Wydawca: Świat Książki Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 525 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kobiety niepokorne - Cristina Morato

Nazwiska Marii Callas, Coco Chanel, Wallis Simpson, Evy Perón, Barbary Hutton, Audrey Hepburn i Jackie Kennedy przez dziesiątki lat pojawiały się na stronach czasopism. Dzięki talentowi, urodzie, sile osobowości kobiety te stały się autentycznymi mitami XX wieku. Sławne, bogate, atrakcyjne, w oczach świata wydawały się wcieleniem doskonałości. Jako ikony mody i światowości stworzyły, każda z nich, indywidualny styl i były podziwiane przez miliony kobiet, pragnących się do nich upodobnić. W rzeczywistości owe sławne diwy były jednak kobietami samotnymi, pełnymi kompleksów co do swego wyglądu; pilnie chroniły własną prywatność, niechętnie przyjmując rolę gwiazdy.

Te siedem kobiet-legend nosiło w sobie nigdy do końca nie zabliźnione rany z powodu braku miłości rodziców lub porzucenia przez nich, traumy wojenną, cierpienia związanego ze śmiercią dziecka czy z dramatycznym rozwodem.

Opinie o ebooku Kobiety niepokorne - Cristina Morato

Cytaty z ebooka Kobiety niepokorne - Cristina Morato

„Irytuje mnie, jeśli muszę się upokarzać, zginać, pochylać, ukrywać, co myślę, podporządkowywać, jeśli nie mogę robić tego, na co mam ochotę. Dziś tak jak kiedyś duma przebija w moim głosie, w ogniu mojego spojrzenia, w mojej wyrazistej i zmęczonej twarzy, w całej postaci. Jestem jedynym wulkanem Owernii, który jeszcze nie wygasł”. Po uroczystościach w kościele

Fragment ebooka Kobiety niepokorne - Cristina Morato

Tytuł oryginału DIVAS REBELDES

WydawcaMagdalena Hildebrand

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

FotoedytorMartyna Turska

RedakcjaUrszula Okrzeja

KorektaEwa Grabowska Marzenna Kłos

Źródła zdjęć: CORBIS/FotoChannels

© Cristina Morató, 2010 © Penguin Random House Grupo Editorial, S.A., 2010 Copyright © for the Polish translation by Marta Szafrańska-Brandt, 2015

Świat Książki Warszawa 2015

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Akces, Warszawa

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o., Sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-7943-998-0

Dla Eduarda Sáncheza Junco, dyskretnego strażnika sekretów wielkich dam. Nikt nie znał tak dobrze jak ty prawdziwego znaczenia słowa glamour.

Maria Callas

Diwa, poza tym, że śpiewa i występuje na scenie,

Umrzeć z miłości

Jestem bardzo nieśmiała. Boję się okazywać uczucia. Ludzie uważają mnie za dumną, obojętną diwę. A wtedy jeszcze bardziej zamykam się w sobie.

Maria Callas

„Zastanawiam się, czy poczuję się kiedyś szczęśliwa, czy też będę przez resztę życia walczyć o przetrwanie, choć żyje mi się wspaniale, nie mogę narzekać. Wolałabym spodziewać się najgorszego i otrzymywać najlepsze. Naprawdę przez dziewięć lat myślałam, że będę to miała, a przekonałam się… Jak człowiek może być tak fałszywy? Ach, nie, dość już przeżyłam huśtawek nastroju. Do diabła z tym wszystkim. Ale noc? Co się dzieje, kiedy zamykasz drzwi sypialni i jesteś sama jak palec?”. Te słowa wypowiedziała wielka Maria Callas, pierwszy i ostatni raz otwierając serce przed zaprzyjaźnionym z nią dziennikarzem, krytykiem muzycznym Johnem Ardoinem. Był rok 1968 i słynna sopranistka obserwowała, bezsilna, zmierzch swojego wyśnionego romansu z jedynym mężczyzną, którego naprawdę kochała, Aristotelisem Onasisem. Zaledwie kilka dni wcześ­niej spacerowała za rękę z greckim armatorem po prywatnej wyspie Skorpios, teraz zaś, smutna i zawiedziona, patrzyła, jak jej ukochany przygotowuje się do ślubu z Jackie Kennedy, wdową po amerykańskim prezydencie.

Życie Marii Callas, największej diwy operowej XX wieku, było równie tragiczne i pełne namiętności jak życie heroin, w które się wcielała, występując na deskach najlepszych teatrów operowych świata. Nikt nie mógł w sposób równie subtelny i dramatyczny, tak przekonująco jak ona – która wiedziała dobrze, co to zazdrość, odrzucenie, szalona miłość, poczucie winy i opuszczenie – wcielić się w postać Normy, Łucji, Violetty. Maria Callas fascynowała świat, gdyż poprzez swoje wielkie bohaterki ukazywała własne życie, naznaczone cierpieniem i rozczarowaniem.

Publiczność, która w czasie dekady 1949–1959 czciła ją niczym boginię, patrzyła ze smutkiem, jak jej życie zamienia się w spektakl dla mediów. Dla prasy bulwarowej historia tej z początku mało atrakcyjnej, otyłej śpiewaczki, w magiczny sposób przemienionej w posągową, olśniewającą diwę, która usidliła jednego z najpotężniejszych ludzi na świecie, stała się łakomym kąskiem. Gdy romans Callas z greckim multimilionerem wyszedł na jaw i jako temat pojawił się na okładkach czasopism, wielbiciele zapomnieli o jej wspaniałej karierze artystycznej i zaczęli ją bezlitośnie osądzać. Ścigana przez paparazzich, zdradzona przez niegodziwego męża i agenta Battistę Meneghiniego, schroniła się w ramionach Onasisa, w chwili gdy jej kariera była w zasadzie zakończona. „Nie chcę śpiewać, chcę żyć”, powtarzała. W wieku trzydziestu sześciu lat, nareszcie wyzwolona z więzów i zobowiązań, odeszła ze scen, które ją wyniosły ku chwale, by żyć jak królowa, na wygnaniu mniej beztroskim, niż się spodziewała.

Burzliwy związek z Onasisem, zrywanie kontraktów, obrażanie się, schodzenie ze sceny w czasie przedstawienia, zatargi z impresariami i dyrektorami teatrów, choroby i przedwczesna śmierć – związana z nadużywaniem leków nasennych – wszystko to złożyło się na jej legendę. Ci, którzy podziwiali i wielbili Marię Callas, nie darowali jej tego, że na koniec roztrwoniła talent i zmarnowała głos. Dramatyczny finał życia upodobnił ją – osamotnioną, uwięzioną we wspomnieniach – do bohaterek greckich tragedii i zamienił w mit. „Niektórzy ludzie przychodzą na świat po to, by być szczęśliwymi, inni, żeby być nieszczęśliwymi. Po prostu nie miałam szczęścia w miłości. Nieraz zadaję sobie pytanie «dlaczego?»” – wyznała na krótko przed śmiercią, mieszkając samotnie w swoim paryskim apartamencie, otoczona jedynie służbą.

Skradzione dzieciństwo

Drugiego grudnia 1923 roku, kiedy w szpitalu przy Piątej Alei na Manhattanie, w Nowym Jorku, przyszła na świat Maria, jej matka, Evangelia, przeżyła ogromne rozczarowanie. Była przekonana, że urodzi chłopca – tamtego roku zmarł, w wieku trzech lat, jej jedyny synek. I kiedy pielęgniarka pokazała jej pogodną dziewczynkę, ważącą niemal pięć kilo, ciemnowłosą i pucułowatą, Evangelia odepchnęła ją. Przez cztery dni nie chciała do niej podchodzić i nawet wybrać dla niej imienia. Relacja diwy z matką pozostanie do końca jej dni równie chłodna i napięta jak w pierwszych miesiącach życia.

Evangelia Dimitriadis jeszcze przed urodzeniem córki była kobietą smutną i zgorzkniałą. Należała do bogatej burżuazji greckiej i szczyciła się powinowactwem ze znanymi politykami, wysokimi rangą oficerami, muzykami i poetami. Jej ojciec, generał Petrus Dimitriadis, był byłym wojskowym, którego z racji wielkiego talentu muzycznego nazywano „śpiewającym komendantem”. Rozmiłowany w operze, uwielbienie dla muzyki przekazał jedenaściorgu dzieciom, a zwłaszcza najmłodszej Evangelii, swojej ulubienicy. Niemniej Litza – jak ją nazywał – choć marzyła o karierze aktorki czy śpiewaczki, nie miała ani głosu, ani talentu dramatycznego. W wieku siedemnastu lat musiała zrezygnować z młodzieńczych marzeń i zacząć szukać męża. Jej wybrankiem został piętnaście lat starszy obiecujący, przystojny farmaceuta Georges Kalogeropoulos. Chociaż wszyscy wydawali się zachwyceni wyborem dziewczyny, Petrus, znający dobrze córkę, radził jej nie wychodzić za mąż za człowieka tak różniącego się od niej. Ale Litza już podjęła decyzję i nie zamierzała zmieniać planów. Generał zmarł dwa tygodnie przed ślubem; cicha uroczystość ślubna odbyła się w jednej z cerkwi w Atenach.

Młodzi małżonkowie zamieszkali w Meligali, rodzinnym mieście Georgesa. W tej małej miejscowości na Peloponezie otworzył on aptekę, przynoszącą dochody i zapewniającą odpowiednią pozycję społeczną. Evangelia wkrótce uświadomiła sobie, że życie małżeńskie nie da jej tego, czego oczekiwała. Przywykła do życia w stolicy, w otoczeniu ludzi subtelnych i wykształconych, czuła się w zatęchłej atmosferze prowincji pozbawiona wrażeń i bodźców. Po kilku miesiącach żałowała, że poślubiła aptekarza, którego nie interesowały ani sztuka, ani muzyka klasyczna, a tym bardziej nie pociągało życie w luksusie i bywanie w świecie. W rzeczywistości ze względu na brak konkurencji, Georges Kalogeropoulus awansował do grona najbogatszych ludzi w miasteczku i mógł sobie pozwolić na kupno jednego z najlepszych domów w Meligali. Jednakże, zgodnie z przewidywaniami ojca, rok po ślubie można było mówić o rozpadzie małżeństwa.

W roku 1917 przyszła na świat pierwsza córka pary, Cynthia – nazywana przez wszystkich Jackie – a trzy lata później urodził się chłopiec, jasnowłosy i niebieskooki jak matka, któremu nadano imię Vasily. Evangelia, wobec pustki, jakiej doświadczała w małżeństwie – i zmęczona znoszeniem miłosnych afer z udziałem męża – przelała całą swoją troskę na chłopca, który już jako trzylatek okazywał uzdolnienia muzyczne, grając dziecięce piosenki na fortepianie. Tragiczna śmierć dziecka na skutek zapalenia opon mózgowych, latem 1922 roku, spowodowała poważne oddalenie małżonków. Evangelia pogrążyła się w głębokiej depresji, stała się wybuchowa i niezrównoważona.

W tym bolesnym okresie życia Georges zakomunikował jej, że sprzedał aptekę i że wyjeżdżają do Stanów Zjednoczonych, gdzie będzie im się dobrze powodziło. Evangelia, w piątym miesiącu ciąży, nie uwierzyła w tę nagłą wiadomość. Nie mogła pogodzić się z myślą, że mąż chce rzucić wszystko, żeby zamieszkać w odległym kraju, którego języka nie znali – żadne z nich nie mówiło po angielsku – z dala od rodzin i przyjaciół. Jej łzy i wymówki nie wpłynęły na postanowienie męża, gotowego rozpocząć nowe, dostatnie życie w owej ziemi obiecanej.

Na początku sierpnia 1923 roku rodzina Kalogeropoulos przybyła do portu w Nowym Jorku, gdzie czekał na nich doktor Leonidas Lantzounis, uniwersytecki kolega Georgesa. Leonidas, chirurg ortopeda, który wyemigrował do Nowego Jorku rok wcześniej, miał pomóc nowo przybyłym zainstalować się w mieście. Lantzounis, ojciec chrzestny Marii, miał się stać człowiekiem, który przez całe życie otaczał śpiewaczkę największą miłością i we wszystkim ją wspierał. Leo – jak Maria pieszczotliwie go nazywała – bliski, zaufany przyjaciel, był mediatorem w niekończących się konfliktach między diwą a jej matką. Maria, już wówczas gwiazda bel canto, przyznawała, że ojciec chrzestny traktował ją z serdecznością i okazywał jej wsparcie, jakiego nigdy nie doczekała się ze strony rodziny. W jednym z licznych napisanych do niego listów otwierała przed nim serce i wyznawała ze smutkiem: „(…) kocham cię i podziwiam, Noné [ojcze chrzestny, po grecku], i jesteś dla mnie jak ktoś związany ze mną więzami krwi. Dziwne, jak niewiele znaczy pokrewieństwo łączące nas z rodziną. Moja rodzina była dla mnie tylko źródłem nieszczęścia”.

Osiadła w Nowym Jorku kolonia grecka przyjęła nowych członków z otwartymi ramionami i wkrótce nowe życie nie wydawało się już Evangelii tak straszne, jak się obawiała. Rodzina zamieszkała w dzielnicy Queens, gdzie osiedlała się większość imigrantów greckich. Cztery miesiące po przyjeździe, chłodnej nocy 2 grudnia, w szpitalu przy Piątej Alei, Evangelia urodziła córkę. Jako że oczekiwała synka, musiała naprędce wymyślić jakieś imię i nazwała córeczkę Maria. Potem, w wieku trzech lat dziewczynka została ochrzczona jako Cecilia Sophia Anna Maria Kalogeropoulos. Wkrótce po narodzinach drugiej córki i po otrzymaniu obywatelstwa amerykańskiego, ojciec zmienił nazwisko na Callas. Mogąc już wówczas wykonywać swój zawód, kupił aptekę na rogu Trzydziestej Ósmej Ulicy i Ósmej Alei na Manhattanie. Rodzina zamieszkała w skromnym mieszkaniu nad apteką, by z czasem przenieść się do wygodniejszego.

Evangelia przelała wszystkie swoje frustracje na córki, którym niejako narzuciła miłość do muzyki. Kiedy Maria skończyła pięć lat, matka odkryła, że ta pulchna, krótkowzroczna dziewczynka ma cudowny głos. Kupiła wówczas pianolę i zaczęła uczyć córki piosenek greckich i amerykańskich. Później nabyła gramofon, z którego Maria słuchała swoich pierwszych oper Belliniego i Verdiego. Już jako kobieta dojrzała, gwiazda, wyznała: „Matka uznała, że nadaję się na śpiewaczkę, chociaż miałam dopiero cztery lata i nienawidziłam śpiewu. To pewnie dlatego zawsze czułam do belcanto miłość połączoną z nienawiścią”.

Maria wzrastała w domu bez miłości, w atmosferze niesnasek między rodzicami. „Nie miałam dzieciństwa – powie później. – Matka nie rozumiała mnie, ojca prawie nigdy nie było i nie mógł mi pomóc”. Była dziewczynką zamkniętą i pełną kompleksów wobec pięknej siostry, nie miała właściwie przyjaciół i często przesiadywała w domu sama. Evangelia otaczała większą uwagą sześć lat starszą Jackie – atrakcyjną, szczupłą blondynkę, w której pokładała wielkie nadzieje, związane z awansem społecznym po dobrym wydaniu córki za mąż. Wobec Marii była chłodna i wymagająca, narzucając jej żelazną dyscyplinę, przyjmując postawę bardziej właściwą dla nauczycielki. Siostry, wówczas połączone serdecznymi relacjami, dodawały sobie wzajemnie otuchy, próbując znosić gwałtowne zmiany humoru skłonnej do depresji matki.

Kiedy w 1929 roku społeczeństwo amerykańskie stanęło w obliczu skutków poważnego kryzysu ekonomicznego, ojciec Marii sprzedał aptekę i powrócił do dawnego zajęcia akwizytora farmaceutycznego. Napięcia między małżonkami zaczęły narastać. Georges, spędzający wiele czasu z dala od domu w związku z nowym zajęciem, nawiązał romans z Alexandrą Papajohn, młodą dziewczyną, Greczynką z pochodzenia, córką przyjaciół rodziny. Evangelia, świadoma niewierności męża, poczuła się doprowadzona do ostateczności. Zmuszeni do przeprowadzki, państwo Callas zamieszkali w niewielkim mieszkaniu bez windy, o dwa kroki od murzyńskiej dzielnicy Harlem, jednej z najuboższych w mieście. Jedyną nadzieją Evangelii był powrót z córkami do Grecji – po ukończeniu przez Marię szkoły – i tam zapewnienie im solidnego wykształcenia muzycznego.

W wieku dziesięciu lat Maria rozpoczęła systematyczną naukę muzyki. Uniemożliwiło jej to cieszenie się dzieciństwem na sposób innych dzieci w tym wieku. Evangelia nie przejmowała się nastawieniem córki, dla której muzyka nie była wówczas niczym więcej niż rozrywką. Nie zastanawiała się również nad tym, że dziewczynka panicznie bała się występować i robić z siebie widowisko na scenie. Maria, dręczona kompleksem nadwagi, z przykrością przeglądała się w lustrze, tymczasem matka kazała jej się pokazywać publicznie. Ta nieśmiałość nie opuszczała jej przez całe życie. Przemieniwszy się w gwiazdę, miała wymyślić postać wielkiej diwy Callas, żeby ukryć się pod nią jak pod maską.

Matka Marii, kobieta o niepohamowanej ambicji, postanowiła wykorzystać swoje „cudowne dziecko” i przez kolejne miesiące prowadzała córkę na niezliczone przesłuchania, próbując wykreować dziewczynkę na gwiazdę. Dla małej był to bardzo trudny okres – czas wypełniony wyczerpującymi lekcjami i próbami. Evangelia towarzyszyła córce na lekcjach fortepianu, zmuszając ją do wysilania głosu w utworach muzyki klasycznej zbyt trudnych na jej wiek. Maria Callas nieraz publicznie wyrażała żal za utraconym dzieciństwem: „Miałam faktycznie wyjątkowy głos, a matka skierowała mnie na ścieżkę kariery muzycznej. Uważano mnie za cudowne dziecko. Oceniając to z późniejszej perspektywy, zdaję sobie sprawę, że nie mam powodów do narzekania. Niemniej powinno istnieć prawo zabraniające obciążania małych dzieci tak wielką odpowiedzialnością. Cudowne dzieci zawsze pozbawione są prawdziwego dzieciństwa. Nie pamiętam żadnej zabawki, nawet lalki czy ulubionej gry, tylko arie, które musiałam ćwiczyć do upadłego, żeby wystąpić na uroczystości z okazji zakończenia roku szkolnego”.

Maria rozpoczęła edukację muzyczną bez specjalnego entuzjazmu – chciała być wówczas dentystką – jednak z czasem zaczęła okazywać wielkie zainteresowanie muzyką. Uświadomiła sobie, że choć nie jest obdarzona urodą, potrafi dzięki wspaniałemu głosowi zyskać sympatię i podziw ludzi. Jej życie uległo wielkiemu przeobrażeniu. Zrozumiała, że nie ma co naśladować siostry; powinna raczej starać się osiągnąć sukces w dziedzinie artystycznej. Przestała zajmować się swoim wyglądem, skupiając się na tym, w czym siostra absolutnie nie mogła jej dorównać: na śpiewie.

Gdy w styczniu 1937 roku pani Callas oświadczyła mężowi, że zamierza wrócić do Grecji razem z córkami, ten próbował bezskutecznie zatrzymać Marię. Celem Evangelii było wylansowanie niezwykle uzdolnionej córki w ojczyźnie. Co się tyczy pokrycia kosztów lekcji, mogła liczyć na hojność krewnych. Obiecała mężowi, że wrócą, kiedy się skończy lato, a najdalej na Boże Narodzenie. Georges zobowiązał się posyłać jej miesięcznie sto dwadzieścia pięć dolarów na utrzymanie – połowę swego skromnego uposażenia. Dziewczynki były przekonane, że będzie to tylko chwilowa rozłąka, jednak Maria, podobna fizycznie do ojca i bardzo z nim związana, miała go zobaczyć dopiero po ośmiu latach.

Powrót do domu nie okazał się sprawą tak prostą, jak wyobrażała sobie Evangelia. Po przybyciu do Aten zatrzymały się u babci ze strony matki, zajmującej teraz skromne mieszkanie składające się z zaledwie trzech niewielkich pokoi. Po czternastu latach nieobecności Evangelia mogła stwierdzić, że rodzina Dimitriadis już nie żyje w takim zbytku jak kiedyś i nie zachowała dawnej pozycji. Wkrótce po przybyciu i zaliczeniu intensywnej tury wizyt w domach krewnych i przyjaciół pani Callas zrozumiała jasno, że nikt jej nie pomoże sfinansować karier muzycznych córek. Przez osiem lat matka i córki żyły jak uwięzione w kraju pogrążonym w cierpieniach i niedostatku z powodu drugiej wojny światowej, a później greckiej wojny domowej.

Kłopoty finansowe pogłębiły się, kiedy dwa miesiące po ich przybyciu do Grecji Georges zachorował na zapalenie płuc i stracił pracę. Nie mógł już posyłać pieniędzy ze Stanów i poprosił Evangelię o powrót do Nowego Jorku. Jednakże matka Marii nie miała najmniejszego zamiaru opuszczać kraju. Wiązały koniec z końcem dzięki skromnej pensji Jackie, pracującej jako sekretarka, oraz pomocy rodziny. Mogły przeprowadzić się do większego mieszkania, umeblowanego nielicznymi należącymi do nich sprzętami. Maria, zajmująca nieogrzewany pokój, do wieczornej nauki wkładała rękawiczki i gruby płaszcz.

Postrzegała Grecję jako kraj biedny i zacofany, absolutnie niepodobny do idyllicznego kraju znanego jej z opisów matki. Czuła się obco we własnej rodzinie – kuzynki nazywały ją jankeską. Tęskniła za ojcem. Evangelia obarczała męża odpowiedzialnością za wszystkie znoszone przez nie niedostatki i nie pokazywała Marii listów, w których ojciec namawiał je do powrotu do domu. Dziewczyna, nie zdążywszy zaadaptować się do nowego życia, przekonana, że ojciec już jej nie kocha, musiała poddać się szaleńczemu rytmowi przesłuchań, recitali, występów w najrozmaitszych miejscach. Spełniała z rezygnacją żądania matki i znosiła upokorzenia, denerwując się coraz bardziej tym, że bez przerwy proszona jest o to, by „coś zaśpiewała”.

Na początku września 1937 roku Evangelia zorientowała się, że jej trzynastoletnia córka nie może jeszcze, z racji wieku, podjąć studiów w najlepszej w kraju uczelni – Konserwatorium Ateńskim. Załatwiła jednak córce przesłuchanie w Konserwatorium Narodowym, uważanym za drugie pod względem poziomu nauczania. Ukryła wiek dziewczyny, podając ją za szesnastolatkę – co, zważywszy na tuszę i wzrost Marii, nie budziło niczyich wątpliwości. Przesłuchanie w obecności Marii Trivelli, jednej z najlepszych nauczycielek śpiewu w stolicy, nie mogło wypaść lepiej. Dziewczyna uzyskała miejsce w klasie profesor Trivelli, zachwyconej możliwościami głosowymi i dojrzałością interpretacyjną nowej uczennicy. Dla Marii rozpoczynała się epoka wytężonej pracy i wielu osobistych wyrzeczeń.

Dni upływały jej na lekcjach śpiewu, zajęciach ze sztuki dramatycznej, z historii opery, lekcjach fortepianu, dykcji – po francusku i włosku. Nie miała koleżanek w swoim wieku, bo właściwie nie miała wolnego czasu; poza tym kiepsko mówiła po grecku. Edukacja muzyczna stała się dla niej sprawą priorytetową i równocześnie obsesją. Pracowała do wyczerpania sił – dwanaście czy czternaście godzin z rzędu – a jedyną przyjemność stanowiło dla niej wówczas jedzenie, co odbijało się negatywnie na jej zdrowiu i sylwetce. Była ciągle dziewczyną pozbawioną wdzięku i niezgrabną, w grubych okularach, z widoczną nadwagą. Matka, zamiast troszczyć się o dietę córki, serwowała jej ogromne porcje jedzenia jako nagrodę za podejmowany trud. W wieku czternastu lat – i w czasach, kiedy niewiele wiedziano o tej chorobie – śpiewaczka chorowała na bulimię, zaburzenie odżywiania wywołane nadmierną troską o wagę i wygląd zewnętrzny.

Latem 1939 roku siostra Marii, Jackie, zaręczyła się z bogatym dziedzicem fortuny armatorów, Miltosem Embiricosem. Zrezygnowała z nieźle zapowiadającej się kariery muzycznej, aby dobrze wyjść za mąż. Evangelia wydawała się zadowolona, ponieważ udało jej się „zapewnić przyszłość” jednej z córek, a przy okazji awansować towarzysko. Sprawy nie ułożyły się jednak tak prosto i Jackie zamiast żoną miała stać się wieczną kochanką armatora. Zamożna rodzina Embiricos przeciwstawiała się małżeństwu syna z dziewczyną skromnego pochodzenia i wątpliwej konduity. Maria nie zareagowała na zaręczyny siostry z radością; mimo zazdrości i nieporozumień czuła się z nią bardzo związana. Dopiero jakiś czas potem miała poznać prawdziwe powody, dla których nie doszło do ślubu Jackie Callas z narzeczonym.

Pod koniec roku Maria uzyskała upragnione miejsce w Konserwatorium Ateńskim, po przesłuchaniu u osoby, która ostatecznie pchnęła ją na ścieżkę kariery i bardziej niż ktokolwiek inny wpłynęła na jej transformację – Elviry Hidalgo. Ta słynna sopranistka hiszpańska, która występowała w największych teatrach operowych świata, takich jak mediolańska La Scala czy londyńska Covent Garden, została uwięziona w Grecji wraz z wybuchem hiszpańskiej wojny domowej. Należąca do wyższej klasy Elvira była nie tylko uznaną nauczycielką konserwatorium, lecz także kobietą wykształconą i posiadającą własny styl, osobą znaną w świecie artystycznym.

Pierwsze spotkanie Elviry z nową uczennicą nie mogło być bardziej zniechęcające dla obu stron. Hidalgo ujrzała zaniedbaną nastolatkę o brzydkiej cerze, w okularach o grubych szkłach, która w wieku piętnastu lat ważyła dziewięćdziesiąt kilo i z nerwów bez przerwy obgryzała paznokcie. Aspiracje dziewczyny wydały jej się śmieszne, kiedy jednak ją usłyszała, zrozumiała natychmiast, że będzie ona znakomitą wykonawczynią. „Jej technika wokalna pozostawała daleka od doskonałości, lecz głos obdarzony był naturalnym zmysłem dramatycznym, muzykalnością i oryginalnością, które mnie poruszyły. Poczułam pod powiekami łzy, więc odwróciłam się, żeby dziewczyna ich nie zauważyła. Wiedziałam od razu, że będę jej nauczycielką, a kiedy popatrzyłam w jej wspaniałe oczy, pomyślałam, że mimo całej reszty jest bardzo piękna”, wspominała później Elvira Hidalgo owo pierwsze przesłuchanie.

Od tej chwili Hidalgo stała się nauczycielką, przyjaciółką, mentorką Marii, podobnie jak jej pierwsza mistrzyni, Trivella. Po śmierci Callas w jej paryskim mieszkaniu znaleziono na poczesnym miejscu zdjęcie podziwianej nauczycielki. Śpiewaczka powiedziała kiedyś: „Całe przygotowanie, formację artystyczną, sceniczną i muzyczną zawdzięczam tej znakomitej hiszpańskiej artystce”. Elvira troszczyła się nie tylko o głos Marii, lecz także o jej wygląd, grożąc, że przestanie udzielać jej lekcji, jeśli ta nie schudnie i nie zadba o siebie. „Przyszła primadonna powinna być elegancka, zarówno jeśli chodzi o głos, jak i o wizerunek”, przypominała.

Nikt nie potrafił prawdziwie docenić głosu Marii, póki w jej życie nie weszła Elvira Hidalgo. Trivella uważała ją za mezzosopran, Hidalgo natomiast pomagała jej wydobyć najwyższe tony sopranów. Prowadzona za rękę przez tę, która była jej pierwszym Pigmalionem, dziewczyna wkroczyła z entuzjazmem w nowy etap życia, okres intensywnej formacji artystycznej. Pracowały codziennie od dziesiątej rano do ósmej wieczór. Maria żyła wyłącznie dla muzyki i wkrótce wysiłki Elviry zaczęły przynosić owoce. Z każdym miesiącem dziewczyna zaczynała się coraz lepiej czuć we własnej skórze, a dręczące ją poczucie samotności ustąpiło. Nauczyła się ubierać tak, by ukryć tuszę, chodzić z gracją, poruszać się w naturalny sposób na scenie, kontrolować mimikę.

Dwudziestego ósmego października 1940 roku Grecja przystąpiła do wojny, której do tej pory za wszelką cenę starała się uniknąć. Wojska Mussoliniego zajęły Albanię i kiedy zbliżały się do granicy greckiej, kraj się zmobilizował i zmusił oddziały Duce do wycofania się. Grecja pogrążyła się w nędzy wojny, a tymczasem Maria Callas przygotowywała się, by na scenie Opery Ateńskiej zadebiutować w niewielkiej roli w operetce Boccaccio Franza von Suppé. Zdobyła powszechny aplauz publiczności i po raz pierwszy poczuła się zawodową śpiewaczką, nie zaś zwykłą amatorką. Przedstawienie obejrzała z dumą cała jej rodzina, oklaskując ją z pierwszego rzędu. Sukces tego niezapomnianego wieczoru pozwolił dziewczynie dojrzeć i nabrać większej pewności siebie. Wytrwała praca u boku Elviry przyniosła w końcu owoce.

Pierwsze miesiące wojny nie oznaczały większych zmian w życiu Evangelii i jej córek, lecz najgorsze było jeszcze przed nimi. Dwudziestego siódmego kwietnia 1941 roku, po ucieczce króla Jerzego wraz z rodziną do Egiptu, Grecja przeszła w ręce Niemców. Kilka tygodni później flaga ze swastyką zaczęła powiewać na szczycie Akropolu, a Grecy poznali koszmar przeżywany już przez miliony ludzi w Europie. Pojawiły się problemy z zaopatrzeniem, administracja pozostawała w rękach najeźdźców, wprowadzono godzinę policyjną. Rządy nazistów nie zdołały jednak przeszkodzić w pracy Marii, która każdego ranka szła do domu Elviry Hidalgo, by pozostać tam przez cały dzień. Wracała wieczorem, po wyczerpujących ćwiczeniach, czasem ignorując godzinę policyjną i ryzykując zatrzymanie przez patrol niemiecki.

Mimo okupacji niemieckiej sytuacja Marii i jej matki nie była do końca zła, ponieważ Miltos Embiricos, bogaty narzeczony drugiej córki, dostarczał im ciepłą odzież i żywność. Jackie w swych opublikowanych w 1989 roku wspomnieniach wyznała, że powód, dla którego w czasie wojny nie brakowało im jedzenia ani pieniędzy, pozostawał sekretem matki. Otóż Evangelia, dowiedziawszy się, że Jackie zaręczyła się z bogatym dziedzicem fortuny armatorów, umówiła się z nim na spotkanie i zaproponowała układ: jeśli on zobowiąże się pomagać im materialnie, ona nie będzie miała nic przeciwko temu, żeby jej córka Jackie została jego kochanką. Układ ten pogrzebał nadzieje na ewentualne małżeństwo Jackie. Kiedy rok później Maria, przekonana, że to ojciec im pomaga, poznała prawdę, znienawidziła matkę jeszcze bardziej.

Maria nigdy nie zapomniała zimy 1941 roku, kiedy miasto nawiedziła fala mrozów, powodując wiele strat w ludziach i zmuszając mieszkańców do chodzenia w góry i kupowania żywności na czarnym rynku. „Okupacja w Atenach była najboleśniejszym okresem mego życia – opowiadała później. – Pamiętam bardzo dobrze zimę 1941 roku, najsurowszą, jaką kiedykolwiek przeżyłam, kiedy to po raz pierwszy od dwudziestu lat padał śnieg. Przez całe następne lato żywiłam się pomidorami i kapustą, po które chodziłam długie kilometry, prosząc chłopów o warzywa”. Nie zapomniała cierpień znoszonych podczas okupacji niemieckiej. Lata głodu, ubóstwa i ciągłego strachu pozostawiły w niej ślad na zawsze.

W tych dramatycznych dniach dowiedziała się, że Elvira załatwiła jej posadę w Operze Ateńskiej. Miała zaledwie siedemnaście lat, i fakt, że weszła do opery głównym wejściem dzięki wpływom nauczycielki, wzbudził zazdrość kolegów i koleżanek. Do tej pory zdążyła już nabrać trochę pewności siebie i wyzbyć się lęku przed ludźmi, teraz jednak znowu zrobiła się nieufna i zamknięta. Latem 1942 roku, kiedy Niemcy zezwolili na powrót życia kulturalnego w Atenach, wystąpiła w roli, która oznaczała początek jej kariery. W Operze Ateńskiej miała zostać wystawiona Tosca, a ponieważ zachorowała główna wykonawczyni, zaproponowano Marii zastępstwo. Maria, kilkunastoletnia dziewczyna, wystąpiła na scenie i odniosła wielki triumf, śpiewając po grecku u boku najsłynniejszego w kraju tenora, Antonia Dhellentasa. Miesiąc później wykonała tę samą partię po włosku. W rozdartej wojną Grecji ta niemal nieznana dziewczyna kolejny raz zdołała podbić serca publiczności.

Po pierwszym występie w Tosce, w zastępstwie innej artystki, zaczęła być uważana za jedną z najlepszych śpiewaczek operowych w kraju. Mijało osiem lat, odkąd opuściła Stany Zjednoczone. Jedyna z rodziny miała obywatelstwo amerykańskie i choć w Grecji była już znana, pragnęła wrócić do Stanów, do ojca. Niemcy opuścili Ateny i po okresie euforii kraj pogrążył się w okrutnej wojnie domowej. Sytuacja była jeszcze trudniejsza niż w czasie wojny światowej i Maria, której kontrakt w Operze Ateńskiej wygasł, miała niewielką szansę rozwijania swojej dobrze zapowiadającej się kariery. Kiedy skończyła dwadzieścia jeden lat, nieoczekiwanie otrzymała od Georgesa Callasa list. Był to 5 grudnia 1944 roku. W kopercie znajdowało się sto dolarów – prezent od ojca na urodziny. Maria była przekonana, że po sukcesach w Grecji otworzy się dla niej wiele drzwi w Nowym Jorku, w tym drzwi mitycznej Metropolitan Opera House.

Narodziła się gwiazda

Czternastego września 1945 roku młoda sopranistka wsiadła na parowiec Stockholm płynący do Stanów Zjednoczonych. Podróżowała ze stoma dolarami w kieszeni, z niewielkim bagażem, nie znając dokładnego adresu ojca. Evangelia, wściekła w obliczu „zdrady” córki, odmówiła jej jakiejkolwiek informacji na temat miejsca zamieszkania rodziny za Atlantykiem. Stąd wzruszenie, jakie ogarnęło Marię, kiedy, dopłynąwszy do portu w Nowym Jorku, rozpoznała w tłumie Georgesa. Ojciec dowiedział się o jej przybyciu przypadkowo, czytając periodyk wydawany przez emigrację grecką, na którego stronach zamieszczano listy pasażerów statków z Grecji. Maria miała już gdzie się zatrzymać: w niewielkim mieszkaniu w Washington Heights, w tej samej dzielnicy, w której mieszkali przed laty.

Ogromnie uradowana spotkaniem, zorientowała się wkrótce, że ojciec mieszka ze swoją dawną kochanką Alexandrą Papajohn. Wiedziała, że Evangelia porzuciła go przed ośmiu laty, niemniej trudno jej było podzielać jego uczucia względem tej kobiety. Alexandra, samotna czterdziestolatka, delikatna i uczciwa – z którą Georges ożeni się w 1964 roku po otrzymaniu rozwodu z żoną – uznała, że dopóki w domu jest Maria, ona przeniesie się do rodziców, żeby nie zakłócać relacji ojca i córki.

Pierwsze miesiące w Nowym Jorku były dla Marii niczym krótkie wakacje po latach ciężkiej pracy i wyrzeczeń w Grecji. Spacerowała ulicami bogatego, ruchliwego miasta, podjadając hamburgery i hot dogi i przybierając stale na wadze. Wkrótce musiała sprawić sobie nową garderobę; poza tym potrzebowała pieniędzy na fortepian, lekcje śpiewu, impresaria. Marzyły jej się niezależność i niewielkie mieszkanko w bardziej eleganckiej dzielnicy. Jako że ojciec nie mógł jej pomagać w pokrywaniu osobistych wydatków, zwróciła się do ojca chrzestnego, doktora Lantzounisa, który pożyczył jej pieniądze i pozwolił ćwiczyć w swoim eleganckim domu w East Side na Manhattanie.

Upragniony sukces w Stanach Zjednoczonych bynajmniej nie miał przyjść ławo ani szybko. Maria tygodniami odwiedzała bez rezultatu najlepszych agentów i impresariów. Kiedy pokazywała recenzje i dobre opinie na temat swoich występów w Grecji, stale pojawiał się jeden i ten sam problem nie do rozwiązania: żaden z agentów nie znał greckiego, było więc tak, jakby cała jej chlubna przeszłość nie istniała. Na szczęście, pół roku po przybyciu miała okazję zostać przesłuchana przez dyrektora szacownej Metropolitan Opera. Po tym jak odśpiewała Casta Diva, Edward Johnson zaproponował tej dwudziestodwuletniej, nieznanej sobie dziewczynie główne role w operach Madame Butterfly i Fidelio. Ku jego zaskoczeniu Maria Callas zdecydowanie odmówiła. Pragnęła zatriumfować w tej świątyni śpiewu, ale bała się kompromitacji. Nie chciała ryzykować wykonywania partii w Fideliu po angielsku ani wcielać się w filigranową Japonkę, będąc tęgą kobietą, ważącą wówczas dziewięćdziesiąt kilo.

Przyjaciołom, którzy na wieść o jej odmowie występów w Metropolitan Opera podnieśli lament, dumna śpiewaczka odparła: „Głupcy, pewnego dnia Met przyjdzie błagać mnie na kolanach, żebym zaśpiewała”. Poczucie wartości wzmocniło się u Marii po pierwszych sukcesach w Grecji, tak że kiedy dyrektor opery w San Francisco, wysłuchawszy jej, zaproponował, by wyjechała dokształcić się we Włoszech, po czym on podpisze z nią kontrakt, odpowiedziała: „Dziękuję, ale kiedy zrobię karierę we Włoszech, nie będę już pana do niczego potrzebować”. Była przekonana, że podjęła słuszną decyzję – i czas przyzna jej rację – niemniej w tym momencie zamknęła przed sobą drzwi dwóch najważniejszych scen operowych w Ameryce.

Na krótko przed Bożym Narodzeniem 1946 roku do Nowego Jorku przybyła Evangelia, a czekali na nią Maria i mąż Georges. W próżnej nadziei pogodzenia ze sobą rodziców śpiewaczka kupiła matce bilet, żeby ta mogła do nich dołączyć. Jednakże spotkanie małżonków nie wyglądało tak, jak Maria sobie wyobrażała. Evangelia na wieść o tym, że mąż żyje w związku z dawną kochanką Alexandrą, wpadła we wściekłość. Od tej chwili życie rodzinne stało się prawdziwym piekłem. Maria, która w swojej naiwności usiłowała uratować małżeństwo rodziców, znalazła się znów pod kontrolą zaborczej matki, pośród nieustających kłótni.

Na szczęście, w tym czasie poznała sławnego tenora włoskiego Giovanniego Zenatello, dyrektora artystycznego festiwalu w Weronie, który szukał w Nowym Jorku sopranu do nowego wystawienia Giocondy. Dzięki pośrednictwu przyjaciela, śpiewaka Nicoli Rossi-Lemeni, została przesłuchana przez Zenatella w jego apartamencie. Doświadczony tenor był urzeczony głosem Callas. Nie czekając, aż ta skończy partię, postanowił podpisać z nią kontrakt, przekonany, że jest ona śpiewaczką, której szukał. Przed Marią otworzyła się szansa zadebiutowania we Włoszech w wielkiej roli i oddalenia się od rodziców, których wzajemne relacje stawały się coraz bardziej napięte.

Kariera Marii we Włoszech rozpoczęła się pod dobrą gwiazdą. Śpiewaczka przybyła tam 27 czerwca, z nadzieją, że odniesie sukces na prestiżowym festiwalu w Weronie. W wieku zaledwie dwudziestu trzech lat miała wystąpić w amfiteatrze przed publicznością zgromadzoną w liczbie dwudziestu pięciu tysięcy, śpiewając pod batutą Tulia Serafina, dawnego dyrygenta Metropolitan Opera, uważanego za „wielkiego mistrza dyrygowania operą”. Pożegnawszy się z rodzicami, wyruszyła do Włoch, kraju, w którym chciała widzieć ją występującą Elvira Hidalgo, jej nauczycielka i mentorka. Po przyjeździe niezwłocznie rozpoczęła próby z maestrem Serafinem, który natychmiast rozpoznał w dziewczynie niebywały talent i zaoferował jej wszelką możliwą pomoc.

Pewnego wieczoru Maria, zaproszona na kolację, poznała mężczyznę, który miał się stać jej mężem i agentem artystycznym, Giovanniego Battistę Meneghiniego. Wielu nie mogło zrozumieć, co śpiewaczka widziała w mężczyźnie tego typu: łysym, otyłym, niemłodym, którego wszyscy brali za jej ojca. Ów zamożny przemysłowiec włoski, zajmujący się branżą budowlaną, kawaler, trzydzieści lat starszy od Marii, należał do starej burżuazji Werony. Będąc wielkim miłośnikiem śpiewu operowego, znany był w mieście jako mentor i opiekun początkujących śpiewaczek i jeden z mecenasów festiwalu Arena di Verona. Od pierwszej chwili zwrócił uwagę Marii: „Wydał mi się człowiekiem uczciwym i szczerym, natychmiast poczułam do niego sympatię”, mówiła potem.

Następnego dnia Battista zaprosił Marię na wycieczkę do pobliskiej Wenecji. Można sądzić, że oboje przypadli sobie nawzajem do gustu, choć w tamtym czasie Maria, ze względu na nadwagę, nie była zbyt atrakcyjna fizycznie. W budzącej wiele kontrowersji autobiografii zatytułowanej Maria Callas mia moglie [Moja żona Maria Callas] Meneghini w tych słowach wspominał ich pierwsze spotkanie: „Było mi jej żal. Miała zdeformowane stopy i kostki tak spuchnięte, że wyglądały jak łydki. Poruszała się niezgrabnie i ociężale”. Ją pociągały nienaganne maniery i dobre wychowanie gospodarza. Od samego początku czuła się przy Battiście – być może z racji jego wieku – spokojna i bezpieczna. Pierwszy raz w życiu jakiś mężczyzna odnosił się do niej z taką atencją i podziwem. Od owej romantycznej wycieczki do Wenecji Włoch stał się jej nieodłącznym towarzyszem. W ciągu lata 1947 roku więź między obojgiem zacieśniała się i to, co rozpoczęło się jako bliska przyjaźń, stało się ukrywanym romansem.

Wyczekiwany przez Marię debiut włoski nie przyniósł spodziewanego sukcesu. Kilka dni przed premierą Giocondy, na próbie generalnej, śpiewaczka miała wypadek. Jako że była krótkowidzem, a w czasie przedstawienia nie mogła nosić okularów, nauczyła się na pamięć wszystkich ruchów na scenie. Pod koniec drugiego aktu potknęła się i skręciła kostkę. Obecna na próbie publiczność nie zwróciła uwagi na fatalny upadek sopranistki, która wykorzystała incydent, by kreowanej postaci nadać jeszcze większy dramatyzm. W dniu premiery Maria zachowywała się spokojnie i grała, jakby nic złego się jej nie przytrafiło. Kostkę miała zabandażowaną i odczuwała przejmujący ból. Mimo pozytywnych recenzji występ nie przyniósł jej upragnionego międzynarodowego uznania.

W wieku dwudziestu czterech lat zakochała się w człowieku, którego wybrała „jako ojca i towarzysza”. W listach do matki i do siostry Jackie opisywała swego nowego partnera, podkreślając, z jakim szacunkiem jest przez niego traktowana. Osiemnastego sierpnia dała w Weronie ostatni występ, lecz zaczęła zastanawiać się, czy wracać do Nowego Jorku. Nie podpisała żadnego kontraktu i miała zaledwie dwieście czterdzieści dolarów w kieszeni – honorarium za cztery spektakle festiwalowe. Myśl o tym, że ma znowu znaleźć się między rodzicami, nie wydawała jej się pociągająca. Wówczas właśnie Battista zaproponował, że będzie jej opiekunem i sfinansuje wszystkie wydatki ponoszone przez nią we Włoszech. Choć najbliżsi radzili Marii, by nie powierzała kariery artystycznej człowiekowi, który nie jest impresariem z branży, ona sama cieszyła się na myśl, że ukochany zajmie się jej sprawami zawodowymi.

W połowie października 1947 roku para opuściła Weronę, by osiąść w Mediolanie. Przemysłowiec, nazywany przez Marię pieszczotliwie Titta, czuł presję starej matki, która przeciwstawiała się jego związkowi z „kobietą z teatru”, zbyt dla niego młodą, i wyrzucała mu, że wiążąc się z artystką, zaniedbuje interes rodzinny – podstawę utrzymania dla niej i rodzeństwa. Meneghini zajął się jednak karierą Marii od pierwszego dnia, kiedy usłyszał ją śpiewającą, poświęcając swój czas i pieniądze, by zapewnić jej najlepszych profesorów i ważne przesłuchania. Dzięki pomocy maestra Serafina młoda sopranistka podpisała kontrakt na wykonywanie głównej roli w wielkim dramacie muzycznym Tristani Izolda Ryszarda Wagnera w sławnej La Fenice w Wenecji. Po dość dramatycznym występie w Weronie Callas miała odnieść pierwszy wielki sukces we Włoszech, wykonując partię Izoldy, jedną z najtrudniejszych w belcanto.

W następnym roku niezrównany głos i rejestr pozwoliły jej w różnych miastach Włoch śpiewać w największych operach, stawiających wykonawcom wyjątkowe wymagania. Nie tylko potrafiła opanować rolę w błyskawicznym tempie, ale znana była z tego, że podejmowała wszystkie gatunki i brała na warsztat partie z racji trudności od dawna niewykonywane. W listopadzie wystąpiła we Florencji w Normie Belliniego, roli, która miała ją określić na zawsze. Nikt tak jak ona nie potrafił ukazać tej niezwykle bogatej postaci i zaśpiewać tej roli – stawiającej wykonawcy tak wysokie wymagania głosowe – z równym dramatyzmem i godnością. Partia Normy – wykonywana osiemdziesiąt razy – będzie się dla Marii wiązała z najmilszymi wspomnieniami w całej karierze.

W tej epoce wielkich stresów Maria przechodziła od euforii do smutku – i stale tyła. Czuła się nieszczęśliwa, gdyż Battista nie zaproponował jej małżeństwa, a jeśli chodzi o sprawy zawodowe, bolało ją, że wciąż nie została zaproszona przez La Scalę czy Covent Garden. Recenzje były jednak coraz bardziej pochlebne i jej sława rosła. Dopiero w lipcu 1948 roku Maria zorientowała się, że rodzina Meneghini jest wobec niej absolutnie źle nastawiona. Krewni Battisty zarzucali jej, że całkowicie nim zawładnęła, że z jej powodu zaniedbuje on rodzinny interes, i bez wahania oskarżali ją o to, że przyjechała do Werony, by złowić bogatego mężczyznę ustosunkowanego w sferach artystycznych. Z drugiej strony, Evangelia, nieznająca jeszcze Battisty, również patrzyła niechętnie na ewentualne małżeństwo córki z mężczyzną, który „wyglądał na jej ojca”.

Pod koniec marca 1949 roku Maria wróciła do Werony, by spędzić kilka dni z Battistą przed podróżą do Buenos Aires, gdzie miała rozpocząć zorganizowane przez niego tournée. W owym roku wielkich planów miała, ku swojemu żalowi, po raz pierwszy rozstać się z narzeczonym. Wtedy to właśnie Battista Meneghini nieoczekiwanie zaproponował jej małżeństwo, na co od razu wyraziła zgodę. Dwudziestego pierwszego kwietnia 1949 roku została jego żoną, choć ślub nie był tak romantyczny, jak sobie wyobrażała. Nie była katoliczką – czuła się bardzo związana z greckim Kościołem prawosławnym – a kapłan udzielił im ślubu w starej zakrystii służącej za magazyn. Miejscem uroczystości był mały kościółek w Weronie; uczestniczyło w niej jedynie dwoje świadków. Mąż Marii pisał we wspomnieniach, że ślub odbył się w pośpiechu, „wśród połamanych krzeseł, rzeźb pozbawionych głów, zakurzonych całunów pogrzebowych, baldachimów i starych chorągwi”. Miodowy miesiąc musiał zostać odłożony do czasu powrotu śpiewaczki z argentyńskiego tournée. Meneghini miał jej oczekiwać w Weronie, zajęty tymczasem szukaniem i urządzaniem mieszkania.

Dwudziestego maja Maria Callas wystąpiła po raz pierwszy w Teatro Colón w Buenos Aires, na scenie, na której w ciągu dziejów gościli najwięksi artyści operowi. Publiczność argentyńska z ogromnym aplauzem przyjęła jej niezrównany występ w Turandot, krytyka zaś uznała ją niemal za boginię. Mimo wielkich sukcesów odnoszonych w Argentynie Maria czuła się jednak samotna i tęskniła za mężem. Wreszcie 9 lipca wróciła do niego do Werony i mogła zobaczyć swoje pierwsze stałe lokum, jasne, eleganckie mieszkanie na poddaszu w centrum miasta. Nie miała jednak zbyt wiele czasu, by nacieszyć się nowym gniazdkiem, gdyż po powrocie z Argentyny zaczęły się pojawiać jeden za drugim nowe kontrakty i jej domem stały się kolejne hotelowe pokoje. Była teraz jedną z najbardziej obiecujących śpiewaczek operowych świata i w 1950 roku Normą otworzyła sezon w Wenecji.

Po wyczerpującym tournée w Meksyku, gdzie przyjmowano ją jak gwiazdę, wróciła do Włoch. Podczas tournée zaprosiła matkę do spędzenia z nią kilku dni w stolicy kraju. Evangelia przybyła z Nowego Jorku, gdzie wciąż mieszkała, i została powitana z taką pompą, jakby sama była gwiazdą. Maria, zdobywająca powoli szczyty popularności, chciała pokazać matce, że bez jej pomocy zdołała odnieść sukces i samodzielnie ułożyć sobie życie. Znalazłszy się na powrót w Weronie, postanowiła odpocząć trzy miesiące u boku męża, który nie mógł jej towarzyszyć w Meksyku z powodu licznych zajęć związanych z interesami. W tych dniach relaksu i skromnego życia towarzyskiego pracowała nad główną rolą w operze komicznej Turek w Italii Rossiniego, zaproponowanej jej na prośbę reżysera Luchina Viscontiego.

Maria Callas była „zwierzęciem scenicznym”, lecz Visconti nauczył ją osiągać legendarną doskonałość teatralną poprzez zanurzenie się bez reszty w duszy przedstawianej postaci. Wielki reżyser włoski od dawna marzył o wystawieniu na scenie opery. Pierwszy raz widział Marię śpiewającą w Operze Rzymskiej w 1949 roku w Parsifalu. Wywarła na nim takie wrażenie, że oglądał odtąd wszystkie jej występy. Od tej chwili myślał tylko o współpracy z nią. Z kolei Maria podziwiała artystyczną wrażliwość reżysera, urodziwego i wykształconego arystokraty, którego odwiedzała w jego letnim pałacyku. Ona i Visconti spotkali się cztery lata później w La Scali, przy okazji dwóch przedstawień, które miały przejść do historii: Westalki i Traviaty. Luchino, który uważał Marię za „wyjątkową i nadzwyczajną aktorkę dramatyczną”, zabezpieczył ją na scenie jak nikt dotąd. Niewiele osób wiedziało wówczas, że śpiewaczka, z powodu krótkowzroczności, bez grubych okularów porusza się po scenie w zasadzie jak niewidoma. Uczyła się zawsze na pamięć, gdzie stawiać kroki, i w jej ruchach widać było niezdecydowanie. Visconti zdołał zapewnić jej takie poczucie bezpieczeństwa, że nikt nie zauważał podczas występów owego defektu, cechującego jej grę przez całe życie.

Pod koniec roku 1950 Maria czuła się wyczerpana i musiała odwołać kilka przedstawień w Neapolu i Rzymie. Małżonkowie Meneghini przeprowadzili się i mieszkali teraz w Mediolanie, w eleganckim mieszkaniu przy via Buonarroti, ze względu na bardzo bogaty wystrój zwanym pałacykiem królowej La Scali. Maria znajdowała się w miłym momencie życia, kiedy zaczyna się odcinać kupony od sukcesu, jednak ością w gardle stała jej relacja z matką. Evangelia postanowiła wrócić do Grecji, do córki Jackie, pozostawiając za sobą małżeństwo, które od dawna wydawało się fikcją. Obrażona na męża, ale również na Marię, napisała do córki szereg przykrych listów, pełnych wyrzutów i oskarżeń, które bardzo ją dotknęły.

W 1951 roku z całkowicie odnowionymi siłami Maria, po podpisaniu bajkowego kontraktu, urzeczywistniła swoje marzenie o występach w La Scali, i to w pierwszoplanowej roli. Dyrektor wielkiego teatru, jej zapiekły wróg Ghiringhelli, nie miał innego wyjścia, jak ukorzyć się przed nią i potraktować ją jako tę, którą była: największą i najwybitniejszą śpiewaczkę operową świata. Za tą propozycją poszła inna, z Covent Garden w Londynie, gdzie na skutek niedbałości męża omal nie straciła szansy wystąpienia w Normie. Przyjęcie w obu teatrach nie mogło być lepsze. Publiczność została całkowicie zawojowana, krytycy zaś podkreślali wspaniałe warunki głosowe i talent dramatyczny artystki. W wieku dwudziestu ośmiu lat Maria Callas osiągnęła swój cel: występowała w wielkich produkcjach, pod kierunkiem najlepszych dyrygentów muzycznych i reżyserów na świecie, wśród nich Leonarda Bernsteina, Herberta von Karajana, Viscontiego i Zeffirellego. Przybyła do Włoch w 1947 roku, z niewielką sumą pieniędzy, jako prawie zupełnie nieznana artystka. Cztery lata później dostawała niemal trzydzieści tysięcy dolarów – w przeliczeniu na obecną wartość – za występ i uważana była za największą śpiewaczkę świata.

Znajdowała się u szczytu kariery zawodowej, lecz nie zdawała sobie sprawy, że małżonek i agent kontroluje całkowicie jej drogę zawodową, tak jak kiedyś czyniła to matka. Nie konsultując się z nią, Meneghini odrzucał wedle własnego uznania wspaniałe propozycje i żądał za występy niezwykle wysokich honorariów. Pazerność Meneghiniego – który ogólnie nie cieszył się sympatią – przyniosła Marii szkody w jej dalszym życiu zawodowym. Jednak musiało jeszcze minąć kilka lat, nim zakochana i ufna uświadomiła sobie, co tkwiło w tym nieodłącznie jej towarzyszącym, „dobrze ułożonym i opiekuńczym” człowieku.

W roku 1953 tęga sopranistka przeszła przeobrażenie, które stało się częścią jej legendy. Wielka diwa, na którą teraz patrzył cały świat, jako gwiazda opery zaczęła troszczyć się o swój wygląd i postanowiła schudnąć. Trapiące ją migreny, nudności, stany wyczerpania spowodowane były nadwagą. W ciągu kolejnych miesięcy, tracąc kilogramy, odnosiła kolejne sukcesy w mediolańskiej La Scali oraz w Covent Garden, gdzie wystąpiła w Normie, Trubadurze i Aidzie, ożywiając zainteresowanie operą wśród publiczności angielskiej. Niektórzy biografowie twierdzą, że Maria poddała się drakońskiej diecie, żeby przypominać Audrey Hepburn. Podobno Visconti, którego rad Maria chętnie słuchała, odwiedził ją kiedyś w domu. Gwiazda obejrzała właśnie Rzymskie wakacje i znalazła w uroczej, obdarzonej własnym stylem bohaterce wzór do naśladowania.

– Luchino, czy gdybym miała ciało Audrey Hepburn, byłabym piękna? – spytała.

– Byłabyś zbyt szczupła.

– Ale… czy byłabym atrakcyjna?

– Byłabyś Traviatą bardziej autentyczną; nie zapominaj, że zmarła wycieńczona – odpowiedział reżyser.

Maria wzięła sobie do serca słowa Viscontiego i w ciągu zaledwie dwóch lat schudła trzydzieści pięć kilo. Na zdjęciach zrobionych podczas sesji fotograficznej przeprowadzonej w 1959 roku w Nowym Jorku dla wydawnictwa płytowego widzimy ją w wyszukanych pozach, naśladujących styl podziwianej Audrey Hepburn z filmu Śniadanie u Tiffany’ego. W tym czasie jadła niemal wyłącznie sałatki i na pół surowe mięso, prowadząc intensywną działalność artystyczną. Ścisła dieta i wytężony rytm pracy wywoływały u niej rozdrażnienie i stan ogólnego niezadowolenia. W niespełna rok straciła około dwudziestu ośmiu kilogramów i na scenie poruszała się lekko, bez dawnej ociężałości. Niektórzy biografowie, w tym Meneghini, twierdzą, że prawdziwym powodem przeobrażenia diwy był żyjący w jelitach pasożyt – soliter – którym śpiewaczka mogła się zarazić poprzez pokarm. Ona sama nigdy publicznie nie przyznała się do przebycia tej choroby, a nagłą zmianę wyglądu przypisywała cudownej diecie oraz narzuconej sobie żelaznej dyscyplinie.

W październiku 1954 roku Maria, mająca za sobą wios­nę i lato niemal całkowicie wypełnione nagraniami swoich najsłynniejszych oper, wystąpiła po raz pierwszy w Stanach Zjednoczonych. Gdy przybyła, by pojawić się na scenie Chicago Lyric, dziennikarze wyrażali zdumienie na widok zmienionej nie do poznania gwiazdy. „Nowa” Callas była kobietą promienną, szczupłą, noszącą z szykiem eleganckie suknie szyte u Diora, Givenchy’ego czy Balmaina. Stała się pięknością o egzotycznych rysach, obdarzoną wielką siłą przyciągania i wyraźną osobowością. Chętnie przefarbowywała włosy i zmieniała fryzury. Nie wstydziła się już pokazywania nóg i spuchniętych kostek – na które nie pomogła żadna dieta. Nosiła szpilki, czyniące ją jeszcze wyższą, i pojawiała się na przyjęciach w olśniewających wieczorowych kreacjach, obwieszona biżuterią ze szmaragdami i brylantami. Na zachowanych z tamtych lat fotografiach przypomina wyglądem gwiazdę filmową. To, że na scenie i poza nią przywodziła na myśl gwiazdę, zawdzięczała madame Biki, wnuczce Pucciniego, jednej z największych projektantek mody w Mediolanie. To właśnie ona, a także jej współpracownik Alain Reynaud zajęli się wizerunkiem śpiewaczki, przeobrażając ją w obdarzoną własnym stylem i atrakcyjną gwiazdę, która miała uwieść cały świat.

Wielu uważało ją już za prawdziwą diwę, co pochlebiało jej szczególnie, uważała bowiem, że diwa, „poza tym, że śpiewa i występuje, musi być boginią w życiu codziennym”. Dzięki nowemu wyglądowi mogła nadać większą wiarygodność przedstawianym przez siebie bohaterkom, a w drugim akcie opery Alcesta, w La Scali, trzech mężczyzn podnosiło ją wysoko – rzecz nie do pomyślenia, gdy ważyła sto kilogramów. Jej głębokie, czarne bizantyjskie oczy, wyraźnie zarysowane brwi, wydatne wargi i orli nos uwidaczniały się teraz mocno na emanującej zdecydowaniem, nieco kanciastej twarzy. Podczas występów w Chicago zaśpiewała Normę i odnios­ła oszałamiający sukces. Dziennikarze nękali ją bez ustanku, a artystka znajdowała czas, by udzielać wywiadów i pozować do zdjęć w najlepszych czasopismach amerykańskich, demonstrując z dumą nową figurę. Była najpopularniejszą i najlepiej opłacaną śpiewaczką operową tych czasów.

Jesienią 1956 roku przybyła do Nowego Jorku, pragnąc zatriumfować w Metropolitan Opera. Teatr otwierał sezon występem „największego sopranu dramatycznego na świecie”. Jedenaście lat po tym, jak artystka odmówiła podpisania kontraktu z tą mityczną sceną, jej dyrektor Rudolf Bing – który przez kilka lat nie mógł się zdecydować, zniechęcony warunkami finansowymi stawianymi przez męża Marii – dogadał się z Meneghinim. Oczekiwany nowojorski debiut Marii odbył się 29 października 1959 roku i od początku towarzyszyła mu aura polemik. Dwa dni przed spektaklem Normy „Time” opublikował reportaż, który sprawił diwie wielką przykrość. W zamieszczonym tam wywiadzie Evangelia ukazywała siebie jako ofiarę wielkiej gwiazdy, Marię zaś jako kobietę zżeraną ambicją i pozbawioną skrupułów, która nie przejawia chęci pomagania rodzinie. Kłamstwa i pomówienia kierowane pod adresem córki zagroziły debiutowi. Maria zdołała jednak pozyskać przychylność zarówno publiczności, jak i krytyki. Po pierwszym przedstawieniu wychodziła na scenę szesnaście razy.

Osiągając szczyty kariery, musiała ciągle znosić napaści konfliktowej matki – której nigdy nie przestała wysyłać miesięcznej renty – a jednocześnie jej związek z Meneghinim również budził wiele zastrzeżeń. Do braku namiętności, związanej także z różnicą wieku – on miał lat sześćdziesiąt, ona zaś zaledwie trzydzieści – dodać trzeba niechęć i pogardę, jaką żywił względem niego świat artystyczny. W rzeczywistości Maria bardzo się zmieniła, i to nie tylko fizycznie. O ile wcześniej okazywała nieśmiałość w relacjach międzyludzkich, o tyle teraz, wraz z nowym wyglądem, nabrała wielkiej pewności siebie. Będąc u szczytu sławy, marzyła o tym, by znaleźć się wśród ludzi z międzynarodowej śmietanki towarzyskiej, a jej mąż nie bardzo mógł ją w tym awansie wspierać. Meneghini, który u boku wspaniałej małżonki prezentował się jako człowiek pospolity i nieciekawy – nazywany był „prowincjonalnym prostakiem” – przebywając wśród wyższych sfer, nudził się i nie interesowało go życie towarzyskie.

Do świata elit wprowadziła Marię sławna kronikarka towarzyska Elsa Maxwell, z początku bezlitośnie ją krytykująca. Siedemdziesięcioczteroletnia Elsa była znaną – i budzącą postrach – dziennikarką, która na swojej stronie poświęconej plotkom z wyższych sfer jednych wynosiła pod niebiosa, na innych zaś nie zostawiała suchej nitki. W tamtym czasie była dobrą przyjaciółką i admiratorką Renaty Tebaldi, odwiecznej rywalki Marii Callas, dlatego w swoich tekstach zawzięcie krytykowała wszystkie występy greckiej sopranistki. Podczas dziewięciu tygodni spędzonych w Nowym Jorku Maria brała udział w licznych przyjęciach na swoją cześć, błyszcząc na nich niezrównanym światłem. Starała się zachować kamienną twarz, ignorując zatrute strzały posyłane jej przez dziennikarkę, do momentu kiedy się poznały na przyjęciu w hotelu Waldorf-Astoria. Po kilku wymienionych zdaniach Elsa musiała uznać, że gwiazda – La Divina, jak nazywała Marię prasa – obdarzona jest niezwykłym urokiem, i wkrótce stała się jej przyjaciółką i mentorką.

W owym roku 1957 Maria Callas była nie tylko najsłynniejszą śpiewaczką operową świata, lecz także nieodłącznym członkiem high society. Latem Elsa Maxwell postanowiła zorganizować na jej cześć bal maskowy w hotelu Danieli w Wenecji. By wziąć udział w imprezie przyjaciółki, Maria odwołała przedstawienie w Edynburgu, wywołując wielki skandal. Podczas balu, na którym każdy ze stu pięćdziesięciu zaproszonych gości miał nosić na głowie jakąś charakterystyczną maskę, Maria poznała multimilionera Aristotelisa Onasisa. Zjawiła się na balu ubrana w dopasowany czarny trykot, przepasana białą szarfą, w fałdzistej spódnicy w grochy, z tego samego materiału. Na rękach miała długie czarne rękawiczki, a na szyi wspaniały naszyjnik ze szmaragdów w kształcie łez. Magnat przybył na bal ze swoją piękną żoną Tiną Livanos, przystrojoną w pióropusz z białych piór ponadpółmetrowej długości.

Podczas tego wieczoru w hotelu Danieli, 3 września 1957 roku, Elsa Maxwell – znana również jako swatka z wyższych sfer – przedstawiła sobie „dwoje najsłynniejszych na świecie Greków”, przekonana, że wiele ich łączy. Maria, w rozkwicie swoich trzydziestu trzech lat, i Onasis, dwadzieścia lat starszy, rozmawiali z ożywieniem po grecku i, według relacji świadków, od pierwszej chwili przypadli sobie do gustu. Nad ranem armator zaprosił małżonków Meneghini na śniadanie na swój bajkowy jacht Christina, zacumowany u ujścia Canal Grande. Ari – jak go nazywali przyjaciele – oddał Marii do dyspozycji na resztę jej pobytu w Wenecji swoją łódź motorową i dwóch członków załogi. Multimilioner i diwa mieli się spotkać rok później i życie obojga miało przyjąć wówczas nieoczekiwany obrót.

Romans stulecia

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Coco Chanel

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Wallis Simpson

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Eva Perón

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Barbara Hutton

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Audrey Hepburn

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Jacqueline Kennedy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Książka ta nigdy by nie powstała, gdyby nieoceniony Eduardo Sánchez Junco – którego bardzo będzie mi brakowało – nie zaproponował mi pisania dla magazynu „!Hola!” biografii sławnych kobiet. Na użytek książki teksty zostały poszerzone i przejrzane. Chciałabym wyrazić szczerą wdzięczność znakomitemu zespołowi redaktorek – Pauli López, Silvii Luengo oraz Loli Delgado – z którymi dzielę fascynację postaciami tych legendarnych kobiet. A także Belén Junco, tak niezwykle kreatywnej. Książka zawiera wiele jej cennych sugestii i jej jest dedykowana.

Wyrazy wdzięczności kieruję też pod adresem Any Roca za ciężką pracę dokumentacyjną i za dotarcie do wielu niewydanych świadectw życia tych mitycznych bohaterek XX wieku. A także Jackie Bassat za pomoc i promowanie wszystkich moich książek i za współpracę przy przygotowaniu prezentacji w Barcelonie. Dziękuję też fotografowi Javierowi Alonsowi Asensia za to, że udało mu się zdobyć dobre zdjęcia autorki i udostępnić je dla celów promocyjnych. Szczerze dziękuję także Gemmie Nierga za miłe chwile, jakie przeżyłyśmy razem podczas spotkań związanych z promocją moich książek.

Przy tej publikacji mogłam liczyć na nieocenione wsparcie moich wydawców, Davida Tríasa i Emilii Lope, zawsze cierpliwych i pomocnych. Oraz na obecność Alicii Martí i Leticii Rodero, które czynią łatwą każdą moją podróż związaną z promocją. Dziękuję także całej ekipie z wydawnictwa Plaza & Janés i grupy Random Mouse Mondadori, zaangażowanej w przygotowanie książki. Specjalne podziękowanie składam na ręce Assunty Jiménez-Ontiveros, szefowej działu zagranicznego firmy Chanel w Hiszpanii, za otwarcie przede mną w Paryżu drzwi do świata genialnej Coco Chanel. Dziękuję mojemu mężowi, José Diéguezowi, za bezinteresowną pomoc, pogodę i towarzyszenie mi w tej nowej przygodzie literackiej.

Bibliografia

ANDERSEN CH., Jackie et John, les années de pouvoir, Ramsay, Paris 1996.

John et Jackie, histoire d’un couple tragique, Ramsay, Paris 1996.

John-John, ou la malédiction des Kennedy, Ilustrée, col. J’ai Lu, 2000.

BARDÈCHE M., Histoire des femmes, Stock, Paris 1968.

BARNES J., Eva Perón, Ultramar, Madryt 1979.

BOWLES H., Jacqueline Kennedy: The White House Years, Bulfinch, Boston–New York–London 2001.

BRADFORD S., America’s Queen: A Life of Jacqueline Kennedy Onassis, Viking, New York 2000.

BUCK P. S., Las mujeres Kennedy, Dopesa, Barcelona 1972.

BURAYA L., María Callas, Edimat, Madrid 2005.

CAFARAKIS CH., El fabuloso Onassis, G. del Toro, Madrid 1971.

CALLAS J., Sisters: a revealing portrait of the world’s most famous diva, Gordonsville, Virgnia, St. Martin’s Press 1990.

CAPOTE T., Breakfast at Tiffany’s, [Śniadanie u Tiffany’ego, przeł. Robert Sudół, Warszawa 2013].

CASSINI O., In My Own Fashion, Pocket Books, New York 1987.

— A thousand days of magic, Rizzoli, New York 1995.

CHARLES-ROUX E., Le temps Chanel, Editions de La Martinière, Pa­ris 2004.

CLARKE-KEOGH P., Audrey Style, Aurum Press, London 1999.

CRAMER H., La duquesa de Windsor, AHR, Barcelona 1957.

CROWE C., Conversaciones con Billy Wilder, Alianza, Madrid 2002.

DEGUNST S., Coco Chanel, citations, Les Éditions du Huitième Jour, 2008.

DHERBIER YANN-BRICE (red.), Maria Callas. Les images d’une vie, YB éditions, Paris, 2007.

DUNCAN P. (red.), A. Hepburn,Taschen, Köln 2006.

DUQUE DE WINDSOR E., La vida de un rey, Ediciones Grijalbo, Me­xico DE 1958.

EDWARDS A., Maria Callas intime, L’ai Lu, Paris 2002.

ELLIOT M., Cary Grant. La biografía, Lumen, Barcelona 2007.

ERWIN E., DIAMOND J. Z., Los tesoros de Audrey Hepburn, La Cúpu­la, Barcelona 2008.

M., FRASER N., NAVARRO M., Eva Perón. La verdad de un mito, Bruguera, Barcelona 1982.

HAEDRICH M., Coco Chanel íntima, Dopesa, Barcelona 1973.

HELLESTERN M., Cómo ser adorable, según Audrey Hepburn,Vergara, Barcelona 2005.

HEPBURN S., Audrey Hepburn, un espíritu elegante, Scyla, Barcelona 2009.

HEYMANN D., Pauvre petite fille riche, Presses de la Cité, Paris 1987.

— Una mujer llamada Jackie, Ediciones B, Barcelona 1989.

HIGHAM CH., La scandaleuse duchesse de Windsor, JC Lattès, Paris 1989.

JENNINGS D., Barbara Hutton: A Candid Biography, F. Fell, 1968.

KASPI A., John F. Kennedy, Grupo Correo, Madrid 2003.

KELLEY K., Los Windsor, Plaza & Janés, Barcelona 1997.

LAGERFELD K., Mademoiselle, Steidl 2009.

LECOMTE F., Jackie. Les années Kennedy, L’Archipiel, Paris 2004.

MADSEN A., Coco Chanel, Circe, Barcelona 1998.

MARTÍNEZ PUJALTE M. A., Yo, Maria Callas. La ópera de mi vida, Huerga & Fierro editores, Madrid 1998.

MENEGHINI G. B., My wife, Maria Callas, Farrar, Straus & Giroux, New York 1982.

MONTERO R., Historias de mujeres, Alfaguara, Madrid 1995.

— Pasiones, Aguilar, Madrid 1999.

MORAND P., El aire de Chanel, Tusquets, Barcelona 1999.

MOSLEY D., La duquesa de Windsor, Planeta, Barcelona 1980.

MURPHY CH., BRYAN, Los duques de Windsor, Lasser Press Me­xicana, México D.E 1980.

PERRIS A., Jacqueline Kennedy, Edímat, Madrid 2005.

RADZIWIŁŁ L., Happy Times, Ediciones Assouline, New York 2001.

RENSSELAER PH.,VAN, Million Dollar Baby: An intimate Portrait of Barbara Hutton, Putnam, 1979.

RIVERA DE LA CRUZ M., Fiestas que hicieron historia, Temas de Hoy, Madrid 2001.

ROYO-VILLANOVA J., Porfirio Rubirosa, el último playboy, Espejo de Tinta, Madrid 2006.

SIMON J.-M., Jackie Kennedy: une femme blessée, Bernard Giovanangeli, Paris 2005.

SPENCER J., Eva Perón, Bartillat, Paris 2007.

SPOTO D., Jackie, le roman d‘un destin, Le Cherche Midi, Paris 2001.

Audrey Hepburn. La biografia, Lumen, Barcelona 2006.

STANCIOFF N., Maria Callas. Remembered, Dutton, New York 1987.

STASSINOPOULOS A., Maria Callas. La mujer detrás de la leyenda, Edi­ciones Quarto, Barcelona 1984.

SUCARRAT M., Vida sentimental de Eva Perón, Sudamericana, Buenos Aires 2006.

SYLVESTER CH. (red.), Las grandes entrevistas de la historia, El País Aguilar, Madrid 1997.

TOLEDO D., Audrey Hepburn de la A a la Z, Jaguar, Madrid 2006.

YUSTE C.. Audrey Hepburn en el recuerdo, Cacitel, Madrid 2003.