć. Nie by­łem ty­pem fa­ce­ta, któ­ry za­słu­gi­wał na taką re­we­la­cyj­ną dziew­czy­nę.

Ow­szem, na­sze kró­ciut­kie spo­tka­nie na im­pre­zie było dla mnie miłą od­skocz­nią. Ale tyl­ko przez chwi­lę, więc jak naj­szyb­ciej od niej ucie­kłem. W tym mo­men­cie nie by­łem w sta­nie sku­pić się na ni­czym poza swo­ją ro­dzi­ną. Ze­szłej nocy, sły­sząc, jak mama pła­cze po ci­chu w sa­lo­nie, uświa­do­mi­łem so­bie, że nie mam za­dat­ków, żeby być mi­łym dla ja­kiej­kol­wiek dziew­czy­ny. Na­wet ta­kiej jak ona.

Ry­ker prze­wró­cił ocza­mi.

– Niby skąd to wiesz? Przyj­rza­łeś się jej? Wy­glą­da na su­per­la­skę, ale je­śli ma coś z gło­wą, bez sen­su do niej star­to­wać.

– Do cho­le­ry, nie ma­cie cie­kaw­szych te­ma­tów? – wtrą­cił sie­dzą­cy na koń­cu sto­łu Gun­ner.

Nie cią­gną­łem da­lej tej roz­mo­wy, bo wie­dzia­łem swo­je. Ja ją po­zna­łem. Mia­łem wra­że­nie, że wi­dzi mnie na wy­lot i czy­ta w mo­ich my­ślach. I wszyst­ko ro­zu­mie. Poza tym zo­rien­to­wa­łem się, że ma wo­bec mnie ocze­ki­wa­nia. To też było dla mnie trud­ne. Z jed­nej stro­ny nie chcia­łem jej za­wieść, a z dru­giej sta­ra­łem się ją od sie­bie od­stra­szyć. Tak, żeby ni­g­dy wię­cej się do mnie nie zbli­ży­ła.

– Za­raz mecz, któ­ry trze­ba wy­grać. Nie mo­że­my krę­cić się koło ku­zy­necz­ki na­sze­go gwiaz­do­ra, bo cały ze­spół bę­dzie miał prze­chla­pa­ne. Bra­dy ma my­śleć o grze, a nie stre­so­wać się wa­szy­mi na­pa­lo­ny­mi tył­ka­mi – stwier­dził Ry­ker.

I miał ra­cję. Je­śli mamy zdo­być w tym roku mi­strzo­stwo sta­no­we, trze­ba do­pil­no­wać, żeby Bra­dy sku­pił się tyl­ko i wy­łącz­nie na fut­bo­lu.

Bar­dzo chcia­łem zdo­być ten ty­tuł – dla swo­je­go taty. Tak bar­dzo na to cze­kał. Za­wsze po­wta­rzał, że ostat­ni rok li­ceum bę­dzie na­le­żał do nas. Mu­sia­łem to dla nie­go zro­bić, nie­waż­ne, ile mia­ło­by mnie to kosz­to­wać. Nie bę­dzie mi ła­two za­po­mnieć o tam­tym po­ca­łun­ku, ale nie ża­ło­wa­łem swo­je­go dzi­siej­sze­go cham­skie­go po­pi­su wo­bec Mag­gie. Ga­da­łem strasz­ne bzdu­ry i tak fa­tal­nie ją po­trak­to­wa­łem, że moja mama spa­li­ła­by się ze wsty­du. Na szczę­ście, są­dząc po wy­ra­zie jej oczu, do­tar­ło do niej, że nie je­stem po­rząd­nym fa­ce­tem. Kimś, kogo war­to le­piej po­znać i mu za­ufać.

Kie­dy wró­ci­łem wie­czo­rem do domu po tre­nin­gu, za­sta­łem na­kry­ty stół, zu­peł­nie jak­by­śmy na­dal byli nor­mal­ną, szczę­śli­wą ro­dzi­ną. Kie­dy się uro­dzi­łem, ro­dzi­ce przy­wieź­li mnie ze szpi­ta­la wła­śnie do tego domu. Nie zna­łem in­ne­go. Ale po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, ja­kie kie­dyś mi da­wał, prze­mi­nę­ło. Te­raz mu­sia­łem co­dzien­nie sta­wiać czo­ła swo­je­mu stra­cho­wi, w głę­bi du­szy wciąż jesz­cze li­cząc, że zda­rzy się cud.

Mama przy­go­to­wa­ła ko­la­cję – tak jak ro­bi­ła to przez całe moje ży­cie. Na­dal ze wszyst­kich sił sta­ra­ła się utrzy­my­wać po­zo­ry, choć wie­dzia­łem, że tak jak ja mo­dli się już tyl­ko o cud. Kie­dy tyl­ko się dało, za­cho­wy­wa­ła się, jak­by los nie od­wró­cił się od nas, gdy dwa lata temu zdia­gno­zo­wa­no cho­ro­bę ojca. Dziś wie­czo­rem po­sta­wi­ła na­wet na sto­le kwia­ty w wa­zo­nie. Obok nich stał ko­szyk wy­peł­nio­ny świe­żo upie­czo­nym chle­bem. Ostat­nio bar­dzo czę­sto pie­kła. Po­dej­rze­wa­łem, że to była jej me­to­da, żeby nie zwa­rio­wać.

– Wró­ci­łeś – po­wie­dzia­ła z uśmie­chem, ale jej oczy po­zo­sta­ły po­waż­ne. – Jak tre­ning?

Tak ra­dzi­ła so­bie z tym, co nas spo­tka­ło – uśmie­cha­ła się i na ze­wnątrz spra­wia­ła wra­że­nie dziar­skiej i ener­gicz­nej. Nie by­łem pe­wien, czy pró­bu­je po­móc mnie, czy to dla niej je­dy­ny spo­sób, by ja­koś funk­cjo­no­wać. Oj­ciec ni­g­dy jej nie zmu­szał do kon­fron­ta­cji z bo­le­sną rze­czy­wi­sto­ścią. Od­kąd pa­mię­tam, za­wsze ją ubó­stwiał.

Nasz dom nie był tak oka­za­ły i ele­ganc­ki jak ten, w któ­rym do­ra­sta­ła, ale go uwiel­bia­ła. Za­wsze bar­dzo o nie­go dba­ła i sta­ra­ła się, by był cie­pły i przy­tul­ny. To naj­lep­szy do­wód, że była dum­na z ży­cia, ja­kie tato jej ofia­ro­wał. Ni­g­dy nie wspo­mi­na­ła prze­szło­ści ani ży­cia, ja­kie zo­sta­wi­ła za sobą, po­ślu­bia­jąc tatę.

– Do­brze. Je­ste­śmy przy­go­to­wa­ni na pią­tek. Na pew­no damy radę – za­pew­ni­łem ją, po­nie­waż tak jak tato, za nic nie chcia­łem jej za­wieść. Je­śli po­sta­no­wi­ła uda­wać, że wszyst­ko jest jak kie­dyś, będę to ro­bił ra­zem z nią. – Tata zje z nami? – spy­ta­łem, chcąc się w ten spo­sób do­wie­dzieć, czy le­piej się dziś czuł. Kie­dy wy­cho­dzi­łem rano z domu, jesz­cze spał. Nie mę­czy­ły go wy­mio­ty, a noc mi­nę­ła spo­koj­nie.

Po­sła­ła mi roz­pro­mie­nio­ne spoj­rze­nie, aż wy­da­ło mi się, że na­praw­dę wi­dzę świa­tło w jej oczach.

– Tak. Wła­śnie się ubie­ra po ką­pie­li. Nie może się do­cze­kać, aż mu opo­wiesz o tre­nin­gu. Chy­ba eks­cy­tu­je się tym me­czem bar­dziej niż ty.

Eks­cy­tu­je się, ale czy go zo­ba­czy? W ubie­głym roku nie było z nim jesz­cze tak źle, mógł sie­dzieć na try­bu­nach i ki­bi­co­wać. Te­raz trud­no mi to było so­bie wy­obra­zić. W ze­szłym mie­sią­cu bar­dzo mu się po­gor­szy­ło i nie wi­dać żad­nej po­pra­wy. Nie chcia­łem cią­gać go na swo­je me­cze; to mo­gło po­waż­nie od­bić się na jego zdro­wiu.

– Co jemy? – spy­ta­łem, żeby zmie­nić te­mat. Cięż­ko mi było roz­ma­wiać o ojcu i fut­bo­lu. Sport był obec­ny w moim ży­ciu od naj­wcze­śniej­sze­go dzie­ciń­stwa, bo to dru­ga naj­więk­sza mi­łość taty – za­raz po na­szej ro­dzi­nie. To dzię­ki fut­bo­lo­wi po­łą­czy­ła nas nie­po­wta­rzal­na więź. Nie zli­czę go­dzin, któ­re tata spę­dził ze mną na po­dwór­ku za do­mem, rzu­ca­jąc mi pił­kę, ani po­ran­ków, gdy szli­śmy ra­zem po­bie­gać przed moją szko­łą. By­li­śmy nie­roz­łącz­ni. A te­raz to „my” stop­nio­wo od­cho­dzi­ło w cień.

– Pie­czeń rzym­ska, pu­rée ziem­nia­cza­ne i ka­pu­sta. Aha, i chleb ku­ku­ry­dzia­ny. Tata go uwiel­bia, tak jak ka­pu­stę.

Ostat­nio przy­go­to­wy­wa­ła głów­nie jego ulu­bio­ne da­nia, choć pra­wie w ogó­le nie mógł jeść. Kom­plet­nie jej to nie prze­szka­dza­ło. Go­to­wa­ła, bo nie wie­dzia­ła, co in­ne­go mo­gła­by dla nie­go zro­bić. Świet­nie ją ro­zu­mia­łem.

Sam sia­da­łem do sto­łu i roz­ma­wia­łem z nim o tre­nin­gach i nad­cho­dzą­cych me­czach, zu­peł­nie jak­by miał być na try­bu­nach, gdy zdo­bę­dzie­my mi­strzo­stwo sta­no­we. Bar­dzo chcia­łem go tam zno­wu zo­ba­czyć i wy­grać – na jego oczach. Ale mia­łem świa­do­mość, że to ma­rze­nie ra­czej się nie zi­ści.

Te­raz nie zo­sta­ło nam już nic in­ne­go, jak tyl­ko sta­rać się spra­wiać ta­cie jak naj­wię­cej przy­jem­no­ści. Na­wet je­śli obo­je w głę­bi du­szy by­li­śmy w zu­peł­nej roz­syp­ce. Oj­ciec był dla mamy nie tyl­ko mę­żem, ale i naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Od­kąd pa­mię­tam, po­zo­sta­wa­li nie­roz­łącz­ni. W przy­szłym roku chcia­łem grać w SEC*, ale jak tu zo­sta­wić ją samą? Je­śli tata odej­dzie, czy da się zre­ali­zo­wać moje – na­sze – ma­rze­nia?

*So­uthe­astern Con­fe­ren­ce (z ang. Kon­fe­ren­cja Po­łu­dnio­wo-Wschod­nia) – jed­na z grup aka­de­mic­kiej ligi fut­bo­lu ame­ry­kań­skie­go.

– Idź się prze­brać. Na­ło­żę jesz­cze tyl­ko lodu do szkla­nek i pój­dę spraw­dzić, czy oj­ciec już scho­dzi – oznaj­mi­ła, nie prze­sta­jąc się uśmie­chać. Wciąż pró­bo­wa­ła uda­wać, że je­ste­śmy szczę­śli­wą ro­dzi­ną, choć jej ser­ce pę­ka­ło z bólu, tak jak i moje.

– Uhm, ja­sne – od­par­łem. Nie by­łem w sta­nie wy­krze­sać z sie­bie nic wię­cej. Ru­szy­łem w stro­nę scho­dów, ale za­raz przy­sta­ną­łem w pół kro­ku. Mu­sia­łem dać jej do zro­zu­mie­nia, że nie jest z tym wszyst­kim sama. Że kie­dy to się skoń­czy, będę przy niej. Mama za­wsze wy­da­wa­ła mi się de­li­kat­na jak kwiat, nie­ustan­nie chro­nio­ny przez ojca, ale w cią­gu ostat­nie­go roku prze­ko­na­łem się, że jest twar­da jak stal. Ani razu nie za­ła­ma­ła się w jego obec­no­ści, choć wiem, jak było jej cięż­ko. Za­wsze była dla nie­go pod­po­rą, pod­czas gdy ja mia­łem ocho­tę zwi­nąć się w kłę­bek i pła­kać w ką­cie jak dzie­ciak.

Od­wró­ci­łem się w jej stro­nę.

– Ko­cham cię, mamo – po­wie­dzia­łem, chcąc dać jej do zro­zu­mie­nia, że je­stem przy niej. Że przej­dzie­my przez to ra­zem. A kie­dy tata odej­dzie, nie zo­sta­wię jej sa­mej.

Jej oczy wy­peł­ni­ły się łza­mi, ale jak zwy­kle nie po­zwo­li­ła im spły­nąć w dół. Po­tem kiw­nę­ła gło­wą.

– Ja cie­bie też, ko­cha­nie.

Na ra­zie tyle mu­sia­ło wy­star­czyć. Nie by­łem go­tów, żeby pła­kać. Nie w jej obec­no­ści. I wąt­pię, że­bym był w sta­nie po­ra­dzić so­bie z jej łza­mi.

Roz­dział 5

Trzy­maj się od nich z da­le­ka

Maggie

Sie­dzia­łam na pa­ra­pe­cie w swo­im po­ko­ju, wy­glą­da­jąc przez okno. Bra­dy za­pro­sił do sie­bie ko­le­gów na wie­czór, żeby po­oglą­dać na­gra­nia z me­czów – co­kol­wiek to mia­ło zna­czyć. Cio­cia Co­ra­lee oczy­wi­ście od razu dała mi do zro­zu­mie­nia, że będę mile wi­dzia­na u nich na dole, o ile mam ocho­tę, ale nie mia­łam ser­ca ro­bić tego Bra­dy’emu.

Sie­dzia­łam więc sama w po­ko­ju i ob­ser­wo­wa­łam przez szy­bę, czy nie po­ja­wi się West. Cho­ciaż tak pod­le się dziś wo­bec mnie za­cho­wał, wciąż nie da­wał mi spo­ko­ju ból w jego oczach, któ­ry ze wszyst­kich sił sta­rał się za­ma­sko­wać. Chcia­łam nim gar­dzić, a przy­naj­mniej trak­to­wać go obo­jęt­nie, ale nie po­tra­fi­łam wy­rzu­cić go ze swo­ich my­śli.

Po jego po­ran­nym po­pi­sie na ko­ry­ta­rzu au­to­ma­tycz­nie uzna­łam go za po­two­ra. Ale za­raz po­tem za­uwa­ży­łam, jak po­py­cha na ścia­nę jed­ne­go ze star­szych chło­pa­ków, wy­dzie­ra mu z ręki oku­la­ry i po­da­je je za­stra­szo­ne­mu pierw­szo­kla­si­ście. Wszyst­ko od­by­ło się tak na­gle, że na pew­no by mi to umknę­ło, gdy­bym go uważ­nie nie ob­ser­wo­wa­ła. Okrut­ni­cy bez ser­ca nie za­cho­wu­ją się w ten spo­sób. Nie bro­nią słab­szych. Jak wi­dać, West był pe­łen sprzecz­no­ści.

Jed­no wie­dzia­łam na pew­no – wciąż nie po­tra­fi­łam mu za­ufać. Co praw­da cie­pło od­no­sił się do mamy i wy­ba­wił z opre­sji prze­śla­do­wa­ne­go ucznia, ale to nie wy­star­czy­ło, że­bym kie­dy­kol­wiek jesz­cze chcia­ła mieć z nim do czy­nie­nia. Zgo­da, po­ca­ło­wał mnie i było bar­dzo przy­jem­nie. Ow­szem, cie­ka­wi­ło mnie, jaką ta­jem­ni­cę skry­wa. Ale nie na­le­ża­łam do dziew­czyn, któ­rym moż­na ot tak za­wró­cić w gło­wie. Po­zwo­li­łam so­bie na to tyl­ko raz, w gim­na­zjum. Był ode mnie o rok star­szy i za­bój­czo przy­stoj­ny. My­śla­łam, że na­praw­dę mu na mnie za­le­ży, ale wkrót­ce oka­za­ło się, że tyl­ko mnie wy­ko­rzy­stał, żeby zbli­żyć się do mo­jej przy­ja­ciół­ki. Kie­dy do­wie­dzia­łam się, że za­pro­sił ją na szkol­ny bal, wró­ci­łam do domu we łzach. Mama sie­dzia­ła po­tem ra­zem ze mną na so­fie i ja­dły­śmy po­pcorn, lody cze­ko­la­do­we z po­le­wą i piz­zę. Za­wsze mnie wspie­ra­ła, kie­dy było mi źle. I za­wsze wie­dzia­ła, jak mnie roz­we­se­lić…

Czym prę­dzej wy­rzu­ci­łam z gło­wy to wspo­mnie­nie. Nie by­łam w sta­nie dłu­żej o niej my­śleć. Tak bar­dzo za nią tę­sk­ni­łam…

Otu­li­łam ra­mio­na ko­cem, pod­cią­ga­jąc go pod samą bro­dę, a po­tem opar­łam gło­wę o ścia­nę. Oczy We­sta cały czas mnie prze­śla­do­wa­ły. Czy jego ko­le­dzy byli śle­pi na to, co się z nim dzie­je? A może po pro­stu uzna­wa­li to za nor­mę?

Kie­dy po po­łu­dniu zo­ba­czy­łam, jak ca­łu­je się z Ra­le­igh – chy­ba nie po­tra­fi­ła się dłu­go na nie­go gnie­wać i już przed koń­cem lek­cji zno­wu się z nim ob­ści­ski­wa­ła – mia­łam ocho­tę się z nią za­mie­nić, choć­by na jed­ną se­kun­dę. Wie­dzia­łam już, ja­kie to uczu­cie zna­leźć się w jego ra­mio­nach. W chwi­li sła­bo­ści za­pra­gnę­łam, żeby z po­wro­tem stał się chło­pa­kiem, za ja­kie­go uwa­ża­łam go w tam­ten piąt­ko­wy wie­czór. Za­raz do­tar­ło do mnie, że wła­śnie ca­łu­je się z dziew­czy­ną, któ­rą nie­daw­no tak pa­skud­nie po­trak­to­wał. Czy to był ro­dzaj prze­pro­sin? Czy Ra­le­igh na­praw­dę tak ła­two mu prze­ba­cza­ła? Pew­nie tak. Mia­łam już do czy­nie­nia z ta­kim po­krę­co­nym związ­kiem – swo­ich ro­dzi­ców. Szko­da, że Ra­le­igh nie ro­zu­mia­ła, jak bar­dzo są one tok­sycz­ne.

Dla chło­pa­ków po­kro­ju We­sta dziew­czy­ny tra­cą gło­wę i za­po­mi­na­ją o ca­łym świe­cie. Wi­dzia­łam ten sce­na­riusz już wie­le razy. Ktoś, kto nie mówi, ma oka­zję o wie­le wię­cej za­ob­ser­wo­wać. Znacz­nie czę­ściej do­strze­ga też błę­dy in­nych. Poza tym lu­dzie w mo­jej obec­no­ści mó­wi­li bar­dziej otwar­cie niż zwy­kle, prze­ko­na­ni, że ni­ko­mu tego nie zdra­dzę. Jak­by za­po­mi­na­li, że je­stem tyl­ko nie­ma, a nie głu­cha.

Pierw­szy z brze­gu przy­kład – dwóch z sze­ściu mo­ich na­uczy­cie­li zwra­ca­ło się dziś do mnie w kla­sie prze­sad­nie gło­śno, jak­bym mia­ła pro­ble­my ze słu­chem. Ko­micz­nie to wy­glą­da­ło. Zdą­ży­łam się już przy­zwy­cza­ić, ale w du­chu na­dal chcia­ło mi się śmiać.

Cza­sa­mi za­sta­na­wia­łam się, ja­kie to uczu­cie znów usły­szeć swój gło­śny śmiech. Po­czuć go w swo­ich ustach. Ale czy ma­jąc świa­do­mość, że mama ode­szła na za­wsze, a ja do­pil­no­wa­łam, by oj­ciec za­pła­cił za swo­ją zbrod­nię, jesz­cze kie­dyś będę mo­gła się śmiać? Usły­szeć wła­sny głos i nie roz­paść się na drob­niut­kie ka­wał­ki?

Z za­my­śle­nia wy­rwa­ło mnie pu­ka­nie do drzwi. Od­wró­ci­łam gło­wę i za­uwa­ży­łam, że gał­ka po­wo­li się prze­krę­ca. Drzwi uchy­li­ły się i uka­za­ła się w nich gło­wa Na­sha. Tak jak dziś rano, znów nie mo­głam się na­pa­trzeć na jego nie­sa­mo­wi­te oczy i cze­ko­la­do­wą cerę.

– Nie prze­szka­dzam? – spy­tał z lek­ko za­kło­po­ta­nym uśmie­chem.

Przez cały dzień wy­raź­nie pró­bo­wał ze mną flir­to­wać. Kil­ka­krot­nie do mnie pod­cho­dził i za­ga­dy­wał, choć wie­dział, że mu nie od­po­wiem. Nie spo­dzie­wa­łam się tego, ale wi­dać było, że jest mną za­in­te­re­so­wa­ny. Po­cząt­ko­wo trak­to­wa­łam go z re­zer­wą, ale trze­ba przy­znać, że był dla mnie bar­dzo miły i ani razu nie pró­bo­wał się na­rzu­cać. Ob­ser­wo­wa­łam go w kon­tak­tach z in­ny­mi i trze­ba przy­znać, że był bar­dzo lu­bia­ny. Na­wet przez na­uczy­cie­li.

Nie po­wiem, że­bym była w na­stro­ju na to­wa­rzy­stwo. Już nie wspo­mi­na­jąc o tym, że czu­łam się tro­chę nie­swo­jo na myśl o prze­sia­dy­wa­niu z nim w swo­im po­ko­ju sam na sam. Wzru­szy­łam więc tyl­ko ra­mio­na­mi. Nie było to za­pro­sze­nie, ale też nie chcia­łam oka­zać się nie­mi­ła.

– To do­brze. Mam już dość tych nu­dzia­rzy na dole – po­wie­dział.

Pró­bo­wa­łam zdo­być się na uśmiech, ale bez­sku­tecz­nie.

– Wiesz – cią­gnął, przy­sia­da­jąc na brze­gu łóż­ka na­prze­ciw­ko mnie, pod­czas gdy ja na­dal ku­li­łam się na pa­ra­pe­cie – dzię­ki to­bie ła­twiej mi dziś było wy­trzy­mać w bu­dzie.

Spu­ści­łam gło­wę, wbi­ja­jąc wzrok w koc, któ­rym się owi­nę­łam. Za­no­si­ło się na dal­szy ciąg flir­tu. Nie by­łam do tego przy­zwy­cza­jo­na. Ja­sne, mia­łam chło­pa­ków, za­nim… za­nim tam­to się wy­da­rzy­ło. Ale to było coś in­ne­go. Nie ca­ło­wa­li­śmy się i nie cho­dzi­li­śmy ni­g­dzie ra­zem po lek­cjach. Wszyst­ko roz­gry­wa­ło się w szko­le albo po no­cach przez te­le­fon. Mama była wy­jąt­ko­wo na­do­pie­kuń­cza i za­bra­nia­ła mi cho­dzić na rand­ki, do­pó­ki nie skoń­czę szes­na­stu lat.

Kie­dyś by­łam też che­er­le­ader­ką i mia­łam mnó­stwo przy­ja­ciół. Ale dwa lata temu wszyst­ko się zmie­ni­ło i mu­sia­łam po­że­gnać się z tam­tym ży­ciem.

– Nie chcę cię spło­szyć ani na­ci­skać. Sor­ki, chcia­łem tyl­ko uła­twić ci start w no­wej szko­le.

Był sym­pa­tycz­ny i przy­stoj­ny. W moim po­przed­nim ży­ciu na pew­no by mi się spodo­bał. Każ­da dziew­czy­na by­ła­by nim za­chwy­co­na. Mo­głam nie zwra­cać na nie­go uwa­gi, żeby się od­cze­pił, ale to by­ło­by nie­grzecz­ne. Był ko­le­gą mo­je­go ku­zy­na i jak do­tąd moim je­dy­nym pra­wie-przy­ja­cie­lem w tym mie­ście.

Się­gnę­łam po no­tes i dłu­go­pis, któ­re zo­sta­wi­łam obok po od­ro­bie­niu lek­cji. Nash na to za­słu­gi­wał. Chcia­łam mieć praw­dzi­we­go przy­ja­cie­la. Ko­goś, kto nie pa­trzy na mnie jak na świ­ru­skę.

Dzię­ki, że je­steś dla mnie miły. Ten dzień mógł być o wie­le gor­szy, gdy­by nie two­ja przy­jaźń.

Wrę­czy­łam mu no­tes. Kie­dy czy­tał na­pi­sa­ne prze­ze mnie sło­wa, ką­ci­ki jego ust za­drga­ły w uśmie­chu. Po­tem pod­niósł na mnie wzrok.

– Masz ko­mór­kę? – spy­tał. – Mo­gli­by­śmy do sie­bie ese­me­so­wać.

Przy­tak­nę­łam, się­ga­jąc do kie­sze­ni. Do­sta­łam te­le­fon od swo­jej chrzest­nej, Jo­rie, z któ­rą za­miesz­ka­łam po tym, co się wy­da­rzy­ło. Dwa lata spę­dzo­ne z Jo­rie nie były ła­twe. Wy­raź­nie jej prze­szka­dza­łam, nie wie­dzia­ła też, jak ze mną po­stę­po­wać. Kie­dy oka­za­ło się, że nie mam za­mia­ru się do niej od­zy­wać, dała so­bie spo­kój. Za­dzwo­ni­ła do wuj­ka Bo­one’a i spy­ta­ła, czy na­dal ma ocho­tę się mną za­jąć. Ra­zem z cio­cią Co­ra­lee za­re­ago­wa­li bły­ska­wicz­nie. Nie mi­nął na­wet ty­dzień, gdy Jo­rie spa­ko­wa­ła cały mój do­by­tek i przy­go­to­wa­ła mnie do wy­jaz­du. Od tego cza­su ani razu nie za­dzwo­ni­ła, żeby cho­ciaż za­py­tać, co u mnie sły­chać. Nie zmie­ni­łam nu­me­ru – to był ten sam te­le­fon, któ­ry mi po­da­ro­wa­ła, z tą tyl­ko róż­ni­cą, że te­raz ra­chun­ki pła­ci­li cio­cia z wuj­kiem.

Nash wy­cią­gnął rękę.

– Mogę za­pi­sać ci swój nu­mer?

Po­now­nie przy­tak­nę­łam, po­da­jąc mu ko­mór­kę. Zro­bił so­bie nią zdję­cie, a po­tem za­pi­sał mi resz­tę swo­ich da­nych w kon­tak­tach. Chwi­lę po­tem usły­sza­łam sy­gnał wia­do­mo­ści.

– Wy­sła­łem do sie­bie SMS-a, żeby mieć twój nu­mer. Mogę ci zro­bić fot­kę do kon­tak­tu?

Nie­zbyt spodo­bał mi się ten po­mysł, ale wo­la­łam nie pro­te­sto­wać. Ski­nę­łam nie­znacz­nie gło­wą na zgo­dę, a wte­dy uniósł swo­ją ko­mór­kę.

– Uśmiech! – za­wo­łał.

Nie po­słu­cha­łam go, ale i tak pstryk­nął mi zdję­cie.

– W po­rząd­ku – za­śmiał się. – Może być bez uśmie­chu.

W tym mo­men­cie otwo­rzy­ły się drzwi i do środ­ka wkro­czył z wście­kłą miną Bra­dy.

– Wy­pad stąd, Nash – po­le­cił, wska­zu­jąc mu pal­cem drzwi i pio­ru­nu­jąc go wzro­kiem.

Nash uniósł obie ręce w obron­nym ge­ście.

– Spo­ko, sta­ry. Przy­sze­dłem tyl­ko po­ga­dać z Mag­gie. Je­ste­śmy kum­pla­mi, co nie, Mag­gie? Nic poza tym. Przy­się­gam, że do ni­cze­go nie do­szło.

– Mam to gdzieś. Wy­no­cha! – po­wtó­rzył z na­ci­skiem Bra­dy, wciąż wska­zu­jąc na drzwi.

Nash wstał, zer­ka­jąc na mnie prze­lot­nie, a po­tem uniósł swo­ją ko­mór­kę, mru­gnął do mnie po­ro­zu­mie­waw­czo i ru­szył do wyj­ścia.

Bra­dy nie ode­zwał się, cze­ka­jąc, aż Nash znaj­dzie się na ko­ry­ta­rzu. Do­pie­ro kie­dy za­mknę­ły się za nim drzwi, od­wró­cił gło­wę w moją stro­nę.

– Uwa­żaj, Mag­gie. To moi kum­ple, ale mu­szę cię ostrzec, że nie za­wsze są w po­rząd­ku wo­bec la­sek. Ja cza­sem też. Ty… naj­le­piej trzy­maj się od nich z da­le­ka, do­bra?

Pra­wie się do mnie nie od­zy­wał, a na­gle za­chcia­ło mu się mnie chro­nić? Nie mu­siał mi mó­wić, kogo mam się wy­strze­gać. Zna­łam się na lu­dziach le­piej niż on. Je­śli nie ży­czył so­bie, że­bym za­da­wa­ła się z jego kum­pla­mi, w po­rząd­ku, ale nie miał pra­wa tego ode mnie wy­ma­gać. Za­dar­łam pod­bró­dek, rzu­ca­jąc mu wy­zy­wa­ją­ce spoj­rze­nie. Zro­bi­łam wszyst­ko, żeby nie mu­siał mnie niań­czyć, jak chcie­li tego jego ro­dzi­ce. Ale nie mo­głam po­zwo­lić, żeby tak się wo­bec mnie za­cho­wy­wał.

Wzrok Bra­dy’ego padł na no­tes, któ­ry Nash odło­żył na łóż­ko. Się­gnę­łam po nie­go, ale on był szyb­szy. Cier­pli­wie cze­ka­łam, aż prze­czy­ta moją od­po­wiedź dla Na­sha. Chcia­łam tyl­ko być miła i po­dzię­ko­wać mu za wspar­cie, ale Bra­dy oczy­wi­ście zin­ter­pre­to­wał to zu­peł­nie ina­czej.

Rzu­cił no­tes z po­wro­tem na łóż­ko, za­śmie­wa­jąc się iro­nicz­nie, choć wca­le nie wy­glą­dał na roz­ba­wio­ne­go. Po­tem prze­cią­gnął dło­nią po swo­jej po­tar­ga­nej czu­pry­nie.

– Mamy w pią­tek waż­ny mecz. Całe to prze­klę­te mia­sto li­czy na mnie, że go dla nas wy­gram. Ale nie dam rady sku­pić się na grze i jesz­cze pil­no­wać cie­bie. Nie pro­si­łem się o to, żeby cię niań­czyć. Nie mam cza­su na ta­kie bzde­ty. Dla­te­go trzy­maj się z da­le­ka od mo­ich kum­pli. Pro­szę. Znajdź so­bie ja­kichś przy­ja­ciół, byle nie z na­szej dru­ży­ny. Aha, i za­pa­mię­taj so­bie – ża­den fa­cet nie bę­dzie two­im kum­plem. Po­szu­kaj le­piej wśród dziew­czyn. Kur­czę, na­praw­dę je­steś aż taka na­iw­na?

Po tym sło­wach wy­szedł, za­trza­sku­jąc za sobą drzwi.

Na­praw­dę mia­łam na­dzie­ję, że Bra­dy mnie po­lu­bi. Sta­ra­łam się nie wcho­dzić mu w dro­gę. Wkro­czy­łam nie­spo­dzie­wa­nie w jego ży­cie i wiem, że to nie było w po­rząd­ku. Ale bar­dzo mi się nie po­do­ba­ły jego za­ka­zy. Nie ma spra­wy, nie będę się krę­cić wo­kół jego kum­pli, ale nie dla­te­go, że on mi za­bra­nia. Po­wód był pro­sty – je­śli wszy­scy za­cho­wu­ją się jak skoń­czo­ne dup­ki, wolę nie mieć z nimi do czy­nie­nia. Nie po­trze­bo­wa­łam przy­ja­ciół. Już od daw­na ra­dzi­łam so­bie bez nich.