Wydawca: Replika Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 355 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kobiety nieidealne. Magda - Magdalena Kawka, Małgorzata Hayles

To nie jest polska Bridget Jones ani polski Seks w wielkim mieście. To jest nasze własne, kobiece, babskie, pisane tu i teraz, żywym językiem, wypełnione niebanalnymi dialogami jak ze scenariusza najlepszego filmu o kobietach, niekoniecznie tylko dla kobiet.

Drogie Czytelniczki, oddajemy w Wasze ręce historię pełną niedoskonałości, słabości, potknięć, upadków i wzlotów. Zrodziła się z naszej przyjaźni, a napisałyśmy ją dla Was. Bohaterki tej opowieści istnieją naprawdę, jesteśmy nimi my wszystkie: Ty, Twoja przyjaciółka, sąsiadka, matka, nauczycielka Twojego dziecka, Twoja dentystka i wszystkie kobiety, które codziennie spotykasz. Zamyślone, smutne, porzucone, ale również te szczęśliwie zakochane, szalone, niekonsekwentne, zwariowane, poważne, zdystansowane. Młode, starsze, miłośniczki trampek i te, które na co dzień biegają w szpilkach. Te walczące z nadwagą i te, którym zdarza się wypić za dużo wina. Przemądrzałe i niepewne siebie.

Jednym słowem: kobiety nieidealnie wyjątkowe.

Gosia Hayles

Magda Kawka

Jest mądrze, jest fajnie, jest dojrzale – zarówno jeśli chodzi o styl pisania, jak i samą fabułę i tworzenie postaci. Autorki stworzyły dobrą harmonię, pokazując, że książka „kobieca” może być zabawna, a przy tym niegłupkowata; lekka, lecz nie denna.

Marta Płusa

blog zadna-kolejna-milostka.pl

Z prawdziwą przyjemnością polecam tę powieść. Nie jest przesłodzona ani wydumana, za to do bólu szczera i prawdziwa. W świecie, gdzie trwa nieustający wyścig w dążeniu do ideału, jest to prawdziwa perełka. Teraz z niecierpliwością oczekuję na dalszy ciąg cyklu Kobiety nieidealne.

Edyta Świętek, pisarka

autorka cyklu Spacer Aleją Róż

Opinie o ebooku Kobiety nieidealne. Magda - Magdalena Kawka, Małgorzata Hayles

Fragment ebooka Kobiety nieidealne. Magda - Magdalena Kawka, Małgorzata Hayles

Copyright © Małgorzata Hayles, Magdalena Kawka

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Joanna Pawłowska

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Wydanie elektroniczne 2018

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

ISBN: 978-83-7674-773-6

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 061 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

Było tak wcześnie rano, że sen najwyraźniej jeszcze ze mnie nie wyparował. Jest to szczególnie trudne w takie zimne i wilgotne grudniowe poranki jak dziś, kiedy najpierw wstaje mgła, a dopiero potem niechętne słońce, ociągające się jak moje dziecko, które trudno wyciągnąć z łóżka. Tolek do późnej nocy oglądał najnowszy sezon Gry o tron, a ja nie miałam siły kolejny raz podnosić argumentu, że kiedyś to się chociaż książki czytało pod kołdrą z latarką.

Wszystko się zmienia.

Jechałam autobusem pełnym sennych pasażerów, oglądając w szybie swoją bladą twarz bez makijażu i, co gorsza, bez szans na jakikolwiek makijaż tego dnia. Kosmetyczka została w samochodzie. Zwykle szybko się maluję zaraz po odstawieniu Tolka, nie tracąc na to czasu w domu. Wtedy mam pewność, że moje dziecko nie spóźni się do szkoły, do której mamy teraz dużo dalej, ale bardzo mi zależało, by choć to się w jego życiu nie zmieniło. Samochód jednak dziś rano się zbuntował i na wszelkie próby ruszenia go z miejsca odpowiadał obrażonym prychnięciem. Niemal dokładanie tak jak mój dwunastolatek trzydzieści minut wcześniej. Wiercąc kluczykiem w stacyjce, grzecznie zaklinałam i prosiłam swoje kapryśne auto: „No proszę cię, obiecuję, że zaraz po powrocie cię umyję, ba, nawet akumulator ci naładuję, no proszę, a co powiesz na przegląd? Zabiorę cię na przegląd w tę sobotę”. Wyciągnęłam opierające się dziecko za rękę i poleciałam w kierunku najbliższego przystanku autobusowego.

Teraz, w bezlitosnym porannym świetle słońca, które nie grzeje, a tylko prześwietla, jakby wiedziało o mnie wszystko, nie przypominałam siebie sprzed zaledwie dwunastu miesięcy. Nie przypominałam w zasadzie nikogo, jakby brakowało mi twarzy. W kieszeni namacałam list, który wyjęłam dziś rano ze skrzynki. List jak zawsze był bez znaczka, a na nim skreślone zamaszyście „Magda”. Nie wyciągając ręki z kieszeni, zmięłam go w kulkę i nie czytając, wyrzuciłam do kosza na śmieci zaraz po wyjściu z autobusu.

Jak się okazało wieczorem, nie ja jedna miewałam ostatnio problem z twarzą, a w zasadzie z jej brakiem. Spotkałyśmy się w domu Baśki, której mąż zorganizował sobie wyjazd w bardzo ważnej sprawie, gdy tylko dowiedział się, że Baśka znowu ma plany modernizacyjne wobec swojego ciała. Doskonale zdawał sobie sprawę, podobnie jak my, jak będzie przebiegał ten proces. Najpierw kilka tygodni podekscytowania, gdy jego ukochana Basieńka widzi już siebie piękną i odmłodzoną, ostrzykniętą botoksem, kwasem, własnym osoczem czy jakąkolwiek substancją na daną chwilę wstrzykiwaną w ludzkie ciało. Później kilka dni, a czasem tygodni, aresztu domowego, kiedy zrozpaczona siedzi w domu, podczas gdy wszelkiego rodzaju ranki, siniaki, nawisy i opuchlizny babrzą się zamiast goić, a ona przeklina dzień, kiedy wbrew złożonym sobie przyrzeczeniom postanowiła znowu ulec obietnicom medycyny estetycznej.

Cóż… w odróżnieniu od tych składanych sobie, obietnice chirurgii estetycznej są zawsze opatrzone zdjęciami „przed” i „po”.

Baśka powiedziała nam przez telefon, że spotkanie tylko u niej, bo absolutnie nie zmusimy jej do wyjścia z domu. Nie otwiera nawet nikomu drzwi, a jeśli wyjątkowo uporczywy kurier dojrzy przez okno jej przemykającą postać i nie przestaje wydzwaniać, a nawet woła ją – mówi, że nikogo dorosłego nie ma w domu.

– Nie przesadzaj – pocieszyłam ją przez telefon – na pewno nie jest tak źle. Zawsze przeżywasz, a potem jest okej. Wystarczyłyby zapewne ciemne okulary i grubsza warstwa podkładu. Wiesz, jak to jest. Patrzymy na siebie najbardziej krytycznie. Inni, zajęci sobą, prześlizgują się po nas zaledwie wzrokiem.

Prześlizgnięcie się czymkolwiek, a zwłaszcza wzrokiem, po miejscu, w którym wcześniej widniała twarz Baśki, nie było możliwe. Zdałam sobie z tego sprawę, gdy tylko otworzyła mi drzwi.

– Och – powiedziałam tylko na jej widok. Nie chciałam dolewać oliwy do ognia. Rozgrzana patelnia, która pojawiła się nad szyją w miejscu jej twarzy, niemal rzucała iskry, głowa spuchła, jakby Baśkę pokąsały osy, a w miejscu oczu pod brwiami błyszczały dwie małe szparki. Mój wzrok mimowolnie powędrował w kierunku skomplikowanej konstrukcji wieńczącej jej zmierzwione czarne loki; czegoś w rodzaju tiulowej wieżyczki wykończonej podpiętą woalką.

– Och – powtórzyłam bezwiednie – czy ta… hmm… czapeczka ma za zadanie odwrócić uwagę od twojej twarzy?

– Nie rozśmieszaj mnie – chrząknęła żałośnie Baśka, choć doskonale widziałam, że wcale nie jest jej do śmiechu. Poprowadziła mnie, wzdychając, do przestronnego salonu z chromu i szkła, z wielkim kominkiem pełniącym podobno rolę punktu skupiającego uwagę. Przynajmniej tak założył znany architekt projektujący dom. Zawsze gdy odwiedzałam Baśkę, myślałam o tym, że trudno nie skupić na nim uwagi, do złudzenia przypominał bowiem piec krematoryjny.

Czułam się nieswojo w tym wnętrzu, bo nie mogłam niczego nigdzie odłożyć. To znaczy teoretycznie mogłam, ale nagle wcale nie chciałam. Być może dlatego, że moje rzeczy traciły na tle tego linearnego wnętrza wszelką wartość użytkową i stawały się abstrakcją. Naprawdę. Kiedyś postanowiłam to przetestować i położyłam na ich beżowej designerskiej kanapie torebkę. Wyglądała jak rzecz omyłkowo pozostawiona na planie filmowym przez statystkę. „Halo, halo!” – czekałam, aż rozlegnie się przez megafon. – „Niech mi ktoś zabierze to gówno z kadru!” Teraz też gorączkowo ściskałam torbę w rękach.

Baśka błysnęła w moim kierunku czerwienią, a szparki skrzyżowały ze mną spojrzenie. Dziwne uczucie.

– Staram się nie ruszać twarzą. Fraxel – dodała po chwili.

– Och – bąknęłam pod nosem – a cóż to takiego?

Z fotela podniosła się Joasia i mrugnęła porozumiewawczo.

– Jak to co? Znakomity pomysł na biznes. Najpierw masakrują ci twarz za kupę kasy, potem czeka cię życie w całkowitej izolacji, jakbyś ćwiczyła swoją śmierć. Codziennie wstajesz i oglądasz to coś, co masz między czubkiem głowy a szyją. Rozpaczasz i pytasz: „Kurde, dlaczego fraxel?”. A potem wreszcie wszystko szczęśliwie się goi, twarz wygląda tak samo jak przed zabiegiem, a ty uważasz z ulgą, że mimo wszystko było warto. Tylko jakoś do głowy ci nie przyjdzie, że gdyby ktoś dał ci porządnie po pysku, rozjechała cię ciężarówka albo gdybyś wytarzała gębę w mrowisku, to gdy po miesiącu zagoiłyby ci się obrażenia, uznałabyś, że jesteś jak nowa. Znaczy jak stara nowa. – Joanna z lekką obawą spojrzała na Baśkę.

Rozumiałam ją. Baśka zawsze starała się trzymać fason, udając, że jest zdystansowana, ale w gruncie rzeczy na punkcie własnego wyglądu była bardzo drażliwa. Pieniędzy miała tyle, ile pół mojego osiedla razem wzięte, i zawsze nam powtarzała, że nie musi się starzeć z godnością. Że w ogóle nie zamierza się starzeć. Ja też nie zamierzałam, ale z moich zamierzeń nic nie wynikało.

Roześmiałyśmy się, Baśka z nami, jakoś tak szczekliwie i jęcząc z bólu, bo mięśnie twarzy miała napięte, jakby planowała z nich strzelać.

– Zazdrosna jesteś i tyle – oświadczyła. Zabrzmiało to mniej więcej jak: sasosna estes y tyle.

Zlitowałam się nad nią.

– Ty już lepiej nic nie gadaj. Gój się. A swoją drogą po cholerę nas tu ściągnęłaś, skoro się do ludzi nie nadajesz?

– Wy nie jesteście ludzie, wy jesteście moje przyjaciółki i macie mnie wspierać – stęknęła Baśka żałośnie, starając się nie seplenić. Sięgnęła po korkociąg. – Sama pewnie bym się upiła z rozpaczy, a z wami będę się delektować.

– Wolno ci? – zdziwiła się Joanna, ale nie czekając na odpowiedź, poszła do kuchni.

Poczułam, jak ogarnia mnie dziwny stan. W niedzielę obiecałam sobie, że do końca tygodnia nie sięgnę po wino. Był piątek.

– Iza będzie? – zapytała rzeczowo Joanna, stawiając na stole przepiękne kryształowe kieliszki. Baśka wszystko musiała mieć prima sort.

Przypomniała mi się wczorajsza rozmowa przez telefon.

– Iza wczoraj dzwoniła. Była wściekła. Ponoć sekretarka tego jej Japończyka wsadziła Harumiego nie w ten samolot, co trzeba, i dzieciak wylądował w Budapeszcie. Młody jest przytomny, więc próbował na lotnisku się z kimś dogadać, ale możecie sobie wyobrazić…

Iza rzeczywiście była wściekła, ale pod tą jej władczą i pragmatyczną wierzchnią warstwą solidarnie czułam niepokój matki. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby to Tolek utknął gdzieś w świecie. Można powiedzieć, że Harumi był kosmopolitycznym podróżnikiem z przymusu, na niejednym lotnisku zjadł zęby, ale w końcu nie da się ukryć, że był tylko dwunastoletnim chłopcem, synem nieprzytomnego z przepracowania Japończyka i chorobliwie ambitnej Polki, robiącej międzynarodową karierę w jakiejś Strasznie Ważnej Korporacji z branży BPO/SSC, cokolwiek to znaczy. Iza czasami próbowała nam tłumaczyć, jak kluczowa dla świata to dziedzina, ale dała sobie spokój po tym, jak Baśka dogryzła jej kiedyś w przypływie szczerości, żeby już tak się nie nadymała, bo na świecie jest wiele kluczowych zawodów, o których ludzie nie mają pojęcia; jak choćby kontroler zapachów z odbytu. Zapewne pokłóciłyby się wtedy potężnie, gdyby nie to, że obie były nieco wstawione.

– Japończyk chciał się dogadać z Węgrem? – Joanna napełniła trzy kieliszki ciemnoczerwonym, aksamitnym winem. – To brzmi jak kawał. Zresztą, życie w ogóle brzmi jak kawał – wygłosiła głęboką prawdę, dla podkreślenia wagi słów unosząc kieliszek. – Wczoraj Luśka mówi do mnie: „Mamo, a ty miałaś fajne życie?”. Pytam z niepokojem: „Miałam?”. „No bo wiesz, tak znowu dużo to ci go już nie zostało…” Nie wiedziałam, że gadzinę wyhodowałam na własnym łonie.

Baśka kolejny raz zerknęła w podręczne lusterko i czym prędzej odłożyła je z obrzydzeniem.

– Zawsze wam mówiłam, że dzieci są wredne. – Naprawdę jakoś musiała poprawić sobie nastrój. – Zupełnie nie rozumiem, do czego wam one potrzebne.

– Nie bądź taka mądra – żachnęła się Joanna. Podparła się wygodniej i zapatrzyła w karminowe refleksy na grubo rżniętym szkle. – Dzieci są jak wirus… Ani się spostrzeżesz, a złapałaś. To się roznosi i rozprzestrzenia. Zakażone jest całe społeczeństwo; wszędzie widzisz wózki, place zabaw, ciążowe brzuchy, sklepy z zabawkami, i nagle pewnego dnia odkrywasz, że ty też chcesz być chora. Chcesz mieć takie swoje, małe i kochane. Takie coś, co należy tylko do ciebie… Że będzie cię kochać za to, że powołałaś je do życia, że jesteś taka jedyna i wyjątkowa. Dopiero potem zdajesz sobie sprawę, że świat cię oszukał i zamiast swojego słodkiego malucha masz w domu jakiś obcy, wrogi byt, który na okrągło domaga się pożywienia i cały czas kombinuje, jak cię zrobić w balona. – Joanna zmarszczyła groźnie brwi i wydęła wargi.

– I któremu zawsze śmierdzą skarpetki – dodałam na myśl o tym, ile pieniędzy wydaję na proszki do prania i płyny do płukania. – Poważnie. Tolek włoży na pięć minut i już śmierdzą. Ba, czasem tylko przejdzie obok. To jakiś wyjątkowy składnik potu dorastającego chłopca. Tajemnicza substancja, dzięki której skarpetki młodego są bronią chemiczną. Powinnam zacząć je składować na wypadek jakiegoś światowego konfliktu.

Baśka poprawiła czapeczkę z bandaża i oświadczyła bezlitośnie:

– Dobrze wiecie, że w gruncie rzeczy jesteście zwykłymi mieszczańskimi mamuśkami, które jak kwoki wysiadują sobie przedłużenie własnego ego. Skąd w was tyle przekonania, że świat czeka na wasze kopie? Społeczeństwo wam wmówiło, że bycie matką to szlachetna misja, a w rzeczywistości to ograniczająca ułomność…

Tego rodzaju rozmowy prowadziłyśmy raz na jakiś czas. My leczyłyśmy nimi kompleks nadmiernej odpowiedzialności oraz braku czasu i wolności, a Baśka braku potomstwa. Wszystkim nam dobrze to robiło.

Szybki, terkoczący dzwonek zasygnalizował nadejście Izy, której zawsze się spieszyło i nawet ze spokojnego motywu muzycznego, który Baśka z mężem wgrali w swój wideodomofon, potrafiła stworzyć hymn pijanych w sztok surykatek. Wyszłam jej na spotkanie, oszczędzając Baśkę, która właśnie zaczęła smarować twarz tajemniczym mazidłem wyciągniętym z lodówki. Iza wkroczyła jak zawsze z impetem i zaraz za progiem zrzuciła lśniące louboutiny. Stanęła obok mnie, nagle drobna jak dziewczynka.

– Nienawidzę, jak mi się każą relaksować. Byłam właśnie na masażu, baba jeździła po mnie gorącymi kamieniami, jakby mnie chciała ukamieniować. Na gorąco. Stale przy tym powtarzała: „Proszę o niczym nie myśleć, proszę zamknąć oczy i się relaksować. Jest pani taka spięta, mięśnie na karku jak powrozy”. Jak mam się, cholera jasna, relaksować, kiedy Harumi siedzi na dworcu w Budapeszcie! Wróci w końcu pociągiem, bo nic sensownego stamtąd dziś nie odlatuje, ma już bilet i miejsce w wagonie sypialnym. On jest taki malutki, sama wiesz, nie wygląda na swoje dwanaście lat, żeby się tylko nie zgubił, mój kochany owoc wiosny.

Iza tak go czasem pieszczotliwie nazywała, bo to dokładnie oznaczało jego japońskie imię.

– Nie przesadzaj. Nie jest aż tak malutki, żeby się zgubić w pociągu, to w końcu nie jakiś… – zabrakło mi słowa – Calineczek.

Nie chciałam dodawać, że jak obie dobrze wiemy, mały Harumi to niezłe ziółko, które po matce odziedziczyło szatańską wręcz przebiegłość, a po ojcu ekscentryczność, co bywało mieszanką wybuchową, i nasz „owoc wiosny” owszem, może i opuści pociąg relacji Budapeszt–Berlin, zanim ten dotrze do Poznania, ale nie dlatego, że się zgubi, tylko dlatego, że zostanie z tego pociągu wyproszony. Cała nadzieja w tym, że zważywszy na jego egzotyczny wygląd, konduktor będzie wolał omijać go szerokim łukiem. Różnica w ocenie Harumiego między światem a Izą polegała głównie na tym, że choć wszyscy myśleli o nim to samo, Iza nigdy by się do tego publicznie nie przyznała. Wszystkie wybryki syna były dla niej jedynie manifestacją jego ponadprzeciętnej inteligencji i wybitnej kreatywności. Nawet wtedy, gdy jako uroczy ośmiolatek z nieodłączną kartką na szyi usiłował podpalić samolot, gwizdnąwszy w tym celu zapalniczkę stewardessie, która po kryjomu paliła papierosy na zapleczu. Na szczęście obeszło się bez konsekwencji: przerażona kobieta wolała nie przyznawać się do zakazanych praktyk, a mały cwaniak szybko to wykorzystał i jeszcze wyciągnął od niej pięć dolarów.

– Jeszcze zobaczycie, że on proch kiedyś wymyśli – mawiała Iza, a na nieśmiałą sugestię, że ktoś już zdążył go ubiec, wściekała się, że nie rozumiemy najprostszych przenośni.

– Nalejcie mi – zażądała teraz, sadowiąc się na sofie i kładąc sobie poduszkę na kolanach. – Muszę się zrelaksować po tym relaksie. Jezu! Coś ty zrobiła z twarzą! – wykrzyknęła na widok Baśki.

Spojrzałam i też się wzdrygnęłam. Pięć minut temu twarz Baśki była jedynie czerwona, teraz się na czerwono świeciła.

– No i co się tak gapicie? – zapytała Baśka z wyrzutem, usiłując w taki sposób dosięgnąć wargami wina, żeby nie upaćkać kieliszka tłustą mazią, która grubą warstwą pokrywała jej twarz. – Muszę się tym smarować, lekarz kazał, nie moja wina, że się błyszczy…

– Wyglądasz, jakbyś dostała po pysku, a potem się spociła. I jeszcze za to zapłaciłaś. Ja bym ci mogła przywalić za darmo – zaproponowała Iza wspaniałomyślnie.

– Śmiej się, śmiej. – Zniesmaczona Baśka wytarła brzeg kieliszka chusteczką. Jej próby osiągnięcia perfekcjonizmu w każdej sytuacji i za wszelką cenę nieodmiennie mnie zadziwiały. – Pękniesz z zazdrości, jak mnie zobaczysz za miesiąc. Będę miała perfekcyjną twarz – oświadczyła, jakby czytała mi w myślach.

– Możliwe, ale na razie pęknę raczej ze śmiechu. Mogłabyś robić za lampkę w dzielnicy czerwonych latarni.

– Oj, dajcie już spokój – poprosiła Joanna, kiedy już wszystkie, nie wyłączając Baśki, przestałyśmy się śmiać. – Sama bym sobie coś takiego zafundowała, ale wiecie… Z mojej pensji przedszkolanki to się mogę co najwyżej przelecieć do osiedlowego fryzjera.

– A tobie to po co? – zdziwiłam się.

Joanna miała twarz dwudziestopięciolatki i tylko drobna siateczka zmarszczek w kącikach oczu zdradzała, że ten wiek ma już dawno za sobą. Od czasów szkolnych unikała słońca i ganiła nas, gdy zachłannie łapałyśmy każdy jego promyk, wystawiając twarze gdzie i jak tylko się dało. Kiedy jako świeżo upieczone licealistki pojechałyśmy na dwa tygodnie do Łeby, Joanna spędzała czas okutana w jakieś cienkie chusty, kryjąc się przed słońcem pod ogromnym parasolem, który dzień w dzień targała ze sobą na plażę, nic sobie nie robiąc z naszych kpin. W drodze powrotnej, w pociągu, jakaś pani współczująco pogłaskała ją po przeźroczystej buzi i poradziła, żeby bidulka jadła więcej buraków, to przestanie tak niezdrowo wyglądać. Rzeczywiście, na tle naszych czerstwych, ogorzałych od wiatru i spalonych słońcem twarzy, w których bielą błyskały tylko zęby i białka, sprawiała wrażenie, jakby uciekła z kostnicy chwilę przed własnym pogrzebem.

– Jak to po co? – Teraz z kolei ona się zdziwiła. – Myślisz, że nie widzę, jak mi policzki zaczynają zwisać? – żachnęła się. – Moja babcia mówiła, że to ziemia woła…

– Zwariowała – zakomunikowała Iza, pukając się w czoło. – Mówiłam wam, dziewczyny, to wpływ nowego faceta w jej życiu.

Baśka od dłużej chwili sprawiała wrażenie, jakby przestała być zainteresowana tematem, który aktualnie najbardziej jej dotyczył. Złapałam to spojrzenie i już wiedziałam, co będzie dalej.

– À propos żonkosia – zaczęła, wpatrując się we mnie jak głodny wąż w szczura. – Magda, kiedy ty ostatni raz widziałaś gołego faceta?

Zagapiłam się w dal, która kończyła się na tiulowej firance, śnieżnobiałej tym odcieniem bieli, jakiej nigdy nie udało mi się uzyskać w odniesieniu do firanek wyciąganych z pralki. Przed oczami stanął mi obraz owiniętego w ręcznik Tolka, uskuteczniającego powódź w łazience i z zapałem odkręcającego słuchawkę prysznica od węża, w celu, jak informował mnie co wieczór, uzyskania większego ciśnienia wody, a co nieodmiennie doprowadzało mnie do szału. Jednak wiedziałam, że nie o to Baśce chodziło.

Iza i Joanna zaciekawione przerwały rozmowę.

– Baśka ma rację – zaczęła Iza bezlitośnie, otwierając kolejną butelkę. – Swoją drogą, jakieś małe je teraz robią… Cztery kieliszki i po ptakach – mruknęła z pretensją nie wiadomo do kogo. – Od kiedy Zembaty z podkulonym ogonem wrócił do żony, najwyraźniej postanowiłaś się umartwiać. – Wróciła do tematu, siłując się z korkociągiem. Za oknem, w buro błotnistej rzeczywistości zapadły już ciemności. Wszyscy z utęsknieniem wyczekiwali śniegu.

– Ile to już? – Spojrzała pytająco na dziewczyny.

– Chyba już rok. Magda?

– Jezu, dziewczyno! Od roku jesteś samotna!

Samotna to ja byłam przez dwanaście lat mojego małżeństwa. Byłam samotna tym najgorszym z możliwych rodzajem samotności, z której nie zdajesz sobie nawet sprawy, dopóki nie zjawi się ktoś, kto ci to uświadomi. Wtedy byłam samotna, teraz jestem po prostu sama.

– A pamiętacie, jak opowiadała o seksie z Zembatym? – rozmarzyła się Joanna, a ja pożałowałam, że mi wtedy język kołkiem nie stanął. Ale cóż, w ciągu tych pierwszych tygodni z Gustawem moje ciało było zbudowane wyłącznie z pulsujących, wilgotnych cząsteczek, wrażliwych na jego zapach, dotyk, na niski tembr głosu, przez który dziewczyny przezwały go Zembatym. Odkryłam, że seks może być sztuką. Odkryłam seks. Kropka.

– Jak otwierał usta, to się musiałam powstrzymywać, żeby mu nie wskoczyć do łóżka – zachichotała Iza. – No co, nie patrz tak – żachnęła się pod wpływem mojego spojrzenia. – To przecież nieaktualne, a wiedza zostaje. Tembr głosu u mężczyzny ważniejszy niż wielkość… Dobrze już, dobrze. – Udała, że zamyka usta niewidzialnym kluczem.

Joanna nieoczekiwanie trzasnęła pięścią w stół, aż zadźwięczały kieliszki. Butelka, na szczęście już prawie pusta, przewróciła się i potoczyła, znacząc na szklanym, perfekcyjnym blacie krwawy ślad.

– Dobrze, że nie ma Jacka… – mruknęła Baśka. – Umarłby z rozpaczy. Musisz tak walić?

– Bo wpadłam na pomysł – usprawiedliwiła się Joanna. – I akustycznie musiałam dać temu wyraz. Otóż, słuchajcie, założymy jej konto! – oświadczyła pełna entuzjazmu.

Poderwałam się z sofy, z trudem zachowując równowagę. Wino już nieźle szumiało mi w głowie, szarpiąc mój błędnik na wszystkie strony i traktując go bardzo brutalnie.

– Bez przesady! – wyprostowałam się, z godnością obciągając sweter. Od czasu kiedy z mojego życia zniknął finansowo ojciec Tolka, nie radziłam sobie może jakoś rewelacyjnie, ale z głodu jeszcze nie umierałam. I żebrać też nie musiałam. A już na pewno nie zamierzałam przyjmować jałmużny od najbliższych przyjaciółek.

– Żadne bez przesady – zawtórowała Joannie Baśka. – To rewelacyjny pomysł! Zakładamy i nie masz nic do gadania! Jak chcesz, to ci zrobię wstępną selekcję. Nie każdy się nadaje, a po co masz się grzebać w śmieciach.

Poczułam się lekko oszołomiona. Nie dość, że chciały założyć mi konto, to jeszcze uważały, że powinny za mnie wybrać bank. Może w niektórych okradają klientów? Albo oszukują przy naliczaniu prowizji? Znowu chciałam zaprotestować, ale moja głowa robiła się coraz cięższa i wszystkie procesy myślowe zaczęły zwalniać aż do całkowitego wyhamowania.

– Ale po co mi nowe konto? – Zmusiłam się i pogoniłam oporne komórki. – Stare jest całkiem okej…

– Jak to? Nic nie mówiłaś? – Joanna była autentycznie zdziwiona.

Teraz już naprawdę się pogubiłam. Zajrzałam pod stół: cztery butelki czerwonego Solatro Morellino di Scansano turlały się w tę i z powrotem, osuszone do ostatniej kropelki, ale w końcu cóż to znaczyło, cztery butelki na cztery dorodne kobiety? Na pewno nie była to ilość, od której mogłoby się pomieszać w głowie.

– Co miałam mówić? Jak chcesz, mogę ci polecić… Całkiem dobra obsługa, wygodnie się korzysta.

– No wiesz! – oburzyła się Joanna, również zaglądając pod stół. Jej natura porządnickiej zodiakalnej panny nie pozwoliła obojętnie przyglądać się butelkom. Pozbierała je i ustawiła równo, nie wiedzieć czemu, przy kaloryferze. – Niedawno wyszłam za mąż, zapomniałaś?

– Mają też oferty małżeńskie – ucieszyłam się, nie zwracając uwagi na jej oburzenie.

– O – zainteresowała się nagle Iza – dla swingersów? Nie mówiłaś, że bawiliście się z Arturem w takie rzeczy. – Mrugnęła do mnie porozumiewawczo. – Też kiedyś próbowałam, ale to nie dla mnie. Królowa może być tylko jedna – roześmiała się, przeciągając się jak kotka i poprawiając obcisłą sukienkę, która brzydko zmarszczyła się na brzuchu. Iza miała figurę, której mogła jej pozazdrościć niejedna nastolatka. Zresztą co tu mówić o nastolatkach: ja jej zazdrościłam jak wszyscy diabli. Płaski brzuch i mały biust śniły mi się po nocach. Jednak nie zmieniało to faktu, że coraz mniej z tego wszystkiego rozumiałam.

– W co się niby bawiliśmy? On miał swoje, ja swoje… – Wzruszyłam ramionami. Zaczynał mnie męczyć surrealizm tej rozmowy. Nagle zatęskniłam za swoim wysłużonym, starym fotelem. Mogłabym się zwinąć w kłębek i poczytać książkę, którą, dla miłej odmiany, rozumiałabym od początku do końca.

– I pozwalałaś na to? Hmm, no cóż, rozumiem, w końcu jestem twoją przyjaciółką i nie zamierzam cię oceniać, ale on? To chyba lekka przesada… Krył się chociaż?

– Czy ja wiem? Czasem mi pokazywał, w końcu dobrze zarabiał.

Iza zdębiała. Widziałam jej szeroko otwarte, okrągłe oczy i coraz bardziej debilny wyraz twarzy. Wyglądała jak ten kot z internetu, który zagapił się w ścianę i zapomniał zamknąć pyszczka.

– Że co? – dołączyła się Baśka.

– Czekajcie, o czym my właściwie rozmawiamy? – zreflektowała się w końcu jedna z nas.

– O koncie – odpowiedziały jej chórem trzy pozostałe.

Pół godziny i kolejną butelkę wina później, gdy przekrzykując się wzajemnie i przerywając sobie na każdym kroku, zdołałyśmy wyjaśnić nieporozumienie, Baśka wzięła nas do galopu.

– Jazda, zakładamy jej to konto na Poznajmy się. I to szybko, póki jeszcze jesteśmy trzeźwe…

– Myślisz? – czknęła Joanna. – Ja na ten przykład już nie jestem…

Joanna miała z nas wszystkich najsłabszą głowę. Twierdziła rozżalona, że zawsze omija ją najlepsza zabawa, bo zanim alkohol zdąży wybystrzyć jej mózg i wyostrzyć intelekt – pada jak dętka.

– Tym lepiej – odparowała Iza. – Konto powinno się zakładać po pijaku. Tylko wtedy człowiek jest w stanie wykrzesać z siebie odrobinę szczerości.

– A po cholerę ci szczerość? Masz być atrakcyjna, a nie szczera. No dalej, Magda, wybierz nazwę użytkownika. – Baśka zajrzała w monitor komputera. – Trzydzieści znaków, bez polskich i specjalnych – przeczytała.

– Dlaczego bez polskich? – Nie wiedzieć czemu poczułam się w obowiązku stanąć w obronie polskich znaków. Nastrój miałam bojowy. – Przeszkadza im o z kreską czy żet? A gżegżółka nie łaska?

– Magda, Chryste, nie czepiaj się, chcesz się nazywać Gżegżółka? No już, wymyślaj imię!

Miałam rozmazany makijaż i potargane włosy, byłam lekko wstawiona i na dodatek na kremowym swetrze wykwitła mi karminowa plama w kształcie Australii, bo nie trafiłam kieliszkiem do ust, a tu się właśnie okazywało, że za chwilę odbędzie się mój chrzest. Mój pierwszy, świadomy chrzest. Pierwszy raz w życiu będę mogła wybrać sobie imię i tożsamość. Precz z Gżegżółką!

– Tomb Rider… – westchnęłam rozmarzona i w tym samym momencie usłyszałam zbiorowe: „Hę?”. – To znaczy, Lara – poprawiłam się szybko. – No wiecie, chuda i umięśniona Lara Croft, która kosi facetów jak kombajn z napędem odrzutowym. Mam smagłą cerę, długie nogi i jestem skuteczna i szybka jak… – Energicznie machnęłam kieliszkiem, trafiając Izę w nos, ale zabrakło mi określenia. Wiatr wydał mi się zbyt banalny i zupełnie nieoddający mojej nieziemskiej prędkości. – No wiecie, po prostu szybka. Kobieta-maszyna, której niepotrzebny żaden facet. Sama zaorze pole, wychowa tuzin dzieci, naprawi pralkę, a w przerwie wykopie z domu komornika, jak przyjdzie zająć telewizor za niezapłacony mandat. Zlikwiduje długi, zlikwiduje bezrobocie i rozwiąże problem światowego głodu.

– Ała – powiedziała Iza z wyrzutem, drapiąc się po nosie. – Uważaj, Tomb Riderze, bo w tym szale likwidowania zlikwidujesz przyjaciółkę.

– Bez sensu. – Baśka wertowała internetowe strony w poszukiwaniu natchnienia. – Co ty chcesz być? Jakaś superwoman? Tak nie przyciągniesz facetów. Oni się muszą kimś opiekować.

– Kotka niech se kupią. Albo kanarka – mruknęłam, zła, że moja nowa tożsamość poszybowała w kosmos, zanim zdążyłam się nią nacieszyć.

– Słodka Candy! – krzyknęła Baśka odkrywczo.

– Zaraz się porzygam – doleciało od strony kaloryfera. Joanna postanowiła inaczej ustawić butelki. – Brązowe nie powinny stać obok zielonych. Trzeba je posegregować: zielone do zielonych, brązowe do brązowych… – mamrotała, nie zwracając na nas uwagi.

– Ona się porzyga z pijaństwa czy od tej Słodkiej Candy? – Iza zajrzała Baśce przez ramię. – A, stąd to wzięłaś…

Przysunęłam się bliżej. Z ekranu łypały na mnie wielkie cycki i równie wielkie usta. Strona agencji towarzyskiej przedstawiała bogaty wybór asortymentu i równie bogaty wybór pseudonimów: Ciućka, Kobra, Kakaowa Algida, Cycata Blondiiii, Finał w ustach, Biust 10, Najlepszy lodzik.

Doszłam do wniosku, że w sumie powinnam się cieszyć ze Słodkiej Candy…

– A nie mogę zostać po prostu Magdaleną?

– Hmm… – zastanowiła się Baśka, ekspert w sprawach damsko-męskich. – W zasadzie możesz. Magdalena… – Ze smakiem obracała w ustach moje imię. – Jawnogrzesznica… To by mogło przyciągnąć facetów. Wiesz, że niby subtelna dama w salonie, dziwka w łóżku. Ale problem polega na tym, że oni mogą nie kojarzyć tej analogii.

– Basia, ale czy ja będę musiała się spotykać z każdym? Bo ja bym wolała tych, co skojarzą… – miauknęłam.

– Nie jęcz – warknął niewzruszony Goebbels w spódnicy. Nagle zaczęła mówić wyraźniej, jakby zaaferowana zapomniała o swoim przefraxelowanym czole. – Na początku nie możesz wybrzydzać. Iza, powiedz jej.

– Mówię.

– No właśnie. Iza się zna. Jak chcesz znaleźć kogoś, kto przegoni komornika, musisz się nas słuchać.

Przyszło mi do głowy, że prościej będzie kupić rotwailera, ale nie chciałam dziewczynom psuć zabawy. Zaangażowały się. Poza tym miałam Mordora.

– Potrzebne będzie jakieś dobre zdjęcie profilowe, masz coś w telefonie?

Z ociąganiem podałam im komórkę.

– Tylko błagam, niczego nie usuwajcie. To moje życie… No dobra, może nudne, ale moje.

Za chwilę poczułam się zbędna jak pacjent, który przyniósł do gabinetu lekarskiego wyjątkowo ciekawą, egzotyczną chorobę i teraz najlepiej, jakby ją lekarzowi zostawił na kozetce, a sam sobie poszedł chorować gdzie indziej. Baśka i Iza pochyliły się nisko nad moim telefonem, tak że czarne loki tej pierwszej, wymykające się tu i ówdzie spod bandaży, dotykały wymuskanego boba tej drugiej. W ich oczach pojawiły się dziwne światełka. Widuje się takie czasem u grzybiarza, który znalazł rodzinę kurek w zagajniku i na klęczkach idzie ich tropem po więcej, nie zważając na ostre gałązki kłujące go w twarz, ba, w oczy niemal, i igliwie wpadające za kołnierz.

Joanna, która wreszcie uporała się z szeregiem butelek, spojrzała na mnie ze współczującym uśmiechem. Nie jestem jednak pewna, czy była po mojej stronie. Wszelkie światełka w jej oczach były obecnie w fazie wygaszania.

– Magda, kurde, co ty masz za zdjęcia? Wszędzie tylko las albo Tolek, Tolek albo las, czasem jeszcze Tolek w lesie – jęknęła Iza.

– Lubię las… Jak światło prześwituje przez liście, jak się buki przebarwiają w październiku i soczysta jarzębina na tym tle wygląda jak… – najwyraźniej mnie nie słuchały, postanowiłam jednak sprawdzić ich czujność – …strzęp mięsa, przeżutego przez wielkiego psa, który właśnie odlał się w krzakach.

– Iza, zapomniałaś jeszcze o Mordorze – dodała Basia, wyłapując najwyraźniej tylko psa z mojej wypowiedzi, i to tak jakoś peryferyjnie. – Najbardziej obfotografowanym psiaku świata. Żebyś chociaż miała zdjęcie z Mordorem, niektórzy faceci to lubią. Że niby miłośniczka zwierząt, to na pewno będzie miała dobre serce.

– Z drugiej strony, nie ograniczajmy grupy docelowej. Słuchaj, Magda powinna być moim zdaniem na zdjęciu bez żadnych psów czy dzieci. Tak jak dom na sprzedaż. Neutralnie. Niech facet sam sobie wyobraża, jak ją umebluje.

– Chwileczkę. – Próbowałam słabo protestować. – Nie jestem żadnym domem. Wypraszam sobie.

– Czyli to jedno z Tolkiem w lesie odpada?

– Oczywiście. Tolek jest za stary.

Ewidentnie mnie nie słuchały, więc znowu uciekłam myślami do fotela i do Mordora, zwiniętego u moich stóp. Wydawało mi się na początku, że to ja i Tolek przygarnęliśmy tego psa, na początek dziwnego, nowego życia w mieszkaniu, w którym wszystko wydawało się tymczasowe. Ale tak naprawdę to Mordor przygarnął nas. Pokochał nas i sprawił, że wyjazdy matki z dwunastolatkiem za miasto, od których dwunastolatek by się normalnie wykręcał, stały się wyjazdem matki i dwunastolatka z psem. Mordor dał nam znakomite alibi do bycia razem i w jakiś sposób przywrócił trzyosobową, a raczej, hmm… trzyistotową dynamikę, do której byliśmy przecież przyzwyczajeni. Choć nie miałam oczywiście złudzeń. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że nie nabiorę Tolka. Mój syn ani przez jedną chwilę nie pomyśli, że Mordor to jakiś substytut ojca w domu.

Ze smętnych rozmyślań wyrwała mnie Baśka, która siadła koło mnie z naręczem ubrań.

– Basieńko, przecież ja się w życiu w to nie zmieszczę, jaki ty nosisz rozmiar, trzydzieści sześć?

– Nie przesadzaj, noszę czterdzieści, i to w dni, kiedy sobie poprawiam humor. Poza tym najwyższa pora, żebyś zapomniała o tych swoich ukochanych spodniach z gumą w talii i tunikach przypominających, nomen omen, pokutne worki i włożyła coś dopasowanego. Szpilki by się jeszcze przydały. Oczywiście przyszłaś w swoich plaskaczach…

Co się odpowiada na retoryczne pytania?

– Są wygodne, idealne na spacery z Mordorem i do prowadzenia auta, i na zakupy… – Zastanawiałam się, czy już nadszedł ten moment, w którym powinnam się obrazić i być może rozpłakać dla większego efektu, ale nic z tego. Widocznie wino mocno mnie rozluźniło.

– Jednym słowem, są idealne do twojego obecnego życia? – wpadła mi w zdanie Iza.

– No, chyba tak. Zdecydowanie tak.

– A nie przyszło ci do głowy, że być może potrzebujesz butów na trochę inne życie? I że ono ci się nie przydarzy, dopóki nie będziesz miała w czym w tym życiu chodzić?

– Ależ głębia, fiu, fiu! Wypijmy za to. – Baśka uniosła kieliszek do ust.

Spojrzałyśmy na Joannę, która zdążyła już zasnąć i cichutko pochrapywała.

– Joanna nosi twój rozmiar – szybko zakomenderowała Iza i po chwili wciskałam się już w granatowe szpilki Joanny i grafitowe spodnium Baśki z regulowanym w talii paskiem, które całe szczęście zakładało wiele możliwości i było jednym z tych cudownych ciuchów, mogących towarzyszyć kobiecie przez różne jej wagowe wzloty i upadki, niczym wierny pies.

– Wow! – krzyknęły Iza z Baśką unisono i nawet Joasia na chwilę otworzyła oczy.

– Ocholeraokurde – powiedziała na jednym wdechu.

Postanowiłam zinterpretować to na swoją korzyść. Sama musiałam przyznać, że wyglądam nieźle, całkiem nieźle. Nagle zyskałam wyraźnie zarysowaną talię i nogi aż po szyję, a piersi, na ogół nieposłuszne, mające wiecznie własne zdanie na temat każdego mojego stroju, wyraźnie poczuły respekt przed tym spodnium i posłusznie wybrzuszały się tylko tam, gdzie powinny, i tylko na tyle, na ile spodnium udzieliło im pozwolenia. Przemknęła mi przez głowę myśl, że szkoda, że mnie Gustaw vel Zembaty nie może teraz zobaczyć, ale przegnałam ją gdzie pieprz rośnie.

– A mówią, że ciuch jest ciuch, i przepłacamy za markę. Gówno prawda. Baśka, nie będę cię nawet pytać, ile to kosztowało. Pewnie moją miesięczną pensję. Nie stać mnie, cholera.

Baśka zarumieniła się aż po cebulki włosów, co dało dziwny efekt, zważywszy na jej już czerwoną do, wydawałoby się, granic możliwości twarz.

– Daj spokój, przecież mnie też nie stać. Jacek płacił. Szczerze mówiąc, na mnie nie leży tak dobrze jak na tobie i możesz je sobie zatrzymać. No, nie patrz tak na mnie tymi sarnimi oczami i się nie wzruszaj. No, cholera, nie wzruszaj się! Poczekaj, poprawię ci jeszcze makijaż.

– Moje serce to jest muzyk, który zwiał z orkiestry, bo nie z każdym lubi grać… – zaczęłam podśpiewywać, jak zawsze, kiedy byłam zdenerwowana.

– No chyba sobie żartujesz. – Dziewczyny wymieniły spojrzenia. – Przestań z tymi starociami, od razu zdradzasz swój wiek. Równie dobrze mogłabyś się od razu przedstawiać: „Mam na imię Magda i za chwilę skończę czterdziestkę. Poproszę o gustowną trumnę”.

– Ale to przecież Ewa Bem, kto nie lubi Ewy Bem?

– Ja nie lubię – ucięła krótko Iza. – Jak już zaczniesz chodzić na randki, to wiesz, nuć sobie, czy ja wiem… Rihannę. Tylko pamiętaj, tego „h” się nie wymawia. Riannę.

– Ale ja nie znam jej piosenek.

– Kawałków – poprawiła mnie Baśka i podeszła do sprzętu wyglądającego jak centrum dowodzenia wojskami międzyplanetarnymi. Na wielkim ekranie, który rozwinął się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ukazała się twarz Rihanny (zapamiętać, że bez „h”). Z głośników, ukrytych nie wiadomo gdzie, popłynęły dźwięki Diamonds. Akurat to, na całe szczęście, potrafiłam wymówić.

A potem Iza, której Rihanna dodała jeszcze energii, choć żadna z nas nie sądziła, że to jest fizycznie możliwe, zdjęła buty i zaczęła skakać po luksusowych meblach Baśki i trzaskać z wysoka i niska zdjęcia swoim najbardziej smart ze wszystkich smartfonów.

I właśnie w tej chwili sprawy zaczęły się wymykać spod kontroli, bo w tym samym czasie dokończyłyśmy ostatnią butelkę wina, w dodatku tylko we dwie. Baśka stwierdziła, że jest jej już niedobrze, i że kiedy pytała lekarza, czy może pić alkohol po zabiegu, wspomniał coś o małym kieliszku na rozluźnienie. Stan obecny natomiast zaczynał przypominać libację. Pomyślałam z niesmakiem, że libacje urządzali sąsiedzi piętro wyżej, niereagujący na akustyczne sugestie mojej ciotki walącej miotłą w sufit. I że nasze spotkanie w żadnym aspekcie nie przypomina tamtych imprez, bo jest zbyt kameralne i wyrafinowane. I nawet policja się nie pofatyguje…

Joanna natomiast przykryła się kocem i wyglądało na to, że zostanie u Baśki na noc. Zapomniała, gdzie się znajduje i jaki jest dzień, a zanim odwróciła się na drugi bok, wymamrotała, że musi szybko wytrzeźwieć, bo za chwilę zabiera swojego nowo poślubionego męża do kopalni…

Postarałam się nie okazać zdziwienia. Jakie w końcu miałam prawo do ingerowania w cudze sny?

– Joasiu, za chwilę to jest sobota – napomniałam ją delikatnie, z nową pewnością siebie, którą daje kobiecie metalicznie połyskujące, niegniotące się, wyszczuplające, wyglądające na bardzo drogie i tak naprawdę jeszcze odrobinę droższe spodnium.

– Do jakiej kopalni? – zainteresowała się Iza, poprawiając także i swój makijaż; uznała, że oświetlenie u Baśki jest idealne i każda okazja jest dobra, by sobie machnąć selfie. Przy okazji oprószyła sypkim pudrem pół białej sofy z nadzieją, że jutro zwali to na którąś z nas.

– Jak to do jakiej? Kopalni diamentów, oczywiście. – Joanna nawet przez sen była metodyczna i zorganizowana. – Mój mąż uwielbia diamenty. Jest jak krasnoludek i Marilyn Monroe w jednym.

Przypomniałam sobie właśnie wtedy, że na ten weekend rodzice zapowiedzieli się z wizytą, pierwszą odkąd… odkąd znalazłam się na swojej Elbie, na trzecim piętrze wysłużonego bloku na osiedlu Przyjaźni, w niewielkim, dwupokojowym mieszkanku z długim korytarzem i przechodnim pokojem dziennym. Z upierdliwymi sąsiadami i głośnym placem zabaw pod oknem. Już sobie wyobrażałam, jak mój ojciec pada trupem na ten widok. Dla animuszu wypiłam łapczywie jeszcze jeden kieliszek wina, po którym, wstyd się przyznać, urwał mi się film.

Ciąg dalszy w wersji pełnej