Kochając Rose - Stephanie Laurens - ebook
Opis

Łotr Malcolm Sinclair cudem uniknął śmierci. Teraz, jako Thomas Glendower, stara się odpokutować za dawne przewiny. Kiedy po latach wraca do swego wiejskiego domu, nieoczekiwanie zastaje tam wdowę z dwójką dzieci. Rose udaje służącą, którą z pewnością nie jest, lecz jej tajemnicę Thomas pozna dopiero, gdy niebezpieczeństwo będzie bardzo blisko. Zaczyna wierzyć, że został oszczędzony właśnie po to, by ocalić Rose i dzieci, choćby za cenę własnego życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 461

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Loving Rose: The Redemption of Malcolm Sinclair

Projekt okładki: Karandasz

Copyright © 2014 by Savdek Management Proprietary Ltd.

Published by arrangement with HarperCollins Publishers

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation Wydawnictwo BIS 2016

ISBN 978-83-7551-512-1

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, fax 22 837-10-84

e–mail: bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej

konwersja.virtualo.pl

PROLOG

1833, wybrzeże zatoki Bridgewater,

hrabstwo Somerset

Ból.

Rozdzierający, uporczywy, ścierał mu zmysły i płonącymi szponami rwał mózg na strzępy. Agonia paliła, oślepiająco jasna, kolejne błyskawice pustoszyły go, wypleniając wszelką zdolność myślenia, wszelką wiedzę – nawet pamięć.

Śmierć.

Wybrał ją, zaakceptował – i witał.

Musiał odcierpieć swoje w drodze do piekła.

Tortury nie były większe, niż na to zasługiwał.

Nie mógł się poruszyć, nie umiał stwierdzić, czy w ogóle nadal posiada ciało, czy nadal je zamieszkuje.

Wątła nitka trzymająca jego umysł na uwięzi pękła, świadoma myśl umknęła poza jego zasięg jak niesiona wiatrem wstążka.

Stopniowo, maltretowane gwałtownymi atakami uporczywego bólu, zmysły także zaczęły go zawodzić. Zacinać się. A potem…

Przed nim leżało zapomnienie, pustka, w którą się zanurzał.

Dalej były ognie piekielne, wieczne potępienie.

Czekał.

*

– Bracie Rolandzie, brat tu spojrzy!

Tłumiąc westchnienie, Roland, infirmarz klasztoru w Lilstock, wyprostował się znad gmatwaniny wodorostów, w której akurat grzebał. Jak zwykle o tej porze roku, zabrał ze sobą najmłodszych nowicjuszy, żeby pomogli mu zebrać lecznicze dary, hojnie dostarczane przez morze. Cieszył się z tej pomocy w cotygodniowym kieracie, choć niekiedy się zastanawiał, czy korzyści istotnie przeważają nad kosztami; najmłodsi nowicjusze nader łatwo się rozpraszali.

Przekonany, że będzie musiał zająć się problemem zbłąkanej owcy lub zidentyfikować rzadkiego ptaka, Roland popatrzył wzdłuż plaży.

Zobaczył jedynie, że stadko nowicjuszy gramoli się ochoczo po wydmach w stronę skotłowanego kłębu mokrych szmat, wyplutego przez morze na szorstki piasek.

Roland skoncentrował się na szmatach. Spędził w klasztorze nad zatoką na wschodnim wybrzeżu Kanału Bristolskiego ostatnie dziesięć lat – od razu rozpoznał, czym jest ów kłąb.

– Czekajcie!

Na jego gromką komendę chłopcy natychmiast się zatrzymali. Żaden nie znalazł się bliżej niż dwadzieścia pięć kroków od ciała. Zwrócili ku Rolandowi skonfundowane twarze.

Zignorował ich. Habit mu trzepotał, kiedy schodził szybko z wydmy, na której dotąd pracował. Aby chronić niewinność chłopców, wolał zobaczyć ciało pierwszy. Bóg jeden wiedział, w jakim znajdowało się stanie.

Kanał Bristolski był jedną z najruchliwszych tras żeglugowych na świecie. Kapitanowie musieli pogrzebać zmarłych, nim zawinęli do portu w Bristolu, a sztormy niekiedy uniemożliwiały pochówek na otwartym morzu. Obrzędy pogrzebowe odprawiano zatem dopiero na spokojniejszych wodach kanału. Jednak kanał, choć głęboki, stanowił gmatwaninę silnych, wartkich prądów. Ciała regularnie wyrzucało na południowe wybrzeża.

Pomijając nakaz wiary, by wszystkie zwłoki zostały potraktowane z należnym szacunkiem, wypadało także oszacować ryzyko zarazy. No i nie trzeba chyba dodawać, że morze wyrzucało na brzeg nie tylko ciała z oficjalnych pochówków.

Wędrując po sypkim piasku, Roland bacznie przyglądał się pomiętej stercie mokrego materiału – ciemnemu ubraniu z przebłyskami przybrudzonej bieli – i zastanawiał się, czy to ciało nie zalicza się przypadkiem do drugiej ze wspomnianych kategorii.

Jeszcze zanim przykucnął obok zwłok, nabrał przekonania, że istotnie tak się rzeczy mają. Przede wszystkim mężczyzna – bo chodziło o mężczyznę – niemal na pewno był Anglikiem. Jasne włosy, aktualnie przemoczone i zwisające w strąkach, lecz tak czy owak dobrze przycięte, lepiły się do szerokiego czoła i policzków, które niegdyś cechowały się ostrymi kątami i czystymi płaszczyznami charakterystycznymi dla arystokracji.

Ten człowiek był wysoko urodzony. Lecz obecnie…

Roland sunął doświadczonym wzrokiem po straszliwej gmatwaninie długich, niegdyś eleganckich kończyn, tropiąc nienaturalne kąty, pod jakimi ustawiły się kości, zmuszone do zajęcia pozycji, w którychnigdy nie powinny się znaleźć, i poczuł, jak dosięgają go współczucie, przerażenie, wstrząs.

Jakich męczarni doświadczył ten człowiek?

Mężczyzna leżał na brzuchu, głową w stronę morza, z powykrzywianymi barkami, poskręcanym kręgosłupem oraz ramionami i nogami przypominającymi sztywne gałęzie. Roland popatrzył na jego twarz, widoczną tylko z jednej strony, niegdyś przystojną, lecz teraz sponiewieraną, z bladą skórą naznaczoną już ołowianą barwą śmierci.

Ten człowiek zaznał potwornego cierpienia, nim śmierć się o niego upomniała.

Roland zrobił znak krzyża, instynktownie mamrocząc modlitwę za duszę zmarłego. Właśnie się odwracał, żeby wydać polecenia nowicjuszom – lecz powstrzymał go uciszający syk morza.

Nadciągnęła fala, wyższa od poprzedniej. Zaczynał się przypływ.

Fala dosięgnęła leżącego, opływając jego ciało, pluskając na przemoczonym ubraniu. Była na tyle wysoka, że woda przelotnie zakryła nos i spękane, rozchylone wargi mężczyzny.

Roland nie widział powodu, by starać się temu zapobiec.

Później ujrzał, jak z ust mężczyzny wymyka się wątły strumień bąbelków.

– Dobry Boże! – Zakonnik poderwał się na nogi. Serce łomotało mu szaleńczo w piersi.

Ale był infirmarzem.

Morze się cofnęło. Roland odwrócił się do nowicjuszy, zbitych teraz w zaciekawioną grupkę jakieś piętnaście kroków od niego.

– Ty, Godfreyu. – Wskazał najszczuplejszego i najsprawniejszego z tego grona. – Biegnij do klasztoru po nosze. Ned i Will, wy też idźcie, przynieście moją torbę lekarską oraz tę z łubkami i bandażami. Ruszajcie. Żwawo!

Nie było potrzeby bardziej ich popędzać. Trzej chłopcy pomknęli jak zające w kierunku ścieżki do klasztoru na cyplu, przeskakując nad wydmami. Odwróciwszy się do nieznajomego mężczyzny, Roland zastanawiał się, czy słusznie postępuje – czy jego działania naprawdę mają sens, czy istnieje jakakolwiek nadzieja. Czy przyszłość okaże się warta tej ceny… Jednakże oddał się w służbę Bogu. Nie miał wyboru. Musiał spróbować.

Brak gwarancji, że mężczyzna przeżyje, nie grał tu roli. Podobnie nieistotne było, że jeśli tak się stanie, pacjent przypuszczalnie nie podziękuje Rolandowi za ratunek, skoro miał żyć w niekończącym się bólu i niedoli.

Tego człowieka dosłownie rzucono Rolandowi pod nogi, pokiereszowanego, lecz żywego. Nie jemu osądzać czy kwestionować, dlaczego tak się stało. Był infirmarzem i znał swój obowiązek.

Przypadło mu zadanie ocalenia tego życia.

Zająwszy znów umysł owym zadaniem, Roland prędko dokonał oceny sytuacji, a potem wypuścił powietrze z płuc.

– Nie chcę ryzykować ruszania go, zanim usztywnimy mu członki – powiedział na użytek nowicjuszy. W tym celu prosił o łubki i bandaże. Zastanawiając się, ile ma ich w torbie i jaki zrobić z nich użytek, zapytał: – Ben i Cam, macie przy sobie noże?

Chłopcy przytaknęli.

– To dobrze. – Roland wskazał wzdłuż plaży. – Tam dalej wpada do morza strumień. Cofnijcie się jego brzegiem, a natkniecie się na kępy trzciny. Natnijcie jej tyle, ile zdołacie unieść, i jak najprędzej przynieście tutaj.

– Tak, bracie Rolandzie – odparli chórem chłopcy i pobiegli.

– Brian i Kenneth: zbierzcie wszystkie kosze i ustawcie je przy ścieżce do klasztoru. Zabierzemy je po drodze. Potem wróćcie tutaj.

– Tak, bracie Rolandzie.

Roland popatrzył na pozostałych sześciu chłopców.

– Nie możemy go jeszcze przenieść, ale, na ile się da, musimy ochronić go przed wodą. Trzeba zbudować wał z piasku, który osłoni go przed przypływem, dopóki tamci nie wrócą z opatrunkami. Zatem…

Wystarczyło, że pokazał im gdzie; nowicjusze byli jeszcze na tyle młodzi, że budowanie z piasku sprawiało im radość.

*

Sądziłby, że do tej pory minie już bramy piekła, ale nie. Ból nie ustawał.

Znosił go ze stoickim spokojem, zamknięty głęboko we wnętrzu umysłu, który, ku jego zdumieniu, ciągle istniał.

Czekał. Nadal. Aż śmierć po niego przyjdzie.

Tymczasem agonia trwała.

Ciągle tu był. Raz po raz przelotnie odzyskiwał przytomność. Odlegle świadom.

Choć czego, nie miał pojęcia.

Stopniowo docierało do niego, że nadal znajduje się w świecie żywych. Że nadal ma ciało, choć odbiera je wyłącznie jako źródło przytępionego bólu. Że jego umysł, uwięziony w pułapce bezwładnej głowy, jeszcze funkcjonuje.

Żył. Nadal.

Dlaczego, tego nie pojmował.

Ból przygasł, nie tyle zniknął, ile stał się integralną częścią jego jestestwa.

Integralną częścią nowego niego.

Jeśli to istnienie – ten stan nieśmierci – będzie trwało, w którymś momencie będzie zmuszony otworzyć oczy i dowiedzieć się, co się wydarzyło, jednak, podobnie jak reszta ciała, jego powieki zdawały się nieobecne, nie podlegały jego rozkazom.

Zatem czekał, by się przekonać, co wydarzy się dalej.

W końcu zdołał unieść powieki. Minimalnie, lecz światło go oślepiło, toteż natychmiast je zamknął.

Niemniej ktoś tu był – jak teraz sobie uświadomił, osoba ta bywała przy nim często, wyczuwał ją nawet przez mgiełkę bólu – i ten ktoś zauważył.

Chłodna woda dotknęła jego spierzchniętych warg. Rozchylił je, a wtedy spłynęła mu do gardła – doznanie okazało się tak niewyobrażalnie intensywne, że jego zmysły, długo uśpione, nieużywane, raptownie przebudziły się do życia.

– Słyszysz mnie?

Zatem jego uszy również nadal funkcjonowały. Głos był niski, męski, głęboki i czysty, ton uspokajający, troskliwy. W odpowiedzi zdołał jedynie poruszyć rzęsami.

– Twoje nazwisko. Jeśli je pamiętasz, jeśli zdołasz mówić, tylko o to cię proszę.

Jego nazwisko… Będą musieli umieścić jakieś na nagrobku, oczywiście. Ale człowiek, którym niegdyś był, umarł. Nawet dla niego. Nawet martwy nie chciał spocząć pod tym nazwiskiem.

Zaproponowano mu więcej wody i przyjął dar z wdzięcznością, godząc się z tym, że powinien odpowiedzieć – powinien podać temu troskliwemu mężczyźnie swoje nazwisko.

Jego umysł wędrował szlakiem wspomnień, przeszłość stopniowo nabierała bardziej sprecyzowanego kształtu. Przypomniał sobie, co zrobił ten martwy już człowiek, co się wydarzyło – wszystko, co zaszło w trakcie jego życia…

Było inne nazwisko – alter ego, które stworzył dawno temu i którego do samego końca sporadycznie używał. Zabił człowieka, którym niegdyś był, lecz ten drugi… o nim zapomniał.

Skoro umierał – a biorąc wzgląd na wagę swoich grzechów, nie spodziewał się innego zakończenia – być może w ten sposób los dawał mu sposobność domknięcia tego wątku?

Zawsze lubił dopracowane plany.

– Thomas. – Jego głos brzmiał chrapliwie, bardziej szorstko, niż zapamiętał. Ciężkie doświadczenia odebrały mu melodyjność. Wzięcie oddechu na tyle głębokiego, by mówić, wymagało świadomego wysiłku i wielokrotnie zwiększało stale obecny ból, niemniej kiedy wyczuł, że troskliwy mężczyzna nachyla się ku niemu, zmusił się, by oblizać spękane wargi i powiedzieć wyraźniej: – Thomas Glendower.

Ból przeszył mu bok. Mrok zalał jego świadomość, on zaś dał się unieść tej fali.

*

– Będzie żył? – Przeor Geoffrey, siwowłosy i coraz starszy, położył dłoń na ramieniu Rolanda.

W maleńkiej celi na końcu infirmerii, usadowiony na stołku przy wąskiej pryczy, na której w ostatnich tygodniach leżał uratowany mężczyzna, Roland podniósł wzrok.

– Nie umiem powiedzieć – odparł zgodnie z prawdą – skoro jednak przeżył tak długo, przetrwał to wszystko – objął gestem niezliczone łubki i klamry, zewnętrzne świadectwa długiej listy zabiegów, jakim poddał mężczyznę, żeby poskładać go i naprawić, co się dało – i dotąd nie odszedł, muszę założyć, że wyzdrowieje, przynajmniej na tyle, na ile to możliwe.

Wpatrzony w okaleczoną twarz pacjenta, Roland umilkł na chwilę, a potem zaczerpnął tchu i ubrał w słowa problem, z którym jego sumienie zmagało się, odkąd znaleźli tego człowieka na brzegu:

– Nadal nie wiem, czy słusznie postąpiliśmy… czy ratowanie go było tym, co należało zrobić.

Przeor Geoffrey nie odpowiedział od razu, w końcu wszakże delikatnie zacisnął długie palce na ramieniu Rolanda.

– Nieznane nam są zamysły Najwyższego, synu. Jeśli Thomas Glendower przeżyje, ty przynajmniej zyskasz pewność, że postąpiłeś dokładnie tak, jak powinieneś.

Roland żywił taką nadzieję. Skłoniwszy głowę na znak akceptacji, nie rzekł nic więcej.

*

Thomas siedział na ławce herbarium klasztoru w Lilstock, oparty plecami o ciepłą ścianę infirmerii, i niewidzącym wzrokiem wpatrywał się w bujną roślinność na zadbanych rabatach.

Na twarzy czuł słońce oraz delikatny powiew letniej bryzy. W nozdrza wbijała mu się woń świeżo skopanego iłu i ostry zapach dojrzewających w pobliskim sadzie owoców.

Słyszał ciche, głuche uderzenia i postękiwania dwóch mnichów, którzy pracowali w głębi ogrodu, jak również świergot ptaków na drzewach. Chociaż jedna powieka mu teraz opadała i ten oczodół nie miał już nigdy powrócić do pierwotnego stanu, odzyskał wzrok w obu oczach; był zdolny śledzić nurkowe loty jaskółek na błękitnym bezkresie nieba.

Nie wiedział, czy ten powrót zmysłów, władz umysłowych i cielesnych okaże się ostatecznie błogosławieństwem, czy przekleństwem.

Upłynęły miesiące od śmierci człowieka, którym był niegdyś.

A jednak nadal żył – i tego właśnie nie rozumiał.

Przygotował się, że odejdzie, porzuci ten świat na zawsze. Oszczędzi mu swojej dalszej obecności.

Najwyraźniej jednak nie tak miało się stać.

Według brata Rolanda, infirmarza, mężczyzny, który się nim zajmował, który go ocalił, uchronił od śmierci jego nowe ja, stan Thomasa się polepszał i w miarę upływu czasu poprawa będzie postępować.

Wracał do zdrowia, jak na razie niezdolny poruszać się bez pomocy, lecz poza tym sprawny.

Przynajmniej na tyle, żeby myśleć.

Nadal nękał go nieustanny ból, lecz chociaż go odczuwał, przestał zwracać na niego uwagę. Ból stał się dlań uporczywym towarzyszem, z którego obecnością się pogodził, tak że więcej go już nie rozpraszała, nie zakłócała jego zdolności funkcjonowania.

Usłyszał kroki na żwirze, a po ich spokojnym tempie poznał, kto się zbliża, zanim Roland ukazał się w łukowym przejściu z klasztornego dziedzińca.

Zakonnik rozejrzał się, spostrzegł Thomasa i podszedł do ławki.

Thomas zdobył się na krzywy uśmiech i czekał, kiedy Roland, odpowiedziawszy na powitanie skinieniem głowy, zbierał habit i sadowił się obok niego.

Przez kilka minut spoglądali na ogród, w milczeniu rozkoszując się spokojem tej sceny, a później Roland zapytał, prosto i bezpośrednio, jak to miał w zwyczaju:

– Kim więc jest Thomas Glendower?

Thomas poczuł, że wargi wyginają mu się w uśmiechu. Oczekiwał tego pytania, wiedział, że wkrótce padnie.

A ponieważ lubił Rolanda, przygotował się, by na nie odpowiedzieć.

Znał ten typ mężczyzny, człowieka o niemal na pewno podobnych jak u niego korzeniach, który jednak podążył w życiu bardzo odmienną drogą. Roland nosił w sobie wiele cech, które Thomas rozumiał, a teraz, otarłszy się o śmierć, potrafił też docenić i podziwiał.

– Urodziłem się w niższej warstwie arystokracji, lecz moi rodzice zginęli w wypadku, kiedy miałem sześć lat – rzekł, nie odrywając spojrzenia od zieleni i rozkołysanych kwiatów. – Z braku bliskich krewnych przekazano mnie pod kuratelę jednemu z przyjaciół ojca, który zajmował wysoką pozycję w towarzystwie i polityce, lecz nawet przy sporym wysiłku wyobraźni nie zasługiwał na miano dobrego człowieka. Pod jego opieką ewoluowałem w sposób, który być może nie miałby miejsca, gdybym trafił na inną osobę, ponieważ jednak człowiek ów popełnił samobójstwo, kiedy osiągnąłem dojrzałość, ponoszę wyłączną odpowiedzialność za to, jak przeżyłem resztę mojego dotychczasowego życia.

Umilkł na chwilę, żeby się zastanowić.

– Ostrzeżono mnie w tamtym czasie – podjął głosem nadal gardłowym, ale wyraźnie – żebym baczył na wybory, jakich dokonuję, że powinienem zachować ostrożność, jednakże, jak to zwykle młodzi mężczyźni, uważałem, że sam wiem najlepiej, i wyruszyłem na eksplorację wszystkiego, co życie miało mi do zaoferowania. W sensie materialnym wiodło mi się świetnie, lecz z wyboru pozostawałem w dużej mierze sam, nie czułem bowiem potrzeby budowania z kimkolwiek więzi. To, bardziej niż cokolwiek innego, doprowadziło do mojego upadku. Ponieważ nie myślałem o innych, zadawałem ludziom, wielu ludziom, ból. Doprowadzałem ich do ruiny, a nawet śmierci. Przeze mnie ginęli inni. I za to… umarłem.

Roland milczał przez dłuższą chwilę.

– Zabijałeś ludzi? – spytał wreszcie.

– Tak.

– Własnoręcznie?

Kusiło go, żeby skłamać, ale winien był Rolandowi prawdę.

– Nie, nikt nie zginął z mojej ręki, niemniej przyczyniłem się do zabicia kilku osób.

Marszcząc brwi, Roland spojrzał nań z ukosa.

– Kazałeś innym zabijać?

Thomasowi nasunęła się refleksja, że prościej byłoby skłamać. Oparł głowę o ścianę.

– Nie, ale wydane przeze mnie rozkazy doprowadziły do śmierci tych ludzi. – Wychwytywał konfuzję Rolanda, a jako że dotarł już tak daleko, poczuł się zobligowany wytłumaczyć: – To nie odbywało się wprost. Chciałem czegoś, kilkakrotnie przez te lata, kazałem więc innym to zorganizować, zdobyć dla mnie daną rzecz. O tym, że ktoś zginął, dowiadywałem się po fakcie, gdybym jednak wszystko przemyślał… ale tego nie robiłem, rozumiesz? Nigdy nie myślałem o innych, na tym polegała moja słabość. Działałem tak, jakby moje posunięcia nie wywierały na nikogo wpływu, ale głęboko się w tym myliłem. I kiedy w końcu uzmysłowiłem sobie prawdę, położyłem temu kres.

Nastała kolejna chwila ciszy, kiedy Roland przetrawiał informacje.

– Nie urodziłeś się jako Thomas Glendower? – odezwał się wreszcie.

Thomas potwierdził.

– Jednak moje prawdziwe nazwisko umarło wraz z człowiekiem, którym byłem… Zabiłem go nie tylko fizycznie, lecz także pod każdym innym względem. Zadbałem o wypłatę stosownych odszkodowań. – Umilkł na krótko, konstatując w duchu, jak słuszna wydaje mu się nadal ta decyzja. – Tamten człowiek umarł, a ze wskrzeszenia go nie wyniknęłoby nic dobrego… W istocie wiele osób by na tym ucierpiało. Jestem gotów przysiąc to na klasztorną Biblię.

Zakonnik sapnął.

Thomas po prostu czekał, z cierpliwością, której nauczyły go ostatnie miesiące, żeby poznać swój los teraz, kiedy przyznał się do zbrodni z przeszłości.

W końcu Roland, podobnie jak Thomas wpatrzony w ogród, wsparł przedramiona na udach, zaciskając dłonie między kolanami.

– Bywały momenty, zwłaszcza w pierwszych dniach twego pobytu tutaj, kiedy nie oczekiwałem, że przeżyjesz. Musiałem łamać ci kości i wykręcać ścięgna, żeby na nowo cię poskładać, musiałem podawać ci leki przeciw infekcji i środki uśmierzające ból. Musiałem wyprostować ci kręgosłup, żywiąc nadzieję, że nie zabiję cię w trakcie. Przez cały ten czas pozostawałeś nieprzytomny… Nie umiałem stwierdzić, czy wolałbyś żyć, czy umrzeć. Toteż zachowałem rezerwę. Nie modliłem się o twoją śmierć, lecz nie modliłem się również, byś przeżył.

Roland mocniej zacisnął dłonie.

– Przeor Geoffrey – ciągnął – zapatrywał się na sprawę inaczej. Uważał twoje przeżycie za prawdopodobne, wręcz pewne, gdyż w jego oczach fakt, że trafiłeś w moje ręce, zwłaszcza w takim stanie, świadczył o boskiej interwencji.

Thomas zamrugał.

– Wykluczone.

Roland prychnął.

– Po tym, co mi właśnie powiedziałeś, rozumiem, dlaczego możesz tak myśleć, ale… znam Geoffreya od lat. Był moim mentorem za czasów nowicjatu. Jest niewiarygodnie przenikliwy i dalekowzroczny, zwłaszcza gdy chodzi o człowieka i jego słabości. – Roland zrobił krótką przerwę. – Zaczynam podzielać jego punkt widzenia.

– Czyli co? – Zaskoczony Thomas dał upust cynizmowi. – Ponieważ spróbowałem odpokutować za grzechy, miłościwy Bóg mi wybaczył?

Roland zaśmiał się oschle, kwaśno. Popatrzył Thomasowi w oczy.

– Nie, nie to. Geoffrey wierzy, że zostałeś ocalony z konkretnego powodu. W jakimś celu. Wierzy, że nasz Pan wyznaczył ci zadanie, coś, co tylko ty możesz zrobić, i oszczędził cię, byś je wykonał.

Thomas wyczytał w oczach Rolanda okrzepłą pewność.

Jakby dla potwierdzenia tej obserwacji, Roland skinął głową.

– A po twoim wyznaniu nawet bardziej skłonny jestem zgodzić się z Geoffreyem. Bez względu na to, co sobie myślisz, nasz Pan jeszcze cię nie skreślił.

Thomas nie wiedział, co o tym sądzić. Kusiło go, żeby wysunąć argument, iż nie jest religijny, a wręcz nie wierzy chyba w żadną boską istotę. W los, być może, ale w Boga? Nie powiedziałby.

Jednak kiedy tak siedział w słońcu, patrząc w spokojne oczy Rolanda… Wzruszył lekko ramieniem, tym mniej uszkodzonym, która to czynność wymagała świadomej decyzji.

– No cóż, bez wątpienia się przekonamy – rzekł.

*

Minęły miesiące, zanim Thomas radził sobie o kulach na tyle dobrze, by dotrzeć do klasztornej biblioteki. Jak na to liczył, odkrył tam gazety z Londynu, dostarczane każdego popołudnia, choć nie potrafił stwierdzić, na czyj użytek; wyglądało na to, że poza nim w całym klasztorze nikt nie wyraża zainteresowania ich lekturą.

W kolejnym miesiącu zwrócił się z prośbą do przeora, aby pozwolił mu odwdzięczyć się klasztorowi poprzez pomoc w inwestycjach. Geoffrey, tak przenikliwy, jak opisał go Roland, wyraził zgodę i po raz pierwszy od bardzo długiego czasu Thomas poczuł, że żyje, a nie tylko egzystuje.

Jak powiedział Geoffreyowi, jeżeli został oszczędzony z konkretnego powodu, przypuszczalnie ujawni się on w stosownym czasie. Do tej pory, zgodnie z etosem zgromadzenia, powinien okazać się użyteczny. A jedyna posiadana przezeń umiejętność wiązała się z robieniem pieniędzy – pomnażaniem ich.

Poprosiwszy jedynie o przyrzeczenie, że wszystkie podejmowane przez Thomasa działania będą całkowicie legalne i uczciwe, Geoffrey wyraził zgodę, wręcz entuzjastyczną, po czym osobiście pokazał mu klasztorne zapiski i księgi rachunkowe.

Kilka miesięcy później inwestycje klasztoru stopniowo zyskiwały na wartości.

Usadowiony na swoim obecnie już zwyczajowym miejscu przy końcu stołu w rogu biblioteki, gdzie zimowe światło wpadało przez łączone ołowiem romboidalne szybki w oknach, Thomas przeglądał szczegóły propozycji przedstawionej przez pośrednika inwestycyjnego klasztoru – teraz, gdy ktoś go zachęcał, ogromnie aktywnego – kiedy do biblioteki wszedł Roland.

Z życzliwym uśmiechem na twarzy zakonnik odsunął sobie krzesło obok Thomasa i usiadł.

Thomas uniósł brew na powitanie, nie przerwał jednak pracy, dopóki nie dotarł do końca kolumny liczb. Wówczas podniósł wzrok i napotkał spokojne spojrzenie szarych oczu Rolanda. Potężny, barczysty mężczyzna, wysoki, wzrostu Thomasa, ale od niego cięższy, zwalisty i silny, o równie jasnej karnacji, lecz ciemnowłosy, podczas gdy Thomas miał włosy w brązowawym odcieniu blondu – wydawało się pewne, że w gronie najbliższych przodków zakonnika znalazłaby się francuska krew – jak zwykle wsparł przedramiona na stole i zacisnął przed sobą duże, ładnie uformowane dłonie. Odchyliwszy się na krześle, Thomas uniósł brew, tym razem pytająco.

– Kiedy spytałem cię o nazwisko – rzekł Roland, uśmiechając się szerzej – byłeś umierający, ledwie świadomy, z bólu odchodziłeś od zmysłów, a mimo to odpowiedziałeś. Dopóki nie wyjawiłeś mi, że jest inaczej, sądziłem, że naprawdę nazywasz się Thomas Glendower. Reagowałeś na to imię bez wahania przez całe miesiące. Zatem… – Szare oczy Rolanda zaglądały badawczo w piwne Thomasa. – Czy słusznie zakładam, że Thomas Glendower rzeczywiście istnieje?

Thomas przytaknął.

– Istnieje. Jest – wykonał gest, coś, co wreszcie potrafił swobodnie zrobić, w dodatku ze względną gracją – moim alter ego, stworzyłem je, nim osiągnąłem dorosłość, wykorzystywałem jednak rzadko, w każdym razie nie dla celów intryg, które doprowadziły do zguby moje drugie ja. – Umilkł na chwilę, zastanawiając się. – Jeśli jest mi pisane żyć na tym świecie na tyle długo, by osiągnąć ów nieznany cel, wyznaczony mi przez los bądź Boga, wówczas potrzebna mi jakaś tożsamość, a Thomas… choć niedoskonały ani całkowicie wolny od grzechu, może zostać wskrzeszony i znaleźć przynajmniej takie zastosowanie.

Roland pokiwał głową.

– Wspomniałeś, że jako dawny ty przejawiałeś tendencję do niemyślenia o innych… odrzucania świadomości tego, jak oddziałują na innych twoje poczynania. – Patrząc Thomasowi w oczy, Roland ciągnął: – Dlatego też czuję, że powinienem zapytać: czy Thomas ma kogoś na swoim utrzymaniu? Kogokolwiek, komu jego… twoje zniknięcie i przedłużająca się nieobecność nastręczą trudności?

Thomas zamrugał i wyprostował się wolno na krześle.

– Nie od razu… nawet nie po takim czasie. Ale w końcu… owszem.

– No właśnie – skwitował Roland. – Potraktuj to więc jak przyjacielskiego kuksańca. Chociaż możesz zdecydować się pozostać w tutejszym odosobnieniu, oczekując na oświecenie w kwestii swego celu, nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś teraz napisał list – ruchem głowy wskazał odłożone przez Thomasa pióro – i odnowił kontakty z zależnymi od ciebie osobami, uspokoił je i uporządkował swoje sprawy.

Thomas przemyślał sugestię, a potem spojrzał Rolandowi w oczy.

– Dziękuję.

Zakonnik znów się uśmiechnął – a to zawsze chętnie robił – i wstał od stołu.

– Zostawię cię z tym zadaniem. Jeśli zechcesz wysłać list, po prostu zostaw go na tacy na stole przed gabinetem Geoffreya.

Thomas skinął głową.

Po wyjściu mnicha Thomas namyślał się chwilę, a potem sięgnął po czystą kartkę papieru.

Pół godziny później, opierając się ciężko na kulach, mozolnie wszedł do holu przed gabinetem przeora. Zdyszany, przystanął obok ustawionego pod ścianą stołu, wziął głębszy oddech i upuścił na tacę dwa listy, które ściskał w dłoni. Na obu widniały londyńskie adresy; pierwszy był do Draytona, przedstawiciela biznesowego Thomasa Glendowera, drugi zaś do Marwella, jego prawnika.

Balansując na kulach, Thomas wpatrywał się w listy spoczywające na szczycie niewielkiego stosu. Stanowiły pierwszy wypad z powrotem do świata poza murami klasztoru – krok, którego wagę Roland z pewnością doceniał.

Jednakże, rzeczywiście, należało to zrobić. Te listy trzeba było napisać, wykonać ów krok.

Chwyciwszy mocniej kule, Thomas odwrócił się i odszedł nieporadnie.

*

Biblioteka stała się jego miejscem pracy, pory roku przetaczały się jedna za drugą. Zima minęła, przybyła wiosna, a wraz z nią opat z opactwa, któremu klasztor podlegał. Ujrzawszy ostatnie raporty finansowe przeora Geoffreya, opat pragnął się dowiedzieć, czy Thomas zdołałby dokonać podobnego cudu z zasobami opactwa.

Thomas z zadowoleniem przyjął wyzwanie; zarządzanie większymi funduszami da mu zajęcie, pobudzi umysł do pracy i wyszlifuje zdolności. Zmusi go również do kontaktów z większą liczbą osób, a zaczynał sobie uzmysławiać, że potrzebuje stałej praktyki w sztuce – jak to z wymowną prostotą ujął Roland – myślenia o innych.

Thomasowi nigdy nie przychodziło to w sposób naturalny – i nadal tak nie było. Musiał się napominać, żeby analizować swoje działania i ich następstwa z perspektywy pozostałych osób w nie zaangażowanych.

Jako że nadal nie miał pojęcia, w jakim celu ocalał, zaakceptował, że jeśli chce trwać choćby tylko w świecie ograniczonym murami klasztoru, musi nauczyć się, jak współżyć z ludźmi, nie powodując mimowolnie szkód z powodu typowego dlań zaabsorbowania sobą.

Klasztor należał do benedyktynów, a Thomas z zaskoczeniem odkrył, że dopasowuje się do tutejszego porządku. W regule zakonnej znajdował pokrzepienie. Jego najbliższym towarzyszem pozostał Roland, wiele czasu spędzał także z Geoffreyem. Obaj mężczyźni mieli umysły jeśli nie takie same jak jego, to w każdym razie na tyle podobne, by sprzyjało to wzajemnemu uznaniu.

Stopniowo jego ciało zdrowiało. Jego twarz nigdy nie odzyska dawnego wyglądu, będzie też przez resztę życia nosił liczne blizny, niemniej jedne po drugich znikały rozmaite klamry i pasy, które Roland zastosował, żeby przestawić kości Thomasa i wesprzeć jego powykręcane stawy. Dwa lata po tym, jak Roland znalazł go na pobliskim brzegu, Thomas chodził wyprostowany, podpierając się jedynie laską.

Pomimo ciężkich przejść nie opuściło go zdrowie, którym niegdyś bezspornie tryskał. Przez kolejne miesiące spędzał popołudnia poza biblioteką, asystując w ogrodach, stajniach i warsztatach – wszędzie, gdzie przydawała się dodatkowa pomoc. I jego siła rosła, zwiększały się umiejętności. Na te ostatnie spoglądał ze swego rodzaju cyniczną przyjemnością; w poprzednim życiu nigdy nie miał okazji wziąć do ręki topora ciesielskiego, a tym bardziej motyki. Co do siły… Jeżeli ocalał, żeby spełnić jakąś funkcję, dokonać jakiegoś czynu – rozumował – siła będzie mu potrzebna do osiągnięcia owego celu.

Trzy lata po jego przybyciu do opactwa umarł Geoffrey. Thomasa zaskoczyło, że poczuł smutek i żal z powodu odejścia starca. Dawniej nie doświadczał takich emocji, nie po śmierci znajomego, potraktował więc ich obecność jako znak, że uczy się budować więzi z ludźmi.

Kiedy już Geoffreya pochowano z całym należnym ceremoniałem, bracia spotkali się i zagłosowali na kolejnego przeora. Thomas bez zaskoczenia przyjął wiadomość, że jednomyślnie wybrano Rolanda.

– Za ciebie, przeorze Rolandzie.

Sadowiąc się wygodnie w fotelu przy kominku w gabinecie przeora, Thomas uniósł puchar w stronę Rolanda, zajmującego fotel naprzeciw, ten, w którym zwykł siadywać Geoffrey.

Usta zakonnika wygięły się w czymś pomiędzy uśmiechem a grymasem.

– Chciałbym móc powiedzieć, że jestem zachwycony, lecz o wiele bardziej wolałbym, żeby Geoffrey nadal był tu z nami.

Po raz pierwszy Thomas potrafił to zrozumieć. Skłonił głowę.

– W rzeczy samej.

Przez chwilę obaj milczeli, a potem Roland uniósł puchar.

– Za nieobecnych przyjaciół.

– Za Geoffreya.

Wypili.

Następnie Roland oparł się w fotelu i zmierzył Thomasa wzrokiem.

– Oraz, poniekąd, za ciebie. To tobie ja i moi towarzysze musimy podziękować za finansową krzepę klasztoru, za sprawą której, jak się zdaje, nigdy nie będziemy musieli się martwić o przetrwanie.

Thomas zbył podziękowania machnięciem ręki.

– Byłem na miejscu, znudzony, przy czym wypadało odpłacić tobie i temu domowi za to tutaj. – Gestem omiótł swoje wyleczone ciało. – Przy okazji, mogę oczekiwać dalszej poprawy, czy też zwinniejszy nie będę?

Wargi Rolanda drgnęły.

– Nabierzesz sił, widzę to w tobie od kilku ostatnich miesięcy. Przekonasz się jednak, że te siły ulokują się w innych rejonach. Na przykład masz mocniejszy chwyt, ponieważ ręce tak często muszą podtrzymywać twoją wagę, twoje ramiona i barki staną się silniejsze niż kiedyś, ale nogi już zawsze będziesz miał słabsze. Co do zwinności – ton Rolanda złagodniał – zawsze będziesz powłóczył nogą… tego nie zdołałem naprawić. I niemal na pewno zawsze będziesz chodził o lasce, poza tym wszakże, jak już się przekonałeś, możesz jeździć konno i za jakiś czas będziesz w stanie pokonywać pieszo znacznie większe dystanse niż obecnie.

Patrząc na kaleką lewą nogę, Thomas przytaknął.

– Wróćmy jednak do kwestii – ciągnął mocniejszym głosem Roland – którą zamierzałem poruszyć, zanim tak gładko odwróciłeś moją uwagę.

Thomas uśmiechnął się krzywo.

Zakonnik pokiwał głową.

– No właśnie. Wracając zatem do owej kwestii, ja odnalazłem swoje miejsce, swoją drogę ku przyszłości. Podobnie jak Geoffrey aż do śmierci pozostanę tutejszym przeorem. Aktywnie szukałem tej drogi: pracowałem i ustawiłem się na pozycji, z której, jeśli moi towarzysze tak by zadecydowali, mogłem objąć stanowisko przeora i osiągnąć życiowy cel. Jak Geoffrey przede mną. Ale co z tobą, Thomasie? Odkąd cię tu przyniosłem, trwasz w zawieszeniu, lecz przecież nie jesteś typem człowieka, który biernie czeka, co przyniesie mu życie. Pod tym względem przypominasz Geoffreya i mnie. Jaki więc jest twój cel?

Thomas westchnął. Wsparł głowę o miękki skórzany zagłówek. Po chwili popatrzył Rolandowi w oczy.

– Spodziewałem się, że umrę. Ale tak się nie stało. Jeśli zaakceptuję tezę twoją, Geoffreya i w istocie całej tutejszej wspólnoty, ocalałem z konkretnego powodu, przypuszczalnie po to, bym wypełnił jakąś misję… taką, do której wyłącznie ja mam kwalifikacje. – Rozpostarł ręce. – Oto więc jestem, czekam, aż los, Bóg, czy jakakolwiek siła decyduje o tych sprawach, odnajdzie mnie i postawi przede mną owo uświęcone zadanie.

Umilkł na chwilę, ponieważ jednak wiedział, że Roland czeka na ciąg dalszy, zaraz podjął:

– W zamierzeniu moja śmierć, ostateczny koniec człowieka, jakim niegdyś byłem, miała stanowić, i nadal tak to postrzegam, nieuniknioną zapłatę za moje grzechy, grzechy, które popełniłem jako tamten mężczyzna. W tym kontekście fakt, że zostałem oszczędzony do zadania, które tylko ja mogę wykonać… w pewnym sensie pasuje. – Thomas urwał i osuszył puchar. Opuściwszy go, mruknął: – Odnoszę wrażenie, jakbym odbywał kolejne etapy pokuty: niemal umarłem, lecz nie pozwolono mi wywinąć się tak łatwo, potem stopniowo zdrowiałem i w końcu, przypuszczalnie, otrzymam zadanie do wypełnienia. Aktualnie zapatruję się na to tak, że dopiero kiedy wykonam owo zadanie, dane mi będzie zaznać spokoju, dopełnić pokuty za dawne czyny.

Roland przyglądał mu się w milczeniu przez całą minutę.

– Rozumiem, że w to wierzysz – odezwał się wreszcie – i nie znajduję żadnego argumentu przeciw twojej logice. Na twoim miejscu zapatrywałbym się na sprawę podobnie. Jednakowoż nadal pozostaje do omówienia pewien aspekt twojej sytuacji, ten mianowicie, że jesteś już dostatecznie zdrowy, żeby zacząć szukać swojej drogi… tej, na której natkniesz się na swoje zadanie. Mimo to w moim odczuciu ty nadal biernie czekasz, zamiast wziąć się do działania.

Thomas zmarszczył brwi.

– Myślałem… – odezwał się po paru chwilach. – Zakładałem, że los albo Bóg odszukają mnie w stosownym czasie… kiedy uznają, że jestem gotowy. Przyjąłem, że muszę jedynie poczekać tutaj, a moje zadanie do mnie przyjdzie.

Zakonnik wykrzywił usta.

– Nie da się tego wykluczyć, niemniej klasztor to mocno ograniczony świat. Twoje zadanie równie dobrze może leżeć poza tymi murami i znajdziesz je wyłącznie, jeśli dobrze poszukasz.

Thomas nic nie powiedział, a tylko niewidzącym wzrokiem wpatrywał się we własne stopy.

Roland odczekał kilka minut.

– Po prostu otwórz umysł na to pytanie – rzekł wreszcie cicho. – Jasność spłynie na ciebie z czasem.

*

Tej nocy Thomas rzucał się i wiercił na wąskiej pryczy w celi na końcu infirmerii. Słowa Rolanda, zawarta w nich sugestia, że aby dopełnić pokuty i odnaleźć prawdziwy spokój, będzie musiał opuścić klasztor oraz bezpieczeństwo, jakie dawały jego mury, a następnie szukać zaordynowanego mu zadania w szerszym świecie, jak również implikacje tegoż, wzburzały mu myśli.

Bez wątpienia miał charakter osoby, która lubi dowodzić, a zwłaszcza kontrolować swoje przeznaczenie. Przejawiał także skłonność do manipulacji, mniej lub bardziej instynktownej. Czy jego przedłużający się pobyt tutaj, kiedy to w domniemaniu czekał, nie był przypadkiem kolejnym sposobem, w jaki starał się uzyskać kontrolę?

Próbą zmuszenia losu lub Boga, żeby grali według jego reguł?

Jedno wiedział z absolutną pewnością – nienawidził wkraczać w nieznane sytuacje. Zawsze tak było.

A nadal nie miał pojęcia, najmniejszych podejrzeń, na czym może polegać jego zadanie.

Zaakceptować ryzyko i po prostu wyruszyć, ufając, że zadanie go znajdzie, że natknie się na nie, jeśli tylko poszuka…

Wiara w cokolwiek poza sobą samym nigdy nie przychodziła mu łatwo.

*

– Pora, żebym opuścił klasztor.

Opierając się na lasce, Thomas opadł na fotel przy kominku w gabinecie Rolanda.

Usiadłszy w fotelu naprzeciw, Roland przyjrzał mu się bacznie, a później pokiwał głową.

– Osiągnąłeś tutaj wszystko, co sobie założyłeś.

Thomas przytaknął ponuro w odpowiedzi.

– Zawarłem z samym sobą pakt: jeśli zgromadzę dostateczne fundusze, żeby klasztor i opactwo mogły podjąć się prac budowlanych, na które ty i opat się nastawiliście, i do tego czasu przeznaczone mi zadanie się nie ujawni, pogodzę się z tym werdyktem i sam wyruszę go poszukać. Dziś rano nastała ta chwila. Mojemu zadaniu nie jest pisane odnaleźć mnie w tych murach, o czym ty, mam tego świadomość, zawsze byłeś przekonany.

Przekrzywiwszy głowę, zakonnik otaksował go wzrokiem.

– Nigdy nie rozumiałem twojej niechęci do powrotu do zewnętrznego świata. Nie jest tak, że będziesz się w nim czuł zagubiony.

– Nie. I mówiąc całkowicie szczerze, chyba sam nie rozumiem mojej… antypatii. – Thomas umilkł na chwilę, a później podjął z wyraźną odrazą do samego siebie: – Mogę jedynie się domyślać, że jakiś głęboko zakorzeniony instynkt samozachowawczy wolałby, żebym pozostał tutaj we względnym komforcie, zamiast wystawiać się na kaprysy świata, gdzie wielu ma powody mnie nienawidzić, jeśli nie wręcz powiesić.

Spojrzenie zakonnika pozostało nieruchome. Thomas czuł jego ciężar – ciężar, który narósł przez ostatnie dwa lata, odkąd Roland okrzepł w roli przeora.

– Często zdajesz się zapominać o jednej rzeczy – powiedział w końcu mnich.

Kiedy nie rozwinął tej myśli od razu, Thomas popatrzył mu w oczy, pytająco unosząc brwi.

– Nie jesteś człowiekiem, którego znał świat. Zaufaj mi, twoja śmierć, jak to nazywasz, i lata spędzone tutaj zmieniły cię nieodwracalnie.

Thomas skłonił głowę.

– Być może i niewykluczone, że po części z tego wynika moja niechęć do wyjazdu, spróbowania sił w szerszym świecie.

Roland zamrugał.

– Nie nadążam.

– Ujmując rzecz prosto, nie wiem, kim teraz jest Thomas Glendower i jak poradzi sobie poza obrębem tych murów.

– To właśnie wyzwanie, czyż nie? – skwitował z uśmiechem ironicznego zrozumienia Roland.

Thomas uniósł brwi.

– Jego część, jak przypuszczam. Chyba jednak możemy się zgodzić, że zebranie hartu ducha, żeby opuścić to miejsce, będzie zaledwie preludium. – Po krótkiej chwili skonkludował w zadumie: – Jednakże jeśli chcę wypełnić główne zadanie, oczywiste jest, że muszę ruszyć przed siebie i go poszukać, czy też, co bardziej prawdopodobne, dać mu się znaleźć.

ROZDZIAŁ 1

Marzec 1838

Klasztor wLilstock, hrabstwo Somerset

Kiedy Thomas wyjechał przez bramę, słońce połyskiwało w oszronionej trawie i migotało w kroplach rosy na nagich jeszcze gałęziach.

Dosiadał jasnego siwka, którego kupił parę miesięcy wcześniej, gdy towarzyszył Rolandowi w jednej z jego podróży do opactwa. Ich trasa wiodła przez Bridgewater i tam właśnie znalazł tego dropiatego konia. Wałach był już starszy, silny, zdolny bez trudu unieść Thomasa, lecz zarazem spokojny, co stanowiło konieczność ze względu na fizyczne ograniczenia jeźdźca; Thomas nie mógł być już pewien, czy wystarczy mu siły w kolanach, by zapanować nad wierzchowcem w nerwowej sytuacji.

Srebrnego – tak nazwali go nowicjusze – nic nie było w stanie zdenerwować. Jeśli coś mu się nie podobało, po prostu się zatrzymywał, Thomasowi zaś ta jego cecha wielce odpowiadała, jako że nie życzył sobie wylecieć z siodła.

Jego kości doznały już tylu złamań, że obdzieliłby nimi pięć ludzkich żywotów.

Jadąc drogą w kierunku Bridgewater, Thomas instynktownie oceniał, co go boli. Zawsze już będą mu dokuczały różne dolegliwości, jednak, ogólnie biorąc, ich natężenie spadło do takiego poziomu, że dało się je ignorować. Albo to, albo jego zmysły się przytępiły, a nieustannie podrażniane nerwy uodporniły.

Przez ostatni miesiąc w ramach przygotowań do podróży codziennie jeździł konno, żeby nabrać sił i upewnić się, że podoła czterem lub pięciu dniom jazdy, jakie dzieliły go od celu.

Zbliżył się do pierwszego wzniesienia na drodze i raptem odczuł, dotkliwie, że porzuca coś cennego.

Ściągnąwszy wodze na szczycie pagórka, zawrócił Srebrnego i spojrzał wstecz.

Szare mury klasztoru wtapiały się w zieleń porastających cypel traw na tle błękitnego nieba i grafitowych wód Kanału Bristolskiego. Thomas patrzył i wspominał godziny spędzone tam z Rolandem, z Geoffreyem, ze wszystkimi innymi mnichami, którzy zaakceptowali go, nie zadając pytań ani nie osądzając.

To głównie im, nie sobie zawdzięczał tę szansę – żeby ruszyć naprzód, dopełnić pokuty i tym sposobem odnaleźć spokój.

Dzięki Draytonowi miał w kieszeni pieniądze, a w sakwach przy siodle wszystko, czego potrzebował, żeby dotrzeć do wybranej przez siebie siedziby i tam osiąść.

Wreszcie to robił, wykonywał pierwszy krok na drodze ku swemu losowi.

W istocie, poddawał się losowi, dobrowolnie godził na wszystko, co na niego czekało.

Jeszcze przez chwilę wpatrywał się w mury klasztoru, a potem zawrócił Srebrnego i pojechał dalej.

Jego trasa wiodła przez Taunton, miejsce pełne wspomnień, jak również ludzi, którzy pomimo blizn mogliby go rozpoznać. Przejechał ciągiem przez miasteczko i dalej, zatrzymując się na noc w niewielkiej wiosce Waterloo Cross, skąd o świcie podjął wędrówkę na zachód.

Późnym popołudniem czwartego dnia od wyjazdu z klasztoru przybył do Breage Manor. Najpierw przejechał przez Helston i stamtąd drogą do Penzance, potem skręcił na południe, w polną dróżkę wiodącą do klifów. Początek alei dojazdowej nie rzucał się w oczy. Nijaka, wysypana żwirem droga wiła się między karłowatymi drzewami, a następnie wspinała na niewielkie, otwarte wzniesienie, by skończyć się przed frontowymi drzwiami.

Kupił tę posiadłość przed wielu laty, całkowicie pod wpływem kaprysu. Przemówiła do niego i ten jeden raz uległ impulsowi, nabywając ów prosty, lecz solidnie zbudowany dworek w głębi Kornwalii. W całym jego czterdziestodwuletnim życiu był to jedyny budynek mieszkalny, który posiadał na własność, jedyne miejsce, które skłaniałby się nazwać domem.

Dwór na planie prostokąta, solidny, niewyszukany, z miejscowych cegieł w przygaszonych odcieniach czerwieni, ochry i żółci, miał dwie kondygnacje plus poddasze pod ołowianym dachem. Okna głównych pokoi wychodziły na południe, na klify i morze.

Jadąc stępa aleją dojazdową, Thomas zlustrował dom i stwierdził, że dokładnie odpowiada obrazom z jego wspomnień. Nie zaglądał tu od lat – znacznie dłużej niż te pięć spędzone przezeń w klasztorze. Gattingowie, para, którą zainstalował tutaj w rolach gospodyni i dozorcy, ewidentnie nadal opiekowali się domem jak własnym. Szyby w oknach lśniły, schody wejściowe zamieciono i nawet z tej odległości połyskiwała mosiężna kołatka.

Thomas zatrzymał Srebrnego w miejscu, gdzie od podjazdu odbijała ścieżka do stajni, potem jednak, przez szacunek dla starszego małżeństwa, którego nie powiadomił o swym rychłym przyjeździe, popędził konia w pobliże schodów i zsiadł. Choć lewą stronę twarzy miał oszpeconą i kulał, Gattingowie go rozpoznają, nie chciał ich wszakże przestraszyć, wchodząc niezapowiedziany przez tylne drzwi.

Albo tarabaniąc się nieporadnie, jak by to w istocie wyglądało.

Wyjął laskę z uchwytu przy siodle, który zrobił dla niego klasztorny masztalerz, a następnie puścił wodze Srebrnego i przyglądał się, kiedy potężny siwek niespiesznie schodził z podjazdu, żeby poskubać szorstką trawę. Uspokojony, że koń zanadto się nie oddali, Thomas skierował się ku frontowym drzwiom.

Kiedy dotarł do niewielkiego ganku, miał świadomość, że powłóczy nogami ze zmęczenia – nic dziwnego, biorąc pod uwagę dystans, jaki przejechał, a do tego dochodził przecież fizyczny wysiłek związany z przełamywaniem ułomności. Jednakże w końcu się tu znalazł – w jedynym miejscu, które uważał za dom – i będzie mógł odpocząć, przynajmniej dopóki nie zgłosi się po niego los.

Pociągnął za wiszący obok drzwi sznur dzwonka.

W głębi domu rozległo się dzwonienie. Wyprostował się, usztywnił kręgosłup, pewniej chwycił srebrną rączkę laski i przygotował się na ponowne spotkanie z Gattingami.

Usłyszał zbliżające się kroki, szybkie i lekkie. Nim zdążył zrobić coś więcej, aniżeli odnotować, że to dziwne, drzwi się otworzyły.

W progu stanęła kobieta i ze spokojem zmierzyła go wzrokiem.

– Tak? Mogę panu w czymś pomóc?

Nigdy wcześniej jej nie widział. Thomas zamrugał, a potem zmarszczył brwi.

– Kim pani jest?

„Kim, u diabła, pani jest?” – te słowa w pierwszej chwili cisnęły mu się na usta, lecz lata spędzone w klasztorze nauczyły go zważać na to, co mówi.

Minimalnie wysunęła brodę. Była wysoka jak na kobietę, jedynie o pół głowy niższa od niego, z pewnością też nie na tyle młoda – bądź na tyle skromna – by wziąć ją za pokojówkę.

– Wydaje mi się, że to ja mam prawo o to zapytać.

– Zasadniczo nie, jednak ja. Jestem Thomas Glendower i ten dom należy do mnie.

Zamrugała. Nie umknęła spojrzeniem, lecz mocniej zacisnęła dłoń na krawędzi drzwi. Milczała przez kilka sekund, po czym odchrząknęła.

– Jako że obawiam się, iż pana nie znam – powiedziała – muszę zobaczyć jakiś dowód na potwierdzenie pańskiej tożsamości, zanim wpuszczę pana do środka.

Nadal marszczył brwi. Próbował ominąć ją wzrokiem i zajrzeć w głąb zacienionego holu.

– Gdzie są Gattingowie? Małżeństwo, które zostawiłem tutaj, by zajmowało się domem?

– Odeszli na emeryturę, już dwa lata temu. Najpierw przez dwa lata im pomagałam, toteż po ich odejściu przejęłam obowiązki. – Podejrzliwość w jej oczach, obecna tam, jak teraz sobie uzmysłowił, od samego początku, jeszcze narosła. – Prawdziwy pan Glendower by o tym wiedział. Sprawa została oficjalnie załatwiona z… z pańskim pośrednikiem w Londynie. Poinformowałby pana o zmianie.

Była dość bystra, żeby nie podać nazwiska. Ponieważ zaczęła zamykać drzwi, odpowiedział z więcej niż odrobiną zgryźliwości:

– Jeśli mówi pani o Draytonie, nie uznałby tej zmiany za na tyle ważną, żeby zawracać mi nią głowę. – Oszczędnym gestem omiótł swą okaleczoną postać. – Przez ostatnich pięć lat absorbowało mnie co innego.

Przynajmniej tym powstrzymał ją przed zamknięciem mu drzwi przed nosem. Zamiast tego przyglądała mu się bacznie coraz mroczniejszym wzrokiem; jej wargi – całkiem niczego sobie, nawiasem mówiąc – wolno zacisnęły się w cienką kreskę.

– Obawiam się, proszę pana, że tak czy owak będzie mi potrzebny jakiś dowód na potwierdzenie pańskiej tożsamości, zanim wpuszczę pana do domu.

Spróbuj spojrzeć na sytuację zpunktu widzenia tej drugiej osoby. Nadal nastręczało mu to trudności w relacjach z mężczyznami; z kobietą był bez szans. Wpatrywał się w nią – a ona w niego. Nie zamierzała ustąpić. Zatem… zaprzągł do pracy umysł, a ten łatwo znalazł rozwiązanie.

– Ściera pani kurze w bibliotece?

Zamrugała.

– Tak.

– Stoi tam biurko, przy oknie z widokiem na boczny ogród.

– Owszem, ale każdy mógł zajrzeć i je zobaczyć.

– To prawda, jeśli jednak ściera pani kurze z biurka, wie pani, że środkowa szuflada jest zamknięta na klucz. – Uniósł rękę, żeby powstrzymać kobietę przed poinformowaniem go, że to częste w przypadku tego typu biurek. – Jeżeli podejdzie pani do biurka i stanie plecami do szuflady, po prawej zobaczy pani ciąg regałów z książkami, a na półce na wysokości – zmierzył ją wzrokiem – mniej więcej pani brody, w bliższym narożniku ujrzy pani zegar, kareciak. Z przodu u podstawy zegara mieści się niewielki prostokątny panel. Proszę lekko go nacisnąć, a wtedy otworzy się skrytka. Wewnątrz znajdzie pani klucz do szuflady biurka. Gdy ją pani otworzy, zobaczy pani w środku oprawny w czarną skórę notes. W nim, na pierwszej stronie, znajdzie pani moje nazwisko wraz z datą, 1816. Na kolejnych stronach widnieją liczby obrazujące miesięczne wydobycie rudy cyny w dwóch miejscowych kopalniach, które wówczas dzierżawiłem. – Urwał, po czym uniósł brew. – Czy tyle pani wystarczy, by mnie zidentyfikować?

Zaciskając wargi, spokojnie patrzyła mu w oczy.

– Jeśli zechce pan tu poczekać – odparła z godnym pochwały opanowaniem – zweryfikuję pańskie informacje.

Z tymi słowy zamknęła drzwi.

Thomas westchnął, a potem usłyszał odgłos zasuwanego rygla i poczuł się znieważony.

Co sobie myślała? Że wdarłby się do domu siłą?

Jakby na potwierdzenie jego niesprawności rozbolała go lewa noga. Musiał ją odciążyć przynajmniej na kilka minut, inaczej ból stanie się rwący. Zszedłszy z powrotem po trzech płytkich stopniach, usiadł na ganku, wyciągnął nogi przed siebie i oparł laskę o lewe kolano.

Nie poznał nawet jej imienia, lecz mimo to czuł się urażony, że uznała go za zagrożenie. Jak mogła tak myśleć? Nie zdołałby nawet za nią pobiec. Gdyby spróbował, wystarczyłoby, że rzuciłaby mu coś pod nogi, a potknąłby się i runął na twarz.

Niektórym ludziom widok kalectwa sprawia przykrość, ona jednak, choć patrzyła na jego blizny, zdawała się ich nie zauważać – z pewnością nie potraktowała go z tego względu ulgowo. No i, prawdę mówiąc, nie wyglądał aż tak źle. Lewa strona jego twarzy ucierpiała, opadała mu powieka, kość policzkowa była lekko wklęsła, a przez szczękę biegła paskudna blizna, lecz prawy profil wyszedł z tej przygody jedynie z paroma pomniejszymi bliznami. Dlatego właśnie Thomas nie wątpił, że Gattingowie od razu go rozpoznają.

Reszta jego ciała przedstawiała sobą podobną szachownicę miejsc pokrytych paskudnymi bliznami i względnie nietkniętych, lecz skrywało je ubranie. Dłonie, po zabiegach Rolanda, przetrwały w stanie na tyle dobrym, by w normalnych okolicznościach nie zwracać niczyjej uwagi. Na zewnątrz o jego kalectwie w sposób oczywisty świadczyły jedynie lewa noga, sztywna od biodra w dół, oraz laska, której potrzebował, by utrzymać równowagę.

Próbując spojrzeć na siebie jej oczami, przyznawał, że pozostał sprawny pod względem seksualnym, ale, doprawdy, jakże mogła widzieć w nim zagrożenie?

Dotarł do tego punktu jałowych rozmyślań, kiedy uświadomił sobie, że stanowi obiekt obserwacji. Zerknąwszy w prawo, zobaczył dwoje dzieci – mniej więcej dziesięcioletniego chłopca i kilka lat od niego młodszą dziewczynkę – które popatrywały nań zza węgła.

Ponieważ nie schowały się, gdy je zauważył, wydedukował, że mają prawo tu przebywać… i że to właśnie one mogą być przyczyną ostrożności jego nowej gospodyni.

Dziewczynka nadal mu się przyglądała, niespeszona, podczas gdy chłopiec przeniósł wzrok na Srebrnego.

Nawet z tej odległości Thomas widział tęsknotę na jego twarzy.

– Możesz go pogłaskać, jeśli chcesz. Jest starszy i nie boi się ludzi. Nie ugryzie ani się nie spłoszy.

Chłopiec spojrzał na Thomasa; jego oczy, cała twarz rozjaśniły się z zadowolenia.

– Dziękuję.

Wyszedł zza domu i spokojnie zbliżył się do Srebrnego, który zobaczył go, lecz, zgodnie z przewidywaniami Thomasa, nie spłoszył się i dał pogłaskać po długiej szyi, do czego chłopiec przystąpił ze stosowną rewerencją.

Thomas obserwował tę parkę, dziewczynka bowiem podążyła za bratem. Analizując rysy ich twarzy, nabrał pewności, że są rodzeństwem, w dodatku spokrewnionym z jego nową gospodynią. Odnotował czystość wymowy chłopca i uzmysłowił sobie, że także tę cechę dzieli on z kobietą, która otworzyła drzwi. Kimkolwiek byli, skądkolwiek tu przyszli, nie pochodzili z tych okolic.

– Ani też – wymamrotał Thomas – z pierwszej lepszej wiejskiej chaty.

Naturalnie mogło istnieć ku temu wiele przyczyn. Stanowisko gospodyni dżentelmena o pozycji pana Thomasa Glendowera byłoby do zaakceptowania dla damy z podupadłej ziemiańskiej rodziny.