Kobiety z klasą - Sigurðardóttir Steinunn - ebook

Kobiety z klasą ebook

Sigurðardóttir Steinunn

2,6

Opis

Słoneczny Paryż kontra wulkany i lodowce Islandii.

Pełna humoru i lodowatej ironii rozprawa o feminizmie i wolności seksualnej.

Maria Hólm, islandzka wulkanolog, która cudem przeżyła wypadek na lodowcu, jest u szczytu kariery. Kiedy wyrusza do Paryża, aby wygłosić wykład, w samolocie poznaje niezwykłą elegancką kobietę. Następnego dnia spotyka ją podczas śniadania w kawiarni. Gemma jest zdeterminowana, chce zrewolucjonizować świat, odebrać władzę mężczyznom i przekazać ją w ręce kobiet. To, co głosi, jest dla Marii kompletnie nowe, podobnie jak nagła fascynacja Gemmą. Kim jest kobieta o dziwnym głosie, jednocześnie chrapliwym i łagodnym? I czego chce od Marii?

Steinunn Sigurðardóttir to jedna z najbardziej uznanych islandzkich pisarek, laureatka Icelandic Literary Award. Przez ponad dwadzieścia lat pracowała w islandzkim radiu RÚV, przygotowywała też programy telewizyjne. Kobiety z klasą to ironiczny i humorystyczny manifest autorki w obronie postulatów feministycznych i wolności seksualnej. W tej powieści ukazuje wszystkie swoje atuty: lodowatą ironię, cięty styl, poczucie humoru i niepowtarzalne spojrzenie na miłość i erotyzm.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 218

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,6 (24 oceny)
3
6
3
2
10
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
kreatywnakapibara

Nie polecam

Dawno nie czytałam tak chaotycznie napisanej książki. Zupełnie nie wiedziałam o co do końca chodzi. Nie przekonała mnie ani fabuła, ani pomysł. Zmęczyłam się czytając tę książkę.
00
Michaelka

Nie polecam

nie przekonuje mnie postrzeganie świata tych kobiet
00

Popularność




W czasach, których nie sięgam pamięcią, na wsi w Brunasandur zaczynałam dzień od tego, że wspinałam się na kuchenny stół, przyklejałam nos do szyby i patrzyłam na lodowiec.

„Aj, aj, pa, pa, wieczorem sobie poszedł… Aj, aj!” – recytowałam, jeśli nie było go widać.

Nazywałam go Wodowcem, bo nie umiałam wymówić „jökull” (isl. lodowiec) i jeśli z rana znów go widziałam, mówiłam: „Wodowiec wrócił!”. Powtarzałam te słowa, tańcząc.

Latem, kiedy z rzadka nie wypływał w morze, tata przylatywał lub przyjeżdżał samochodem z Akureyri do mnie i do mamy, do Brunasandur. Podczas jego obecności nie musiałam rano wspinać się, żeby ujrzeć lodowiec, ponieważ tato już nie spał i stawiał mnie na stole. I trzymając, żebym nie spadła, wskazywał ze mną palcem w jego stronę i razem trajkotaliśmy: „Wodowiec wrócił… halo!” albo „Aj, aj, pa, pa…”.

Po raz ostatni tata odprawił nasz poranny ceremoniał w domu przy kuchennym stole dzień przed utonięciem – wyśpiewał mi moje brednie o Wodowcu, który zmieniał się w Misia, jak słusznie zrozumieliby ci, którzy kojarzą gaworzenie małych dzieci.

Kiedy spadliśmy z Bardurem z lodowca, dwieście metrów w dół, i nie było od nas żadnych wieści przez dziesięć godzin, mama zachowała spokój i każdemu, kto pytał, powtarzała, że gleczer*mnie zwróci, bo jestem wieśniaczką na starej umowie na wyłączność.

To jest coś, pod czym się podpisuję – umowa na wyłączność. Upadek z wysokości trzech wież kościoła Hallgrímskirkja to coś, czego ani ja, ani Bardur nie spodziewaliśmy się przeżyć. Nasz dżip stracił przyczepność i zaczął się staczać. Podczas tego gwałtownego zjazdu z chmur odbijającą się od skał rozchwierutaną windą – wśród wzbijających się w powietrze niezliczonych białych gwoździ, okrutnie raniących moje ramiona i usiłujących oderwać je od tułowia – świat zdawał się skończony i ograniczony, a ja z całych sił przyciskałam ręce do ciała, słysząc, jak łamią się wraz z końcem żywota… Ten jeden raz płakałam z bólu i tęsknoty większej niż sam żal.

Ta wieczność w powietrzu trwała podobno siedem sekund i w momencie Wielkiego Upadku z hukiem się rozmyśliła, po czym ogarnęła nas cisza i za jej przyzwoleniem przekroczyliśmy granicę krainy żywych, a pierwsze, co pomyślałam, to czy sprzęt – pożyczone drogie przyrządy do pomiaru drgań sejsmicznych – nie uległ zniszczeniu.

Części auta, aparatura, skrzynki z narzędziami zostały rozrzucone w promieniu jakichś dwustu metrów, między jęzorami lawiny. Ratownicy nigdy nie widzieli czegoś podobnego i nie przyszło im nawet do głowy, że w tych okolicznościach jedna kobieta i jeden facet mogą jeszcze dawać jakieś oznaki życia.

Lodowiec zwrócił nie tylko mnie – zgodnie ze starą umową – ale również Bardura Stephensena (oboje w fatalnym stanie), pozostawiając za nami kręty krwawy trop czworonogiej cudacznej bestii, ciągnącej za sobą namiot, który miał chronić przed lawinami po tym, jak jedna z nich niemal nas wykończyła. Lodowiec zwrócił mnie w chwili ostatecznej… Zaczynało się ściemniać i było mi już tak ciężko, że nie przetrzymałabym nocy w namiocie, który zdążył zamienić się w worek z zamkiem błyskawicznym – nie taki na zwłoki zmierzające do wilgotnego grobu, lecz na dwoje obolałych rozbitków na czaszy lodowca, oczekujących na własną śmierć, co można było wyczytać w ich twarzach, gdy zostali odnalezieni.

* Dawne określenie lodowca (przyp. red.).

DONNA W SAMOLOCIE

Mniej więcej wtedy, kiedy mężczyźni przestali zwracać na mnie uwagę, zainteresowały się mną kobiety, ale nie od razu to zauważyłam. Absolutnie. Czas reakcji wydłuża mi się, gdy chodzi o coś innego niż sprawy związane z nauką.

Ta nowa konstatacja o kobietach i ich uwadze trochę drażni i wzbudza we mnie szyderczy strach, również dlatego, że nie rozumiem, co one we mnie widzą. W jakiejś tam babie, która przestała dbać o wygląd i odzież i zrobiła się ociężała – nie tylko, jeśli chodzi o wagę.

A ona zaczyna na mnie zerkać pożądliwie – ta elegancka kobieta z rejonu Morza Śródziemnego, siedząca po drugiej stronie przejścia w samolocie do Paryża. Mruga niczym biblijne niewiasty, które kuszą mężczyzn rzęsami. Wysyła drobne sygnały, jak lekkie wysuwanie czubka języka. Ostre to – albo prawdziwe, albo zna tę sztuczkę.

Jest wysoka, szczupła, od stóp do głów ubrana na czarno. Kruczoczarne włosy, splecione w podwójny warkocz i przerzucone przez ramię, spoczywają na piersi, która jest bliżej mnie. Zachowanie tej damy jest przemyślane w najmniejszym szczególe, ale to włosy i masywny złoty krzyż czynią ją wyjątkową. Tak niefortunnie jednak się składa, że współistnienie głównych bestii, krzyża i warkocza, nie układa się najlepiej i regularnie trzeba je poprawiać, jeśli mają korzystnie wyglądać.

Lekkie turbulencje powodują, że śniadej kobiecie ledwie udaje się uratować szklankę. Spogląda na mnie zlękniona. Patrzę na nią niczym matka, szczęśliwa, że udało mi się pozbyć lęku przed lataniem, szczęśliwa, że nie siedzę w toalecie. Nie cierpię samolotowych toalet, zwłaszcza wtedy, gdy w momencie siadania na sedesie zaczynają się turbulencje.

Pasażerom nakazuje się zapiąć pasy, podnieść stoliki. Nieco zniewieściały steward teatralnym gestem odbiera od kobiety szklankę. A ona patrzy na mnie przerażona, błagając o schronienie, jakbym była skalną kryjówką dla spanikowanej owcy podczas burzy.

Ale nie jestem schronieniem wśród skał, ona nie jest owcą i nie ma burzy. I nagle wstępuje we mnie pies i zdecydowanie kręcę głową w jej stronę: „Dzięki, już wystarczy, weź daj sobie spokój; o ile się orientuję, ostatnio aż po opuszki palców interesowali mnie mężczyźni”.

Miałam zamiar wykorzystać czas podczas lotu i przejrzeć swój wykład na temat zagrożenia opadem pyłów wulkanicznych z Bardarbungi, do którego wygłoszenia na konferencji w Clermont-Ferrand namówił mnie mój dawny profesor, Peter White, ale jestem niewyspana i brak mi ostrości spojrzenia, więc wybieram Wiernego ogrodnika Johna le Carré. Wkładam różowe okulary do czytania i zatapiam się w książce, którą czytam po raz drugi, jakby była nowa. Mam talent do zapominania każdej lektury, chyba że dotyczy mojej pracy.

Kiedy przypomina mi się kobieta z krzyżem, wykorzystuję technikę patrzenia spode łba, której nauczyłam się, gdy mój małżonek Diddi się obrażał. Spoglądałam na niego, aby się przekonać, czy już mogę się do niego odezwać, a ponieważ go to denerwowało, byłam zmuszona się maskować. Teraz widzę, że moje obcesowe zachowanie dotarło do niej i siedzi dość pochmurna. Poza tym boi się, bo samolot wariuje.

Czytam dalej, choć mam dość tego trzęsienia, i potajemnie śledzę, jak Kobieta Śródziemnomorska prosi o coś stewarda. Brakuje jej leku na awiofobię – whisky.

Ma ciekawy głos, szemrząco miękki i skrzecząco wulgarny. Akcent włoski, intonacja własna, domowej roboty z kraju na dalekim południu, gdzie słońce ogrzewa i karmi zielone i fioletowe oliwki wśród srebrnych liści.

Steward mówi, że turbulencje zaraz miną, a z nimi niebezpieczeństwo, i kładzie drobną dłoń na ramieniu dźwigającym czarny warkocz.

Tembr głosu donny przypomina Roda Stewarta śpiewającego I am sailing, stormy waters…

Rod Stewart na starym teledysku, który mój umiłowany mężczyzna A tak bardzo cenił. Rod Stewart płynący wzdłuż Manhattanu, z dziewczęcą, smutną miną i w marynarskiej czapce… To be with you… to be free…

Mimo iż turbulencje minęły, a kobieta dostała drinka pocieszenia, jej pełne klasy oblicze się nie rozjaśnia. Czyżby miała zawiedzioną minę? Z mojego powodu? Oczywiście musiała zauważyć, że zapomniałam się i zagapiłam na nią. To nie jest wykluczone. Od kiedy to wiemy dokładnie, jakie wysyłamy znaki mówiące o naszych skłonnościach? Co najmniej połowa jest naturalnie fałszywa, ponieważ chcemy i nie chcemy, i nie mamy pojęcia, czego chcemy, choć wydaje nam się, że wiemy…

Czy to na tym poległam? Że chciałam i nie chciałam? A jeśli tak było, że chciałam i nie chciałam? Czy to go odstręczyło? Mężczyznę, którego opłakuję i który wciąż jest obecny w moich snach, po tylu latach. A może to nie ja, tylko on sam się odstręczył z jakichś niewiadomych powodów.

Śnię o nim i śnię. Ostatnio minionej nocy, a potem jeszcze rano, podczas jazdy na lotnisko w Keflaviku.

Odwoził mnie chevroletem, którego miałam, kiedy byliśmy razem. Wysiadłam z auta przed jego domem – musiałam to zrobić, żeby przesiąść się na miejsce kierowcy. To było zimą, miał na sobie kurtkę kożuchową, przyciągnął mnie do siebie w ciemności, oplótł miękkimi jagnięcymi ramionami i szepnął mi coś na ucho.

– Nie słyszę – powiedziałam.

– SURE – odparł. – Sure się cieszę, że cię widzę.

Pragnęłam całusa, którego nie otrzymałam, więc sama pocałowałam go w policzek na pożegnanie.

Każdy sen o nim jest snem o nadziei – o niespełnionej nadziei, o nadziei przemijającej i pojawiającej się ponownie. Wciąż zdarza mi się płakać za nim we śnie. Na jawie płakać nie umiem.

Kiedy zerwaliśmy, przestałam pisać wiersze. Gdzieś jeszcze mam te, które o nim napisałam, gdy byliśmy razem, jak również Wiersz na pożegnanie. Nikt go nie widział i nigdy nie zobaczy. Pokazywałam mu te piękne wiersze na jego temat. To był błąd. Człowiek nie powinien nikogo wpuszczać do najgłębszych zakamarków duszy, zwłaszcza kogoś, kogo się kocha. Miłość to sztuka wojenna. Jeśli darząc uczuciem, nie umie się korzystać z rozumu, traci się ukochanego. Może i tak by się go straciło. Nie wiadomo, bo miłość to tajemnica, podobnie jak jej koniec. Dlaczego jedno przyciąga drugie? Co on takiego widzi? Jak reaguje na dotyk ukochanej osoby?

I szczęście. Jeśli spojrzeć na to z dłuższej perspektywy, czyż jest czymś innym niż uśmiechniętym, płaskim pojęciem z książek i filmów? Jakiemu zdrowemu na umyśle człowiekowi przyszłoby do głowy, że można być na stałe szczęśliwym? Chyba już od dawna wiadomo, że istota ludzka nie potrafi postępować ze szczęściem. Że nie jest do szczęścia stworzona. Że człowiek to nieszczęsne zwierzę, nieumiejące nic innego, jak tylko próbować nieść swój niefart z godnością, wykorzystać go jak najlepiej – wykorzystać jak najlepiej…

Może da się osiągnąć równowagę – to pożądane – ale tęsknota za szczęściem nie pozwala nam spać i ja ciągle śnię o idylli poprzedniego życia. W moim przypadku trwała ona kilka miesięcy – przez dokładnie znaną mi liczbę tygodni – i wiem, jak to szczęście wygląda. Nie powinnam być za to wdzięczna? Nie powinnam też dziękować za to, że stałam się ofiarą ogromnego smutku? Pytanie tylko, co on ze mną zrobił? Co on ze mnie zrobił? Ponieważ zostałam przede wszystkim ukształtowana przez smutek i żal.

Jeżeli nie strata ojca, to nieuleczalna rozpacz związana z miłością; jeśli nie ona, to strata nienarodzonego; jeśli nie to, to dwustumetrowy upadek z lodowej krawędzi, plus rozwód, a to wszystko w końcu widać na twarzy – chodzi mi o moją. Oczy zapuchnięte od rozpaczy i bezsenności – tu przepracowanie dokłada swoje. Spoglądając w lustro, widzę przerażająco umęczone oblicze i usiłuję przeciwdziałać temu przyklejonym na stałe uśmiechem, ale jestem pewna, że zmęczenie spod niego przebija.

Szczęśliwie przez długi czas nie obnosiłam się z moim stanem. Kobieta wyglądająca niczym elf-śmieszek, gdyby takowy istniał: zadarty nosek, jasnoniebieskie oczy i kąciki ust skierowane w górę, również wtedy, kiedy byłam przybita. Głębokie dołeczki. Teraz to wszystko uległo zmianie – opadające kąciki ust, dołeczki jak poszerzone zmarszczki, błękitne oczy pozbawione blasku, a zadarty nosek to parszywy garb między pucułowatymi policzkami z popękanymi naczynkami krwionośnymi.

Powiedział: sure. We śnie mój ukochany zaczął się zwracać do mnie po angielsku. Wyobrażam sobie, że wciąż łączy nas tajemna nić, jak wtedy, gdy śniło nam się to samo albo kiedy szłam otworzyć drzwi, zanim usłyszałam kroki na chodniku. A on czytał w moich myślach jak w otwartej księdze, w taki sam sposób poznawał moje ciało i jego reakcje, więc jest jedynym człowiekiem, z którym jednoczyłam się w grach miłosnych – od tego czasu wiem, co to znaczy stanowić jedność.

Donna energicznie odstawia szklankę na stolik, a ja kulę się i patrzę na nią z wyrzutem ponad przejściem. A ona spogląda na mnie ze współczuciem. Przeczytała mnie, zauważyła, że się zachmurzyłam, że wyrwała mnie z lektury w poronioną krainę szczęśliwości.

Obserwuję ją baczniej, wprost, a jej się to podoba. Przepiękna twarz z ciemnozielonymi oczami to rzeźba: duży nos i grube wargi. Makijaż nie rzuca się w oczy, ale jest bardzo precyzyjny. Odżałowała cenną godzinę snu bladym świtem przed odlotem, żeby zrobić sobie twarz. Idealnie położone cienie na powiekach w szarościach i czerni, matowe i błyszczące na przemian, podkreślona pędzelkiem koralowa szminka sięga lekko ponad górną wargę. Również dłonie ma starannie wypielęgnowane, a piękne paznokcie pokryte srebrnym lakierem.

Najciekawsza w tej kobiecie nie jest jednak uroda – ta oryginalna i ta stworzona – lecz wdzięk i styl. Okazuje stewardowi taki rodzaj szacunku, że od razu uważam ją za kobietę z klasą. W żadnym znanym mi choćby ze słyszenia języku nie istnieje dobre słowo na określenie tej szczególnej właściwości, poza francuskim i może włoskim. Islandzka „szlachetność” jest nieprecyzyjna, podobnie jak angielskie kindness. Chodzi o francuskie słowo gentil i włoskie gentilezza. Jeśli dane mi będzie poznać tę donnę, powiem jej o tym. Tyle że jej nie poznam, jeżeli to będzie ode mnie zależało. Przede wszystkim niepotrzebne mi tego rodzaju rozproszenie. Już lepiej umrzeć z nudów. Moje wulkany muszą mi wystarczyć – mimo wszystko, jak daleko sięgnąć, są pełne życia. Poza tym, kto z góry twierdzi, że bawi mnie kobieca miłość?

Minął tydzień od czasu, gdy kobieta spojrzała na mnie poważnie, i z powodu moich długich aksonów dopiero teraz, kiedy wspominam, jaką minę miała przy stoisku mięsnym w Malabudin, dociera to do mnie. Obie kupowałyśmy po połówce combra jagnięcego, długo dojrzewającego, jak to bywa w tym sklepie. Gdy zaraz po niej poprosiłam o połowę combra, kobieta w moim wieku, lekko zaniedbana, ale pełna wdzięku i o pięknych ustach, popatrzyła na mnie, jakby wydarzyło się coś bardzo szczególnego, wyjątkowego.

Kiedy odbierałam jagnięcinę tuż przed nią, bo mój stary rzeźnik jest bardziej obrotny od młodzieniaszka za ladą, jej dłoń otarła się o mój łokieć, ale ona patrzyła w drugą stronę. Potem spojrzała mi głęboko w oczy i teraz wiem, że coś ode mnie chciała. Wówczas tego nie zauważyłam. Gdybym wtedy to zrozumiała, być może razem upiekłybyśmy jedną połówkę combra u mnie w domu przy Solvallagata. A tak sama skonsumowałam połowę swojej połowy, jak to się często zdarza, a następnego dnia drugą na zimno. Samotna z przyrządzoną w domu Strawą Bogów.

Teraz dopiero zaczynam na serio odczuwać, jak bardzo jestem samotna. Sama w restauracjach, hotelach, we własnym domu. Sama we wszystkim, w co wkładam ręce. Nawet w pracy obowiązki mnie przerastają. Nie tylko dlatego, że mam trudności z rozdzielaniem zadań, ale także przez to, że pracuję szybciej od innych. Jestem też zbyt niecierpliwa, aby czekać na efekty pracy moich kolegów. Dobrze wykorzystuję bezsenne noce. Mam taki zwyczaj, że nie przewracam się z boku na bok dłużej niż dziesięć minut i jeśli po tym czasie nie zasypiam, pracuję przy komputerze, dopóki nie ogarnie mnie senność. Godzinę. Dwie.

Co się tyczy domu, to oczywiście nie mam nikogo, na kogo mogłabym scedować obowiązki: ścieram kurze ze stołów, płacę rachunki, gotuję, wynoszę śmieci. Zaraz po rozwodzie z Diddim uznałam, że to naturalne. Fakt, że zostanę bez wsparcia, znalazł się w jakiś sposób w pakiecie rozwodowym, ale teraz, po pewnym czasie, samotność stała się obciążeniem. Tak wielkim, że przyszło mi nawet do głowy zadzwonić do Diddiego i spytać, czy nie zechciałby wpaść do mnie, by odkurzyć podłogi jak za dawnych lat i wyskoczyć ze śmieciami.

Czasem nachodzi mnie myśl, żeby załatwić sobie faceta, po prostu go poszukać, ale cała reszta byłaby bardzo trudna, zwłaszcza że oni przestali mnie zauważać. Opcją jest dobry wdowiec po siedemdziesiątce, gdyby nie zagrożenie, że zamieniłabym się w pielęgniarkę w geriatryku. Poza tym jest jeden poważny szkopuł z tym „nowym facetem”. Nie mam za grosz ochoty rozbierać się dla nowego mężczyzny, jeszcze mniej z nim spać, a nie ma co liczyć na to, że siedemdziesięcioletni facet jest impotentem. W każdym razie nie według reguł.

Tu chodzi tylko o to, że te codzienne obowiązki z biegiem lat stają się coraz bardziej uciążliwe i z pewnością zdecydowaną ulgę przyniósłby współrealizator tych niekończących się niewykonalnych zadań i codziennych posiłków, przeglądów – ktoś, kto może objąłby człowieka delikatnie nocą, tak bym nie musiała brnąć samotnie przez niewygodne, puste łóżko. Ale dobrze byłoby wiedzieć, jaki ten ktoś mógłby być, skoro nikt nie jest w stanie spełnić stawianych mu wymagań. Te nie są nadto wygórowane, ale jest ich kilka i kłopot w tym, że żaden pojedynczy człowiek nie wypełni ich wszystkich razem – i tu niestety wszystko się sypie, czego dowodzi przykład Diddiego.

Małżonek Diddi był dobrym kucharzem i inteligentnym rozmówcą, zwykle człowiekiem miłym, zawsze czystym. Miał naturę naprawiacza. Cichy i pracowity, dokładnie odkurzał. Ostrożny kierowca. Co więcej, okazał się wydolnym w łóżku, skutecznie zadowalającym kochankiem. Tyle że mój Diddi był jednocześnie człowiekiem humorzastym. Właściwą nogą wstawał z łóżka jedynie circa sto dwadzieścia pięć dni w roku. Przez pozostałe jakieś dwieście czterdzieści uprawiał poranne warczenie, co mnie denerwowało i stanowiło przyczynek do tego, że zaczęłam podróżować więcej, niż wymagała moja praca. W końcu postanowiłam się rozwieść, zamiast oddawać się tak namiętnemu i przeważnie samotnemu podróżowaniu. Czasem nawet utykałam z powodu bólu w kolanie, a nie miałam nikogo do noszenia walizek.

Powiedzmy, że złowiłabym ciepłego staruszka – w dobrym stanie i na chodzie, starannego w mowie i uczynku – z którym nie musiałabym sypiać i którego kapryśność by mi nie przeszkadzała. Powiedzmy, że ten wyimaginowany dobry człowiek miałby wszystkie zalety Diddiego poza jedną, na przykład nie byłby wystarczająco czysty. Że złapałabym go na dłubaniu w nosie kuchenną ścierką. Tego dnia nasz związek by się skończył, a komu zależy na tym, aby posądzono go o okrucieństwo polegające na wzięciu rozwodu z siedemdziesięcioletnim starcem.

W tym kontekście sprawą drugorzędną pozostają moje zalety i wady. Człowiek, który popełni błąd związania się ze mną, czyli nikt, sam będzie musiał je odkryć. Nie jestem osobą rozdzierającą szaty z powodu własnych niedoskonałości, choć okazji po temu wiele. Nie uznaję samobiczowania i szukania cierpienia – dyscyplin sportowych dobrze znanych kobietom nieświadomym własnych ograniczeń, urabiającym się po pachy, poświęcającym pracy, swoim niewdzięcznym bachorom, rodzinom i przyjaciołom.

Teraz ubrana na czarno poprawia krzyż i warkocz, przyglądając mi się podobnie jak ta od combra. Czegoś ode mnie chce? Na przykład czego? Położyć mnie na łóżku od strony matki, może nawet na krawędzi, i coś ze mną zrobić? Co takiego?

Podczas lądowania samolot zachowuje się nieprzyjemnie. Wieje boczny wiatr, a Włoszkę, czy kim tam jest ta po drugiej stronie przejścia, ponownie ogarnia strach – zwiesza ramię na oparciu fotela, jakby prosiła mnie, bym ujęła jej dłoń ze srebrnymi paznokciami i ją trzymała. Jakbym nie miała nic innego do roboty. Teraz zaś długie palce znajdują zajęcie: usiłują zająć się warkoczem, który się ocknął i zawisł poza siedzeniem nad przejściem między rzędami. Ciekawi mnie, jak długie ma naprawdę włosy, i przyglądam się tej ziemskiej piękności, niezmąconej bocznymi wiatrami świata, rozpalona nadzieją na dobrą zabawę w Paryżu. Coś, z czym od dawna się nosiłam, lecz nigdy tego nie zrealizowałam.

Pomimo wichury lądowanie przebiega miękko i pasażerowie klaszczą. Jeden krzyczy: „Brawo, islandzcy piloci!”. Donna głośno wzdycha i cicho chichocze chrypką Roda Stewarta, ale zasłania usta dłonią, ponieważ jest tak elegancka, że nie wolno jej wzdychać ani tym bardziej się śmiać, chociaż gdyby już miała z czegoś, to z własnej awiofobii.

Podnosi się z godnością i ruchami baletnicy sięga do półki nad głową po torbę podróżną kamiennoszarego koloru. Znam to słynne logo z okien wystawowych Paryża, kosztuje nie mniej niż dwieście tysięcy koron. Kobieta od stóp do głów jest opakowana w pierwszorzędne materiały – wszystko stylowe. Najbliżej ciała jedwab, bluzka raczej szara niż czarna, a na niej cienki wełniany kardigan do pół łydki, do tego delikatne wełniane spodnie i zamszowe czarne botki. Na wysokim obcasie. (Jaką trzeba być strojnisią, żeby lecieć w wysokich obcasach?). Jedwab, wełna, zamsz – niebieskoszare niczym ocean z niejasnej oddali.

Chwytam mój stary plecak i z rozdrażnieniem myślę, że muszę ciągnąć ze sobą walizkę. Spodziewałam się, że będę potrzebować stroju wieczorowego podczas konferencji w Auvergne. Chcę też odstawić się elegancko na kolację z Bardurem Stephensenem. A do tego potrzebne są lepsze buty, sweter, okrycie wierzchnie na suknię, bo pora roku niepewna – kwietniowa wiosna. W końcu ta ośmiodniowa wyprawa przerosła plecak – mojego towarzysza podróży.

Prycham głośno, bo od dwudziestu pięciu minut niecierpliwie przestępuję z nogi na nogę przy taśmie bagażowej, a walizek z Keflaviku ani widu, ani słychu. Donna ustawiła się przy taśmie naprzeciwko mnie, w jakiejś pozycji obronnej. Lśniący warkocz opada między jej piersiami na brzuch pod złotym krzyżem, który jakby miał za zadanie poskromić włosy.

Patrzę na upiornie drogą torebkę z zamszu i zastanawiam się, czy gdybym była bogata, okazałabym się aż tak rozrzutna. Czy nie podarowałabym raczej stu pięćdziesięciu tysięcy koron osobie głodnej i zadowoliła się torebką za pięćdziesiąt? Ale komuś żyjącemu normalnie najwyraźniej trudno wyobrazić sobie posiadanie tylu banknotów, co ziaren piasku. Nie potrafię postawić się w sytuacji, w której z rozmysłem kupuję torebkę za dwieście tysięcy koron.

Moja niecierpliwość zostaje szczęśliwie wynagrodzona, bo moja walizka jako pierwsza pojawia się na taśmie, porywam ją i kieruję się ku wyjściu, kiwając łaskawie głową w stronę donny. W nagrodę otrzymuję coś, co zwie się uśmiechem, ale nie ma nic wspólnego z normalnym wyrazem szczęścia – w tym wypadku mamy do czynienia z uwalnianiem się pierwotnej energii, ten uśmiech idzie na całość. Najtrudniejszą drogą świata. Znam tylko jedną osobę, która uśmiecha się tak szczodrze, uśmiechem mówiącym: I am all yours. Proszę bardzo. I to wspomnienie człowieka, którego kocham, mocno mnie kłuje – nie w serce, lecz w skroń – i przypomina niegdysiejsze użądlenie osy.

Miałabym odrobinę przestrzeni w tym moim pośpiechu, żeby odwzajemnić jej uśmiech, ale nie uważam, aby było czymś godnym przywoływać lodowaty grymas wobec południowego blasku, więc kroczę przez hale lotniska do taksówki, gdzie podaję nazwę docelowego miejsca w czternastej dzielnicy. Nareszcie się uśmiecham, bo całe to zdarzenie z moją donną jest fajne, a słońce wypełnia wnętrze auta, toteż wkładam okulary przeciwsłoneczne, chroniące równie dobrze przed blaskiem islandzkich lodowców. Boczny wiatr nie jest w stanie zatrząść samochodem, którym okazuje się peugeot – model, na jaki mam ochotę.

Prawdę mówiąc, nie bardzo pożądam przedmiotów martwych. To choć jeden ciężar życia, od którego jestem wolna. W istocie mogę się po prostu uważać za osobę pełną zalet – pod tym względem jestem skromna. Lubię być dobrze zaopatrzona w jadło i trunki, to inna sprawa. Ale przedmioty martwe – w tym wypadku gospodaruję jak mama i babcia. Sama reperuję popsute krzesło i inne uszkodzone rzeczy, czym swego czasu zajmował się Diddi. Buty i ubrania oddaję do naprawy. Bez końca noszę te same ciuchy. W sylwestra zauważyłam, że moja długa suknia ma już ponad dwadzieścia lat – sięga jeszcze czasów A, ale spełnia swoje zadanie (po co sprawiać sobie nową?) i należy do tych sukienek z przeszłości, w których jeszcze swobodnie się mieszczę.

Prognozowano zachmurzenie, jednak południowe słońce o tym nie słyszało i oświetla piękne miasto z bezchmurnego nieba. Ca roule bien, ulice szeroko przejezdne, czternasta dzielnica coraz bliżej. Podejmuję twardą decyzję, aby trzymać się dobrych stron podróży do Francji, wspominać to, co było najlepsze, i zamykać oczy na moje długie cienie, kiedy się zbliżają.

Hotel wybrałam z powodu usytuowania. Koniec deptaka. Znałam z grubsza tę część czternastej dzielnicy, ale nie pamiętałam szczegółowo, jak ulica tętni życiem. Sklep z czekoladą, sklep z miodem, rozmaite restauracje. Ten radosny tłum pięknie ubranych ludzi przechadzających się falami, z psem lub bez psa. Odwieszam suknię i płaszcz, po czym rzucam się w nurt ludzi i słońca, w dziwne alejki wijące się, jak gdyby nigdy nic po cmentarzu Montparnasse, strzeżonym przez domy tych, którzy już odeszli.

MARIA NA GORĄCYM KAMIENIU

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
DONNA W SAMOLOCIE
MARIA NA GORĄCYM KAMIENIU
MYLENIE LUDZI
UPADLI PRZYJACIELE
PIĘKNOUSTA KOBIETA
WIELKI KONUS
CHWILE POŻEGNANIA
SZWINDELKI
KONSEKWENCJE
W STRONĘ HEKLI

TYTUŁ ORYGINAŁU:

Gæđakonur

Redaktorka prowadząca: Ewelina Kapelewska

Wydawczyni: Justyna Żebrowska

Redakcja: Ewa Kosiba

Korekta: Martyna Tondera-Łepkowska

Projekt i kompozycja na okładce: © Tomasz Majewski

Copyright © Steinunn Sigurðardóttir 2014

Copyright © 2021 for the Polish edition by Mova

an imprint of Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Jacek Godek, 2021

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2021

ISBN 978-83-66967-02-1

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek