Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Kochając Pabla, nienawidząc Escobara ebook

Virginia Vallejo  

4.66666666666667 (3)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 593 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kochając Pabla, nienawidząc Escobara - Virginia Vallejo

W 1983 roku Virginia Vallejo – była modelka, wschodząca gwiazda kolumbijskiej telewizji i bywalczyni salonów – poznała Pabla Escobara, nazywanego często „kolumbijskim Robin Hoodem”, i zakochała się w nim. Mało kto miał okazję poznać go tak dobrze jak ona – kochanka najbardziej poszukiwanego i najbogatszego przestępcy świata. Pełen fascynacji i przepychu kilkuletni związek tych dwojga rozgrywał się w otoczeniu luksusowych apartamentów w najbardziej eleganckich hotelach całego świata, na sławnym ranczu Hacienda Nápoles oraz maleńkiej wyspie na Karaibach, będącej własnością Escobara. Książka odsłania nie tylko intymne szczegóły płomiennego romansu. Virginia jak nikt inny miała prawo i możliwość zadawania Pablowi najtrudniejszych i najintymniejszych pytań. A on jej odpowiadał – miała przecież napisać jego biografię. Dlaczego biografia nie powstała? Jak wielka miłość zmieniła się w wielką zazdrość i nienawiść? Co się stało, że kochanka stała się wrogiem numer jeden narkotykowego barona i zwierzyną łowną? Jak amerykańskim służbom udało się w sensacyjnych okolicznościach uratować Virginię i wywieźć do Stanów? Jak Virginia Vallejo zmieniła się w pomocnicę tych, którzy chcieli dopaść jej ukochanego?

„Zakochana ślepo kobieta i mężczyzna pożądający władzy…Ta historia nie może mieć happy endu. Ale choć wiemy, jaki jest jej koniec, czytamy o niej, bo opowiedziana jest emocjonalnymi słowami zakochanej kobiety, która dosłownie na szali losu położyła swoje życie. Nie tylko zawodowe. Zarówno ona, jak i jej rodzina zapłaciły za to uczucie ogromną cenę. Tak, związki ludzi mediów zwykle nie kończą się dobrze, a zdanie pojawiające się na końcu bajek o tym, że «żyli długo i szczęśliwie», nie ma tu zastosowania… Bo czasem chodzi jedynie o to, by w ogóle przeżyć” – Karolina Korwin Piotrowska

Virginia Vallejo pokochała przestępcę. To nie był typowy romans, bo życie z Pablem Escobarem, miliarderem i najsłynniejszym kolumbijskim baronem narkotykowym, nie mogło wyglądać prozaicznie. Książka jest również niezwykła. Od czułości po agresję, od naiwności – po surowy osąd. Opowieść o związku Escobara i Vallejo czyta się jak świetną powieść awanturniczą, a to było samo życie. Tyle że życie wyglądające jak dobry film: z suspensem, erotyką i z przewrotnym zakończeniem. Najlepiej z Penélope Cruz i Javierem Bardemem w rolach głównych. O przepraszam, ten film właśnie powstaje!” – Łukasz Maciejewski

Opinie o ebooku Kochając Pabla, nienawidząc Escobara - Virginia Vallejo

Fragment ebooka Kochając Pabla, nienawidząc Escobara - Virginia Vallejo

Tytuł oryginału: AMANDO A PABLO, ODIANDO A ESCOBAR

Redakcja: Paweł Sajewicz

Korekta: Marta Śliwińska

Projekt graficzny okładki: Isabel Urbina Peña

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Zdjęcia na okładce: Virginia Vallejo, East News/Sipa Press/Torres/Parga/El Tiempo Colombia

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

© copyright by Agora SA 2017

Copyright © 2007 by Virginia Vallejo Translated from the Spanish language

AMANDO A PABLO, ODIANDO A ESCOBAR

First published by : Random House Mondadori 2007

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2017

ISBN: 978-83-268-1972-8 (epub), 978-83-268-1973-5 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Moim zmarłym, bohaterom i złoczyńcom.

Wszyscy jesteśmy jednością, jednym narodem.

Atomem odnawiającym się w nieskończoność od zawsze i na zawsze.

Wstęp

18 lipca 2006 roku, wtorek, szósta rano. Trzy opancerzone samochody z ambasady amerykańskiej przyjeżdżają do mieszkania mojej matki w Bogocie, żeby zawieźć mnie na lotnisko. Samolot czeka już z włączonymi silnikami. Kierunek: gdzieś w Stanach Zjednoczonych. Jeden samochód z ochroniarzami uzbrojonymi w karabiny maszynowe jedzie przed nami, drugi za nami. Poprzedniego wieczoru szef ochrony z ambasady ostrzegł mnie o podejrzanych osobach zauważonych po drugiej stronie parku, na który wychodzą okna mojego budynku. Oznajmił, że kazano mu mnie chronić. Pod żadnym pozorem nie wolno mi się zbliżać do okien ani otwierać nikomu drzwi. Samochód załadowany moim najcenniejszym dobytkiem wyruszył już godzinę temu. Ten należy do Antonia Galana Sarmienta, przewodniczącego rady miejskiej Bogoty i brata Luisa Carlosa Galana – kandydata na prezydenta zamordowanego w sierpniu 1989 roku na rozkaz Pabla Escobara Gavirii, przywódcy kartelu Medellín.

Escobar, mój były kochanek, został zastrzelony 2 grudnia 1993 roku, po niemal półtorarocznej obławie. Żeby go dopaść, obiecano nagrodę w wysokości dwudziestu pięciu milionów dolarów i przeszkolono specjalny oddział komandosów policji kolumbijskiej. W polowaniu brało udział około ośmiu tysięcy członków krajowych organów bezpieczeństwa, konkurencyjne kartele narkotykowe i grupy paramilitarne, dziesiątki funkcjonariuszy DEA, FBI, CIA, Navy SEALs i Delta Force z armii amerykańskiej, samoloty rządowe wyposażone w specjalne radary oraz najbogatsi ludzie w Kolumbii, którzy pomogli sfinansować całą akcję.

Dwa dni temu na łamach wydawanego w Miami dziennika „El Nuevo Herald” oskarżyłam Alberta Santofimia Botera – byłego senatora i ministra sprawiedliwości, a także niegdysiejszego kandydata na prezydenta – o podżeganie do zabójstwa Luisa Carlosa Galana oraz o podtrzymywanie związków między bossami narkotykowymi a prezydentami Kolumbii. Artykuł zajął jedną czwartą czołówki niedzielnego wydania gazety i całą stronę w środku.

Álvaro Uribe Vélez, aktualny prezydent elekt Kolumbii, wybrany na kolejną kadencję ponad siedemdziesięcioma pięcioma procentami głosów, ma objąć urząd 7 sierpnia. Po tym jak zgłosiłam prokuratorowi generalnemu gotowość złożenia zeznań w toczącym się przeciwko Santofimiowi procesie, który miał potrwać jeszcze dwa miesiące, sędzia nagle zamknął sprawę. Na znak protestu ambasador Kolumbii w Waszyngtonie zrezygnował z posady. Uribe musiał odwołać mianowanie innego byłego prezydenta na stanowisko nowego ambasadora we Francji. Eksprezydent udał się do Waszyngtonu, a jego miejsce zajęła z kolei nowa minister spraw zagranicznych.

Rząd Stanów Zjednoczonych dobrze wie, że jeśli odmówi mi ochrony, w ciągu kilku dni będę martwa. Podobnie zresztą jak drugi świadek w procesie przeciwko Santofimiowi. Wraz ze mną przepadną również klucze do spraw najstraszliwszych zbrodni w najnowszej historii Kolumbii oraz cenne informacje dotyczące związków z narkobiznesem na najwyższych poziomach władzy prezydenckiej, politycznej, sądowniczej, militarnej i medialnej.

Urzędnicy ambasady amerykańskiej czekają przed schodkami do samolotu – mają wnieść na pokład nieliczne walizki i pudła, które udało mi się spakować w zaledwie kilka godzin z pomocą pary przyjaciół. Patrzą na mnie z zaciekawieniem, jakby się zastanawiali, dlaczego ta kobieta w średnim wieku, wyraźnie wyczerpana, budzi takie zainteresowanie mediów, a teraz również ich rządu. Agent specjalny DEA – dwa metry wzrostu, hawajska koszula, przedstawia się jako David C. – oznajmia, że zlecono mu eskortować mnie na terytorium amerykańskie. Dwusilnikowy samolot ma za sześć godzin dotrzeć do Guantanamo (bazy armii USA na Kubie), a po godzinnym postoju na tankowanie i kolejnych dwóch godzinach lotu – do Miami.

Uspokajam się dopiero na widok dwóch kartonów umieszczonych z tyłu samolotu. Zawierają dowody przestępstw popełnionych w Kolumbii przez oskarżonych Thomasa i Dee Mowerów, właścicieli Neways International w Springville w stanie Utah. Neways to międzynarodowa firma, którą w 1998 roku pozwałam o trzydzieści milionów dolarów. Amerykański sąd w zaledwie osiem dni uznał ich winnymi części przestępstw, których ja od ośmiu lat próbuję dowieść przed kolumbijskim wymiarem sprawiedliwości, ale wszystkie moje oferty współpracy z Eileen O’Connor z Departamentu Sprawiedliwości (DOJ) w Waszyngtonie i pięcioma attaché urzędu skarbowego (IRS) w ambasadzie amerykańskiej spotykały się z wściekłą reakcją biura prasowego placówki. Na wieść o moich telefonach do DOJ, IRS i FBI biuro zagroziło mi blokadą wszelkich prób komunikacji z agencjami rządu USA.

To wszystko nie ma jednak nic wspólnego z Mowerami, ale z Pablem Escobarem. W biurze praw człowieka ambasady pracuje były bliski współpracownik Francisca Santosa, wiceprezydenta Republiki, którego rodzina jest właścicielem koncernu prasowego El Tiempo. Członkowie korporacji medialnej stanowią dwadzieścia pięć procent gabinetu Alvara Uribego, co zapewnia jej dostęp do wielkiej machiny reklamowej rządu – największego reklamodawcy w Kolumbii – w przeddzień transakcji sprzedaży El Tiempo na rzecz jednej z największych hiszpańskojęzycznych grup wydawniczych. Inny członek tej rodziny, Juan Manuel Santos, został właśnie mianowany ministrem obrony odpowiedzialnym za modernizację kolumbijskich sił powietrznych. Hojność w stosunku do tej konkretnej firmy rodzinnej zapewnia rządowi Alvara Uribego dużo więcej niż tylko bezwarunkowe poparcie największego dziennika w kraju: gwarantuje milczenie na temat nie do końca idealnej przeszłości prezydenta Republiki. Rząd Stanów Zjednoczonych wie co nieco o tej przeszłości. Ja również, i to niemało.

Po niemal dziewięciu godzinach lotu lądujemy w Miami. Zaczyna martwić mnie ból brzucha, który towarzyszy mi od miesiąca, a teraz z każdą godziną zdaje się nasilać. Od sześciu lat nie byłam u lekarza, bo Thomas Mower pozbawił mnie całego skromnego majątku, a także wszelkich dochodów z działalności jego firmy w Ameryce Południowej, za którą byłam odpowiedzialna.

Hotel dużej sieci jest wielki i bezosobowy, mój pokój również. Po kilku minutach pojawia się kilku funkcjonariuszy DEA. Patrzą na mnie podejrzliwie i przeglądają zawartość siedmiu walizek od Gucciego i Vuittona wypełnionych starymi kreacjami Valentina, Chanel, Armaniego i Saint Laurenta oraz niewielką kolekcją obrazków sprzed prawie trzydziestu lat. Informują mnie, że w ciągu najbliższych kilku dni czekają mnie spotkania z ich przełożonymi i z Richardem Gregoriem, prokuratorem w procesie przeciwko Manuelowi Antoniowi Noriedze[1]. Mam im opowiedzieć o Gilbercie i Miguelu Rodriguezie Orejuelach, bossach kartelu Cali. Sprawa przeciwko arcywrogom Pabla Escobara, prowadzona przez tego samego prokuratora, który doprowadził do skazania panamskiego dyktatora, zacznie się za kilka tygodni w sądzie stanowym Florydy. Jeśli zostaną uznani za winnych, rząd USA będzie mógł nie tylko żądać kary dożywocia lub jej odpowiednika, lecz także zająć majątki narkobossów: 2,1 miliarda dolarów, obecnie zamrożone. Najuprzejmiej, jak potrafię, proszę o aspirynę i szczoteczkę do zębów, ale funkcjonariusze odpowiadają, że muszę je kupić sama. Kiedy tłumaczę, że cały mój kapitał ogranicza się do dwóch monet ćwierćdolarowych, załatwiają mi malutką szczoteczkę, taką jak te rozdawane w samolotach.

– Najwyraźniej dawno nie zatrzymywała się pani w amerykańskim hotelu...

– Owszem. W apartamentach w nowojorskim The Pierre i w bungalowach w Bel Air w Beverly Hills zawsze była aspiryna i szczoteczki do zębów. A do tego bukiety kwiatów i różowy szampan! – Wzdycham z nostalgią. – A teraz, dzięki tym hochsztaplerom z Utah, jestem biedna jak mysz kościelna. Aspiryna to dla mnie towar luksusowy.

– Cóż, teraz w naszych hotelach nie ma już aspiryny: to lekarstwo, więc musi zostać przepisane przez lekarza. A pewnie pani wie, że wizyta kosztuje fortunę. Jeśli boli panią głowa, radzę spróbować wytrzymać i jakoś usnąć. Zobaczy pani, rano będzie po bólu. Proszę nie zapominać, że właśnie uratowaliśmy pani życie. Ze względów bezpieczeństwa nie wolno pani wychodzić z pokoju ani z nikim się kontaktować, a zwłaszcza z prasą. Zaliczają się do tego również dziennikarze z „Miami Herald”. Rząd Stanów Zjednoczonych nie może pani na razie niczego obiecać, więc od tej pory wszystko jest w pani rękach.

Wyrażam wdzięczność i uspokajam ich, że nie muszą się martwić, bo i tak nie mam dokąd pójść, a w końcu przypominam, że to ja sama zgłosiłam gotowość złożenia zeznań w kilku największych procesach sądowych, zarówno w Kolumbii, jak i w USA.

David (agent DEA) i pozostali wychodzą, żeby omówić plan na następny dzień.

– Dopiero pani przyleciała, a już prosi rząd amerykański o różne rzeczy? – beszta mnie Nguyen, naczelnik policji, który został ze mną w pokoju.

– Tak, bo cierpię na straszliwy ból brzucha. Wiem też, że mogę być podwójnie użyteczna dla waszego rządu: w tych pudłach znajdują się dowody z Kolumbii i Meksyku na oszustwo przeciwko urzędowi skarbowemu USA. Szacuję je na kilkaset milionów dolarów. Po śmierci wszystkich świadków i wypłacie 23 milionów dolarów rosyjskie ofiary poczynań Neways International wycofały pozew zbiorowy. Niech pan sobie wyobrazi skalę tego przekrętu w ponad trzydziestu krajach, przeciwko dystrybutorom[2] i fiskusowi!

– Uchylanie się od płacenia podatków za granicą to nie nasza sprawa. My odpowiadamy za walkę z narkotykami.

– Czyli gdybym znała lokalizację dziesięciu kilo koki, to znalazłaby się dla mnie aspiryna, tak?

– Widzę, że pani nadal nie rozumie. Nie jesteśmy z IRS ani z FBI w Utah, tylko z DEA na Florydzie. I proszę nie mylić Drug Enforcement Administration z drugstore’em, pani Virginio!

– Rozumiem tyle, że proces USA kontra Rodríguez Orejuela jest jakieś dwieście razy ważniejszy niż USA kontra Mower!

Funkcjonariusze z DEA wracają i informują mnie, że na wszystkich kanałach w telewizji mówi się o mojej ucieczce z Kolumbii. Odpowiadam, że przez ostatnie cztery dni odrzuciłam prawie dwieście propozycji wywiadów dla mediów z całego świata i że naprawdę nie interesuje mnie, co mówią. Błagam, żeby wyłączyli telewizor, bo od jedenastu dni nie śpię, a od dwóch nie jem, jestem wykończona i chcę spróbować odpocząć przynajmniej parę godzin, żeby nazajutrz nadawać się do współpracy.

Kiedy zostaję wreszcie sama z całym bagażem, w towarzystwie ostrego bólu, zaczynam przygotowywać się psychicznie na coś znacznie poważniejszego niż ewentualne zapalenie wyrostka. Raz po raz zadaję sobie pytanie, czy rząd USA rzeczywiście uratował mi życie, czy też ci z DEA wolą raczej wycisnąć mnie jak cytrynę, a potem odesłać z powrotem do Kolumbii, twierdząc, że informacje o Rodriguezach Orejuelach pochodzą sprzed 1997 roku i że stan Utah to inny kraj. Dobrze wiem, że kiedy tylko postawię stopę na terytorium Kolumbii, wszyscy ci, którzy mają coś na sumieniu, będą chcieli ukarać mnie jako przykład dla każdego informatora czy świadka, który rozważałby pójście w moje ślady: na lotnisku będą czekały na mnie służby bezpieczeństwa z jakimś „nakazem aresztowania” wydanym przez ministerstwo obrony albo krajowy aparat bezpieczeństwa. Wsadzą mnie do SUV-a z przyciemnianymi szybami, a kiedy już ze mną skończą, media kontrolowane przez rodziny prezydentów zamieszanych w kartele narkotykowe albo podległe ponownie wybranemu prezydentowi zwalą winę za tortury i śmierć – albo zniknięcie – na Rodriguezów Orejuelów, na „Pepes” (prześladowanych przez Pabla Escobara) albo na samą żonę bossa.

Jeszcze nigdy w życiu nie czułam się tak samotna, chora i biedna. Jestem w pełni świadoma, że po powrocie do Kolumbii nie będę ani pierwszą, ani ostatnią zamordowaną za współpracę z ambasadą USA w Bogocie. Ale wiadomość o moim wylocie z kraju w obstawie DEA najwyraźniej obiegła cały świat, a to oznacza, że jestem znacznie bardziej na widoku niż jakiś César Villegas, alias „Bandi”, czy inny Pedro Juan Moreno, którzy wiedzieli najwięcej o przeszłości prezydenta. Dlatego postanawiam nie pozwolić żadnemu rządowi ani żadnemu przestępcy zrobić ze mnie drugiego Carlosa Aguilara, alias „Brudasa”, zmarłego po złożeniu zeznań przeciwko Santofimiowi, czy drugiej pani de Pallomari, księgowej Rodriguezów Orejuelów, zamordowanej po wylocie jej męża do Stanów – również samolotem DEA – mimo ścisłej ochrony prokuratury kolumbijskiej.

Dobrze wiem, że w przeciwieństwie do tych osób – niech im ziemia lekką będzie – ja nigdy nie popełniłam żadnej zbrodni. I to właśnie z powodu tysięcy takich ofiar mam obowiązek przeżyć. Więc mówię sobie: „Nie wiem jeszcze, jak to zrobię, ale nie pozwolę się zabić, nie pozwolę sobie umrzeć”.

część pierwsza
DNI NIEWINNOŚCI I MARZEŃ

All love is tragedy. True love suffers and is silent.

OSCAR WILDE

Królestwo białego złota

W połowie 1982 roku w Kolumbii działały liczne grupy partyzanckie. Wszystkie składały się z marksistów, maoistów i zagorzałych zwolenników modelu kubańskiego. Utrzymywały się ze wsparcia Związku Radzieckiego, okupów z porwań osób uważanych za bogate i kradzieży bydła gospodarzom. Najważniejszą były FARC (Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia – Kolumbijskie Rewolucyjne Siły Zbrojne), zrodzone w pełnych przemocy latach pięćdziesiątych, epoce bezgranicznego, dzikiego okrucieństwa – trudno nawet o nich mówić, żeby nie poczuć wstydu za przynależność do gatunku ludzkiego. Nieco mniej członków miały ELN (Ejército de Liberación Nacional – Armia Wyzwolenia Narodowego) i EPL (Ejército Popular de Liberación – Ludowa Armia Wyzwolenia), która później miała się zdemobilizować i przekształcić w partię polityczną. W 1984 roku zawiązała się grupa Quintín Lame, od nazwiska dzielnego bojownika o prawa rdzennej ludności Kolumbii.

Byli też M-19 – organizatorzy spektakularnych, filmowych wręcz akcji, ruch złożony z eklektycznej mieszanki pracowników naukowych i zawodowców, intelektualistów i artystów, dzieci przedstawicieli wyższych sfer i wojskowych oraz najbardziej bezkompromisowych dogmatyków, w żargonie grup zbrojnych zwanych „kowbojami”. W przeciwieństwie do pozostałych – działających na wsi i w selwie, porastającej niemal połowę terytorium kraju – „Emka” była organizacją na wskroś miejską, a najwyższe szczeble zajmowały w niej między innymi kobiety z elity, które uwielbiały rozgłos podobnie jak ich koledzy.

W okresie po zakończeniu operacji „Kondor”[3] w Ameryce Południowej reguły walki w Kolumbii były czarno-białe: jeśli członkowie któregoś z tych ugrupowań wpadali w ręce wojska lub służb bezpieczeństwa, trafiali do więzienia, gdzie często byli torturowani na śmierć, bez procesu i żadnych ceregieli. Podobnie jeśli partyzanci porywali kogoś zamożnego, nie uwalniali go, dopóki rodzina nie wpłaciła okupu, a negocjacje ciągnęły się czasem długimi latami. Kto nie płacił – umierał, a szczątki rzadko udawało się odnaleźć. Takie sytuacje zdarzają się dziś praktycznie równie często jak wtedy. Każdy Kolumbijczyk może naliczyć wśród przyjaciół, rodziny i znajomych z pracy kilkunastu porwanych, z czego część wróciła cała i zdrowa, a po reszcie słuch na zawsze zaginął. „Resztę” można z kolei podzielić na tych, których rodziny nie były w stanie spełnić żądań porywaczy; tych, za których zapłacono sowity okup, ale nigdy nie wrócili; i tych, za których życie nikt nie chciał wydać majątku zgromadzonego przez kilka pokoleń albo nawet tylko przez jedno życie ciężkiej, uczciwej pracy.

Zasnęłam z głową na ramieniu Anibala i teraz budzi mnie podwójny lekki wstrząs, gdy koła samolotu dotykają ziemi przy lądowaniu. On głaszcze mnie po policzku, a kiedy próbuję wstać, przytrzymuje mnie delikatnie za ramię na znak, żebym została na miejscu. Wskazuje na okno i nie mogę uwierzyć własnym oczom: po obu stronach lądowiska stoi dwudziestu kilku młodych mężczyzn, niektórzy w ciemnych okularach, inni z oczami zmrużonymi od popołudniowego słońca. Otaczają nasz mały samolot i celują do nas z karabinów maszynowych, z minami sugerującymi, że zwykle najpierw strzelają, a dopiero potem zadają pytania. Inni kryją się w krzakach, dwóch z nich bawi się swoimi mini uzi, tak jak każdy z nas bawi się czasem kluczykami do samochodu. Nie chcę nawet myśleć, co by się stało, gdyby broń spadła na ziemię i zaczęła wypluwać sześćset pocisków na minutę. Chłopcy – wszyscy bardzo młodzi – mają na sobie wygodne, nowoczesne ubrania: kolorowe koszulki polo, dżinsy i trampki z importu. Żadnych uniformów czy mundurów moro.

Samolocik kołuje, a ja zaczynam się zastanawiać, jaką wartość możemy mieć dla partyzantów. Mój narzeczony jest bratankiem eksprezydenta Julia Cesara Turbaya, którego rządy (w latach 1978–1982) charakteryzowały się ostrym zwalczaniem grup rebeliantów, zwłaszcza M-19 – większość dowództwa trafiła do więzienia. Jednak Belisario Betancur, świeżo zaprzysiężony prezydent, obiecał amnestię i wolność dla wszystkich, którzy przyłączą się do jego programu Proceso de Paz (procesu pokojowego). Patrzę na dzieci Anibala i czuję ukłucie w sercu: jedenastoletni Juan Pablo i dziewięcioletnia Adriana są obecnie pasierbami drugiego najbogatszego człowieka w Kolumbii, Carlosa Ardili Lüllego, właściciela wszystkich zakładów butelkujących napoje gazowane w kraju. Co do towarzyszących nam znajomych: Olguita Suárez – która za kilka tygodni wyjdzie za sympatycznego hiszpańskiego muzyka Rafaela Urrazę, organizatora naszej wycieczki – to córka milionera, hodowcy bydła z wybrzeża Atlantyku, a jej siostra jest zaręczona z Felipem Echavarríą Rochą, członkiem jednego z najważniejszych kolumbijskich rodów przemysłowych. Nano i Ethel to dekoratorzy i marszandzi, Ángela jest topmodelką, a ja – jedną z najsłynniejszych prezenterek telewizyjnych w kraju. Doskonale zdaję sobie sprawę, że jeśli wpadniemy w łapy partyzantów, wszyscy zostaniemy uznani za oligarchów, a zatem za „porywalnych” – to przymiotnik tak typowy dla Kolumbii, jak przedrostek i rzeczownik „narko”, ale o tym później.

Aníbal zaniemówił i chorobliwie zbladł. Zarzucam go setką pytań, nie czekając na odpowiedzi:

– Skąd wiedziałeś, że to właśnie ten samolot, który po nas wysłano? Nie rozumiesz, że prawdopodobnie właśnie nas porywają...? Jak długo będą nas przetrzymywać, kiedy dowiedzą się, kim jest matka twoich dzieci...? A to nie są jacyś biedni partyzanci: spójrz na ich broń i buty! Czemu nie kazałeś mi spakować tenisówek? Ci porywacze przegonią mnie po puszczy w sandałach i bez kapelusza od słońca! Czemu nie pozwoliłeś mi spokojnie spakować jungle-wear...? I czemu przyjmujesz zaproszenia od obcych? Ochroniarze moich znajomych nie celują do gości z karabinów maszynowych! Wpadliśmy w pułapkę, bo wciągasz tyle koki, że już nie ogarniasz rzeczywistości! Jeśli wyjdziemy z tego żywi, na pewno za ciebie nie wyjdę, bo niedługo dostaniesz zawału, a ja nie zamierzam zostać wdową!

Aníbal Turbay jest wysoki, przystojny i niezależny, kocha mnie do bólu, nigdy nie szczędzi słów, czasu ani pieniędzy, mimo że w przeciwieństwie do moich poprzednich narzeczonych nie jest multimilionerem. Uwielbiają go zarówno eklektyczny krąg znajomych – na przykład Manolito de Arnaude, poszukiwacz skarbów – jak i setki kobiet dzielących swoje życie na erę „przed Anibalem” i „po Anibalu”. Jego jedyną wadą jest nieuleczalne uzależnienie od proszku do nosa – ja tego nienawidzę, ale on kocha go bardziej niż własne dzieci, niż mnie, niż pieniądze, niż wszystko inne. Zanim biedak zdąży zareagować na moją tyradę, otwierają się drzwiczki i do samolotu wpada fala tropikalnego powietrza, typowa dla obszarów, które w tym moim kraju pozbawionym pór roku nazywamy Tierra Caliente, „Ciepłą Ziemią”. Dwaj uzbrojeni mężczyźni wchodzą na pokład i na widok przerażenia na naszych twarzach wołają:

– O matko! Nie uwierzą państwo: czekamy tu na klatki z panterą i paroma tygrysicami, ale wygląda na to, że wysłali je innym samolotem! Najmocniej państwa przepraszam! Co za wstyd, i to jeszcze przy paniach i dzieciach! Jak szef się dowie, to nas zabije!

Okazuje się, że na terenie posiadłości znajduje się spore zoo i ewidentnie wystąpił jakiś problem z koordynacją lotów – samolot zaproszonych gości pomylono z tym ze zwierzętami. Faceci z karabinami płaszczą się i usprawiedliwiają, a tymczasem piloci wysiadają z obojętnymi minami – oni nie muszą tłumaczyć się obcym. Do ich obowiązków należy przestrzeganie planu lotów, a nie sprawdzanie ładunku.

Trzy dżipy już czekają, żeby zawieźć nas do domu. Zakładam okulary słoneczne i kapelusz safari, wychodzę z samolotu i jeszcze nawet nie wiem, że stawiam stopę w miejscu, które na zawsze odmieni moje życie. Wsiadamy do samochodów, a kiedy Aníbal obejmuje mnie ramieniem, uspokajam się i postanawiam maksymalnie wykorzystać każdą pozostałą minutę wycieczki.

– Jakie piękne miejsce! Musi być ogromne. Chyba warto było tu przyjechać... – komentuję półgłosem i wskazuję mu dwie czaple podrywające się do lotu z odległego brzegu.

Zafascynowani, w absolutnej ciszy podziwiamy wspaniały krajobraz, ziemię, wodę i niebo zdające się rozciągać aż za horyzont. Czuję przypływ radości, jeden z tych niezapowiedzianych, co pojawiają się nagle, obezwładniają, a potem znikają bez pożegnania. Z widocznej w oddali chaty dobiegają dźwięki Caballo viejo Simona Diaza, w charakterystycznym wykonaniu Roberta Torresa – hymn wenezuelskich równin, który starsi mężczyźni z całego kontynentu przyjęli za własny i śpiewają na ucho kasztanowatym klaczom, kiedy chcą popuścić wodze z nadzieją, że one również popuszczą swoje. „Kiedy miłość się tak pojawia, człowiek nawet nie zauważa...” – ostrzega piosenkarz, opiewając wyczyny starego ogiera. „Kiedy miłość się tak pojawia, nie można człowieka winić...” – usprawiedliwia się mieszkaniec równin, by na koniec rozkazać ludzkości iść za swoim przykładem, „bo po tym życiu nie ma już drugiej szansy”, tonem pełnym zarówno ludowej mądrości, jak i rytmów przywodzących na myśl powietrze w ciepły dzień pełen obietnic na przyszłość.

Jestem tak szczęśliwa i pochłonięta tym spektaklem, że nawet nie przychodzi mi do głowy spytać o nazwisko naszego gospodarza ani tym bardziej wnikać w szczegóły.

„Taki pewnie jest właściciel tego wszystkiego: jeden z tych starych, chytrych polityków, co to mają pełno forsy i koni, więc uważają się za króli wioski” – myślę i z powrotem opieram głowę na ramieniu Anibala. Umiłowanie przygody tego przerośniętego hedonisty umarło razem z nim zaledwie kilka tygodni przed tym, gdy zdołałam zebrać siły, żeby opowiedzieć tę historię – utkaną z momentów zastygłych w zakamarkach mojej pamięci, pełną mitów i potworów, których nigdy nie powinno się wskrzeszać.

Chociaż domiszcze jest naprawdę ogromne, to brak tu szykownych elementów typowych dla tradycyjnych hacjend kolumbijskich: ani śladu kaplicy, ujeżdżalni czy kortów tenisowych; koni, angielskich butów jeździeckich czy rasowych psów; starych sreber czy dzieł sztuki z XVIII, XIX, XX wieku; obrazów olejnych z Maryją i świętymi czy złoconych drewnianych fryzów nad drzwiami; kolonialnych kolumn czy rzeźbionych figurek z dawnych szopek; kufrów i skrzyń czy perskich dywanów we wszystkich możliwych rozmiarach; ręcznie malowanej francuskiej porcelany czy obrusów haftowanych przez mniszki; ani róż i storczyków hodowanych przez dumną panią domu.

Nigdzie nie widać też służących, obecnych zwykle w posiadłościach moich najbogatszych rodaków i niemal zawsze odziedziczonych razem z majątkiem. To ludzie biedni, zrezygnowani, ale niezwykle dobrzy i sympatyczni, którzy przez kilka pokoleń służby wybierali stabilizację zamiast wolności. Wieśniacy w ruanach (krótkich ponczach z brązowej wełny), bezzębni, ale zawsze uśmiechnięci, na każdą prośbę reagujący bez chwili wahania, kłaniający się w pas, tak że spadały im z głów stare kapelusiki: „Już pędzę, szanowny panie!”, „Eleuterio González do usług szanownej pani, pani życzenie jest dla mnie rozkazem!” – i niemający bladego pojęcia o istnieniu czegoś takiego jak napiwki. Dziś to już praktycznie wymarły gatunek, bo partyzanci powiedzieli im, że kiedy zwycięży rewolucja (już wkrótce), oni także będą mieli ziemię i bydło, broń i alkohol, i kobiety takie jak ich panowie, piękne i bez żylaków.

W domu długi korytarz prowadzi do pokojów urządzonych po spartańsku: dwa łóżka, szafka nocna z popielniczką z lokalnej ceramiki, jakaś lampka i zdjęcia posiadłości. Dzięki Bogu, w prywatnej łazience przy naszym pokoju jest ciepła woda, nie tylko zimna, jak w zdecydowanej większości gospodarstw Tierra Caliente. Olbrzymi taras zastawiono dziesiątkami stolików z parasolami i setkami białych, solidnych krzeseł. Rozmiary przestrzeni wspólnej – zbliżone do tych w typowym Country Clubie – nie pozostawiają najmniejszych wątpliwości: dom zaprojektowano z myślą o organizacji wydarzeń na wielką skalę i podejmowaniu setek gości, a sądząc po liczbie pokojów, domyśliliśmy się, że w weekendy zaprasza się tu dziesiątki osób.

– Ale tu muszą być imprezy! – komentowaliśmy między sobą. – Pewnie sprowadzają Króla Vallenato[4] z dwoma tuzinami akordeonistów z Valledupar!

– Nieee, Sonorę Matancerę i Los Melódicos[5]! – dorzuca ktoś inny z sarkazmem, przez który przebija jednak nutka zazdrości.

Zarządca posiadłości informuje nas, że gospodarza zatrzymały jakieś nieprzewidziane problemy, więc przyjedzie dopiero nazajutrz. Obsłudze najwyraźniej kazano spełniać wszystkie nasze zachcianki i uczynić pobyt jak najprzyjemniejszym, ale od samego początku dają nam do zrozumienia, że zwiedzanie posiadłości nie obejmuje drugiego piętra, gdzie znajdują się pomieszczenia prywatne. Wszyscy pracownicy są mężczyznami i zdają się autentycznie uwielbiać swojego szefa. Żyją na poziomie znacznie wyższym niż służący innych bogatych rodów, widać to po ich pewności siebie i absolutnym braku uniżoności. Wyglądają na mężów i ojców, mają na sobie nowe ubrania robocze, dobrej jakości i mniej ostentacyjne niż te noszone przez chłopaków, którzy czekali na lądowisku. W przeciwieństwie do tych ostatnich nie noszą też żadnej broni. Idziemy na kolację do jadalni, gdzie stoi ogromny drewniany stół.

– Jak dla pułku wojska! – zauważamy.

Serwetki są białe i papierowe, a jedzenie podają nam – na półmiskach lokalnego wyrobu – dwie rzutkie, acz milczące kobiety, jedyne, jakie widzieliśmy tutaj od chwili przyjazdu. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami na stole ląduje przepyszna bandeja paisa, tradycyjne danie z Antioquii stanowiące podstawę kuchni kolumbijskiej: fasola, ryż, mielone mięso i jajko sadzone, a do tego plasterki awokado (u nas zwanego palta). W całej hacjendzie nie ma śladu niczego, co mogłoby świadczyć o chęci uczynienia tego miejsca przyjaznym, wykwintnym czy luksusowym: gospodarstwo o powierzchni niemal trzech tysięcy hektarów, położone między Doradalem a Puerto, w upalnej dolinie rzeki Magdaleny, sprawia wrażenie zaprojektowanego niezwykle praktycznie i bezosobowo, niczym olbrzymi hotel w Tierra Caliente, a nie w stylu wielkiej posiadłości ziemskiej.

W ten spokojny, ciepły, tropikalny wieczór – mój pierwszy w Hacienda Nápoles – nic więc nie mogło przygotować mnie na zderzenie ze światem o kolosalnych proporcjach, który miałam zacząć odkrywać już nazajutrz, ani na rozmiary tego królestwa, innego niż wszystko, co miałam okazję poznać do tamtej pory. Nikt też nie ostrzegł mnie o olbrzymich ambicjach człowieka, który zbudował to wszystko z gwiezdnego pyłu i mitów zdolnych na zawsze zmienić dzieje całych narodów i losy ich członków.

Przy śniadaniu dowiadujemy się, że nasz gospodarz przyjedzie około południa i z przyjemnością osobiście oprowadzi nas po ogrodzie zoologicznym. Tymczasem wybieramy się na objazd hacjendy w buggies – pojazdach zaprojektowanych specjalnie dla młodych i beztroskich, przeznaczonych do jazdy po piasku z dużą prędkością. Charakteryzują się bardzo niskim zawieszeniem (niemal tuż nad ziemią) i wytrzymałą karoserią, mają dwa siedzenia, kierownicę, dźwignię zmiany biegów, zbiornik paliwa i niemiłosiernie głośny silnik. Kiedy przejeżdżają, zostawiają za sobą chmurę spalin i pyłu, a także uczucie zazdrości – każdy kierowca buggy to opalony i zadowolony z siebie przystojniak w szortach i okularach słonecznych, a u jego boku siedzi śliczna, acz nieco przerażona dziewczyna z włosami powiewającymi na wietrze albo lekko pijany, ale zachwycony kumpel. Buggy to jedyny pojazd, którym można jeździć po plaży w stanie silnego upojenia alkoholowego, nie ryzykując przy tym życia pasażerów – nigdy się nie wywraca, a co najważniejsze, policja nie może aresztować wariata siedzącego za kierownicą, bo maszyna ma dodatkową zaletę: bardzo mocne hamulce.

Pierwszy poranek tamtego weekendu upłynął najzupełniej normalnie. Potem jednak zaczęły się dziać dziwne rzeczy, jakby Anioł Stróż próbował mnie ostrzec, że za maską dobrej zabawy i niewinnych przygód niemal zawsze kryje się twarz przyszłego żalu. Innymi słowy: miłe złego początki.

Anibala można zaliczyć do kategorii największych szaleńców, jacy kiedykolwiek chodzili po Ziemi. Sama lubię przygody, więc bardzo mi to pasuje, ale większość moich koleżanek zapowiada, że nasze narzeczeństwo skończy się nie przed ołtarzem, lecz na dnie jakiejś przepaści. Owszem, Anibalowi często zdarza się pędzić mercedesem po wąskich górskich serpentynach – krętych drogach, które mają po jednym pasie w każdą stronę – z prędkością prawie dwustu kilometrów na godzinę, ze szklanką whisky w jednej ręce i z na wpół zjedzonym obiadem w drugiej, ale nigdy jeszcze nie przytrafił się mu wypadek. Siedzę więc szczęśliwa w buggy z jego córeczką na kolanach, z przyjemnym wietrzykiem na twarzy i rozwianym włosem. Cieszę się tą czystą przyjemnością, nieopisaną radością, jaką się czuje, przemierzając kolejne kilometry płaskich, dziewiczych terenów, z pełną prędkością, kiedy nikt nas nie zatrzymuje, nie ma żadnych ograniczeń. W każdej innej kolumbijskiej hacjendzie takie olbrzymie połacie ziemi przeznaczono by na hodowlę zebu i poprzecinano płotami oraz bramami ze skoblami i ryglami, mającymi strzec tysięcy krów o tępych oczach i dziesiątków byków utrzymywanych w stanie permanentnej gotowości.

Przez blisko trzy godziny pokonujemy kolejne kilometry równiny porośniętej bogatą roślinnością we wszystkich odcieniach zieleni. Czasem tylko pojawia się jakieś jeziorko czy spokojna rzeczka, tu delikatne jak aksamit wzniesienie koloru musztardy, tam lekkie pofałdowanie terenu – przypomina to sawanny, na których wiele lat później miałam zobaczyć Meryl Streep i Roberta Redforda w Pożegnaniu z Afryką, tyle że bez baobabów. Otaczają nas wyłącznie drzewa i rośliny, ptaki i małe zwierzęta, rodzime gatunki południowoamerykańskich tropików. Nie da się opisać tego widoku ze szczegółami, bo zmienia się z chwili na chwilę. Nowa scena zaczyna się na naszych oczach, zanim poprzednia zdąży dobiec końca. Z początku zdawało się, że następują po sobie dziesiątki różnych pejzaży, ale teraz wygląda na to, że idą one w setki.

Z zawrotną prędkością kierujemy się w stronę doliny porośniętej gęstą roślinnością, niemal jak w dżungli, szerokiej na jakieś pół kilometra, żeby choć parę minut odpocząć od palącego południowego słońca pod wachlarzami olbrzymich liści w lasku bambusów (guadua). Stado różnokolorowych ptaków zrywa się nagle do lotu z ogłuszającym, kakofonicznym harmidrem, buggy podskakuje na dziurze w ziemi zakrytej przez opadłe liście, a dwumetrowy drąg, gruby niemal na pięć centymetrów, wpada jak pocisk przez przednią część pojazdu, przecina z prędkością stu kilometrów na godzinę wąską przestrzeń między kolanem Adriany a moim, po czym zatrzymuje się dosłownie o milimetr od mojego policzka, parę centymetrów od oka. Nic się nie stało, dlatego że buggies mają naprawdę mocne hamulce i dlatego że Bóg najwyraźniej ma wobec mnie inne, dużo ciekawsze plany.

Mimo sporej odległości, jaką przejechaliśmy, i dzięki wynalazkowi zwanemu walkie-talkie – które wcześniej uważałam za bezsensowną i zupełnie nieprzydatną zabawkę dla snobów – w ciągu zaledwie dwudziestu minut pojawia się kilka dżipów, żeby nas uratować i odholować zwłoki pierwszego dokumentnie skasowanego buggy w dziejach ludzkości. Pół godziny później jesteśmy już w szpitaliku w hacjendzie, gdzie robią nam zastrzyki przeciwtężcowe i odkażają zadrapania na kolanach i policzkach. Wszyscy oddychają z ulgą, że jesteśmy z Adrianą całe, zdrowe i z kompletem oczu. Aníbal ma minę naburmuszonego dziecka i mamrocze coś o kosztach naprawy wspaniałej maszyny albo ewentualnej wymiany na nową – w tym ostatnim przypadku trzeba się przede wszystkim zorientować w cenie transportu statkiem z USA.

Dowiadujemy się, że helikopter właściciela posiadłości właśnie przed chwilą wylądował, choć jakoś żadne z nas nie pamięta, żebyśmy słyszeli śmigłowiec. Nieco zestresowani przygotowujemy się z narzeczonym do przeprosin za wyrządzone szkody, chcemy zapytać o możliwość ewentualnej naprawy. Kilka minut później gospodarz wchodzi do saloniku, w którym zebraliśmy się z pozostałymi gośćmi. Uśmiecha się szeroko na widok naszego zdumienia jego młodym wiekiem. Chyba się domyśla, jaką ulgę poczuliśmy z moim chłopakiem buggybójcą, kiedy okazało się, że mamy do czynienia z rówieśnikiem – przez jego twarz przemyka szelmowski cień i wygląda tak, jakby z całej siły powstrzymywał się od śmiechu.

Kilka lat wcześniej w Hongkongu wielce czcigodny i elegancki kapitan Chang tak powiedział mi o swoim rolls-roysie silver ghost, z szoferem w szarym garniturze i czarnych butach, zaparkowanym pod moim hotelem dwadzieścia cztery godziny na dobę: „Moja droga, niech się pani nie martwi, mamy jeszcze siedem takich, specjalnie do użytku naszych gości, więc ten jest dla pani!”.

Dokładnie tym samym tonem, uzupełnionym lekceważącym machnięciem ręki, nasz młody, uśmiechnięty gospodarz woła:

– Nie przejmujcie się tak tym całym buggy, mamy ich parędziesiąt!

Tym jednym zdaniem uwalnia nas od zmartwień, a jednocześnie od jakichkolwiek wątpliwości co do swojej zasobności, gościnności i pełnej gotowości, by od tej chwili spędzić z nami każdą minutę pozostałą do końca weekendu. Zapewni nam również udział we wszystkich atrakcjach oferowanych przez ten raj na ziemi. A potem tonem, który z początku uspokaja, następnie rozbraja, a w końcu uwodzi na równi kobiety, dzieci i mężczyzn – uzupełnionym uśmiechem, na widok którego każdy czuje się tak, jakby został wybrany na wspólnika w jakimś starannie zaplanowanym żarcie – dumny właściciel Hacienda Nápoles wita się z nami po kolei:

– Bardzo mi miło nareszcie poznać panią osobiście! Bardzo się pani poobijała? Obiecuję, że z nawiązką wynagrodzimy dzieciakom stracony czas: ani przez chwilę nie będą się nudzić! Bardzo mi przykro, że nie dałem rady przyjechać wcześniej, naprawdę. Pablo Escobar, miło mi.

Może i nie jest za wysoki – nie ma nawet metra siedemdziesięciu – ale jestem pewna, że nigdy się tym nie przejmował. Krępa budowa ciała świadczy o tym, że za kilka lat będzie miał tendencję do tycia. Wydatny podbródek, spoczywający na grubej, wyjątkowo krótkiej szyi, przydaje mu młodości, ale zarazem pewnej władczości, wrażenia szacownego pana. Z namysłem waży słowa, które padają z jego ust stanowczo i bezpośrednio, wypowiedziane spokojnym tonem, ani zbyt niskim, ani zbyt wysokim, uprzejmym i przyjemnym dla ucha. W głosie tym pobrzmiewa absolutna pewność, że jego życzenia to rozkazy i że świetnie orientuje się w sprawach, które go dotyczą. Ma wąsy pod nosem, z profilu niemal greckim, jedyną – poza głosem – charakterystyczną cechą młodego człowieka, którego w każdych innych okolicznościach można by określić jako zupełnie zwyczajnego, raczej brzydkiego niż przystojnego, i pomylić z milionami podobnych mężczyzn chodzących po ulicach Ameryki Południowej. Ciemne, dość kręcone i niesforne włosy przecinają czoło potrójną falą, którą on od czasu do czasu odgarnia szybkim gestem. Cerę ma dość jasną, nie jest opalony, w przeciwieństwie do nas, smagłych przez cały rok, mimo że mieszkamy w Tierra Fría, chłodniejszym rejonie kraju. Jego oczy są osadzone bardzo blisko siebie i wyjątkowo nieprzeniknione – kiedy nie czuje się obserwowany, zdają się zmieniać w niezgłębione jaskinie pod niezbyt gęstymi brwiami i stamtąd przypatrują się bacznie otaczającym go twarzom, próbując wyczytać z nich myśli oraz uczucia. Zauważam, że niemal bez przerwy zwracają się w stronę Angeli, która spogląda na niego z uprzejmym pobłażaniem z wysokości swojego metra siedemdziesięciu pięciu, dwudziestotrzylatka w pełni świadoma własnej urody.

Jedziemy dżipami do ogrodu zoologicznego znajdującego się na terenie Hacienda Nápoles. Escobar prowadzi jeden z samochodów, towarzyszą mu dwie Brazylijki w bikini, piękne dziewczyny z Rio de Janeiro, drobne i o idealnych biodrach. Nie odzywają się ani słowem i obsypują wzajemnymi pieszczotami, choć coraz dyskretniej, ze względu na obecność dzieci oraz eleganckich kobiet, na których koncentruje się teraz gospodarz. Uwagę Anibala zwraca ich zupełna obojętność na to, co dzieje się wokół. Jako autorytet w tej dziedzinie bez wahania rozpoznaje objaw częstego i chętnego palenia jakiejś Samarian Platinum, bo w tak okazałej posiadłości Samarian Gold to pewnie najpośledniejsza odmiana marihuany. Zauważamy też u obu dziewczyn – młodziutkich jak aniołki, które lada chwila zasną – po wielkim brylancie na palcu wskazującym prawej dłoni.

W oddali ukazują się trzy słonie, prawdopodobnie największa atrakcja każdego szanującego się cyrku czy zoo. Nigdy nie potrafię odróżnić azjatyckich od afrykańskich, ale Escobar mówi, że to azjatyckie. Dodaje też, że na każdego samca z najważniejszych gatunków, a także tych zagrożonych wymarciem, w jego zoo przypadają przynajmniej dwie samice, a w przypadku zebr, wielbłądów, kangurów, koni rasy appaloosa i innych, mniej kosztownych – znacznie więcej. Dodaje też z chytrym uśmieszkiem:

– Dlatego są takie zadowolone, nikogo nie atakują i nie są agresywne.

– Nie, Pablo, to nie zasługa nadwyżki samic. To przez to wspaniałe otoczenie, przypominające afrykańskie sawanny. Spójrz na te hipopotamy, na te nosorożce nad rzeką: są szczęśliwe jak w domu! – mówię, wskazując zwierzęta. Uwielbiam sprzeczać się z mężczyznami, którzy przywiązują zbyt dużą wagę do seksu, ale prawdę mówiąc, największą zaletą tutejszego zoo jest właśnie nieskrępowana wolność, z jaką te wielkie zwierzęta biegają po otwartej przestrzeni albo kryją się wśród wysokich traw, skąd w najmniej oczekiwanym momencie może wyskoczyć pantera albo jedna z przywiezionych wczoraj tygrysic.

Na którymś etapie wycieczki orientujemy się, że Brazylijki zniknęły za sprawą niezwykle skutecznych escoltas, jak w Kolumbii nazywamy uzbrojonych ochroniarzy. Teraz to Ángela zajmuje honorowe miejsce u boku naszego gospodarza i promienieje bardziej niż my wszyscy razem wzięci. Aníbal też jest zadowolony, bo postanawia zaoferować mu załatwienie helikopterów produkowanych przez swojego znajomego, hrabiego Agustę, a poza tym Escobar właśnie oznajmił mu, że nasza przyjaciółka jest najpiękniejszą istotą, jaką widział od dawna.

Docieramy do grupki trzech żyraf i nie mogę się powstrzymać przed zadaniem pytania: jak organizuje się przywóz tak wielkich zwierząt, z kilometrowymi szyjami, z kenijskiej sawanny? Kto się nimi zajmuje, ile kosztują, jak wprowadza się je na statek, czy cierpią na chorobę morską, jak wyprowadza się je z ładowni, jaką ciężarówką przewozi się je do hacjendy, tak żeby nie wzbudzić ciekawości postronnych, i jak długo zajmuje im przystosowanie się do warunków panujących na kontynencie?

– A ty jak byś to załatwiła? – pyta mnie z wyzywającym uśmieszkiem.

– Cóż, ze względu na długość szyi (i fakt, że to gatunek zagrożony wymarciem) transport przez Europę byłby... ryzykowny. Musiałyby podróżować drogą lądową przez Afrykę Subsaharyjską aż do Liberii, na przykład. Potem z Wybrzeża Kości Słoniowej na wybrzeże Brazylii, a może do którejś Gujany. Myślę, że bez problemu dotarłyby do Kolumbii przez Amazonię, o ile wręczałbyś... parę zwitków banknotów każdemu napotkanemu patrolowi, uszczęśliwiając tym samym setki funkcjonariuszy wzdłuż trasy z Manaus do Puerto Triunfo. To znowu nie aż taaak trudne!

– Jestem absolutnie zbulwersowany twoimi zdolnościami w zakresie przestępczości międzynarodowej, Virginio! Mogę zapisać się na jakieś lekcje? Importowałem te żyrafy w pełni legalnie, co ty sugerujesz? Przyjechały z Kenii przez Kair, Paryż, Miami i Medellín, aż na lądowisko w Hacienda Nápoles, mają świadectwa pochodzenia i wszystkie wymagane szczepienia! Niemożliwe, zupełnie nie do pomyślenia byłoby próbować je przemycić, bo nie wiem, czy wiesz, ale te ich szyje się nie składają. A może wydaje ci się, że kładą się do snu jak grzeczne pięciolatki? Czy ja wyglądam na przemytnika żyraf? – Zanim zdążę odpowiedzieć twierdząco, woła wesoło: – A teraz wykąpiemy się w rzece, żeby każdy jeszcze przed obiadem miał szansę zobaczyć skrawek raju na ziemi!

Jeśli jest coś, co może skłonić każdą cywilizowaną osobę z Tierra Fría do ucieczki w podskokach, to perspektywa spaceru połączonego z kąpielą w rzece w Tierra Caliente i zjedzeniem sancocho (gęstej zupy na wywarze drobiowym lub rybnym, z dodatkiem manioku, ryżu i ziemniaków; każdy region Kolumbii może pochwalić się własnym przepisem). Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek, nawet w najwcześniejszym dzieciństwie, musiała zanurzyć się w wodzie innej niż turkusowa, więc czuję ogromną ulgę, kiedy okazuje się, że zielone wody Río Claro, zasilanej dziesiątkami źródeł bijących na terenie posiadłości, są krystalicznie czyste. Przepływają łagodnie między olbrzymimi, zaokrąglonymi głazami, głębokość wydaje się idealna na kąpiel, a do tego nigdzie nie widać chmar komarów, którym moja krew smakuje chyba jak najsłodszy miód.

Na brzegu czekają jacyś krewni czy znajomi naszego gospodarza, ze dwa tuziny ochroniarzy oraz kilka motorówek. Stalowe łodzie, zaprojektowane z myślą o wyścigach – teraz już wiem, że to wielka pasja Escobara i jego kuzyna Gustava Gavirii – rozwijają imponujące prędkości, a w specjalnych metalowych klatkach umieszczonych w tylnej części pokładu mogą pomieścić kilkanaście osób w kaskach, kapokach i słuchawkach chroniących przed ogłuszającym rykiem silników.

Escobar staje za sterem naszej łodzi, odpala silnik i błyskawicznie ruszamy. Jak w transie frunie nad wodami rzeki, omijając przeszkody, jakby znał każde zakole i każdy głaz, każdy wir i wirek, każde powalone drzewo i pływający pień, ale też jakby chciał zrobić na nas wrażenie swoimi umiejętnościami, zdolnością obrony przed niebezpieczeństwami, które dostrzegamy jedynie w przelocie, kiedy migają obok niego jak strzały i znikają tak szybko, jakbyśmy je sobie tylko wyobrazili. Szaleństwo trwa niemal godzinę, a po dotarciu do celu czujemy się jak po skoku na główkę do wodospadu Niagara. Jestem w szoku, kiedy uświadamiam sobie, że w każdej sekundzie minionej godziny nasze życie lub śmierć zależały od zmysłu odległości (liczonej w milimetrach) człowieka, który zdaje się urodzony, by wciąż testować granice swojej wytrzymałości albo ratować innych, a przy okazji zasłużyć na ich podziw, wdzięczność i oklaski. Jako że udział w intensywnych doznaniach to jeden z najwspanialszych prezentów, jaki mógł sprawić podobnym sobie wielbicielom przygód i adrenaliny, zastanawiam się, z jakiego powodu nasz gospodarz wykorzystał wszystkie swoje umiejętności dramatyczne do odegrania tego emocjonującego, niepowtarzalnego spektaklu: chodziło tylko o zamiłowanie do ryzyka? O potrzebę nieustannego udowadniania swojej hojności we wszystkich możliwych aspektach? Czy może po prostu o rozbuchaną miłość własną?

Docieramy na miejsce, gdzie ma zostać podany obiad, i z przyjemnością relaksuję się w wodzie, czekając na sancocho i dania z grilla. Pływam na plecach, pogrążona w myślach i zaabsorbowana podziwianiem pięknego nieba, nie zdając sobie sprawy, że wokół mnie tworzy się wir. Kiedy czuję, jak coś paraliżuje mi nogi i ciągnie na dno z siłą metalowej śruby, zaczynam wymachiwać rękami i wołać do narzeczonego i przyjaciół siedzących na brzegu oddalonym o jakieś osiemdziesiąt metrów. Oni jednak myślą, że zachęcam ich do kąpieli, więc śmieją się tylko, bo chcą teraz dobrym napitkiem uczcić szaloną podróż i ogrzać się pysznym, gorącym jedzeniem. Czuję, że lada chwila zginę na oczach pięćdziesięciu osób, znajomych i ochroniarzy, którym zależy tylko na własnej wygodzie, własnej broni i własnej szklance. Resztkami sił utrzymuję się na powierzchni, kiedy udaje mi się w końcu nawiązać kontakt wzrokowy z Pablem Escobarem. Choć jest pochłonięty reżyserowaniem całego spektaklu i wydawaniem rozkazów, to sam dyrygent orkiestry, „kierownik wycieczki” – jak powiedziałoby się w Kolumbii – zauważa, że trafiłam do sokowirówki, z której raczej nie ujdę z życiem. Bez chwili namysłu rzuca się do wody i już po kilku chwilach jest przy mnie. Za pomocą uspokajających słów, precyzyjnych ruchów, przywodzących na myśl skomplikowaną choreografię, a w końcu siły uporu, zdającej się dwukrotnie przewyższać siłę wiru, ten odważny i pewny siebie mężczyzna wyrywa mnie z objęć śmierci, jakbym była piórkiem, jakby cała ta akcja ratownicza stanowiła po prostu jeden z licznych obowiązków gospodarza, jakby sam był odporny na zagrożenie. Chwytam go kurczowo za dłoń, potem za przedramię, w końcu obejmuję za tors, a Aníbal przygląda nam się z brzegu, jakby się zastanawiał, dlaczego, do diabła, wiszę na facecie poznanym kilka godzin wcześniej, który jeszcze pięć minut temu spokojnie z nim rozmawiał.

Kiedy czujemy już z Escobarem grunt pod nogami, chwiejnym krokiem kierujemy się w stronę brzegu. Mocno trzyma mnie pod ramię, a ja pytam, dlaczego spośród tylu osób tylko on jeden zorientował się, że grozi mi śmierć.

– Dostrzegłem przerażenie w twoich oczach. Twoi przyjaciele i moi ludzie widzieli tylko machanie.

Odpowiadam, że nie tylko jako jedyny zauważył mój strach, ale też tylko jemu zależało na moim życiu. Wydaje się zdziwiony, a jego zaskoczenie jeszcze się pogłębia, kiedy dodaję ze słabym uśmiechem (pierwszym, jaki udało mi się wyprodukować po strasznym przeżyciu):

– No, to teraz już do końca swojego życia będziesz za mnie odpowiedzialny, Pablo...

Troskliwie obejmuje moje ramiona, które nie chcą przestać się trząść. A potem woła ze śmiechem:

– Do końca mojego życia? A skąd myśl, że to ja umrę pierwszy?

– Tak się tylko mówi, przecież wiesz... Ale w takim razie umówmy się, że do końca mojego życia, żebyśmy oboje mogli spać spokojnie, no i żebyś zapłacił za mój pogrzeb!

Wybucha śmiechem i odpowiada, że poczekamy na to chyba ze sto lat, bo wydarzenia ostatnich godzin wyraźnie sugerują, że mam więcej żyć niż kot. Po dotarciu na brzeg pozwalam się zawinąć w ciepły ręcznik podany przez kochające ręce Anibala. Jest wielki, więc nie pozwala mi dojrzeć tego, czego nie chce, bym zobaczyła w jego oczach.

Dania z grilla w niczym nie ustępują przysmakom, jakie można dostać w najlepszych argentyńskich knajpach, a miejsce pikniku wygląda jak ze snów. Oddalam się nieco od reszty grupy i w milczeniu podziwiam bujną roślinność zatopioną w półcieniu, oczami człowieka, któremu wybaczono grzech i pozwolono drugi raz spojrzeć na Eden. W następnych latach będę raz po raz wracać myślami do tej chwili, wspominać piękną budowlę z drewna tekowego z widokiem na najspokojniejszy odcinek Río Claro, który w mojej wyobraźni stał się jeziorem szmaragdów, i na listowie na drugim brzegu, ze słońcem lśniącym na każdym liściu i na skrzydłach motyli. Wiele miesięcy później poproszę Pabla, żebyśmy tam wrócili, ale odpowie mi, że to niemożliwe, bo w okolicy roi się od partyzantów. Później, po dwóch dekadach, zrozumiem wreszcie i zaakceptuję, że nigdy nie należy wracać do cudownie pięknych miejsc, gdzie niegdyś przez kilka godzin czuliśmy obezwładniające szczęście, bo nie są już takie same, pozostaje tylko nostalgiczna tęsknota za kolorami i przede wszystkim – za śmiechem.

W Hacienda Nápoles wszystko zdaje się ogromnych rozmiarów. W tej chwili znajdujemy się w rolligonie, gigantycznym traktorze o mocy trzech słoni, kołach średnicy niemal dwóch metrów, z umieszczoną wysoko kabiną zdolną pomieścić piętnaście osób.

– Temu na pewno nie dasz rady, Pablo! – wołamy, wskazując na średniej wysokości drzewo.

– A zobaczycie, że to też wywalimy! – odkrzykuje zachwycony Escobar i bezlitośnie miażdży biedne drzewko, tłumacząc, że jeśli coś nie potrafi oprzeć się jego sile, nie zasługuje na życie, więc powinno wrócić do ziemi i przekształcić się w nawóz.

W drodze powrotnej do domu mijamy podziurawiony kulami samochód – wygląda na forda z końca lat dwudziestych.

– To auto Bonnie i Clyde’a! – oświadcza z dumą.

Pytam, czy ma na myśli słynną parę rabusiów, czy film, na co on odpowiada, że to autentyk, bo nie kupuje podróbek. Kiedy stwierdzamy, że samochód wygląda jak ostrzelany z broni maszynowej, Escobar wyjaśnia, że sześciu policjantów, którzy złapali kochanków, żeby odebrać nagrodę, waliło z karabinów przez ponad godzinę – wokół auta znaleziono łuski ponad stu pocisków.

Clyde Barrow, „amerykański Robin Hood”, został w 1934 roku uznany za wroga publicznego numer jeden rządu USA. Napadał na banki, a cztery miesiące przed śmiercią zorganizował udaną ucieczkę kilku członków swojej bandy. Bonnie Parker towarzyszyła mu w rabunkach, ale nigdy nie brała udziału w zabójstwach policjantów, a tych szybko przybywało, w miarę jak pościg za przestępcami rozszerzał się na nowe stany, a wartość nagrody rosła. W chwili śmierci ona miała dwadzieścia cztery lata, on – dwadzieścia trzy. Nagie ciała kochanków zostały wystawione przed setkami fotografów na podłodze kostnicy, a makabryczny spektakl wzbudził ostre protesty, głównie ze względu na dziesiątki ran postrzałowych w ciele dziewczyny, której jedyną zbrodnią była miłość do zbiega, wiecznie uciekającego przed wymiarem sprawiedliwości. Bonnie i Clyde to pierwsza para z półświatka unieśmiertelniona przez film i literaturę – przeszli do legendy i stali się współczesną wersją Romea i Julii. W kondukcie żałobnym Bonnie przeszło dwadzieścia tysięcy osób – zgodnie z decyzją matki dziewczyny nie pochowano u boku Clyde’a, mimo że ona sobie tego życzyła.

Zbliżając się do wejścia Hacienda Nápoles, zauważamy białą jednosilnikową awionetkę przycupniętą na wielkiej bramie niczym olbrzymi motyl linoskoczek. Escobar zwalnia, a w końcu się zatrzymuje. Czuję, jak otwiera się nad nami jakiś właz, a kątem oka dostrzegam, że całe towarzystwo cofa się na boki i tyły rolligona. Nagle wylewa się na mnie strumieniem zawartość niezliczonych butelek lodowatej wody. Jestem oszołomiona, pozbawiona tchu, na wpół utopiona. Kiedy odzyskuję w końcu mowę, udaje mi się zapytać tylko, szczękając zębami:

– A ten wrak z początku wieku to samolot Lindbergha czy Amelii Earhart, Pablo?

– Ten akurat należał do mnie i przyniósł mi sporo szczęścia, tak jak tobie go dziś nie brakowało, kiedy uratowałem ci życie. Ha, ha, ha, ha, ha, ha! Zawsze odbieram zapłatę za przysługi, więc zostałaś ochrzczona! Teraz jesteśmy kwita, moja droga! – woła, zataczając się ze śmiechu, a jego wspólnicy ciągle gratulują sobie udanego numeru.

Wieczorem, kiedy kończę się szykować do kolacji, ktoś leciutko puka do drzwi mojego pokoju. Zakładam, że to pewnie córka Anibala, więc zapraszam ją do środka. Zza drzwi jednak nieśmiało wychyla głowę gospodarz, nawet nie puszcza klamki. Tonem, w którym pobrzmiewa autentyczna troska, przeprasza mnie i pyta, jak się czuję. Odpowiadam, że chyba jeszcze nigdy nie byłam tak czysta, bo w ciągu ostatnich dwunastu godzin przyszło mi się wykąpać pięć razy, za każdym razem w wodzie o innej temperaturze. On śmieje się z ulgą, a ja pytam o dzikie koty – podczas objazdu posiadłości nigdzie ich nie widzieliśmy.

– Aaa... te koty. Cóż... Muszę przyznać, że w moim zoo nie ma drapieżnych zwierząt. Pozjadałyby inne, a trudno je sprowadzić... przynajmniej legalnie. Ale teraz mi się przypomina, że widziałem chyba jakąś wściekłą, dokumentnie przemoczoną panterę pod awionetką, a dziesięć minut temu w salonie zauważyłem trzy tygrysice. Ha, ha, ha!

I znika. Dociera do mnie, że cała ta akcja na lądowisku była jednym wielkim przedstawieniem, i myślę sobie, z uśmieszkiem niedowierzania, że zamiłowanie tego człowieka do żartów może się równać tylko z jego odwagą. Kiedy wchodzę do jadalni, złocista i lśniąca w tunice z turkusowego jedwabiu, Aníbal komplementuje mój wygląd i mówi głośno, tak żeby wszyscy usłyszeli:

– To jedyna kobieta na świecie, która nawet tuż po przebudzeniu wygląda zawsze świeżo i pięknie jak róża... To jakby każdego ranka móc podziwiać cud stworzenia...

– Spójrz na nich tylko! – mówi Muzyk[6] do Escobara. – Para symboli seksu...

Pablo przygląda się nam z uśmiechem. Potem wbija we mnie spojrzenie. Opuszczam wzrok.

Po powrocie do pokoju Aníbal komentuje półgłosem:

– Skoro gość potrafi przemycić trzy żyrafy z Kenii do Kolumbii, to na pewno jest w stanie przerzucić tonę czegokolwiek do Stanów!

– Na przykład tonę czego, kochanie?

– Koki. Pablo jest Królem Kokainy, a popyt jest teraz taki, że niedługo ma szansę zostać najbogatszym człowiekiem świata! – woła i unosi wysoko brwi w wyrazie podziwu.

A ja dałabym głowę, że na taki styl życia może sobie pozwolić dzięki działalności politycznej.

– Nie, nie, kochanie, jest dokładnie na odwrót: to politykowanie finansuje z tamtego biznesu!

Przymyka oczy, przyjemnie zamroczony dzięki czterdziestej już dziś kresce, po czym pokazuje mi ważącą pięćdziesiąt gramów bryłę kokainy – prezent od Pabla.

Jestem wykończona, więc usypiam jak zabita. Kiedy budzę się następnego dnia, on ciągle leży obok mnie, ale po bryle nie zostało już ani śladu. Ma przekrwione oczy i patrzy na mnie z bezgraniczną czułością. Ja zaś wiem tylko tyle, że go kocham.

Prezydenckie ambicje

Kilka tygodni później Escobar dzwoni do Anibala. Poseł[7] zaprasza nas na zwiedzanie hacjendy i ogrodu zoologicznego Jorgego Luisa Ochoi, bliskiego przyjaciela i współpracownika przy projekcie społecznym Medellín sin Tugurios (Medellín bez slumsów). Posiadłość leży w rejonie wybrzeża Morza Karaibskiego. Pablo przysyła po nas samolot, a po wylądowaniu czeka już na nas w towarzystwie wyłącznie swojej załogi. Najwyraźniej, skoro tym razem nie występuje w roli gospodarza, lecz zwykłego gościa, zamierza po prostu dołączyć do naszej grupy, w skład której znów wchodzi Ángela. Dzieci Anibala nie mogły nam towarzyszyć, bo ich matka z przerażeniem wysłuchała opowieści o szalonych przygodach w Nápoles i kategorycznie zakazała nam zabierać dzieci na „weekendy z tymi dziwnymi ludźmi, którzy wzbogacili się w podejrzanych okolicznościach”.

Na drodze prowadzącej z lotniska do miejscowości, gdzie znajduje się hacjenda, nie ma dużego ruchu. Po kilku minutach jazdy w bezlitosnym słońcu, z Escobarem za kierownicą odkrytego samochodu, docieramy do punktu poboru opłat – za przejazd należy się równowartość trzech dolarów amerykańskich. Nasz kierowca wrzuca niższy bieg, pozdrawia inkasenta najbardziej promiennym uśmiechem ze swojego repertuaru i jedzie dalej, z pełną nonszalancją i minimalną prędkością. Chłopakowi, trzymającemu już w dłoni kwitek, najpierw opada szczęka, a potem próbuje nas gonić, bezskutecznie wymachując rękami, żebyśmy się zatrzymali. Zaskoczeni pytamy Pabla, czemu przejechał bez płacenia.

– Jak w kiosku nie ma policjanta, to nie płacę. Szanuję władzę tylko wtedy, jeśli jest uzbrojona! – odpowiada zadowolony, tonem nauczyciela tłumaczącego coś dzieciom.

Ród Ochoów słynie z hodowli i eksportu koni wyścigowych. Tysiące zwierząt trzymane są w hacjendzie La Loma pod Medellín, zarządzanej przez Fabia, ojca naszego gospodarza. Z kolei tutaj, w La Veracruz, hoduje się byki na korridę. Choć ani posiadłość, ani ogród zoologiczny nie mogą równać się z Nápoles pod względem powierzchni, dom jest pięknie zdobiony, a wszędzie stoją malutkie elektryczne ferrari i mercedesy, żółte i czerwone, marzenie każdego dziecka. Jorge Luis, najstarszy z trzech braci Ochoów, to sympatyczny mężczyzna w wieku Pabla, przez przyjaciół nazywany „Grubasem”, mąż wysokiej i pięknej Maríi Líi Posady, kuzynki minister komunikacji Noemí Sanín Posady. Jorge co prawda nie popisuje się tak jak Escobar – który kiedy włączy tryb zabawy, zdaje się wręcz sypać iskrami elektryczności – ale od razu rzuca się w oczy, że obu mężczyzn łączy bliska zażyłość i głęboki szacunek, zrodzony z lojalności wielokrotnie wystawianej na próbę na przestrzeni lat.

Przy pożegnaniu zdradzam Jorgemu moje marzenie: zobaczyć te jego słynne czempiony. Uśmiecha się od ucha do ucha i obiecuje, że wkrótce przygotuje dla mnie coś szczególnego i że na pewno będę zadowolona.

Wracamy do Medellín innym samolotem Escobara. Znowu próbował poderwać Angelitę, ale choć jego wysiłki spełzły na niczym, wygląda na to, że się zaprzyjaźnili. Medellín to „miasto wiecznej wiosny”, a dla paisas – jego dumnych obywateli – także stolica departamentu, stolica krajowego przemysłu oraz stolica świata. Zatrzymujemy się w Intercontinentalu położonym w uroczej dzielnicy El Poblado, niedaleko dworu-biura Pabla i Gustava, własności dyrektora Metra w Medellín i ich bliskiego przyjaciela. Okolica charakteryzuje się nieskończoną liczbą krętych uliczek wijących się między pagórkami obficie pokrytymi roślinnością podzwrotnikową. Przyjezdni tacy jak my, przywykli do prostej siatki ulic – w Bogocie się je numeruje, tak jak w Nowym Jorku – czują się tu jak w labiryncie, ale paisas z zawrotną prędkością pokonują zakręty, jeżdżąc w górę i w dół między dzielnicami mieszkaniowymi, pełnymi drzew i ogrodów, a zgiełkliwym centrum miasta.

– Dziś niedziela, wszyscy wcześnie się kładą, więc o północy zapraszam was na szaleńczą przejażdżkę samochodem Jamesa Bonda – zapowiada Pablo.

Kiedy prezentuje nam perłę swojej kolekcji, czujemy bolesny zawód. Choć jednak nie jest to żaden aston martin, ale zupełnie anonimowy wytwór przemysłu motoryzacyjnego, na tablicy rozdzielczej znajduje się cała masa przycisków. Na widok zaciekawienia na naszych twarzach dumny właściciel zaczyna recytować listę funkcji, ewidentnie zaprojektowanych z myślą o ewentualnej ucieczce przed policją:

– Tym guzikiem wypuszcza się zasłonę dymną, która zmusza pościg do zatrzymania. Tamtym gaz łzawiący, żeby zaczęli się krztusić i zajęli rozpaczliwym szukaniem wody. Tym wypuszcza się olej, żeby się ślizgali i zjechali zygzakiem prosto na dno przepaści. Ten przycisk rozsypuje setki pinesek, które poprzebijają opony. Tu jest miotacz ognia, działa na benzynę. Tam odpala się ładunki wybuchowe, a po obu stronach zainstalowano karabiny maszynowe, ale dziś je zdemontowaliśmy, na wypadek gdyby auto miało wpaść w łapy żądnej zemsty pantery. Aha! A gdyby wszystkie systemy zawiodły, ten ostatni guzik emituje dźwięk o częstotliwości przebijającej bębenki uszne. No dobrze, czas na praktyczną demonstrację możliwości mojego skarbu. Ale niestety, do samochodu Bonda wstęp mają wyłącznie panie, Ángela będzie moją pilotką. Panów i... Virginię zapraszam do samochodów z tyłu.

I rusza bardzo powoli, podczas gdy my wciskamy gaz do dechy. Kilka minut później zbliża się do nas na złamanie karku. Nie wiem, jak nas wyprzedził, czy po prostu nad nami przeleciał, ale sekundę później jest już przed nami. Raz po raz próbujemy go minąć, ale za każdym razem, kiedy jesteśmy tuż-tuż, udaje mu się uciec i zagubić wśród krętych, wyludnionych uliczek El Poblado, a potem pojawić się znowu w najmniej oczekiwanym momencie. Modlę się w duchu, żeby żaden samochód nie zajechał mu drogi, bo albo przekoziołkowałby przez barierkę, albo zostałaby po nim najwyżej mokra plama na asfalcie. Zabawa ciągnie się niemal godzinę, a kiedy robimy sobie chwilę przerwy dla złapania oddechu, Escobar wyjeżdża z piskiem opon spośród ciemności i spowija nas taka chmura dymu, że musimy się zatrzymać. Potrzebujemy ładnych kilku minut, żeby znaleźć drogę, a kiedy w końcu nam się to udaje, on znów mija nas jak strzała i znowu lądujemy w kłębach spalin, które z każdą sekundą zdają się nawarstwiać i zagęszczać. Kwas siarkowy wydaje się palić nam gardła, wdzierać się przez nos, mglić wzrok i wciskać w każdy zakamarek mózgu. Kaszlemy, a z każdym haustem trującego powietrza uczucie pieczenia zdaje się nasilać. Za plecami słyszymy jęki ochroniarzy, a z oddali dobiega nas śmiech pasażerów auta Jamesa Bonda, które odjechało z prędkością dwustu kilometrów na godzinę.

Jakimś cudem znajdujemy przy drodze kran z wodą. Chłopaki Escobara wyskakują z samochodów, przeklinają i potykają się jeden o drugiego, walcząc o łyk płynu. Kiedy zaczynają płakać, odchodzę na bok i żeby dać im dobry przykład, ustawiam się na samym końcu kolejki. Potem biorę się pod boki i resztkami głosu krzyczę na nich z całą pogardą, na jaką w tym stanie mogę się zebrać:

– Bądźcie mężczyznami, do jasnej cholery! Wygląda na to, że tylko ja mam tutaj jaja. Nie wstyd wam? Trochę godności, zachowujecie się jak małe dziewczynki!

Pablo i spółka, którzy właśnie przyjechali, na widok tej sceny zaczynają się tarzać ze śmiechu. Escobar przysięga, że to wina pilotki – on kazał jej tylko wypuścić zasłonę dymną. Tymczasem ta jędza, nie przestając się śmiać, przyznaje, że „niechcący nacisnął jej się guzik z gazem łzawiącym”. Potem Pablo musztruje swoich ludzi:

– Trochę godności, naprawdę zachowujecie się jak bachory! I przepuśćcie panią!

Krztusząc się i łykając łzy, oznajmiam, że ustąpię miejsca „panienkom”, a sama napiję się wody w hotelu, dwie minuty stąd. Dodaję, że ten jego cudowny wehikuł po prostu cuchnie jak skunks, żegnam się i oddalam.

Podczas jednej z kolejnych wycieczek do Medellín w drugiej połowie 1982 roku Aníbal przedstawia mi bossa zupełnie innego niż Pablo i jego wspólnicy – Joaquina Builesa. „Joaco” wygląda jak sobowtór Pancha Villi[8], a wśród krewnych ma monsignore Builesa. Jest obłędnie bogaty, przesympatyczny, a przechwala się, że również okropnie zły – „ale naprawdę nikczemny, nie jak Pablito” – i że razem ze swoim kuzynem Miguelem Angelem zlecił zabójstwo dobrych kilkuset osób, tylu, że gdyby je wszystkie policzyć, to uzbierałoby się jakieś miasteczko w Antioquii. Nie wierzymy z Anibalem w ani jedno jego słowo, ale Builes tylko zanosi się śmiechem i przysięga, że to prawda.

– Tak naprawdę Joaco jest jak pozytywka – usłyszę później słowa Anibala skierowane do Pabla – ale do tego taki z niego straszny skąpiec, że potrafi przez całe popołudnie próbować wcisnąć komuś perski dywan, żeby zarobić tysiąc dolarów, zamiast poświęcić tyle samo czasu i wysiłku na sprzedaż pięciuset kilo koki, za co mógłby sobie kupić dziesięć magazynów pełnych dywanów!

Podczas tego przyjemnego spotkania z Joakiem, Anibalem i Muzykiem dowiaduję się, że Pablo, jeszcze jako młodzieniaszek, zaczął swoją błyskotliwą karierę polityczną jako złodziej nagrobków. Razem ze wspólnikami ścierali nazwiska zmarłych i sprzedawali tablice jako nowe. I to każdą po kilka razy. Ta historia wydaje mi się absurdalnie śmieszna, bo wyobrażam sobie wszystkich tych starych paisas, jak przewracają się w grobie na wieść, że ich potomkowie zapłacili kupę forsy za kamień nagrobny nawet nie z drugiej, ale z trzeciej czy czwartej ręki. Słucham też, jak z podziwem opowiadają o niekwestionowanym talencie Escobara do patroszenia, w zaledwie kilka godzin, kradzionych samochodów każdej możliwej marki, a potem sprzedawania ich po kawałeczku, jako „części zamienne po przecenie”. W głębi duszy stwierdziłam, że to właśnie encyklopedyczna wręcz wiedza parlamentarzysty w zakresie mechaniki samochodowej pozwoliła mu stworzyć „ekskluzywny, wyjątkowy i w całości wykonany ręcznie” pojazd, czyli auto Jamesa Bonda.

Ktoś inny dorzuca, że nasz nowy przyjaciel był też „cynglem” podczas tak zwanej wojny marlborowej, ale kiedy pytam, co dokładnie ma na myśli, nikt nie potrafi mi odpowiedzieć i wszyscy nagle zmieniają temat. Domyślam się, że chodzi pewnie o napady na fabryki tytoniu – bo nawet tysiąc przemycanych paczek marlboro na pewno waży mniej niż kamień nagrobny – i dochodzę do wniosku, że historia życia naszego Pablita przypomina slogan reklamowy papierosów Virginia Slims: You’ve come a long way, baby!

Jakiś czas później bracia Ochoa zapraszają nas do Cartageny. Tam czeka nas jedna z najbardziej niezapomnianych nocy w moim życiu. Zatrzymujemy się w apartamencie prezydenckim w Hiltonie, jemy kolację w najlepszej restauracji w mieście, a potem przygotowujemy się na to, co Jorge wraz z rodziną chce nam podarować w ramach obietnicy złożonej wiele dni wcześniej: przejażdżkę ulicami miasta – starej i nowej części – wozami ciągniętymi przez konie, które sprowadzili tu z La Lomy.

Scena przypomina żywcem wyjętą z Baśni tysiąca i jednej nocy, zaplanowaną przez arabskiego szejka na wesele jedynej córki albo wyprodukowaną przez hollywoodzkiego reżysera dla uczczenia jakiejś uroczystej okazji w imponującej hacjendzie meksykańskiej z dziewiętnastego wieku.

Wozy nie są zwykłymi dorożkami, takimi jakie można zobaczyć w Cartagenie czy Nowym Jorku. Nie przypominają też powozów Grandów Hiszpanii podczas Feria de Abril w Sewilli. Owszem, wyposażono je w latarnie, oświetlające dorożkarza w nienagannym uniformie, ale każdy z czterech wozów ciągnięty jest przez sześć perszeronów, białych jak śnieg, z uprzężami i dumnie wypiętymi piersiami, niczym z bajki o Kopciuszku. Konie zdają się chełpić swoimi rozmiarami i zniewalającą urodą. Z rytmicznym stukotem kopyt, głębokim i zmysłowym jak u dwudziestu czterech tancerzy flamenco, maszerują w idealnej synchronizacji przez historyczne ulice. Pablo mówi, że każdy zaprzęg wart jest milion dolarów, ale ja nie zamieniłabym niewysłowionej radości z tej przejażdżki na wszystkie skarby świata. Nasz widok wprawia w zdumienie i zachwyt licznych gapiów: ludzi wychylających się z białych balkonów na starym mieście, zauroczonych turystów, biednych woźniców Cartageny, którzy z szeroko otwartymi ustami wpatrują się w ten cudownie ostentacyjny pokaz.

Nie wiem, czy spektakl zaplanowano tylko w dowód hojności Jorgego w stosunku do wspólnika i nas, gości, czy za delikatną sugestią Pabla, liczącego na uwiedzenie Angelity tak wyjątkowym i romantycznym gestem. A może to wyraz wdzięczności rodu Ochoów za odwagę, opracowanie strategii i świetny rezultat działań Escobara w związku z uratowaniem siostry Jorgego – Marthy Nieves, uprowadzonej przez partyzantów przed rokiem? Wiem tylko, że którykolwiek z najpotężniejszych magnatów Kolumbii próbowałby przebić to widowisko, na przykład przy okazji ślubu córki, nie zdołałby nawet zbliżyć się do tak wysoko postawionej poprzeczki stylu i wyrafinowania. Rodzina Ochoów podarowała nam tej nocy naprawdę wyjątkowy prezent.

W inny długi weekend pojechaliśmy do Santa Marty, leżącej nad Morzem Karaibskim kolebki legendarnej Samarian Gold. Tam poznaliśmy Dávilów, królów marihuany. W przeciwieństwie do baronów kokainowych, którzy z nielicznymi wyjątkami – jak bracia Ochoowie – pochodzą z nizin społecznych albo niższej klasy średniej, Davilowie to przedstawiciele starej arystokracji, właścicieli ziemskich z wybrzeża Atlantyku. I w przeciwieństwie do większości coqueros, zwykle niezbyt urodziwych – Aníbal mawiał, że wyglądają „jak przez okno” – tu niemal wszyscy są wysocy i przystojni. Kilka kobiet z rodziny Dávilów wyszło za takie osobistości jak prezydent López Pumarejo, syn prezydenta Turbaya czy Julio Mario Santo Domingo – najbogatszy Kolumbijczyk.

Aníbal tłumaczy mi, że lotnisko w Santa Marcie jest czynne do osiemnastej, ale Davilowie mają taką władzę, że wieczorem i w nocy otwiera się je specjalnie dla nich. To dzięki temu mogą spokojnie wysyłać samoloty załadowane podobno najlepszą marihuaną świata. Kiedy pytam, jak udaje im się wymigać, odpowiada, że po prostu wszystkim smarują: pracownikom wieży kontroli lotów, policji i jednemu czy dwóm oficerom marynarki. Ponieważ zdążyłam już poznać wielu jego nowobogackich znajomych, stwierdzam:

– Myślałam, że wszyscy ci narcos mają w swoich hacjendach prywatne lądowiska...

– Nieee, kochana. Tylko ci najwięksi! Handel ziołem wcale nie jest taki opłacalny, a dochodzi jeszcze spora konkurencja z Hawajów. Nie myśl, że każdy może sobie pozwolić na własne lotnisko, do tego trzeba zdobyć miliard zezwoleń. Wiesz przecież, ile kwitków i pieczątek trzeba załatwić, żeby zarejestrować w tym kraju samochód, nie? To teraz przemnóż sobie te wszystkie papierki razy sto: możesz zamontować karabin na samolocie. Znowu przemnóż przez sto i dopiero teraz dostaniesz pozwolenie na prywatne lotnisko.

Pytam go więc, jak w takim razie Pablo to robi: ma własne lotnisko i całą flotę samolotów, przerzuca tony koki, sprowadza sobie żyrafy i słonie z Afryki, przemyca rolligony i sześciometrowe łodzie...

– Chodzi o to, że nie ma żadnej konkurencji. Jest najbogatszy ze wszystkich, kochanie, bo Pablito to Jumbo: ma w kieszeni najważniejszego gościa z Dyrekcji Lotnictwa Cywilnego, młodego chłopaka, syna jednego z pierwszych narcos... To jakiś Uribe, kuzyn Ochoów... Álvaro Uribe, zdaje się. A myślisz, że dlaczego wszyscy ci ludzie sfinansowali właśnie kampanię obu kandydatów w wyborach prezydenckich? Bo chcieli się otrzeć o kogoś sławnego? Nie bądź naiwna!

– No to nieźle się chłopak spisał! Wszyscy ci goście powinni ustawiać się do niego w kolejce.

– Takie jest życie, kochanie: zła sława przeminie, a kasa musi się zgadzać!

To dni usłane różami, miodem i winem płynące, dni śmiechu i nowych znajomości. Nic jednak nie trwa wiecznie, więc pewnego dnia dźwięki radosnej piosenki milkną równie nagle i niespodziewanie jak zaczęły rozbrzmiewać.

Nałóg Anibala pogłębia się z każdą kolejną bryłą otrzymywaną w prezencie od Pabla. W miejsce publicznych wyznań miłości i okazywania uczuć coraz częściej wybuchają absurdalnie żenujące sceny zazdrości. Dawniej dotyczyły tylko nieznajomych, teraz jednak krąg podejrzanych rozszerza się na wspólnych przyjaciół, a nawet moich fanów. Po każdej awanturze następuje dwudniowa separacja, w trakcie której Aníbal szuka pocieszenia w ramionach byłej dziewczyny, dwóch zapaśniczek w błocie czy trzech tancerek flamenco. Trzeciego dnia dzwoni i błaga, żebym do niego wróciła. Godziny skomlenia, bukiety róż, w końcu jakaś pojedyncza łza łamie mój opór... a potem wszystko zaczyna się od nowa.

Któregoś wieczoru wychodzimy z grupą znajomych do eleganckiego baru, a mój narzeczony wyciąga rewolwer i celuje do dwóch wielbicieli, którzy chcą tylko dostać mój autograf. Kiedy niemal godzinę później znajomym udaje się go rozbroić, błagam, żeby odprowadzili mnie do domu. I tym razem, gdy Aníbal próbuje się przez telefon usprawiedliwiać, mówię mu:

– Jeśli jeszcze dziś rzucisz kokę, zostanę z tobą do końca życia. Jeśli nie, w tej chwili z tobą zrywam.

– Ale kochanie... Musisz zrozumieć, że nie mogę żyć bez Królewny Śnieżki i że nigdy jej nie rzucę!

– W takim razie ja już cię nie kocham. Koniec.

I tak, w mgnieniu oka, w pierwszym tygodniu stycznia pożegnaliśmy się na zawsze.

W 1983 roku w Kolumbii nie istnieją jeszcze prywatne stacje telewizyjne. Każdy nowy rząd na zasadzie licytacji przydziela pasma prywatnym producentom, zwanym programatorami. TV Impacto – moja spółka, ze znaną bezkompromisową dziennikarką Margot Ricci – dostała kilka okienek w przedziałach czasowych AA i B. W Kolumbii panuje jednak recesja i największe firmy wykupują reklamy wyłącznie w paśmie AAA, czyli między siódmą a wpół do dziesiątej wieczorem. Rok po rozpoczęciu działalności w obliczu zbyt niskich dochodów – niewystarczających na pokrycie opłat na rzecz Narodowego Instytutu Radiowo-Telewizyjnego (INRAVISIÓN) – praktycznie wszystkim małym firmom producenckim grozi bankructwo. Margot prosi mnie o spotkanie, żebyśmy mogły zdecydować, co robić dalej, jednak pierwsze pytanie, jakie pada z jej ust po przyjściu do pracy w poniedziałek, brzmi:

– To prawda, że w piątek Aníbal zaczął do ciebie strzelać?

Odpowiadam, że w takim wypadku leżałabym raczej na cmentarzu albo przynajmniej w szpitalu, nie siedziałabym w biurze.

– Ale w całej Bogocie aż o tym huczy! – woła takim tonem, jakby plotki miały większą wagę niż to, co widzi na własne oczy.

Mówię, że nie mogę zmienić rzeczywistości tylko po to, żeby zadowolić wszystkich mieszkańców stolicy. Przyznaję jednak, że choć Aníbal wcale do mnie nie strzelał, to zerwałam z nim na dobre i od trzech dni bez przerwy płaczę.

– W końcu? Co za ulga, nareszcie! Ale teraz naprawdę się popłaczesz, jesteśmy zadłużone na sto milionów dolarów. Jak tak dalej pójdzie, to za parę tygodni będę musiała sprzedać mieszkanie, samochód, chyba nawet dziecko... Chociaż nie, zanim sprzedam dziecko, to oddam cię tamtemu Beduinowi za pięć wielbłądów. Nie wiem, jak wybrnąć z tej sytuacji!

Osiem miesięcy wcześniej pojechałyśmy z Margot do Izraela na zaproszenie tamtejszego rządu, a potem odwiedziłyśmy Egipt, żeby zobaczyć piramidy. Kiedy na bazarze w Kairze targowałyśmy się o naszyjnik z turkusów, jakiś bezzębny, wychudzony Beduin, chyba siedemdziesięcioletni, z laską pasterską i cuchnący kozłem, zaczął łakomie mi się przyglądać. Krążył nerwowo i próbował zwrócić uwagę straganiarza. Sprzedawca zamienił parę słów ze staruchem, po czym z promiennym uśmiechem zwrócił się po angielsku do Margot:

– Ten bogaty pan pragnie podarować naszyjnik panience. Co więcej, chciałby się z nią ożenić i ustalić wysokość posagu. Jest gotów zaoferować aż pięć wielbłądów!

Oburzona tak niską ceną, ale i rozbawiona bezczelną propozycją, kazałam Margot żądać za mnie przynajmniej trzydziestu wielbłądów, a przy okazji uświadomić starożytnej mumii, że panienka nie jest dziewicą: byłam już zamężna, i to aż dwukrotnie.

Przerażony starzec zawołał, że tylko szejk mógłby mieć trzydzieści wielbłądów, a potem zapytał Margot, czy w takim razie pochowałam dwóch mężów.

Koleżanka obdarzyła pretendenta do mojej ręki współczującym uśmiechem, dała mi znać, żebym przygotowała się do ucieczki, po czym oznajmiła sprzedawcy triumfalnym tonem:

– Proszę powiedzieć temu bogatemu panu, że nie, nie pochowała. Ta młódka, zaledwie trzydziestodwuletnia, rzuciła już dwóch mężów dwadzieścia lat od niego młodszych, dwadzieścia razy mniej okropnych i dwadzieścia razy bogatszych!

Rzuciłyśmy się do ucieczki, a starzec gonił nas, zawodząc coś po arabsku i wygrażając wściekle pięścią. Nie mogłyśmy przestać się śmiać. W końcu dotarłyśmy do hotelu i zadowolone podziwiałyśmy z okna pokoju legendarne szmaragdowe wody Nilu, błyszczące w świetle gwiazd.

Wzmianka o Beduinie przypomina mi jednak o pewnym kolekcjonerze wielbłądów, który nie jest cuchnącym, bezzębnym, zgryźliwym siedemdziesięciolatkiem. Mówię do Margot:

– A wiesz co? Znam kogoś, kto ma więcej niż pięć wielbłądów i raz już uratował mi życie. Może więc mógłby uratować i naszą firmę?

– Szejk czy właściciel cyrku? – pyta sarkastycznie.

– Szejk z trzydziestoma wielbłądami. Muszę się tylko najpierw skonsultować.

Dzwonię do Muzyka i tłumaczę mu, że grozi nam z Margot bankructwo i potrzebuję telefonu do Pabla, żeby poprosić go o wykupienie w naszej stacji reklam któregoś z jego biznesów albo w ogóle sprzedać mu cały interes.

– Hm... Jedyny reklamodawca, jaki przychodzi mi do głowy w związku z Pablem, to Coca-Cola! Ale spokojnie, on uwielbia rozwiązywać tego typu problemy w mgnieniu oka... Czekaj, zaraz do ciebie zadzwoni!

Kilka minut później dzwoni telefon. Po krótkiej wymianie zdań idę do gabinetu wspólniczki i uśmiechając się od ucha do ucha, oświadczam:

– Margarito, mam na linii posła Escobara Gavirię. Pyta, czy nam pasuje, żeby jutro o piętnastej wysłał po nas odrzutowiec.

Po powrocie z Medellín czeka na mnie zaproszenie na kolację do Olguity i Muzyka. Ona jest słodka i urocza, on jest najsympatyczniejszym i najbardziej „rozchełstanym” Andaluzyjczykiem na świecie. Kiedy do nich przychodzę, jeszcze zanim nawet zdążę usiąść, Urraza pyta, jak nam poszło. Odpowiadam, że dzięki reklamom sklepu rowerowego Bicicletas Osito, które zaoferował nam Pablo, będziemy mogły spłacić wszystkie długi, a w przyszłym tygodniu mam wrócić, żeby nagrać z nim program na miejskim wysypisku śmieci.

– Ładnie... Za taką kasę to ja bym nawet zjadł śmieci! I jeszcze wystąpi w telewizji? Kurde!

Uświadamiam mu, że przecież każdy dziennikarz robi wywiady z kilkoma parlamentarzystami tygodniowo, a Pablo też jest posłem. Co prawda wybranym na zastępstwo, ale tak czy inaczej – posłem. Dodaję:

– Jest właśnie w trakcie przekazywania dwóch i pół tysiąca domów dla „mieszkańców” wysypiska, a drugie tyle mają dostać ludzie ze slumsów. Głowę daję, że to naprawdę ważna wiadomość dla Kolumbijczyków!

On pyta mnie, czy Pablo zażądał wywiadu jako warunku koniecznego do udzielenia nam wsparcia finansowego. Odpowiadam przecząco: to ja naciskałam, inaczej nie przyjęłabym pomocy. Escobar chciał góra pięciominutowego materiału. Tłumaczę, że czuję taką wdzięczność za jego szczodrość i taki podziw wobec tego, co robi z Medellín sin Tugurios, że zamierzam poświęcić mu całą godzinę w moim poniedziałkowym programie, od osiemnastej do dziewiętnastej, który zostanie wyemitowany za trzy tygodnie.

– Ty to masz jaja! A mnie się coś zdaje, że Pablo się tobą interesuje...

Cóż, mnie interesuje wyłącznie uratowanie firmy i dalszy rozwój kariery, bo to jedyne, co mam w życiu.

– Jeśli tak, jak się spodziewam, Pablo jednak się w tobie zakocha, a ty w nim, to nie będziesz już musiała się martwić ani karierą, ani przyszłością, ani tą cholerną stacją telewizyjną! Uwierz mi, będziesz mi dziękować do końca życia...

Odpowiadam ze śmiechem, że nic takiego nie nastąpi: ja mam już bardzo poobijane serce, a Pablo od początku leci na Ángelę.

– Jeszcze się nie zorientowałaś, że to tylko gierki? Przecież to jedna z tych dziewczyn, co to zawsze zakochują się w jakimś graczu polo. Pablo dobrze wie, że Angelita nie jest dla niego, przecież to nie głupiec... Ma poważne ambicje polityczne, więc potrzebuje u swojego boku prawdziwej kobiety, eleganckiej, która potrafi przemawiać przed publicznością. Nie modelki, nie dziewczyny ze swojej klasy społecznej, tak jak ta ostatnia... Słyszałaś, że zostawił jej dwa miliony dolarów? Taka księżniczka jak ty to skarb dla człowieka, który chce zostać prezydentem i który w wieku trzydziestu trzech lat jest na najlepszej drodze, by stać się jednym z najbogatszych ludzi na świecie!

No tak, ale bogacze mają raczej skłonności do bardzo młodych dziewczyn, a ja sama mam już trzydzieści trzy lata.