Kochać mocniej - Lisa Gardner - ebook + audiobook
Opis

Brian Darby leży martwy na kuchennej podłodze. Jego żona, funkcjonariuszka policji stanowej, Tessa Leoni, twierdzi, że zastrzeliła go w obronie własnej, a sińce na jej ciele przemawiają za tym, że mówi prawdę. Dla doświadczonej detektyw D.D. Warren powinna to być banalna sprawa. Tylko gdzie się podziała ich sześcioletnia córeczka? Sledztwo nabiera rozmachu, przeobrażając się w gorączkowe i szeroko zakrojone poszukiwania zaginionego dziecka, a Warren musi połączyć siły ze swym byłym partnerem, Bobbym Dodge’em, aby przebić się przez mur policyjnych układów, starając się zgłębić mechanizmy rządzące psychiką funkcjonariuszki i odsłaniając jej rodzinne sekrety. Czy wyszkolona policjantka faktycznie mogłaby zastrzelić swojego męża? Czy matka skrzywdziłaby własne dziecko?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 502

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 25 min

Lektor: Marta Grzywacz

Popularność


Nakładem Wydawnictwa Sonia Draga ukazały się następujące książki tej autorki:

Pożegnaj się

Samotna

Sąsiad

Dziecięce koszmary

Prolog

Kogo kochasz?

To pytanie, na które każdy powinien znać odpowiedź. Pytanie, które nadaje sens życiu, wyznacza kierunek przyszłości, rządzi niemal każdą minutą twojego dnia. Proste, gładkie, ujmujące.

Kogo kochasz?

Zadał mi to pytanie i zastanawiając się nad odpowiedzią, poczułam, jak ciąży mi mój służbowy pas, jak krępuje mi ruchy kamizelka kuloodporna i jak ciasne jest rondo zsuniętego nisko na czoło kapelusza od munduru. Powoli opuściłam rękę, zaledwie muskając palcami rękojeść sig-sauera, który spoczywał w kaburze.

– Kogo kochasz? – krzyknął znowu, jeszcze głośniej i bardziej natarczywie.

Moje palce dotknęły tylko służbowej broni i natrafiły na jedną z czarnych skórzanych szlufek, które podtrzymywały mi pas na biodrach. Rzepy puszczały z głośnym trzaskiem, kiedy odpinałam je jeden po drugim. Następnie sięgnęłam do metalowej klamry i po chwili dziewięciokilogramowy pas, obciążony pistoletem, paralizatorem i teleskopową pałką, zsunął się z moich bioder i zawisł między nami.

– Nie rób tego – wyszeptałam, próbując po raz ostatni przemówić mu do rozsądku.

– To nie wystarczy – odparł z ledwie dostrzegalnym uśmiechem. – Już za późno.

– Gdzie jest Sophie? Co zrobiłeś?

– Pas. Na stół. Natychmiast.

– Nie.

– Broń. Połóż ją na stole. Ale już.

W odpowiedzi stanęłam szerzej na nogach. Znajdowałam się na środku kuchni, z pasem wciąż w lewej ręce. Cztery lata mojego życia, podczas których patrolowałam autostrady Massachusetts, zobowiązana przysięgą, by ochraniać i bronić. Miałam po swojej stronie wyszkolenie i doświadczenie.

Mogłam sięgnąć po sig-sauera. Zdobyć się na to, złapać broń i otworzyć ogień.

Pistolet tkwił w kaburze pod tak nieporęcznym kątem, że jego wyciągnięcie zajęłoby mi kilka bezcennych sekund. A on przyglądał mi się bacznie, czekając na jakiś podejrzany ruch. Niepowodzenie mogło mnie drogo kosztować.

Kogo kochasz?

Miał rację. Ostatecznie do tego wszystko się sprowadzało. Kogo kochasz i jak dużo jesteś w stanie dla niego zaryzykować.

– Broń! – zagrzmiał. – Ale już, do cholery!

Pomyślałam o mojej sześcioletniej córeczce, o zapachu jej włosów, o jej szczupłych ramionach oplatających moją szyję, o dźwięku jej głosu. „Kocham cię, mamusiu” – szeptała co wieczór, kiedy kładłam ją do łóżka.

Też cię kocham, skarbie. Kocham cię.

Jego ręka drgnęła, gdy niepewnie sięgnął w stronę mojego pasa i przypiętej do niego broni.

Ostatnia szansa...

Spojrzałam mężowi prosto w oczy. Trwało to może ułamek sekundy.

Kogo kochasz?

Podjęłam decyzję. Położyłam policyjny pas na kuchennym stole.

A on chwycił sig-sauera i strzelił.

Rozdział 1

Sierżant D. D. Warren mogła czuć się dumna ze swych wybitnych zdolności śledczych. Po przeszło dwunastu latach służby w bostońskiej policji wiedziała, że badając miejsce zbrodni, nie wystarczy się tylko rozejrzeć i zasięgnąć języka, ale trzeba zaangażować w dochodzenie wszystkie zmysły. Czuła gładki otwór wywiercony w gipsowej ścianie przez rozgrzany i wirujący pocisk wystrzelony z dwudziestkidwójki. Nasłuchiwała dobiegających zza ścian głosów sąsiadów, wiedziała bowiem, że jeśli będzie w stanie ich dosłyszeć, to i oni na pewno słyszeli, co tu się działo.

D. D. zawsze przyglądała się dokładnie, jak upadło ciało: czy poleciało do przodu, czy do tyłu, czy obróciło się lekko na bok. Starała się wychwycić cierpką woń prochu, która utrzymywała się w powietrzu jeszcze przez dwadzieścia albo trzydzieści minut po ostatnim strzale. Wiele razy udało się jej oszacować czas zgonu na podstawie zapachu krwi, który podobnie jak w przypadku świeżego mięsa, z początku był łagodny, ale z każdą godziną stawał się coraz cięższy i bardziej ziemisty.

Tego dnia jednak nie zamierzała robić żadnej z tych rzeczy. Leniwy niedzielny poranek spędzała ubrana w szare spodnie od dresu i przydługą koszulę flanelową Alexa. Siedziała przy stole w jego kuchni i ściskając masywny gliniany kubek z kawą, liczyła powoli do dwudziestu.

Doszła do trzynastu. Alex zatrzymał się właśnie przy drzwiach wejściowych, by owinąć szyję niebieskim szalikiem.

Zanim doliczyła do piętnastu, Alex założył szalik. Sięgnął teraz po czarną wełnianą czapkę i skórzane rękawiczki. Temperatura na zewnątrz spadła do minus sześciu stopni. Ziemię pokrywała dwudziestocentymetrowa warstwa śniegu, a na koniec tygodnia zapowiadano kolejne obfite opady. Marzec w Nowej Anglii wcale nie oznaczał nadejścia wiosny.

Cały dzień Alexa wypełniały zajęcia w akademii policyjnej, gdzie uczył studentów między innymi takich rzeczy jak analiza miejsca zbrodni. Nazajutrz jednak obydwoje mieli wolne, co nie zdarzało się często i dawało im sposobność, by spędzić czas w jakiś miły sposób. Jeszcze nie zdecydowali, co będą robili. Może wybiorą się na łyżwy w parku Boston Commons. Może pojadą na wycieczkę do Isabella Stewart Gardner Museum. A może będzie to jeden z tych leniwych dni, w jakie zazwyczaj wylegiwali się przytuleni na sofie z wielką miską popcornu na maśle i oglądali stare filmy.

Zaciśnięte na glinianym kubku dłonie D. D. zadrżały. Dobra, bez popcornu.

Doliczyła do osiemnastu, dziewiętnastu, dwudziest...

Alex założył rękawiczki, chwycił sfatygowaną aktówkę z czarnej skóry i podszedł do niej.

– Nie tęsknij za mną za bardzo – powiedział, całując ją w czoło.

D. D. zamknęła oczy, wypowiadając w myślach liczbę dwadzieścia, po czym zaczęła odliczać w tył, od dwudziestu do zera.

– Cały dzień będę pisała do ciebie listy miłosne z małymi serduszkami zamiast kropek nad „i” – odparła.

– W twoim szkolnym segregatorze?

– Coś w tym rodzaju.

Alex cofnął się o krok. D. D. doliczyła do czternastu. Kubek z kawą zadrżał w jej dłoniach, lecz Alex najwyraźniej tego nie zauważył. Westchnęła głęboko i dalej liczyła wytrwale. Trzynaście, dwanaście, jedenaście...

Spotykali się ze sobą od przeszło pół roku. Na tym etapie ona miała do swojej dyspozycji całą szufladę w jego małym wiejskim domku, a jemu przypadł w udziale kącik w szafie w jej mieszkaniu na North End. Kiedy Alex prowadził zajęcia, było im wygodniej mieszkać tutaj. Kiedy ona pracowała, było im łatwiej żyć w Bostonie. Nie mieli ustalonego harmonogramu. Pociągało to za sobą konieczność planowania i jeszcze bardziej utrwalało ich związek, którego granic obydwoje starali się nie precyzować zbyt dokładnie.

Cieszyli się swoim towarzystwem. Alex respektował jej zwariowany tryb pracy detektywa wydziału zabójstw. Ona była pełna uznania dla zdolności kulinarnych Alexa, w którego żyłach od trzech pokoleń płynęła włoska krew. Widziała, że obydwoje nie mogą doczekać się wspólnego wieczoru, ale potrafili też przetrwać noce, które musieli spędzić osobno. Byli dwojgiem niezależnych i dojrzałych ludzi. Ona właśnie dobiła czterdziestki. Alex przekroczył tę granicę kilka lat wcześniej. Nie przypominali rozpalonych nastolatków, którzy całymi dniami myślą wyłącznie o sobie nawzajem. Alex był wcześniej żonaty. D. D. po prostu wystrzegała się tego.

Żyła pracą, co niektórzy uważali za niezdrowe, ale do cholery z nimi. Jakoś udało się jej przetrwać.

Dziewięć, osiem, siedem...

Alex otworzył drzwi wejściowe i stanął twarzą w twarz z nieprzyjazną pogodą. Mroźny powiew przedarł się przez niewielki hol i D. D. poczuła zimno na policzkach. Zadrżała i jeszcze mocniej ścisnęła kubek.

– Kocham cię – powiedział Alex, przestępując próg.

– Ja ciebie też.

Kiedy zatrzasnęły się drzwi, D. D. ruszyła pędem korytarzem do łazienki, by zwymiotować.

Dziesięć minut później wciąż leżała rozciągnięta na podłodze łazienki. Miała przed oczami ozdobne płytki z lat siedemdziesiątych, całe tuziny małych beżowych, brązowych i złocistych kwadracików. Gdy na nie patrzyła, czuła, że znowu zbiera jej się na wymioty. Zauważyła jednak, że ich liczenie jest całkiem niezłym ćwiczeniem medytacyjnym, oddała mu się więc, czekając, aż ochłoną jej policzki i rozluźni się skurczony żołądek.

Usłyszała dzwonek komórki. Spojrzała na wyświetlacz bez – co zrozumiałe, zważywszy na okoliczności – szczególnego zainteresowania. Potem jednak zobaczyła, kto dzwoni, i postanowiła się nad nim zlitować.

– Co jest? – zapytała.

Tymi słowami witała zwykle swego byłego kochanka, obecnie żonatego detektywa policji stanowej, Bobby’ego Dodge’a.

– Mam niewiele czasu. Posłuchaj uważnie.

– Nie siedzę na posterunku – odparła machinalnie. – Nowymi zgłoszeniami zajmuje się Jim Dunwell. Jemu zawracaj głowę.

Zmarszczyła czoło. Bobby nie zadzwoniłby do niej w sprawie śledztwa. Jako policjantka wydziału zabójstw dostawała wytyczne od dyspozytora z komendy miejskiej, a nie od detektywów ze stanowej.

Bobby mówił dalej, jak gdyby w ogóle nie dosłyszał jej słów.

– Mam tu niezły burdel, ale dam sobie głowę uciąć, że to nasz burdel, więc musisz mnie wysłuchać. Tuż obok siedzi szefostwo, naprzeciwko dziennikarze. Wejdziesz od tyłu. Nie spiesz się, obejrzyj wszystko dokładnie. Ja już straciłem orientację, a uwierz mi – w tym przypadku nie możemy sobie pozwolić na żadne przeoczenie.

D. D. jeszcze bardziej zmarszczyła czoło.

– Co jest grane, Bobby? Nie mam pojęcia, o czym mówisz, nie wspominając już, że mam dzisiaj wolne.

– Już nie masz. Bostoński wydział zabójstw będzie chciał przydzielić tę sprawę kobiecie, a policja stanowa musi wcisnąć do ekipy kogoś od siebie, najlepiej byłego gliniarza z prewencji. Decyzja na górze zapadła i to właśnie my będziemy nadstawiać tyłki.

D. D. usłyszała teraz nowy dźwięk dobiegający z sypialni. Sygnał jej pagera. Szlag by to trafił! Wzywano ją, a to oznaczało, że w paplaninie Bobby’ego był jakiś sens. Powoli wstała, chociaż trzęsły jej się nogi i miała wrażenie, że znowu zwymiotuje. Musiała zmobilizować całą siłę woli, żeby zrobić pierwszy krok, ale potem było już łatwiej. Ruszyła w stronę sypialni. Już nieraz przepadł jej w ten sposób wolny dzień. A teraz stanie się to po raz kolejny.

– Co powinnam wiedzieć? – zapytała już bardziej rześkim głosem, przyciskając telefon do ucha ramieniem.

– Śnieg – wymamrotał Bobby. – Na ziemi, na drzewach, na oknach... Cholera. Wszędzie szwendają się gliniarze.

– Wywal ich stamtąd! Jeśli ja tu rządzę, wywal ich.

Sięgnęła po leżący na nocnym stoliku pager i spojrzała na wyświetlacz, po czym zaczęła ściągać dresowe spodnie.

– Trzymają się z dala od domu. Uwierz mi, nawet szefowie wiedzą, że nie należy zacierać śladów na miejscu przestępstwa. Ale nie wiedzieliśmy, że zaginęła dziewczynka. Mundurowi zaplombowali drzwi do domu, ale na podwórko może wejść każdy. I teraz wszystko tam zadeptują. Nie mogę znaleźć punktu zaczepienia. Musimy go znaleźć.

D. D. zsunęła spodnie i zaczęła rozpinać flanelową koszulę Alexa.

– Kto jest ofiarą?

– Czterdziestodwuletni biały mężczyzna.

– Kto zaginął?

– Sześcioletnia biała dziewczynka.

– Masz podejrzanego?

Nastąpiła długa pauza.

– Po prostu przyjedź – rzekł Bobby lakonicznie. – To sprawa dla ciebie i dla mnie. Nasze śledztwo, nasz problem. Musimy to szybko rozwiązać.

Po tych słowach się rozłączył. D. D. spojrzała wściekle na komórkę i rzuciła ją na łóżko, by założyć białą bluzkę.

No dobra. Jeden zabity i zaginione dziecko. Policja stanowa jest już na miejscu, ale to teren działania lokalnego wydziału zabójstw. Po co tu, do cholery, stanowa...

I wtedy, jak to wytrawny detektyw, D. D. połączyła wszystko w całość.

– O kurwa!

D. D. nie czuła już mdłości. Była wściekła. Zabrała pager, legitymację służbową i zimową kurtkę. A potem, z głową pełną informacji przekazanych przez Bobby’ego, zaczęła się przygotowywać, by stawić czoła temu, co zastanie na miejscu zbrodni.

Rozdział 2

Kogo kochasz?

Poznałam Briana na ogrodowym przyjęciu z okazji Święta Niepodległości. W domu Shane’a. Zazwyczaj odrzucałam tego rodzaju zaproszenia, ale ostatnio uświadomiłam sobie, że nie powinnam robić tego bez zastanowienia. Jeżeli nie ze względu na samą siebie, to chociażby dla Sophie.

Przyjęcie nie było zbyt duże. Może ze trzydzieści osób czy coś koło tego: policjanci i kilka rodzin z sąsiedztwa. Zjawił się podpułkownik, co było poniekąd honorem dla gospodarza, ale większość zaproszonych stanowili funkcjonariusze ze służby patrolowej. Zauważyłam, że obok grilla stoją czterej faceci z naszego posterunku z butelkami piwa w dłoniach i dokuczają Shane’owi, który pieczołowicie układał na ruszcie nową partię kiełbasek. Dwoma piknikowymi stolikami na wprost nich zdążyły już zawładnąć roześmiane żony gliniarzy, które w przerwach między doglądaniem dzieci sączyły margeritę.

Inni goście kręcili się po domu, by skosztować sałatki z makaronem albo obejrzeć ostatnie kilka minut meczu. Przerywali pogawędki, aby coś przekąsić albo się napić. Robili to, co zwykle robią ludzie w słoneczne niedzielne popołudnia.

Schroniłam się w cieniu starego dębu. Na prośbę Sophie założyłam letnią sukienkę w pomarańczowe kwiaty i moje jedyne eleganckie sandały w połyskliwie złocistym kolorze. Stałam plecami do drzewa na lekko rozstawionych nogach, przyciskając łokcie do nieuzbrojonych boków. Policjantka może chwilowo porzucić służbę, ale służba nigdy nie porzuca policjantki.

Wypadało mi wmieszać się w towarzystwo, ale nie wiedziałam, od czego zacząć. Czy przysiąść się do nieznajomych kobiet, czy zrobić coś, co przyszłoby mi z większą łatwością, i zagadać do mężczyzn? Nieszczególnie odnajdywałam się w damskim gronie, ale nie mogłam też pokazać, że dobrze się bawię wśród facetów – wtedy ich żony przestałyby się śmiać i zaczęły piorunować mnie wzrokiem.

Trzymałam się więc na uboczu, z piwem, którego zresztą nie pijam, w ręku. Czekałam, aż impreza osiągnie etap, kiedy będę mogła kulturalnie się ulotnić.

Przez większość czasu przyglądałam się mojej córce, która sto metrów dalej zanosiła się od śmiechu, turlając się w dół trawiastego zbocza w towarzystwie kilkorga innych dzieci. Miała policzki umorusane czekoladą, a jej różowa sukienka była już cała w zielonych plamach. Kiedy zatrzymała się u podnóża wzniesienia, złapała za rękę stojącą obok dziewczynkę i obie wbiegły z powrotem na górkę tak szybko, jak tylko potrafiły ponieść je trzyletnie nogi.

Sophie zawsze błyskawicznie nawiązywała znajomości. Z wyglądu przypominała mnie, ale pod względem osobowości była zupełnie inna: towarzyska, śmiała i wylewna. Gdyby to zależało od niej, całe dni spędzałaby otoczona ludźmi. Prawdopodobnie dominował u niej gen odpowiedzialny za urok osobisty; musiała odziedziczyć go po ojcu, bo na pewno nie po mnie.

Sophie w towarzystwie nowej koleżanki wbiegła na wzniesienie. Pierwsza położyła się na trawie, a jej krótkie ciemne włosy wyraźnie kontrastowały z kępą żółtych mleczy. A potem zawirowały mi przed oczami jej pulchne ramiona i wierzgające nogi; kiedy zaczęła toczyć się w dół, jej dźwięczny śmiech rozbrzmiał pod bezkresnym błękitem nieba.

Podniosła się oszołomiona i zauważyła, że się jej przyglądam.

– Kocham cię, mamusiu – krzyknęła i znów puściła się pędem pod górę.

Patrzyłam, jak biegnie, i nie po raz pierwszy pożałowałam, że nie było mi dane zdobyć wiedzę na temat tego wszystkiego, co kobieta taka jak ja wiedzieć powinna.

– Cześć.

Od grupki gości odłączył się jakiś mężczyzna i podszedł do mnie. Na oko przed czterdziestką, metr osiemdziesiąt wzrostu, osiemdziesiąt kilo wagi, krótko przycięte jasne włosy i umięśnione ramiona. Zważywszy na charakter przyjęcia, pomyślałam, że to gliniarz, ale nigdy wcześniej go nie widziałam.

Wyciągnął do mnie rękę. Ociągając się, podałam mu dłoń.

– Brian – przedstawił się. – Brian Darby. – Skinął głową w stronę domu. – Mieszkam przy tej samej ulicy. A ty?

– Hm. Tessa. Tessa Leoni. Znam Shane’a z pracy.

Czekałam na jeden z tych nieuniknionych komentarzy, jakie zawsze wygłaszali mężczyźni, dowiedziawszy się, że mają do czynienia z policjantką. „Jesteś gliną? To ja lepiej będę grzeczny”. Albo: „Och, a gdzie twój pistolet?”. A te i tak należały do najbardziej subtelnych.

Brian jednak tylko pokiwał głową. W jednej ręce trzymał butelkę Bud Lighta, a druga spoczywała w kieszeni jego piaskowych szortów. Miał na sobie niebieską koszulę ze złotym emblematem na kieszonce, ale był do mnie zwrócony pod takim kątem, że nie byłam w stanie go zidentyfikować.

– Muszę ci coś wyznać.

Spięłam się w sobie.

– Shane powiedział mi, kim jesteś – kontynuował. – Ale to moja zasługa, bo sam go o ciebie zapytałem. Piękna kobieta, która stoi samotnie. Warto było przeprowadzić małe rozpoznanie.

– I co ci powiedział?

– Że nie mam u ciebie żadnych szans. Oczywiście połknąłem haczyk.

– Shane plecie bzdury.

– Przeważnie tak. Nawet nie tknęłaś piwa.

Spojrzałam w dół, jakbym dopiero teraz zauważyła butelkę w mojej dłoni.

– To część rozpoznania – ciągnął Brian swobodnie. – Trzymasz piwo, ale go nie pijesz. Może wolałabyś margaritę? Mogę ci przynieść. Chociaż – spojrzał wymownie w stronę hałaśliwej gromadki kobiet, które były już po trzeciej kolejce i co chwilę zgodnie wybuchały śmiechem – trochę się boję.

– Nie ma sprawy. – Stanęłam swobodniej i rozluźniłam się. – Tak naprawdę nie piję.

– Masz służbę?

– Dziś nie.

– Nie jestem gliną, więc nie będę udawał zorientowanego, ale zadaję się z Shane’em od dobrych pięciu lat i mogę powiedzieć, że kojarzę zasady. Służba to znacznie więcej niż patrolowanie autostrad i wypisywanie mandatów. Mam rację, Shane? – Brian podniósł głos, by można go było usłyszeć na patio, gdzie funkcjonariusze policji stanowej tradycyjnie utyskiwali na robotę. Shane w odpowiedzi uniósł prawą dłoń i pokazał sąsiadowi środkowy palec.

– Shane to malkontent – odparłam równie donośnym tonem.

Shane obdarzył mnie takim samym gestem. Kilku facetów parsknęło śmiechem.

– Od dawna z nim pracujesz? – zapytał Brian.

– Od roku. Jestem nowa.

– Naprawdę? Dlaczego postanowiłaś zostać gliną?

Wzruszyłam ramionami. Znów poczułam się skrępowana. Było to jedno z tych pytań, które zadawali mi wszyscy, a ja nie wiedziałam, co na nie odpowiedzieć.

– Wydawało mi się wtedy, że to niezły pomysł.

– A ja pracuję w marynarce handlowej – oznajmił Brian. – Na tankowcach. Wypływam na kilka miesięcy, potem kilka miesięcy w domu i znowu w rejs. Ta robota rozwala życie osobiste, ale i tak ją lubię. Nigdy się nie nudzę.

– W marynarce handlowej? A czym się zajmujesz... Ochroną przed piratami czy czymś w tym rodzaju?

– Nie. Pływamy z zatoki Puget na Alaskę i z powrotem. Na tym odcinku rzadko pojawiają się somalijscy piraci. A poza tym jestem inżynierem. Dbam o to, żeby na statku wszystko działało. Lubię przewody, zębatki i wirniki. Za to spluwy budzą we mnie przerażenie.

– Sama też niespecjalnie się nimi przejmuję.

– Zabawne podejście, jak na policjantkę.

– Czy ja wiem...

Automatycznie skierowałam wzrok w stronę Sophie, by sprawdzić, co robi. Brian podążył za moim spojrzeniem.

– Shane mówił, że masz trzyletnią córeczkę. Wykapana mama. Nie ma szans, żebyś przez pomyłkę zabrała do domu inne dziecko z tej imprezy.

– Shane powiedział ci, że mam dziecko, a ty mimo to połknąłeś haczyk?

Brian wzruszył ramionami.

– Dzieci są fajne. Nie mam swoich, co nie znaczy, że mam coś przeciwko nim – stwierdził, po czym zapytał od niechcenia: – Jakiś ojciec na horyzoncie?

– Nie.

Nie wyglądał na uradowanego tą wiadomością, popadł raczej w zadumę.

– Musi być ci ciężko – służyć w policji i wychowywać dziecko.

– Dajemy radę.

– Nie wątpię. Mój ojciec umarł, kiedy byłem chłopcem. Zostawił matkę samą, z pięcioma dzieciakami na głowie. Też daliśmy sobie radę i podziwiam ją za to.

– Co się stało z twoim ojcem?

– Atak serca – odparł i wskazał głową w stronę Sophie, która teraz bawiła się w berka. – A co się stało z jej ojcem?

– Wybrał lepszy model.

– Faceci to durnie – mruknął z tak szczerym przekonaniem, że nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Zarumienił się. – Mówiłem ci, że mam cztery siostry? Jak ma się cztery siostry, dzieją się różne rzeczy. Dlatego mojej matce należy się podwójny szacunek, nie tylko za to, że dała sobie radę, wychowując nas samotnie, ale że dała sobie radę jako samotna matka czterech córek. I nigdy nie widziałem, żeby piła coś mocniejszego od ziołowej herbaty. Wyobrażasz sobie?

– Twarda kobieta – przyznałam.

– Skoro nie chcesz piwa, to może też jesteś amatorką ziołowych herbatek?

– Kawy.

– Ach, to moja ulubiona używka – odparł i spojrzał mi w oczy. – Może więc, Tesso, pewnego popołudnia mógłbym cię zaprosić na filiżankę? W twojej albo w mojej okolicy. Tylko daj mi znać.

Znów przyjrzałam się uważnie Brianowi Darby’emu. Ciepłe brązowe oczy, beztroski uśmiech, muskularne ramiona.

– Dobrze – usłyszałam własną odpowiedź. – To niezły pomysł.

Wierzycie w miłość od pierwszego wejrzenia? Ja nie. Jestem zbyt wykształcona, zbyt roztropna na takie bzdury. A może po prostu się tego wystrzegałam.

Umówiłam się z Brianem na kawę. Okazało się, że kiedy Brian przebywa w domu, jest panem swojego czasu. Dzięki temu mogliśmy się spotkać pewnego popołudnia, gdy już zdążyłam dojść do siebie po nocnej zmianie, a jeszcze nie musiałam odbierać Sophie z przedszkola. Potem, w wolny od służby wieczór, poszliśmy na mecz Red Soxów i zanim się zorientowałam, Brian wybrał się ze mną i z Sophie na piknik.

Sophie zakochała się w nim natychmiast. W ciągu kilku sekund wspięła mu się na plecy i zażądała przejażdżki. Brian posłusznie ruszył galopem przez park z wczepioną w jego włosy piszczącą trzylatką, która z całych sił krzyczała: „Szybciej!”. Po tej zabawie padł na koc, a Sophie poszła zrywać mlecze. Spodziewałam się, że wręczy je mnie, ale ona podeszła do Briana.

Brian niepewnie przyjął kwiaty, a kiedy w końcu uświadomił sobie, że dziecinny bukiet jest przeznaczony właśnie dla niego, cały się rozpromienił.

Wygodniej było nam spędzać weekendy w jego domu, który w przeciwieństwie do mojego ciasnego jednopokojowego mieszkania miał prawdziwy ogród. Razem przygotowywaliśmy kolacje, podczas gdy Sophie biegała wokół domu z psem Briana, leciwym owczarkiem niemieckim imieniem Duke. Brian kupił plastikowy dziecięcy basenik i zawiesił huśtawkę na konarze starego dębu.

W pewien weekend, kiedy utknęłam w pracy, przyjechał i zrobił w mojej lodówce zapasy wystarczające dla mnie i dla Sophie na cały tydzień. A pewnego wieczoru, kiedy po wezwaniu do wypadku, w którym zginęła czwórka dzieciaków, wpatrywałam się w ścianę sypialni, z trudem utrzymując głowę w pionie, czytał Sophie bajkę na dobranoc.

Potem siedziałam przytulona do niego na kanapie, a on opowiadał mi o swoich czterech siostrach, między innymi o tym, jak kiedyś zdybały go śpiącego na sofie i zrobiły mu makijaż. Dwie godziny jeździł na rowerze po okolicy z błękitnymi cieniami na powiekach i różową szminką na ustach, zanim przypadkiem nie zauważył swojego odbicia w jakimś oknie. Śmiałam się z tej historii. A potem się rozpłakałam. A potem on objął mnie mocniej i obydwoje milczeliśmy.

Minęło lato. Nastała jesień i przyszedł czas rozstania. Wypływał w rejs na osiem tygodni i miał wrócić, jak mnie zapewniał, akurat na Święto Dziękczynienia. Miał bliskiego przyjaciela, u którego zawsze zostawiał Duke’a. Ale gdybyśmy zechciały...

Wręczył mi klucz do swojego domu. Mogłyśmy tam zamieszkać. A nawet, gdybyśmy miały na to ochotę, urządzić wnętrze w dziewczęcym stylu. Może trochę różowych akcentów w drugiej sypialni przeznaczonej dla Sophie? Może jakieś obrazki na ścianach? Gumowe kaczuszki w łazience? Cokolwiek, bylebyśmy czuły się swobodnie.

Pocałowałam go w policzek i wsunęłam klucz z powrotem w jego dłoń.

Zapewniłam go, że Sophie i ja czujemy się u siebie świetnie. Zawsze tak było i zawsze będzie. Do zobaczenia za osiem tygodni.

Za to Sophie płakała i płakała, i płakała.

Próbowałam jej wytłumaczyć, że to tylko dwa miesiące. Tyle co nic. Minie, zanim się obejrzy.

Kiedy zabrakło Briana, życie stało się bezbarwne. Niekończący się kierat: wstawałam o pierwszej po południu, o piątej odbierałam Sophie z przedszkola i zabawiałam ją do wieczora, by o dziewiątej ułożyć do snu. O dziesiątej przychodziła pani Ennis, bym mogła iść na służbę od jedenastej do siódmej rano. Życie samotnej pracującej matki. Zmagania, by powiązać jakoś koniec z końcem, mnóstwo spraw do załatwienia w przeładowanym planie dnia i usilne starania, by zadowolić przełożonych, a jednocześnie zaspokoić potrzeby dziecka.

Powtarzałam sobie, że potrafię temu sprostać. Że jestem twarda. Samotnie przetrwałam całą ciążę. Sama urodziłam. Zniosłam dwadzieścia pięć długich, samotnych tygodni w akademii policyjnej, usychając z tęsknoty za Sophie. Nie zamierzałam się jednak poddać, gdyż uznałam karierę funkcjonariuszki policji stanowej za najlepszy sposób na zapewnienie przyszłości mojej córce. Co piątek mogłam wrócić wieczorem do domu, żeby zobaczyć się z Sophie, ale też w każdy poniedziałkowy ranek musiałam zostawiać ją zapłakaną z panią Ennis. Mijały kolejne tygodnie, a ja czułam się tak przytłoczona, że coraz bardziej chciało mi się wyć. Ale udało mi się. Robiłam to wszystko dla Sophie. Zawsze dla niej.

Mimo to zaczęłam częściej sprawdzać pocztę elektroniczną, bo kiedy Brian był w porcie, przesyłał mi krótką wiadomość albo załączał śmieszne zdjęcie przedstawiające łosia na środku ulicy w jakimś miasteczku na Alasce. Po sześciu tygodniach uzmysłowiłam sobie, że jestem szczęśliwsza w te dni, kiedy do mnie pisze, i bardziej spięta, kiedy nie dostaję od niego żadnej wiadomości. Sophie reagowała tak samo. Zasiadałyśmy co wieczór przed komputerem – dwie piękne dziewczęta czekające na wiadomość od swego adoratora.

A potem nareszcie zadzwonił. Jego statek zawinął do portu w Ferndale, w stanie Waszyngton. Powiedział, że pojutrze będzie wolny i złapie jakiś nocny samolot do Bostonu. Pomyślałam, że może zaprosiłby nas na kolację.

Sophie wybrała swoją ulubioną granatową sukienkę. Ja założyłam tę pomarańczową, którą miałam na sobie podczas lipcowego przyjęcia, choć ze względu na listopadowe chłody narzuciłam na nią sweter.

Sophie, która czuwała na posterunku przy frontowym oknie, zobaczyła go pierwsza. Zapiszczała z radości i zbiegła na dół po schodach tak szybko, że bałam się, aby nie upadła. Brian ledwie zdołał ją złapać na końcu chodnika. Porwał ją na ręce i zakręcił w powietrzu. A ona śmiała się i śmiała, i śmiała.

Ja zachowałam się spokojniej, zwlekając do ostatniej chwili, by poprawić jeszcze fryzurę i zapiąć guziki swetra. Potem stanęłam we frontowych drzwiach apartamentowca i zamknęłam je za sobą.

Obróciłam się i spojrzałam na niego. Przyglądałam mu się uważnie z odległości czterech metrów. Upajałam się jego widokiem.

Brian przestał wirować z Sophie. Stał na końcu chodnika, wciąż trzymając w ramionach moje dziecko, i też pochłaniał mnie wzrokiem.

Nie padliśmy sobie w objęcia. Nie odezwaliśmy się ani słowem. Nie musieliśmy tego robić.

Później, po kolacji, kiedy zabrał nas do siebie, kiedy ułożyłam już Sophie do snu, weszłam do jego sypialni, stanęłam przed nim i pozwoliłam, by zsunął sweter z moich ramion i zdjął ze mnie sukienkę. Położyłam dłonie na jego nagiej piersi. Poczułam słony smak na jego szyi.

– Osiem tygodni to zbyt długo – zamruczał niskim tonem. – Chcę, żebyś tu zamieszkała, Tesso. Chcę wiedzieć, że wracam do domu, gdzie zawsze na mnie czekasz.

Poczułam na piersiach dotyk jego dłoni.

– Wyjdź za mnie – wyszeptał. – Mówię poważnie, Tesso. Chcę, żebyś została moją żoną. Chcę, żeby Sophie była moją córką. Żebyście zamieszkały ze mną i z Duke’em. Żebyśmy byli rodziną.

Znów dotknęłam ustami jego skóry, zsunęłam ręce wzdłuż jego ciała, przylgnęłam całą swoją nagością do jego nagości. Jego bliskość przyprawiła mnie o dreszcze. Ale to mi nie wystarczało. Pragnęłam jego dotyku, jego ciężaru, pragnęłam mieć go w sobie. Pragnęłam go wszędzie, w tej chwili, natychmiast.

Pociągnęłam go na łóżko i oplotłam nogami jego biodra. Wtedy on wśliznął się we mnie, a ja jęknęłam. A może to on zajęczał? Tak naprawdę nie miało to znaczenia. Znalazł się tam, gdzie pragnęłam, aby był.

W ostatniej chwili ujęłam jego twarz w dłonie, tak by móc spojrzeć mu w oczy w chwili, kiedy zaczęły przenikać nas pierwsze fale rozkoszy.

– Wyjdź za mnie – powtórzył. – Będę dobrym mężem, Tesso. Zaopiekuję się tobą i Sophie.

Poruszył się we mnie, a ja odpowiedziałam:

– Dobrze.

Rozdział 3

Brian Darby zginął w swojej kuchni. Od trzech strzałów prosto w pierś. D. D. od razu pomyślała, że funkcjonariuszka Leoni musiała poważnie przykładać się do treningów na strzelnicy, ponieważ skupienie trafień było idealne, wręcz podręcznikowe. Tego uczono nowych rekrutów w akademii policyjnej – nigdy nie mierzyć w głowę i nigdy nie strzelać, żeby tylko zranić. Tułów jest najłatwiejszym celem i kiedy sięgasz po broń, czynisz to w sytuacji zagrożenia życia, swojego lub osób postronnych, co oznacza, że strzelasz po to, aby zabić.

W każdym razie Leoni zrobiła swoje. Tylko co takiego, do cholery, się stało, że funkcjonariuszka policji stanowej zastrzeliła swojego męża? I gdzie było dziecko?

W chwili obecnej Tessa Leoni znajdowała się w salonie, gdzie sanitariusze opatrywali jej paskudną ranę na czole i jeszcze paskudniejszego krwiaka na oku. Przedstawiciel związku zawodowego dotarł już na miejsce, a prawnik właśnie był w drodze.

Kilkunastu innych mundurowych zgromadziło się przed domem. Stali zwartym szeregiem na chodniku, gapiąc się beznamiętnie na kolegów z wydziału zabójstw i podnieconych reporterów.

Cała sytuacja sprawiła, że oficerowie z komendy miejskiej i z policji stanowej wykłócali się ze sobą w białej furgonetce operacyjnej zaparkowanej przed pobliską szkołą. Szef wydziału kryminalnego z biura prokuratora okręgowego hrabstwa Suffolk najwyraźniej wcielił się w rolę arbitra, dając do zrozumienia naczelnikowi policji stanu Massachusetts, iż nie może on nadzorować śledztwa dotyczącego jednej ze swych funkcjonariuszek. Jednocześnie uświadomił też komisarzowi bostońskiego wydziału zabójstw, że żądanie współpracy wystosowane przez policję stanową jest ze wszech miar uzasadnione.

Pośród bojów o ustalenie zakresu kompetencji szefowie zdołali ogłosić alarm i zarządzić poszukiwania sześcioletniej Sophie Leoni. Dziewczynka ma brązowe włosy i niebieskie oczy, mniej więcej sto piętnaście centymetrów wzrostu i waży około dwudziestu kilogramów, znak szczególny – brak dwóch górnych przednich mleczaków. Najprawdopodobniej miała na sobie różową piżamę z długimi rękawami w żółte koniki. Ostatni raz była widziana poprzedniego wieczoru około wpół do jedenastej, kiedy funkcjonariuszka Leoni zajrzała do niej przed wyjściem na służbę.

D. D. miała wiele pytań do Tessy Leoni. Niestety nie mogła się do niej dostać. Jak wykrzykiwał przedstawiciel związku zawodowego, policjantka była w szoku i wymagała natychmiastowej pomocy medycznej. Przysługiwała jej stosowna do okoliczności porada prawna. Złożyła już wstępne wyjaśnienia funkcjonariuszowi, który udzielał jej pierwszej pomocy. Wszystkie inne pytania musiały zaczekać do momentu, który jej prawnik uzna za odpowiedni.

D. D. pomyślała, że funkcjonariuszce Leoni wiele się należy. Między innymi to, by policja odnalazła jej dziecko.

Póki co D. D. dała jej spokój. Przy takim zamieszaniu było wiele innych spraw, którymi natychmiast powinna się zająć. Dokoła roiło się od ludzi. Detektywi z wydziału zabójstw zabezpieczali ślady, mundurowi przeprowadzali wywiad wśród sąsiadów, a ponieważ Tessa Leoni zastrzeliła swojego męża ze służbowego sig-sauera, na miejsce przybył również zespół ekspertów balistyki, toteż niewielką posesję wypełniali przedstawiciele najróżniejszych służb policyjnych.

Bobby miał rację – gdyby użyć zwyczajowego zwrotu, był to niezły burdel. Do jej wyłącznej dyspozycji.

D. D. przyjechała na miejsce przed trzydziestoma minutami. Zaparkowała sześć przecznic dalej, ale zamiast jakiejś spokojniejszej bocznej uliczki wybrała ruchliwą Washington Street. Allston-Brighton była jedną z najgęściej zaludnionych dzielnic Bostonu. W okolicy wypełnionej po brzegi studentami Boston College, Boston University i Harvard Business School dominowali pracownicy naukowi, młode rodziny i personel pomocniczy uczelni. Czynsze były tu wysokie, co zakrawało na ironię, gdyż studenci i naukowcy rzadko opływali w dostatki. W efekcie przy ulicach stały rzędy sfatygowanych dwupiętrowych budynków, a każdy był podzielony na jeszcze więcej mieszkań niż poprzedni. Rodziny tłoczyły się w nich obok siebie, a wokół wyrastały kolejne całodobowe sklepy spożywcze i pralnie automatyczne, by zaspokoić rosnący popyt.

Tak właśnie D. D. wyobrażała sobie miejską dżunglę. Żadnych balustrad z kutego żelaza ani ozdobnych ceglanych fasad, jak w Back Bay czy w Beacon Hill. Tutaj trzeba było wydać fortunę, by dostąpić zaszczytu wynajęcia ściśle funkcjonalnego pudełkowatego mieszkanka w ściśle funkcjonalnym pudełkowatym domu. Parkowanie odbywało się zgodnie z zasadą: kto pierwszy, ten lepszy, toteż większość mieszkańców godzinami jeździła w kółko w poszukiwaniu miejsca. Ludzie przedzierali się do pracy, potem przedzierali się z powrotem do domu i kończyli dzień, jedząc na stojąco w ciasnej kuchni odgrzewaną w mikrofalówce kolację, by chwilę później zasnąć na najwęższym materacu świata.

Nie była to jednak najgorsza okolica dla policjantki. Miała stąd łatwy dostęp do Mass Pike, głównej arterii przecinającej w poprzek cały stan. Na zachód odbijała od niej droga I-93, a na wschód prowadziła autostrada międzystanowa nr 128. Generalnie w ciągu paru minut mogła się dostać na trzy główne odcinki, które patrolowała policja stanowa. Sprytnie.

D. D. podobał się również dom, najzwyklejszy jednorodzinny budynek wciśnięty w ciasną zabudowę Allston-Brighton, między równy rząd dwupiętrowych bloków mieszkalnych a rozłożysty ceglany gmach szkoły podstawowej. Na szczęście w niedzielę szkoła była zamknięta, co pozwoliło stróżom prawa zająć cały parking i oszczędziło im dodatkowych atrakcji w postaci rozhisteryzowanych rodziców usiłujących wtargnąć na miejsce przestępstwa. W dzielnicy panował spokój. Przynajmniej tyle.

Staromodny bungalow Tessy Leoni stał na zboczu wzgórza, a jego bryła opierała się na ceglanym garażu, który mógł pomieścić dwa samochody. Betonowe schody prowadziły od znajdującego się na poziomie ulicy chodnika do frontowych drzwi i na jedno z największych podwórek, jakie D. D. widziała w centrum Bostonu.

Idealny dom dla rodziny. W środku dość miejsca dla dziecka, na zewnątrz trawnik, gdzie można było wypuścić psa i ustawić huśtawkę. Nawet teraz, u schyłku zimy, D. D. mogła tu sobie wyobrazić ogrodowe przyjęcia, dziecięce zabawy i przesiadywanie do późna na tarasie za domem.

W takim domu wiele rzeczy mogło układać się pomyślnie. Co zatem poszło nie tak?

D. D. pomyślała, że odpowiedzi można by szukać na podwórzu – dużym, rozległym i całkowicie nieosłoniętym od reszty przeludnionej dzielnicy.

Wystarczyło przeciąć szkolny parking lub okrążyć jeden z czterech budynków mieszkalnych, by znaleźć się na tej posesji. Do domu Tessy Leoni można było dostać się od biegnącej z tyłu ulicy, i tę właśnie drogę wybrała D. D., albo od przodu, po betonowych schodkach, jak uczyniła większość funkcjonariuszy policji stanowej. Łatwo było tam wejść, a jeszcze łatwiej stamtąd wyjść – od tyłu i od przodu, z prawej i z lewej strony.

Każdy mundurowy powinien był na to wpaść. Tymczasem zamiast patrzeć na dziewiczą biel świeżego śniegu, D. D. miała przed sobą tyle śladów, ile mogło się tylko zmieścić na dziesięciu arach.

Otuliła się ciaśniej zimowym płaszczem i w przypływie frustracji wydała z siebie ciężkie westchnienie, które w mroźnym powietrzu zamieniło się w obłoczek pary. Pieprzone matoły.

Na tarasie pojawił się Bobby Dodge, który prawdopodobnie nadal szukał jakiegoś punktu zaczepienia. Niezadowolona mina, z jaką spoglądał na wydeptany śnieg, pozwalała się domyślać, że ma na ten temat podobne zdanie co D. D. Zauważył ją, naciągnął głębiej czarny kapelusz, chroniąc się przed marcowym chłodem, i ruszył w stronę schodków.

– Twoi ludzie wszystko roznieśli na butach – krzyknęła D. D. – Nie zapomnę wam tego.

Bobby wzruszył ramionami i ukrył dłonie w kieszeniach wełnianej kurtki. Wciąż poruszał się bardzo oszczędnie, jak przystało na byłego snajpera, który spędzał wiele godzin w całkowitym bezruchu. Jak wielu snajperów był raczej niski i miał krępą, muskularną sylwetkę, która harmonizowała z kanciastymi rysami jego twarzy. Nikt nie uznałby go za przystojnego, ale dla wielu kobiet był pociągający.

Swego czasu D. D. była jedną z takich kobiet. Swoją znajomość zaczęli jako kochankowie, ale przekonali się, że bardziej odpowiadają im przyjacielskie relacje. Później, przed dwoma laty, Bobby poznał i poślubił Annabelle Granger. D. D. nie zniosła tego dobrze, a narodziny ich córeczki były dla niej kolejnym ciosem.

Ale D. D. miała teraz Alexa. Los uśmiechnął się do niej, czyż nie?

Bobby zatrzymał się przed nią.

– Zadaniem policjantów jest ochrona życia – oznajmił. – Zabezpieczenie dowodów to zadanie dla detektywów.

– Twoi ludzie stratowali moje miejsce pracy. Nie puszczę wam tego płazem.

Bobby uśmiechnął się.

– Też za tobą tęskniłem, D. D.

– Jak się miewa Annabelle?

– Dziękuję, w porządku.

– A mała?

– Carina już raczkuje. Sam nie mogę w to uwierzyć.

D. D. też nie mogła. Cholera, stawali się coraz starsi.

– A co u Alexa? – zapytał Bobby.

– Dobrze, dobrze. – D. D. machnęła odzianą w rękawiczkę dłonią na znak, że dosyć tych uprzejmości. – To jak myślisz, co tu się stało?

Bobby znów wzruszył ramionami, zwlekając z odpowiedzią. Podczas gdy niektórzy detektywi rozpracowywali miejsce przestępstwa, on wolał je badać. I w przeciwieństwie do wielu przejawiających skłonność do gadulstwa kolegów Bobby rzadko się odzywał, o ile nie miał nic konkretnego do powiedzenia.

D. D. niezmiernie go ceniła, ale zawsze się pilnowała, by mu o tym nie powiedzieć.

– Na pierwszy rzut oka to mi wygląda na domową sprzeczkę – stwierdził w końcu. – Mąż zamierza się butelką po piwie, Tessa Leoni używa służbowego pistoletu w obronie własnej.

– Były u nich wcześniej jakieś zgłoszenia w związku z przemocą domową?

Bobby pokręcił przecząco głową, D. D. przytaknęła ze zrozumieniem. Brak zgłoszeń o niczym nie świadczył. Policjanci nie lubili prosić o pomoc, zwłaszcza innych gliniarzy. Jeżeli Brian Darby bił swoją żonę, prawdopodobnie znosiła to w milczeniu.

– Znasz ją? – spytała D. D.

– Nie. Odszedłem z patroli krótko po tym, jak podjęła tę pracę. Służy dopiero od czterech lat.

– Co o niej mówią?

– Porządna funkcjonariuszka. Młoda. Przydzielona do jednostki we Framingham, służy na nocnej zmianie, potem gna do domu, do dziecka, więc nie utrzymuje żadnych kontaktów towarzyskich.

– Tylko na nocnej zmianie?

Bobby uniósł brwi.

– Harmonogram służby zależy od stażu – powiedział z rozbawieniem. – Nowicjusz musi odsłużyć cały rok na nockach, a dopiero potem może się starać o inną rozpiskę. Ale nawet wtedy wszystko zależy od starszeństwa. Cztery lata w policji. Jak na mój gust jeszcze rok, zanim będzie oglądać światło dzienne.

– A ja myślałam, że to detektywi mają przesrane.

– Bostońska policja to banda mazgajów – oznajmił Bobby.

– Daj spokój, przynajmniej wiemy, że nie należy zadeptywać śniegu na miejscu przestępstwa.

Bobby wykrzywił twarz. Wrócili do oględzin pokrytego śladami butów podwórka.

– Jak długo byli małżeństwem? – zapytała D. D.

– Trzy lata.

– Zatem była już policjantką i miała już dziecko, kiedy go poznała.

Bobby potwierdził skinieniem głowy.

– Teoretycznie facet powinien wiedzieć, w co się pakuje – kontynuowała D. D., próbując wczuć się w to, jak wyglądało życie tej rodziny. – Żona, która przepada na całe noce. Mała dziewczynka, którą trzeba się zaopiekować rano i wieczorem.

– Kiedy był na miejscu.

– O czym mówisz?

– Pracował w marynarce handlowej. – Bobby wyciągnął notes i spojrzał na swoje zapiski. – Wypływał na dwumiesięczne rejsy. Sześćdziesiąt dni na morzu, sześćdziesiąt w domu. Jeden z naszych słyszał, jak Leoni wspominała o tym w pracy.

D. D. zmarszczyła czoło.

– Więc żona ma wariacki rozkład zajęć, a mąż jeszcze bardziej. Ciekawe. Był rosłym mężczyzną?

Z uwagi na wrażliwy żołądek D. D. nie było spieszno do oglądania zwłok.

– Metr osiemdziesiąt wzrostu, dziewięćdziesiąt pięć do stu kilo wagi – relacjonował Bobby. – Muskularny, nie tłusty. Przypuszczam, że sporo machał sztangą.

– Facet, który może nieźle przywalić.

– Dla kontrastu, Tessa Leoni ma metr sześćdziesiąt pięć i waży jakieś pięćdziesiąt pięć kilo. To daje mężowi wyraźną przewagę.

D. D. pokiwała głową. Oczywiście policjanci byli szkoleni w walce wręcz, ale drobna kobieta mimo wszystkie miała niewielkie szanse w starciu z potężnie zbudowanym mężczyzną. I to jeszcze z mężem. Wiele funkcjonariuszek nie korzystało w domu z umiejętności zdobytych w pracy. Tessa Leoni nie była pierwszą policjantką z krwiakiem na oku, jaką D. D. widziała w swojej karierze.

– Do incydentu doszło zaraz po tym, jak Leoni wróciła do domu – dodał Bobby. – Była jeszcze w mundurze.

D. D. uniosła brwi i zamarła na moment, oswajając się z tym, co usłyszała.

– Miała na sobie kamizelkę?

– Pod bluzą. Standardowa procedura.

– A pas?

– Wyciągnęła sig-sauera prosto z kabury.

– O kurwa. – D. D. pokręciła głową. – A to syf.

Nie powiedziała tego tonem pytającym, więc Bobby znów się nie odezwał.

Pełne umundurowanie, nie wspominając o służbowym pasie, całkowicie zmieniało postać rzeczy. Przede wszystkim oznaczało to, że w momencie ataku funkcjonariuszka Leoni miała na sobie kamizelkę kuloodporną. Nawet stukilowy mężczyzna musiałby się bardzo postarać, by jego cios okazał się groźny w konfrontacji z policyjną kamizelką. Po drugie, przy służbowym pasie oprócz sig-sauera znajdowało się wiele innych narzędzi, które nadawały się do obrony. Na przykład metalowa pałka teleskopowa, paralizator elektryczny, gaz pieprzowy czy nawet stalowe kajdanki.

Podstawą wyszkolenia każdego policjanta była zdolność oceny zagrożenia, by mógł zareagować przy użyciu odpowiednich środków. Kiedy ktoś na ciebie krzyczy, nie wyciągasz od razu pistoletu. Nawet jeśli cię uderzy, niekoniecznie musisz do niego strzelać.

Ale Tessa Leoni strzeliła.

D. D. zaczynała rozumieć, dlaczego przedstawicielowi związku zawodowego tak bardzo zależało, aby funkcjonariuszka Leoni skonsultowała się z prawnikiem i dlaczego tak bardzo nalegał, aby nie rozmawiała z policją.

– Nie pojmuję tego – westchnęła i potarła czoło. – Mamy zatem syndrom maltretowanej żony. Pobił ją tyle razy, że w końcu nie wytrzymała i sama rozwiązała ten problem. To wyjaśnia, dlaczego w kuchni leży trup, a ona potrzebuje pomocy medycznej. Ale co się stało z dzieckiem? Gdzie jest dziewczynka?

– Może cała awantura zaczęła się zeszłego wieczoru. Ojczym wziął się do bicia, więc mała uciekła.

Obydwoje spojrzeli na zaśnieżone podwórko, na którym jakiekolwiek ślady małych stóp nie miały prawa się uchować.

– Czy ktoś dzwonił do okolicznych szpitali? – zapytała D. D. – Mundurowi rozmawiają z sąsiadami?

– Ogłoszono alarm i trwają poszukiwania. Nie jesteśmy aż tacy głupi.

D. D. spojrzała wymownie na zadeptany śnieg i Bobby zamilkł.

– A co z ojcem dziewczynki? – dociekała dalej D. D. – Skoro Brian Darby był ojczymem, gdzie jest biologiczny ojciec Sophie i co ma do powiedzenia na temat tego wszystkiego?

– Żadnego ojca – odparł Bobby.

– Sądzę, że to raczej niemożliwe z punktu widzenia biologii.

– Żadnego nazwiska na akcie urodzenia, żadnych wzmianek w pracy i żadnego faceta, który pojawia się co weekend. – Bobby wzruszył ramionami. – Ojca nie ma.

D. D. zmarszczyła czoło.

– Ponieważ Tessa Leoni nie chciała mieć z nim nic wspólnego? Albo on tego nie chciał? Może w ciągu ostatnich kilku dni ten układ nagle się zmienił?

Bobby po raz kolejny wzruszył ramionami. D. D. wydęła wargi. Zaczęła dostrzegać różne ewentualności. Biologiczny ojciec, który zamierza egzekwować swoje prawa rodzicielskie. Albo przeciążona rodzina, która usiłuje pogodzić dwie intensywne kariery zawodowe z wychowaniem dziecka. Opcja pierwsza oznaczała, że ojciec mógł uprowadzić swoje dziecko. Opcja druga, że dziewczynka została zatłuczona na śmierć przez ojczyma. Albo przez matkę.

– Myślisz, że mała nie żyje? – odezwał się Bobby.

– Cholera wie.

D. D. nie była zachwycona takimi dociekaniami. Żona, która zastrzeliła męża, jeszcze ujdzie. Ale zaginione dziecko... Cała sprawa zaczynała śmierdzieć.

– Nie da się zakopać ciała – zastanawiała się na głos. – Ziemia jest zbyt zmarznięta. Zatem jeśli dziewczynka nie żyje... Najprawdopodobniej jej zwłoki zostały ukryte gdzieś w domu. W garażu? Na strychu? Pod podłogą? W starej lodówce?

Bobby pokręcił głową. Wierzyła mu na słowo. Nie zapuszczała się w głąb domu, nie licząc kuchni i salonu, ale zważywszy na liczbę mundurowych, którzy właśnie przeczesywali te sto metrów kwadratowych, powinni być w stanie zbadać każdy kąt.

– Nie sądzę, aby miało to coś wspólnego z biologicznym ojcem – stwierdził Bobby. – Gdyby wrócił i zaczął siać zamęt, usłyszelibyśmy o tym na wstępie. „Dopadnijcie tego skurwiela, mojego byłego chłopaka, który groził, że odbierze mi dziecko”. Leoni o niczym takim nie wspomniała...

– Dlatego, że gość ze związków kazał jej się zamknąć.

– Facet nie chce, żeby powiedziała coś, czym siebie obciąży. Ale zeznanie, które obciąży innych, to całkowicie uczciwy układ.

D. D. pomyślała, że nie sposób się nie zgodzić z takim rozumowaniem.

– Dobra, zapomnijmy na chwilę o biologicznym ojcu – odezwała się. – Wygląda na to, że mamy do czynienia z rodziną patologiczną. Sądząc po twarzy funkcjonariuszki Leoni, Brian Darby był damskim bokserem. Być może uderzył też swoją pasierbicę, a ona tego nie przeżyła. Tessa Leoni wróciła do domu, zobaczyła, co się stało i obydwoje wpadli w panikę. Ojczym popełnił coś strasznego, ale matka postanawia go kryć, dopuszczając się tym samym współudziału. Zabierają ciało do samochodu i gdzieś je porzucają. Potem wracają do domu, wywiązuje się kłótnia i Tessa nie wytrzymuje napięcia.

– Funkcjonariuszka Leoni pomogłaby ukryć ciało własnej córki, by potem wrócić do domu i zastrzelić męża? – zdziwił się Bobby.

D. D. zmierzyła go wzrokiem.

– Nie należy z góry odrzucać żadnej ewentualności. Wiesz o tym jak mało kto.

Bobby nic nie odpowiedział, ale wytrzymał jej spojrzenie.

– Chcę zobaczyć jej radiowóz – zażądała D. D.

– Myślę, że z tym musisz zwrócić się do szefostwa.

– Jego samochód też.

– GMC denali, rocznik 2007. Twoi ludzie już nad nim pracują.

D. D. zrobiła zdziwioną minę.

– W marynarce handlowej można się dorobić takiego wozu?

– Był inżynierem. Tacy zawsze dobrze zarabiają – odparł Bobby. – Nie sądzę, żeby Tessa Leoni skrzywdziła własne dziecko.

– Dlaczego tak uważasz?

– Rozmawiałem z kilkoma funkcjonariuszami, którzy z nią służyli. Nie powiedzieli o niej złego słowa. Kochająca matka, oddana swojej córce, bla, bla, bla.

– Czyżby? A wiedzieli, że mąż traktuje ją jak worek bokserski?

Bobby nie skomentował tego od razu, co samo w sobie stanowiło wystarczającą odpowiedź.

– To mogło być porwanie – stwierdził stanowczo.

– Nieogrodzone podwórze, dookoła kilkuset obcych ludzi... – D. D. wzruszyła ramionami. – Owszem, gdyby chodziło tylko o zaginięcie sześciolatki, zdecydowanie stawiałabym na jakiegoś zboczeńca. Ale jakie jest prawdopodobieństwo, że ktoś obcy zakradł się do domu tego samego wieczoru czy ranka, gdy między mężem i żoną doszło do tragicznej w skutkach awantury?

– Nie należy z góry odrzucać żadnej ewentualności – odparował Bobby, ale powiedział to bez większego przekonania.

D. D. zaczęła na nowo oglądać zadeptane podwórko, na którym mogły się kiedyś znajdować ślady związane z ich dociekaniami. Westchnęła niezadowolona, że przepadł tak dobry materiał dowodowy.

– Nie mieliśmy pojęcia, co się stało – mruknął Boby za jej plecami. – To było zgłoszenie od funkcjonariusza w stanie zagrożenia, a nie wezwanie na miejsce przestępstwa. Ludzie zareagowali stosownie do sytuacji.

– Kto zawiadomił policję?

– Domyślam się, że ona zadzwoniła...

– Tessa Leoni.

– Tak. Prawdopodobnie do jakiegoś kumpla z jednostki. Ten wezwał posiłki i zgłoszenie przejął dyspozytor. W tym momencie na miejsce udała się większość patroli, dołączył do nich sam podpułkownik. A kiedy podpułkownik Hamilton tu dotarł...

– Zorientował się, że to nie tyle sytuacja kryzysowa, co zabójstwo.

– Hamilton zachował się rozsądnie i powiadomił lokalny wydział zabójstw, zgodnie z jurysdykcją.

– Wzywając również własnych detektywów.

– Ręka na pulsie, skarbie. Cóż mogę powiedzieć?

– Chcę dostać zapis zgłoszenia.

– Jako oficjalny przedstawiciel policji stanowej mam przeczucie, że będzie to pierwsza z wielu rzeczy, jakie ci dostarczę.

– Tak, oficjalny przedstawicielu. Ustalmy coś. Ty jesteś oficerem łącznikowym, ja prowadzę to śledztwo. A to oznacza, że ja tu rozdaję karty, a ty przestrzegasz reguł gry.

– Czy kiedykolwiek pracowałaś na innych zasadach?

– Nigdy. Zatem twoje pierwsze zadanie – znajdź mi dziewczynkę.

– Pobożne życzenie.

– Świetnie. Po drugie, zorganizuj mi dostęp do Tessy Leoni.

– Pobożne życzenie – powtórzył Bobby.

– Daj spokój, przecież jesteś oficjalnym przedstawicielem stanowej. Na pewno będzie chciała rozmawiać z jednym ze swoich.

– Gość ze związków każe jej milczeć. Jej prawnik, gdy tylko się zjawi, doradzi jej to samo. To policyjna solidarność.

– Ja też noszę ten pieprzony mundur!

Bobby spojrzał wymownie na grubą kurtkę D. D. ozdobioną emblematem bostońskiego wydziału policji.

– Ale nie w świecie Tessy Leoni.

Rozdział 4

Byłam na swoim pierwszym samotnym patrolu od dwóch godzin, kiedy otrzymałam zgłoszenie o awanturze domowej. Dyspozytor opisał to jako zakłócenie ciszy nocnej – lokatorzy mieszkania 25B kłócili się tak głośno, że sąsiedzi nie mogli spać. Wreszcie ktoś się wkurzył i zadzwonił po gliny.

Na pierwszy rzut oka nic szczególnego. Zjawia się policjant i mieszkańcy spod 25B się uspokajają. A rankiem sąsiedzi znajdują na wycieraczce podpalone psie gówno.

Ale w akademii policyjnej wpajali nam, że nie ma czegoś takiego jak typowe wezwanie. Bądź czujny. Bądź przygotowany. Bądź ostrożny.

Idąc do mieszkania 25B, pociłam się tak mocno, że na moim granatowym mundurze pojawiły się mokre plamy.

Nowicjusze przez pierwszych dwanaście tygodni pracują pod nadzorem starszych policjantów. Potem zaczynają jeździć na patrole sami, bez partnera, który dotrzymuje towarzystwa i ochrania tyły. Za to nad wszystkim czuwa dyspozytor. W chwili, gdy wsiadasz do swojego radiowozu i gdy z niego wysiadasz, gdy zatrzymujesz się na kawę albo gdy idziesz zrobić siku, zawsze zgłaszasz to dyspozytorowi. Centrala to twoja linia życia i jeżeli dzieje się coś złego, to właśnie dyspozytor wysyła na pomoc kawalerię – funkcjonariuszy z innych patroli.

Na zajęciach brzmiało to bardzo ładnie. Ale kiedy o pierwszej w nocy wysiadłam z radiowozu w dzielnicy, której nie znałam, i szłam w stronę budynku, którego nigdy nie widziałam, by stanąć twarzą w twarz z dwojgiem ludzi, których nie spotkałam nigdy wcześniej, przychodziły mi na myśl również inne rzeczy. Na przykład to, że chociaż służba patrolowa liczyła około tysiąca siedmiuset funkcjonariuszy, tylko sześciuset albo coś koło tego było w terenie w tym samym czasie co ja. I tych sześciuset funkcjonariuszy patrolowało obszar całego stanu Massachusetts. Oznaczało to, że byliśmy mocno rozproszeni i gdyby działo się coś złego, nadejście pomocy nie było kwestią pięciu minut.

Wszyscy stanowimy jedną wielką rodzinę, mimo to jesteśmy bardzo osamotnieni.

Zbliżyłam się do budynku. Tak jak mnie wyszkolono, przyciśniętymi do tułowia łokciami osłaniałam zawieszoną przy pasie broń i szłam lekko zwrócona bokiem, aby moje ciało nie stanowiło zbyt łatwego celu. Trzymałam się z dala od okien i stanęłam z boku drzwi, ponieważ tu znajdowałam się poza linią strzału.

Nawet najczęściej wysyłani na interwencję mundurowi nie wiedzą, czego się spodziewać w konkretnym przypadku. W akademii radzono nam, aby wszystkie wezwania traktować w taki sam sposób. Niebezpieczeństwo czyha wszędzie. Wszyscy ludzie są podejrzani. Każdy podejrzany kłamie.

Takie są nasze zasady działania. W przypadku niektórych policjantów stały się one również sposobem na życie.

Po trzech stopniach wspięłam się na niewielki podest pod drzwiami i zatrzymałam się na chwilę, by wziąć głęboki oddech. Zapanowałam nad emocjami. Miałam dwadzieścia trzy lata, byłam średniego wzrostu i niestety nieźle wyglądałam. Istniało prawdopodobieństwo, że ten, kto otworzy przede mną drzwi, będzie ode mnie starszy, wyższy i bardziej bezwzględny. Mimo to moim zadaniem było opanowanie sytuacji. Szeroko rozstawione nogi. Wypięta pierś. Głowa wysoko. Jak żartowali inni nowicjusze, nie daj po sobie poznać, że się pocisz.

Stanęłam z boku i zapukałam. A potem szybko wsunęłam kciuki za pasek moich granatowych spodni, żeby nie było widać, jak drżą mi dłonie.

Ze środka nie dobiegł żaden dźwięk. Żadnych kroków. A jednak w oknach paliło się światło, czyli lokatorzy spod 25B nie spali.

Zapukałam ponownie, tym razem mocniej.

Żadnej reakcji, jakby w środku nikogo nie było.

Zaczęłam nerwowo skubać służbowy pas, zastanawiając się, co robić. Dostałam wezwanie, z którego musiałam złożyć raport, a to wymagało nawiązania kontaktu. Dlatego zebrałam się w sobie i teraz zastukałam naprawdę mocno. Uderzyłam kilka razy pięścią w tandetne drewniane drzwi. Byłam funkcjonariuszką policji, do jasnej cholery, i nie należało mnie lekceważyć.

Tym razem w środku dał się słyszeć odgłos kroków.

Pół minuty później drzwi otworzyły się cicho. Lokatorka spod 25B nie patrzyła na mnie. Stała ze wzrokiem wbitym w podłogę, a krew ściekała jej po twarzy.

Jak przekonałam się tamtej nocy, i podczas wielu kolejnych, postępowanie w przypadku aktów przemocy domowej jest zawsze takie samo.

Najpierw funkcjonariusz zabezpiecza miejsce zdarzenia, przeprowadzając szybko wstępną inspekcję, aby określić i wyeliminować potencjalne zagrożenie.

Czy w domu jest ktoś jeszcze? Mogę wejść do środka? Czy to pani broń służbowa? Będę musiała ją zabrać. Czy w domu znajduje się jeszcze jakaś inna broń? Muszę zabrać również pani pas. Proszę go rozpiąć, spokojnie... Dziękuję. Teraz poproszę, aby zdjęła pani kamizelkę. Mam pani pomóc? Dziękuję. Wezmę ją teraz. Przejdźmy do salonu. Proszę tutaj usiąść i nigdzie się stąd nie ruszać. Zaraz wracam.

Miejsce zabezpieczone. Teraz należy zbadać, jakie obrażenia odniosła kobieta. Na tym etapie policjant nie przyjmuje żadnych założeń. Nie ma do czynienia ani z podejrzaną, ani z ofiarą. To tylko poszkodowana i stosownie do tego należy ją potraktować.

Kobieta ma rozciętą wargę, podbite oko, zaczerwienione otarcia na szyi i krwawiącą ranę po prawej stronie czoła.

Wiele pobitych kobiet stara się przekonywać, że nic im nie jest. Że nie trzeba wzywać ambulansu. Najlepiej, żeby zostawić taką w spokoju i iść do wszystkich diabłów. Rano wszystko będzie dobrze.

Dobrze wyszkolony funkcjonariusz nie zwraca uwagi na takie zapewnienia. Ma przed sobą dowód przestępstwa, który wprawia w ruch większą machinę śledczą. Być może pobita kobieta faktycznie jest ofiarą, jak twierdzi, i ostatecznie nie zgodzi się na wniesienie oskarżenia. Ale możliwe też, że jest prowokatorem – możliwe, że odniosła obrażenia, kiedy okładała jakiegoś nieznanego uczestnika zajścia, co oznacza, że to ona jest sprawcą przestępstwa, a jej zeznania i świadectwo obdukcji posłużą jako dowód w oskarżeniu, które wkrótce zostanie złożone przez kogoś innego. Jeszcze raz – nie przyjmować żadnych założeń. Funkcjonariusz musi powiadomić dyspozytora o całej sytuacji, poprosić o wsparcie i wezwać karetkę.

Potem na miejsce zaczynają przybywać inne jednostki. Mundurowi. Ratownicy medyczni. W oddali rozlega się dźwięk syren, pojazdy na sygnale przemykają wąskimi ulicami miasta, a sąsiedzi gromadzą się przed domami, żeby zobaczyć widowisko.

Na miejscu przestępstwa wkrótce zapanuje wielki zamęt, więc tym ważniejsze jest, by zawczasu jak najwięcej udokumentować. Teraz funkcjonariusz przeprowadza dokładniejsze oględziny, sporządza notatki i robi pierwsze zdjęcia.

Martwy mężczyzna, lat około czterdziestu, na oko metr osiemdziesiąt wzrostu i mniej więcej sto kilo wagi. Trzy rany postrzałowe tułowia. Ciało spoczywa na plecach, pół metra na lewo od kuchennego stołu.

Przewrócone dwa drewniane krzesła kuchenne. Pod krzesłami odłamki zielonego szkła. Na podłodze, piętnaście centymetrów od stołu, rozbita zielona butelka z etykietą Heinekena.

Pistolet półautomatyczny sig-sauer znaleziony na blacie okrągłego drewnianego stołu. Funkcjonariuszka wyjęła magazynek i usunęła nabój z komory. Dowód zabezpieczony i opisany.

Inne pomieszczenia na parterze sprawdzone. Dwie sypialnie i łazienka na piętrze sprawdzone.

Przybywają inni mundurowi, którzy przesłuchują sąsiadów i zabezpieczają teren posesji. Poszkodowana kobieta pozostaje odizolowana od czynności operacyjnych i zamknięta w salonie, gdzie personel medyczny udzieli jej pomocy.

Ratowniczka medyczna bada mi puls i delikatnie sprawdza, czy nie mam pęknięć w okolicach kości policzkowej i oczodołu. Prosi mnie o odgarnięcie włosów, aby mogła zająć się moim czołem. Przy użyciu pęsety usuwa pierwszy odłamek zielonego szkła, który później zostanie porównany z resztkami rozbitej butelki.

– Jak się pani czuje?

– Boli mnie głowa.

– Czy doznała pani zamroczenia albo straciła przytomność?

– Głowa mnie boli.

– Czuje pani nudności?

– Tak.

Żołądek podjeżdża mi do gardła. Usiłuję nad tym zapanować mimo bólu, mimo oszołomienia i narastającej świadomości, że to wszystko nie mogło się wydarzyć, nie powinno się wydarzyć...

Ratowniczka nadal bada moją głowę i znajduje powiększającą się opuchliznę z tyłu czaszki.

– Uderzyła się pani w głowę?

– Co?

– W tył głowy. Czy na pewno nie straciła pani przytomności i nie upadła?

Patrzę na ratowniczkę pustym wzrokiem.

– Kogo kochasz? – szepczę.

Kobieta nie odpowiada.

Potem trzeba sporządzić wstępną notatkę. Dobry funkcjonariusz ujmie w niej nie tylko to, co powiedziała poszkodowana, ale i sposób, w jaki to powiedziała. Osoby znajdujące się w szoku często bełkoczą i podają jakieś strzępy informacji, ale nie są w stanie połączyć ich w spójną całość. Niektóre ofiary tracą kontakt z rzeczywistością. Pozbawionym emocji tonem opowiadają o rzeczach, z którymi w swoim wyobrażeniu nie mają nic wspólnego. Są także zawodowe oszustki, które udają szok albo apatię.

Każda oszustka prędzej czy później się zdradzi. Poda zbyt wiele szczegółów. Będzie mówić zbyt rzeczowo. Wtedy dobrze wyszkolony śledczy może ją przejrzeć.

– Funkcjonariuszko Leoni, czy możesz mi powiedzieć, co tu się stało?

Detektyw z bostońskiego oddziału policji stanowej robi pierwsze podejście. Jest starszy, ma siwiejące włosy na skroniach. Mówi uprzejmym tonem, próbuje stworzyć przyjazną atmosferę.

Nie chcę odpowiadać na żadne pytania. Ale muszę. Lepiej jednemu ze swoich niż śledczemu z wydziału zabójstw, który przyjdzie po nim. Czuję w głowie rwący ból, który rozsadza mi skronie. Pieką mnie policzki, twarz płonie żywym ogniem.

Zbiera mi się na wymioty. Ale jakoś zwalczam mdłości.

– Mój mąż – odzywam się szeptem i odruchowo wbijam wzrok w podłogę. Zauważam swój błąd i zmuszam się, by spojrzeć w górę, w oczy detektywa. – Czasami... kiedy pracowałam w nocy. Mojego męża to irytowało. – Przerywam. Mój głos przybiera na sile, staje się bardziej wyrazisty. – Uderzył mnie.

– Gdzie cię uderzył?

– W twarz. W oko. W policzek.

Moje palce odnajdują każde z tych miejsc, ich dotyk uśmierza ból. Moje myśli wciąż trzymają się kurczowo tamtej chwili. Widzę go, jak pochyla się nade mną. Widzę siebie skuloną na linoleum, autentycznie przerażoną.

– Upadłam – zwracam się do detektywa. – Mój mąż chwycił krzesło.

Milczenie. Detektyw czeka, aż powiem coś więcej. Muszę tak przekręcić kłamstwo, żeby powiedzieć prawdę.

– Ja go nie uderzyłam – szepczę. Słyszałam dosyć takich zeznań. Wiem, jak rozwijają się wydarzenia. Wszyscy wiemy. – Jeżeli się nie broniłam... – mówię machinalnie – to się wyżył i dawał mi spokój. Kiedy się broniłam... to zawsze kończyło się gorzej.

– Twój mąż chwycił krzesło, funkcjonariuszko Leoni? Gdzie byłaś, kiedy to zrobił?

– Na podłodze.

– W której części domu?

– W kuchni.

– Co zrobiłaś, kiedy mąż chwycił krzesło?

– Nic.

– A co zrobił mąż?

– Rzucił nim.

– Gdzie?

– We mnie.

– Trafił cię?

– Ja... nie wiem.

– A co stało się potem?

Detektyw pochyla się nade mną i przygląda mi się jeszcze uważniej. Jego twarz wyraża głęboką troskę. Czy z moim spojrzeniem jest coś nie tak? A może moje zeznanie jest zbyt szczegółowe? Czy też za mało w nim szczegółów?

„A na Gwiazdkę chcę tylko moje dwa przednie zęby, dwa przednie zęby, dwa przednie zęby”.

Piosenka rozbrzmiewa w mojej głowie. Mam ochotę się roześmiać, ale tego nie robię.

„Kocham cię, mamusiu. Kocham cię”.

– Rzuciłam w niego tym krzesłem – odpowiadam.

– Rzuciłaś w niego krzesłem? – powtarza detektyw.

– Wściekł się... jeszcze bardziej. No to musiałam coś zrobić, prawda? Bo on był jeszcze bardziej wściekły.

– Byłaś w pełni umundurowana, funkcjonariuszko Leoni?

Napotykam jego spojrzenie.

– Tak.

– Miałaś na sobie pas z wyposażeniem i kamizelkę kuloodporną?

– Tak.

– Czy sięgnęłaś do pasa po jakąś broń? Czy podjęłaś jakieś kroki, aby się bronić?

– Nie – odpowiadam, wciąż patrząc mu w oczy.

Detektyw przygląda mi się z zaciekawieniem.

– Co wydarzyło się potem?

– Złapał butelkę po piwie. Rozbił mi ją na czole. Udało mi się go odepchnąć. Zatoczył się w stronę stołu. A ja upadłam. Na ścianę. Uderzyłam w nią plecami. Chciałam dostać się do wyjścia. Musiałam się stamtąd wydostać.

Milczę.

– Funkcjonariuszko Leoni?

– On trzymał tę rozbitą butelkę – mówię szeptem. – Wymacałam broń. Rzucił się na mnie... Bałam się o swoje życie.

– Co się wtedy stało?

– Zastrzeliłam męża.

– Funkcjonariuszko Leoni...

Spoglądam mu w oczy po raz ostatni.

– A potem poszłam szukać córki.

Rozdział 5

Kiedy D. D. i Bobby zakończyli oględziny przed domem, ratownicy wyciągali właśnie nosze z ambulansu. D. D. spojrzała w ich stronę i rozpoznała mundurowego funkcjonariusza bostońskiej policji, który stał za taśmą ogradzającą miejsce przestępstwa i trzymał teczkę z aktami śledztwa. Ruszyła w jego stronę.

– Witam, posterunkowy Fiske. Masz tu wszystkich, którzy byli na posesji? – zapytała, wskazując na notes, w którym zapisywał nazwisko każdego, kto wchodził na teren odgrodzony policyjną taśmą.

– Czterdziestu dwóch ludzi – odparł policjant bez zmrużenia oka.

– Jezu. Czy w całym Bostonie został chociaż jeden gliniarz na patrolu?

– Wątpię – rzekł Fiske.

Był młody i bardzo poważny. Czy to tylko wrażenie, czy z każdym rokiem ludzie stają się coraz młodsi i coraz bardziej poważni?

– No cóż, jest pewien problem, posterunkowy Fiske. Podczas gdy stałeś tutaj i zapisywałeś nazwiska, inni funkcjonariusze wchodzili i wychodzili z tyłu posesji. A to naprawdę mnie wkurza.

Młody policjant spojrzał na nią rozszerzonymi ze zdumienia oczami.

– Masz tu jakiegoś kumpla? – ciągnęła D. D. – Powiedz mu przez radio, żeby wziął notatnik i zajął pozycję za domem. Chcę mieć nazwisko, stopień i numer odznaki każdego, wszystko zapisane. I kiedy będziecie to robić, przekazujcie też informację, że każdy gliniarz ze stanowej, który się tutaj dzisiaj pojawił, ma się wieczorem stawić w komendzie miejskiej. Pobierzemy odciski ich butów. Nieobecność poskutkuje natychmiastowym przeniesieniem za biurko. To polecenie wydane bezpośrednio przez oficera łącznikowego policji stanowej. – D. D. wskazała kciukiem na Bobby’ego, który stał za nią i przewracał oczami.

– Ale... – zaczął Bobby.

– Zadeptali miejsce przestępstwa. Nie zamierzam puścić tego płazem.

Bobby zamilkł. To jej się w nim podobało.

Kiedy D. D. zabezpieczyła już teren i zaprowadziła swoje porządki, zajęła się ratownikami, którzy właśnie stanęli po obu stronach noszy i szykowali się do wniesienia ich po stromych schodach prowadzących do frontowych drzwi domu.

– Zaczekajcie – krzyknęła D. D.

Ratownicy, mężczyzna i kobieta, zastygli w bezruchu, patrząc w jej stronę.

– Sierżant detektyw D. D. Warren – przedstawiła się. – To ja jestem szefem tego cyrku. Zabieracie Tessę Leoni?

Zwalista kobieta skinęła głową i odwróciła się w stronę schodów.

– Hola, hola – odezwała się szybko D. D. – Potrzebuję pięciu minut. Muszę jej zadać kilka pytań, zanim weźmiecie ją na przejażdżkę.

– Tessa Leoni ma poważną ranę głowy – odparła sanitariuszka stanowczym tonem. – Zabieramy ją do szpitala na badanie tomograficzne. Pani ma swoją pracę, my mamy swoją.

Ratownicy zrobili krok w stronę schodów, ale D. D. zastąpiła im drogę.

– Czy poszkodowanej grozi wykrwawienie? – zapytała, spoglądając na plakietkę z nazwiskiem, którą kobieta miała przypiętą na piersi, i dodała: – Marlo?

Na Marli nie zrobiło to szczególnego wrażenia.

– Nie – odpowiedziała.

– Czy w tej chwili jej zdrowiu coś zagraża?

– Obrzęk mózgu – wyrecytowała szybko ratowniczka. – Wylew krwi do mózgu...

– Więc będziemy pilnować, żeby nie straciła przytomności, każemy jej powtarzać nazwisko i dzisiejszą datę. Czyż nie tak postępujecie w przypadku wstrząsu mózgu? Liczenie do pięciu i wspak, nazwisko, stopień, numer odznaki, bla, bla, bla.

Stojący za jej plecami Bobby westchnął ciężko. D. D. wyraźnie przeciągała strunę. Nie odrywała oczu od Marli, która wyglądała na jeszcze bardziej poirytowaną niż Bobby.

– Pani detektyw... – zaczęła ratowniczka.

– Zaginęło dziecko – przerwała jej D. D. – Sześcioletnia dziewczynka. Bóg raczy wiedzieć, gdzie jest i co jej grozi. Potrzebne mi tylko pięć minut, Marlo. Może to wiele, mając na uwadze twoje obowiązki i obrażenia funkcjonariuszki Leoni, ale ze względu na dziecko nie uważam, żeby to była wygórowana prośba.

D. D. rozegrała to znakomicie. Zawsze była w tym dobra. Marla, która wyglądała na czterdzieści kilka lat i na pewno miała co najmniej jedno własne dziecko, nie wspominając o całej gromadzie małych siostrzeńców lub bratanków, w końcu uległa.

– Pięć minut – oświadczyła. – Potem ją zabieramy, bez względu na wszystko.

– Bez względu na wszystko – powtórzyła D. D. i ruszyła biegiem po schodach w stronę drzwi.

– Nie ma na ciebie mocnych – mruknął Bobby, podążając za nią.

– Po prostu mi zazdrościsz.

– Czego miałbym ci zazdrościć?

– Że zawsze sobie radzę z tym gównem.

– Duch pyszny poprzedza upadek – odparł Bobby.

D. D. pchnęła drzwi domu.

– Miejmy nadzieję, że nie, choćby przez wzgląd na Sophie.