Wydawca: Replika Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 363 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kobiety nieidealne. Iza - Magdalena Kawka, Małgorzata Hayles

Kobiety nieidealne to cykl zrodzony ze szczerej przyjaźni dwóch świetnych pisarek. I to się czuje w każdym zdaniu!

Ich bohaterki są nieszablonowe, barwne, z krwi i kości, i nie ma czytelniczki, ba, czytelnika, który nie chciałby im towarzyszyć w cyklicznych spotkaniach przy winie, kiedy najtrudniejsza nawet codzienność, obśmiana i obejrzana pod innym kątem, staje się znośna. Daleko im do perfekcyjnych pań domu, dam, którym nie zdarzają się gafy, idealnych matek doskonałych dzieci, ale za to mają dystans i potrafią się z siebie śmiać. Na tym polega ich supermoc.

Główna bohaterka tego tomu, Iza, lubi mieć wszystko pod kontrolą. Ma nienaganną figurę, jeszcze lepsze CV, a gdy potrzebuje pomocy mężczyzny, po prostu za nią płaci. Gdy na jaw wychodzi pewna rodzinna tajemnica, okazuje się, że nie nad wszystkim da się zapanować, nie za wszystko da się zapłacić, a życie lubi płatać figle...

Kobiety nieidealne to opowieść, w której każda z nas znajdzie cząstkę siebie. Historia napisana lekko i z poczuciem humoru, jednak niestroniąca od trudnych tematów. To książka o trudach codzienności, rozczarowaniach, ale też nadziei. Po prostu o życiu, jakie doskonale znamy. Kobiety nieidealne bawią i wzruszają, to świetna propozycja na długie wieczory.

Marta Mrowiec

blog Na regale u Marty Mrowiec

Kontynuacja Kobiet nieidealnych to historia przekornej codzienności, w której naturalna potrzeba bliskości często gryzie się z nieprzewidywalną prozą życia. Magdalena Kawka oraz Małgorzata Hayles w sposób wyjątkowy obrazują siłę kobiecej przyjaźni i pokazują, jak bardzo zachłanne potrafi być ludzkie serce w obliczu najważniejszego z uczuć. Trudno o bardziej realistyczny przekaz!

Miłka Kołakowska,

blog Mozaika Literacka

Opinie o ebooku Kobiety nieidealne. Iza - Magdalena Kawka, Małgorzata Hayles

Fragment ebooka Kobiety nieidealne. Iza - Magdalena Kawka, Małgorzata Hayles

Copyright © Małgorzata Hayles, Magdalena Kawka

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Joanna Pawłowska

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2018

eISBN 978-83-7674-762-0

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

tel./faks 061 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

Naszym córkom, Marysi i Paulinie,

żeby zawsze były nieidealnie wyjątkowe.

– Kur… mać – zmęłłam w ustach przekleństwo, gdy tylko spojrzałam w okienko wideodomofonu.

Takie fanaberie zainstalował w naszym apartamentowcu na początku marca pan Jarek, który odpowiadał za ochronę kilku budynków zbitych w – zdawało się – przerażoną kupkę, podczas gdy dookoła hulał nadwarciański wiatr. Pan Jarek najwyraźniej uwielbiał, gdy czuliśmy ulubioną emocję z jego zawodowego słownika: POCZUCIE ZAGROŻENIA. Gdyby to od niego zależało, nasze niewielkie osiedle, szumnie zwane na plakatach reklamowych dewelopera „enklawą spokoju”, a odkąd się wprowadziliśmy „Apartamentowcami nad Wartą”, zmieniłoby nazwę na „Nie zbliżać się. Ja tu pilnuję”.

Swoją drogą kto wie, jak długo będzie mnie stać na mieszkanie tu i spłacanie rat, które wcześniej po prostu z jednego konta na inne zasysał sobie bank, dyskretnie, jakby bez mojego udziału. Obecnie zlikwidowałam wszelkie polecenia zapłaty, aby każdy wydatek mieć pod kontrolą. Owszem, miałam trochę oszczędności, ale poczyniłam kilka długoterminowych, czytaj dupnych, inwestycji na giełdzie, a półroczna odprawa, którą dostałam od firmy, musiała wystarczyć na czas mojego bezrobocia. Wróć. Zanim nie znajdę nowej pracy. To brzmiało dużo lepiej.

– Wisisz mi pięć złotych! – Z dawno niewietrzonych czeluści swojego pokoju wykuśtykał blady Harumi, który coraz lepiej radził sobie z kulami. W prawej ręce trzymał słoik, który teraz wyciągnął w moim kierunku, jedną z kul wkładając sobie pod pachę.

– Jakie pięć? Umawialiśmy się na złotówkę.

– Kurwa mać – zaczął mój przewrotny synek z udawaną powagą – jest wyjątkowo okropnym przekleństwem, bo obraża honor mojej matki. Znaczy twój honor. Dobrze o tym wiesz. Dlatego razy pięć. Jak to się mówi? Patrz i płać.

– Płacz i płać. – Jego potyczki z językiem polskim nie przestawały mnie bawić. Dzięki Bogu za korepetytora, który przychodził do nas kilka razy w tygodniu. Jego zadaniem było tak zwane wyrównanie poziomu i przygotowanie Harumiego do rozpoczęcia od września nauki z Tolkiem w siódmej klasie. Uparli się, że będą chodzić do jednej klasy, i obie z Magdą już współczułyśmy wychowawczyni, a tymczasem Harumi mocno odstawał na plus z matematyki i angielskiego, ale miał sporo do nadrobienia z historii, polskiego i przyrody.

– Sam popatrz. – Przy postaci widocznej w okienku wideofonu przybywało właśnie walizek, które z zapałem dostawiał brodaty kierowca taksówki. Najwyraźniej liczył na wysoki napiwek. Matka zaczęła energicznie machać do kamerki. To nie był sen.

– Babcia! – krzyknął Harumi i wcisnął przycisk, by wpuścić moją matkę do środka. Pohamowałam impuls, by trzepnąć go po ręce. Może jakby tam jeszcze chwilę postała, to by jej się znudziło?

– Niespodzianka! – Rozentuzjazmowana matka przycisnęła na chwilę umalowane usta do powietrza na centymetr od mojego policzka i owiał mnie słodki zapach jej perfum. Odsunęła się, by kierowca mógł wnieść do środka cztery walizki w różnych rozmiarach i kolorze landrynkowego różu.

Podobny komplet cieszył dziewczynki z domu dziecka, gdzie go odwiozłam, gdy tylko odsłużył obowiązkowe trzy lata w czeluściach piwnicy. Wyprzedawałam, oddawałam, wyrzucałam wszystko, co nieużywane dłużej niż trzy lata, choć ten akurat zestaw mogłam wydać już pierwszego dnia. Cóż, liczą się podobno intencje…

– Solidne walizki, twoje też nadal ci służą? Ale ty wyrosłeś i całe szczęście nie jesteś podobny do swojego ojca. Przystojny chłopak z ciebie rośnie. – Można było na nią liczyć. Potrafiła obrazić i skomplementować na jednym wdechu. Obrzuciłam syna uważnym spojrzeniem. Nadal był drobny, ale faktycznie, przez ostatnie tygodnie wyrósł. Jego egzotyczne, lekko azjatyckie rysy wydelikatniały. Na kościach policzkowych Harumiego, których pozazdrościłaby mu niejedna modelka, wykwitły dwa ślady po babcinej różowej szmince. Cóż, on od małego miał u niej specjalne względy.

– Cześć, babciu. – Harumi odstawił kule i rzucił jej się z impetem na szyję.

– Jaka babciu, jaka babciu. Ile razy prosiłam, żebyś mi mówił po imieniu? Po prostu Kate. – Zarumieniła się, wkładając banknot w rękę kierowcy i machając w jego kierunku rzęsami, które, jak znam życie, zdopingowała do nadmiernego wzrostu jakąś bardzo drogą i nowatorską kuracją. Ze zdumieniem zauważyłam stówę. Jezu, zważywszy obecną sytuację, sama bym jej te walizy wniosła na górę. Zaraz zbeształam się w głowie za tę myśl. Czy to nie ja jestem… jak to mnie ostatnio nazwały dziewczyny? Wykształconą, korporacyjną suką, która zna milion języków? Przecież za chwilę coś znajdę. Headhunterzy rzucą się jak sępy i telefon się rozdzwoni.

Gdy tylko za kierowcą zamknęły się drzwi, matka zrzuciła wrzosowe szpilki i ciężko usiadła w fotelu, masując sobie stopy. Musiała traktować Harumiego jak swojego wnuka, choć nie znosiła tych postarzających ją określeń, bo najwyraźniej nie dotyczyła go Wielka Przemiana. Moja matka była największą kokietką, jaką znałam, i gdy tylko w promieniu kilku metrów pojawiał się jakikolwiek mężczyzna, wchodziła w rolę najbardziej uwodzicielskiej z kobiet. Przemiana była niemal fizyczna, trudno było podrobić czy namalować ten błysk w oku, zaróżowienie policzka, niższy, zmysłowy tembr głosu, żwawszy krok. Gdy mężczyzna wychodził, matka jakby rozpinała kostium. Niemal dosłownie schodziło z niej powietrze.

– Pomyślałam sobie, że ci trochę pomogę, skoro Harumi postanowił tak nawywijać z tą nogą. Mogę prosić o filiżankę herbaty? I jeszcze szklankę wody z cytryną. Tylko błagam, niech będzie zimna. A tu masz moje żelowe okulary, wstaw je, proszę, do lodówki, muszę sobie zrobić okład, bo po tym długim locie mam tak zmęczone oczy, że nie mogę na siebie patrzeć. A to maseczka. Też włóż do lodówki. Mam tak poszarzałą skórę, klimatyzacja w samolotach to zabójstwo dla cery. – Szybko oceniła stan swojej twarzy w ręcznym lusterku i najwyraźniej nie była zadowolona, bo szybko zamknęła je z charakterystycznym dźwiękiem, który wyrwał mnie z chwilowego osłupienia.

– Już ja się tu wami wszystkimi zajmę.

Dobrze, że niczego akurat nie piłam, bo trysnęłabym niczym zraszacz montowany wcześniej na trawniku przed naszym blokiem pod nieufnym spojrzeniem pana Jarka. Podejrzewał chyba jakiś złodziejski fortel. Nie byłam złym człowiekiem, kochałam moją matkę, ale była to osoba zagarniająca sobie każdy wolny fragment przestrzeni, poświęcająca większość czasu i energii sobie, swojemu wyglądowi i swoim romantycznym, wydumanym wizjom. Jednym słowem, była ostatnią osobą, do której zwróciłabym się w obecnej sytuacji po pomoc. Poza tym nie potrzebowałam pomocy. Wszystko miałam jak zawsze pod kontrolą.

– Harumi, podaj mi, proszę… – Całe szczęście obrzuciła wzrokiem jego kule – To znaczy ty, Iza, mi podaj tę różową walizkę. Tę najmniejszą. Tak, tę. – Z westchnieniem wyjęła z niej błyszczącą kosmetyczkę przeznaczoną, zdaje się, tylko do pielęgnacji paznokci. – Dwa paznokcie straciłam od taszczenia tych piekielnych walizek, całe szczęściem mam tu taki specjalny fix. Pokaż swoje paznokcie. No tak, oczywiście króciutkie. Może to i praktyczne, ale powiem ci: mało kobiece. Trochę byś zapuściła i pomalowała jakimś ładnym kobiecym kolorem, na przykład lila róż, i od razu inaczej. Okno otwórz, bo to tak sobie pachnie. – Było to niedopowiedzenie roku. Gdy tylko odkręciła buteleczkę, powiało czymś w rodzaju butaprenu zmieszanego z sikami kota.

– Kiedy taszczyłaś walizki? – Jakoś sobie tego nie wyobrażałam. Matka miała całe życie wyjątkowy talent do wynajdywania mężczyzn, którzy ochoczo ją wyręczali w każdej ciężkiej pracy. Nawet z nastawiania pralki potrafiła zrobić obsługę skomplikowanego, męskiego urządzenia. Z pewnością przed taksówkarzem znalazł się usłużny pan w samolocie czy na lotnisku.

– Jak to kiedy? Ze stanowiska odbioru bagażu na lotnisku do taksówki. Myślałam, że pomoże mi sąsiad z lotu, taki miły młody facet, Anglik co prawda, nie Włoch, ale przecież mężczyzna, ale wy już nawywracałyście tym młodym w głowach całym tym równouprawnieniem. Pewnie uznał w swojej głupocie, że bym się obraziła.

Przyjrzała mi się bliżej, gdy otworzyłam okno.

– W ogóle jakoś tak wyglądasz… No, nie wyglądasz.

W myślach przewróciłam oczami piętnasty raz, choć matka przestąpiła próg ledwie kwadrans temu.

– Schudłaś znowu, a już rok temu, jak się widziałyśmy w Rzymie, byłaś zbyt szczupła. Skóra i kości. Ile razy ci mówię, mężczyzna potrzebuję, żeby kobieta miała trochę ciała, trochę pupy, trochę piersi…

– Jezu, mamo, proszę cię! – Tym razem już jawnie przewróciłam oczami niczym rasowa nastolatka, którą przecież już od dość dawna nie byłam. Nie znosiłam jej męskocentrycznego ładu świata, w którym kobieta istniała tylko dla radości i potrzeb mężczyzny. W milczeniu zaczęłam sprzątać bałagan, który już zdążyła zrobić. W zasadzie to nawet nie był bałagan, tylko stado galopujących przedmiotów, które zawsze jej towarzyszyły. Nigdy nie rozumiała, jak potrafię się spakować w jeden mały plecak czy na wyjazd służbowy w zaledwie podręczną walizkę.

– Fryzurę masz za to ładną… jak na taką chłopięcą rzecz jasna – powiedziała w jej mniemaniu pojednawczo, a ja dmuchnęłam sobie nerwowo w blond grzywkę.

Harumi był młody i odporny na teksty babci, poza tym naprawdę mnie wkurzył, ładując się w „wypadek narciarski”, zanim w ogóle dotarli z Tolkiem na jakąkolwiek górę, bez pozwolenia wybierając się na wycieczkę, tak więc bez wyrzutów sumienia zostawiłam go na pastwę babci Kasi, czy też Kate, jak lubiła się ostatnimi laty tytułować, i niemal pobiegłam do kuchni, by przyszykować kawę dla siebie i zieloną herbatę dla matki.

* * *

– Ledwo przyleciała, a ja już mam dość – pominęłam zwyczajowe „cześć” i „jak ci minął dzień?”, ale Magda była do tego przyzwyczajona.

W odpowiedzi usłyszałam stłumiony śmiech, jakby ktoś ją właśnie łaskotał

– Przepraszam cię, Iza. No zostaw mnie, ty wariacie. Gustaw cię pozdrawia – wydusiła zziajana.

Cóż, w raju najwyraźniej było nadal jak w raju. Odkąd Magda i Gustaw wreszcie się zeszli po zakręconej i wręcz filmowej historii romansu z wieloma przeciwnościami losu i portalem randkowym w tle, w ich tymczasowym domu w lesie, w którym mieszkali, szukając docelowego lokum dla siebie i Tolka, niezmiennie panowała miłość. Chyba jej trochę zazdrościłam, choć sama nie miałam głowy do takich bzdetów. Faceci, miłostki, różowe bambosze i inne takie dyrdymały. Musiałam znowu stanąć na nogi i przejąć kontrolę nad swoimi finansami i swoim życiem. Faceci w roli rycerzy ratujących damy z opresji byli dobrzy dla mojej matki i … no tak, właśnie, dla Magdy.

Kochałam moją przyjaciółkę, ale były momenty, kiedy wrzucałam ją do jednego worka z tymi wszystkimi kobietkami, które tak desperacko potrzebują silnego ramienia mężczyzny i akceptacji w męskich oczach. Nie wiedziałam, o co tyle hałasu.

– Nie przesadzasz aby trochę? No wiesz, przyleciała przecież w dobrych zamiarach, pomóc.

Odwróciłam się na wszelki wypadek, choć mieszkanie miało, całe szczęście, sto metrów kwadratowych i gdybym miała dychę za każdy raz, gdy ktoś powiedział, że jest za duże dla jednej małej mnie, i nie zainwestowała każdej takiej dychy głupio na giełdzie, byłabym teraz bogatym człowiekiem. Kupiłam je, gdy Harumi mieszkał jeszcze na stałe ze swoim tatą w Japonii i nie skumplował się na śmierć i życie z synem Magdy, Tolkiem, ani nie zakochał w Polsce, która, zdaje się, miała rude włosy i zielone oczy pewnej koleżanki Tolka z klasy. W zasadzie bardziej miałam na myśli inwestycję niż jakieś rodzinne życie. Na tamtym etapie więcej dni w roku spędzałam w delegacjach, w hotelach i mieszkaniach służbowych firmy w Rzymie, Londynie czy Mediolanie niż w tym mieszkaniu.

Matka spała zatem jakieś odległe sześćdziesiąt metrów stąd, w pokoju gościnnym, a dodatkowo poruszała się po mieszkaniu w śmiesznych włochatych papuciach na małym obcasiku, które robiły sporo hałasu, ale znałam ją i wiedziałam, że gdy trzeba, potrafi zamienić się w cichociemnego ninję. Zanim zamknęła się w sypialni, narzekała na jetlag i swoje opuchnięte stopy. Całe szczęście nie czaiła się teraz za moimi plecami.

– Kurde flak, Magda, mówimy o mojej mamie. Nie twojej.

– Ach, no tak – powiedziała moja przyjaciółka, żeby mnie udobruchać, choć czułam, że nie do końca się ze mną zgadza. Nie raz żartowałyśmy, że matki są jak włosy. Jak się ma proste, to chce się mieć kręcone, i odwrotnie. Wiem, że z trójki moich przyjaciółek ona jedna w głębi duszy lubiła tę, jak to nazywała, romantyczną i zakręconą kobiecość mojej matki. Pieprzyć taką pokręconą kobiecość, gdy to jest twoja własna matka. Na szczęście Harumi nie przychodził po kasę za przeklinanie w myślach.

Całe życie marzyłam o normalnej, maminej matce. Mamie Muminka z wielką czarną torebką, w której kryje się pyszne jabłko, chustka do wytarcia nosa i kolorowanka. Zadbanej w granicach zdrowego rozsądku nudnej urzędniczce, która specjalizuje się w pomidorowej z ryżem. Z jakimś normalnym mężem, który przeżyłby dłużej niż zaledwie sto dni mojego życia. Takiej jak… mama Magdy. A co tam, jej ojca też bym sobie wzięła do kompletu.

Rozmawiając z przyjaciółką, wzięłam do rąk jedyne podobno ocalałe zdjęcie mojego taty. Czarno-biała fotografia przedstawiała atletycznego blondyna, po którym odziedziczyłam podobno kolor oczu i włosów. Włosy matki były tak naprawdę koloru „polska mysz”, a jej starannie dobrany truskawkowy blond pochodził od ładnych kilku lat spod zręcznych palców teksańskiej fryzjerki o uroczej ksywce Marilyn.

Gdyby on przy mnie był całe życie… Odłożyłam zdjęcie na parapet i ofuknęłam się w myślach. Cholera jasna, jeszcze tego tylko brakowało, żebym się teraz zaczęła rozklejać. Musiałam być zwarta i gotowa na każdą ewentualność. Już jutro, byłam pewna, otrzymam propozycję nie do odrzucenia i moje życie zawodowe znowu nabierze kolorów.

– Nie ufam jej do końca. Mam nadzieję, że nie przyjechała tu załatwiać jakichś własnych spraw. Jezu… kilkanaście lat spokoju z jej dramatami sercowymi, mam nadzieję, że się nie rozstała z Billem.

– Nie chcesz mieć nowego tatusia? – zaśmiała się Magda. Wyjątkowo się nie zgrałyśmy nastrojem.

– Ech, powiedz lepiej, co słychać w raju. – Ułożyłam się wygodniej, bo wiedziałam, że zanosi się na dłuższe słuchanie. Magda nadal lubiła odmieniać Gustawa przez wszystkie przypadki.

* * *

– Są takie chwile, kiedy myślisz, że jesteś szczęśliwa. No wiem, to tak nie działa. – Joanna się uśmiechnęła. – Nie uświadamiasz sobie, no, w sensie, że nie myślisz. Po prostu tak jest. To spada nagle, jak deszcz. Głaszczesz kota, wyglądasz przez okno albo wcinasz śledzie. I wszystko jest takie… czy ja wiem… znienacka idealne, na swoim miejscu. Ale wcale nie myślisz wtedy, że to oczywiste, raczej jakieś dziwne uczucie, przejściowy stan, nie wiadomo skąd i dlaczego, który zaraz minie, bo przecież ludzie nie szczerzą głupio zębów do każdego wtorku. Jakbyś była na haju. Bo jak przychodzi maj, to się można szczerzyć, te bzy i tulipany, i takie inne, no wiecie, co człowieka ogłupiają. O, albo jak się schudnie! Ale nie tak bez powodu. – Joanna sięgnęła ponad głową Baśki, próbując chwycić butelkę. – No co, nie powiedziałam, że jesteś gruba – rzuciła na widok niemego wyrzutu w oczach przyjaciółki. – Ale jak tkwisz w czarnej dupie, to ci się wydaje, że to jest właśnie twoje życie. I że to w sumie normalne. To niesprawiedliwe – westchnęła.

Pierwszy raz od kilku tygodni siedziałyśmy znów we cztery w moim mieszkaniu, w „Apartamentowcu nad Wartą”, jak obwieszczały zewsząd reklamy, tablice i szyldy, i choć u każdej z nas wiele się zmieniło od naszego ostatniego spotkania, jak zawsze było ciepło i swojsko. Powiedziałabym, że jak u mamy, tyle że nie u mojej. Jakby wypływały z nas jakieś niosące nadzieję fluidy, łącząc się z energią pozostałych (nawet tych chwilowo nieszczęśliwych, które straciły pracę), wprawiając nas w euforyczną radość. Zresztą może to nie fluidy, tylko białe wino…

– A kto ci każe tak myśleć? I te śledzie… – Magda się wzdrygnęła. Od niedawna kazała się nazywać Magdaleną. Podobno Gustaw tak lubił, a na tym etapie związku ona lubiła wszystko, co lubił Gustaw. – Nie dziwię się, ktoś, kto jada śledzie, musi być nieszczęśliwy. Oślizgłe i rozlazłe.

– Chrzanisz – obruszyłam się, w gruncie rzeczy wiedząc, co Joanna ma na myśli. – Śledzie są okej. A ta nieustająca pogoń za szczęściem to jakaś pieprzona dolegliwość. Skąd w ludziach przekonanie, że muszą być wiecznie szczęśliwi? To jak uzależnienie. To ja bardzo podziękuję, do widzenia. Wolę wino. W tym wypadku przynajmniej sama decyduję, kiedy pojawi się na stole.

– Wcale nie jestem gruba.

Baśce jakby zacięła się płyta. Od kilku tygodni nasza ciężarna cierpiała na specyficzną przypadłość, którą Joanna wyrozumiale nazywała egoistycznym błogosławieństwem: z każdej rozmowy wyciągała sobie to, co jej akurat pasowało, udając, że nic innego nie słyszała.

Siedziała przez chwilę z rękoma splecionymi na brzuchu, jak to zwykle robią kobiety w zaawansowanej ciąży. Przy jej ledwo widocznym wybrzuszeniu wyglądało to bardzo głupio, ale żadna z nas nie śmiała się nawet zająknąć na ten temat. Ja, Magda(lena) i Joanna byłyśmy matkami i nawet jeśli od naszych porodów minęło kilkanaście lat, dobrze pamiętałyśmy złotą zasadę – nie podskakuj ciężarnej.

– Jackowi się podobno podobam w tej wersji bardziej niż kiedykolwiek – przełożyła ręce nieco wyżej, jakby trenowała tę pozę. Mrugnęłam do dziewczyn, tak by Baśka nie zauważyła. Nie byłam przecież samobójczynią.

– I pomyśleć, że ja się obawiałam, że mój mąż ma romans, a on w tajemnicy przede mną dowiadywał się w sprawie adopcji, kochany – kontynuowała niezrażona, a w jej oczach zalśniły łzy. Baśka się teraz wyjątkowo łatwo wzruszała, to też wszystkie pamiętałyśmy. Z ciekawością patrzyłam, ile sernika może wsunąć kobieta na jednym posiedzeniu.

– Nie wiedziałam, że się staraliście…

– Czy ja wiem? Nie nazwałabym tego tak, po prostu rok temu musiałam wyjąć wkładkę, bo coś z nią było nie tak, i nie zdecydowałam się na kolejną. Nie wiem, może myślałam, że jestem już zwyczajnie za stara?

– Ty na cokolwiek za stara? – Nie wierzyłam w to, co słyszę, ale Baśka rzuciła mi tylko przelotne spojrzenie i skupiona mówiła dalej:

– Zawsze często się kochaliśmy, wiecie, że seks gra w naszym związku bardzo ważną rolę… – Pokiwałyśmy głowami, przypominając sobie zawartość tej szafy Baśki, która zawiera same tylko erotyczne przebrania. Kiedyś nam ją pokazała, gdy winny wieczór urządziłyśmy u niej, bo poddała się zabiegowi laserem frakcyjnym i przez dwa tygodnie miała twarz jak pobitą, a co za tym idzie przymusowy areszt domowy. Pomyślałam, że ten wieczór miał miejsce ledwie kilka miesięcy temu, a tyle się w tym czasie wydarzyło, że wydawało się, że minął co najmniej rok. – Kochaliśmy się rano i wieczorem i czasem w ciągu dnia. – Joannie wyrwał się jęk zazdrości, a Baśka niezrażona pochłonęła kolejny kawałek ciasta. Nie że jej liczyłam, ale nawet jeśli, w tym momencie straciłabym już rachubę. – Jak zrozumiałam później, Jacek miał jednak nadzieję, że wykochamy sobie dziecko, a gdy ja miesiąc w miesiąc uparcie dostawałam okres, myślał już, że coś jest z nim nie tak. Ja podejrzewałam, że mnie zdradza, a on sprawdzał swój materiał.

– Spermę – rzuciłam obcesowo, bo Joanna podniosła brwi.

– I okazało się, że po jego stronie wszystko jest w porządku. Nie chciał mnie przeczołgiwać przez całą tę procedurę badań i leczenia bezpłodności. Jak mało który facet był w pełni otwarty na adopcję, jeśli tylko ja bym tego chciała, ale okazało się to niepotrzebne. – Pogłaskała się po brzuchu.

– I przez ten cały czas milczał? Żadnej szczerej rozmowy na ten temat? – nie mogłam się powstrzymać i zadałam pytanie, które wszystkie miałyśmy w głowach.

– Chciał najpierw sam przeanalizować wszystkie opcje, zanim w ogóle zacznie zawracać mi głowę tematem, na który być może w naszym życiu było już za późno. Cały Jacek. Kocham go za to, nawet jeśli mnie obecnie wkurza swoimi zapachami.

Tym razem wszystkie wbiłyśmy w nią zaintrygowany wzrok.

– No, zapachami. Zrobiłam się jakaś nadwrażliwa i drażni mnie zapach jego wody kolońskiej. Każdy zapach odczuwam teraz zresztą w zwielokrotnieniu jak pieprzony pies. Wiecie, ile choćby w tym pomieszczeniu jest przeróżnych zapachów? Jak to musi wkurzać zwierzęta, współczuję im… – W jej oczach znowu zalśniły łzy. – Niektóre zmysły mi się wyostrzyły, na przykład węch, inne kompletnie osłabły.

Obstawiałam, że Baśka traci zmysł smaku, skoro jej nie zemdliło po entym kawałku… Popełniłam błąd, gapiąc się w zamyśleniu w jej talerz.

– No co tak patrzysz? Mój lekarz powiedział, że nie mogę sobie odmawiać, bo to nie robi dobrze dziecku – oświadczyła, pochłaniając kolejny kawałek sernika. Żeby się lepiej poczuć, wyskrobała do śmietnika czekoladową polewę, jakby to robiło wielką różnicę w ilości kalorii. W gruncie rzeczy byłam zadowolona, że nie posmarowała sernika smalcem. Kiedy dwa dni temu poprosiła o smalec w zaprzyjaźnionej kawiarni, myślałam, że mina kelnerki na zawsze ze mną pozostanie.

No i co tu gadać, Baśka zrobiła się tłusta. Niestety, nie należała do tego typu kobiet, dla których ciąża to połknięcie piłki plażowej, estetyczne, bez zwisających boczków, rozdętych pośladków i znienacka rozrosłych piersi wylewających się ze stanika.

Była zaledwie w czwartym miesiącu a już wyglądała jak małe słoniątko. Pożerając kolejny kawałek ciasta, zażądała moich zdjęć z czasów, kiedy chodziłam w ciąży z Harumim, i przeglądała je z nieskrywaną zawiścią.

– Ciąża? Chyba urojona…

Nie chciała słuchać dyplomatycznych tłumaczeń Magdy, przepraszam, Magdaleny, że ja mam „chłopacką” figurę i nawet w ciąży nie wyglądałam jak dorodna kobieta, tylko jak wychudły facet z piwnym brzuchem. Wciąż powtarzała, że to była ciąża urojona, zwłaszcza że urodziłam Japończyka, bo kto by się tego spodziewał. Jakbym urodziła kosmitę… Normalne kobiety nie wydają na świat egzotycznych Japończyków.

– Ona pierniczy, jakby była wstawiona – zaśmiała się Magda/Magdalena, podwijając pod siebie nogi z bosymi stopami. Krwistoczerwone paznokcie błysnęły olśniewająco. Od kiedy Gustaw przestał być obecny w jej życiu od czasu do czasu, a objął posadę rezydenta, przypomniała sobie, że ma nogi, piersi i talię. Zaczęła nosić obcisłe dżinsy i dopasowane swetry, w których, muszę przyznać, wyglądała jak milion dolarów. – Jezu, jak ja to pamiętam… Święta krowa nie miała lepiej ode mnie. Mogłabym być w permanentnej ciąży – oświadczyła, z lubością pociągając łyk wina. Nie dziwię się, że jej smakowało, kosztowało tyle, ile pół zasiłku dla bezrobotnych. A ja byłam bezrobotna, choć wciąż nie mogłam się oswoić z tym określeniem. – Artur szalał, moi teściowie, moja matka. Może ciasteczko, odpocznij, nie denerwuj się, masz zgagę, to dobrze, to włoski…

– Że co? – obudziła się Baśka nad zdjęciami.

– Włoski – wyjaśniła Magda. – Nie wiesz, co to włoski?

– Wiem, do cholery, ale nie rozumiem.

– Masz zgagę?

– Nie.

– No to dziecko będzie łyse – oświadczyła Magda z niezrozumiałą satysfakcją.

– Magda, zlituj się – burknęłam, trącając ją w ramię.

Gdyby była trzeźwa, trzymałaby język za zębami. Moja przyjaciółka miała w sobie całe pokłady oddanego macierzyństwa, ale los dwanaście lat temu obdarzył ją tylko jednym synem, który dziś traktował ją jak zło konieczne. Podobnie jak Harumi mnie, ale ja byłam zaprawiona w boju, zamieniając niekiedy rodzicielskie talenty na skuteczne, biznesowe negocjacje, starając się wykorzystać negocjacyjne doświadczenie zdobyte dzięki upartemu nastolatkowi. Natomiast Magda nie bardzo wiedziała, co zrobić ze swoją potrzebą matkowania.

– Nie jestem gruba – uparcie powtarzała Baśka, gmerają widelcem w serniku. – I cera mi się poprawiła. Pamiętacie, jakie miałam problemy z pajączkami?

– Za dużo chlałaś – czknęła Magda. – Naczynka, naczynka… Też tak mówiłam kosmetyczce… Na szczęście udawała, że mi wierzy, inaczej musiałabym… czy ja wiem? Zmienić kosmetyczkę.

– Albo przyzwyczajenia.

– Takie maluchy to jednak są fajne – rozczuliła się Joanna, przyglądając się zdjęciu, na którym półtoraroczny Harumi ciągnie za ogon kota sąsiadów. – Nie domagają się nowych ubrań co dwa dni ani pieniędzy na prawo jazdy, nie przyprawiają cię o palpitację serca, kiedy nie wracają na noc albo nagle rzucają studia…

– Za to pyskują jak opętane – wtrąciła Baśka, odbierając zdjęcie Joannie. Przez chwilę przyglądała mu się sceptycznie. – Sama słyszałam, jak Tolek się do niej zwraca. Wracałyśmy z miasta i zabrałyśmy go ze szkoły. Trzasnął drzwiami i rozwalił się na tylnym siedzeniu. Magda mówi: „Czy ty mógłbyś nie chodzić do szkoły z tłustymi włosami?”. A ten na to: „Luuuzuj bobra, joooł”. Szczęka mi opadła do samej podłogi. Gdybym ja tak kiedyś do mojej matki…

Nie dokończyła, ponieważ z głębi mieszkania doleciał donośny krzyk:

– Czy ja mam umarnąć z głodu!? Maaamaaa!!!

Odstawiłam kieliszek.

– No co, uczy się odmiany – wyjaśniłam, bo moje przyjaciółki miały dziwne miny. – Trudno wymagać od Japończyka, żeby znał perfekt polską gramatykę. Zresztą japońskiej też nie zna za dobrze – dodałam zrezygnowana, bo w głowie, jak od wielu tygodni, znów mignął mi obraz Harumiego, próbującego jakoś wpasować się w polską szkołę. Naprawdę współczułam Tomkowi, korepetytorowi, który zaczął do nas przyjeżdżać trzy razy w tygodniu, by między innymi dostosować polszczyznę Harumiego do wymaganych standardów. Pomimo entuzjazmu Tomka, za który całe szczęście płacił Akihito, nie łudziłam się – moje dziecko pójdzie do polskiej szkoły najwcześniej od września.

Tymczasem wyciągnęłam z zamrażalnika gołąbki, które przywiozłam po świętach od matki Magdy, włożyłam do mikrofalówki i dymiące zaniosłam mojemu unieruchomionemu złamaną nogą synkowi. Moja mama była z nami już od kilku dni, ale jak zwykle nie zbliżała się do garów, gotowanie uważała zawsze za męskie zajęcie i za przykład podawała zdominowany przez mężczyzn zawód szefa kuchni. Chwilowo zresztą mama przebywała w dziennym spa w hotelu Andersia, w którym podobno koiła zszargane nerwy.

Nielegalną wyprawę z Tolkiem, podczas której złamał tę nogę, już dawno mu wybaczyłam, ale żeby zachować resztki autorytetu, wciąż udawałam nieprzejednaną. Na moje nieszczęście Harumi niewiele sobie z tego robił. Miałam wrażenie, że jest naprawdę zadowolony. Jego ojciec zgodził się, żeby nasz syn chodził do szkoły w Poznaniu, a tym samym role się odwróciły: teraz Akihito miał być dla niego wakacyjnym rodzicem. I miał się na własnej skórze przekonać, jakie to niesie konsekwencje.

Kiedy wróciłam do salonu, usłyszałam końcówkę opowieści, jak to Tolek pozbawił Magdę środków płatniczych na stacji benzynowej.

– Jak ta durna zatankowałam za dwie stówy, choć na ogół tego nie robię, bo mi szkoda pieniędzy. Gustaw się ze mnie śmieje, ale co ja poradzę, że nie lubię – wydęła usta, z trudem kryjąc uśmiech. Każda wzmianka o Gustawie zapalała w niej światełko. – No więc sięgam do portfela po kartę, a tu dupa. Trudno, myślę sobie, najwyżej się wyprztykam z gotówki, ale w przegródce z gotówką sucho. Pani w kasie patrzy na mnie jak na przestępcę, a ja nie wiem, co robić. Rozumiecie? Nie mam kasy, a już zatankowałam. Przecież nie wyleję tego z powrotem. Przypomniało mi się, że poprzedniego wieczoru pozwoliłam Tolkowi wziąć kartę, bo chciał kupić coś na Allegro za dwie dychy. Miał ją odłożyć na miejsce… Łapię więc za telefon, a mój syn znudzonym tonem mówi: „No co, położyłem na komodzie w przedpokoju, nie dramatyzuj”. Jezuuu… – zawyła Magda, na samo wspomnienie czerwieniejąc jak piwonia. – Myślałam, że go zabiję. Tłumaczę pani w okienku, że pojadę do domu po pieniądze, a pani na to, że natychmiast wzywa ochronę. Dolejcie mi, bo się zatchnęłam – zażądała.

Baśka wyciągnęła w jej stronę butelkę, ale najpierw powąchała korek z jawną tęsknotą.

– A mówiłam, że nastolatki to…

– Cicho! – zgromiła ją Joanna. – Co było dalej?

Magda westchnęła.

– A przyszedł jakiś staruszek, znaczy się ochrona, i powiedział, że wzywa policję. Że ja jestem naciągaczka i państwo polskie chciałam oszukać. Ewentualnie mogę zostawić dowód osobisty i wtedy jechać do domu po kasę. Dałam mu dowód i już zamierzałam się oddalić, ale dziadek na mnie syknął. No naprawdę syknął! – Poklepała się w pierś, jakbyśmy jej nie wierzyły. – Okazało się, że mój dowód stracił ważność pod koniec stycznia i w związku z tym jestem podwójną oszustką.

– Ja bym powiedziała, że potrójną – zaczęła Baśka. – W dowodzie masz nieważny adres zameldowania. Widziałam…

Magda nie zwróciła na nią uwagi. Ciężarna i, co za tym idzie, zupełnie trzeźwa Baśka była zdecydowanie zbyt skrupulatna, a gdybyśmy jej tak nie kochały, nazwać by trzeba sprawy po imieniu. Upierdliwa.

– W końcu kazał mi zostawić samochód i jechać po pieniądze taksówką. Ja nie wiem, skąd oni ich biorą – pożaliła się, odgarniając kosmyk włosów, który uparcie zasłaniał jej oko. – Gdyby Gustaw mnie nie uratował, pewnie do dziś siedziałabym na tej stacji benzynowej, bo dziadek był potwornym formalistą. W każdym razie – zrobiła przerwę i łyknęła wina – tym samym chciałam ci powiedzieć, że dzieci są upierdliwe i ani się obejrzysz, a zrobią z ciebie złodziejkę benzyny.

– Rychło w czas… – mruknęła Baśka, gładząc się po brzuchu. – A właśnie, jeśli już o macierzyństwie mowa, to gdzie twoja mama, Iza? Magda mówiła, że podobno niemal dosłownie spadła ci z nieba dwa dni temu.

– Powiem ci, moja droga, co może spadać z nieba. Manna. I to jest coś, co… kurde to Magdalena jest w tym towarzystwie najbardziej oczytana… spadło z nieba Izraelitom, jak szli przez pustynię? Gdzie oni, do cholery, szli przez tę pustynię i po co?

– „Oto ześlę wam chleb z nieba, jak deszcz. I będzie wychodził lud, i każdego dnia będzie zbierał według potrzeby dziennej” – zacytowała Magda, a nam jak zwykle opadły szczęki.

Nasza przyjaciółka miała niesłychaną pamięć do cytatów, choć czasem podejrzewałyśmy, że trochę zmyśla i dodaje od siebie. Żadna z nas nie umiała przecież tego zweryfikować i ona dobrze o tym wiedziała. Joanna zaczęła gmerać przy telefonie i już myślałam, że wreszcie ktoś to zrobi, ale zamiast tego z jej telefonu poleciały pierwsze nuty Roxette. Puszczała i słuchała Roxette wyłącznie jak była mocno wstawiona. Chyba nie miała dobrego czasu, bo piła dziś wino wyjątkowo szybko i zachłannie i Roxette pojawiło się jakby dwie godziny za wcześnie. Zdaje się, że Hamza znowu nie dostał wizy i rozdzielenie kochanków miało jeszcze potrwać, a jak wiadomo rozdzielenia tylko podsycają uczucie. Na tym samym zasadzała się chyba moja tęsknota za pracą.

– Wędrowali po pustyni Synaj przez czterdzieści lat. – Magda powiodła po nas nauczycielskim wzrokiem. Widziałam, że ma „baranice” na końcu języka, ale się powstrzymała.

– Znaczy że co? Zgubili się czy jak? – nie mogłyśmy się powstrzymać i rżałyśmy wszystkie trzy. Magda walczyła ze śmiechem.

– Głupieście. Lud był nieposłuszny Bogu i nie przestrzegał jego przykazań, jak to lud, no to w ten sposób Bóg ich pokarał, że do Ziemi Obiecanej dotarli dopiero po tylu latach. Mojżesz ich tam w końcu doprowadził. Tak jak Gustaw mnie wyprowadził z mojego niewolniczego małżeństwa.

No tak, mogłyśmy się spodziewać. Wszystkie drogi prowadziły do Gustawa.

– A na Artura zesłał plagi?

– Jakie plagi? – spojrzała na mnie nieprzytomnie.

– No skoro Gustaw był Mojżeszem, to Artur faraonem?

Tym razem śmiałyśmy się już we czwórkę.

– A wiesz, może i coś w tym jest. Tolek wspominał coś ostatnio, że tata miał grypę żołądkową i przez trzy dni praktycznie mieszkał w toalecie, ale jakby spóźnione te plagi w takim razie.

– Tak czy inaczej – postanowiłam wrócić do porzuconego tematu – manna to coś upragnionego, wyczekiwanego, ratującego życie. Moja mama… cóż, to jest zwykle deszcz. Nie, czekajcie, deszcz ożywia rośliny, jest życiodajny. To bardziej grad. Małe bombardujące cię kuleczki, ostre jak szpilki.

– Nie przesadzasz? Pewnie się stęskniła. Wreszcie ma okazję spędzić trochę czasu jednocześnie z tobą i swoim wnuczkiem. – Brzuszek Baśki był ledwo wypukłością, a ona już mentalnie zapisała się do „stowarzyszenia matek” i była gotowa bronić każdej z nich.

– Cóż… a widzisz ją tu gdzieś?

– No właśnie dlatego pytam. Dziś Wielki Piątek, jest w kościele? Na drodze krzyżowej?

Parsknęłam śmiechem.

– Obecnie przebywa w hotelu Andersia.

– Za ciasno jej u ciebie? – Magda z zazdrością powiodła wzrokiem po apartamencie. Gnieżdżenie się w małym mieszkanku na osiedlu Przyjaźni, a obecnie pomieszkiwanie w tymczasowym domku Gustawa, który w zasadzie był letniskowym, wyraźnie dawało jej się we znaki.

– W spa. Dla obsługi jej wizyta jest zapewne drogą krzyżową. Poza spaniem spędziła ze mną i Harumim może kilka godzin. Głównie biega po sklepach, bo w Teksasie wszystko jest w rozmiarach tapicerskich, a jak już jest S, to bezpłciowe i nie w jej kolorach, a także po fryzjerach i kosmetyczkach.

– Fajnie – rozmarzyła się Baśka, która do momentu zajścia w ciążę też lubiła w ten sposób przeżywać dni.

– Mają tam rytuały spa, których my nie potrafimy zapewnić. Bill nie dał jej się podobno wyspać. Co tu dużo mówić, mi też nie.

– Pokłócili się?

– Nie do końca. Matka po prostu zniknęła bez słowa i nie odbierała telefonu, a on wydzwaniał po wszystkich znajomych i już miał wzywać policję, gdy coś go tknęło i zadzwonił wreszcie do mnie.

– Ale coś się stało?

– Obraziła się na niego, bo po raz pierwszy zdarzyło mu się zapomnieć o rocznicy ich pierwszego… pocałunku. Cholera jasna! – Aż się zatrzęsłam na samo wspomnienie. Nie było chyba córki bardziej niepodobnej do swojej matki. Czasem się zastanawiałam, czy naprawdę ta kobieta mnie urodziła i wychowała. – Cholera jasna, no! Przecież ta kobieta jest niemożliwa. Wychodząc za Billa dwadzieścia lat temu, złapała pana Boga za nogi. Ten facet od początku nosi ją na rękach. Przypuszczam, że nawet dosłownie, dopóki wtedy, pamiętacie, opowiadałam wam, dysk mu nie wypadł. Kto wie zresztą, czy nie od tego. On ma siedemdziesiąt pięć lat i ma prawo już czasem czegoś zapomnieć. Dałaby mu żyć, zatroszczyła się trochę o niego dla odmiany. Ale nie. Królowa matka wsiada w samolot i urażona jak jakaś wyjątkowo rozpieszczona nastolatka bez jednego słowa leci do Polski.

– Ja tam nie wiem – wtrąciła się Magda, a ja nie mogłam się powstrzymać i przewróciłam oczami. Z jednej strony siedziała miłośniczka matek, z drugiej patronka zakochanych. Z nadzieją spojrzałam na Joannę, ale ona już odpłynęła i serwowała nam tylko jeden po drugim hity Roxette.

– Co z tego, że ma siedemdziesiąt lat, a ona ile?

– Sześćdziesiąt cztery. – Dziewczyny spojrzały na mnie z podziwem.

– A wy co? Nie wiecie, ile lat mają wasze matki?

Joanna odłożyła wreszcie telefon i zaczęła bezgłośnie liczyć coś na palcach. Tylko westchnęłam. Czy to one się zmieniły ostatnio, czy ja jestem bardzo nerwowa, odkąd… poszłam na zasłużony długi urlop. Cholera jasna, nazywajmy sprawy po imieniu, odkąd straciłam pracę.

– Co z tego? – perorowała Magda, machając kieliszkiem i roniąc cenne krople na kanapę, którą kupiłam rok temu w chwili niepoczytalności i wiedziałam, że życie mi się skończy, a ta kanapa nadal się nie zdąży zamortyzować. – Uważam, że każdemu związkowi bez względu na wiek i staż dobrze robi trochę pasji, trochę focha, niepewności, jak zwał, tak zwał. To podkręca namiętność, przypomina o tym, co było na początku, nie pozwala wypalić się emocjom. Nie zdradzę przecież żadnego sekretu, jak powiem, że seks jest potem dużo lepszy.

Dolałam sobie wina i znowu przewróciłam oczami. Uwielbiałam Magdę, ale jej romantyczna natura doprowadzała mnie czasem do szału.

– Chyba nie po to wiążecie się z tymi facetami na śmierć i życie? Znam lepsze sposoby na świetny seks, który nie musi być odgrzewanym na wszystkie emocjonalne sposoby kotletem, który koniec końców i tak wystygnie. Choćby Mario. Pamiętacie?

Mario był Włochem, którego poznałam w klubie, a potem wróciłam z nim do hotelu na ostatniej delegacji w Londynie. Nadal na jego wspomnienie drżały mi nogi, co nie znaczy, że miałam wtedy czy teraz potrzebę, by dać mu swój numer telefonu i spotkać się z nim jeszcze raz. Nawet jeśli tylko na seks.

Nie negowałam przecież istnienia miłości, ale lubiłam nazywać sprawy po imieniu. Nie ma co. Nazywanie spraw po imieniu było dziś moją specjalnością. Nie wiem czemu, byłam coraz bardziej rozdrażniona. Powiodłam wzrokiem po swoich przyjaciółkach. Faceci definiowali przecież ich życie. Baśka podporządkowała całe swoje jestestwo Jackowi w zamian za finansowy dobrobyt. Magda bez Gustawa nie potrafiła oddychać. Ten rok, kiedy się rozstali, żyła jak robot uruchomiony na programie minimum. Joanna włączyła w swoim życiu pauzę i zamierzała ją wyłączyć dopiero, jak przyleci jej ukochany ortodonta z Tunezji, Hamza. Tak samo było w przypadku mojej matki, dla której zawsze najważniejsi byli mężczyźni i miłość, za którą pogoniłaby choćby i za ocean.

Obiecałam sobie, że nigdy taka nie będę. Nigdy nie pozwolę, by jakiś facet stanowił o mnie i o tym, jak żyję, by za mnie płacił, myśląc, że daje mu to prawo, by mną manipulować. Poczułam znajome ukłucie i pomyślałam o ojcu. Odkąd straciłam pracę i pięciocyfrowe zarobki, myślałam o nim dużo częściej. Przypadek? Miałam po prostu więcej czasu?

Moje zamyślenie najwyraźniej umknęło Magdzie, bo niezrażona kontynuowała:

– Twoja matka chciała, wydaje mi się, podkreślić, że może i ma sześćdziesiąt cztery lata, a on siedemdziesiąt pięć, może są razem już od dwudziestu lat, ale ona nadal jest kobietą, a on mężczyzną, a ich miłość jest nadal żywym tworem, a nie… czy ja wiem… napisem na grobowcu rodzinnym.

– Naprawdę? Uważasz, że dojrzali ludzie nie mają lepszych rzeczy do roboty, ważniejszych spraw, którymi mogliby się zajmować, czy ja wiem, ogród uprawiać, dom odnawiać, prace naukowe pisać, zamiast się włóczyć po świecie, pod, przypomnę, fałszywym pozorem spędzenia czasu z córką i wnukiem i psuć sobie i innym zdrowie, bo… – zacietrzewiłam się już na dobre i przeoczyłam dziwne znaki, które dziewczyny zaczęły mi dawać oczami, a Joanna dodatkowo kopała mnie w stopę, ale pomyślałam, że to jakiś nowy w jej przypadku odruch wynikający z nadmiaru alkoholu – starej babie zachciało się rżnąć księżniczkę!

– Dobry wieczór – powiedziała jak gdyby nigdy nic moja matka. No jasne. Musiała wejść wyjątkowo bezszelestnie i przefrunąć przez pokój nad podłogą albo ja naprawdę krzyczałam w zapamiętaniu. Wyglądała jak zwykle pięknie, włosy miała ułożone jakoś inaczej, a twarz była wyraźnie młodsza, wypoczęta. Oczy jednak miała smutne.

– Nie powiedziałaś, że będziemy miały dziś wieczór towarzystwo, skróciłabym pobyt w spa.

Najpierw chciałam sobie odgryźć język, ale potem pomyślałam: a co tam. Stałam przecież za każdym swoim słowem, poza może tą „starą babą”. W przypadku matki to ostatnie musiało wyjątkowo zaboleć.

– Bardzo ładnie pani wygląda – ruszyły z komplementami moje przyjaciółki.

– Jak na „starą babę” nie jest tak źle? W każdym razie dziękuję. – Matka spojrzała na mnie znacząco.

Epitet wisiał w powietrzu przez resztę wieczoru, który był już zresztą nie do uratowania. Po szybkiej kawie dziewczyny zmyły się z Baśką, która zaoferowała, że rozwiezie je do domów, a matka z ostentacyjnie wzniesioną wysoko głową zniknęła w łazience. Siedziała tam zbyt długo, nawet jak na nią, i w końcu zapukałam do drzwi.

– Mamo?

Odpowiedziało mi milczenie. Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy to się zaczęło. Kiedy przestałam o niej mówić i myśleć „mama”, a zaczęłam „matka”. Nie wiem. Może wtedy, gdy kolejny raz zapomniała, że potrzebowałam stroju aniołka na jasełka albo cukierków do rozdania dzieciom w klasie na urodziny. Kłamałam, że mam urodziny latem, w czasie wakacji. Albo gdy kolejny raz zostawiała mnie samą w domu, a miałam tylko siedem lat i naprawdę się bałam cieni rzucanych przez ćmy i szmerów za oknem.

A może wtedy, gdy odszedł Andrzej, którego naprawdę kochałam.

„Twoja mama to prawdziwa zołza” – rzucił mi na odchodnym. Cóż, miałam dwanaście lat. Gdybym miała więcej, odpowiedziałabym mu tytułem znanej książki, że „mężczyźni kochają zołzy”. Wtedy tylko rozpaczałam. Andrzej mieszkał z nami pięć lat i był jedyną namiastką ojca, którą znałam. Do dziś nie mam pojęcia, dlaczego matka się z nim rozstała. Potem byli jeszcze inni mężczyźni, inni „wujkowie”, ale całe szczęście żaden z nich już z nami nie zamieszkał. Matka wysyłała mnie tylko czasem do kina albo do Magdy, Baśki czy Joanny na noc.

A może wtedy, gdy mi powiedziała, że mój ojciec bardzo mnie kochał, ale zmarł na zawał, gdy byłam malutka. Byłam pewna, że zmarł przez nią. Przecież była zołzą. Nawet Andrzej to widział.

Nieraz fantazjowałam na temat ojca. Wyobrażałam sobie, że schodzi z tego jedynego zdjęcia, które od niej dostałam, a które z biegiem lat stało się relikwią, i szykuje mi kostium na jasełka, robi mi zdjęcia na szkolnych przedstawieniach, a ja się czerwienię i proszę, by tego nie robił, ale tam w środku jest mi bardzo miło z tego powodu i puchnę z dumy. To on kupuje mi cukierki czekoladowe dla dzieciaków z klasy i uczy mnie tańczyć cza-czę.

Chciałam być dziewczynką, która trzyma stopy na wielkich butach ojca i porusza się z nim w jednym rytmie. Nie chciałam być dziewczynką, której ojciec zmarł dawno temu i nie pytajcie jej o to, bo jej będzie smutno. Nie chciałam być dziewczynką, która ma tylko ją. Tę szaloną, roztargnioną, mocno wymalowaną matkę, której mylą się dni tygodnia i zdarzyło jej się zapomnieć odebrać dziecko z przedszkola. Bagatela, trzy razy.

– Mamo? Przepraszam. Nie miałam tego na myśli, wiesz przecież o tym. Nie jesteś starą babą. Niejedna dużo młodsza kobieta zazdrości ci figury, cery, włosów. Otwórz mi, proszę.

Gdy wyszła, prawie jej nie poznałam. Jakby jej w tej łazience przybyło lat. Zmyła makijaż i twarz nabrała surowości, ostrości. Światło bezlitośnie uwypukliło każdą zmarszczkę. Oczy miała spuchnięte od płaczu, a włosy potargane. Wyglądała na swoje sześćdziesiąt cztery lata, a nawet starzej. Wydawała się mniejsza i krucha.

– Mamo? Naprawdę mi przykro.

Minęła mnie bez słowa i zniknęła w sypialni, a ja zostałam na korytarzu, wściekła, że jak zwykle wtargnęła w moje życie bez uprzedzenia i tak samo nagle z niego zniknie. I to znowu ja ją przepraszam.

Gdy miałam już pewność, że mnie nie usłyszy, puściłam tak bujną wiązankę, że gdyby Harumi stał obok, najpierw oniemiałby z zachwytu, a potem do jego słoika spadłby deszcz monet.

Ciąg dalszy w wersji pełnej