Kobra - Deon Meyer - ebook
Opis

„Seria tworzona przez Deona Meyera staje się bardziej intrygująca i wyszukana z każdym kolejnym tomem. Kobra to najbardziej oszałamiająca część cyklu”.– Toronto Star Słynny brytyjski matematyk zostaje porwany, a jego dwóch ochroniarzy ginie w pensjonacie na terenie urokliwej winnicy pod Kapsztadem. Wszystko wskazuje na działanie zawodowców. Niezwykle zagadkowe w tej sprawie okazują się znaczone naboje. Na każdej sztuce amunicji policjanci znajdują oznaczenie w postaci głowy kobry plujki. Ktoś zadał sobie dużo trudu, aby w ten niezwykle oryginalny sposób podpisać swoje zbrodnie. Tymczasem w mieście grasuje sprawny złodziej, który pracuje na opłacenie studiów swojej siostry. Pewnego dnia pechowo kradnie portfel z kieszeni młodej Amerykanki, która miała dostarczyć coś niezwykle cennego i niebezpiecznego do RPA. Złodziej nie tylko staje się celem groźnego zabójcy, Kobry. Kapitan Benny Griessel i jego elitarna jednostka śledcza poszukują kieszonkowca i tropią Kobrę. Oszałamiający finał rozegra się w podmiejskim pociągu…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 471

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

COBRA

Copyright © Deon Meyer 2014

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Szara Sowa

Zdjęcie na okładce: © WitR/Shutterstock

Mapa: by Martin Lubikowski, ML Design, London © 2015

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Marta Chmarzyńska, Joanna Rodkiewicz, Małgorzata Hordyńska

ISBN:

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

1

Deszcz bębnił po blaszanym dachu. Było dziesięć po ósmej rano. Kapitan Benny Griessel otworzył na werandzie torbę ze sprzętem do badania miejsca przestępstwa, wyciągnął najpierw ochraniacze na buty, a następnie cienkie rękawiczki lateksowe. Założył je, ledwo rejestrując spoczywające na nim pełne szacunku spojrzenia mundurowych oraz dwóch detektywów, którzy schronili się przed deszczem w otwartym garażu. Jego niepokój i zmęczenie osłabły, skupiał się teraz na tym, co czekało go w tym wielkim starym domu.

Ciężkie frontowe drzwi były otwarte. Zatrzymał się w progu. W mrocznym holu wejściowym spowitym szarością poranka druga ofiara wyglądała niczym ciemna bezkształtna masa. Stał tam przez chwilę nieruchomo, wstrzymując oddech. Przypomniał sobie rady doktora Barkhuizena: „Nie przyswajaj tego. Podejdź do tego z dystansem”.

Jak teraz miał się do tego zastosować?

Rozejrzał się za włącznikiem i znalazł go w środku, tuż obok futryny. Zapalił światło. Żyrandol wiszący wysoko na barokowym suficie świecił jasno, blask ten jednak nie rozpraszał chłodnej atmosfery tego miejsca. Mężczyzna leżał rozpostarty na błyszczącej dębowej podłodze cztery metry od drzwi. Czarne buty, czarne spodnie, biała koszula z jednym rozpiętym guzikiem i jasnoszary krawat. Ramiona rozrzucone na boki, pistolet w prawej dłoni. Po trzydziestce. Szczupły.

Griessel zbliżył się do niego ostrożnie. Dostrzegł ranę po kuli na czole, na ukos od lewego oka. Cienka strużka krwi, teraz niemal już czarnej, spłynęła na prawą stronę. Pod obróconą na lewo głową zebrała się plama krwi wielkości spodka. Rana wylotowa.

Poczuł ulgę na myśl o prostocie tej śmierci, o tym, jak szybko nastąpiła.

Zrobił głęboki wdech i wydech, usiłując pozbyć się odczuwanego napięcia.

Nie pomogło.

Omiótł korytarz spojrzeniem. Na zabytkowym stoliku po prawej stał jasnoniebieski wazon z bukietem świeżych zielono-białych lilii. Naprzeciw, pod ścianą po lewej, zobaczył wieszak na kapelusze i stojak na parasole. Na ścianie wisiało sześć portretów w dawnym stylu, w ciężkich owalnych ramach. Dostojni mężczyźni i kobiety wpatrywali się w siebie.

W głębi korytarza dwie kolumny zdobiły wejście do salonu.

Na podstawie położenia zwłok dokonał wyliczeń i wyobraził sobie przypuszczalną trajektorię strzału, tak by przejść, nie niszcząc ewentualnych, niewidocznych rozprysków krwi. Obszedł to miejsce i przykucnął przy pistolecie, na którego lufie zauważył znak Glocka, a za nim oznaczenie „17 Gen Austria 9x19”.

Powąchał lufę. Z tej broni nie strzelano. Podniósł się.

Strzelec najprawdopodobniej stał w wejściu, a ofiara gdzieś w połowie korytarza. Jeśli narzędziem zbrodni był pistolet, łuska naboju poleciała na prawo. Rozejrzał się, ale jej nie znalazł. A może sprawca posłużył się rewolwerem? Może łuska odbiła się od ściany i leży gdzieś pod ofiarą. A może zabójca zabrał ją ze sobą.

Rana wylotowa oznaczała, że kula musiała uderzyć gdzieś w ścianę. Benny nakreślił hipotetyczną linię, która poprowadziła go do salonu.

Stawiał kroki ostrożnie, obchodząc szerokim łukiem zwłoki, za kolumnami wychwycił ledwo wyczuwalny zapach palonego drewna. Żyrandol wiszący w holu oświetlał jedynie niewielki fragment tego obszernego pomieszczenia. Przysłaniając własnym cieniem fragment podłogi, Griessel postanowił poszukać kolejnego przełącznika światła. Znalazł trzy zainstalowane w jednym rzędzie tuż za kolumną, nacisnął jeden po drugim i obrócił się. Łagodne oświetlenie. Grube belki na suficie. Przy ścianach stały regały pełne oprawionych w skórę książek. Podłogę ozdabiał ogromny perski dywan w srebrno-niebieskie wzory, a aranżacja wielkich kanap i foteli tworzyła dwie osobne przestrzenie wypoczynkowe. Stały tam też stoliki kawowe ze złotego drewna. Liczne lampy i wazony w połączeniu z wymyślną tapetą miały razem stwarzać wrażenie elegancji minionych czasów. Na środku znajdowało się ogromnych rozmiarów, imponujące palenisko, w którym żar dawno już wygasł. Na prawo, ledwo widoczne zza ciemnogranatowego krzesła – buty i nogawki trzeciej ofiary. W głębi, na śnieżnobiałej ścianie korytarza zauważył jaskrawe plamy krwi przypominające radosne malowidło surrealistyczne.

Griessel dostrzegł podobieństwa między ofiarami i w jego sercu zalągł się niepokój.

Ta z korytarza miała tę samą wojskową fryzurę, była tej samej budowy – szczupły, barczysty mężczyzna – co ta z holu. Te same czarne buty, czarne spodnie i biała koszula. I kolejny zakrwawiony glock obok zmasakrowanej dłoni. Tym razem brakowało jednak krawatu.

Kolejna rana głowy, pomiędzy skronią a prawym okiem. Jednak pierwsza kula musiała trafić w dłoń – dwa stawy palca odrzuciło w kierunku białej listwy przypodłogowej.

Potem zauważył dwie łuski pobłyskujące na brzegu dywanu w salonie. Leżały dziesięć centymetrów od siebie i z pewnością należały do strzelca. Umysł zaczął mu płatać stare figle; słyszał i czuł, jak to wszystko dokładnie się wydarzyło. Zabójca przemknął tędy niczym cień z pistoletem wyciągniętym przed sobą. Dostrzegł mężczyznę w korytarzu i oddał dwa strzały. Z trafionej dłoni trysnęła krew. Krótkotrwała, intensywna agonia, za mało czasu, by poczuć strach. Jedynie krótki, niemy krzyk poprzedzający odejście do wieczności.

Chcąc zagłuszyć to wszystko, Griessel zawołał głośno przez dudniący deszcz. Nie wysypiał się ostatnio. Wszystko przez ten pieprzony stres minionych tygodni. Musi zebrać się do kupy.

Obszedł ciało i przykucnął obok pistoletu. Identyczny jak ten poprzedni. Glock 17 Gen 4. Powąchał go, ale nie wyczuł kordytu.

Wstał, powiódł wzrokiem wokoło i w dalszej części korytarza, po prawej stronie, dostrzegł dwie dziury w ścianie.

Musiał stąpać ostrożnie, ponieważ ciało, palec, pistolet i ślad krwi zajmowały całą szerokość korytarza. Przeskakiwał z jednej stopy na drugą, aż dotarł do tego miejsca. Pochylił się nad dziurami. Obie kule utknęły głęboko w tynku. To powinno ułatwić sprawę.

Następnie ruszył na poszukiwanie czwartej ofiary.

Drzwi do pierwszego pokoju po lewej stronie w dalszej części korytarza były otwarte, a zasłony w oknie zaciągnięte. Włączył światło. Na szerokim łóżku leżała otwarta walizka. Na toaletce dostrzegł niebieskoszary krawat i pustą kaburę. W sąsiadującej z pokojem łazience widniały starannie ułożone przybory do golenia i szczoteczka do zębów. I nic poza tym.

Wszedł do drugiej sypialni. Czysto. Dwa wąskie łóżka. Przy jednym niewielka walizka. Na klamce ciemnobrązowej szafy kurtka na wieszaku. W połączonej z tym pokojem łazience na drążku wisiała kosmetyczka.

Ponownie wyszedł na korytarz, po czym otworzył drzwi po prawej stronie. Była to wielka, błyszcząca bielą łazienka, z wanną na ozdobnych nogach, umywalką na marmurowym blacie oraz bidetem i sedesem.

Kolejne dwie sypialnie były puste. Nic nie wskazywało na to, że ktoś je zajmował. Ostatnia znajdowała się na samym końcu, po lewej stronie. Prowadzące do niej drzwi były otwarte, a wewnątrz panował niemal całkowity mrok. Włączył światło.

Padający na dworze deszcz ustał nagle i zapadła niepokojąca cisza.

W tym pokoju, obszernym, panował chaos. Dywan był pofałdowany, szerokie łóżko stało pod kątem, materac i pościel zrzucono na ziemię. Przed przepięknym zabytkowym biurkiem leżało krzesło, na blacie była przewrócona lampa, a szuflady biurka powyciągano. Wielka szafa stała otworem, przed nią piętrzył się stos ubrań. W rogu do góry dnem leżała wielka walizka.

– Benna! – Zaskoczyło go to zawołanie od strony drzwi wejściowych, które gwałtownie zakłóciło łagodnie sączącą się ciszę.

Przyjechał kapitan Vaughn Cupido.

– Już idę! – krzyknął w odpowiedzi. Jego głos rozległ się echem w wielkim pustym domu.

Cupido stał w progu w tym swoim długim czarnym płaszczu. Chwalił się wcześniej, że to nowy nabytek, dorwany za grosze w sklepie fabrycznym w Salt River. Jego zdaniem był to klasyczny styl detektywa, „Zimowy Sokół”.

Kiedy Griessel ostrożnie przemierzał korytarz, dotarło do niego nagle, że ma wygniecione spodnie. Gruba czarna bluza i marynarka ukrywały przynajmniej jego koszulę. Miał na sobie wczorajsze ubranie. To z pewnością nie umknie uwagi Cupida.

– Jak leci, Benna? Ilu ich tu mamy?

Griessel wyszedł na taras i zaczął ściągać rękawiczki.

Ciemne chmury odpłynęły; zamrugał oślepiony odsłoniętym słońcem. Jego oczom ukazał się nagle zapierający dech w piersiach widok doliny Franschhoek.

– Jeden z pracowników plantacji leży w winnicy. Za bardzo padało; nie zdołałem tam dotrzeć. W środku mamy dwóch.

– Jissis… – Cupido spojrzał na niego uważnie. – Wszystko w porządku, Benna?

Wiedział, że ma przekrwione oczy i że się nie ogolił.

Griessel kiwnął głową.

– Po prostu nie spałem za dobrze – skłamał. – Chodźmy. Przyjrzymy się temu w winnicy.

Pierwsza ofiara leżała na plecach pomiędzy dwoma rzędami winorośli – Kolored, ubrany w coś, co wyglądało na ciemnoczerwony uniform ze srebrnym obszyciem. Cupido i Griessel zatrzymali się na brzegu trawnika, zaledwie cztery metry od ciała. Widzieli stamtąd sporą ranę wylotową pomiędzy oczami.

– Strzelono do niego z tyłu i przeciągnięto tutaj. – Griessel wskazał na dwie niewyraźne, rozmyte bruzdy, które kończyły się przy obcasach mężczyzny. – A to są ślady pracownika, który dzisiaj rano go tutaj znalazł.

– To jeden z naszych – stwierdził Cupido, po czym dodał oskarżycielskim tonem: – W stroju niewolnika.

– Pracownik pensjonatu. Jak twierdzi…

– To jest pensjonat? Myślałem, że to winnica.

– Jak widać połączyli tu jedno i drugie.

– Jakby za mało zarabiali. Jesteś pewny, że nic ci nie jest?

– Wszystko w porządku, Vaughn.

– Pojechałeś wczoraj do domu?

– Nie. Według…

– Była jakaś sprawa, o której nie wiem?

– Vaughn, pracowałem do późna. Musiałem ogarnąć masę papierów. A potem zasnąłem.

Liczył na to, że Cupido już sobie odpuści.

– W swoim biurze? – wyraził powątpiewanie tamten.

– Tak. Posterunek…

– Więc dlatego tak wcześnie odebrałeś ten telefon?

– Zgadza się. Według policjantów z posterunku wczoraj około dwudziestej pierwszej ten pracownik miał się pojawić, żeby uzupełnić zapas drewna do kominka i sprawdzić, czy goście mają wszystko, czego im trzeba. Kiedy nie wrócił do domu, jego żona uznała, że pewnie wybrał się do miasta. Pracownicy porannej zmiany znaleźli go tutaj. Potem zauważyli kolejną ofiarę w korytarzu. Rzecz w tym, że mówili o trzech osobach.

– Teraz się pogubiłem. Myślałem, że było ich właśnie trzech.

– Było trzech gości. W środku.

– Powinny być cztery ofiary?

– No właśnie.

– No to gdzie podział się numer cztery?

– Oto jest pytanie. Rzecz w tym… Vaughn, mamy tu trzy rany postrzałowe. Jedną z ofiar postrzelono w dłoń i w głowę. Znalazłem dwie łuski leżące blisko siebie.

Cupido zrozumiał to dopiero po chwili.

–Jissis, Benna. Podwójne trafienie.

– I to jeszcze do ruchomego celu.

Cupido pokręcił głową z uznaniem.

– Mamy tu do czynienia z wytrawnym strzelcem, pappie.

– Najbardziej zastanawia mnie jednak to, że w ostatniej sypialni widać oznaki walki. Dlaczego ktoś, kto potrafi tak strzelać, miałby się z kimś bić?

Cupido spojrzał zaniepokojony na Griessela.

– Myślisz o tym samym co ja?

Benny nie chciał tego powiedzieć. To wszystko oznaczało, że sytuacja jest poważna. Pokiwał jedynie głową.

– Benna, przy bramie czeka fotograf z gazety.

– Kurwa – zaklął Griessel.

– Porwanie. Kiedy ostatnio mieliśmy z tym do czynienia?

– To nie koniec kłopotów. Obaj mężczyźni w środku wyglądają… Wnioskując po ich budowie, fryzurach, stroju i tym, że obaj mieli glocki siedemnastki, myślę, że mogą być przedstawicielami organów ścigania. Może to wojsko albo agenci.

– Chyba żartujesz.

– A facet, który strzela tak bezbłędnie… Musi być wyszkolony. Siły specjalne, wywiad… Coś w tym stylu. To był zawodowiec.

Cupido obrócił się i spojrzał na dom.

– Cholera. To oznacza kłopoty, Benna. I to wielkie.

– Zgadza się – westchnął Griessel.

– Trzeba brać się do działania, pappie.

– Trzeba wezwać Żyrafę. Będą musieli zająć się prasą.

Nie ruszali się z miejsca. Stali obok siebie – Cupido o głowę wyższy od przysadzistego Griessela – rozmyślając nad konsekwencjami tego wszystkiego, wyobrażając sobie chaos, który z pewnością ich nie ominie.

W pewnym momencie Cupido położył opiekuńczo dłoń na ramieniu Benny’ego. Na lodowatym wietrze łopotały poły Zimowego Sokoła.

– Przynajmniej mamy tu jeden pozytyw.

– Co masz na myśli?

– Jak cię zobaczyłem rano, pomyślałem, że znów zacząłeś chlać. Aledronkgatnie poradziłby sobie z tym; nie wpadłbyś na to wszystko, gdybyś był zalany.

Obrócił się i poszedł w kierunku pensjonatu.

2

Tyrone Kleinbooi widział, jak jakaś ciocia wsiada do wagonu trzeciej klasy w pociągu Metrorail 3411 na peronie 4 stacji Bellville tuż przed 8:50 w poniedziałek. Miała na sobie z pewnością najlepszy strój, na głowie chustkę w stonowanych kolorach, a wielką torebkę ściskała oburącz. Przesunął się trochę, żeby puste miejsce obok niego wydało się bardziej zachęcające.

Spojrzała na siedzenie i na niego, a potem ruszyła w jego kierunku, jak zresztą przewidział. To dzięki temu, że wyglądał porządnie. „Gładka buźka”, jak powtarzał wujek Solly. „Masz gładką buźkę, Ty. To bardzo przydatne w tej branży”.

Branża. To brzmiało, jakby pracowali w jakiejś firmie.

Usiadła, wzdychając, i ułożyła sobie torebkę na kolanach.

– Dzień dobry, ciociu – przywitał się.

– Dzień dobry. – Zlustrowała go z góry na dół, przyglądając się jego szczupłej i wysokiej sylwetce, po czym spytała: – Skąd jesteś?

– Z miasta – odpowiedział.

– A dokąd się wybierasz?

– Do Stellenbosch, ciociu.

– Uczysz się tam?

– Nie, ciociu.

– To po co tam jedziesz?

– Jadę w odwiedziny do siostry, ciociu.

– A co ona tam robi?

– Studiuje tam, ciociu. Jest na pierwszym roku nauk o życiu ludzkim.

– To dobre studia. Co może po tym robić?

Pociąg szarpnął do przodu i ruszył ze stacji.

– Po tym można robić różne rzeczy, ale ona chce zostać lekarzem. W zeszłym roku nie dostała się na medycynę, więc teraz chce spróbować w ten sposób.

– Chce zostać lekarzem medycyny?

– Ja, ciociu. To bystry dzieciak, bardzo mądry.

– Też tak sądzę. Lekarz medycyny, nogal. A czym ty się zajmujesz?

– Jestem kieszonkowcem, ciociu.

Przytrzymała mocniej torebkę przez chwilę, ale potem się roześmiała.

– Ag, ty – skarciła go i szturchnęła łokciem w żebra. – Co robisz, tak naprawdę?

– Jestem malarzem. Ale nie takim od obrazów. Maluję domy.

– Nie pomyślałabym, że jesteś pracownikiem fizycznym, ale to dobre, uczciwe zajęcie dla takiego młodego chłopaka jak ty – wyjaśniła.

– A dokąd ciocia się wybiera?

– Też jadę do Stellenbosch. I też do siostry. Cierpi na podagrę. Tak kiepsko się czuje, że musi leżeć.

Tyrone Kleinbooi, o gładkiej buźce i skórze ciemnej niczym dobrze wyprażone ziarna kawy, kiwał uprzejmie głową i słuchał z uwagą, bo ta pogawędka sprawiała mu prawdziwą przyjemność. Ledwo zauważył, że przestało padać. Bardzo dobrze. Deszcz jest niekorzystny dla jego branży. W tym miesiącu słabo mu szło.

Nowoczesne gospodarstwo La Petite Margaux leżało na zboczu góry. Składały się na nie minimalistyczne szklane budynki o niemal niewidocznej konstrukcji z metalu i betonu.

Niemiecki właściciel, który powitał Griessela i Cupida przy drzwiach wejściowych, był wyraźnie poruszony. Potężny, łysy mężczyzna o karku i ramionach ciężarowca przedstawił się jako Marcus Frank.

– To prawdziwa tragedia – powiedział z ledwo słyszalnym niemieckim akcentem, prowadząc ich do salonu. Pomieszczenie miało wysokość dwóch kondygnacji. Za oknami po dwóch jego stronach roztaczały się rozległe widoki gór i doliny.

Kiedy tam weszli, z kanapy wstały dwie kobiety: jedna młoda i atrakcyjna, druga starsza, wyglądająca na ekscentryczkę.

– Kapitanie Cupido, kapitanie Griessel, to jest Christel de Haan. Zajmuje się obsługą turystów – wyjaśnił Frank i współczująco dotknął ramienia młodszej kobiety. Przez modne okulary w ciemnych oprawkach widać było zaczerwienione oczy. W lewej ręce ściskała chusteczkę i jedynie kiwała głową, jakby nie była pewna swego głosu. – A to jest Jeanette Louw – dokonał prezentacji, nadmiernie modulując głos, co sprawiło, że Griessel skupił się i zaczął obserwować język ciała rozmówcy. Wyczuwał w atmosferze, że coś tu nie gra.

Louw zbliżyła się i wyciągnęła do niego rękę. Wyglądała na jakieś pięćdziesiąt lat, miała bujne włosy ufarbowane na blond, wydatną szczękę i była krępej budowy. Nosiła czarny, markowy męski garnitur, białą koszulę i krawat w czerwono-białe paski. Zero makijażu.

– Dzień dobry – przywitała detektywów ochrypłym głosem palacza i mocnym uściskiem dłoni.

– Christel i ja zostawimy was teraz na prośbę pani Louw – wyjaśnił Frank. – Będziemy w moim gabinecie, jeśli będziecie nas potrzebować.

– Nie – sprzeciwił się Cupido – musimy porozmawiać teraz.

– Chcę najpierw porozmawiać z wami na osobności – zażądała blondynka.

– Proszę. Mój gabinet jest kilka kroków stąd. – Frank wskazał ręką na korytarz.

– Nie. Nie mamy na to czasu – oznajmił Cupido.

– Ofiary z pensjonatu to moi ludzie – powiedziała Louw.

– Co ma pani na myśli, mówiąc „moi ludzie”?

– Vaughn, wysłuchajmy, co pani ma do powiedzenia. – Griessel również nie miał ochoty na konfrontację. Analizował, co się dzieje pomiędzy tymi osobami. Poza stratą wyczuwał tam też jakieś tarcia czy swego rodzaju napięcie. De Haan rozpłakała się.

Cupido skinął głową niechętnie. Szepcząc słowa pocieszenia, Marcus Frank odesłał pracownicę obsługi turystów.

– Proszę usiąść – poleciła Jeanette Louw i sama zajęła miejsce na jednym z narożników.

Griessel usiadł, ale Cupido stał nadal z ramionami skrzyżowanymi na piersiach.

– O co tutaj chodzi? – spytał najwyraźniej niezbyt zadowolony ze stanu rzeczy.

– Jestem szefową Body Armour, firmy ochroniarskiej z Kapsztadu. Wynajęliśmy pensjonat, a nasza umowa z La Petite Margaux zawiera NDA. Nie mogą…

– Co zawiera? – zdziwił się Cupido.

– Klauzulę poufności – odpowiedziała, z trudem utrzymując spokojny ton głosu.

– W jakim celu? – dociekał Cupido.

– Jeśli pan pozwoli, wyjaśnię…

– Ścigamy się z czasem, proszę pani.

– Jestem tego świadoma, ale…

– Nasza jednostka, czyli Sokoły, nie ma czasu na jakieś pogawędki i głupoty.

– Pogawędki? – Griessel widział, że kobieta zaczyna tracić panowanie nad sobą, a na jej twarzy ból mieszał się z gniewem. Pochyliła się do przodu i oskarżycielsko wysunęła palec w stronę Cupida. – Uważa pan, że mam ochotę na pogawędki, kiedy moi ludzie leżą martwi w tym pensjonacie? Niech pan przestanie się zgrywać i pozwoli mi przekazać wam niezbędne informacje. Inaczej wychodzę stąd, a pan może mnie sobie szukać.

– Nie będzie mi rozkazywała…

– Proszę… – powiedział Griessel krótko.

Louw opadła powoli z powrotem na sofę. Minęła chwila, zanim Cupido powiedział niechętnie:

– W porządku. – Nie zmienił jednak pozycji i stał tam nadal z ramionami skrzyżowanymi na piersiach.

Kiedy Louw opanowała emocje, zwróciła się do Griessela:

– Spytam najpierw: ile ciał znaleziono w pensjonacie?

– Dwa – odpowiedział Griessel.

– Tylko dwa?

– Tak.

Skinęła głową, jakby takiej właśnie odpowiedzi się spodziewała.

– Może ich pan opisać?

– Po trzydziestce, krótkie włosy, szczupli, ogoleni. Wszystko wskazuje na to, że obaj mieli przy sobie glocki.

Louw przerwała mu, podnosząc dłoń. To, co usłyszała, jej wystarczało. Zamknęła na chwilę oczy, po czym je otwarła i powiedziała:

– Obaj byli moimi ludźmi. B. J. Fikter i Barry Minnaar.

– Przykro mi – odparł Griessel. Po czym dodał: – Pracowali dla pani?

– Tak.

– A czym dokładnie się zajmowali?– dopytywał Cupido.

– Byli ochroniarzami.

– Kim była trzecia osoba w domu? – spytał Griessel.

– Mój klient. Paul Anthony Morris.

– A kto to taki, że potrzebuje ochroniarzy? – Cupido nie odpuszczał.

– Jest… jest obywatelem brytyjskim. Tylko tyle…

– Cholera – zaklął Cupido, przeczuwając komplikacje.

Louw źle zinterpretowała jego reakcję.

– Kapitanie, to jedyne informacje, jakich zgodził się nam udzielić.

– Proszę pani – odezwał się Griessel – na chwilę obecną podejrzewamy, że on… zaginął. Jest obcokrajowcem. A to oznacza… – szukał właściwego słowa.

– Duże kłopoty – podsunął Cupido.

– Właśnie. Potrzebujemy wszelkich możliwych informacji, i to jak najszybciej.

– Właśnie po to tu jestem – odparła Louw. – Przekażę panom wszystko, co wiem.

– Ale nie chce pani zrobić tego w obecności pracowników winnicy. Dlaczego? – spytał Cupido.

– Właśnie ze względu na klauzulę poufności. Personel La Petite Margaux nie wiedział, kto przebywa w pensjonacie. Mam określone zobowiązania wobec mojego klienta. Dlatego mogę rozmawiać z wami tylko bez świadków.

Cupido wzruszył ramionami.

– Proszę powiedzieć, co pani wie – polecił Griessel.

Skinęła głową i wzięła głęboki wdech, jakby musiała zmobilizować wszystkie siły.

3

– W zeszłą środę tuż przed szesnastą Morris zadzwonił do mnie i spytał o charakter naszych usług oraz doświadczenie personelu. Mówił z… nazywają to chyba akcentem oksfordzkim. Odesłałam go do naszej strony internetowej, jednak on oznajmił, że już ją przestudiował i chciał się upewnić, czy nie są to jedynie zabiegi marketingowe. Zapewniłam go, że wszystko jest zgodne z prawdą. Miał kilka pytań dotyczących przeszkolenia naszych ludzi, a ja na nie odpowiedziałam…

– Jak są przeszkoleni? – przerwał jej Cupido.

– Większość moich ludzi to byli funkcjonariusze SAPS1, kapitanie.

– W porządku. Niech pani mówi dalej.

– Morris powiedział wtedy, i tu zacytuję jego słowa na tyle, na ile je pamiętam: „Muszę zniknąć z obiegu na jakiś czas i chcę skorzystać z czujnej, dyskretnej i profesjonalnej ochrony”. Chciał, by rozpoczęła się ona od zeszłego piątku. Potwierdziłam, że możemy spełnić jego oczekiwania, i spytałam, czy mogę wdrożyć naszą standardową procedurę w celu ustalenia zakresu usług odpowiadających jego potrzebom. Poprosił o informacje, co obejmuje taka procedura. Wyjaśniłam, że jest to seria pytań na temat jego zawodu, sytuacji materialnej, najbliższych osób, z którymi należy kontaktować się w sytuacjach awaryjnych, jak również możliwych zagrożeń, okresu, który miałaby obejmować nasza usługa, i budżetu, jakim dysponuje. Oznajmił, że nie istnieją żadne ograniczenia finansowe i że chce skorzystać z naszej usługi przez kilka tygodni, ale wolałby nie ujawniać żadnych innych informacji. Zaproponowałam, że przygotuję plan i wycenę, które wyślę mu mejlem. Odparł, że to on do mnie zadzwoni, co też uczynił po godzinie.

Griessel wsłuchiwał się w ten oficjalny ton wypowiedzi i starannie dobierane słowa. Miała wprawę w wygłaszaniu oficjalnych oświadczeń i najwyraźniej chętnie to wykorzystywała. Roztaczała wokół siebie wojskową aurę. Zastanawiał się, czy też służyła kiedyś w policji.

– Poleciłam ten pensjonat i zespół…

– Dlaczego właśnie ten? – przerwał jej Cupido.

– Korzystamy z niego regularnie. Spełnia nasze wymagania. Znajduje się niecałą godzinę drogi od lotniska, ale jest położony poza miastem, na odludziu. Można sprawnie kontrolować dostęp do niego i jego granice, a personel rozumie nasze potrzeby i wymagania.

– Rozumiem. Niech pani mówi dalej.

– Moje zalecenia dotyczące ochrony Morrisa obejmowały zespół dwóch uzbrojonych ludzi na dziennej i nocnej zmianie. Zaakceptował to od razu i spytał, co ma zrobić, żeby zawrzeć umowę. Poprosiłam, żeby wpłacił tygodniową wartość dziennych stawek. Na co on…

– Ile? – dociekał Cupido, opuszczając ramiona i siadając na krześle obok Griessela. – Ile miała wynosić ta wpłata?

– Nieco ponad pięć tysięcy dwieście funtów. To jest około siedemdziesięciu tysięcy randów.

– Za tydzień? – spytał z niedowierzaniem.

– Zgadza się.

– Zapłacił to?

– W ciągu pół godziny. Następnego dnia, czyli w czwartek, przesłał mejlem skan strony ze zdjęciem ze swojego paszportu, o co poprosiłam w celu identyfikacji i rejestracji. Według podanych tam danych miał pięćdziesiąt sześć lat i był obywatelem brytyjskim. Zadzwonił jeszcze tego samego dnia, by potwierdzić szczegóły swojego przybycia. W trakcie tej rozmowy poinformowałam go o procedurach na lotnisku i opisałam moich ludzi, którzy po niego wyjadą. I to byłoby wszystko, jeśli chodzi o mój kontakt z nim. Fikter i Minnaar pojechali po niego na lotnisko w piątek po południu. Przyleciał z Johannesburga o piętnastej dziesięć, numer lotu SA337. Oni…

– Z Johannesburga? – zdziwił się Cupido. – Nie leciał więc z Wielkiej Brytanii?

– Niewykluczone, że przyleciał z Wielkiej Brytanii do Johannesburga, a potem złapał połączenie do Kapsztadu. Nie jestem w stanie tego potwierdzić.

– Rozumiem. Proszę kontynuować.

– Fikter przysłał mi esemes o piętnastej siedemnaście, potwierdzając, że Morris wylądował bezpiecznie, i kolejny o szesnastej pięćdziesiąt dwie, informujący, że dotarli do pensjonatu La Petite Margaux i że wszystko jest w porządku. Objęli nocną zmianę w piątek, a dzienną przejęli Stiaan Conradie i Allistair Barnes. Każdy zespół meldował esemesem początek i zakończenie swojej zmiany. Nie było żadnych problemów. W niedzielę rano, pod koniec nocnej zmiany, odbyłam rozmowę telefoniczną z Fikterem, żeby sprawdzić, jak się sprawy mają. Powiedział, że Morris jest bardzo uprzejmym i wyrafinowanym mężczyzną i sprawia wrażenie odprężonego i radosnego. Conradie i Barnes przyjechali właśnie i czekają pod bramą. Porozmawiają z wami, jak tylko policja wpuści ich na teren winnicy.

– Wyjaśnijmy coś sobie – zirytował się Cupido. – Jedyne, co pani wie, to to, że ten ou z wymyślnym akcentem i siedemdziesięcioma kawałkami na zbyciu jest Brytolem. Żadnego adresu, informacji o jego pracy, nada. Równie dobrze może być seryjnym mordercą.

– Zgadza się.

– Ale pani ochoczo zaoferowała tej osobie usługi ochroniarskie?

– Kapitanie, jeśli ma pan gotówkę i chce pan kupić samochód, sprzedawca nie pyta pana, czy był pan karany.

– Gliniarz kupujący samochód za gotówkę? Marne szanse. A poza tym to nie to samo.

– Tak?

– Usługi ochroniarskie mają charakter raczej osobisty. Nie uważa pani?

Louw zaczęła ponownie pochylać się do przodu.

– Kiedy rozmawiała pani z nim przez telefon, sprawiał wrażenie wystraszonego? – spytał Griessel. – Był zaniepokojony?

Pokręciła głową.

– Nie. Podczas tamtej rozmowy wyciągnęłam jedynie dwa wnioski: że nie korzystał wcześniej z tego rodzaju usług oraz że chciał udzielić jak najmniej informacji na swój temat. – Spojrzała na Cupida i dodała: – I to wcale nie jest takie niespotykane. Usługi ochrony osobistej są ze swojej natury niezwykle dyskretne. Większość naszych klientów stanowią biznesmeni, którzy nie chcą o tym trąbić na prawo i lewo.

– Dlaczego?

– Wynika to z chęci uniknięcia rozgłosu. I chyba nie chcą też urazić swoich gospodarzy. Przyjeżdżają robić interesy z miejscowymi firmami i gdyby afiszowali się z ochroną, stworzyliby wrażenie, że mają RPA za niebezpieczne miejsce.

– Po co więc korzystają z takich usług? Turyści praktycznie nigdy nie padają tu ofiarą przestępstwa.

– To błędne przekonanie panujące wśród obcokrajowców.

– Które pani najwyraźniej umacnia. Czy po jego adresie mejlowym można wywnioskować, gdzie pracuje? Jak brzmi nazwa domeny?

– To był adres Gmail. A nick to paul podkreślnik morris 15 lub coś w tym stylu.

– W jaki sposób przekazał honorarium? Przelewem?

– Zgadza się. Ze szwajcarskiego banku, Adler, o ile dobrze pamiętam. Sprawdzę to.

– Proszę pani… – zaczął Griessel.

– Błagam, darujmy sobie to paniowanie. Mówcie mi Jeanette.

– Tych dwóch ochroniarzy…

– B. J. Fikter i Barry Minnaar.

– Zgadza się. Kiedy odeszli z policji?

– Jakieś siedem czy osiem lat temu.

– Od jak dawna pracowali dla ciebie?

– Dokładnie tyle samo lat. Zapewniam, że ten atak nie miał nic wspólnego…

– Nie. Nie to miałem na myśli. Byli w tym… dobrzy?

Zrozumiała, o co mu chodzi.

– Zatrudniam tylko najlepszych. W związku z charakterem wykonywanej pracy mają co roku powtarzane szkolenia i testy, a poziom ich sprawności, umiejętności posługiwania się bronią i samoobrony jest naprawdę wysoki. Co pół roku przeprowadzamy nawet testy narkotykowe. Zapewniam panów, że Fikter i Minnaar byli znakomitymi pracownikami.

– A mimo to… – zauważył cynicznie Cupido.

Jeanette straciła w końcu panowanie nad sobą. Rozsunęła stopy, pochyliła się do przodu i oparła łokciami na kolanach.

– Coś panu powiem. Gdyby nie był pan policjantem, bez wahania bym panu przywaliła.

Młoda kobieta, niewiele starsza od Tyrone’a Kleinbooia, spojrzała na plik banknotów, a potem na ekran komputera.

– Pańska zaległość wynosi jeszcze siedem tysięcy randów – powiedziała wyraźną angielszczyzną.

– Dlaczego wyskakujesz mi tu z angielskim? To podobno ma być uniwersytet afrykanerski – obruszył się Tyrone. – Teraz mogę zapłacić tylko tyle. Tysiąc dwieście pięćdziesiąt.

Nastroszyła się nieco.

– Nie ma znaczenia, jakim językiem ktoś mówi, proszę pana, die rekening is agterstallig. Ma pan zaległości. Przekazujemy wyniki tylko wtedy, gdy cała opłata jest uiszczona.

Pod wpływem frustracji postanowił jej dogryźć.

– Możesz rzucać mi tu tyle wymyślnych słów białych Afrykanerów, ile chcesz, ale i tak wiem, że jesteś z Cape Flats.

– Ek kom van die Pniel af, nie jestem z Flats. Widzę, że ma pan więcej pieniędzy w portfelu. Ojciec wie, co pan kombinuje?

– Jirre – jęknął Tyrone Kleinbooi. – Jakie dane widzisz tam na ekranie, laleczko?

– Nadia Kleinbooi. I nie jestem twoją laleczką.

– Wyglądam na Nadię?

– A skąd mam to wiedzieć? Mamy tu w komputerze różne dziwne imiona.

– Nadia to moja siostra. Nie mamy taty ani mamy. To pieniądze, które zarobiłem własnymi rękami, versta’ jy?A to, co mi zostało, muszę jej dać na opłacenie czynszu za mieszkanie. Nie masz więc prawa mnie oceniać. Miej serce. Płacimy wtedy, kiedy możemy. Ona uczyła się pilnie i te wyniki należą się jej, a nie wam, więc dlaczego nie może ich poznać?

– To nie ja ustalam zasady.

– Ale możesz nieco je nagiąć, net ’n bietjie. Zrób to dla swojaka.

– Mam przez to stracić pracę? Nie dzisiaj.

Westchnął i wskazał dłonią ekran komputera znajdujący się przed nią.

– Widzisz je tam?

– Te wyniki?

– Ja.

– Widzę.

– Zdała?

Jej twarz nie zdradzała absolutnie niczego.

– Ag, błagam – nalegał.

Rozejrzała się najpierw, a potem szybko powiedziała po cichu:

– Zdała, i to całkiem nieźle. – Wzięła pieniądze i zaczęła je liczyć.

– Dankie – rzucił, po czym obrócił się do wyjścia.

– Jy kannie net loep nie, musisz zaczekać na pokwitowanie.

– Sien jy, wiedziałem, że znasz gadkę z Flats.

4

Odczuwali presję czasu.

– Cyril był moim przyjacielem – wyznał Marcus Frank, niemiecki właściciel pensjonatu.

– Był cenionym pracownikiem.

Benny Griessel obawiał się, że Cupido może spytać „To dlaczego kazałeś mu nosić strój niewolnika?”, i dlatego wtrącił szybko:

– Proszę przyjąć nasze kondolencje, panie Frank. A teraz, jeden z…

– Nasza reputacja jest w strzępach – powiedział Frank. – Przy wejściu czekają już dziennikarze.

– Rozumiem. Ale jeden z gości zaginął i musimy działać jak najszybciej. Czy może pan powiedzieć, co pan January robił wczoraj wieczorem w pensjonacie?

Frank wskazał bezradnie ręką w kierunku popłakującej wciąż Christel de Haan.

Kobieta założyła okulary.

– Sprzątał stół po kolacji i rozpalił ogień – powiedziała.

– O której to było? – spytał Cupido.

– Punkt o dwudziestej pierwszej.

– Skąd pani to wie?

– Taką mieliśmy z nimi umowę.

– Z ochroniarzami?

– Tak. Śniadanie dokładnie o ósmej, sprzątanie o dziewiątej, lunch o trzynastej, a kolacja o dwudziestej. Ostatnie sprzątanie i obsługa gości o dwudziestej pierwszej. Byli bardzo stanowczy i wymagali przestrzegania wielu zasad.

– Na przykład?

– Dokładnie prześwietlili naszych ludzi. Jedynie sześciu dostało zgodę na pracę w pensjonacie w czasie, gdy oni go wynajmowali; dwóch do obsługi śniadania, dwóch do porannego sprzątania i dwóch do wieczornej obsługi gości. To znacznie utrudniało im pracę.

– Dlaczego?

– Bo zdarza się, że któryś z pracowników zachoruje albo chce wziąć wolne.

– Dlaczego więc wynajął pan dom tym ludziom?

– Bo zapłacili niemal dwa razy więcej, niż wynosi normalna stawka.

Cupido ponownie pokręcił głową ze zdumienia.

– W porządku. A więc Cyril January był jednym z ludzi zaakceptowanych przez nich?

– Zgadza się.

– Jak to funkcjonowało? Miał klucze?

– Nie. Jeśli chcieli wejść, musieli wezwać spod drzwi jednego z ochroniarzy.

– Jak dokładnie?

– Mieli dzwonić na komórkę i podać hasło. Mieli mówić „śniadanie w pokoju zielonym”, jeśli było bezpiecznie, lub „śniadanie w pokoju czerwonym”, jeśli według nich istniało jakieś zagrożenie.

– Jissis. I wtedy ochroniarz otwierał drzwi?

– Zgadza się.

– Ale mówił pan, że dwoje ludzi podawało kolację.

– Zgadza się. Córka Cyrila… – Oczy De Haan napełniły się łzami, zachrypła. – Proszę wybaczyć. Jego córka… Ona ma dopiero osiemnaście lat. Podawała kolację razem z nim, potem sprzątnęli ze stołu i ona odjechała z wózkiem. Cyril zajął się obsługą gości.

– A dokładniej czym?

– Kładł czekoladki na poduszki, sprawdzał, czy niczego nie brakuje w łazienkach, jak na przykład mydła i szamponu, żelu pod prysznic czy kremu do rąk, i rozpalał ogień w kominku.

– Wie pan, o której zwykle kończył pracę?

– Pomiędzy dwudziestą pierwszą a dwudziestą pierwszą trzydzieści.

– Jego żona była przekonana, że wczoraj wieczorem wybrał się do miasta?

– Czasami tak robi.

– Gdzie wtedy jeździ?

– Do przyjaciół.

– Zostaje tam na całą noc?

– Czasami.

– Jak wyglądała procedura, kiedy opuszczał dom? – spytał Griessel.

– Wychodził po prostu, a oni zamykali za nim drzwi.

– A dzisiaj rano?

– Jeden z pracowników naszego gospodarstwa znalazł ciało Cyrila. Około wpół do siódmej, kiedy szedł do pracy. Zauważył wtedy, że drzwi wejściowe pensjonatu są otwarte.

– No dobrze – powiedział Cupido. – Będziemy musieli porozmawiać z jego córką. Właściwie to musimy porozmawiać z całym personelem mniej więcej… – spojrzał na zegarek – mniej więcej za godzinę. Może pan ich wszystkich zebrać?

Cupido zaczął grzmieć w drodze do samochodu, zgodnie z przewidywaniami Griessela.

– „Zapłacili prawie dwa razy więcej niż normalna stawka”. To właśnie problem tego kraju, Benna. Czysta chciwość i zero, kurwa, etyki. Wszyscy chcą się tylko nachapać, wszyscy chcą skep, pappie, skep, i tak bez końca. Siedemdziesiąt kawałków za tydzień ochrony osobistej? Mówię ci, musimy zmienić branżę. A ta lesba chce mi przywalić? Za co? Za to, że mówię jej, jak jest? Nie ma prawa. Chyba mam rację, nie? Tej lesbie nie będzie pasować żadna odpowiedź. Masz przesrane, jeśli się jej postawisz. A jak się nie odezwiesz i tak gefok. To powinno być karalne. Chce mnie rozwalić? Z siedemdziesięcioma kawałkami w kieszeni, tym swoim garniturem od Calvina Kleina i tą fryzurą… Co to w ogóle ma być? Niemiecki właściciel winnicy o francuskiej nazwie, a porwano Brytola. Jakaś, kurwa, Organizacja Narodów Przestępczych, tak się to wszystko skończy. A dlaczego? Bo oni ściągają tu swoje kłopoty. Jak ci Francuzi w Sutherland i sprawa Dewani. I kto za to obrywa? RPA, kurwa.

Wsiedli do samochodu.

– Sprawca pewnie jest obcokrajowcem, ale myślisz, że wspomną choć o tym w telewizji? W życiu. Znów będą gadać o społeczeństwie przeżartym przestępczością. Całe to gówno. Tak nie może być, Benna. Mnie chce przywalić, ale prześwietla tych wszystkich volkies w strojach niewolników i pozwala im sprzątać po ich białych tyłkach aż do nocy. Czekoladki na poduszkach…

– Przyjechali technicy – oznajmił Griessel, kiedy zauważył biały mikrobus zaparkowany przy bramie pensjonatu, obok corolli fotografa policyjnego i dwóch karetek.

– Powinni się sprężyć, musimy przeszukać pokój Angola.

– Jest też Żyrafa. – Obok wielkiego forda territory należącego do Dyrektoriatu Priorytetowych Dochodzeń Kryminalnych, zwanego też Sokołami, stał wysoki i szczupły pułkownik Zola Nyathi, oficer dowodzący Grupą do walki z Terrorem Kryminalnym.

Jako pierwszy Sokół na miejscu przestępstwa Griessel zdał im relację, starając się trzymać konkretów. Wiedział, że pułkownik badawczo mu się przygląda, z tą swoją nieprzeniknioną twarzą pokerzysty.

Kiedy skończył, Żyrafa skwitował jego meldunek:

– Rozumiem. – Stał przez chwilę z pochyloną głową, zatopiony w myślach. W końcu dodał: – Dowodzisz MCO, Benny.

– Tak jest, panie pułkowniku. – Przybiło go to, bo ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował w obecnej sytuacji, było kierowanie Międzywydziałowym Centrum Operacyjnym.

– Masz już Vaughna. Ilu ludzi jeszcze potrzebujesz?

Wiedział, że Sokoły lubią pracować w dużych zespołach, które mogą uderzyć mocno i szybko, ale był sceptycznie nastawiony do tego podejścia. Ludzie będą tam dosłownie potykać się o siebie, zwłaszcza na etapie dochodzenia. Zdawał sobie sprawę, że dowodzenie nie zawsze oznaczało kontrolę nad kierunkiem, w jakim podąża śledztwo.

– Czterech detektywów, panie pułkowniku.

– Jesteś pewny?

– Tak.

– Wezwę Cloetego i zacznę uruchamiać kontakty w konsulacie.

Kapitan John Cloete był rzecznikiem prasowym Sokołów. Griessel przeczuwał, że w kontaktach z konsulatem brytyjskim będą potrzebowali wszelkiej pomocy, jaką tylko uda się pozyskać, bo choć Brytyjczycy nie dawali tak popalić jak Kanadyjczycy, a z tymi nie współpracowało się tak trudno jak z ambasadą chińską, niechętnie dzielili się informacjami na temat swoich obywateli, zwłaszcza jeśli w grę wchodziło przestępstwo. Tak czy owak, byli strasznymi biurokratami. Odpowiedział więc jedynie:

– Dziękuję, panie pułkowniku.

Zauważył, że Nyathi na chwilę zatrzymał na nim spojrzenie, zanim skinął głową i wrócił do swojego samochodu. To pewnie przez to, że wyglądał koszmarnie. Ponownie przeklął się w duchu. Wczorajszej nocy powinien…

– Chodź, Benna – powiedział Cupido. – Sprawdzimy, co zdziałali technicy.

Autokar stał na Dorp Street w Stellenbosch przed Oom Samie se Winkel, legendarnym już sklepem z pamiątkami stanowiącym atrakcję turystyczną. Tyrone Kleinbooi obserwował turystów na chodniku. Europejczyków rozpoznawał po bladych nogach i ubiorze. Przestał już się zastanawiać, dlaczego turyści europejscy i amerykańscy to jedyni ludzie w Afryce, którzy kupują i noszą stroje safari – kamizelki myśliwskie (z kieszeniami na amunicję), kapelusze w stylu Livingstone’a albo takie z szerokim rondem i trapery.

Jego zmysły się wyostrzyły. Skupił się na grupie ustawiającej się w kolejce do autokaru. Na końcu stała kobieta w średnim wieku z wielką plecioną torbą na ramieniu. Łatwy cel. To pewnie jedna z tych, które liczą na kontakt z innymi uczestnikami wycieczki. Jej gruby portfel wypchany randami, euro, kartami kredytowymi i bankomatowymi leży pewnie na samym dnie torby i aż się prosi, żeby go zwinąć. Musiał tylko wyciągnąć z kieszeni spinkę z małym słonecznikiem, ukryć ją w dłoni, schylić się przed tą kobietą i udawać, że podnosi ozdobę z ziemi.

Wujek Solly: „Jeden appie próbował tego triku z pieniędzmi, z banknotem dziesięciorandowym. Machnął nim przed jakimś jeleniem, a ten od razu skierował uwagę na swój portfel. To było głupie zagranie. Wykorzystaj coś ładnego i kolorowego, a nie pieniądze”.

„Chyba to pani upuściła” – wypowie tę kwestię spokojnie, z pewną poufałością i szerokim uśmiechem, mówiącym „spójrz, jak uczciwi są tu miejscowi”. No i ta jego gładka buźka. Niemal dotknie tej kobiety prawym ramieniem.

Kiedy zaskoczona skupi wzrok i całą swoją uwagę na spince do włosów, on wsunie rękę do jej torby i chwyci mocno portfel.

Ona uśmiechnie się z wdzięcznością, bo ci biali z północy przymilają się do czarnych, co pewnie wynika z poczucia winy za ekscesy koloniale, których się dopuszczali. Wyciągnie rękę ze spinką i kręcąc głową, powie: „Dziękuję, ale to nie moje”. On szturchnie ją lekko prawym ramieniem, wyciągając jej portfel z torby i chowając go sobie do kieszeni.

„Odpowiednie wycofanie się ma kluczowe znaczenie. Musi być płynne i szybkie. Portfel trzeba trzymać prosto i nie dopuścić, żeby zahaczył o cokolwiek – to ostatnia rzecz, jakiej ci trzeba w decydującym momencie. I pamiętaj, że ktoś może cię obserwować, więc musisz skupić uwagę wszystkich na upuszczonym przedmiocie – podnieś go wysoko i trzymaj elegancko. A potem schowaj portfel i wyciągnij rękę z kieszeni. Pokaż ją ludziom: oto moja niewinna ręka”.

„Najmocniej panią przepraszam” – powie.

Na co ona odpowie z holenderskim lub niemieckim akcentem: „Ależ nie ma za co przepraszać”. Z wyjątkiem tej Austriaczki sprzed dwóch lat, która powiedziała „Dziękuję” i wzięła od niego spinkę. Jednak całkiem nieźle na tym wyszedł. W jej portfelu były prawie dwa tysiące randów.

Uśmiechnie się, po czym zrobi w tył zwrot i odejdzie kawałek. Później obejrzy się na nią i pomacha na pożegnanie. „Nie powinieneś się śpieszyć. Idź krokiem spacerowym, Ty. Ale bądź ostrożny, want jy wiet nooit. Nigdy nic nie wiadomo” – słowa wuja rozbrzmiewały mu w głowie.

Wmieszał się w grupę turystów i zbliżył się do tej kobiety. Był gotowy, czuł mrowienie na całym ciele i odpowiednią dawkę adrenaliny.

A wtedy jego mózg wysłał mu sygnał: Nie rób tego.

„Jeśli coś twoim zdaniem nie gra, odejdź”.

Tuż za sklepem zauważył dwóch ochroniarzy, którzy mu się przyglądali.

Minął ich i ruszył w kierunku Market Street, do mieszkania siostry.

5

Już w progu Griessel i Cupido widzieli dwóch techników pracujących w jasnym świetle reflektorów w salonie. Dolatywała do nich zacięta dyskusja na temat rugby.

– Mówię ci, Bismarck to nie jest człowiek, to maszyna – zarzekał się Arnold, ten niski i gruby.

– Strzelasz sobie w stopę tym argumentem – oznajmił Jimmy, ten wysoki i chudy. Pracowali na kolanach obok siebie w przestronnym pomieszczeniu.

– Dlaczego tak uważasz?

Długi i Gruby byli zgranym zespołem i uwielbiali się przekomarzać. Wcześniej partnerką grubego Arnolda była atrakcyjna ruda pieguska. Nie był zachwycony, kiedy odeszła od nich w poszukiwaniu lepszej pracy i na jej miejsce przyjęto o wiele mniej atrakcyjnego Jimmy’ego.

– Bismarck to maszyna, tak? To jakim cudem doznał kontuzji? Tak czy siak, w tym roku zdobędziemy Puchar, bo twoja maszyna z Rekinów nawali, jak przyjdzie co do czego. Tak samo jak w zeszłym roku…

– Możemy wejść? – zawołał Griessel.

– Dzięki bogu nadleciały Sokoły – rzucił Arnold.

– Od razu czuję się bezpieczniej – zakpił Jimmy.

– Macie ochraniacze na butach? – spytał Arnold.

– Jeszcze się tu grzebiecie? – odciął mu się Cupido. – Może przestańcie pociskać te pierdoły orugby i zacznijcie się żwawiej ruszać.

– Pierdoły o rugby? I to mówi Kolored z Kapsztadu?

– Owszem i ten Kolored skopie wam te wasze białe tyłki, jeśli nie weźmiecie się do roboty.

– Jeśli jesteś taki dobry, przydasz się w drużynie Stormersów – powiedział Arnold. – Wszyscy skrzydłowi znów są kontuzjowani.

– Fokkof – wkurzył się Jimmy. – Wchodźcie, jeśli macie ochraniacze na butach. Mamy tu coś naprawdę dziwnego, co powinniście zobaczyć.

To „coś dziwnego” było łuską naboju.

– To Cor-Bon .45 ACP +P – wyjaśnił Jimmy, podnosząc ją szczypcami.

– Nie wszystkie czterdziestkipiątki mogą strzelać nabojami +P – dodał Arnold.

– Jedynie te nowsze modele.

– Naboje +P mają wyższe wewnętrzne ciśnienie maksymalne.

– I większą prędkość.

– Możemy to wytłumaczyć prostymi słowami, jeśli nie rozumiecie.

– Z laikami też potrafimy rozmawiać.

– A więc teraz jesteście specami od balistyki i od języka? – zakpił Cupido.

– Macie obszerną wiedzę na temat medycyny sądowej – powiedział Jimmy.– Jesteście prawie geniuszami.

– W przeciwieństwie do przeciętnego Sokoła – wyjaśnił Arnold.

– Czyli ptasiego móżdżka – dorzucił Jimmy.

– Fokkof – warknął Griessel. Wiedział, że nie ma sensu silić się na dowcipkowanie, bo oni i tak zawsze mieli ostatnie słowo.

– Benny, wyglądasz dzisiaj wyjątkowo apetycznie.

– A może raczej „apatycznie”? – Duet techników bawił się w najlepsze. – Nie tryskasz dzisiaj energią, co? I raczej kiepsko u ciebie ze wzrokiem, jak na Sokoła – zakpił Arnold.

– Nie widzisz tego? – zapytał Jimmy.

– Czego? – niecierpliwił się Cupido.

– Grawerunku. – Podsunął łuskę bliżej i ją obrócił.

– Co to jest? – spytał Griessel.

– Weź to. – Arnold podsunął mu szkło powiększające. Griessel wziął je od niego i przyjrzał się miedzianej gilzie.

– Wygląda jak wąż gotowy, by kogoś ukąsić.

– To niesamowite, że on cokolwiek widzi tymi swoimi przekrwionymi gałami – stwierdził Jimmy.

– A co jest pod wężem? – dopytywał Arnold.

– Czy to nie są przypadkiem litery? – Grawerunek był mikroskopijny.

– Chwała Panu. Sokoły potrafią czytać.

– Załatwić was też możemy – odciął się Cupido. – Co to za litery?

– N, kropka, M, kropka – wyjaśnił Arnold.

– No i co to oznacza? „Nie ma”?

– Skąd to wytrzasnąłeś?

– NM, czyli „nie ma”. Nie rozumiesz języka esemesów? A myślałem, że jesteś taki bystry.

– Wyrafinowani ludzie nie korzystają ze skrótowców w wiadomościach. Wielkie „N” i małe „m” oznacza „niutonometr”. Jeśli obie litery byłyby małe, oznaczałoby to „nanometr”. Ale w jednym i drugim skrócie nie ma kropek – wyjaśnił Arnold.

– No to co oznaczają dwie wielkie litery z dwiema kropkami?

– Myślałem, że to wy jesteście detektywami.

– Bo wy, geniusze, nie znacie odpowiedzi? – triumfował Cupido.

– Nie możemy odwalać za was całej roboty.

– A przynajmniej nie możemy robić tego nieustannie.

– Fokkof – burknął Griessel. – Musimy przeszukać ostatni pokój. Skończyliście już tam?

– Tam nawet jeszcze nie zaczęliśmy.

– Jissis – jęknął Cupido.

Poszli porozmawiać ze Scarlett January, córką Cyrila, zabitego pracownika.

Cupido usiadł obok niej na wygodnej kanapie w salonie. Wziął ją za rękę i przemówił łagodnym, pełnym współczucia głosem. Griessel i Christel de Haan siedzieli na krzesłach.

– Bardzo ci współczuję.

Śliczna, drobna dziewczyna z oczami pełnymi łez skinęła głową.

– Gdybym tylko mógł, nie zawracałbym ci teraz głowy. Ale chcemy złapać tych drani. Muszą zapłacić za to, co zrobili twojemu tacie.

Kolejne skinienie.

– Odpowiesz na kilka pytań?

Pociągnęła nosem, wydmuchała go i odpowiedziała:

– Tak, wujku.

– Jesteś bardzo dzielna, sistertjie. Twój tata byłby z ciebie dumny. Pracowałaś z nim codziennie w pensjonacie?

– Tak.

– Na nocnej zmianie?

Przytaknęła.

– Widziałaś Anglika?

– Ja.

– Co możesz o nim powiedzieć?

– Był bardzo przyjacielski.

– Rozmawiał z tobą?

– Ja.

– Co powiedział?

– „Mój stolik ładnie wyglądał” i „Jedzenie było smaczne”.

– To wszystko?

– I jeszcze „Jak tu uroczo w tej winnicy”, kiedy wyglądał przez okno. Tylko tyle.

– W porządku, sistertjie. Bardzo dobrze. A teraz ochroniarze. Z nimi też rozmawiałaś?

– Raczej nie.

– Byli mili dla ciebie?

– Ja, wujku. Ale nie mówili zbyt wiele.

– O której wczoraj stąd wyszłaś?

Na wspomnienie poprzedniego wieczoru ramiona Scarlett zadrżały. Dopiero po chwili odpowiedziała:

– Nie wiem.

– W porządku, sistertjie. Mniej więcej o dziewiątej?

Skinęła głową.

– I w pensjonacie wszystko było w porządku?

Kolejne przytaknięcie.

– Tak samo jak w inne dni?

– Ja.

– Ochroniarze się nie zmienili?

– Nie, wujku.

– Jak wyszłaś? Któryś z tobą rozmawiał?

– Ja. Ten, którego nazywali B. J.

– Opowiedz, jak to się odbyło.

– Powiedziałam B. J.’owi, że skończyłam pracę. Poszedł otworzyć drzwi. Wyszedł na zewnątrz, rozejrzał się i wrócił, mówiąc, że wszystko jest w porządku. Potem zadzwoniłam do taty, bo musiał mi pomóc znieść wózek po schodach. A potem…

– Jaki wózek?

– Ten, którego używamy do zbierania resztek jedzenia i naczyń.

– Rozumiem. Co było potem?

– Wyszliśmy, tata pomógł mi na schodach i zawiozłam wózek z powrotem do restauracji.

– Zamknęli za tobą drzwi?

– Nie wiem.

– Nie szkodzi. Nie widziałaś niczego, kiedy pchałaś wózek do restauracji?

– Ja tylko… – Scarlett January rozpłakała się na nowo. Christel de Haan wstała, podała jej kilka chusteczek, po czym wróciła na swoje miejsce.

Dziewczyna uspokoiła się i po chwili podjęła:

– Wujku, ja… Trochę się wstydzę.

Cupido nachylił się ku niej i wyszeptał jej do ucha:

– Powiedz, nikomu tego nie powtórzę.

Skinęła głową, wydmuchała nos i zwróciła usta w stronę jego ucha.

– Tata mówi, że urodziłam się z helm.

– Rozumiem.

– Bo mam czasami te gevoelentes; przeczucia.

– Mów dalej.

– Kiedy szłam tamtędy, opanowało mnie dziwne uczucie, wujku.

– Jakie uczucie, sistertjie? – wyszeptał ledwo słyszalnie.

– Zło, wujku. Straszne zło. Tam, przy krzewie bugenwilli.

6

Tyrone przekazał siostrze wynik jej egzaminu. Usiadł w jedynym fotelu w jednopokojowym mieszkaniu Nadii – tym fotelu ze złamaną nogą, który znalazł przed domem w Bo-Kaap. Naprawił go niezbyt fachowo, bo nie znał się za bardzo na stolarce. Mimo to fotel był solidny i wygodny.

– Jestem z ciebie bardzo dumny – pochwalił ją.

Miała długie czarne włosy i odznaczała się delikatnym pięknem. Usiadła przy dużym stole roboczym. Zdobył ten mebel w zamian za iPhone’a w sklepie z używanymi rzeczami przy Albert Street w Woodstock.

– Dzięki, boetie.

– Nie martw się, zdobędę pieniądze do końca miesiąca – tłumaczył. Wyciągnął portfel z kieszeni. – Masz tu na czynsz.

– Nie, potrzebuję tylko tysiąc. Zebrałam dobre napiwki.

– Właśnie o tym chciałbym porozmawiać. Mniejsza o napiwki, jesteś tu po to, żeby studiować.

– Ale ja lubię tę pracę, boetie.

– Rozumiem, ale nou’s dit bardzo ważny okres dla ciebie.

– Nie mogę całymi dniami tylko zakuwać.

– To wybierz się na spacer. Albo idź gdzieś ze znajomymi.

– Nie. Pod koniec zmiany możemy zjeść za darmo. Dzięki temu oszczędzam sporo pieniędzy. A skąd do końca miesiąca weźmiesz ponad pięć tysięcy randów?

– Duże zlecenie na malowanie na Rose Street. Cały blok mieszkaniowy. Jestem jednym z podwykonawców Donniego Fisha. To obejmuje też wnętrza, więc mogę pracować nawet podczas deszczu. Tak czy owak, gospodarka w Kapsztadzie znów rozkwita, turystyka wzrosła o siedemnaście procent. Ek se jou, do grudnia nazbieram kasę na połowę czesnego za przyszły rok. Ty masz się skupić na nauce, żeby przyjęli cię na studia. Nie chcę, żebyś marnowała czas na kelnerowanie.

– To nie jest marnowanie czasu. – Robiła tę swoją upartą minę, którą pamiętał jeszcze z dzieciństwa. – I na pewno się dostanę.

Wiedział, że jej nie przekona.

– To właśnie chciałem usłyszeć.

Przyjechało czterech kolejnych Sokołów – porucznik Vusumuzi Ndabeni, niskiej postury, z zadbaną kozią bródką i czujnym spojrzeniem; porucznik Cedric „Ulinda” Radebe, były bokser, którego ksywa w języku zulu oznaczała „Miodożer”; kapitan Mooiwillem Liebenberg, najprzystojniejszy detektyw DPDK i uznany kobieciarz; oraz kapitan Frankie Fillander, weteran z długą blizną po nożu, ciągnącą się od ucha aż po czubek głowy.

Stojąc na trawniku przed pensjonatem, Griessel przekazał im najnowsze informacje. Musiał się skoncentrować, ponieważ jego zmęczenie stopniowo przybierało na sile. Był coraz bardziej skrępowany swoim wyglądem i spojrzeniami, jakie rzucali mu koledzy. Poprosił Ndabeniego i Fillandera, najłagodniejszych posterunkowych, żeby przesłuchali pracowników winnicy, a Radebemu i Liebenbergowi polecił porozmawiać z ochroniarzami.

Następnie poszedł z Cupidem na taras, żeby sprawdzić, czy technicy skończyli już pracę. Nagle powiało znowu chłodem.

– Globalne ocieplenie? – rzucił Cupido, spoglądając na ciemne chmury, które ponownie zbierały się na wschodzie. – Mam wrażenie, że każda kolejna zima jest chłodniejsza i wilgotniejsza.

W kieszeni Griessela zabrzęczała radośnie komórka. Wiedział, kto dzwoni i o co chodzi.

Koledzy spojrzeli na niego z zainteresowaniem.

– No proszę, masz iPhone’a.

– Owszem – potwierdził Griessel.

– Od kiedy?

– Od piątku.

Cupido nadal nie krył zdziwienia.

– Dostałem go od Alexy – wyjaśnił Griessel.

Alexa Barnard. Jego nowa miłość – dawniej słynna piosenkarka, teraz alkoholiczka po odwyku, trzeźwa od stu pięćdziesięciu dni, usiłująca odbudować swoją karierę.

– Piątkę?

– Nie wiem.

– Jy wietie? – Cupido zaśmiał się z jego niewiedzy.

Griessel wyciągnął telefon z kieszeni i pokazał go koledze.

– Yip, iPhone 5C. To nie Android, ale Benny, broe’, daai’s kwaai. Witamy w dwudziestym pierwszym wieku. Awansowałeś na level pro.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy Cupido był dla Griessela mentorem od nowinek technicznych. Od dłuższego czasu suszył Benny’emu głowę, żeby ten sprawił sobie smartfon z Androidem. „Kup HTC, Benna. Żadnych samsungów. Ci goście to jedna wielka sekta, która przejmuje władzę nad światem tymi swoimi kolejnymi gadżetami. Nigdy nie ufaj producentowi telefonów, który robi też lodówki, pappie”.

Przed wejściem do pensjonatu Cupido zawołał w głąb budynku:

– Jimmy, skończyliście już?

Griessel przeczytał szybko wiadomość na swoim telefonie. „Stęskniłam się za Tobą. Powodzenia. Nie mogę się doczekać dzisiejszego wieczoru. Mam dla Ciebie niespodziankę. Xxx”.

Z wnętrza domu dobiegła odpowiedź:

– Już prawie koniec. Załóżcie znowu rękawiczki i ochraniacze na buty.

W milczeniu wykonali polecenie, po czym ostrożnie przeszli przez hol wejściowy i salon aż do korytarza. W ostatniej sypialni Długi i Gruby pakowali sprzęt do zdejmowania odcisków palców.

– Natknęliśmy się na kilka dziwnych rzeczy – oznajmił Arnold.

– My też – odpowiedział Cupido. – Wy dwaj.

– Na was to już nic nie robi wrażenia – poskarżył się Jimmy.

– Wszystko po was spływa – dodał Arnold. – Po pierwsze, na drzwiach wejściowych jest plama krwi, co nie ma sensu, biorąc pod uwagę położenie ciał.

– Wewnątrz czy na zewnątrz? – dociekał Griessel.

– Na zewnętrznej stronie drzwi.

– Drzwi były otwarte, kiedy tu dotarłem. Krew mogła wziąć się ze środka.

– Rozważaliśmy to – wyjaśnił Jimmy – ale to nadal nie pasuje.

– Po drugie – wyliczał Arnold – w korytarzu znaleźliśmy kolejną łuskę. Leżała pomiędzy liliami. Ten sam kaliber i ten sam grawerunek z kobrą.

– Jeden strzelec załatwił obie ofiary – zawyrokował Jimmy.

– Po trzecie, wszystkie ubrania mężczyzny są nowe – kontynuował Arnold. – Zupełnie nowe. I to dosłownie wszystko, łącznie z majtkami.

– Tak samo walizka – dodał Jimmy. – Praktycznie nieużywana.

– No i jego paszport.

– Gdzie jest? – spytał Griessel.

– Górna szuflada po prawej stronie, w nowym bajeranckim etui ze skóry – odpowiedział Arnold.

Griessel przestąpił ostrożnie ponad pofałdowanym dywanem oraz pościelą leżącą na podłodze i otworzył szufladę stolika nocnego. W środku znajdowała się saszetka z błyszczącej skóry. Wyciągnął ją i otworzył. Znalazł w niej odcinki kart pokładowych na loty linii Air France i SAA. Wynikało z nich, że Paul Anthony Morris był pasażerem lotu AF0990 z lotniska Charles’a de Gaulle’a w Paryżu do Johannesburga, gdzie przybył w czwartek o 23:30 i skąd następnie w piątek udał się do Kapsztadu lotem SA337. Za każdym razem podróżował klasą biznesową.

Griessel wyciągnął paszport z przegródki w saszetce. Wyglądał na nowy, a jego czerwona okładka ze złotym napisem i godłem narodowym były gładkie, bez żadnych zagięć czy innych zniszczeń.

Otworzył go i przekartkował do strony ze zdjęciem. Widniał na nim mężczyzna po pięćdziesiątce o długiej symetrycznej twarzy bez cienia uśmiechu. Włosy przykrywały mu uszy, ale były schludnie przycięte, ciemne, posiwiałe na skroniach. Patrząc w obiektyw, skierował wzrok nieco w dół, co Griesselowi nasunęło myśl, że mężczyzna był wysoki.

Na prawo od zdjęcia widniała data urodzenia – 11 września 1956 – oraz data wydania paszportu. Ledwie tydzień temu.

Cupido podszedł do Griessela i stanął za nim, kiedy ten szukał strony ze stemplami kontroli granicznej. Były tylko dwie: francuska z zeszłego czwartku i południowoafrykańska z piątku.

– Nowiuteńki – stwierdził Cupido.

– Właśnie to usiłowaliśmy wam wytłumaczyć. – Jimmy westchnął cierpiętniczo.

– Znaleźliście portfel? – spytał Griessel.

– Nie – odrzekł Arnold. – Jeśli ma portfel, to pewnie zniknął razem z nim. Albo leży gdzieś tu w pensjonacie.

– Coś jeszcze?

Jimmy włożył rękę do swojej walizki i wyciągnął torebkę dowodową.

– Opaska zaciskowa do kabli – oznajmił, podnosząc ją. – Leżała na wpół ukryta pod łóżkiem.

Griessel wziął od niego woreczek i przyjrzał się uważnie jego zawartości. Opaskę zaciśnięto, a potem rozcięto.

– Tylko jedna?

– Tak.

Griessel pozwolił fotografowi policyjnemu zrobić najpierw zdjęcia paszportu – okładki, strony z danymi właściciela i z pieczątkami. Poprosił, by Cupido pojechał z fotografem, zaczekał na odbitki, a potem zawiózł je do brytyjskiego konsulatu.

– Błagam, Vaughn, zachowuj się dyplomatycznie.

– Czyż nie tak zawsze się zachowuję?

– Zadzwoń najpierw do Żyrafy i sprawdź, czy pogadał już z kim trzeba.

– Nie ma sprawy, Benna.

Wolałby sam pojechać, żeby móc się zastanowić nad sprawą i nad swoimi przewinieniami. Ale też dlatego, że Cupido był najmniej dyplomatyczny ze wszystkich Sokołów. Jednak to on dowodził MCO w tej sprawie. Na razie musiał tu zostać.

Pobiegł w mżawce do garażu, gdzie Radebe i Liebenberg przesłuchiwali dwóch pracowników Body Armour.

Czterej stojący w kręgu mężczyźni rozsunęli się, by włączyć w swoje grono Griessela. Liebenberg przedstawił go dwóm ochroniarzom, Stiaanowi Conradiemu i Allistairowi Barnesowi. Tak samo jak ofiary byli krótko ostrzyżeni i barczyści. I też mieli czarne garnitury oraz białe koszule. Patrzyli z posępnym wyrazem twarzy.

– Przykro mi z powodu waszych kolegów – powiedział Griessel.

Skinęli głowami.

Niewygodną ciszę przerwał po chwili kapitan Willem Liebenberg, który zerkając do swojego notatnika, zakomunikował:

– Przejmowali zmianę codziennie rano o siódmej trzydzieści i pracowali dwanaście godzin, do dziewiętnastej trzydzieści. Procedura przejmowania zmiany wymagała wykonania telefonu z zewnątrz i podania kodu słownego: „zielony”, czyli bezpiecznie, lub „czerwony”, niebezpiecznie. Następnie drzwi wejściowe otwierano od wewnątrz i zamykano ponownie. Mówią, że ten Brytyjczyk, Morris, był przyjacielski, ale niezbyt rozmowny.

– Rozumiecie pewnie, że nie zachęcamy do rozmowy – wyjaśnił Barnes.

– To odrywa nas od pracy – dodał Conradie.

– I dlatego niewiele wiedzą na temat tego mężczyzny – kontynuował Liebenberg. – Na oko metr osiemdziesiąt wzrostu, waży mniej więcej dziewięćdziesiąt kilogramów, ma czarne włosy i brązowe oczy. Mówi z wyraźnym akcentem brytyjskim. Codziennie po śniadaniu i po szesnastej wybierał się z eskortą na spacer po winnicy trwający jakieś czterdzieści minut i każdego…

– Poprosił o to? O te spacery? – spytał Griessel.

Conradie odpowiedział:

– Przedstawiamy klientom paletę propozycji. On wybrał właśnie tę.

„Paleta propozycji”. Gdyby Cupido tu był, już by się natrząsał, że byli policjanci sadzą wymyślną gadkę.

– I to jest bezpieczne?

– Bezpieczeństwo to pojęcie względne – odrzekł Barnes i dodał: – Chyba że klient zdradzi charakter zagrożenia. Czego Morris nie zrobił.

Radebe pokręcił głową:

– Pytaliście go o to?

– Tym zajmuje się pani Louw. To ona zbiera wywiad. Przekazała nam, że klient nie zamierza tego wyjawiać. Do naszych zadań należy przedstawienie klientowi palety wyborów i zrealizowanie ich. Jeśli uważa, że natura zagrożenia zezwala na spacer, musimy to zaakceptować – wyjaśnił Conradie.

– Spytał, czy na pewno nikt nas nie śledził w drodze z lotniska – dodał Barnes.

– A śledził?

– Gdyby Fikter i Minnaar coś takiego zauważyli, na pewno by o tym zameldowali.

– Rozumiem – powiedział Griessel.

7

Ochroniarze powiedzieli, że Morris w ciągu dnia przesiadywał ze swoim komputerem i iPadem, a wieczorami przed kominkiem z książką, którą wybrał z regału w salonie. Czasami stał po prostu przy oknie w jadalni i patrzył na dolinę Franschhoek. Raz miał podobno powiedzieć: „Nie miałem pojęcia, że ten kraj jest taki piękny”.

Griessel spytał, gdzie Morris chował swój komputer i iPada.

– Nie chował go. Za każdym razem kiedy wychodziliśmy, zostawiał ten sprzęt na stole w jadalni – odrzekł Conradie.

– A podczas posiłków?

– Morris jadł w jadalni, a my w kuchni.

Conradie zauważył, że Griessel ściągnął brwi.

– Tego wymaga protokół – wyjaśnił.

– Miał telefon komórkowy?

– Pewnie tak. Choć nigdy go z nim nie widzieliśmy – odparł Conradie.

– Mógł go używać w nocy w swoim pokoju, kiedy nie byliście z nim.

– Całkiem możliwe.

– Nigdy nie prosił, żebyście do kogoś zadzwonili?

– Nie.

– Czy w pensjonacie jest Wi-Fi? – spytał Radebe.

– Tak.