Wydawca: Wydawnictwo Agape Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Kochać, cierpieć, wynagradzać. Błogosławiona Alexandrina da Costa ebook

Edyta Pasek-Paszkowska, Xavier Bordas Cornet

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 207

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Kochać, cierpieć, wynagradzać. Błogosławiona Alexandrina da Costa - Edyta Pasek-Paszkowska, Xavier Bordas Cornet

Poruszająca historia dojrzewania w wierze, piękna czystej miłości i radości życia bł. Alexandriny Marii da Costy, która przez 13 lat spożywała tylko Eucharystię. Nie mogła nic jeść i pić, a mimo to żyła, wbrew wszelkim naturalnym prawom biologii…

„Czy miłujesz Mnie?” – pyta Jezus Szymona Piotra, który odpowiada: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”. Życie bł. Alexandriny Marii da Costy streszcza się w takim dialogu miłości. Przepełniona gorącą miłością swemu Zbawcy niczego nie potrafi odmówić. Z niezłomną wolą przyjmowała wszystko, aby pokazać, że Go kocha. Oblubienica za cenę krwi, w sposób mistyczny przeżywa mękę Chrystusa i składa siebie w ofierze za grzeszników, czerpiąc moc z Eucharystii, która staje się jej jedynym pokarmem przez ostatnich 13 lat życia. Niech przykład życia bł. Alexandriny, które zamyka się w trzech słowach: „cierpieć, kochać, wynagradzać”, zachęca i pobudza wszystkich chrześcijan, aby uszlachetniali wszelkie cierpienia i smutki, jakie niesie ze sobą życie, dając dowód największej miłości poprzez poświęcenie własnego życia dla ukochanej osoby.

Jan Paweł II

Opinie o ebooku Kochać, cierpieć, wynagradzać. Błogosławiona Alexandrina da Costa - Edyta Pasek-Paszkowska, Xavier Bordas Cornet

Fragment ebooka Kochać, cierpieć, wynagradzać. Błogosławiona Alexandrina da Costa - Edyta Pasek-Paszkowska, Xavier Bordas Cornet

Kochać, cierpieć,wynagradzać

Błogosławiona

Alexandrina da Costa

EdytaPasek-PaszkowskaXavier Bordas Cornet

Wydawnictwo Agape

Poznań 2013

Autorzy: Edyta Pasek-Paszkowska, Xavier Bordas Cornet

Translation copyright © 2013 by Wydawnictwo Agape sp. z o.o.

ISBN ePUB: 978-83-63759-84-1

ISBN MOBI: 978-83-63759-83-4

Poznań 2013

Tłumaczenie cytowanych tekstów z języka portugalskiego:

Xavier Bordas Cornet, Katarzyna Pereira

Redakcja: Małgorzata Radomska

Korekta: Małgorzata Tadrzak-Mazurek, Małgorzata Radomska

Projekt okładki: Paweł Fiszer

Skład i łamanie: Magdalena Broniszewska

Fotografie: Fundaçao Alexandrina de Balasar:

s. 28, 46, 55, 95, 116, 128, 130 oraz okładka

Ładysław Piasecki: s. 10, 76, 116, 148, 176

Archiwum „Miłujcie się!”: s. 38, 66, 132; Internet: s. 56, 100

Druk: Edica, Poznań

Wydawnictwo Agape

ul. Panny Marii 4

60-962 Poznań

e-mail: wydawnictwo@agape.org.pl

tel./fax (+48) 61 852 32 82

www.agape.org.pl, www.milujciesie.org.pl

Dział handlowy

tel./fax (+48) 61 852 32 80

e-mail: sklep@milujciesie.org.pl

Księgarnia internetowa:

Plik przygotowany przez DlaDucha.pl

e-mail: kontakt@dladucha.pl

www.dladucha.pl

Alexandrina… Alexandrina z Balasar…

Wiejska dziewczyna, córka Maryi, wybranka Chrystusa. Nie opuściła Go aż do śmierci. I to śmierci krzyżowej…

WSTĘP

Pan Bóg nieustannie wzywa nas do nawrócenia, gdyż pragnie doprowadzić każdego człowieka do pełni szczęścia – jedności ze sobą, która tutaj, na ziemi, najpełniej dokonuje się w tajemnicy Mszy św. Poprzez nadzwyczajne znaki Pan Jezus pragnie pomóc nam odkryć i zachwycić się Jego rzeczywistą obecnością w Eucharystii. Jeden z nich miał miejsce w życiu bł. Alexandriny Marii da Costy, która przez 13 lat spożywała tylko Eucharystię. Nie mogła nic jeść i pić, a mimo to żyła, wbrew wszelkim naturalnym prawom biologii. Był to ewidentny cud i znak wskazujący na rzeczywistą obecność Zmartwychwstałego Chrystusa w Eucharystii oraz na fakt, że Msza św. jest największym darem, jaki od Niego otrzymaliśmy. Błogosławiony Jan Paweł II w encyklice Ecchlesia de Eucharistia stwierdza, że w tajemnicy Eucharystii Chrystus uczynił „dar z samego siebie, z własnej osoby w jej świętym człowieczeństwie, jak też dar Jego dzieła zbawienia” (EE 11). Eucharystia jest „źródłem i zarazem szczytem całego życia chrześcijańskiego. W Niej bowiem zawiera się całe dobro duchowe Kościoła” (EE 1).

Eucharystia jest największym darem i cudem, gdyż uobecnia się w Niej nasze zbawienie, tajemnica męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Błogosławiona Alexandrina Maria da Costa całkowicie zjednoczyła się z Chrystusem obecnym w Eucharystii, w tajemnicy Jego męki śmierci i zmartwychwstania.

Książka ta, opisująca życie bł. Alexandriny, jest poruszającą serca historią dojrzewania w wierze, piękna czystej miłości i radości, która jest owocem jedności z Chrystusem oraz ofiarowania swojego życia za zbawienie grzeszników. Wszystko to w duchu zadośćuczynienia za grzechy świata, w zjednoczeniu z Najświętszą Ofiarą, którą Jezus, Syn Boży, składa Bogu Ojcu w każdej Eucharystii.

Życie bł. Aleksandryny, jej pokora i całkowite zawierzenie Chrystusowi, uczy nas, że idąc drogą wiary, nie wystarczy raz podjąć decyzję, lecz trzeba ją na nowo codziennie potwierdzać i ponawiać. Bezkompromisowa wiara oraz ufność Bogu sprawiły, że zmartwychwstały Chrystus obecny w Eucharystii stał się dla Alexandriny jedynym źródłem życia, miłości i szczęścia.

Przykład życia bł. Alexandriny jest wezwaniem skierowanym do każdego z nas, abyśmy codziennie ofiarowali swoje życie Chrystusowi przez Maryję, abyśmy w Eucharystii jednoczyli się z Nim w tajemnicy Jego męki, śmierci i zmartwychwstania i współofiarowali się Bogu Ojcu. Błogosławiona Alexandrina zawsze żyła pragnieniem, by składać siebie w ofierze razem z Jezusem obecnym w Eucharystii dla zbawienia grzeszników.

Jan Paweł II często przestrzegał przed życiem, jakby Bóg nie istniał, i ukazywał tragiczne konsekwencje takiej postawy już tu na ziemi, ale przede wszystkim po śmierci, gdyż ostateczną konsekwencją odrzucenia Boga przez człowieka jest piekło. Oby bł. Alexandrina pomogła nam otwierać oczy na świat nadprzyrodzony, abyśmy mogli odkrywać obecność Boga i byśmy chcieli towarzyszyć Jezusowi w Jego cierpieniu i samotności w tym świecie ludzi zabieganych i zagubionych. Niech nauczy nas „tracić czas” przed Najświętszym Sakramentem, aby z tego Źródła miłości i życia czerpać prawdziwą radość, miłość, życie i pokój. To właśnie tam, przed tabernakulum, jak przypomniał Jan Paweł II, odkrywa się miłość do Chrystusa, która jest kluczem do świętości.

Błogosławiona Alexandrina znalazła ten klucz i tak jak inni święci jest wymownym przykładem przemiany, jakiej Pan dokonuje w życiu ludzi, którzy w Nim pokładają ufność. Pod koniec swojego życia przekazała siostrze słowa, które są jakby jej testamentem: „Grzeszniku, jeśli prochy mojego ciała mogą Ci pomóc, abyś się zbawił, przyjdź tu, zbliż się. Jeżeli będzie potrzeba, możesz je podeptać, niech znikną, ale Ty, grzeszniku, nie grzesz więcej. Nie obrażaj więcej naszego Ukochanego Pana. Nawróć się. Nie utrać Jezusa na wieczność. On jest taki dobry!!!”.

„»Czy miłujesz Mnie?« – pyta Jezus Szymona Piotra, który odpowiada: »Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham«. Życie bł. Alexandriny Marii da Costy streszcza się w takim dialogu miłości. Przepełniona gorącą miłością swemu Zbawcy niczego nie potrafi odmówić. Z niezłomną wolą przyjmowała wszystko, aby pokazać, że Go kocha. Oblubienica za cenę krwi, w sposób mistyczny przeżywa mękę Chrystusa i składa siebie w ofierze za grzeszników, czerpiąc moc z Eucharystii, która staje się jej jedynym pokarmem przez ostatnich 13 lat życia. Niech przykład życia bł. Alexandriny, które zamyka się w trzech słowach: »cierpieć, kochać, wynagradzać«, zachęca i pobudza wszystkich chrześcijan, aby uszlachetniali wszelkie cierpienia i smutki, jakie niesie ze sobą życie, dając dowód największej miłości poprzez poświęcenie własnego życia dla ukochanej osoby” (Jan Paweł II, Msza św. beatyfikacyjna Alexandriny da Costy na placu św. Piotra, 25.04.2004 r.).

ks. M. Piotrowski TChr

Dom rodziny da Costa

ROZDZIAŁ I

KÓZKA

– Zostaw! – krzyk matki przeraził dziewczynkę. Wypuściła z rąk szklany słoiczek z czymś, co zawsze tak ładnie pachniało na maminych włosach. Setki szkiełek zamigotały na podłodze, zupełnie tak jakby przez pokój popłynęła rzeka albo jakby z nieba przez okno wpadły gwiazdy.

– Oj, jakie ładne! – Dziecko zapomniało już o strachu i zanim matka zdążyła chwycić je na ręce, największa i najpiękniejsza gwiazdka zbliżyła się do zaciekawionej buzi. Palący ból był przykrą niespodzianką. Krew płynąca z rozciętej wargi zmieszała się ze łzami.

Matka natychmiast chwyciła dziecko w ramiona i wybiegła z nim z domu. Może to właśnie wtedy po raz pierwszy Chrystus przytulił mocniej Alexandrinę do serca? Czuła ból i chciała, żeby jak najszybciej się skończył. Pan doktor, do którego przybiegły, nic jej nie pomógł. Czy dlatego że matka nie mogła mu zapłacić żądanej sumy? A może z innej przyczyny?... Po tylu latach trudno pamiętać takie szczegóły. Pozostają jedynie szczątki wspomnień – zanoszenie się płaczem, krew wsiąkająca w sukienkę mamy i pokrzykiwania mijanych ludzi.

Do słynnego aptekarza z Viatodos nie było na szczęście daleko. Nałożył na rozciętą twarz dziewczynki trzy szwy – tyle, ile miała lat.Z trudem wytrzymała tę „operację”. Nie dała się łatwo uspokoić. Nie chciała nawet przyjąć biszkoptów maczanych w winie, a przecież takich kojących smakołyków nie jadało się u niej w domu. Była zbyt mała, żeby wyciągać korzyści z cierpienia.

Ten pierwszy popis uporu i buntu rozśmieszył Deolindę.

– Łobuziaku! – Ucałowała zapłakane policzki młodszej siostry i poczuła ulgę. Do tej chwili obwiniała siebie za to, że nie upilnowała małej. I nagle ból duszy, nie mniejszy od tego, który palił usta Alexandriny, ustąpił.

To wydarzenie zapoczątkowało tworzenie się niezwykłej więzi między siostrami. Z upływem lat stały się jak Maria i Marta. Jedna całkowicie pochłonięta Chrystusem, druga usługująca w cieniu. Mimo różnych temperamentów i powołań były wzorem siostrzanej przyjaźni, miłości i oddania. Zanim jednak Bóg wyjawił im ich „prawdziwe imiona”, musiały zmagać się z losem podobnym do wielu portugalskich dzieci. W domach z kolorowych kamieni, tak charakterystycznych dla Balasar, królowało ubóstwo. Ciężka praca zastępowała dzieciom zabawę – szczególnie tam, gdzie nie było mężczyzn – tak jak w rodzinie da Costa. Dziewczynki nie znały ojca, nie posmakowały miłości obojga rodziców. Musiała im wystarczyć czułość i troska matki. Czy uskarżały się na te wszystkie braki, których doświadczyły jako dzieci? Nie, przecież miały to, co konieczne – skromne pożywienie, zadbaną odzież, a przede wszystkim serdeczne przyjaciółki, no i ulubione miejsca. Alexan-drina szczególnie upodobała sobie osłoniętą łąkę. Potrafiła całymi godzinami leżeć na trawie i patrzeć w niebo.

– „Tam mieszka moja Maezinha[1]. Teraz patrzy na mnie, a ja na Nią. A gdyby tak ustawić wszystkie domy Balasar jeden na drugim i jeszcze na nich na samym szczycie kościół, czyż nie udałoby się wejść po nich z tej łąki od razu do nieba?” – rozmyślała…

Matka Boża, która w 1917 roku wybrała na swoich małych apostołów troje pastuszków z Fatimy, już kilka lat wcześniej poruszyła serce i tej niesfornej dziewczynki, która równie łatwo wpadała w zachwyt, jak i w złość.

Deolinda cierpliwie znosiła wybryki młodszej siostry, jakby przeczuwając nadejście prawdziwej próby dla całej rodziny. Tymczasem Alexandrina marzyła o tym, że może kiedyś, w dorosłym życiu, będzie wyglądać równie pięknie jak figury świętych w kościele. Zwierzyła się z tego nawet księdzu Alvaro Matosa, który przygotowywał ją do Pierwszej Komunii Świętej.

– Ładnie to być tak próżną? – zapytał. – Dobrze, że chociaż się do tego przyznajesz.

– Jak to? To wielebny ksiądz proboszcz nie chce być pięknym świętym? – odparła rezolutnie dziewczynka.

– No, no, jutro przeegzaminuję cię z katechizmu i zobaczymy, czy masz w głowie coś więcej niż szatki.

Sprawdzenie wiadomości nie było dla Alexandriny niczym wielkim, ale spowiedź… Ooo, to było zupełnie co innego! Trzeba było powiedzieć i o nieposłuszeństwie wobec mamy, która bezskutecznie zabraniała jej wspinaczek na drzewa i biegania po przydrożnym murze, i o figlach, które denerwowały miejscowe plotkarki. Dziewczynka uwielbiała rzucać w nie kamykami zza rogu kościoła. Zdarzało się też, że w czasie długiego kazania urozmaicała sobie czas, wiążąc frędzle ich chust. Gdy pod koniec nabożeństwa poważne matrony podnosiły się z ławek, powstawało niezłe zamieszanie, a Alexandrina umykała czym prędzej, dusząc się ze śmiechu. Trudno się dziwić, że w domu nazywano ją rozbrykaną Kózką.

– „O tak, jestem rozbrykana, ale Pan Jezus i tak nie będzie na to zważał. Kocha mnie przecież i już!” – rozmyślała, robiąc rachunek sumienia ze swoich przewinień.

Sakrament Eucharystii przyjęła w kościele w Póvoa de Varzim, gdy miała 7 lat. Dostała w prezencie piękny różaniec i mały święty obrazek – skarby, z którymi nie rozstawała się do końca życia.

– Będą mi przypominały, że Jezus ma mieszkanie w moim sercu –powiedziała do babci, dla której słowa małego urwisa zabrzmiały bardzo prawdziwie. Żadne ze znanych jej dzieci nie przeżywało w tak dojrzały sposób swojej Pierwszej Komunii Świętej i nie prosiło o pozwolenie przyjęcia Pana Jezusa na kolanach – tak jak dorośli. Była bardzo dumna ze swojej wnuczki, ale w głębi duszy czuła, że jej życie będzie naznaczone cierpieniem. Nie chciała jednak zdradzać swoich przeczuć.

– To dobrze Kózko, to bardzo dobrze. Pilnuj tych skarbów, żeby pamiętać, w czyich jesteś rękach i korzystaj z tego, że Jezus jest blisko.

Alexandrinę rozpierała radość. Zdarzało się, że dzieliła się nią nawet z nieznajomymi. Nauczycielka, która codziennie zabierała ją ze sobą na Mszę św., często nie mogła opanować podskakującej i rozśpiewanej dziewczynki, która potrafiła zajrzeć jakiemuś przechodniowi w oczy i wykrzyknąć:

– Idę spotkać się z moim Jezusem!

Po kilku miesiącach mama podarowała Alexandrinie drewniaki. Był to dla Marii Anny duży wydatek, ale skrupulatnie odkładała pieniądze, żeby chociaż do kościoła córeczka nie chodziła boso. Pan Bóg posłużył się nimi, żeby dziewczynka nauczyła się dostrzegać swoje słabości. Nauka, niestety, nie szła Alexandrinie w tym względzie najlepiej i upłynęło sporo czasu, zanim dostrzegła, do czego tak naprawdę służył podarunek. Idąc do kościoła, nie podskakiwała i nie uśmiechała się już do napotkanych ludzi. Patrzyła uważnie na swoje nogi i z upodobaniem stukała drewnianymi podeszwami o przydrożne kamienie. Czuła się prawie dorosłą panienką. Podczas Mszy św. zdejmowała buty i ustawiała je przed sobą w taki sposób, żeby w trakcie klęczenia móc je ukradkiem oglądać.

– Dlaczego na to pozwalałaś? – ganiła z pretensją wiele lat później Deolindę.

– Bo wydawałaś mi się wówczas bardzo zabawna.

– I co? To było takie śmieszne, że pod bokiem wyrastał ci pyszałek?

– Pewnie! Babcia wciąż cię chwaliła, że jesteś taka pobożna, a ja i tak wiedziałam swoje! Zresztą nie chciałam się z tobą kłócić, bo wtedy mogłabym oberwać czymś, co nawinęłoby ci się pod rękę. Pamiętasz, jak rzucałaś we mnie różnymi rzeczami?

– No tak, bywałam złośnicą, ale te drewniaki...

Żywy temperament Alexandriny uwidaczniał się nie tylko podczas sprzeczek z siostrą. O wiele bardziej ujawniał się w psotach i figlach, które robiła w domu. Deolinda często nie wiedziała, co też może ją czekać po przebudzeniu. Szczególnie, gdy młodsza siostra już wstała. Mogło się na przykład okazać, że w drzwiach zastawiona jest jakaś pułapka i ktoś, przechodząc przez próg, na pewno się potknie i przewróci. Tym kimś była przeważnie Deolinda. Z kolei wołanie o pomoc, dochodzące z ogrodu, często okazywało się kolejnym żartem.

Dokazywanie i wesołe usposobienie dziewczynki nie przeszkadzały jednak jej zamiłowaniu do pomagania innym i sumiennemu wykonywaniu powierzanych jej obowiązków. Chętnie włączała się w prace domowe i nigdy się od nich nie wykręcała. Znajdowała w nich upodobanie ze względu na Jezusa, a nie z próżnego oczekiwania pochwał i podziwiania efektów swojej pracy. Była przekonana, że Bóg cieszy się taką postawą. Kiedy była starsza, potrafiła już dokładnie nazwać swoje postępowanie:

– Zawsze chciałam być świętą, ale byłoby to dla mnie umartwieniem nie do zniesienia, gdybym musiała iść do świętości w brudzie. Uważam, że Bóg nie chce ani brudu duszy, ani ciała[2].

Gdy miała dziewięć lat, odbyła swoją pierwszą spowiedź generalną u ojca Manuela das Santas Chagas, który nauczał w Gondifelos. Wraz z Deolindą i kuzynką Oliwią, zaopatrzone w prowiant, udały się do miasta, żeby w miejscowym kościele przez całe popołudnie słuchać konferencji. Z powodu dużego tłoku dziewczynki ani na chwilę nie opuściły kościoła, chociaż miały ochotę zaczerpnąć powietrza i trochę rozprostować nogi. Wolały jednak pozostać, bo udało im się znaleźć miejsce tuż przed ołtarzem Najświętszego Serca Jezusa.

Alexandrina zdjęła swoje drewniaki i umieściła je między szczeblami balustrady. Dzięki temu miała przed oczami i wizerunek Jezusa, i oczywiście swoje buty. Teraz mogła spokojnie próbować skupić się na kazaniu. Nie chciała uronić ani jednego słowa. W miarę słuchania stawała się jednak coraz bardziej niespokojna. Nic dziwnego – tematem kazania było piekło. W pewnej chwili kaznodzieja, chcąc pobudzić wyobraźnię słuchaczy, zapowiedział, że za chwilę przeniesie wiernych do miejsca wiecznego potępienia, kierując ich myśli na ogrom panującego tam cierpienia. Alexandrinę przeszedł dreszcz. Niezdolna zrozumieć sensu słów kapłana, była przekonana, że on naprawdę za chwilę zabierze wszystkich w sam środek ognistych czeluści. Owładnął nią paniczny strach, ale nie byłaby sobą, gdyby mu się poddała. Zacisnęła pięści i zbuntowanym głosem po cichu powiedziała:

– Do piekła? O nie! Ja tam się nie wybieram! Jeśli ojciec i wszyscy inni chcą tam pójść, to niech sobie idą! Ja biorę nogi za pas! –I natychmiast chwyciła drewniaki, żeby być gotową do ucieczki. Jakież było jej zdumienie, gdy zobaczyła, że nic się nie dzieje i wszyscy nadal spokojnie siedzą. Nawet Deolinda i Oliwia. Na wszelki wypadek trzymała jednak drewniaki blisko siebie…

W drodze powrotnej nie pisnęła ani słówkiem o swojej „przygodzie”, ale od tej pory w każdej chwili starała się zwracać do Boga. Tylko On mógł ją przecież uchronić od piekła! Modliła się, pracując w ogrodzie i w domu, w drodze na targ i do kościoła, a nawet w trakcie zabawy. Nie zapominała o chorych, biednych i cierpiących, którym poświęcała wiele uwagi, pomagając im także najdrobniejszymi wyrzeczeniami. Czasem było to unikanie plotkowania z koleżankami, czasem dyskretne oddanie części posiłku starszej siostrze, czasem uszczknięcie paru godzin snu, żeby przywitać dzień z różańcem w ręku.

Do modlitwy uciekała się także w chwilach, gdy widziała zacietrzewionych mężczyzn albo gdy słyszała słowa, których znaczenia jeszcze nie rozumiała, ale czuła, że są złe. W ten sposób pragnęła chronić swoją niewinność. Dzięki takiej postawie, w jej dziecięcym sercu rodziła się coraz bliższa więź z Jezusem, która wkrótce zaowocowała realną i trwałą miłością. Jej początkiem była ciężka choroba Alexandriny, na którą zapadła w wieku dwunastu lat.

Właśnie pomagała mamie myć podłogę, gdy nagle poczuła silne zawroty głowy. Osunęła się na ziemię i straciła przytomność. Podczas kolejnych dni nie podnosiła się z łóżka – męczyły ją wysoka gorączka i bóle mięśni, pojawiła się dokuczliwa wysypka. Diagnoza lekarska była jednoznaczna – tyfus. Przyjmowała leki, jednak jej stan nie ulegał poprawie. Na prośbę matki udzielono dziewczynce sakramentu chorych. Ta z ulgą odetchnęła i powiedziała cicho:

– Teraz jestem spokojna. Teraz już mogę umierać.

Maria Anna miała w oczach łzy. Z bólem serca powierzała Bożemu miłosierdziu swoje dziecko, prosząc jednak o łaskę zachowania Kózki przy życiu. Następnej doby Alexandrina zaczęła równo oddychać i nabrała chęci do jedzenia. W domu na kilka dni pojawiła się nadzieja. Jednakże pewnego popołudnia gorączka znowu zaatakowała wątły organizm. Dziewczynkę ogarnęły dreszcze nie do opanowania. Drżąc, poprosiła mamę, żeby dała jej Jezusa. Przerażona Maria Anna natychmiast zdjęła ze ściany krucyfiks i włożyła go w rozdygotane ręce córeczki.

– Mamusiu – wyszeptało dziecko – nie takiego Jezusa chcę. Chcę Jezusa Eucharystycznego...

[1] W języku portugalskim pieszczotliwie „Mamusia”. Alexandrina określała tak Najświętszą Maryję Pannę.

[2] Teresio Bosco, Familia Salesiana, familia de Santos, Editorial CCS, Madrid 2009, s. 141.

Matka Alexandriny – Maria Anna oraz Deolinda – jej siostra

ROZDZIAŁ II

WYPADEK

Wreszcie choroba minęła. Alexandrina nie wróciła jednak do pełni sił. Czuła się natomiast na tyle dobrze, że w 1918 roku poszła do pracy u sąsiada. Najęła się, jak inne biedne dzieci, by pomagać w gospodarstwie rolnym. Nie lubiła wspominać tej pracy. Nie dlatego że nie szanowała swoich obowiązków, lecz z powodu brutalności, jaką wykazywał się wobec niej gospodarz.

– Nie macie pojęcia, jak on potrafi mi okrutnie dokuczyć – opowiadała swoim przyjaciółkom. – I nie przestrzega umowy, którą zawarła z nim mama.

Rzeczywiście Maria Anna zgodziła się na pracę swojej nieletniej córki tylko pod kilkoma warunkami: dziewczynka miała mieć możliwość comiesięcznej spowiedzi oraz odwiedzania domu rodzinnego w każdą niedzielę, aby wspólnie z rodziną uczestniczyć we Mszy św. Ponadto absolutnie nie wolno jej było pracować w nocy, ani nawet wychodzić po zmroku z domu. Wydawało się, że zdrowa, pełna zapału dziewczynka, znajdzie w tym miejscu dobrą opiekę i odpowiednią pracę. Tymczasem właśnie tam Alexandrina poznała gorzki smak upokorzeń. Wyrwana z bezpiecznego świata, w którym doświadczała miłości i szacunku, musiała zmierzyć się z bezdusznym traktowaniem. Było to dla niej tym bardziej bolesne, że każdą niegodziwość przeżywała w samotności. Nie było przy niej ukochanej siostry, ani mamy, jedynie kilkoro rówieśników, którym też nie było lekko. Jednaknietrudno było zauważyć, że gospodarz znalazł szczególne upodobanie w dręczeniu Alexandriny. Co było tego powodem? Może godność, z jaką znosiła wyrządzane jej przykrości, niespotykana u dzieci w jej wieku? A może gorliwość w praktykach religijnych, która nie pozwalała jej akceptować dwuznacznych zachowań chlebodawcy? Musiało to być coś, co wprawiało go w nieukrywaną irytację.

W końcu uznał, że uszczypliwe uwagi czy besztanie i poszturchiwanie dziewczynki przy innych to za mało. Nie zważając na obietnice złożone matce Alexandriny, zaczął wykorzystywać ją do prac nieodpowiednich dla jej wieku. Pewnej nocy pozostawił ją samą na pastwisku. Miała doglądać czterech par wołów, gdy on tymczasem poszedł zabawiać się z przyjaciółmi. Z początku Alexandrina była pewna, że wkrótce przyjdzie jakiś zmiennik, a przynajmniej pojawi się ktoś, kto będzie jej asystował. Mijały godziny, a ona, skulona, tkwiła na mokrej od rosy łące, trzęsąc się z zimna i ze strachu. W tych chwilach pocieszała się bliskim towarzystwem okazałych zwierząt i odległych gwiazd. Próbowała się modlić, ale odgłosy nocy nie pozwalały jej się skupić. Za każdym razem, gdy usłyszała jakiś nieznany czy niespodziewany dźwięk, zrywała się na równe nogi zlana zimnym potem. Ściskała wówczas z całych sił różaniec i szeptała:

– Ratuj mnie, Mamo! Ratuj mnie, Aniele Stróżu! Ratujcie mnie wszyscy święci!

Ta walka trwała przez całą noc aż do 4 rano, kiedy na pobliskim polu pojawili się robotnicy.

– Co tu robisz sama o tej porze? – spytała ją jedna z kobiet.

– Pilnowałam nocą wołów.

– Sama?

– O nie, z Maezinhą – Alexandrina uśmiechnęła się blado.

– Co też ty opowiadasz! Gospodarz zostawił cię bez żadnej pomocy? Na całą noc?

– Tak…

– Hej, słuchajcie! – Kobieta odwróciła się do pozostałych. – Zobaczycie, że w końcu Pan Bóg pokara tego bydlaka.

– Co? Co się stało?... – Spora grupka ludzi zebrała się już wokół.

Alexandrina nie chciała jednak robić zamieszania wokół swojej osoby, a poza tym bała się, że zaraz może nadejść gospodarz i wtedy dopiero będzie awantura.

– Oj, nic takiego się nie stało, muszę biec na śniadanie! – I zanim ktokolwiek się spostrzegł, dała nura pomiędzy gapiów i ruszyła biegiem do gospodarstwa.

Po tym wydarzeniu mężczyzna trochę zmienił strategię działania, bo któraś z „usłużnych” osób doniosła mu o wzburzeniu robotników, a on nie chciał żadnych kłopotów. Zbliżał się czas zbiorów i należało mobilizować ludzi do pracy, nie dając im powodów do próżnego gadania czy niezadowolenia. Przez krótki czas dziewczynka cieszyła się zatem przerwą w przykrym traktowaniu i z tym większym zapałem wypełniała swoje obowiązki. Wrócił jej promienny uśmiech i znów było słychać pieśni religijne śpiewane przez nią na przemian z wesołymi wiejskimi piosenkami. Skąd mogła wiedzieć, że umilając w ten sposób innym pracę, sprowokuje złość gospodarza? Chlebodawca nie mógł wprost znieść tej czternastolatki, a przecież nie miał ochoty się jej pozbyć, bo wykonywała swoją pracę bez zarzutu, a poza tym liczył, że w końcu przymusi dziewczynę do uległości.

Pewnego popołudnia wysłał Alexandrinę do odległego młyna. Mimo że dziewczyna starała się pokonać trasę najszybciej jak umiała, dotarła tam dopiero wieczorem. Zanim załatwiła wszystkie sprawy, zrobiło się bardzo późno. I znów w samotności musiała stanąć twarzą w twarz z nocą. Mała, zagubiona i bezbronna miała przeciwko sobie wszechogarniającą, groźną ciemność. Przytłoczona przerażeniem straciła pewność, że ma przy sobie Anioła Stróża. Drogę przemierzała prawie na oślep – biegła, potykając się o kamienie, to znów szła wolno, nie mogąc złapać oddechu. Przestraszona i zmęczona dostrzegła wreszcie światła gospodarstwa. Niestety, czekał już tam na nią rozwścieczony gospodarz.

– Gdzie się włóczysz mała złodziejko? Już dawno powinnaś tu być!

Mężczyzna pchnął ją na ścianę i z trudem pohamował się, żeby jej nie spoliczkować.

– Pewnie zabawiałaś się z młynarczykiem za moje pieniądze! Ty szmato, czekaj! Już ci się odechce wyśpiewywać te bzdury, teraz zaśpiewasz inaczej!

Przerażona Alexandrina zasłoniła twarz łokciem i osunęła się na ziemię. Gdyby nie ojciec gospodarza, nie wiadomo, czym by się to wszystko skończyło.

– Zostaw ją! Nie masz prawa! Jeśli ją tkniesz, ja nie oszczędzę ciebie! – Starzec podniósł się zza stołu, chwytając laskę. Mimo sędziwego wieku imponował postawą i siłą. Jego żylaste ręce nadal były krzepkie i mógłby jeszcze pracować w gospodarstwie, gdyby nie chore nogi. Teraz, stanąwszy pomiędzy dziewczynką a synem, był gotowy wymierzyć mu cios. Znał dobrze Marię Annę i jej córki, które uchodziły w okolicy za dobre, pracowite dzieci. Wiedział też o chorobie, jaką przeszła Alexandrina i o tym, że nikt z pracujących w gospodarstwie nie mógłby zarzucić jej unikania obowiązków, mimo że nie wróciła do pełni sił.

Dziewczynka do rana nie zmrużyła oka. Jej wrażliwe sumienie nic jej nie wyrzucało, więc ból niesprawiedliwego potraktowania był tym dotkliwszy. Tej nocy przekonała się, że Pan Jezus nie chce takiej ofiary, nie chce, żeby dalej ukrywała przed mamą prawdę. Zresztą nie mogłaby nic z tego, co ją spotkało, zataić – wystarczył jeden rzut oka, żeby zobaczyć smutek na jej niemal zawsze radosnej twarzy. Kiedy Alexandrina przyszła w niedzielę do Balasar, matka o nic nie zapytała. Wzięła w swoje szorstkie dłonie drżące ręce córki i poczekała, aż ta sama zacznie mówić. Z trudem hamując wzburzenie, pozwoliła córce skończyć opowieść. W trakcie tej przerywanej szlochem relacji Maria Anna podjęła ostateczną decyzję. Wstała, strzepnęła fartuch i opanowanym, stanowczym głosem powiedziała:

– Dosyć tego! Nie pozwolę, żeby ten zły człowiek cię zadręczył! Nie będziesz u niego harować, bo skończy się to jakimś nieszczęściem. Nie musisz już pracować u niego ani jednej godziny. Już ja się z nim rozmówię.

Gospodarz nie spodziewał się takiego obrotu sprawy i usilnie nalegał, żeby kobieta pozostawiła córkę na służbie. Obiecywał nawet, że będzie jej dawał lepsze jedzenie. Jednak Maria Anna była nieugięta.

– Nie mogę na to pozwolić. Warunki umowy nie zostały dotrzymane i moje dziecko nie będzie tu już więcej pracować.

Alexandrina była wdzięczna Bogu za rozwiązanie tej trudnej sytuacji, lecz z drugiej strony nie było to dla niej łatwe – wszyscy wokół ciężko pracowali, a ona? Miała być kimś wyjątkowym? Nie chciała być dla rodziny dodatkowym brzemieniem, dlatego starała się wyręczać w zajęciach domowych matkę i siostrę, obciążone różnymi innymi pracami. Przygotowywała posiłki, uprawiała przydomowy ogródek, nosiła drewno, a gdy nie było jej w domu, wszyscy wiedzieli, gdzie jej szukać – zdradzał ją śpiew, którym umilała sobie pranie nad rzeką. Zaczęła też pomagać Deolindzie i jej przyjaciółkom w pracach krawieckich. To zajęcie bardzo jej odpowiadało, bo uwielbiała ładne stroje, a że była dorastającą panienką, poświęcała coraz więcej uwagi swojemu wyglądowi – tym bardziej, że interesowali się nią chłopcy. Miała u nich duże powodzenie, co wcale nie szkodziło jej zdrowemu rozsądkowi. Potrafiła żartować ze swojej próżności. Często przy pracy zabawiała inne dziewczęta wesołymi anegdotami ze swojego życia albo inscenizowała komiczne scenki.

– Oto idzie dama z Balasar! – oznajmiła któregoś deszczowego dnia, kiedy robota przy stole krawieckim wyraźnie nie szła, a współtowarzyszki z ponurymi minami w milczeniu szyły suknię ślubną dla dziewczyny z sąsiedniej wsi. Trudno było zachować powagę, widząc Alexandrinę omotaną bieliźnianym płótnem i do tego z poszewką na głowie. Wkrótce te chwile wytchnienia i zabawy pośród ciężkiej pracy miały zostać przerwane. Pewnego razu zdarzyło się bowiem coś, co całkowicie odmieniło życie obu sióstr…

Były właśnie ze starszą koleżanką zajęte szyciem, kiedy usłyszały głośne pokrzykiwania. Dostrzegły z okna trzech zbliżających się mężczyzn. W jednym z nich Alexandrina rozpoznała gospodarza, u którego pracowała. Deolinda, jakby coś przeczuwając, nakazała dokładne zamknięcie drzwi pokoju i okna. Dziewczęta uczyniły to w ostatniej chwili, gdy było już słychać tupot nóg na schodach i pukanie. Po chwili ciszy pukanie przerodziło się w walenie pięściami. Mężczyźni coraz natarczywiej domagali się, żeby im otworzyć:

– Otwórzcie! Po co się tak pozamykałyście? Nie chcecie pomocy? Szukamy odpowiedniego dla nas zajęcia, bo jesteśmy bardzo chętni! –Intruzi wybuchnęli złowrogim śmiechem.

– Nie ma dla was roboty, więc nie otworzymy – odpowiedziała stanowczo Deolinda, nie zwracając uwagi na ich grubiańskie i dwuznaczne słowa.

– Nie ma? O, to szkoda! A może źle szukacie? Chyba będziemy musieli znaleźć sami!

Drzwi, które jęknęły pod naporem silnych ramion, nie chciały ustąpić. Rozsierdzeni napastnicy zaczęli więc w nie kopać i walić kijami, wykrzykując przy tym najgorsze przekleństwa. Przerażona Alexandrina przytuliła się mocno do siostry, powtarzając zbielałymi wargami:

– Aniele Stróżu, Aniele Stróżu, Aniele Stróżu…