Kobiety nieidealne. Joanna - Magdalena Kawka, Małgorzata Hayles - ebook
Opis

Kobiety nieidealne powracają w wielkim stylu. Tym razem bardziej refleksyjnie i nostalgicznie, jednak wciąż życiowo, zabawnie i optymistycznie.

Spokojna i rozważna Joanna, która przez większość życia pracowała w przedszkolu i dokonywała tylko rozsądnych wyborów, pewnego razu zrobiła coś, czym wprawiła w osłupienie niezawodne przyjaciółki – wzięła ślub z poznanym na wakacjach w Tunisie mężczyzną. Od tej chwili jej stabilne życie, zwykle powoli toczące się swoimi torami, pognało na łeb, na szyję.

Joanna, początkowo przerażona zmianami, po pewnym czasie przekonuje się, że takie tempo bardzo jej odpowiada. Jej nowa codzienność polega głównie na próbach zrozumienia nastoletniej córki oraz – całkiem dosłownie – egzotycznego męża, który dopiero rozpoczął swoją przygodę z językiem polskim. Być może nowo zdobyta pewność siebie pomoże kobiecie pozbyć się ciężaru, który przez lata kładł się cieniem na całym jej życiu.

Doskonale ukazany świat kobiet – bez zbędnych upiększeń i lukrowanych opisów. Szczery, dowcipny i niezwykle fascynujący. Kolejny raz dałam się porwać lekturze. Serdecznie polecam!

Edyta Świętek, pisarka,

autorka m.in. cyklu Spacer Aleją Róż oraz powieści Nowe czasy

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 322

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Małgorzata Hayles, Magdalena Kawka

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Joanna Pawłowska

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2019

eISBN 978-83-66217-18-8

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

tel./faks 061 868 25 37

[email protected]

www.replika.eu

– Iza była przerażona. Co ja mówię, wszyscy się przeraziliśmy! Najpierw było sztywno, ale potem, wyobraź sobie, ledwie się zaczęło, goście się rozluźnili. Słuchałeś kiedyś japońskiego chilloutu? Iza kupiła kilkanaście płyt ze wschodnimi motywami i powiem ci, muzyka zen naprawdę coś robi z ludźmi. Twarze gości zrobiły się momentalnie uduchowione, jakby mentalnie się przebrali w skromne kimona, a buty zdjęli i zostawili za progiem. Swoją drogą szkoda, że nie zrobili tego naprawdę. Nie masz pojęcia, jak szpilki niszczą parkiet.

Czułam się dziwnie, gdy mój długo wyczekiwany egzotyczny mąż, który wreszcie dostał wizę do Polski, stał obok mnie. Równie speszony jak ja bliskością, od której odwykliśmy, przypominał mi paczkę otrzymaną na Gwiazdkę. Mężowie na ogół nie przypominają bożonarodzeniowych prezentów. Wystarczy zapytać którąkolwiek z żon. Powiedzą: mój mąż przypomina mi moją matkę. Albo: mój mąż przypomina mi swoją matkę. Czy też: mój mąż przypomina mi wielkie, nieogolone sumienie, które trzeszczy, że nie ugotowałam jeszcze obiadu i nie wywiesiłam prania. Ewentualnie jakaś szczęściara powie, że jej mąż przypomina George’a Clooneya. Ale paczkę z prezentem?

Tymczasem Hamza, tunezyjski ortodonta, którego poznałam na upojnych wakacjach, tym właśnie chwilowo dla mnie był. Niecierpliwie wyczekiwaną, cudowną, ekscytującą paczką, która nie wiadomo, co w sobie kryje. Poza tym miałam świadomość, że cokolwiek znajdę w środku, będzie moje, na dobre i na złe, i że – w przeciwieństwie do nietrafionych gwiazdkowych prezentów – nie zaniosę tego z powrotem do sklepu, prosząc o zwrot gotówki.

Zdenerwowani byliśmy zatem oboje, przy czym jego stres wyrażał się w milczeniu, a mój, jakby dla przeciwwagi, w pełnej wigoru paplaninie.

– Na stoły wjechały cuda wyczarowane przez Kazuo – kontynuowałam niestrudzenie – a tu się nagle okazuje, że nikt jej nie widział. Znaczy Izy. Jakby się rozpłynęła. Kazik wzrusza ramionami, Tadeusz mówi, że zamienił z nią najwyżej dwa słowa pół godziny wcześniej, jak się z nim witała. A potem przepadła. Jej matka, zajęta flirtowaniem z facetem Magdy, oświadcza, że już dawno przestała podążać ścieżkami życia swojej córki. Jezu, co za pseudoliteracki bełkot, gdybyś tylko mógł to słyszeć. Dobrze, że nie czułam jej oddechu za plecami. Tak czy owak, Izy nie ma. Była, ale nie ma, przepadła. Spaliła się z emocji albo rozpuściła z nudy. Z nią nigdy nie wiadomo. Jak mokry jaskier wschodzi na bagnie, jak ognik nocny przepada… Zaraz, zaraz, jak to powiedzieć po angielsku? Przydałaby się Magda. Ale ty przecież i tak nie zrozumiesz. Zapewne w życiu nie słyszałeś o Mickiewiczu. Nie winię cię, no coś ty! Ja też nie mam pojęcia o tunezyjskich wieszczach. W każdym razie Bill przygotował tort niespodziankę, z ogoniastą, nasyconą pomarańczą krewetką na samym czubku i wianuszkiem z kawioru, wiesz, jak ze Stendhala, czerwone i czarne. Obie lubimy wytrawne słodycze. W sensie Iza i ja. Nie krewetka i ja. Nie mam pojęcia, co lubi krewetka. Miałyśmy razem zdmuchnąć świeczki, ale Izy wciąż nie ma. I wiesz co? Pomyślałam, że nawiała, zdezerterowała i zostawiła mnie samą. Jak jakaś pieprzona egoistka. Choć, jakby tak pomyśleć, to do niej niepodobne.

Rzuciłam okiem na zamykany właśnie lotniskowy bar i ściągnięte surowo graficzne brwi chudej brunetki w różowych adidasach, zaciągającej roletę. Zdaje się, że byliśmy ostatnimi klientami. Czułam, jak pogrążam się w swojej paplaninie. Podobno zawsze tak robię, gdy jestem zdenerwowana. Dużo mówię i drapię się po bliźnie na lewym policzku.

Wypluwałam z siebie angielskie słowa, od czasu do czasu posługując się polskimi, a Hamza podnosił tylko od czasu do czasu wysoko brwi, patrząc na mnie z czymś na kształt podziwu. Był przyzwyczajony do milczących pacjentów, którym majstrował przy szczękach.

– Ostatnio miała pod górkę – ciągnęłam niezrażona. Ten monolog rozpędził się tak, że mogło go zahamować tylko nagłe niedotlenienie. – Rozumiesz, tak emocjonalnie pod górkę. Każdego by ruszyło. Tu ojciec, tam ojciec, i jak tu dogrzebać się prawdziwych korzeni? Na dodatek od jakiegoś czasu nie układało jej się z Tomkiem, choć prawdę mówiąc, nie miałyśmy zielonego pojęcia, że coś w ogóle powinno się układać. No wiesz, że są razem. Nic nie mówiła, a jak pytałyśmy, to się śmiała. Kombinowała, kluczyła, jak to Izaura. Raz tak, raz śmak. No zaiste, żuraw i czapla… A, prawda, ty nie wiesz, o co chodzi. Ale Stendhala chyba znasz?

Boże, co tam Stendhal, jak ja mam spędzić z nim resztę życia, skoro on nie ma pojęcia, kto to Bolek i Lolek czy Reksio…?

W tym momencie skończył mi się wreszcie tlen i zamilkłam. Na szczęście. Spłynął ze mnie cały animusz, na który się starannie zaprogramowałam. Stałam w środku nocy w hali przylotów na poznańskiej Ławicy, histerycznie łapałam oddech i chciało mi się płakać. Nikt, kto patrzyłby z boku, nie zgadłby, że właśnie witam dawno niewidzianego męża. Wyglądało raczej, jakby jakiś Arab przywiózł mi prochy ojca zabitego przez ISIS. Powstrzymywałam łzy, powtarzając sobie w duchu, że oto ziściło się moje marzenie. Starałam się nie myśleć o tym, że powinnam być teraz w naszej knajpie, z cudem odratowaną Izą, ale poczucie winy, uzbrojone – jak to ono – w ostry bagnet, dźgało mnie tak, że w środku się zwijałam.

Naprzeciwko stał mój wyśniony, ziszczony chłopiec z plakatu, mój Hamza. Piękny kochanek z moich snów i z mojej wakacyjnej, egzotycznej jawy. Ale przestrzeń między nami wydała mi się nagle tak bezkresna i obca, że postanowiłam ją zagadać. To było jedyne, co przyszło mi do głowy. Moje koło ratunkowe. Żeby tylko starczyło mi tlenu. Widziałam jego niepewny uśmiech i domyślałam się, że czuje to samo co ja. Z jedną walizką, w nieodłącznej białej koszuli z podwiniętymi rękawami, która, zdaje się, zastępowała lekarski kitel, z czarnymi włosami opadającymi na oko i w zwisających na tyłku dżinsach nie czuł się tu jak wzięty ortodonta, pewny siebie światowy mężczyzna, który przyleciał do Polski, bo taki miał kaprys. Za wszelką cenę starał się udawać, ale widziałam paniczny strach w jego oczach. Na tyle zdążyłam go poznać. Ja również się bałam. Różniliśmy się tym, że ja nie mogłam pozwolić sobie na strach. Tu, w Polsce, musiałam być pewna za nas oboje.

Do tej pory, kiedy ja lądowałam w Tunisie, na tej obcej, czerwonej ziemi, do kości wypalonej słońcem (równie dobrze mogłabym lądować na Marsie, mniej więcej tyle wiedziałam o ojczyźnie mojego męża), on mógł być mężczyzną czekającym na swoją żonę, która w kobiecym roztargnieniu zgubiła drogę. Za chwilę władczo ją zagarnie, objaśni jej zawiłe ścieżki życia, przedstawi rodzicom, pokaże, na czym to wszystko polega. Nawet jeśli ona jest zarabiającą na siebie, samodzielną Europejką, której się wydaje, że cywilizacja rozpoczęła się od matriarchatu. Był u siebie. Nie przyjmowałam do wiadomości, że to nie męskość dodaje mu pewności, tylko alibi jego seksistowskiej kultury. Pozwalałam mu na to. Z pełną świadomością zostawiałam swoją europejską samodzielność na lotnisku w Poznaniu. Nie pozwalałam jej wsiadać ze sobą do samolotu. Miała tam siedzieć i czekać, aż wrócę i znowu pochłonie mnie jesienne błoto, dorosłość kredytów i wywiadówek.

Uwielbiałam tę archetypiczną, samczą władczość i opiekuńczość, tak naprawdę niepodbudowaną niczym konkretnym oprócz spuścizny jego przodków, która na jakiś czas pozwalała mi wyłączyć rozum, a włączyć emocje. Problem polegał na tym, że już nie mogłam sobie na to pozwolić. Teraz powinnam być jak jaskółka, która po cichu, bez aplauzu, lepi gniazdo, udając, że to dzieło pana jaskółka.

– A mogłabyś przestać tyle gadać? Stęskniłem się za tobą.

Opadły mi ręce, kiedy zobaczyłam własne myśli. Tyle emancypacyjnego wysiłku, wolnych kobiecych wyborów, a ja się po prostu rozpłynęłam, kiedy to usłyszałam. Gotowa byłam pocałować go w rękę.

Następnego ranka, ledwie otworzyłam oczy, zadzwoniłam do Izy. Dzwoniłam do niej i w środku nocy, ale miała wyłączoną komórkę. Hamza, śmiertelnie zmęczony nieprzespaną przedpodróżową nocą, lotniskami i nadzieją na nowe życie, uśmiechając się samymi ustami, opadł na łóżko i choć uparcie próbował otwierać jedno oko, po chwili spał jak niemowlę. Pomyślałam z żalem, że nici z namiętnego, porozłąkowego seksu, ale prawdę mówiąc, głowę miałam zaprzątniętą czym innym. Może i dobrze, gdyby nie to, zapewne znalazłabym milion uchybień w moim precyzyjnie wymyślonym scenariuszu spotkania. Miałam czterdzieści lat, a wciąż nie umiałam poradzić sobie z wyobraźnią, która pisała dla mnie egzaltowane scenariusze i na dodatek wymagała, żeby inni karnie obsadzali role, które im wybrałam, choć najczęściej nie mieli pojęcia, że występują na deskach mojego teatru. Hamza miał biec do mnie przez całe lotnisko, z rozwianym włosem, z wielkim bukietem kwiatów, wziąć mnie euforycznie na ręce, jednocześnie nalewając nam szampana do cudem wyczarowanych kieliszków, zapewne unoszących się w powietrzu. Później mieliśmy się kochać do białego rana na wielkim łożu obsypanym płatkami róż.

Iza nie odbierała, więc coraz bardziej niespokojna zadzwoniłam do Magdy. Odebrała po kilku sygnałach.

– Jezu, Aśka, jest środek nocy – zabełkotała, wyrwana ze snu, ale zaraz dodała, nieco przytomniejszym tonem: – Stało się coś? Z Hamzą wszystko okej? Przyleciał?

– Okej, jutro ci opowiem. Jak Iza? Mam straszne wyrzuty sumienia, że ją zostawiłam.

– Niepotrzebnie. Poczekaj, naleję sobie wody, bo mnie suszy po tym sushi, he, he – zaśmiała się Magda. Słyszałam, jak brzdęka szklankami, i wyobraziłam ją sobie w długiej koszuli, która plątała jej się między nogami. Zawsze się śmiałyśmy, że Magda jest z dziewiętnastego wieku. – Nic jej nie jest. Tomek się nią czule zajął, taka korzyść z tego pożaru. Nic dziwnego, że nie odbiera. Harumi pojechał z nami, więc mają wolną chatę, że się tak młodzieżowo wyrażę.

– Młodzieżowo? – zadrwiłam. – Luśka by cię wyśmiała.

– No to jak oni teraz mówią? – zainteresowała się Magda przelotnie, ale zaraz zmieniła temat. – Powiedziałaś Hamzie o tym, co zaszło w restauracji?

Spojrzałam na śpiącego Hamzę. Jego półdługie czarne włosy były rozsypane na poduszce, jakby przez sen gdzieś biegł. Rozczulenie walczyło we mnie z rozczarowaniem. Te kwiaty, szampan i dziki seks…

– Powiedziałam o tym, co się stało, ale nie dodałam, że to zwarcie było nieprzypadkowe. Nie wiem w zasadzie dlaczego. Może nie chciałam, by od pierwszej minuty uznał, że wszyscy prowadzimy tu jakieś sensacyjne życie. Może chciałam, by skupił się bardziej na mnie niż na kłopotach restauracji. Przynajmniej tego pierwszego wieczoru.

– My i sensacyjne życie – prychnęła Magda. – A w tej drugiej kwestii się udało?

– Jakby to powiedzieć, Hamza śpi. Dziwię się, że nie słyszysz jego chrapania. A ja martwię się o Izę. Mam wrażenie, że zostawiłam ją samą z tym wszystkim.

W odpowiedzi Magda prychnęła:

– No teraz to już nas obrażasz! Idź ty lepiej spać, demony karmią się nocą, jutro będzie prościej.

Miała rację. Rano wszystko jakoś się poprostowało. Iza zadzwoniła przed siódmą. Hamza nadal spał, Luśki nie było, nocowała u przyjaciółki i miała się zjawić dopiero na późnym obiedzie. Wiedziałam, że jeśli przyjdzie, będzie to oznaczało dobrą wolę i chęć nawiązania jakiejkolwiek relacji z Hamzą. Jeśli pojawi się dopiero wieczorem… cóż, będzie trudniej.

– Nie wydzwaniałabym tak, gdybym wiedziała, że jesteś z Tomkiem. Głupio mi było, że pognałam na lotnisko i zostawiłam cię samą po tym wszystkim. Nie ma co, otworzyłyśmy z fajerwerkami.

– Nie ma co. Lepiej powiedz, jak emocje pierwszej nocy z mężem.

– Nie wiem, mąż jeszcze śpi. Razem z emocjami.

Pokrótce zdałam relację z wczorajszego wieczoru.

– Ale on bardzo chce was poznać. Tyle mu opowiadałam. Wie, że jesteście dla mnie jak siostry. Jeszcze was nie widział, ale w sumie już was zna. Powiem ci w tajemnicy, że najbardziej boi się spotkania z tobą. Zawsze mówił, że jesteś superkobietą, taka wiesz, strongwoman, imponuje mu twoja siła, niezależność i takie… – Nie wiedziałam, jak to ująć, żeby nie urazić Izy. W rzeczywistości Hamza mi wciąż powtarzał, że kobieta, która uparła się nosić spodnie, nie może liczyć w męskim świecie na ulgowe traktowanie i sama musi zmienić koło oraz zaorać pole.

– Ej, coś ty mu naopowiadała? – Iza chyba miała jakiś radar, wyłapujący moje wahania. – Że mam pancerne nakładki na sutki i pizdę obszytą brokatowym futerkiem?

Skrzywiłam się mimo woli. Nawet po tylu latach nie znosiłam tej bezpośredniości u Izy i byłam wdzięczna jej synowi za to, że próbuje oduczyć matkę przeklinania.

– Co z produktami?

– Zabrałam wszystko do domu. Nie martw się, nic się nie popsuło.

Umówiłyśmy się, że spotkamy się za chwilę w restauracji wraz z elektrykiem, który jak najszybciej naprawi usterkę. Nie mogłyśmy sobie pozwolić na dzień przestoju w takim momencie i bez względu na wszystko restauracja miała zostać otwartaw południe.

Przed wyjściem z domu zatrzymałam się na chwilę przy śpiącym Hamzie. W Poznaniu nadal panowały piekielne upały, ale poranki były jeszcze chłodne, nie jak w Tunezji, gdzie dzień zdawał się nie stygnąć i noc była czymś umownym. Kilka stopni różnicy, trochę mniej światła. Przypomniał mi się nasz wieczorny spacer po Tunisie, zaraz gdy się poznaliśmy i Hamza rumienił się co chwilę jak nastolatek, choć był przecież o kilka lat ode mnie starszy. Gdy brakowało mu słów, pytał o naprawiony przez siebie aparat, czy nie uwiera. W pewnej chwili otworzyłam szeroko usta, by sam mógł sprawdzić, że moje dziąsła wreszcie nie krwawią i wszystko jest w najlepszym porządku, ale odwrócił wzrok. Jakby ta czynność, którą wykonywał przecież bez końca w swoim sterylnym gabinecie, w białym fartuchu lekarza, na ulicy nabrała znamion największej intymności.

„Nie ważyłbym się”.

Użył takich właśnie staroświeckich angielskich słów. Nie byłam może w angielskim tak biegła jak Magda, ale ponieważ i Hamza nie władał tym językiem jakoś doskonale, rozumieliśmy się dzięki temu jeszcze lepiej. On uczył się tego języka z dziewiętnastowiecznych książek i rapu. Stąd potrafił w tym samym zdaniu użyć zwrotu z jakiejś powieści Agathy Christie i kawałka Jaya-Z. Moja angielszczyzna, piłowana przez naszą profesorkę w liceum, a potem na lektoracie na studiach, była bardziej szkolna, ujarzmiona, ale gdy brakowało mi zwrotu, też potrafiłam wtrynić coś z piosenek Abby.

Ham-za – przypomniałam sobie naszą pierwszą wspólną noc w jego skromnym mieszkaniu w tak zwanej dobrej dzielnicy Tunisu. Wodziłam palcem od jego jednego ciemnego sutka do drugiego, sylabizując jego imię. Śniady, szczupły i drobny, w ubraniu przypominał chłopca i tylko siwiejące skronie przypominały o jego wieku. Dopiero gdy zdjął koszulę, w której chodził mimo upałów, zobaczyłam, że jest giętki i umięśniony jak tygrys. Do tego błyskał w ciemnościach białymi zębami. Hamza, wodziłam palcem, to coś znaczy? Pod sufitem wirowały łopatki wentylatora. W tę pierwszą wspólną noc nie słuchaliśmy muzyki, jakbyśmy się bali, że zagłuszy to, co najważniejsze.

– Hamza pochodzi od arabskiego słowa hamuza. Znaczy: silny, niezłomny.

– Dla mnie jesteś tygrysem. Tiger – dodałam, wtulając głowę w jego pachę.

– Popatrz, popatrz, rodzice zawsze mówili, że jestem łagodny jak baranek. A co znaczy Joanna?

– O ile mi wiadomo, pochodzi od męskiego imienia Jan, czyli „Jahwe jest łaskawy”.

– Cóż, w twoim przypadku na pewno był łaskawy. – Hamza nawinął sobie kosmyk moich blond włosów na palec. Moja biała skóra, którą na wszelkie sposoby chroniłam w Tunezji przed słońcem, smarując się na całym ciele kremem z filtrem sto i nosząc kapelusz z ogromnym rondem, wyglądała kontrastowo przy jego doskonale brązowej.

Jego pot pachniał słodko, gdy klimatyzator pod sufitem wirował na najwyższych obrotach, a Hamza powiedział, że chce, bym została jego żoną. Polska i wszystko, czym wtedy żyłam, było tak daleko, że od razu się zgodziłam. Myślałam, że to taka miłosna gra, niepisane zasady egzotycznego, letniego romansu, baśni z tysiąca i jednej nocy, którą czytywałam czasem dzieciom w przedszkolu.

Dopiero potem przekonałam się, że Hamza nigdy nie rzuca słów na wiatr. Jego stary ojciec, o którego istnieniu nie miałam pojęcia, a który wyszedł rano z małego pokoiku przy kuchni, by towarzyszyć nam przy śniadaniu, patrzył na mnie z pogardą. Miałam ochotę wyjąć z torebki niewidzialną igłę z nitką i zaszyć rozcięcie w sukience maxi. Narzuciłam koszulę Hamzy, by przykryć dekolt, choć już rano było tak gorąco, że czułam, jak pot gromadzi się pod włosami, na karku. Iza czy Baśka pewnie by mnie za to opieprzyły, ale ja nie lubiłam szokować, a ten stary Arab zdawał się wyraźnie zdumiony moją tu obecnością i czerwonymi makami na mojej sukni. Hamza podszedł i pocałował mnie w czoło, a następnie ujął za rękę. Potem powiedział coś szybko po arabsku do ojca. Brzmiało to jednocześnie bardzo śpiewnie i złowrogo, a twarz starego mężczyzny momentalnie rozjaśniła się w uśmiechu.

– Co mu powiedziałeś?

– Że się pobierzemy jeszcze tego lata.

W kuchni pachniało harissą, ostrą pastą przyrządzaną z papryczek chilli, czosnku, kolendry, kminu i oliwy. Ojciec Hamzy zdawał się ją dodawać do wszystkiego, przede wszystkim do odżdży, którą, udobruchany, poczęstował mnie na śniadanie. Było to coś w rodzaju pomidorowej jajecznicy. Przekonana, że dostanę znane mi już hotelowe danie, wzięłam łyżkę do ust, zanim Hamza, który szykował mocną słodką herbatę, zdążył zareagować. Myślałam, że wypali mi przełyk, a starszemu panu najwyraźniej sprawiło przyjemność, gdy spocona rzuciłam się na chlebek tunezyjski i zapychałam nim spieczone usta. Najwyraźniej go to bawiło, bo aż zaczął całymi dłońmi bić się w kolana. Hamza przyniósł mi szybko szklankę wody i krzyknął coś do ojca. Tym razem brzmiało to mniej śpiewnie i dużo ostrzej. Nie musiałam znać arabskiego, by wiedzieć, że w wolnym tłumaczeniu znaczyło to: „Czy tobie, ojcze, na starość rozum odjęło?”. Odsunęłam od siebie odżdżę zdecydowanym ruchem i pozostałam przy chlebku z hummusem.

* * *

Wychodząc, pocałowałam mojego męża w czoło, a potem w rękę. A potem w usta.

Gdy przyjechałam na miejsce, Iza już tam była, całkiem spokojna, w pełnym makijażu, jakby to nie ją cudem odratowano nie tak dawno przed zaczadzeniem w naszej pechowej storczykowej toalecie. Z werwą dyrygowała naszymi kelnerkami, elektrykiem oraz Tomkiem. Próbowała też rządzić Kazuo, ale on był, o dziwo, odporny na jej władcze zapędy i tylko szeroko się uśmiechał. Cóż, to nie on utopił w tym biznesie wszystkie oszczędności. W przeciwieństwie do mnie, Iza karmiła się sytuacjami kryzysowymi i tego dnia doskonale zademonstrowała swoje menadżerskie talenty, dzięki którym wspięła się na sam szczyt korporacyjnego życia, podczas gdy ja podcierałam nosy maluchom z grupy Jagódki. Przez chwilę poczułam zwątpienie, ale odpędziłam je jak natrętną osę i zakasałam rękawy. Po chwili miałyśmy znowu prąd i Kazuo vel Kazik, do którego kelnerki, Agata i Patrycja, robiły maślane oczy, pojechał z Tomkiem do mieszkania Izy po produkty. On niestety nie odwzajemniał ich spojrzeń, a szkoda, bo chciałybyśmy sobie zostawić naszego niedrogiego szefa sushi na dłużej. Iza wykonała jeszcze kilka telefonów i po chwili przyjechała ekipa, aby wymienić… drzwi w toalecie na dole, naprawić kafelki, które trzeba było skuć, by dostać się do instalacji, i pomalować osmalone ściany. Do wieczora łazienka miała być jak nowa, a tymczasem gościom musiała wystarczyć toaleta na górze.

Przed południem wszystko było już przygotowane do otwarcia, a ja schowałam się w kuchni. Najlepiej się czułam w oparach gotującego się ryżu. Przypominała mi się kuchnia babci, najbezpieczniejsze miejsce na świecie. To ja miałam przejąć rolę Kazuo, gdy wróci do Japonii, i od tygodni starałam się podpatrywać, jak i co robi, i jak najszybciej się uczyć. Tak naprawdę dziś był prawdziwy test. Wczoraj, owszem, przyszła rodzina i znajomi, i zaproszeni goście, ale dziś miało się okazać, czy bez specjalnego zaproszenia ktoś nas w ogóle odwiedzi. Byłam tak przejęta, że przez chwilę przestałam myśleć o Hamzie, o Luśce, o tym, czy uda mi się z naszej poobijanej trójki, wyruszającej jak na tratwie w nieznane, stworzyć rodzinę.

– Coraz lepiej ci idzie. Masz bardzo zręczne palce – zarumieniłam się lekko od komplementu, podczas gdy Kazuo patrzył, jak starannie układam na nori porcje ryżu, pokrojonego w paski surowego tuńczyka, paprykę i awokado, i zawijam to wszystko, posługując się bambusową matą. – W ogóle pięknie się ruszasz, tańczyłaś kiedyś?

Tym razem rumieniec objął całą moją twarz i kawałek szyi.

– Balet. Dawno temu.

Nigdy nie lubiłam zwracać na siebie uwagi. W szkole baletowej to było co innego, tak naprawdę występów było niewiele, przede wszystkim szkoła oznaczała mordercze treningi przez wiele godzin dziennie, a byłyśmy przecież małymi dziewczynkami. Od czasu do czasu była okazja do występu, ale wtedy tłumaczyłam sobie, że nie jestem już Joanną. Jestem Klarą z Dziadka do orzechów, Odettą z Jeziora łabędziego. Potem zdarzył się ten potworny wypadek i wszystko się skończyło. Zmaltretowane, ukochane puenty schowałam na dno szafy.

Kazuo nie był wcale po japońsku powściągliwy, ale tym razem wiedział, że nie należy drążyć tematu. Za chwilę do kuchni wpadła podekscytowana Iza.

– Przed drzwiami ustawiła się już spora kolejka, sama chodź zobacz.

Faktycznie, schowane za wielkim wizerunkiem Kazuo, który zdobił front restauracji, obserwowałyśmy, jak przed drzwiami przybywa roześmianych ludzi. Ci, co widzieli, że zabraknie im miejsca w środku, ustawiali się grzecznie do okienka z sushi na wynos. Przerażona Agata poszła wreszcie otworzyć drzwi do restauracji, a Patrycja zaczęła zbierać zamówienia w okienku. Iza stwierdziła, że dowiezie nam jeszcze tuńczyka i łososia, a ja miałam już wracać do kuchni, by wesprzeć Kazuo, gdy zastąpiła nam drogę mocno wymalowana blondynka z butelką wina pod pachą i graficznymi brwiami, jakie Luśka sprawiła sobie wiosną, nie przyjmując do wiadomości, że wygląda, jakby miała pieczątki zamiast brwi. Miała tak wysokie obcasy, że wyglądała, jakby chodziła na szczudłach. Trzeba było jednak przyznać, że robiła to świetnie, choć mnie od samego patrzenia bolały stopy, a przecież przez sześć lat tańczyłam na puentach.

– Dziękuję za wczorajsze zaproszenie, niestety same panie wiecie, jak to jest w tym biznesie, mieliśmy ogromny ruch, jak to w piątek wieczorem, a w weekendy staram się osobiście wszystkiego dopilnować.

Odebrałam z jej rąk butelkę czerwonego cabernet sauvignon i niemal dygnęłam, na co Iza spiorunowała mnie wzrokiem. Kobieta na szczęście nie patrzyła na naszą pantomimę, tylko ciekawskim wzrokiem rozglądała się po sali, która zapełniała się gośćmi. Wreszcie do mnie dotarło, kto to jest. Właścicielka pizzerii obok. Ją także zaprosiłyśmy na otwarcie, a ponieważ zaproszenie przekazałyśmy pracownikom, nie miałyśmy pojęcia, jak wygląda.

– Ach, bo ja się nawet nie przedstawiłam. – Zamachała rękami, mierzwiąc sobie blond grzywę, udając roztargnienie i porzucając chwilowo baczne lustrowanie naszego lokalu. – Miśko Ala, bardzo mi miło. – Wyciągnęła dłoń zbrojną w bordowe paznokcie.

Osłupiała Iza niepewnie podała swoją, rzucając mi jednocześnie spłoszone spojrzenie. Też się zdziwiłam, ale chyba trochę mniej. Jednak obcowanie z przedszkolakami czegoś mnie nauczyło. Kilka lat temu jedna dziewczynka z grupy średniaków kazała nazywać siebie Tkaniną. Nikt, na czele z rodzicami, nie miał pojęcia, skąd jej się to wzięło, w każdym razie na nic innego nie reagowała. Dopięła swego, została Tkaniną, z czasem dzieci zaczęły wołać na nią Nina. Dziś już nawet nie pamiętam, jak naprawdę miała na imię.

Nasza sąsiadka wyglądała tak oryginalnie na tych swoich szczudłach, z karminowymi ustami, że imię jej w zasadzie pasowało. Nie tyle wyglądem, ile ekstrawagancją. Cholera wie, jak niektórzy wyobrażają sobie misie koala.

Idąc śladem mojej przyjaciółki, również uścisnęłam jej rękę.

– Joanna, ale możesz mi mówić Aśka.

– Ja jestem Iza – Iza odzyskała głos – ale nie mam żadnej ksywki.

Miś Koala zmarszczyła brwi, ale już w następnej sekundzie opaloną twarz rozjaśnił uśmiech.

– Nazywam się Alicja Miśko. Tak się przyzwyczaiłam, że wszyscy wiedzą, o co chodzi, że czasem się zapominam. – Zatrzepotała rzęsami.

– Nie ma już wolnych stolików, a ludzi wciąż przybywa. – Przybiegła Agata. – Co robić?

– Podaj orientacyjny czas oczekiwania na wolny stolik, zbieraj numery telefonu, by zadzwonić, jak się coś zwolni, proś, by w przyszłości ludzie robili rezerwacje przez naszą stronę w Internecie lub telefonicznie i ewentualnie niech składają zamówienia na wynos.

– Ach, ten personel – cmoknęła Alicja. – U mnie też długo trwało przeszkolenie tych najlepszych, a co człowiek wyszkoli, to uciekają do konkurencji. Żadnej lojalności. Ale to dziewczę… – Rzuciła nieufnym spojrzeniem za Agatą. – Nie chcę psuć zabawy, ale naprawdę nie rokuje. Co innego ten wasz Kazuo, czy też jak to on mówi o sobie? Kazik? Taki facet w knajpie to skarb. Ba, taki facet wszędzie to skarb – zaśmiała się obleśnie i antypatia, którą czułam do niej od początku, nabrała wyraźnych kształtów zwalistej góry.

– Bardzo dziękujemy za odwiedziny i wino, ale sama widzisz, zrobił się spory ruch, musimy działać… – Iza zrobiła kilka kroków do przodu, sięgając po kluczyki.

– No tak, tak, sushi to faktycznie przyjemna przekąska na lunch, ale na konkretny obiad rodziny z dziećmi zawsze wybiorą pizzę, niech panie wspomną moje słowa. Dzieciarnia rządzi teraz rynkiem, twarz konsumenta to twarz coraz młodszego dzieciaka, wręcz bobasa, a bobas ma niezbyt wyrafinowany gust.

Gadała dalej, tymczasem ja przestępowałam z nogi na nogę. Z wielką radością zobaczyłam w drzwiach twarz Hamzy, a zaraz za nią twarz… Luśki. No tak, ktoś go musiał tutaj przyprowadzić, sam by nie trafił. Poczułam ulgę. Moje dziecko najwyraźniej wyciągnęło gałązkę oliwną w moją stronę.

Kobieta nachyliła się w naszą stronę.

– No właśnie, egzotyczna kuchnia przyciąga egzotykę, jeśli wiecie, co mam na myśli. Lepiej na to uważać. W Polsce! Ja tam nie mówię zaraz, że Polska tylko dla Polaków, u nas też bywają obcokrajowcy, a jakże, sama zatrudniam Ukraińców, ale trzeba gdzieś stawiać jakieś granice, niech panie się dyskretnie obejrzą, przecież to Arab. Można się zastanowić, czego on tu szuka, prawda? – szeptała, mrugając porozumiewawczo do Izy.

– Cóż – zawiesiłam głos – może swojej żony?

Podeszłam do Hamzy i złożyłam na jego ustach soczystego całusa, a że i jemu, i mnie obce było publiczne obnoszenie się z naszym uczuciem, stanął jak zbaraniały.

Ciąg dalszy w wersji pełnej