Wydawca: Burda Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 238 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kobiety to męska specjalność - Łukasz Gołębiewski

Tytułowe kobiety, to tak naprawdę zbiór przelotnych romansów bohatera, mężczyzny, który wiecznie doznaje rozczarowań i myśli, że nie potrafi się zakochać. Aż poznaje Gabi, tajemniczą i wyuzdaną piosenkarkę, która wywraca do góry nogami jego alfabetycznie uporządkowany haromonogram dni.

Zero pruderii, maksimum rock'n'rolla. Seks, punk, alkohol i fatalne zauroczenie. "Łukasz Gołębiewski to polski Charles Bukowski" -Witold Horwath

Łukasz Gołębiewski jest dziennikarzem, krytykiem literackim, autorem kilkunastu książek. Największy sukces odniosła powieść "Xenna - moja miłość". Inne powieści to m.in.: "Melanże z Żyletką", "Disorder i ja", "Złam prawo", "Bomba w windzie", "Krzyk Kwezala" czy "Bandyci Rodriguez". Wielokrotnie nagradzany, m.in. medalem ministra kultury "Zasłużony dla Kultury Polskiej"."

Opinie o ebooku Kobiety to męska specjalność - Łukasz Gołębiewski

Fragment ebooka Kobiety to męska specjalność - Łukasz Gołębiewski

Redakcja: DOROTA MILLER
Korekta: STEFANIA KRASSOWSKA
Projekt okładki: ANNA ANGERMAN
Zdjęcie na okładce: Fotolia
Redakcja techniczna: MARIUSZ TELER
Redaktor prowadząca: AGNIESZKA RADZIKOWSKA
Skład i łamanie: Katka, Warszawa
Copyright © 2014 by Łukasz Gołębiewski Copyright for the Polish Edition © 2014 by Burda Publishing Polska
Tytuły poszczególnych części książki pochodzą z piosenki Nancy Regan pt. „Gabi”.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie, w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Wydanie I elektroniczne
Warszawa 2014
ISBN 978-83-7778-653-6
Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa, ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa Dział handlowy: tel. (48 22) 360 38 38, 360 38 42; fax (48 22) 360 38 49 Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. (48 22) 360 37 77
Konwersja: eLitera s.c.

Agnieszka

„Kamieniem węgielnym wolnego aktu jest świadomość, że tego, co uczyniliśmy, mogliśmy równie dobrze nie uczynić – co przecież nie jest prawdą, gdy chodzi o pożądanie i pragnienie”. (Hannah Arendt)

Ring, ring. Ring, ring. Uparcie dzwoni telefon. Zapomniałem go na noc wyłączyć. Zaspany przecieram oczy. Dziesięć po dziewiątej. Jak można dzwonić o tak wczesnej porze?

– Słucham?

– Hej, koteczku.

– Słucham.

– To ja. Powiedz, że mnie kochasz.

– Nie kocham.

– Ale pokochasz, prawda? Myślisz o tym?

– Nie, nie myślę ani trochę. Śpię jeszcze.

– Zostawię dzieci z nianią i wpadnę. Co ty na to? Mogę być za godzinę. Nuuudzi mi się.

– Chryste, śpię jeszcze.

– To ja cię obudzę. – Głos po drugiej stronie słuchawki brzmi zalotnie, tyle że mi nie w głowie zaloty.

– Jak się czuje twój mąż? Nie podejrzewa niczego? – próbuję zmienić temat.

– Właśnie przed chwilą wyjechał i nie będzie go do końca tygodnia. Kiciusiu, chcę się kochać, jest tak nudno.

– To wpadnij może jutro, bo teraz muszę się umyć i popracować – odpowiadam grzecznie, choć za „kiciusia” najchętniej poderżnąłbym gardło.

– Będę za godzinę.

– Litości!

– No dobrze, kiciusiu, będę za półtorej i przyniosę coś dobrego.

– Za półtorej – wzdycham, czuję się przyciśnięty do muru i bezradny, na Kubę Rozpruwacza się nie nadaję, za miękki jestem.

– Nie tęsknisz?

– Mam dużo pracy, do zobaczenia.

– To ja robię się na bóstwo. Pa, kochany.

Odkładam słuchawkę. Nie jestem kochany. Nie chcę być kochany. Koszmarnie zaczyna się dzień.

Nazywam się Bykowski, Cyprian Bykowski, inicjały CB, jak CB-Radio. Nienawidzę swojego pretensjonalnego imienia i byczego nazwiska, które dziennikarze wciąż mylą i piszą o mnie „Bukowski”. Nie mam nic do Bukowskiego, jest w porządku, ale jak mawia mój znajomy wydawca Wiesław Uchański – nie jest przyjemnie, jak adresują do ciebie list i na kopercie piszą „Uchlański”, nawet jeśli ten drobny błąd pasuje do upodobań adresata. Ja jestem Bykowski. Imienia w ogóle nie używam. Książki podpisuję C. Bykowski, co żadnego z moich kompleksów nie rozwiązuje, bo po pierwsze znów się kojarzy z Charlesem Bukowskim, po drugie – gorsze – ktoś może pomyśleć, że mam na imię Czesio, jak nierozgarnięty bohater kreskówki, bo przecież nierozgarnięty naród, który pasjonuje się tym, czy Mikołaj Krawczyk wróci do Anety Zając, z Czesławem Miłoszem skojarzeń nie ma.

Przez to nazwisko i przez inicjał wciąż jestem ofiarą dziennikarskich pomyłek. Pewnie niebawem będę czytał recenzje: „C. Bukowski napisał nową skandalizującą powieść Kobiety to męska specjalność”, następnie trafię do przypisów i bibliografii pod zmienionym, a przecież swojsko brzmiącym nazwiskiem. Zresztą co za różnica, Bykowski czy Bukowski, cieszyć się trzeba, że w ogóle ktoś jeszcze czyta książki.

Mój ojciec, Cezary Bykowski, także zawsze podpisywał się C. Bykowski, tak jak ja wstydził się absurdalnego imienia i pewnie chciał pomścić własne upokorzenia, skazując syna na podobny los. Może myślał, że tym mnie wzmocni. Ulubiona piosenka Cezarego Bykowskiego to A Boy Named Sue Johnny’ego Casha. Opowiada o chłopaku porzuconym w wieku trzech lat przez ojca, który zostawił mu po sobie gitarę, pustą flaszkę i obciachowe imię Sue. Gdyby mój ojciec był pisarzem, musiałbym podpisywać książki C. Bykowski Jr., ale ojciec akurat był bednarzem, to inne pożyteczne, choć nieco dziś zapomniane zajęcie. I bynajmniej nie robił beczek z białego amerykańskiego dębu, w których mógłby dojrzewać bourbon, lecz zwykłe beczki na śledzie, kapustę i ogórki kiszone, które po jednym użyciu zaczynały przeciekać, a mimo to były używane tak długo, aż zaczęły rozpadać się w swej smrodliwej starości. Staruszek C. też się rozpadł, Pan z nim.

Po tatce odziedziczyłem wyniosłość i apodyktyczną naturę. Często patrzę na świat z góry, niestety, brzydka to cecha. Na ogół jestem przekonany o własnej racji. Na ogół też forsuję swoje zdanie. Jak się nie daje przeforsować, to zgarniam zabawki i idę do domu. Nie przyjmuję cudzych warunków. Dlatego nie mam żony i nigdzie nie pracuję na etacie.

Mam liryczne imię, bycze nazwisko i żyję w stresie. Niezła psychodelia. Jest tak, że nigdy na nic nie mam czasu, a jednocześnie nigdzie się od dawna nie spieszę. Nigdy z niczym się nie wyrabiam. Zawsze się spóźniam. Nigdy nie spełniam oczekiwań. Nie mam ustabilizowanego życia. Nadużywam seksu i alkoholu. Moja jedyna stabilizacja to kotka Muho. Jak kiedyś zdechnie, to kupię sobie nową kotkę i też nazwę ją Muho, bo to minimum poczucia pewności jest mi niezbędne. Reszta niech płynie. Nie przywiązuję się do ludzi, rzeczy i miejsc. Żyję w przeświadczeniu, że wszystko przemija. Przemija moje życie i tego najbardziej mi żal. Z każdą minutą mam przed sobą mniej życia, na szczęście nie mam pojęcia, ile mi zostało. Ile by jednak mi pozostało, to będzie zdecydowanie za mało jak na moje potrzeby. Dlatego staram się pochłaniać ten skąpy czas, który mi dano. Pochłaniam w stresie, bo poczucie, że czas upływa i nie mam na to wpływu, jest deprymujące.

Jestem pisarzem. Średnio utalentowanym i średnio docenianym, ale korzystam, jak mogę, z tej części uwagi, jaką publiczność gotowa jest mi poświęcić. Jestem pisarzem zawodowym. Utrzymuję się z tego na poziomie adekwatnym do talentu – średnim. Niewiele jednak więcej potrafię. Nie mógłbym być urzędnikiem, bo się nudzę w biurze. Nie mógłbym być robotnikiem, bo brakuje mi krzepy fizycznej. Nie mógłbym być politykiem, bo brakuje mi zainteresowania. Nie mógłbym być rolnikiem, bo nie lubię się brudzić i schylać grzbietu. Nie mógłbym być górnikiem, bo mam klaustrofobię. Nie mógłbym być elektrykiem ani hydraulikiem, bo sprawy techniczne mnie przerastają. I jeszcze w wielu innych rolach społecznie pożytecznych nigdy bym się nie odnalazł. Lubię czytać, pisać, podróżować, lubię alkohol, muzykę i moją kotkę. To wcale niemało. W każdym razie wystarcza. Nie lubię niepotrzebnie gadać ani niepotrzebnie pracować. Jestem leniwy, gnuśny i dość narcystyczny.

Wiem, że mój świat jest trochę oderwany od rzeczywistości. Wiele problemów mnie nie dotyczy. Nie oglądam TV i nie czytam gazet, chyba że piszą o mnie. Nie stoję w kolejkach, nie odbieram listów poleconych. Nie byłem w wojsku, nie oddaję głosów w wyborach, nie kibicuję Legii Warszawa, nie odwiedzam agencji towarzyskich, nie gram na giełdzie ani nawet w toto-lotka, nie inwestuję. Rzeczywistość na ogół mnie rozczarowuje. Rzeczywistość prawie nigdy nie dorównuje wyobraźni. Dlatego wolę sobie wyobrażać niż doświadczać, muszę jednak wciąż doświadczać, by konfrontować wyobrażenia. To zawodowa przypadłość. Pisarz musi zbierać doświadczenia i wciąż doznawać rozczarowań. Bez doświadczeń literatura jest za mało epicka, bez wyobrażeń za mało liryczna. A czytelnik oczekuje pełnokrwistych postaci i wzruszeń. Doświadczam zatem rozczarowań dla dobra literatury. Nie żebym miał misję, ale taką mam pracę. Jestem przekonany, że lepsze to niż machać łopatą podczas zamieci śnieżnej.

Dodam, że lubię także spać, czyli nic oryginalnego. Staram się spać dziesięć, jedenaście, a czemu i nie dwanaście godzin dziennie. Sen to najprzyjemniejsza używka, w dodatku darmowa, w dodatku nieszkodliwa dla zdrowia. Gdybym nie miał kotki, to być może wyłączyłbym raz na zawsze telefon i przespał resztę życia. We śnie dzieją się najciekawsze rzeczy. Kotka przychodzi jednak do łóżka i liże mnie szorstkim języczkiem po nosie tak długo, aż wreszcie otwieram jedno oko. Wtedy zaczyna tupać i podskakiwać, kręcić się radośnie i mruczeć. Otwieram więc drugie oko, głaszczę ją czule po miękkim futerku i zapominając fantastyczną fabułę snu, wstaję, snuję się do zimnej kuchni i napełniam miseczkę przysmakami. To dla mojej kotki wracam na tych kilkanaście godzin dnia do świata jawy, dla niej piszę swoje książki, bo przecież muszę jakoś zarabiać na kocie przysmaki, a ona byle czego nie je, to moja księżniczka, dostaje tylko to, co najlepsze. Dla niej wymyślam te wszystkie historie, choć ona o tym nie wie, bo jej ich nie czytam. Od czytania są czytelnicy, a kotki od mruczenia i tuptania.

– A dlaczego by nie wytatuować sobie na chuju studolarówki? – dzwoni do mnie mój chyba jedyny czytelnik płci męskiej, przynajmniej jedyny, który dzwoni. Mów mi Rodak, przedstawił się kiedyś, a więc Rodak dzwoni. Nie bardzo ciekawy jestem odpowiedzi, więc mruczę tylko niewyraźnie. – Mógłbyś stymulować wzrost swojego kapitału – wabi Rodak. – Mógłbyś do woli bawić się swoją kasą – zachęca. – A przede wszystkim twoja żona mogłaby przepierdolić, ile tylko zechce, hehehehehehe – charkotliwy śmiech. – Okinawa? – ma drażniący zwyczaj utwierdzania się tym słowem, że jest akceptowany. Nie jest, ale tego nie zauważa, Okinawa.

– Nie mam żony – odpowiadam sucho i odkładam słuchawkę. Dobry żart tynfa wart, ale jak mawiał idol mych lat pacholęcych, niestety brakuje aktualnych przeliczników kursów walutowych tynfa. Trudno mi docenić. Sikam do umywalki, patrzę na chuja i próbuję sobie wyobrazić, jak by wyglądał z wytatuowaną okrągłą gębą Benjamina Franklina. Niewyobrażalne. Naprawdę dobrze, że nie mam żony i podobnych dylematów. Na zabawy i stymulacje wzrostu ochoty też brak.

Tatuaż z ropuchowatym prezydentem w stroju XVIII-wiecznego dżentelmena i napis ONE HUNDRED DOLLARS to nie tyle ekstrawagancja, ile smutna żenada.

Nasypałem mojej kotce Muho suchej karmy i postanowiłem wrócić do łóżka.

Ring, dzwonek, ale tym razem do drzwi. Przecieram oczy, leniwie wstaję, a ten uparcie dzwoni. Otwieram. Mówi, że dzwoni od dziesięciu minut. Cóż, śpię z zatyczkami w uszach. Wchodzi spocona, jak zwykle biegła, jak zawsze niecierpliwa. Bardziej zaokrąglona, niż ją zapamiętałem. Czerwona na twarzy. Takie to z niej bóstwo. Wręcza mi szarą zatłuszczoną torbę – pączki, informuje, nie cierpię pączków, ale to nie ma znaczenia, bo z pewnością zje sama.

– Zrób sobie herbatę i weź prysznic – mamroczę i wracam do łóżka.

Po chwili przychodzi. Wciąż spocona. Wciąż czerwona. Z pączkiem w buzi i lukrem na brodzie. Nie wzięła prysznica, za to zdjęła sukienkę. Bez niej wygląda jeszcze bardziej okrągło. Z powodzeniem mogłaby startować w konkursie na najbrzydszą bieliznę, miejsce na podium gwarantowane.

– A co ty taki nieprzyjemny, kiciuś? – Pakuje mi się pod kołdrę i lepką od lukru dłonią od razu łapie za miękkiego fiuta. O rany! Jestem zgubiony. Masuje go, aż trochę się podnosi, dzielny jest. – Włóż prezerwatywę.

Na co mam włożyć prezerwatywę? Na miękkiego fiuta?, myślę, ale tego nie mówię. – Są w szafce w kuchni.

Biegnie, trzaska, wraca jeszcze bardziej spocona, jeszcze bardziej czerwona, już jak marchewka, podaje mi kondom, spuszczam oczy, wiem, nie ma czym się chwalić, fiut znów całkiem wiotki.

– Przepraszam – mówię bez cienia żalu i odwracam się na brzuch, mam zamiar spać dalej.

– Oj, nic się nie stało – mówi Agnieszka, przewraca mnie znów na plecy i przysysa się do miękkiego chuja. Pompuje, aż twardnieje. Zuch z niego. Ustami nakłada prezerwatywę, ściąga brzydkie majtki, ściąga brzydki stanik, jej skóra ma różowy kolor i pokryta jest czerwonymi krostkami. Piersi duże i miękkie, na lewej niewielki kiczowaty tatuaż – dwa amorki podają sobie dłonie, mają sporą nadwagę i cielęce twarze, estetyka w stylu Michała Anioła. Zamykam oczy. Nie chcę nic widzieć. Dosiada mnie jednym gwałtownym ruchem. Dosiada i cwałuje przez chwilę, przez żałośnie krótką chwilę, po której zuch kapituluje.

– Nic z tego nie będzie.

Agnieszka czerwona i zła. Zyg, zyg, marchewka, to cała nasza śpiewka.

Aż trudno w to uwierzyć, poznaliśmy się dekadę temu. Agnieszka była dwudziestojednoletnią początkującą dziennikarką w upadającym tygodniku kulturalnym, ja debiutującym pisarzem. Umówiła się ze mną na wywiad w restauracji, onieśmielona, ale dobrze przygotowana, pytania czytała z kartki, nie słuchała rejestrowanych przez dyktafon odpowiedzi. Elegancka, pachnąca Chanel No. 5, ze wspaniałą burzą gęstych rudych włosów i seksownymi piegami. Uśmiechała się zabawnie, wyciągając usta jak do pocałunku i bez przerwy mrugała. Zdawało mi się to bardzo zalotne. Po wywiadzie poszliśmy na kieliszek wina, może na więcej niż kieliszek. Przyjemnie mijał czas. Pojechaliśmy do mnie. Pocałunki stawały się coraz bardziej namiętne, pieszczoty coraz bardziej intensywne. Gdy miałem ją już nagą i z pożądaniem pieściłem wilgotną szczelinkę, nagle zacisnęła uda, wystękała „Nie” i zerwała się z kanapy. Próbowałem oponować, nie na wiele się to zdało. Uciekła. Przyszła następnego dnia. I powtórka z rozrywki. Potem następnego i historia powtórzyła się jako farsa. Miałem dość kompromitujących umizgów, atrakcji godnych onanistów. Powiedziałem: Stop, nie przychodź więcej, zbyt to stresujące dla mnie i zbyt upokarzające, kończyć kolejne wieczory erotyczną porażką. Poprosiła o jeszcze jedną szansę, obiecała być uległa i słowa dotrzymała. Okazała się delikatną, wrażliwą, inteligentną i chorobliwie nieśmiałą dziewczyną. Miała wtedy piękne okrągłe piersi niezeszpecone tandetnym tatuażem, twardy brzuch, a rdzawe twarde włosy spływały jej do pośladków. Dziś jest szarą myszą, spoconą domową kurą, matką czworga rozwrzeszczanych dzieci rodzonych wedle scenariusza „co rok, to prorok”. Niestety pozostało w niej niewiele z czasów, w których mnie uwiodła. Macierzyństwo psuje kobiety, myślę. Ale pozwalam jej czasami do siebie przychodzić. Jestem sentymentalny, pielęgnuję wspomnienia, a poza tym mam słabość do piegów.

– Byłeś z TYM u lekarza? – akcentuje słowo „tym”.

– U lekarza? Z czym? – udaję, że nie wiem, o co chodzi.

– No z TYM. – Czerwieni się. – Ze swoim problemem.

– Jakim problemem? – pytam, jakbym pierwszy raz słyszał, że mam jakieś problemy. Mam ich tyle, że mógłbym codziennie ustawiać się w kolejce do innego lekarza, od psychiatry rozpoczynając, na patologu kończąc.

– No z TYM, z MF. – Czerwieni się jeszcze bardziej, czyli wygląda już jak burak, nie marchewka, bo skończyła się skala czerwoności.

– MF? A cóż to za choroba?

– No... wiesz – wykrztusza z siebie. – Miękki fiut.

– Ach, on. – Wybucham śmiechem. – On nie potrzebuje lekarza. Nic mu nie jest, odpoczywa, ma dość, zamknął kramik, opadł i śpi w najlepsze. Jemu zamiast kolejnych atrakcji potrzeba zasłużonych wakacji. To się nazywa regeneracja, zwykła rzecz w materii.

– Ale on tak nie pierwszy raz.

– Nie pierwszy i nie ostatni. Organ przemęcza się, za dużo pracuje wieczorami, za wcześnie każą mu wstawać. Zbuntował się, wywiesił szyld „Zamknięte do odwołania”, zamieszkał na strzeżonym osiedlu z tabliczką „Obcym wstęp wzbroniony”, coś przebąkiwał, że chce słońca Majorki, że Wyspy Bahama mu się marzą, że znudzony Warszawką.

– No nie żartuj sobie już. – Buraczek nabzdyczony. – Dużo ma tych nowych atrakcji?

– Za dużo, kochana, zdecydowanie za dużo. I tak trzeba podziwiać, że organ jeszcze to wytrzymuje, na jego miejscu ja bym dawno zwariował.

Agnieszka śmieje się bez przekonania. 

– Okropny jesteś i tak brzydko go nazywasz: „organ” – mówi i sięga po brzydki biustonosz, zasłania tłuściutkie amorki. – Idę sobie.

– Idź sobie – mówię i głaszczę ją chwilę między nogami, żeby nie wyjść na chama i gbura, a poza tym lubię te jej sztywne i długie rdzawe włosy na cipce, są takie rozkosznie staromodne.

– Następnym razem postaraj się bardziej. – Odsuwa moją rękę i wciąga brzydkie majtki.

Zdradzany mąż Agnieszki jest żołnierzem, porucznikiem, lotnikiem. Ma ordery i medale. Latał helikopterem w Iraku. Może teraz też lata, nie pytam, co robi, nie obchodzą mnie cudze sprawy, ale ona często opowiada niepytana. Dobry zdradzany mąż uciułany w Iraku żołd w całości wysyła do domu. Podejrzewam, że ona wszystko wydaje na słodycze, ale może to złośliwa niesprawiedliwość. Taka moja natura. Bywam złośliwy i niesprawiedliwy. Ale bywam też czuły i wyrozumiały. Nie znam męża porucznika i nie lubię żołnierzy, nie popieram jakichkolwiek ingerencji, nieważne, czy w Iraku, czy w tataraku, niezależnie jednak od tych wszystkich negatywów wstyd mi trochę w jej imieniu. I też odrobinkę smutno. Ani trochę nie chciałbym być na jego miejscu, nawet jakby mi mieli całą pierś medalami udekorować. Nie wiem, czego mu bardziej współczuję, tego, że jest zdradzanym mężem, czy tego, że jest zdradzanym żołnierzem? Obydwie role zupełnie mi nie leżą.

Ale nie tylko złe są strony bycia oficerem. Mąż Agnieszki jest ode mnie o dwa lata młodszy, a już za rok przechodzi na emeryturę dla trepów. Takim to dobrze. Zamiast biegać w mundurze, zacznie pilnować żony, skończą się pewnie nasze schadzki, o czym myślę bez żalu. Wszak wszystko się kiedyś kończy.

– Zapomniałam, kotku, że mam dla ciebie prezent – wyrywa mnie z rozmyślań o zdradzanych samcach różnych profesji. – Właściwie to na niego nie zasłużyłeś – kokietuje. – Ale i tak ci dam, kotuś, bo ty w ogóle to kochany jesteś. – Cóż za słodycz, zaraz się wzruszę.

Podaje mi owiniętą kolorowym papierem butelkę. No proszę! Już wiem, dlaczego jestem sentymentalny! Kobiety mnie rozpieszczają! Teraz wzruszyłem się na serio, zero ironii.

Butelka piękna. Grube przezroczyste szkło, sześciokątny zaokrąglony na rogach kształt. Napój wewnątrz zgniłozielony, prawie brunatny. Na dnie robak. Wielki i dorodny patyczak, daję słowo! Leży martwy nogami do góry, odwłokiem wciśnięty w dno. Absinth Beetle to cudo się nazywa. Moc siedemdziesiąt procent. Dziękuję ci, Agnieszko!

– Dziękuję – mówię ze szczerym wzruszeniem, rad wielce z prezentu, całuję czule i szczerze. Ona przyciska się do mnie mocno i dyszy ciężko w szyję.

– A może jeszcze raz spróbujemy? – pyta nieśmiało.

– Spróbujemy, oczywiście, że spróbujemy, nie raz jeszcze. – Głaszczę ją po włosach.

– Ale nie dziś? – konstatuje ze smutkiem.

– Niebawem – odpowiadam i wyłuskuję się z objęć. Bardzo ją lubię, ale mogłaby już sobie pójść. Patyczak w butelce na mnie czeka. Ciekaw jestem go bardzo.

A teraz jestem sam z robalem. Jak miło. Wlewam oleisty alkohol o barwie mokrej dębowej kory do dużego kieliszka z mocnego hartowanego szkła. Celebruję. Kładę na sitku kostkę brązowego trzcinowego cukru, podpalam absynt i czekam, aż ścieknie rozgrzany karmel. Trunek ma zachwycający aromat, wrzosowo-iglasty, szałwiowo-piołunowy, niemal nie czuć anyżu. W ustach przyjemne ciepło. Czytam, że jest tu 35 mg tujonu na litr, czyli ponadtrzykrotnie więcej, niż zwykło się przyjmować za dawkę obojętną dla układu nerwowego. To mi się bardzo podoba. Nastawiam na gramofonie siedmiocalowego singla The Adolescents z 1980 roku. To takie staroświecko pogodne, a zarazem młodzieńczo proste.

I’ve never seen anything like it before

This amoeba’s got a mind of it’s own

Agnieszka pozostawiła po sobie odciski bosych stóp na brudnej podłodze. A może to stopy były brudne? Patyczak niewzruszenie leży do góry brzuchem na dnie butelki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki