Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 530 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kobiety i władza - Magdalena Środa

Magdalena Środa w swojej najnowszej książce dokonuje przeglądu stereotypów, uprzedzeń, „prawd niezmiennych”, na których ufundowane są społeczne, jak również polityczne opinie dotyczące kobiecości, męskości, rodziny, macierzyństwa, rodzicielstwa, prostytucji. Zajmują ją sprawy aktualne i gorące, uwikłane w polityczny dyskurs i publicystyczne spory, takie jak aborcja, pornografia czy homoseksualizm. Patrzy przez pryzmat historii idei i etyki rozumianej jako dziedzina filozofii, a nie jako religijna moralistyka. Kwestionuje dogmaty o niezmiennej polskości, „twardej” męskości i „kruchej” kobiecości, a zwłaszcza o tym, co zgodne z naturą, a co nie. Książka prowokuje i pobudza do rozmyślań. Jest bezkompromisowa wobec polityków, dziennikarzy, antyfeministów i antyfeministek. Autorka widzi konieczność rewizji utartych poglądów, zachęca do wyjścia poza sposób myślenia w jej przekonaniu nasączony strachem przed utratą patriarchatu, utożsamianego z „porządkiem naturalnym” lub „boskim”. Jak większość liberalnych filozofów i filozofek jest entuzjastyczną zwolenniczką emancypacji, równości, racjonalizacji i postępu. Wierzy w ideały oświecenia. W rozum i wolność. Ceni tolerancję, różnorodność, autonomię i zmianę. Jest zdeklarowaną feministką.

Według Magdaleny Środy w Polsce feministka postrzegana jest niemalże jak terrorystka, a tematy związane z prawami kobiet są marginalizowane.

Feminoteka

Dyskryminacja jest zjawiskiem do bólu rzeczywistym i krzywdzi niezależnie od tego, czy chcemy ją dostrzegać, czy nie. Stowarzyszenie Współpracy Kobiet NEWW-Polska Kobiety nie lubią siedzieć cicho.

Katarzyna Bratkowska

Opinie o ebooku Kobiety i władza - Magdalena Środa

Fragment ebooka Kobiety i władza - Magdalena Środa

Redaktor prowadzący: Adam Pluszka

Redakcja: Beata Frankowska

Korekta: Anna Sidorek, Beata Wójcik, Mariola Hajnus

Redakcja techniczna: Iza Gołaszewska

Projekt okładki i stron tytułowych: Maciej Konopka/Brandy Design

Fotografia autorki: © Włodzimierz Wasyluk

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Skład i łamanie: Studio Page Graph, Warszawa

ISBN 978-83-7747-095-4

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2009

Wydanie I 

Warszawa 2009

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Magdalena Środa (ur. 1957) – etyczka, filozofka, publicystka, feministka. Zajmuje się historią idei etycznych, etyką stosowaną, filozofią polityczną i problematyką kobiecą. Profesorka Uniwersytetu Warszawskiego, członkini zespołu „Krytyki Politycznej”, redaktorka „Przeglądu Filozoficznego” i „Etyki”, stała felietonistka „Gazety Wyborczej”. Autorka książek Idea godności w kulturze i etyce (1993), Idee etyczne starożytności i średniowiecza (1994), Idee etyczne czasów nowożytnych i współczesności (1998) orazIndywidualizm i jego krytycy (2003).

W latach 2004-2005 pełnomocnik Rządu ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn.

Kobietom, które kocham:

Agusi, Heli, Dorocie, Piere-Martine, Nice, Pascaline, Korze, Oldze, Wandeczce, Magdusi, Pio, Kazi, Joli, Aneckiej, Gosieńce, Kindze, Tereskom, Krysi, Agrafce, Karolinie i Agnieszce, Lenie, Ani, Annie, Joasi, Małgosi, Bożence, moim mamom, Grzybkowi i wszystkim innym.

WSTĘP

Powinnam zatytułować ten zbiór tekstów „Moje słuszne feministyczne poglądy na wszystko”, ale to by brzmiało podobnie jak tytuł książki Leszka Kołakowskiego, więc swojej dałam tytuł skromniejszy: Kobiety i władza. Nie chodzi rzecz jasna o konkretną władzę, lecz o władzę w jej szerokim, kulturowym i politycznym rozumieniu. Płeć, czyli kobiecość, ale także męskość (i wszystko to, co pomiędzy), to kategorie i relacje władzy. Jej wpływ uwidacznia się już przed narodzinami: oczekuje się nas na świecie jako dziewczynki lub chłopców i natychmiast wywiera presję (miłość rodzicielska też jest rodzajem władzy), byśmy spełniali określone, sztywno wyznaczone role. I nie kwestionowali ich. Istnieje więc władza rodziców, rówieśników, władza pastoralna, władza kleru, władza opinii, mediów, władza polityczna, władza boska, władza Prawdy lub Natury. Wszyscy jesteśmy wplątani w rozbudowane sieci władzy zarówno faktycznej, jak i symbolicznej. Z władzą wiąże się przemoc, ale również wolność. Zrozumieć źródła i formy przemocy to postawić poważny krok na drodze ku wolności.

Koniunkcja (i) w tytule tej książki ma dawać do myślenia: Jaka władza? Nad kim władza? Które kobiety mają władzę? Kiedy ją miały? Lepiej byłoby dać tytuł „Kobiety i brak władzy” albo „Kobiety i władza alkowy”, żeby się wpisać w mainstream wydawnictw kobiecych, które co rusz radośnie zawiadamiają swoje czytelniczki, że nie ma to, jak być kobietą, bo to ona jest szyją, która kręci męską głową. Wystarczy być szczupłą, piękną i młodą, a wszystko można osiągnąć.

Ale ta książka nie wpisuje się w popularny mainstream „kultury kobiecej”. To książka feministyczna. A od feminizmu wszyscy stronią. Od feministek też. Bo albo boją się utraty władzy, albo boją się wolności.

W maju 2008 roku ukazało się w „Gazecie Wyborczej” zdjęcie z posiedzenia rządu. Jedno z wielu posiedzeń jednego z wielu kolejnych rządów. Na zdjęciu, które zajmowało jedną trzecią strony, widocznych było dziewięciu panów w ciemnych garniturach, których wyraz twarzy świadczył o tym, że wiedzą o znaczeniu, jakie mają, i że cieszą się władzą. Dlaczego na zdjęciu nie było kobiet, również członkiń rządu? „Wypadły z kadru” – poinformowała mnie ówczesna rzeczniczka. „W innych pismach, gdzie kadr był większy, widać było jeszcze minister Kopacz” – dodała, sądząc być może, że minister Kopacz – wszak kobieta – jest wystarczającym dowodem emancypacji i politycznej równości.

Dlaczego w kraju, w którym ponad 50 procent mieszkańców to kobiety i który jest krajem w miarę demokratycznym, rządzą niemal wyłącznie mężczyźni? I dzieje się to, mimo że – jak dowodzą socjologowie – są od kobiet znacznie gorzej wykształceni, mniej zrównoważeni, bardziej egocentryczni i agresywni, więcej piją, częściej popełniają przestępstwa, częściej chorują i wcześniej niż kobiety umierają? Dlaczego kobiety, choć lepiej wykształcone, bardziej zrównoważone, mniej agresywne, bardziej myślące o konkretach niż o abstrakcyjnych ideach, bardziej skupione na trosce o innych niż na partyjnych walkach, nie mają dostępu do władzy, stanowisk, kariery i nawet w sferze prywatnej, w której najczęściej przebywają, są opresjonowane i pogardzane, bo przecież nikt - a już na pewno nie ci, którzy władzę posiadają – nie docenia tak zwanej domowej pracy kobiet.

„Wypadły z kadru”… – to twierdzenie pani rzeczniczki jest optymistyczne. Bo to tak, jakby kobiety kiedyś w tym kadrze były, ale teraz ich nie ma. Tymczasem one nigdy jeszcze do tego kadru nie weszły! Krytycy powiedzą: „Ale przecież kobiety mają władzę, przecież jest Merkel, Rice, Clinton, królowa Elżbieta!!” Odpowiadam: „Proszę dalej wymieniać!! Ile ich jest?” Lista jest niewiarygodnie krótka, bo przecież kobiety, które mają polityczną władzę, to anomalia, a nie norma.

Książka ta poświęcona jest próbie odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się dzieje.

Nie ma ona charakteru ściśle filozoficznego czy genderowego. To raczej zbiór tekstów, z których znaczna część, w jakiejś postaci, była drukowana1, inne to „eseje na zadany temat”. W czasie ostatnich dwudziestu lat w wielu miejscach – proszona lub nie – mówiłam, co sądzę o kobietach, ich pozycji i roli w patriarchalnym społeczeństwie, o rodzinie, seksie, dzieciach, macierzyństwie, rynkach pracy, Kościele, solidarności i przemocy. Przyszedł czas, by wszystko to spisać. Zrobiłam to w dwóch celach. Po pierwsze, żeby podsumować tę część mojej intelektualnej i politycznej aktywności, która wykracza poza działalność ściśle akademicką czy publicystyczną, a jest dla mnie osobiście bardzo ważna. Po drugie, chciałam zrobić coś dla popularyzacji idei feministycznych, równościowych i problematyki kobiecej w ogólności. Książkę tę adresuję więc nie tyle do kobiet ze świata akademickiego czy studiów nad kulturową tożsamością płci (gender), ile do kobiet po prostu.

Jest to więc lektura popularna, łatwa, choć nie wiem, czy przyjemna. Nie zajmuję w niej stanowiska w ważnych kwestiach problematyki gender. Nie polemizuję ze współczesnymi, filozoficznymi koncepcjami podmiotu czy płci (zrobiłam to w innej książce2), nie przedstawiam najnowszych badań dotyczących problematyki kobiecej (robiłam to, będąc „na urzędzie”*). Nie jest to nawet sprawozdanie z lektur, które czytałam i czytam, poświęconych tej problematyce. Nie wychodzę poza „drugą falę feminizmu”, to znaczy ten typ refleksji, którego celem jest szukanie odpowiedzi na proste pytanie: „Dlaczego tak się dzieje, że kobieta, wszędzie i zawsze, tylko dlatego, że jest kobietą, znajduje się w gorszym położeniu niż mężczyzna?” Pytanie to stawiało wiele kobiet przede mną. Nie dość wiele. Ciągle trzeba je stawiać. I ciągle szukać odpowiedzi. Żeby kobietom żyło się lepiej.

1. CZY PANI JEST FEMINISTKĄ?

Pytanie to brzmi niemal jak: „Czy pani jest terrorystką?”, „wiedźmą?” lub „komunistką?”, a w wersji jeszcze bardziej radykalnej: „Czy ma pani coś wspólnego z Kazią Szczuką?!” Nie!! Chyba nie… a może tak..? No tak!

Waldemar Łysiak – niewątpliwie bardzo oryginalna postać gabinetu polskich osobliwości – zabrał ongiś głos na temat wstydu i napisał swoim genialnym piórem: „Wszelacy bezwstydni obrońcy łajdactwa czy zboczeń, wszelkie obrończynie pseudotolerancji czy feminoterroryzmu, różne Kingi, Jarugi, Szczuki, Środy muszą uważać”3. Po czym posypały się groźby. Można oczywiście powiedzieć, że Łysiak ma poważne problemy ze sobą, ale wtedy trzeba by też zdyskredytować niemałą rzeszę jego czytelników. A to nie cała, ale – Polska właśnie. Feministką lepiej tu nie być. Straszy, wścieka, budzi agresję. Odejmuje rozum tym, którzy go mieli.

Stereotyp feministki jest bardziej trwały niż Polaka-katolika. W Kościele, jak się powiada, jest rozłam, jedni więc lgną do Życińskiego, inni do Głódzia. Jedni są otwarci, inni ortodoksyjni. Jedni wielbią Najświętszą Panienkę w Częstochowie, inni ojca Rydzyka w eterze. W czasie wakacji 2006 roku pojawiła się wersja „katolicyzmu turystycznego” i przyjęła się w postaci pielgrzymek autokarowych. Jest ruch i zmiana. A „feministka” od lat pozostaje ta sama, ani liberalna, ani ortodoksyjna, ani wielbiąca, ani posłuszna: po prostu zła i głupia. A do tego kompletnie wymyślona.

Feminizm, zgodnie z potocznym rozumieniem tego słowa, stanowi ideologię kobiet samotnych, agresywnych, radykalnych pod każdym względem, być może nawet lesbijek, które na wiecach lub w siłowniach walczą z tym, „co naturalne”, „boskie”, „tradycyjne”. Feministki – idąc dalej tym tokiem myślenia – z reguły mają poważne mankamenty urody i sporo nałogów (Piotr Zaremba tak mnie opisał w „Newsweeku”: „Wiecznie skrzywiona twarz znerwicowanej intelektualistki, która popala papierosa za papierosem”; Kinga Dunin4 twierdzi, że to ją miał autor na myśli, w każdym razie jeśli chodzi o papierosy, bo to, że każda feministka jest znerwicowana i „ma wiecznie skrzywioną twarz”, jest opinią powszechną i ugruntowaną). Feministki są jawno – lub kryptokomunistkami („ty bolszewicka konserwo!” – napisał mi niedawno jeden internauta, komentując mój artykuł), pewnie dlatego można nimi straszyć dzieci, przeciwników politycznych i wszystkich tych, którzy szukają łatwych wyjaśnień dla złożonych zjawisk życia społecznego. Według niektórych respondentów, badanych przez Małgorzatę Fuszarę, feministki to: „osoby, które chcą sobie podporządkować mężczyzn”, „odrzucające mężczyzn”, „nie wiem, ale to najgorszy człowiek”, a feminizm to: „głupota i nic więcej”, „coś, czego nie powinno być”, „coś urojone przez kobiety”, „demoralizacja życia społecznego”, a nawet „ruch przeciwko Żydom”, „dyskryminacja różnych wyznań” i - „to samo, co socjalizm”5.

Feministki odpowiedzialne są za nietrwałość rodziny, przemoc domową, bezpłodność, bezdzietność, zapaść demograficzną kraju, bezrobocie, kryzys męskości, upadek autorytetów, alkoholizm, uwiąd tradycji, rozpasanie seksualne, nowotwory, samotność wszystkich i gradobicie. Kilka lat temu eksposeł Jackowski napisał dwutomowe dzieło zatytułowane – jak na posła porządnej prawicy przystało – Bitwa o Polskę i Bitwa o Prawdę, gdzie jako przyczynę kryzysu rodziny, uwiądu kobiecości prawdziwej i ogólnej obyczajowej degrengolady wskazywał komunistyczne pismo „Kobieta i Życie”, które ponoć lansowało emancypacyjny tryb życia kobiet w sposób tak skuteczny, że dziś pan poseł może tylko wyszarpywać sobie włosy z głowy, biadoląc nad bezpowrotnym upadkiem kobiecości, rodziny, polskości i Prawdy w ogólności.

Mirosław Kofta w przeprowadzonych w 2007 roku badaniach6 twierdzi, że feministek się nie lubi, bo: po pierwsze, przypisuje się im (sic!) „wysoki stopień agresji interpersonalnej”, a po drugie, przypisywana im agresywność narusza fundamenty schematu kultury społeczeństwa tradycyjnego, w którym kobiety są istotami łagodnymi, miękkimi, opiekuńczymi i wstydliwymi. Gorzej! Wobec kobiet, które przyznają się do feminizmu, pojawia się duża liczba uprzedzeń, z których powodu (1) feministki zatrudnia się mniej chętnie niż niefeministki; (2) niechętnie się w nie inwestuje jako w pracowników; (3) nisko ocenia się ich możliwości awansu. Jeszcze gorzej! W przypadku dyskryminacji w miejscu pracy feministka w mniejszym stopniu niż niefeministka postrzegana jest jako ofiara, mniej się jej współczuje i mniejsza jest chęć nawiązania z nią osobistego kontaktu. Profesor Kofta stwierdza, że „bycie feministką jest prawdziwym stygmatem”. Nie trzeba jednak badań, by to wiedzieć, widzieć i czuć.

Galeria antyfeministów7

Feministki mają mnóstwo nienawistników i wrogów, choć niekoniecznie tak pospolitych i żałosnych jak Waldemar Łysiak. Jeden z nich to typowy Don Kichot. Postać spotykana na salonach, w publicznych debatach i w Krakowie. Jest to pan z pozycją i tytułem, bywa, że i w randze ministra (edukacji*). W towarzystwie osoby, o której wieść niesie, że jest feministką, zachowuje się jak Don Kichot. Traci zmysły, tudzież rozum, i walczy z nią jak z armią wojsk, choć ma przed sobą użyteczny wiatrak. Widziałam wielu Don Kichotów, teraz jest ich Czas (zresztą, kiedy go nie było?). Niezależnie od tego, o czym się z nimi rozmawia (czy o Kancie, czy o społeczeństwie obywatelskim, no i - nie daj Boże – o tolerancji), nic nie słyszą, nic nie widzą, tylko tę armię wojsk, którą pro publico bono trzeba zmieść z życia publicznego. Don Kichot przybiera w naszym kraju postać bardzo agresywną. Jak na konserwatystę i katolika przystało.

Innym typem antyfeministy jest Racjonalista. Powołuje się na oczywistości i traktuje cię jak dziecko, mrucząc sobie pod nosem, że „taka głupia baba i tak nie ma racji, bo jest babą”. Racjonalista ciągle czegoś dowodzi, na zimno i konsekwentnie: „bo taka jest natura kobiet, bo z tych założeń, przesłanek i danych nic innego nie da się wysnuć (kobieta musi rodzić, mężczyzna rządzić, to jest racjonalne)”. Racje Racjonalisty są zawsze po jego stronie lub po stronie tych, którzy się z nim zgadzają.

Z kolei antyfeminista Znudzony słucha cię – z pozoru – uważnie, a potem mówi: „A pani ciągle o tym samym! Ileż można! Porozmawiajmy o bardziej uniwersalnych rzeczach”. Znudzony często przybiera pozy, które są znane ateistom, kiedy do ich drzwi puka świadek Jehowy: „Może innym razem”, „Panu już dziękujemy!” W gruncie rzeczy nie jest to złe zachowanie, przeciętny katolik nie dziękuje, tylko zatrzaskuje innowiercy drzwi przed nosem.

Antyfeministycznego Śmieszka poznasz po minach. Wysyła do innych znaki, podnosi brwi, robi grymasy, jest strasznie zabawny, starając się odciągnąć uwagę od tego, co mówisz, i wszystko obrócić w żart: „No pani przecież tylko tak żartuje! Jakżeby ta mała, śliczna główka mogła tyle pomieścić?!” Bardziej nieprzyjemnym typem Śmieszka jest Redakcyjny Wesołek, często w roli felietonisty. Każdy prawicowy dziennik ma co najmniej jednego takiego, a niektóre po dwóch. Gdy brakuje mu tematów, a wyobraźnię ma małą, odwrotnie proporcjonalną do materialnych potrzeb (kolejna żona, kolejne dzieci, dom pod Warszawą), bierze się do feminizmu. Temat to dla niego niewyczerpany! A do tego nie trzeba nic wiedzieć, nic czytać, nikogo słuchać. Wystarczy trochę poprzesadzać, trochę uogólnić, wsadzić wszystko pod wielki kwantyfikator, dorzucić żart i tekst gotowy. Te feministki są przecież tak dziwaczne! Co ciekawe, każdy z rodzimych Śmieszków wie, że podobne żarty nie przejdą w żadnym innym cywilizowanym kraju poza Polską. I nie zarobi się na nich, lecz straci. Tu jest jednak ciągle raj dla Redakcyjnych Wesołków. Ciągle można pośmiać się z Murzyna, powyszydzać feministkę, a nawet opowiedzieć kolegom antysemicki żart. Bo przecież poprawność polityczna prawdziwych Polaków nie obowiązuje. No, chyba że Redakcyjny Wesołek (niekiedy występuje w postaci poważnego analityka politycznego) jest akurat Żydem, wtedy śmieje się z ekologów czy socjalistów. Jak pisze Adam Szostkiewicz: „W dzisiejszej Polsce konsens tematyczny w głównych mediach wygląda mniej więcej tak: dobry jest system rynkowy, integracja europejska, american dream, prezydent, papież i Kościół, złe są populizm, państwo opiekuńcze, Radio Maryja, wszelkie subkultury, islamski fundamentalizm, a podejrzane są zawsze feministki i Rosja”8.

Antyfeministyczny Rycerz jest galanteryjny, romantyczny, waleczny i ciągle stara się dowieść, że kobieta nigdzie nie ma się lepiej niż w patriarchacie, którego on jest najpiękniejszym przejawem. „No bo kto by ci otwierał drzwi i walczył o ciebie!” Rycerskość jako paliatyw na społeczną niesprawiedliwość wobec kobiet stanowi od setek lat technikę jej skutecznego maskowania. I dlatego wciąż tak mocno się trzyma.

Antyfeministycznego Demokratę łatwo poznać po niezmiennie powtarzanej frazie: „Kiedyś kobiety nie miały praw, to prawda, ale przyszła demokracja i je mają, a więc nie ma już o co walczyć i dajmy z tym spokój. Są ważniejsze sprawy”.

Podobną postać przyjmuje antyfeministyczny Patriota, który od setek lat uważa, że są w Polsce sprawy priorytetowe dla „narodowej substancji” i poboczne, czyli te związane z demokracją i równością. „Najpierw niepodległość!”, „Najpierw władza!”, „Najpierw wejście do Unii”, „Najpierw pozbądźmy się Kaczyńskich, walczmy o swobody obywatelskie zagrożone przez twórców IV RP, na sprawy kobiece przyjdzie czas w wolnej Polsce” – mówił niegdyś. „Najpierw kryzys!” – mówi teraz. I nie jest w stanie przyjąć innej optyki.

Antyfeministyczny Polityk Postępowy mówi ci, że jest absolutnie „za” i że wszystko rozumie: „tę emancypację” i „tę potrzebę niezależności”, ale „ktoś – na Boga! – te dzieci musi rodzić i karmić! No ja mleka nie posiadam!” Gdyby jednak Polityk Postępowy był naprawdę „postępowy”, wiedziałby, że mleko może mieć. „Zjawisko spontanicznej laktacji, niczym niepobudzanej, stwierdzono u samczyków malezyjskich nietoperzy” i u kozłów, „wystarczy je rozdoić” – tak twierdzi, przywołując opinię specjalisty, Kinga Dunin w Zadymie9. Jeśli spontanicznie nie da rady, można dorzucić trochę prolaktyny, w końcu mężczyźni mają i gruczoły, i kanały, czyli baza jest. „Kluczową sprawą – pisze Dunin – i tak są dobre chęci”. Gdy chęci brak, jest biotechnologia. I taki polityk, zamiast zajmować się polityką, mógłby karmić. Często byłoby to z wielkim pożytkiem i dla jego dzieci, i dla Polski w ogólności.

Don Juani, których spotykało się w młodości, mówili: „z feminizmem ci do twarzy”, „twoja walka o prawa kobiet mnie podnieca, ale chodźmy wreszcie do łóżka, zobaczysz, jak fajnie być obiektem seksualnym”. Bez komentarza.

Antyfeministyczny Fizjonomista podkreśla naturalną słabość i piękno kobiet, które – jeśli tylko staną się niezależne – stracą wszelkie dane im przez biologię i Boga wdzięki. Fizjonomista, gdy zaczyna odgrywać rolę w polityce, staje się natychmiast Konserwatywnym Scjentystą (znaleźć można ich wszędzie, wiek nie gra roli, przynależność partyjna i poziom inteligencji – tak). Konserwatywny Scjentysta po prostu wie, że kobiety mają mniejszy mózg i dlatego nie powinny studiować informatyki, są słabe i dlatego przywileje wojskowych nie powinny być im dostępne, mają macicę i dlatego powinny rodzić i zmywać naczynia, mają okres i są histeryczne, dlatego nie powinny obejmować kierowniczych stanowisk. Byłam kiedyś na konferencji we Wrocławiu, notabene poświęconej równości, a do tego międzynarodowej. Zaproszeni goście z Francji, Rumunii, Anglii i Niemiec, słysząc podobne opinie z ust przedstawicieli miejscowej władzy i samorządu, poprawiali gorączkowo słuchawki na uszach, naiwnie myśląc, że winę za wszystko ponosi tłumacz. Gdy okazało się, że tłumacz jest bardzo dobry i aż nadto skrupulatny, powiedzieli mi: „U nas traci się stanowiska za takie wypowiedzi”, a pan z Brukseli dorzucił: „Nawet po pijaku takich rzeczy już się nie mówi. To wstyd”. U nas jednak antyfeminista nie ma poczucia wstydu. Jest dumny, że ma przekonania i że przekonania te są „jedynie słuszne” (upewnia go w tym lokalny przywódca partyjny, Rydzyk, a czasem nawet sam Watykan), a jeśli nawet nie słuszne, to na pewno ogromnie zabawne.

Znacznie bardziej finezyjnym antyfeministą jest Ontologiczny Pesymista. Twierdzi on, że wszelkie relacje międzyludzkie mają charakter antagonistyczny i że antagonizm ten nie zależy od natury społeczeństwa i jego ustroju, lecz bytu jako takiego. Wszelkie tedy próby reform tudzież ruchy emancypacyjne nie mają sensu, gdyż problemem nie jest dominacja mężczyzn w patriarchalnym społeczeństwie, lecz „życie jako takie”.

Jest też specjalna grupa antyfeministów, o których trudno mi pisać i z żalem to robię, bo są kobietami.

Kto wymyślił podpaski?

Wiele jest przyczyn tego, że kobiety nie znoszą innych kobiet (czym się zajmę w rozdziale poświęconym solidarności kobiet). Nienawiść do feministek wśród kobiet, które swoją niezależność i pozycję zawdzięczają właśnie feministkom (niegdysiejszym), jest powszechna i ciągle rewitalizowana.

Po pamiętnym spotkaniu z okazji 8 marca (w 2007 roku) u pani prezydentowej Kaczyńskiej można by napisać pracę magisterską na temat antyfeministek. Spotkanie było w gruncie rzeczy mało istotne i dość zabawne (8 marca w stylu lat 70.), choć dzięki ojcu Rydzykowi, którego jakiś pogański bóg przysłał na ziemię, by zniszczył katolicyzm i dobre imię Polski, zyskało miano „szamba”. W rzeczywistości było tam jednak więcej kobiet tradycyjnych i antyfeministek, niż ojciec Rydzyk mógłby sobie wyobrazić. Określenia „feministka” nie brzydziłoby się może pięć, sześć pań, reszta to były kobiety porządne, w większości dziennikarki, które ochoczo dowodziły, że wszystko zawdzięczają sobie, i te, które rozwijały teorię, że indywidualny los zależy od indywidualnego geniuszu i że widocznie w historii było więcej geniuszów męskich, skoro o tych kobiecych nic nie wiadomo. Pewna młoda dama twierdziła otwarcie, że jest świetna i feminizm nie jest jej do niczego potrzebny. Niektóre z kobiet wyrażały uwielbienie dla mężczyzn, no bo kto wymyślił „nam” telewizory, pralki, lodówki i podpaski? Ktoś inny skonstatował, że różnice między kobietami a mężczyznami są wieczne, bo wszak dziewczynki lubią to, co różowe. Mniej malownicza większość była przekonana, że to absolutnie wszystko jedno, czy jest się kobietą czy mężczyzną, bo problemy są uniwersalne. A poza tym – mówiły jeszcze inne panie – zajmijmy się głodem na świecie i bieżącą polityką, bo kwestie dyskryminacji kobiet czy braku solidarności między nimi to kwestie wymyślone (przez feministki) i marginalne. Ponieważ jednak do „bieżącej polityki” należał pomysł zmiany konstytucji, na który wpadł bodaj Marek Jurek (zmiany polegały na całkowitym zakazie aborcji), znudzona kobiecą dyskusją Monika Olejnik wymyśliła protest. Co wymyśliła, to napisała, a potem zbierała podpisy. Zebrała ich sporo, bo kto odmówi podpisu samej Monice?! Zrobił się z tego szum na całą Polskę. Nie wiem, czy któraś z pań antyfeministek zastanowiła się, czy gdyby do podobnego wydarzenia doszło w gronie panów, to ojciec Rydzyk, lub jakikolwiek inny „ojciec”, poważyłby się na tak paternalistyczno-chamską krytykę? I ile jest jeszcze cywilizowanych krajów na świecie, w których kobiety są tak ubezwłasnowolnione, że zabranie głosu w sprawie aborcji powoduje takie protesty. Toż to jak bunt niewolników! Kobiety w naszym kraju objechać zawsze można, nawet jeśli wśród nich jest Pierwsza Dama i nawet jeśli Polacy słynni są na całą Europę z galanterii wobec płci przeciwnej. Kobiety, cmokane w łapki czy nie, są obywatelkami drugiej kategorii. Pan prezydent broni jedynie swoich koleżanek partyjnych i szanuje ojca dyrektora, bo ten zawsze może mu pomóc lub zaszkodzić. A feministek nie lubi się zawsze, bo takie zachowanie je wścieka.

Feministki i wiedźmy

Nie da się ukryć, że równie szkodliwe jak feministki mogą być – i były – jedynie wiedźmy. Wie o tym doskonale Maciej Giertych*, bardzo męski, mimo wieku, obrońca tradycyjnej roli kobiecej, który retoryką zaciekle prowadzonych debat nie wychodzi poza argumentację średniowieczną. Warto więc sięgnąć do źródeł i wskazać, jaki to typ podłych kobiet niszczy to, co Pan Bóg wymyślił, a natura przyklepnęła. Otóż w czasach drogich sercu pana posła wiedźmy odejmowały mężczyznom „ruchome przyrodzenie” i zsyłały na nich grzech masturbacji, rusałki topiły młodych chłopców, a polne południce załaskotywały ich na śmierć. Niektóre z nich, równie paskudne z wyglądu jak dzisiejsze feministki („przednie łapy miały bowiem żabie, tylne kocie, grzbiet okryty żółwią skorupą i gębę bardzo szeroką”), zjadały… „potulnych mężów”. Stwory takie jak strzygi szkodziły zwierzętom (na przykład odbierając mleko krowom), inne szkodziły samym kobietom (prawdziwym). Ssały im piersi, gryzły, nękały; powodowały bezpłodność (przez zakopanie węża pod progiem). Dziwożony z kolei i mamuny porywały dzieci lub je podmieniały (zabierały zdrowe i oddawały chore, porywały piękne, oddawały szpetne, nawet jeszcze w łonie). Nocnice nie dawały tymże dzieciom spać. Baby Jędze zjadały z kolei dzieci w małych kawałeczkach, a potem wsiadały do moździerza i sterując tłuczkiem, wywoływały wichury, burze i deszcze (ale nie te, o które modlili się posłowie PiS w sejmowej kaplicy w suche lato 2006 roku, i nie te, które chcieli odżegnać od Polski w mokry lipiec rok później). Panny morowe, jeżdżąc na szkieletach koni, roznosiły po wsiach choroby. Kikimory i gnieciuchy sadowiły się przy piecach, przyduszając gospodarzy. To z powodu wiedźm widywano również różne dziwy, a to „noworodka nieżywego, na którego plecach leżał wąż”, a to „dziecko z oczyma nad pępkiem i z mysim ogonem”, a to „żydówkę, która wydała na świat jednocześnie chłopca wielkości palca, łysego szczura i pięcioro piskląt”.

Feministki dzisiejsze są nieco mniej malownicze, ale zapewne równie skuteczne, jeśli chodzi o szkodzenie mężczyznom, rodzinom, płodności i tradycyjnej społeczności. Ideologia feministyczna rozsiewa bowiem – jak wieść niesie – trujące mity (o równości, o potrzebie edukacji seksualnej, o bezpiecznej antykoncepcji, o parytetach), wypychając bezbronne kobiety z przytulnych domów w ramiona, jeśli już nie zgubnej rozpusty, to równie zgubnego rynku pracy i nienaturalnych aktywności, takich jak biznes i polityka.

Jakież przekleństwo powoduje, że zwykła kobieta staje się feministką? Jakąż drogą iść trzeba, by doprowadzić do podobnego upadku, z którego nawet marszałek Bronisław Komorowski swą mądrą męską radą podnieść nie może? Oto dwa pierwsze kroki w feminizm.

Naiwność

Są dwa rodzaje naiwności. Pierwszy polega na zapytywaniu, czy to, co oczywiste, jest takie naprawdę.

Ludzie dojrzali mają znacznie większą skłonność do cynizmu niż do naiwności. Z wiekiem sprawy, którym niegdyś się dziwiliśmy, stają się naturalne. Tylko dlatego, że ciągle je oglądamy. Rzymscy sceptycy twierdzili, że na przykład nie dziwi nas słońce, bo widzimy je codziennie, lecz zadziwia nas kometa, bo jej widok trafia się nam rzadko, choć nie jest w żadnym stopniu tak interesująca jak słońce. Ktoś, kto pierwszy raz widzi całujących się mężczyzn, jest znacznie bardziej zszokowany niż wtedy, gdy widzi bijących się mężczyzn, i dzieje się tak dokładnie z tych samych powodów, dla których przeraża go to, co rzadkie, a za „naturalne” uważa to, co codzienne. Gdy ongiś kobiety odsłoniły łydkę lub zaczęły studiować, świat był w szoku znacznie bardziej niż w przypadku wieści o nadlatującej komecie, natomiast teraz widok kobiecej łydki czy edukacja dziewcząt wydają się oczywiste jak słońce. Aby tak się stało, wiele bardzo naiwnych kobiet musiało zacząć kwestionować to, co oczywiste.

Druga naiwność polega na nieskrępowanym zadawaniu głupich pytań.

Doroślejąc, przestajemy zadawać pytania, jakie zadawaliśmy, gdy byliśmy dziećmi. I to nie dlatego, że znane są nam odpowiedzi, ale dlatego, że myślimy, że inni je dobrze znają, i wstyd nam się przyznać, że my nie. Lepiej więc cynicznie udawać mędrca, niż naiwnie dopytywać się o przyczyny zjawisk uznanych za „naturalne” lub zrozumiałe same przez się. Feministki, niczym filozofowie, rodzą się z naiwności. Z naiwnych pytań.

Dlaczego chłopcom pozwala się na znacznie więcej niż dziewczynkom, dlaczego dziewczynki zawsze muszą dopasowywać się do jakiegoś kanonu urody, a chłopcy „noszą się, jak chcą”, dlaczego w szkole uczę się wyłącznie o mężczyznach, choć trwałość gatunku ludzkiego wskazuje na niewątpliwy fakt istnienia kobiet w historii. Dlaczego kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni, chociaż są lepiej wykształcone? Dlaczego w parlamencie, gdzie decyduje się o wielu ważnych dla wszystkich sprawach, jest tak mało kobiet, choć w kraju jest ich więcej niż mężczyzn? Dlaczego to kobiety są ofiarami przemocy, chociaż bywają równie silne jak mężczyźni? Dlaczego to kobiety są porzucane przez mężczyzn, a nie odwrotnie, chociaż to one „są piękniejsze”? Dlaczego to kobiety muszą godzić obowiązki wychowawcze z zawodowymi, choć nie tylko one mają dzieci? Dlaczego gdy włączam programy telewizyjne, istotne dla kształtowania się opinii publicznej (a więc wspólnej), widzę samych mężczyzn, a z kobiet jedynie te, które są chodzącą gwarancją, że nigdy nie zadadzą powyższych pytań?

„Nigdy nie czułam się dyskryminowana” – mówi wiele kobiet. I rzeczywiście można im wierzyć. Z jednej bowiem strony dyskryminacja jest tak silnie neutralizowana przez kulturę, że większość nierówności wydaje się z nią idealnie komponować. Z drugiej strony w Polsce lat 70. i 80. dyskryminacja była głęboko ukryta pod warstwą „spraw ważnych i najważniejszych”.

Pracować zaczęłam już podczas studiów (bo z pracą kiedyś było znacznie łatwiej) – nie przyszło mi wtedy jednak nawet do głowy pytanie, jak to się dzieje, że ucząc się, a potem nauczając filozofii, nigdy nie napotkałam żadnego tekstu napisanego przez kobietę. Ja pisałam ich sporo, coraz więcej, moje znajome również. A przed nami nikt? Co takiego się stało, że my piszemy, a one – kobiety w historii – nie? Co się działo z kobietami, że nie dane było im tworzyć, gadać, angażować się w świat jak ja teraz i jak od zawsze – mężczyźni? Dlaczego milczały? Dlaczego były nieobecne?

Siostrzeństwo?

Teresa Hołówka, która na początku lat 80. traktowana była jako „czołowa feministka” z racji przetłumaczenia i napisania wstępu do jedynej feministycznej książki tamtych czasów Nikt nie rodzi się kobietą, poprosiła mnie kiedyś, bym, w jej zastępstwie, wzięła udział w feministycznej konferencji. Ogromnie lubię Teresę. I nie wiem, czy bardziej za to, że jest jedną z nielicznych logiczek, które rozumiem, czy też że była – jak wieść niosła – feministką, czy po prostu dlatego, że jest bardzo, bardzo mądrą kobietą.

Z propozycją Teresy zgodziłam się i pojechałam na moją pierwszą konferencję feministyczną do Krakowa. Było tam wiele nieznanych mi kobiet, jakieś referaty, intensywne dyskusje. Temat dotyczył macierzyństwa. A ja właśnie urodziłam córeczkę, Agusię, ale nawet nie przyszło mi do głowy, by o własnych doświadczeniach komukolwiek, prócz bliskich, mówić. Uważałam wtedy, że poród jest sprawą prywatną, która może być co najwyżej przedmiotem plotek i anegdot w gronie przyjaciółek. W swoim wystąpieniu zajęłam się problemem naonczas zupełnie futurystycznym, czyli klonowaniem. Referat stanowił w istocie jakiś ekscentryczny żart o zbędności mężczyzn w procesach prokreacji. Nie znałam wtedy jeszcze pomysłów Firestone ani całej feministycznej debaty o wyzwoleniu kobiet przez postęp nauki, toteż wystąpienie dotyczyło raczej postępu genetyki i jej technologii niż radykalnych zmian w pojmowaniu macierzyństwa.

Na konferencji były same nieznane mi kobiety. Pamiętam Anię Siwek i Sławkę Walczewską, być może była tam też Wanda Nowicka czy Basia Limanowska. Z nimi wszystkimi przyjaźnię się do dziś. Nie pamiętam strony prywatnej tego krakowskiego spotkania. Czułam się obco, nikogo nie znałam i nie uczestniczyłam w kuluarowych debatach. Wiele referatów wydało mi się dziwnych, kilka – absolutnie odkrywczych. Przede wszystkim doświadczałam tego, co Molierowski mieszczanin – „mówienia prozą”, że to, co oczywiste, jest takie nowatorskie!

Była tam też jakaś atmosfera napięcia. Jakaś obawa przed zadymą ze strony studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego płci męskiej. Była też pewna pani z Lublina, która ni stąd, ni zowąd zarzuciła nam, że głosimy tu wolność, by… mieć kochanków. Wszystko to był taki miszmasz, którego przesłanie feministyczne jeszcze do mnie nie dotarło. Potem była inna konferencja, na którą zaproszono mnie już bez pośrednictwa Teresy, chyba w Mądralinie. Podobny temat, podobne osoby, tylko konwencja nieco inna. W czasie dyskusji i tam, i tu okazało się, że wszystkie mamy podobne doświadczenia: porodu, macierzyństwa, opresji, tylko nigdy nie traktowałyśmy tego jako problemu publicznego, lecz jako zwykły element prywatności przegadywanej wśród bliskich znajomych. Bodaj tam, w Mądralinie, zrodziła się akcja „Rodzić po ludzku”. Nie wiem, czy wiele zmieniła w doświadczeniach porodu, ale z pewnością uczyniła go przedmiotem ważnej publicznej debaty, a - w rezultacie – doprowadziła do instytucjonalnych zmian w szpitalach położniczych. Wtedy też zaczynałam rozumieć, że gdy coś ma charakter publiczny, gdy staje się przedmiotem debaty, to jest o krok od zmiany. Choć nie zawsze we właściwym kierunku.

Te pierwsze konferencje feministyczne, prócz wielu odkryć, inspiracji i przewrotów kopernikańskich w myśleniu, przyniosły jeszcze jedną wartość: poczucie wspólnoty, siostrzeństwa (ilekroć piszę to słowo, program komputerowy nieodmiennie podkreśla je jako nieprawidłowe, „braterstwo” zna, „siostrzeństwo” traktuje jako błąd). I nie chodzi przy tym tylko o siostrzeństwo rozumiane jako więź osobowa, a raczej problemowa. Ilekroć gadają faceci, to przedmioty ich rozmów są, niejako z natury rzeczy, tematem publicznym. Na przykład gadają o sporcie i sport traktowany jest jako coś arcyważnego. Ba! Dzięki zamiłowaniu mężczyzn do piłki nożnej może wkrótce będziemy mieć w Polsce drogi i autostrady, które nie powstałyby, gdyby politycy myśleli wyłącznie o dobru wspólnym. Wyznacznikiem tego, co poważne w naszej polityce i kulturze, są niemal wyłącznie sprawy, które podniecają mężczyzn, a tego, co w polityce niepoważne (domowe, plotkarskie) – sprawy, które interesują kobiety. Kobieta, która chce być traktowana poważnie w sferze publicznej, musi serio traktować sport, finanse, militaria i mundurowych. Kobieta, która zajmuje się sprawami „kobiecymi” (antykoncepcja, aborcja, żłobki, przedszkola), w polityce kariery nie zrobi.

Pierwsze konferencje feministyczne uzmysłowiły mi, i wielu kobietom, że nasze problemy również mogą mieć rangę publiczną. Trzeba tylko mieć siłę, by je do tej rangi podnieść i publiczną pozycję zagwarantować. A tego nie można zrobić indywidualnie. Potrzeba wspólnoty, wspólnego zrozumienia, wysiłku. Siostrzeństwa.

Kingi, Graffy, Szczuki…

Gdzieś na początku lat 90. – dokładnie wtedy, gdy Polska w pełni odzyskiwała wolność, a kobiety właśnie ją traciły (zakaz aborcji), znalazłam się w grupie dwudziestu kobiet, które pojechały spędzić pracowity tydzień na Mazurach. Wynajęłyśmy ośrodek oddalony od miejsc zamieszkanych, kompletnie pusty. Tylko dla nas. Doskonale pamiętam te kobiety, choć nie wszystkie znałam wcześniej. Nadchodzący tydzień spowodował, że zaprzyjaźniłyśmy się na dobre. Nie jechałam z takim zamiarem, nie chciałam tak wielu przyjaźni, chciałam odpocząć od pracy i domu, a przy okazji napisać jakiś artykuł o zwariowanych feministkach. Nie udało się. Już pierwszego dnia, gdy „zbudowałyśmy krąg” i „złamałyśmy deseczkę” (jednym ciosem, jedną ręką), pomysł artykułu poszedł w zapomnienie. Bez reszty oddałam się praktykom, treningom i debatom, które trwały dzień i noc. Niemal bez przerwy.

Była wtedy z nami Jola, Amerykanka polskiego pochodzenia, mieszkająca w Salem. A może nawet nie. Tak czy siak: wiedźma. Czarowała, odprawiała rytualne tańce, memłała pod nosem, paliła zioła, wciągała nas w tajemnicze nocne harce, wśród których latanie na miotle stanowiło przyjemność banalną i podrzędną. Potem przez wiele lat nas uczyła. Do grupy dołączały kolejne kobiety, potem ich córki, także moja.

To była żmudna nauka. I mnóstwo krzątaniny. Kilka razy w roku, w Noc Walpurgii, w noc bogini Hekate i biały czas Złotej Baby spotykałyśmy się na seminariach i uczyły, uczyły, uczyły. W Noc Kupały rytualnie odnawiałyśmy dziewictwo w świętej rzece Orzyc (tradycja ta znana jest na ziemiach polskich od czasów matriarchatu).

Dzięki swojemu zaangażowaniu, nauce i pracy dzisiejsze polskie „radykalne feministki” wiele potrafią. Na przykład Kinga Dunin posiada doskonałe zdolności lewitujące, Kazia Szczuka przenosi obiekty na odległość, jest również zaprawiona w sztukach podsycania i osłabiania miłości. Agnieszka Graff sprowadza na kobiety dar troski niezbędny w macierzyństwie, ale nocą chadza po parkach w czerwonej czapeczce z paprotką i nie powiem dlaczego. Wanda Nowicka parzy zioła leczące bezpłodność i zapobiegające głupocie. Małgosia Fuszara zna się równie dobrze na amuletach szczęścia, jak i na rynkach pracy (dla wiedźm), Kasia Miller umie zrobić tak, że jajko będzie giętkie, Bożenka Chołuj w mistrzowski sposób opanowała sztukę latania na miotle, można ją zobaczyć głównie na trasie Warszawa-Frankfurt, Kasia, zwana Bratkosią lub Brachem (zależnie od okoliczności), odejmuje mężczyznom ruchome przyrodzenie, gdy chce, ale nie chce. Joasia „Pio” Piotrowska i Ewa Rutkowska, niczym erynie, porywają młode dziewczyny i - na kursach WenDo – uczą je, jak przetrwać w strasznym świecie mężczyzn. „Che”, czyli Ania Czerwińska, niestrudzenie pomaga wszystkim molestowanym i rzuca uroki na oprawców (zwłaszcza wśród polityków). Iza Jaruga-Nowacka natomiast potrafi każdego zamienić w słup soli. Ma również nieograniczoną władzę nad kwasem solnym. Najbardziej jej tego zazdrości biskup Pieronek.

2. KOBIECOŚĆ PRAWDZIWA?

Pastylce lybrel i posłance Szczypińskiej poświęcam

Politycy w obronie miesiączki

Wiosną 2007 roku gazety podały, że do sprzedaży została dopuszczona pastylka lybrel, która zapewni kobietom wyzwolenie od udręki miesiączkowania. W świecie publicznym, to znaczy medialnym, natychmiast zaczęła się toczyć debata, czy nie oznacza to utraty „kobiecości”? Głos zabrały najważniejsze, w tamtym czasie, osoby w państwie, jak na przykład posłanka Szczypińska*. Tezy o utracie „kobiecości” przez kobiety zażywające lybrel, głoszone przez panią Szczypińską, miały charakter szczególny, bo wiadomo było, że nie chodzi tu tylko o ekspresję jej cennych poglądów, ale o sprawę wagi państwowej (jej ustami mówił do nas sam ówczesny premier). No bo jak kobiety nie będą „kobiece”, to przestaną rodzić dzieci – i nie będzie kim rządzić.

Dyskusja dotarła niemal do parlamentu, a na pewno zajęło się nią pismo „Dziennik”, o którym Kinga Dunin, w swoich felietonach, mówi, że „kartoflane”. No bo kartoflane. Bardzo ambitnie postanowiło wydrukować cykl artykułów, ale po pierwszym – Manueli Gretkowskiej – naczelny zmienił zamiar i zaczął cykl: „Co nas podnieca”, który zdobny był w zdjęcia pięknych gołych kobiecych pośladków. Odpowiedź na pytanie o kobiecość przybrała postać definicji ostensywnej (przez wskazanie), co najwyraźniej zadowoliło kolegium redakcyjne, zniechęcone do feministycznego tonu wypowiedzi Gretkowskiej. Tymczasem Manuela skromnie – jak na nią – domagała się, by posłowie przestali zajmować się życiem prywatnym kobiet oraz tym, „jak często one defekują, menstruują czy lewitują”, lecz raczej przyczynili się do uskutecznienia polityki socjalnej oraz budowy przedszkoli i żłobków.

Nie wiem, czy to pod wpływem Manueli czy nie, ale dyskusja ucichła. Pastylka weszła na rynek, bo stały za nią koncerny silniejsze niż wiara naszych polityków w „kobiecość kobiet polskich”, dzięki czemu jeszcze raz ciepło pomyślałam o Hayeku, który zawsze głosił, że wolny rynek jest błogosławieństwem dla demokracji, bo daje gwarancje wolności dystrybucji, niezależne od poziomu intelektualnego i przekonań polityków.

Jednak problem kobiecości pozostaje. Wiadomo bowiem, kim jest człowiek, obywatel, podmiot, osoba (i w tomizmie, i w kantyzmie), ale kobieta? Większość rodaków ma pewność, że kobieta to coś, co rodzi, co jest piękne (do czasu, ale można wymienić), że jej powołaniem jest wychowanie dzieci, z czego w naturalny sposób wynikają inne obowiązki, między innymi ciągła praca na rzecz mężczyzny, by ten mógł pełnić przypisane mu przez naturę role: „wodza, króla, maga, kochanka i polityka” (czego naucza pewien podręcznik przygo towujący naszą młodzież do życia w rodzinie10). Kobieta musi o siebie dbać, ale tak, żeby miała czas na dbanie o innych.

Kobieta nade wszystko musi dostosowywać się do kanonów urody, wymogów zewnętrznych, które przez setki lat tak głęboko zinterioryzowała, że myśli, iż stanowią jej prawdziwą naturę. Wiadomo, że sfera fizyczna kobiet organizuje się przede wszystkim wokół wyglądu. Stawanie się kobietą wymaga nauczenia się pewnej roli, na którą składają się: „kostium, makijaż i tekst”. Ćwiczenie kobiecych zachowań to uczenie się, jak mówić, co robić, jak siadać, wstawać i mówić w odpowiedni sposób, a do tego – jak sprawiać, by wszystko wyglądało naturalnie, by stawało się drugą naturą. Stawanie się kobietą to pewien proces niemal w całości kształtowany z zewnątrz. Spektrum wyboru zachowań i ról jest tu znacznie węższe niż w przypadku mężczyzn. Najpierw kobieta jest małą dziewczynką. A właściwie – małą kobietką.

Z czego zrobione są dziewczynki małe?

Z czego zrobiono dziewczynki małe?

Z cukru wonności i wszelkiej słodkości;

Oto, z czego są całe.

Dziewczynki są przede wszystkim urocze i nie sprawiają kłopotów. Bawią się w małych grupach lub w parach. W centrum życia towarzyskiego dziewczynki znajduje się zawsze „najlepsza koleżanka”, z którą się nie konkuruje. Kluczem wzajemnych relacji jest zażyłość i wzajemne zaufanie. Idealną parą, na której wzorowało się mnóstwo dziewczynek, była Ania z Zielonego Wzgórza i Diana, których przyjaźń polegała na wymyślaniu bezpiecznych zabaw, opowiadaniu sobie różnych historii, a zwłaszcza zwierzaniu się sobie.

W zabawach podwórkowych, takich jak skakanka, gra w klasy czy „guma”, każda dziewczynka bierze kolejno udział. W zabawach w dom wszystkie pełnią po kolei różne role, nie ma konkurencji, walki ani hierarchii, nie ma ani zwycięzców, ani pokonanych. I chociaż z pewnością niektóre dziewczynki są bardziej uzdolnione, to nie chwalą się tym ani nie okazują tego, że są lepsze od innych. Dziewczynki nie wydają rozkazów; wyrażają swoje pragnienia w formie propozycji. Są zdolne do kompromisów w stopniu nieporównanie większym niż chłopcy. Podczas gdy chłopcy mówią: „Daj mi to”, „Wyłaź!”, dziewczynki mówią: „Zróbmy to”, „A może zrobimy tamto?” Wszystko inne jest uważane za „rządzenie się”. Dziewczynki nie lubią być ośrodkiem zainteresowania, a więc prawie nigdy nie stają do bezpośredniej konfrontacji. Przez większość czasu po prostu siedzą i rozmawiają. Dziewczynki nie są przyzwyczajone do otwartego zabiegania o pozycję; bardziej im zależy na tym, żeby być lubianymi11.

Wychowanie małej dziewczynki od samego początku nakierowane jest na to, by zrobić z niej istotę uległą, kompromisową, bezwolną, powabną, łamliwą i opiekuńczą. Żeby zabić w niej „chłopaka” i „czarownicę”. Dziewczynki, pod bacznym okiem matek, pracują nad modulacją głosu („zmień ton”, „nie krzycz”, „mów łagodniej”, „nie wrzeszcz jak chłopak”), dzięki czemu potrafią z wdziękiem piskać, a wypracowany aksamitny tembr głosu pozwala im co najwyżej budzić zainteresowanie. Dziewczynki z reguły nie biją się między sobą, nie biją się również z chłopcami, choć okazji jest bez liku, bo chłopcy wychowywani są właśnie po to, by bić się ze wszystkimi i szukać wśród bijatyk słabszych. „Nie bij się z chłopcami” – mówią monotonnie mamy – „nie zachowuj się jak chłopiec”, „bądź grzeczna”, „dziewczynka nie powinna się bić”, „dziewczynka powinna dawać przykład” etc. Tymczasem bicie się jest dobrym sposobem weryfikowania nie tylko swojej pozycji wśród innych, ale przede wszystkim sposobem sprawdzenia możliwości swojego ciała i własnej siły, która chronić może osobistą nietykalność.

Dziewczynki przechodzą przez intensywny trening czystości i dbania o swój porządny, uładzony wygląd („uczesz się, umyj się”, „dziewczynka nie może być brudna!”, „dbaj o siebie, pamiętaj, że jesteś dziewczynką!”, „siedź jak dziewczynka”, „chodź jak dziewczynka”, „trzymaj ręce przy sobie”, „pamiętaj, że jesteś damą”). Dziewczynki są wychowywane w kulcie opiekuńczości. Od dziecka opiekują się lalkami (nawet gdy dostaną koparkę i czołg, to najpewniej wykąpią je i utulą do snu), zajmują się też innymi dziewczynkami, młodszym braciszkiem, mamą, tatą, babcią, wreszcie – gdy już podrosną – swoim mężczyzną.

W XIX wieku Klementyna z Tańskich Hoffmanowa wydała książeczkę zatytułowaną Pamiątka po dobrej matce12, w której zawarła wszelkie rady niezbędne młodej dziewczynie, aby spełniała wzorzec kobiety doskonałej, to znaczy takiej, która szybko znajdzie sobie męża. Według rad tych wychowywano całe pokolenia młodych panien. Hoffmanowa pisała: „Tak zasię w białogłowie ma być coś pieszczonego, w miarę przystojnego żeńskiej niedużości, aby w staniu, chodzie, w mowie i cokolwiek pocznie, nie było w niej nic znać mężczyńskiego”. I dalej: „Staraj się nabyć uprzejmego i ujmującego sposobu obchodzenia się z każdym. Ze wszystkimi obchodź się z przymileniem i grzecznością. Żywo i chętnie czyń każdemu przysługi. Niech każde twoje ruszenie będzie szlachetne i przyjemne. Staraj się także córko moja zachowywać zawsze miły na twarzy wyraz. Stój, siedź zawsze prosto, niechaj twój chód będzie lekki, pamiętaj o sposobie przyzwoitym kłaniania się […]” Masz „mało zabierać miejsca, nie chcieć błyszczeć, mało mówić, nie nadstawiać się”13.

Gdyby unowocześnić nieco język, można by rady Hoffmanowej włożyć do dzisiejszych podręczników pedagogiki, dla których określenia, takie jak: „równy status kobiet i mężczyzn”, „neutralizacja płciowa ról społecznych” czy nawet „genderowy mainstream w wychowaniu”, są zupełnie, ale to zupełnie obce. Wystarczy też przejrzeć jakiekolwiek podręczniki szkolne, by przekonać się, w jakich rolach pojawia się tam dziewczynka. Z reguły role te mają charakter podrzędny (dziewczynka zadaje głupie pytania, chłopiec mądrze odpowiada), usługowy (dziewczynka z mamą sprząta, chłopiec bawi się), prymitywny (dziewczynki rzadko kiedy mają kontakt z komputerem: jeśli autor podręcznika posadzi już je przed ekranem, to z reguły po to, by kupiły sobie ciuszek w sklepiku internetowym, chłopcy natomiast korzystają z komputera aktywnie, grając lub szukając informacji). Dziewczynki uczą się więc pasywności i w domu, i w szkole, o ile jednak trudno ingerować we wzorce domowego wychowania, o tyle można zmienić wzorce szkolnej socjalizacji. Można i robi się to we wszystkich krajach, które stawiają sobie za cel zbudowanie egalitarystycznego społeczeństwa. Ale nie w Polsce. Pamiętam, jak na jednej z konferencji przekonywałam ówczesną minister edukacji Annę Radziwiłł o konieczności wprowadzenia w programach i podręcznikach drobnych zmian, często wyłącznie gramatycznych, takich jak: używanie w poleceniach dla uczniów końcówek męskich i żeńskich, używanie żeńskich odpowiedników ról społecznych związanych z prestiżem społecznym (na przykład dyrektorka, polityczka, socjolożka), zwracanie większej uwagi na historyczne role kobiet i ruchów emancypacyjnych. Ale pani minister po wysłuchaniu wszystkich analiz istniejących podręczników oraz propozycji zmian pompatycznie powiedziała: „W wychowaniu i tak liczy się człowiek. Po prostu człowiek”.

Człowiek, czyli kto? Jak określa się w naszej kulturze człowieka? Jako mężczyznę. Chyba że pani minister zna jakiegoś człowieka pozbawionego płci, jednej z najważniejszych determinant naszego losu i statusu społecznego. Jeśli nie można korygować programów szkolnych, by eliminować z nich opresyjne wobec kobiet wzorce ról społecznych, to cóż dopiero mówić o wychowaniu domowym?

Gdy moja córka była mała, strofowałam ją jak wszystkie matki: „Nie krzycz tak!”, „Siedź jak kobieta, a nie jak facet”, „Nie bij się z chłopakami”, „Dziewczynka musi dawać przykład”. Robiłam to bezwiednie, tak jak robiły to moja mama i babcia. To Agata pierwsza zauważyła, że jest jakieś pęknięcie między tym, co głoszę publicznie i piszę, a dość tradycyjnym sposobem wychowania, jaki jej serwuję. „Mamo, jeśli chłopcy mogą, to dlaczego ja nie? Dlaczego wychowujesz mnie na dziewczynkę-dziewczynkę, skoro twierdzisz, że kobiety mają gorzej?”

No właśnie, dlaczego? Od tamtego czasu Agata jest chodzącym zszywaczem mojej teorii z praktyką.

Chodząca ofiarność

Psycholog na pytanie, z czego zrobione są „duże dziewczynki”, odpowiada: „Z zależności, pasywności, kruchości, empatii, wrażliwości, ofiarności, subiektywizmu, intuicji, podległości, emocjonalnej labilności i opiekuńczości”.

Prawdziwe kobiety, wychowane w obrębie tradycyjnych wzorów, wydzielają z siebie troskę „jak pszczoła miód”, by sparafrazować Goldinga. Kobiety opiekują się więc chorymi (pielęgniarkami są zawsze kobiety, mężczyźni zostają niekiedy sanitariuszami, zwłaszcza w miejscach, gdzie trzeba kogoś „doprowadzać do porządku”), dziećmi, dorosłymi, starymi ludźmi, nieudacznikami, inwalidami, światem w ogóle. Bywa, że ich potrzeba opieki i troski jest tak silna, że nie uderzą mężczyzny, który je atakuje lub znęca się nad nimi, bo… boją się go skrzywdzić, wiedząc, że napastnik, jak każdy mężczyzna, potrzebuje opieki. Znam kobiety bite przez własnych mężów i to kobiety, które są silniejsze niż ich agresorzy, a jednak w sytuacji konfrontacji potrafią jedynie piszczeć, grozić piąstką (niezdarnie zaciśniętą) lub płakać, chroniąc się przed atakiem, tak jakby zupełnie zapomniały, że mają zęby, pięści, paznokcie, nogi, obcasy, dziki wrzask, a co ważniejsze: telefon, policję i sądy.

Za swoją słabość, potulność i bezbronność niektóre kobiety zostają nagradzane męską galanterią. Na przykład wtedy, gdy ustępuje się im miejsca lub gdy przepuszcza się je w drzwiach. Bardzo to przyjemne, ale ta kurtuazja jest wpisana w dominującą rolę mężczyzny w sposób równie jednoznaczny jak jego siła i potrzeba dominacji. Rycerskiemu mężczyźnie, który otwiera przed kobietą drzwi, chodzi przede wszystkim o podkreślenie własnej pozycji. Kobieta jest przepuszczana w drzwiach nie dlatego, że ma do tego własne prawo, lecz dlatego, że mężczyzna go jej udzielił, co spycha ją do roli osoby podporządkowanej. Skoro bowiem mężczyzna udziela kobiecie przywilejów, to może je również cofnąć. I robi to, zatrzaskując jej drzwi (na przykład do kariery, do awansu) przed nosem.

Duże dziewczynki nazywa się też „laskami”. Traktowane jako obiekt seksualny, starają się nim być za wszelką cenę. Ileż czasu marnuje przeciętna dziewczyna na zabiegi wokół swojej urody właśnie wtedy, gdy jest ona bezsporna, cudowna i świeża!

Duża dziewczynka przeistacza się w końcu w kobietę tylko po to, by zostać matką. I w jaką rolę musi się przedzierzgnąć? W rolę „kobiety prawdziwej”, bo kobieta jako obiekt seksualny to właściwie nie kobieta. „Prawdziwa” jest żona, matka, Polka, kobieta wychowująca, rodząca, modląca się, ale przede wszystkim „czyjaś”. Wizytówka męża.

Czcijcie kobiety!

Schiller, jak przystało na poetę, wzruszał się:

Czcijcie kobiety! Tkają i wplatają

Niebiańskie róże w ziemskie życie,

Plotą uszczęśliwiającą wstęgę miłości,

A w skromnym welonie wdzięku

Świętą dłonią czujnie podsycają

Wieczny ogień świętych uczuć.14

Honoré de Balzac bardziej praktycznie dodawał:

Nie zwracaj uwagi na jej sarkania, płacze, bóle, natura stworzyła ją dla nas i do tego, by wszystko znosiła: dzieci, smutki, razy i bóle spowodowane przez mężczyznę. Nie oskarżaj się o twardość serca. We wszystkich kodeksach tak zwanych cywilizowanych narodów mężczyzna zapisał te prawa, które sprowadzają kobiece przeznaczenie do tego krwawego paragrafu: Vae victis. Biada zwyciężonym.15

Stereotypy dotyczące kobiet utrzymują się przez wieki, dzięki czemu poseł Piłka* mógłby spokojnie wesprzeć się na Arystotelesie, a posłanka Szczypińska na Heglu, gdyby tylko mieli czas na czytanie. Ten pierwszy, to znaczy Arystoteles, dużo pisze w swoich dziełach o obywatelu i człowieku, definiując go jako istotę polityczną, czyli posiadającą prawa, bo „zdolną do mowy”. Kobiety, mimo że również mówią, są całkowicie pozbawione praw. Sprzeczność ta nie zaprząta jednak uwagi Arystotelesa, ojca logiki. Nieco miejsca poświęca kobietom w książce pod znamiennym tytułem O rodzeniu się zwierząt, gdzie stwierdza, że „kobieta jest jakby niepłodnym mężczyzną”, rodzajem okaleczonego samca16. Kobiety mają bowiem niższą temperaturę ciała, przeto nie wytwarzają nasienia. Kobieca krew menstruacyjna, będąca produktem tej niewydolności i zupełnym przeciwieństwem szlachetnej spermy wytwarzanej przez męski organizm, dowodzi przewagi jednej płci (męskiej) nad drugą. Dlaczego fakt wytwarzania spermy daje mężczyźnie prawa polityczne i dlaczego krew menstruacyjna je odbiera? Nie dowiemy się tego z pism Arystotelesa. Jednak teza „naukowo” przez niego dowiedziona, że kobieta jest jedynie glebą, na którą mężczyzna spuszcza swoje życiodajne i pełnowartościowe nasienie, utrzymywała się przez ponad tysiąc lat nie tylko w obrębie filozofii Arystotelesa i Tomaszowej teologii, ale również późniejszych nauk o człowieku. W innej wersji podtrzymywali ją liczni filozofowie nowożytni, wyciągając z faktu kobiecej fizjologii polityczne wnioski dotyczące konieczności jej podporządkowania mężczyźnie.

Hegel, który skądinąd byłby przerażony tym, że posłanka Szczypińska zamiast zamknąć się „w sferze subiektywności” zajmuje się polityką, w istotnych miejscach dotyczących płciowych stereotypów na pewno by się z nią zgodził. W Zasadach filozofii prawa pisał tak:

Różnica między mężczyzną a kobietą jest taka sama jak między zwierzęciem a rośliną. Zwierzę jest czymś bardziej zgodnym z charakterem mężczyzny, roślina – czymś bardziej zgodnym z charakterem kobiety, ponieważ kobieta to raczej spokojne (podobne do rośliny) rozwijanie się, którego zasadą jest pewna, bardziej nieokreślona, jednia uczucia. Jeśli kobiety stoją na czele państwa – państwo znajduje się w niebezpieczeństwie. Działają one bowiem nie podług wymagań ogólności, lecz podług przypadkowej skłonności i przypadkowego mniemania.17

Przyczynę tej przypadkowości wytłumaczył już święty Tomasz, z którego nauk posłanka Szczypińska korzystać musi, nawet bezwiednie. Otóż według doktora i ojca Kościoła, gdy poczęcie następuje w warunkach zupełnie naturalnych, jego rezultatem są zawsze dzieci płci męskiej (ponieważ – jak twierdzi Tomasz – „siła czynna męskiego nasienia zmierza do tworzenia czegoś podobnego do siebie, doskonałego w swojej męskości”), lecz jeśli na przeszkodzie występuje jakaś osobliwość, na przykład wada w spermie lub przewaga w czasie poczęcia wilgotnego wiatru południowego, rodzą się dziewczynki, które są „niedoszłymi” chłopcami i z których wyrastają kobiety, czyli istoty „ustępujące mężczyźnie pod względem charakteru i dostojeństwa”. Kobiecości nie traktował jednak Tomasz jako „moralnej gorszości”, lecz jako defekt, odstępstwo od głównego celu natury, którym jest dostojna męskość.

W oczach psychologii – pisał z kolei Freud – przeciwieństwo płci staje się tylko przeciwieństwem aktywności i bierności, przy czym przypisujemy bez wahania aktywność męskości, a bierność kobiecości. Z kolei Parsons rozumie rolę mężczyzny jako instrumentalną, kobiety zaś jako ekspresywną i integracyjną.

Karen Hausen18 ułożyła listę różnic przypisywanych dwóm płciom w literaturze pięknej i naukowej ostatnich trzystu lat. Jest ona zbyt długa, by ją przytaczać w całości, ale jej główne punkty wyglądają mniej więcej tak: mężczyznę charakteryzuje aktywność, samodzielność, skuteczność, przemoc, dzielność, stałość, energia, racjonalizm, rozsądek, myślenie, umiejętność oceniania i abstrahowania; kobietę (odpowiednio) – pasywność, zależność, łagodność, skromność, chwiejność, słabość, uczuciowość, wrażliwość, receptywność, wstydliwość, intuicyjność. Mężczyzna jest predestynowany do zewnętrzności, oddalenia, życia publicznego, kultury; kobieta do wewnętrzności, bliskości, życia domowego, natury. Mężczyzna kieruje się rozumem, kobieta uczuciem; mężczyzna posiada rozsądek, kobieta wrażliwość; mężczyzna to wiedza, umysł, abstrahowanie, ocenianie; kobieta to receptywność, religijność, rozumienie. Mężczyzna posiada cnotę; kobieta cnoty (wstydliwość, przyzwoitość, uprzejmość, poczucie taktu). Mężczyzna posiada godność, kobieta powab. W sumie męskość ma się tak do kobiecości, jak aktywność do bierności, działanie do trwania, transcendencja do immanencji, kultura do natury.

W zestawieniu wszystkich tych porównań i różnic wyraźna jest – mniej lub bardziej – ukryta hierarchizacja. Różnice w tym rozumieniu tożsamości nie mają charakteru autonomicznego, lecz hierarchiczny. Istotna dla nich jest zasada podporządkowania. Pisał o tym Georg Simmel. Według niego męskość i kobiecość stanowią podstawowy układ odniesienia wewnątrz naszego gatunku. Jest się mężczyzną ze względu na kobietę i jest się kobietą ze względu na mężczyznę. Ale ta wzajemność jest pozorna i nie daje się utrzymać, „bo cała władza należy do mężczyzny”.

„Płeć męska – według Simmela – nie góruje po prostu nad żeńską, lecz staje się czymś ogólnoludzkim, normującym w równej mierze przejawy jednostkowej męskości jak i żeńskości – tendencja ta zasadza się, poprzez różne formy pośrednie, na silniejszej pozycji mężczyzn”19. Mężczyzna ma władzę, nie musi więc swego samopojmowania wyprowadzać ze stosunku do kobiety, podczas gdy ona, w pozycji zależnego i zobowiązanego do posłuszeństwa partnera, zachowuje wciąż świadomość swojej płci. To, co męskie, jest przeto przez mężczyzn pojmowane i przedstawiane jako ogólnoludzkie. Ich silniejsza pozycja daje im jednocześnie możliwość bycia „obiektywnymi”20, bo albo nie uświadamiają sobie płciowego uwarunkowania swego myślenia i działania, albo są od niego uwolnieni, dzięki silniejszej pozycji i władzy. Kobieta natomiast pozostaje w swej istocie określona przez płciowość i musi tę istotę wyprowadzać ze swojej relacji do mężczyzny. Taki androcentryzm charakteryzuje nie tylko organizację społeczną, ale i system wyobrażeń, pojęć, filozoficznych i kulturowych kategorii. Tyle teoria gender.

Kobiecość jako mit

Simone de Beauvoir w Drugiej płci pisała, że w miarę rozwoju cywilizacji mężczyźni odkryli, że mogą panować nad kobietami, powołując mity o kobiecie jako istocie irracjonalnej, wieloznacznej i tajemniczej21. Ponieważ jednak ich oczekiwania wobec kobiet były dość proste, bo płynące z niewyszukanych potrzeb, tedy wizerunek kobiety idealnej mimo zmieniającego się zestawu atrybutów pozostaje od wieków niemal ten sam: piękna, wierna, seksowna, płodna, troskliwa.

Mit prawdziwej kobiecości bywa przybrany w różne szaty: poetyckie, narodowe, patriotyczne, polityczne, religijne lub mieszczańskie. Jedni potrzebują kobiet, by poczuć swą męskość, szukają więc w kobiecie zwierzęcego aspektu, by móc go ujarzmić. Inni potrzebują kobiety, która rezygnuje ze wszystkiego dla swojego mężczyzny, ponieważ wtedy mogą stworzyć ją na nowo i przywrócić światu. Jeszcze inni potrzebują kobiety-dziecka, by dowieść swej dojrzałości, lub wymagają od kobiet pełnego poświęcenia, by nadać sens swojej egzystencji. W religiach kobieta jest mitem ambiwalentnym: raz jest grzesznicą, a raz pełną cnót pokutnicą. W Polsce prawdziwa kobieta jest katoliczką żyjącą na modłę Najświętszej Panienki, ale mimo to jest też obiektem seksualnym oraz płodną matką usatysfakcjonowaną swą tradycyjną rolą opiekunki domowego ogniska. Kobieca dusza musi być – jak twierdzi w książce pod znamiennym tytułem Kobieta. Jej zadanie według natury i łaski Edyta Stein22 – cicha i ciepła, nade wszystko jednak powinna być świadoma tego, kto stanowi dla niej „widzialną głowę”, a więc powinna być świadoma władzy małżonka lub jakiejkolwiek innej „władzy przełożeńskiej”, na przykład duchownej. Mówiąc po żołniersku: „przeznaczeniem kobiety jest być towarzyszką życia mężczyzny i matką”, o czym niezbicie zaświadczają słowa Pisma świętego.

Jeśli te wszystkie warunki uda się jej spełnić, kobieta będzie podobna do Matki Bożej, czyli do ideału dla kobiet najwyższego i ostatecznego.

Wielu budowniczych kobiecego mitu nie ozdabia go poezją, lecz praktyką: mężczyzna potrzebuje po prostu czegoś na własność, co z wdziękiem wyraził Restif de la Bretonne: „Właściwą rzeczą dla każdego mężczyzny jest to, że posiada coś na wyłączną własność, czego jest jedynym panem i władcą: żonę, dzieci, kawałek ziemi, dom, meble, pieniądze”23.

Mit kobiety, jak powiada Simone de Beauvoir, staje się tym bardziej zniewalający, im więcej kobiet uwewnętrzniło go jako trafną odpowiedź na pytanie, co to znaczy być „prawdziwą kobietą”. I tak mit przestaje być wyłącznie mitem, staje się osobowością, drugą naturą kobiet, która tak silnie do nich przywarła, że nie sposób poza nią zobaczyć ich prawdziwej istoty. Toteż kobietą się nie jest, w „kobiecość” mityczną każda dziewczynka dopiero się przeobraża. I nikt już nie wie, gdzie jest i czym jest prawdziwe „ja” kobiet.

Gdyby teletubiś miał okres…

Strach przed utratą kobiecości nie jest jednak w Polsce abstrakcyjnym strachem przed upadkiem pewnego mitu, ale całkiem realnym lękiem przed poważną konkurencją. Bo jeśli kobiety przestaną być „prawdziwe”, czyli posłuszne, lękliwe i wierzące, że ich naturalnym powołaniem jest bezpłatna, nudna praca na rzecz mężczyzn i domu; jeśli przestaną tracić swój czas na walkę ze zmarszczkami, cellulitisem i wszystkim tym, co zagraża im jako obiektom seksualnym; jeśli dostrzegą atrakcyjność niezależności, władzy i duchowości (innej niż ta, którą im głosi religia), to mogą chcieć przywilejów, których dystrybucja od setek lat dotyczy wyłącznie mężczyzn.

Strach przed utratą prawdziwej kobiecości, który wyrażają na różne sposoby politycy, jest też strachem przed utratą „substancji” (patriarchalnej), czyli reprezentowanej przez Polaka-katolika „polskości”. Jeśli kobiety zaczną stosować antykoncepcję, jeśli zatrzymają sobie okres, bo wolność od fizjologii będzie niezbędnym elementem kariery, to Polska – jak nic – się wyludni. I ten strach rośnie wprost proporcjonalnie do wiary w to, że jedynym na niego remedium jest deemancypacja kobiet, zwana eufemistycznie powrotem do „naturalnego powołania” lub „prawdziwej kobiecości”.

Coraz częściej jawnie wyraża się u nas przekonanie, że jeśli kobiety zostaną odcięte od edukacji seksualnej, refundowanych środków antykoncepcyjnych, aborcji i emancypacyjnych możliwości, które daje rozwój współczesnej farmakologii, to pozostaną one w domach, gdzie będą rodzić dzieci, a przy okazji zwolnią miejsca pracy. Ponowne „udomowienie” kobiety sprowadzi na kraj demograficzny deszcz (białych i katolickich obywateli) i zapewni obecnym pokoleniom oraz ich dzieciom emerytury, jak również – w perspektywie doraźnej – zredukuje bezrobocie i wzmocni ogólny dobrobyt.

Feminizm, środki antykoncepcyjne, wiedza czy pigułka lybrel niewątpliwie zagrażają tym wizjom. Czy zagrażają jednak kobiecości, czego tak bardzo obawiają się niektórzy zwolennicy stereotypów? Czy gdyby posłanka Szczypińska nie miała okresu, to byłaby mniej kobieca? A teletubiś*, gdyby miał okres, czy wydawałby się mniej perwersyjny byłej pani rzecznik Sowińskiej?

Jeśli kobieta będzie mniej cierpieć, w pełni kontrolować własną fizjologię, a przede wszystkim stanie się wolna w swojej seksualności i wolna od strachu przed niechcianą ciążą – to przestanie być kobietą? Jeśli uwolni się od obsesji – przykrojonej do kanonu – cielesności: jej kształtowania, malowania, poprawiania, obcinania, wypróżniania, wydłużania – to zatraci swoją tożsamość? A może wtedy ją – dla siebie samej – odzyska?

3. CIAŁO JAKO PRZEDMIOT TROSKI

Największą chyba różnicą, jaka dzieli obie płcie i wyznacza możliwość i zasięg władzy każdej z nich, jest stosunek do ciała. Mężczyźni po prostu mają ciało; kobiety żyją obok. Mężczyźni traktują swoje ciało instrumentalnie, ustawiając cele swego działania poza nim, kobiety – „docelowo”. Skupiają się na nim, często nie wychodząc poza nie. Ciało jest bowiem dla kobiet zadaniem, balastem, lokatą kapitału i nadziei, koszmarem, którego istnienie uruchamia niemałą część nowoczesnego biznesu. Z kobiecym ciałem ciągle trzeba coś robić, żeby było jakieś, żeby się w nim móc rozpoznać lub by móc je zaakceptować.

Na przykład: usta

Muszą być „jakieś”. Najlepiej czerwone, wyraziste, erotyczne, wilgotne, wydęte, znaczące, powabne, oczekujące… Co więcej, muszą być takie permanentnie od rana do nocy, a czasem nawet w nocy. Trzeba więc ich stale doglądać, niczym niesfornych dzieci: zerkać na nie, poprawiać, nawilżać, smarować, spulchniać, nacierać, wydymać, korygować, wypełniać, trzymać w szachu. Trudno co prawda dzięki tym wszystkim zabiegom normalnie spożywać posiłki czy pić napoje, ale jaki efekt! Usta służą bowiem do całowania i zdobienia kobiety, a nie na przykład do degustowania pokarmu, przegryzania nitki, nerwowego zagryzania czy siorbania.

Wiele kobiet żyje ciągle w przekonaniu, że mężczyźni, śniąc o nich, widzą je jako młody, długi, jasnowłosy makaron, odziany w zwiewne ubranka, które po ściągnięciu odsłaniają jędrne ciało, gładkie jak tafla jeziora Pilwąg, aksamitne w dotyku niczym skórka brzoskwinki (oczywiście chodzi o brzoskwinkę z czasów, gdy nie była ona łupem specjalistów od przekształceń transgenicznych, którzy za wszelką cenę starają się ją obedrzeć z lekkiego owłosienia, krzyżując, bez pytania, ze śliwkami czy gruszkami, dzięki czemu staje się co prawda ideałem depilacji, ale pozbawiona jest tego, co najważniejsze – specyficznego smaku połączonego z lekkim drapaniem). Kobieta z rzeczonych męskich snów nie dość, że jest gładka jak aksamit, to jeszcze jest przedziwnie „wykończona”, jak spod igły (męskiego) krawca. Jej dłonie wieńczą pomalowane paznokcie, które czynią ją bezradną wobec prac, zwłaszcza intelektualnych, typu pisanie czy czytanie (długie paznokcie haczą o kartki i nie trafiają w klawiaturę); jej stopy tkwią w butach na wymyślnych obcasach, które czynią ją bezradną wobec napastników (nie ucieknie) czy ruszającego z przystanku autobusu (nie dogoni), za to sprawiają, że pod koniec życia będzie wdzięcznym pacjentem specjalistów (najczęściej mężczyzn) od żylaków. Pewien antyfeminista, socjolog Geoff Dench, w książce Pocałunek królewny pisał tak: „Mężczyźni sądzą, że szpilki czynią kobietę czarującą i atrakcyjną, złodzieje, którzy również są mężczyznami, wiedzą, że szpilki uniemożliwiają ucieczkę. Poczucie bycia atrakcyjną, jak i poczucie pewnego zagrożenia czynią kobietę jeszcze bardziej interesującą. Nie ma bowiem nic równie pociągającego jak ładna panienka w tarapatach”.

Jej oczy skryte są za kilkoma gramami tuszu nałożonego na rzęsy, które – stworzone przez naturę dla higieny oka – stają się zaprzeczeniem własnej istoty; zamiast chronić przed kurzem, stają się jego siedliskiem. Jej brwi są wyskubane w wymyślny kształt, który powiększając lub modelując oko, ma wabić męskie spojrzenia (tak w każdym razie to interpretuję, bo przecież ta męka wyskubywania musi służyć czemuś innemu niż prosta wygoda; wszak brwi z natury rzeczy nie trzeba wyrywać, bo nigdy nie są aż tak złośliwe, by przesłaniać widok).

Kobiety, gdy patrzą na swoją twarz, oceniają ją, afirmują lub jej nie znoszą. A ponieważ z reguły są pracowite i skupione na konkrecie, zabierają się do pracy, codziennie, kilka razy dziennie, mozolnie, z uporem, marnotrawiąc czas, energię i gubiąc swoją tożsamość. Ileż to różnych kobiet mieszka w naszym łazienkowym lustrze: ta zmęczona, ta przed makijażem, ta w trakcie makijażu, ta, która jest klownem, bo właśnie założyła maseczkę rozciągającą, ta, która jest mimem, bo zaschła na jej twarzy maseczka obkurczająco-czyszcząca, wreszcie ta, którą chciałoby się być, a która z wiekiem coraz bardziej się oddala.

Pisałam kiedyś felietony do jednego z pism kobiecych; po pierwszym z nich panie redaktorki spotkały się ze mną, prosząc o stonowanie moich tekstów („po co tyle feminizmu!?”), a zwłaszcza o zaprzestanie krytyki kosmetyków, bo wszak pismo żyje z reklam, a - tak na marginesie – powiedziały, że nie rozumieją mojego negatywnego stosunku do makijażu, bo one nigdy go nie robią dla mężczyzn ani nie z powodu „kultury”, tylko dla siebie. „Wie pani, ja bez makijażu to nie ja”, „Za nic nie wyszłabym z domu bez make-upu, ale to nie z powodu jakichś wymogów, ale ze względu na siebie”. Zrozumiałam wtedy, że dopasowanie się do wymogów kultury stało się dla wielu kobiet nie tyle drugim ja, co jedynym ja. Mężczyźni zapewne też dopasowują się do jakichś obowiązujących kanonów wyglądu, ale, po pierwsze, nigdy nie utożsamiają swego ja z tymi kanonami, po drugie nigdy nie tracą na to tyle czasu! Moje feministyczne felietony pojawiały się w piśmie kobiecym przez kilka numerów, po czym – niezbyt elegancko – zakończono ze mną współpracę. Znacznie lepiej przyjmował się tam nijaki Paulo Coelho, czyli literackie wydanie Conchity Bautisty, słynnej sopockiej gwiazdy, której nazwisko budzi skojarzenia wyłącznie w Polsce, potem karierę zrobiło tam dwóch utalentowanych samców, którzy bez kompleksów (stać na to w naszej kulturze głównie mężczyzn) opowiadali o swoich miłosnych podbojach, takoż smutkach i sukcesach, dając kobietom i innym niesłychanie pouczające rady.

W innym piśmie powiedziano mi: „Proszę, niech pani pisze wyłącznie o seksie, po co ten feminizm?! Seks się dobrze sprzedaje, feminizm odstrasza”.

Ciało jako pole walki

Model piękna kobiecego ciała zmienia się nie tyle z wieku na wiek, co z dziesięciolecia na dziesięciolecie. Ostatnio jest on szczególnie wredny i sadystyczny, bo jest to model anorektyczny. Piękno kobiece to chudość, gładkość, świetlistość, beżowość.

Aby to osiągnąć, trzeba najpierw zidentyfikować wrogów. Po pierwsze, tłuszcz (pełna eliminacja!), po drugie, skóra (musi być jak u szesnastolatki: gładka, jednobarwna, połyskliwa), po trzecie, cellulitis (wróg szczególnie perfidny, jego obecność jest bowiem nieodwracalna), po czwarte, owłosienie (tu potrzeba nie tylko odwagi, ale i naprawdę wielkiego okrucieństwa: organizm z takim trudem i tak mozolnie produkuje cebulki, z których wyrastają włosy, a my w coraz bardziej wyrafinowany sposób niszczymy je, wyrywamy, golimy, depilujemy), po piąte, zmarszczki (kremy, kremy, kremy…), po szóste, zwiotczenia (masaże, maseczki, kremy, kremy, kremy…) po siódme, włosy (głowa to jedyne bodaj miejsce, gdzie kochamy nasze cebulki i chcemy, by dołożyły wszelkiego wysiłku w podtrzymaniu przy życiu naszych tapirowanych, kolorowanych, zniekształcanych, lokowanych końcówek), po ósme – ba! – wiek; nasz ideał piękna to nie tylko i po prostu anorektyczka, lecz do tego bardzo młoda anorektyczka. Najlepiej – czternaście lat. Chcąc być piękną, lepiej nie przekraczać tej granicy wieku (a w każdym razie nie pozwalać na to naszej skórze, włosom i twarzy). Wszystkie te strachy można sprowadzić do wizerunku trzygłowego potwora, jakim jest „kawuce”, czyli kalorie, wiek i cellulitis.