Kobiety i futbol. Kompleksowo od A do Ö - Jared Burzynski - ebook

Kobiety i futbol. Kompleksowo od A do Ö ebook

Jared Burzynski

0,0
24,90 zł

lub
Opis

ALFABET, KTÓRY KOMPLEKSOWO, RZETELNIE I CIEKAWIE OPISUJE ŚWIAT KOBIECEJ PIŁKI NOŻNEJ

Gary Lineker, legendarny angielski piłkarz, powiedział kiedyś, że futbol to taka gra, w której dwudziestu dwóch mężczyzn biega za piłką, a na końcu i tak wygrywają Niemcy. I o ile z drugą częścią tej często cytowanej wypowiedzi można polemizować, o tyle pierwsza jest zwyczajnie nieprawdziwa. Nie tylko mężczyźni potrafią biegać za piłką. I choć maskulinizacja piłkarskiego środowiska jest w niektórych krajach nadal bardzo silna, a krzywdzące połowę ludzkości stereotypy są w wielu kulturach mocno zakorzenione, w ostatnich latach wiele się zmieniło. Wkroczyliśmy w epokę dynamicznego rozwoju żeńskiego futbolu, a obejmująca kolejne kraje intensywna ekspansja kobiecej piłki jest już nie do zatrzymania.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 252




Co­py­ri­ght © by Ja­red Bu­rzyn­ski, 2018

Re­dak­cja i ko­rek­ta: Mał­go­rza­ta De­nys

Pro­jekt okład­ki: Mar­cin Gło­wac­ki

Skład i ła­ma­nie: Piotr Mol­ski

Druk i opra­wa: Dru­kar­nia im. Ada­ma Pół­taw­skie­go

www.dap.pl

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2018

Wy­daw­nic­two Ma­gnus

Se­ria wy­daw­ni­cza: Cie­pło/Zim­no

cie­plo-zim­no.pl

ISBN: 978-83-946010-9-6

ISBN EPUB, MOBI, PDF: 978-83-950536-2-7

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Ale po co to wszyst­ko?

Gary Li­ne­ker, le­gen­dar­ny an­giel­ski pił­karz, po­wie­dział kie­dyś, że fut­bol to taka gra, w któ­rej dwu­dzie­stu dwóch męż­czyzn bie­ga za pił­ką, a na koń­cu i tak wy­gry­wa­ją Niem­cy. Nie­ste­ty, już pierw­sza część tej wy­po­wie­dzi za­wie­ra w so­bie oczy­wi­stą nie­praw­dę, gdyż – wbrew wciąż po­wszech­nej w wie­lu za­kąt­kach świa­ta opi­nii – za pił­ką z po­wo­dze­niem bie­gać po­tra­fią nie tyl­ko męż­czyź­ni. Cóż jed­nak z tego, sko­ro szcze­gól­nie po wschod­niej stro­nie daw­nej że­la­znej kur­ty­ny me­dia z god­ną po­dzi­wu kon­se­kwen­cją od­ma­wia­ją uzna­nia żeń­skiej od­mia­ny fut­bo­lu za peł­no­praw­ną dys­cy­pli­nę spor­tu? Jest to tym bar­dziej za­ska­ku­ją­ce, że te same me­dia, któ­re prze­cież na ogół nie mają pro­ble­mu z do­ce­nie­niem spor­t­sme­nek osią­ga­ją­cych suk­ce­sy w in­nych dys­cy­pli­nach, wciąż po­strze­ga­ją pił­kar­ki w ka­te­go­riach cie­ka­we­go zja­wi­ska spo­łecz­ne­go. Wi­dać to cho­ciaż­by po lek­tu­rze wy­wia­dów z sa­my­mi za­wod­nicz­ka­mi, któ­re – na­wet gdy­by chcia­ły – nie mają zbyt wie­lu oka­zji, aby po­roz­ma­wiać me­ry­to­rycz­nie o pił­ce. Ich roz­mów­ców bar­dziej od sy­tu­acji w li­go­wej ta­be­li czy re­ak­cji klu­bo­wej szat­ni na kon­tro­wer­syj­nie przy­zna­ny wal­ko­wer in­te­re­su­je bo­wiem na przy­kład kwe­stia trud­ne­go dzie­ciń­stwa, bo prze­cież z góry trze­ba za­ło­żyć, że dziew­czy­na upra­wia­ją­ca ten sport musi być „inna”, w prze­ciw­nym ra­zie kłó­ci­ło­by się to z ob­ra­ną za­wcza­su nar­ra­cją. Je­śli pił­kar­ka wy­stę­pu­je w klu­bie, któ­ry po­sia­da do­brze pro­spe­ru­ją­cą mę­ską sek­cję, tym go­rzej dla niej. W ta­kich sy­tu­acjach trze­ba się od razu przy­go­to­wać na to, że lwia część roz­mo­wy po­świę­co­na bę­dzie wła­śnie owym pa­nom. Za­dzi­wia mnie i zdu­mie­wa, że tak ste­reo­ty­po­we przed­sta­wia­nie ko­bie­cej pił­ki czę­sto spo­ty­ka się z po­kla­skiem lu­dzi ze śro­do­wi­ska, gdyż we­dług mnie cią­głe wy­py­ty­wa­nie Ka­ta­rzy­ny Kie­drzy­nek o Zla­ta­na Ibra­hi­mo­vi­cia jest ra­czej prze­ja­wem bra­ku pro­fe­sjo­na­li­zmu dzien­ni­kar­skie­go, ale być może to tyl­ko moja oce­na rze­czy­wi­sto­ści. W każ­dym ra­zie je­śli ja kie­dy­kol­wiek do­sta­nę za­da­nie prze­pro­wa­dze­nia wy­wia­du z do­wol­nym pił­ka­rzem lon­dyń­skiej Chel­sea, na pew­no nie za­mie­rzam go py­tać, ile razy zjadł wspól­ną ko­la­cję z He­dvig Lin­dahl, na­wet je­śli całą po­prze­dza­ją­cą roz­mo­wę noc miał­bym spę­dzić na po­zna­wa­niu od pod­staw mę­skiej eks­tra­kla­sy w An­glii. Ze wspo­mnia­ną po­wy­żej igno­ran­cją nie­rzad­ko moż­na zresz­tą spo­tkać się tak­że, słu­cha­jąc ko­men­ta­rza pod­czas pił­kar­skie­go me­czu. W prze­ci­wień­stwie do wie­lu osób wy­gła­sza­ją­cych bez­re­flek­syj­nie sło­wa kry­ty­ki do­sko­na­le zda­ję so­bie spra­wę, że re­la­cjo­no­wa­nie na żywo wi­do­wi­ska spor­to­we­go nie jest wca­le ła­twym za­ję­ciem i róż­ni się dia­me­tral­nie od oglą­da­nia me­czu dla przy­jem­no­ści, z per­spek­ty­wy ki­bi­ca. W związ­ku z tym nie za­mie­rzam i nie będę ni­ko­mu wy­ty­kać błę­dów wy­ni­ka­ją­cych przede wszyst­kim ze spe­cy­fi­ki re­la­cji live, tym bar­dziej że mnie rów­nież zda­rzy­ło się swe­go cza­su po­my­lić Jo­se­fi­ne Öqvist z So­fią Ja­kobs­son. Je­śli jed­nak pod­czas za­le­d­wie dzie­się­ciu mi­nut trans­mi­sji zdą­ży­łem kie­dyś usły­szeć, że wy­glą­da­ją­ce ską­d­inąd nie­mal iden­tycz­nie bliź­niacz­ki Ham­mar­ström nie są ze sobą spo­krew­nio­ne, a Chri­sten Press zdo­by­ła z Ty­re­sö mi­strzo­stwo Szwe­cji, to trud­no po­trak­to­wać to ina­czej niż jako nie­do­sta­tecz­ne przy­go­to­wa­nie do wy­ko­ny­wa­nia swo­ich obo­wiąz­ków, względ­nie sku­tek zbyt po­bież­nie do­ko­na­ne­go re­se­ar­chu. Sko­ro je­ste­śmy już przy tym ostat­nim, to ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, chciał­bym za­ape­lo­wać do wszyst­kich ko­men­tu­ją­cych me­cze szwedz­kiej ka­dry o nie­przy­wo­ły­wa­nie wię­cej aneg­dot­ki do­ty­czą­cej de­biu­tu Fri­do­li­ny Rol­fö w Li­dze Mi­strzyń. O hat tric­ku strze­lo­nym Li­ver­po­olo­wi po­wie­dzia­no już tyle, że aż mu­sia­łem spraw­dzić, czy wzmian­ka o nim nie zna­la­zła się przy­pad­kiem w naj­po­pu­lar­niej­szej in­ter­ne­to­wej en­cy­klo­pe­dii. Do­dam tyl­ko, że nie by­łem spe­cjal­nie za­sko­czo­ny wy­ni­kiem po­szu­ki­wań.

Wróć­my jed­nak do ty­tu­ło­we­go py­ta­nia, czy­li: W ja­kim celu w ogó­le po­wsta­ła ta książ­ka? Po­mysł na nią za­czął się tlić w mo­jej gło­wie pod­czas oglą­da­nych na żywo der­bów Bu­da­pesz­tu po­mię­dzy Astrą i MTK, ale cała hi­sto­ria roz­po­czy­na się tak na­praw­dę wie­le lat wcze­śniej, gdy za na­mo­wą ko­le­żan­ki (dzię­ki ci, dro­ga Char­lot­te, je­śli kie­dy­kol­wiek to prze­czy­tasz!), po­sta­no­wi­łem po raz pierw­szy od­wie­dzić pił­kar­ską are­nę. W tam­to wy­jąt­ko­wo chłod­ne na­wet na skan­dy­naw­skie stan­dar­dy po­po­łu­dnie nie mia­łem jesz­cze po­ję­cia, że moje związ­ki z fut­bo­lem sta­ną się kie­dy­kol­wiek aż tak bli­skie, lecz jed­no­cze­śnie pew­ne jest, że gdy­by nie tam­ten dzień, ni­g­dy nie by­ło­by ca­łe­go cią­gu dal­sze­go, a co za tym idzie, tak­że i tej książ­ki. Zgod­nie z za­sa­dą efek­tu mo­ty­la, je­śli za­miast na pro­win­cjo­nal­ny sta­dion na obrze­żach mia­sta zde­cy­do­wał­bym się wów­czas – jak pier­wot­nie pla­no­wa­łem – wy­brać do ulu­bio­ne­go te­atru mu­zycz­ne­go, za­miast tego wstę­pu mo­gli­by­ście w tej chwi­li czy­tać moją re­cen­zję La La Land, Desz­czo­wej Pio­sen­ki lub in­ne­go mu­si­ca­lu, bo aku­rat to, że w przy­szło­ści w ta­kiej czy in­nej for­mie zwią­żę swo­je ży­cie z pi­sa­niem, było dla mnie ja­sne pra­wie od za­wsze. Z per­spek­ty­wy cza­su mu­szę jed­nak przy­znać, że de­cy­zji sprzed lat, któ­ra oka­za­ła się w znacz­nym stop­niu prze­ło­mo­wa, w żad­nym wy­pad­ku nie ża­łu­ję. Po­zna­wa­ny prze­ze mnie co­raz bar­dziej kom­plek­so­wo świat fut­bo­lu oka­zał się bo­wiem nie mniej fa­scy­nu­ją­cy niż nie­je­den efek­tow­ny spek­takl na broad­way­ow­skiej sce­nie, a opi­sy­wa­nie go i ob­co­wa­nie z nim, choć mo­men­ta­mi nie­ła­twe, już zdą­ży­ło przy­nieść mi mnó­stwo sa­tys­fak­cji, a mam głę­bo­ką na­dzie­ję, że ten zwią­zek szyb­ko się nie wy­pa­li. Tę książ­kę trak­tu­ję więc przede wszyst­kim jak swe­go ro­dza­ju hołd zło­żo­ny prze­ze mnie ca­łe­mu śro­do­wi­sku ko­bie­cej pił­ki noż­nej, two­rzo­ne­mu przez wie­le mi­lio­nów wspa­nia­łych lu­dzi, któ­rych na­zwi­ska nie­zwy­kle rzad­ko po­ja­wia­ją się na pierw­szych stro­nach ga­zet. Spi­sa­łem w niej, w for­mie nie­ty­po­we­go al­fa­be­tu, sze­reg bar­dzo luź­no po­wią­za­nych ze sobą opo­wie­ści i prze­my­śleń, ze­bra­nych pod­czas kil­ku­na­stu lat pił­kar­skich wo­ja­ży po trzech kon­ty­nen­tach. Być może nie­któ­re z nich na­zwie­cie ba­nal­ny­mi, jesz­cze inne oczy­wi­sty­mi, ale je­stem dziw­nie spo­koj­ny, że nie za­brak­nie i ta­kich, któ­re spro­wo­ku­ją was do głęb­szej re­flek­sji. Nie za­mie­rzam po­mi­jać tu­taj ani trud­nych te­ma­tów, ani kon­tro­wer­syj­nych opi­nii, choć już na sa­mym wstę­pie mu­szę roz­cza­ro­wać tych, któ­rzy tra­fi­li tu w po­szu­ki­wa­niu szcze­gó­ło­wych opi­sów pi­kant­nych skan­da­li. Ist­nie­ją bo­wiem przy­naj­mniej trzy nie­zwy­kle istot­ne po­wo­dy, z któ­rych na naj­bliż­szych kil­ku­dzie­się­ciu stro­nach ich nie znaj­dzie­cie. Po pierw­sze – są pew­ne gra­ni­ce, któ­rych nie na­le­ży prze­kra­czać bez wzglę­du na oko­licz­no­ści, po dru­gie – zy­ski­wa­nie roz­gło­su opar­te­go na afe­rach i afer­kach ni­g­dy nie znaj­do­wa­ło się w or­bi­cie mo­ich za­in­te­re­so­wań, po trze­cie i za­ra­zem naj­waż­niej­sze – nie na­zy­wam się Abby Wam­bach. Je­śli jed­nak, po­mni na po­wyż­sze ostrze­że­nie, zde­cy­du­je­cie się zo­stać ze mną do koń­ca, to gwa­ran­tu­ję, że pod­czas tej lek­tu­ry z pew­no­ścią nie bę­dzie­cie się nu­dzić, a kil­ku­go­dzin­na wspól­na po­dróż po naj­od­le­glej­szych za­uł­kach na­szej pięk­nej dys­cy­pli­ny spor­tu upły­nie nam wy­łącz­nie w mi­łej at­mos­fe­rze. To jak, star­tu­je­my?

Bram­kar­ki

Gdy­by ktoś po­sta­no­wił prze­pro­wa­dzić an­kie­tę na naj­bar­dziej nie­wdzięcz­ną po­zy­cję na pił­kar­skim bo­isku, bram­kar­ki na pew­no upla­so­wa­ły­by się w niej na eks­po­no­wa­nym miej­scu. Oczy­wi­ście je­śli cho­dzi o wszel­kie splen­do­ry i za­szczy­ty, to aku­rat zde­cy­do­wa­nie naj­trud­niej o nie obroń­czy­niom, szcze­gól­nie w przy­pad­kach gdy nie mają one cha­ry­zmy Nil­li Fi­scher, ale dla wy­słu­chu­ją­cych re­gu­lar­nie nie­zbyt po­chleb­nych opi­nii na te­mat swo­jej po­sta­wy gol­ki­pe­rek jest to nad­zwy­czaj mar­ne po­cie­sze­nie. Inna spra­wa, że same bram­kar­ki ro­bią nie­ste­ty bar­dzo wie­le, aby jesz­cze bar­dziej utrwa­lić po­wta­rza­ny wie­lo­krot­nie ste­reo­typ, że po­stęp, jaki w ostat­nich de­ka­dach nie­wąt­pli­wie zro­bi­ła pił­ka noż­na, wi­dać tym wy­raź­niej, im bar­dziej od­da­li­my się od pola bram­ko­we­go. Każ­dy, kto z bli­ska ob­ser­wu­je któ­rą­kol­wiek z czo­ło­wych lig eu­ro­pej­skich, na pew­no zgo­dzi się z tezą, że licz­ba bram­kar­skich kik­sów prze­kra­cza w nich do­pusz­czal­ne nor­my bar­dziej niż wskaź­nik za­nie­czysz­cze­nia po­wie­trza w Pe­ki­nie. Zde­cy­do­wa­nie naj­bliż­sza mo­je­mu ser­cu szwedz­ka Da­mal­l­sven­skan nie jest nie­ste­ty w tej kwe­stii chlub­nym wy­jąt­kiem i choć od przy­naj­mniej kil­ku se­zo­nów do­kła­da się wszel­kich sta­rań, aby szko­le­nie gol­ki­pe­rek uczy­nić mak­sy­mal­nie pro­fe­sjo­nal­nym, na­ma­cal­nych efek­tów wciąż brak, a znacz­nie wię­cej niż o efek­tow­nych pa­ra­dach mówi się o efek­tow­nie pusz­czo­nych go­lach. O sta­no­wią­cej bez­po­śred­nie za­ple­cze eks­tra­kla­sy Eli­tet­tan w tym kon­tek­ście nie ma po co na­wet wspo­mi­nać, gdyż stę­że­nie bram­kar­skich ab­sur­dów jest tam nie mniej­sze niż we wstęp­nych fa­zach tur­nie­ju Go­thia Cup1 i nie jest to by­naj­mniej laur­ka na cześć im­pre­zy roz­gry­wa­nej w Göte­bor­gu.

Ja­sne jest, że rów­nież wśród bram­ka­rek bez tru­du znaj­dzie­my wie­le naj­wyż­szej kla­sy spe­cja­li­stek, któ­re wy­raź­nie od­sta­ją od przy­wo­ła­ne­go tu tren­du. Rów­nie oczy­wi­ste jest to, że błę­dy przy­tra­fia­ją się wszyst­kim pił­kar­kom (a uogól­nia­jąc jesz­cze bar­dziej – wszyst­kim lu­dziom, któ­rzy nie boją się ro­bić cze­go­kol­wiek), a po­mył­ki gol­ki­pe­rek ak­cen­tu­je się naj­bar­dziej przede wszyst­kim dla­te­go, że to wła­śnie one by­wa­ją za­zwy­czaj naj­bar­dziej kosz­tow­ne, gdyż nio­są ze sobą bez­po­śred­nie ry­zy­ko utra­ty gola. Ża­den lo­gicz­nie my­ślą­cy czło­wiek nie bę­dzie więc wy­ma­gał od bram­ka­rek gra­ją­cych w eu­ro­pej­skich klu­bach bez­błęd­nej gry przez cały se­zon, gdyż by­ło­by to cał­ko­wi­cie nie­wy­ko­nal­ne, a jak po­wszech­nie wia­do­mo – nie jest mą­drze wy­ma­gać od ko­go­kol­wiek rze­czy nie­moż­li­wych. Z dru­giej jed­nak stro­ny, od za­wod­ni­czek aspi­ru­ją­cych do gry w to­po­wych klu­bach Eu­ro­py pew­ne­go po­zio­mu ocze­ki­wać po pro­stu wy­pa­da, a oglą­da­jąc fran­cu­skie, nie­miec­kie czy an­giel­skie kla­sy­ki, zde­cy­do­wa­nie zbyt czę­sto mu­si­my ła­pać się za gło­wę, pa­trząc na po­pi­sy pań sto­ją­cych mię­dzy słup­ka­mi. Żeby nie być go­ło­słow­nym, moż­na cof­nąć się cho­ciaż­by do elek­try­zu­ją­ce­go wie­lu ki­bi­ców nad Se­kwa­ną pa­mięt­ne­go gru­dnio­we­go star­cia Olym­pi­que Lyon z PSG2. Pa­ry­żan­ki dość nie­ocze­ki­wa­nie po­ko­na­ły wów­czas fa­wo­ry­zo­wa­ne ry­wal­ki, ale moż­na się za­sta­na­wiać, czy opusz­cza­ły­by mu­ra­wę w glo­rii zwy­cię­stwa, gdy­by wy­dat­nie nie po­mo­gła im w tym Sa­rah Bo­uhad­di. Gol­ki­per­ka Lyonu i re­pre­zen­ta­cji Fran­cji to zresz­tą nie­zwy­kle cie­ka­wy te­mat na zu­peł­nie od­ręb­ną dys­ku­sję. W mi­nio­nym roku pił­kar­scy sta­ty­sty­cy przy­zna­li jej na­wet ty­tuł naj­lep­szej bram­kar­ki na świe­cie, lecz chy­ba tyl­ko oni wie­dzą, ja­kich sta­ty­styk (oraz in­nych wspo­ma­ga­czy) mu­sie­li użyć, aby dojść to ta­kich wnio­sków. Nie mam tu­taj za­mia­ru de­pre­cjo­no­wać umie­jęt­no­ści Bo­uhad­di, gdyż do praw­do­po­dob­nie naj­lep­szej klu­bo­wej dru­ży­ny glo­bu nie bie­rze się ra­czej za­wod­ni­czek z ła­pan­ki, ale w mo­ich oczach gol­ki­per­ka Lyonu ni­g­dy nie była pił­kar­ką kom­plet­ną, co nie­ja­ko w na­tu­ral­ny spo­sób dys­kwa­li­fi­ku­je ją z gro­na po­ten­cjal­nych kan­dy­da­tek do mia­na nu­me­ru je­den na świe­cie. Przy­to­czo­na tu sy­tu­acja z me­czu prze­ciw­ko PSG, któ­ra tym ra­zem oka­za­ła się nie­zwy­kle kosz­tow­na w skut­kach, nie była bo­wiem tyl­ko wy­pad­kiem przy pra­cy, ale jed­nym z na­praw­dę wie­lu przy­pad­ków, w któ­rych Bo­uhad­di mo­gła, a na­wet po­win­na za­cho­wać się le­piej. Za­le­d­wie dwa mie­sią­ce póź­niej, w po­tycz­ce z Ju­vi­sy, przy­tra­fi­ła jej się jesz­cze bar­dziej ku­rio­zal­na wpad­ka, któ­ra rów­nież za­koń­czy­ła się go­lem dla ry­wa­lek, a nie był to by­naj­mniej ostat­ni po­waż­ny błąd w se­zo­nie, jaki po­peł­ni­ła. Co gor­sza, bram­kar­ka Olym­pi­que Lyon nie za­wsze po­tra­fi wy­cią­gnąć ze swo­ich po­my­łek wła­ści­we wnio­ski i chy­ba nikt nie bę­dzie prze­sad­nie zdzi­wio­ny, je­śli nie­ba­wem w któ­rymś ze spo­tkań dro­gę do strze­żo­nej przez Bo­uhad­di bram­ki znaj­dzie fut­bo­lów­ka po strza­le bliź­nia­czo po­dob­nym do tego w wy­ko­na­niu Ma­rie-Lau­re De­lie. A prze­cież aby unik­nąć tego gola, wy­star­czy­ło je­dy­nie sko­ry­go­wać usta­wie­nie i/lub le­piej prze­wi­dy­wać, gdzie spad­nie ude­rzo­na przez za­wod­nicz­kę PSG pił­ka. Czy to moż­li­we, żeby naj­lep­sza gol­ki­per­ka świa­ta mo­gła tego nie wie­dzieć?

Nie­przy­pad­ko­wo w po­przed­nich aka­pi­tach kil­ku­krot­nie pod­kre­śla­łem, że więk­szość mo­ich uwag ty­czy się lig eu­ro­pej­skich, gdyż Sta­ny Zjed­no­czo­ne wciąż po­zo­sta­ją dla mnie nie­do­ści­gnio­nym wzor­cem w dzie­dzi­nie szko­le­nia bram­ka­rek. Mó­wię tu szcze­gól­nie o pierw­szych la­tach tre­nin­gów, pod­czas któ­rych zde­cy­do­wa­nie naj­ła­twiej wy­kształ­cić pew­ne do­bre na­wy­ki u mło­dych adep­tek fut­bo­lu. O ile w se­nior­skiej pił­ce trud­no do­strzec ja­kieś zna­czą­ce róż­ni­ce, a wy­nik mię­dzy­kon­ty­nen­tal­nej ry­wa­li­za­cji wy­szedł­by mniej wię­cej na re­mis, o tyle na po­zio­mie szkó­łek i aka­de­mii Ame­ry­ka wciąż znaj­du­je się o pół kro­ku z przo­du, zwłasz­cza w kwe­stii do­stęp­no­ści pro­fe­sjo­nal­ne­go tre­nin­gu. Po na­szej stro­nie Atlan­ty­ku, choć trze­ba uczci­wie przy­znać, że licz­ba wy­kwa­li­fi­ko­wa­nych tre­ne­rów mło­dzie­ży oraz wy­so­kiej kla­sy ośrod­ków ro­śnie la­wi­no­wo, wciąż zbyt wie­le za­le­ży od szczę­ścia, któ­re de­fi­niu­ję jako przyj­ście na świat pod od­po­wied­nią dłu­go­ścią i sze­ro­ko­ścią geo­gra­ficz­ną. Bru­tal­na praw­da przed­sta­wia się bo­wiem tak, że wie­le eu­ro­pej­skich kra­jów nie­zmien­nie trak­tu­je pił­kar­ki jako zło ko­niecz­ne, a po­mysł, aby umoż­li­wić sied­mio- czy ośmio­let­nim dziew­czyn­kom od­by­wa­nie pro­fe­sjo­nal­nych tre­nin­gów bram­kar­skich, wy­da­je się oso­bom de­cy­zyj­nym tak ab­sur­dal­ny, że w ogó­le nie war­to za­przą­tać so­bie nim gło­wy. Lek­ce­wa­żą­ce po­dej­ście do te­ma­tu szko­le­nia jest zresz­tą pod­sta­wo­wym czyn­ni­kiem, któ­ry – moim zda­niem – leży u pod­staw po­dzia­łu pił­kar­skie­go świa­ta na dwie, a może na­wet i trzy pręd­ko­ści roz­wo­ju. W swo­jej opi­nii nie je­stem by­naj­mniej od­osob­nio­ny, gdyż po­dzie­li­ło ją wie­lu spo­śród mo­ich roz­mów­ców, z któ­ry­mi po­sta­no­wi­łem prze­dys­ku­to­wać ów te­mat. Geo­r­ge Pa­pa­chri­stou, były szko­le­nio­wiec Öre­bro, po­ku­sił się na­wet o ana­li­zę po­rów­naw­czą tre­nin­gów grup mło­dzie­żo­wych w Gre­cji i w Szwe­cji, a ob­raz, któ­ry się z niej wy­ło­nił, ra­czej ni­ko­go nie na­tchnął opty­mi­zmem. Sko­ro trzy­na­sto­let­nie Gre­czyn­ki mu­szą wła­śnie w tym wie­ku uczyć się pił­kar­skie­go abe­ca­dła, któ­re po­win­ny opa­no­wać wie­le lat wcze­śniej, to kie­dy, czy może na póź­niej­szym eta­pie roz­wo­ju, mają od­ro­bić stra­co­ny dy­stans sku­tecz­nie unie­moż­li­wia­ją­cy im ry­wa­li­za­cję z naj­lep­szy­mi na po­zio­mie se­nior­skiej pił­ki? To tro­chę tak, jak­by w bie­gu na sto me­trów ka­zać jed­nej z jego uczest­ni­czek po­ko­nać od­ci­nek o po­ło­wę dłuż­szy i ocze­ki­wać, że mimo to bę­dzie ona w sta­nie pod­jąć rów­no­rzęd­ną wal­kę z ry­wal­ka­mi. To lek­ko­atle­tycz­ne po­rów­na­nie jesz­cze bar­dziej uzmy­sła­wia, że je­dy­na sku­tecz­na dro­ga do za­sy­pa­nia lub cho­ciaż­by zmniej­sze­nia prze­pa­ści po­mię­dzy dwo­ma pił­kar­ski­mi świa­ta­mi wie­dzie po­przez dra­stycz­ne zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wa­nie spo­so­bu po­strze­ga­nia ko­biet upra­wia­ją­cych tę dys­cy­pli­nę spor­tu. Bez tego ni­g­dy nie da się ru­szyć z miej­sca, gdyż – jak do­sko­na­le wie­my – nie moż­na osią­gnąć suk­ce­su w biz­ne­sie, któ­re­go nie trak­tu­je się w peł­ni po­waż­nie. Gre­cy, choć nie tyl­ko oni, mu­szą za­tem do­ko­nać wy­bo­ru i – je­śli uzna­ją, że jed­nak za­le­ży im na po­sia­da­niu so­lid­nej żeń­skiej re­pre­zen­ta­cji – cał­ko­wi­cie od­rzu­cić do­tych­cza­so­wą men­tal­ność. W prze­ciw­nym ra­zie za trzy­dzie­ści lat naj­po­waż­niej­szym osią­gnię­ciem ich pił­ka­rek wciąż po­zo­sta­nie eli­mi­na­cyj­ne 0:1 z Fran­cją, osią­gnię­te tyl­ko i wy­łącz­nie dla­te­go, że ry­wal­ki tego dnia urzą­dzi­ły so­bie kon­kurs ostrze­li­wa­nia słup­ków i po­przecz­ki.

Ode­szli­śmy na mo­ment od głów­ne­go wąt­ku bram­kar­skie­go, więc naj­wyż­sza pora do nie­go po­wró­cić. Tym bar­dziej że mam jesz­cze jed­ną, być może nie­co sza­lo­ną teo­rię wy­ja­śnia­ją­cą fe­no­men ame­ry­kań­skich gol­ki­pe­rek, któ­rą ni­g­dy wcze­śniej – być może przez wzgląd na jej prze­sad­ną ory­gi­nal­ność – nie dzie­li­łem się pu­blicz­nie. Każ­dy, kto miał oka­zje spę­dzić ja­kiś frag­ment swo­je­go ży­cia w USA, do­sko­na­le zda­je so­bie spra­wę, jak wiel­ką po­pu­lar­no­ścią wśród mło­dzie­ży cie­szą się w tym kra­ju wszel­kiej ma­ści spor­ty dru­ży­no­we. W prze­ci­wień­stwie do chłop­ców dziew­czyn­ki zde­cy­do­wa­nie naj­chęt­niej wy­bie­ra­ją oczy­wi­ście pił­kę noż­ną, ale nie­jed­na spo­śród przy­szłych gwiazd soc­ce­ra pró­bo­wa­ła swo­ich sił cho­ciaż­by w so­ft­bal­lu, czy­li grze, któ­ra jak chy­ba żad­na inna po­ma­ga ćwi­czyć chwy­ta­nie i re­fleks, a więc zdol­no­ści nie­zwy­kle po­moc­ne w póź­niej­szej ka­rie­rze bram­kar­skiej. Czy w tym sza­leń­stwie rze­czy­wi­ście jest me­to­da, a mło­dzień­cza za­ba­wa w so­ft­ball przy­czy­ni­ła się do tego, że Ame­ry­kan­ki, jako bo­daj­że je­dy­na na­cja, ni­g­dy w hi­sto­rii nie mia­ły naj­mniej­szych pro­ble­mów z ob­sa­dą bram­ki? By­ła­by to nie­zwy­kle od­waż­na teza, lecz je­śli bar­dziej za­głę­bi­my się w te­mat, to… może się jed­nak oka­zać, że coś jest na rze­czy. Wszak naj­lep­sza pol­ska bram­kar­ka wie­lo­krot­nie pod­kre­śla­ła swo­je związ­ki z pił­ką ręcz­ną, a hand­bal­lo­wą prze­szło­ścią może po­chwa­lić się tak­że mię­dzy in­ny­mi co­raz moc­niej pu­ka­ją­ca do bram szwedz­kiej ka­dry Hil­da Car­lén. Je­śli spoj­rzy­my na pro­blem bar­dziej glo­bal­nie, oka­że się, że na prze­strze­ni lat naj­wię­cej świa­to­wej kla­sy gol­ki­pe­rek do­cze­ka­ły się kra­je, w któ­rych dys­cy­pli­ny po­kro­ju wspo­mnia­nych tu so­ft­bal­la czy pił­ki ręcz­nej cie­szą się nie­ma­łym wzię­ciem. Zu­peł­ny przy­pa­dek? Być może, choć nie są­dzę.

Wie­lu z was za­pew­ne spo­dzie­wa­ło się, że w roz­dzia­le po­świę­co­nym bram­kar­kom bo­ha­ter­ką przy­naj­mniej jed­ne­go osob­ne­go aka­pi­tu bę­dzie oso­ba, któ­rej sło­wa swe­go cza­su przy­czy­ni­ły się do roz­pę­ta­nia w Szwe­cji ogól­no­na­ro­do­wej afe­ry. Nic w tym dziw­ne­go, gdyż Hope Solo to na tyle barw­na po­stać, że mó­wić i pi­sać moż­na o niej go­dzi­na­mi, a i tak szyb­ko nie wy­czer­pie się te­ma­tu. Naj­le­piej i naj­zgrab­niej robi to zresz­tą sama za­in­te­re­so­wa­na, więc chęt­nych za­pra­szam do bliż­sze­go za­po­zna­nia się z jej twór­czo­ścią, ja na­to­miast sku­pię się na moż­li­wie naj­wier­niej­szym od­wzo­ro­wa­niu uczuć, ja­kie to­wa­rzy­szy­ły mi pod­czas pierw­sze­go spo­tka­nia z dwu­stu­krot­ną re­pre­zen­tant­ką USA. Od­by­ło się ono po­nad trzy­na­ście lat temu, kie­dy dwu­dzie­sto­dwu­let­nia wów­czas bram­kar­ka, ma­ją­ca już na kon­cie de­biut w ame­ry­kań­skiej ka­drze, przy­je­cha­ła do Göte­bor­ga, aby za­si­lić ma­ją­cą nie­zwy­kle am­bit­ne pla­ny dru­ży­nę, w któ­rą nowy spon­sor pom­po­wał wła­śnie cał­kiem po­kaź­ną sumę pie­nię­dzy. Ce­cha­mi już wte­dy wy­róż­nia­ją­cy­mi Solo na­wet wśród gra­ją­cych w Skan­dy­na­wii ro­da­czek były nie­wąt­pli­wie ol­brzy­mia am­bi­cja i nie­po­ha­mo­wa­ny głód zwy­cię­ża­nia. Trud­no się więc dzi­wić, że wła­ści­wie od sa­me­go po­cząt­ku mia­łem nie­od­par­te wra­że­nie, iż wła­śnie przy­szło mi po­dzi­wiać w ak­cji bram­kar­kę, któ­rą w nie­od­le­głej przy­szło­ści cze­ka na­praw­dę wspa­nia­ła ka­rie­ra. U tej mło­dej pił­kar­ki uzna­wa­ne za atry­but więk­szo­ści Ame­ry­ka­nek i Ame­ry­ka­nów dą­że­nie do by­cia nu­me­rem je­den po­su­nię­te zo­sta­ło bo­wiem nie­mal do eks­tre­mum, choć – wbrew obie­go­wej opi­nii – gra­ją­ca w szwedz­kiej eks­tra­kla­sie Solo nie była pił­kar­ką szu­ka­ją­cą kon­tro­wer­sji i kon­fron­ta­cji przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji. Na bo­isku gol­ki­per­ka ze sta­nu Wa­szyng­ton rze­czy­wi­ście spra­wia­ła wra­że­nie za­wod­nicz­ki, w któ­rej słow­ni­ku nie fi­gu­ru­je sło­wo „po­raż­ka”, ale poza tym zu­peł­nie nie wpi­sy­wa­ła się w lan­so­wa­ny obec­nie przede wszyst­kim przez ame­ry­kań­skie me­dia wi­ze­ru­nek dy­żur­nej skan­da­list­ki świa­to­wej pił­ki – obok Abby Wam­bach (do niej doj­dzie­my w od­po­wied­nim cza­sie) i klę­czą­cej pod­czas hym­nu Me­gan Ra­pi­noe. Hope z Göte­bor­ga z całą pew­no­ścią nie spra­wia­ła wra­że­nia pił­kar­ki, któ­rą za kil­ka­na­ście lat więk­szość ki­bi­ców bę­dzie albo ko­chać, albo nie­na­wi­dzić, a tyl­ko nie­licz­ni po­zo­sta­ną wo­bec niej obo­jęt­ni. Cał­kiem nie­daw­no za­sta­na­wia­łem się, czy Hope z Göte­bor­ga tak­że zde­cy­do­wa­ła­by się na tak od­waż­ny ko­men­tarz po prze­gra­nym me­czu, i… zda­ję so­bie spra­wę, że ni­g­dy nie po­znam na to py­ta­nie od­po­wie­dzi. Wiem jed­nak, że Ame­ry­ka­nie po­stą­pi­li słusz­nie, nie po­zwa­la­jąc na to, aby owa pro­ble­ma­tycz­na wy­po­wiedź zo­sta­ła po­zo­sta­wio­na bez re­ak­cji. Nie za­mie­rzam wcho­dzić w cu­dze kom­pe­ten­cje i dys­ku­to­wać tu nad for­mą czy wy­so­ko­ścią za­są­dzo­nej kary, ale je­stem zda­nia, że sza­cu­nek dla ry­wa­la jest war­to­ścią, któ­rą po­win­no się eg­ze­kwo­wać od każ­de­go spor­tow­ca. Inna spra­wa, że znacz­nie więk­szą świa­do­mość wagi wy­po­wie­dzia­nych przez sie­bie słów po­win­na mieć przede wszyst­kim sama Solo i w związ­ku z tym zda­wać so­bie spra­wę, że jest idol­ką i wzo­rem do na­śla­do­wa­nia dla se­tek ty­się­cy roz­po­czy­na­ją­cych przy­go­dę z pił­ką dziew­cząt i chłop­ców nie tyl­ko w USA (tak, je­stem cał­ko­wi­cie prze­ko­na­ny, że licz­ba ta nie jest w żad­nym ra­zie prze­sza­co­wa­na). Na­zy­wa­nie „ban­dą tchó­rzy” dru­ży­ny, któ­ra wła­śnie wy­ko­pa­ła mnie z roz­gry­wek, po­zba­wia­jąc tym sa­mym szan­sy na obro­nę ty­tu­łu, mimo naj­szczer­szych chę­ci trud­no na­zwać da­wa­niem do­bre­go przy­kła­du i na­wet co­raz in­ten­syw­niej bu­zu­ją­ca w ży­łach Solo go­rą­ca krew nie sta­no­wi tu oko­licz­no­ści ła­go­dzą­cych. Po­dob­nie zresz­tą jak to, że Szwed­ki wca­le nie po­czu­ły się prze­sad­nie do­tknię­te wspo­mnia­nym ko­men­ta­rzem, bo na­praw­dę trud­no było ocze­ki­wać, aby zmą­cił on ra­dość z wy­wal­czo­ne­go w nie­co­dzien­nych oko­licz­no­ściach awan­su do stre­fy me­da­lo­wej. Kontr­ar­gu­ment, że w mę­skiej pił­ce ta­kie wy­po­wie­dzi są na po­rząd­ku dzien­nym i nikt nie ro­bił­by z tego afe­ry, tak­że do mnie nie prze­ma­wia, gdyż aku­rat pe­łen róż­no­ra­kich pa­to­lo­gii świat mę­skiej pił­ki w przy­tła­cza­ją­cej więk­szo­ści wy­pad­ków nie jest dla mnie wy­ma­rzo­nym punk­tem od­nie­sie­nia. Zde­cy­do­wa­nie naj­bar­dziej roz­ba­wi­ło mnie jed­nak tłu­ma­cze­nie sa­mej Hope, któ­ra w stu­diu te­le­wi­zyj­nym za­pew­nia­ła, że nie­for­tun­nie uży­te przez nią sło­wo „tchó­rze” nie pa­dło w kon­tek­ście szwedz­kich pił­ka­rek i tre­ne­rek, ale tak­ty­ki, któ­ra osta­tecz­nie za­pro­wa­dzi­ła Skan­dy­naw­ki aż do fi­na­łu. Ame­ry­kań­ska gol­ki­per­ka pod­kre­śla­ła, jak wiel­ką przy­kro­ścią było dla niej ob­ser­wo­wa­nie co­fa­ją­cej się raz po raz w oko­li­ce wła­snej szes­nast­ki Lot­ty Sche­lin, ale naj­wy­raź­niej za­po­mnia­ła, że ta sama Sche­lin w dru­giej po­ło­wie do­gryw­ki umie­ści­ła fut­bo­lów­kę w jej siat­ce i je­dy­nie dzię­ki wy­jąt­ko­wo sła­bo pro­wa­dzą­cej to spo­tka­nie trój­ce sę­dziow­skiej z Oce­anii emo­cje na sta­dio­nie w Bra­si­lii prze­dłu­ży­ły się aż do rzu­tów kar­nych.

Sko­ro zaj­rze­li­śmy już na igrzy­ska, to na­szą bram­kar­ską opo­wieść ze­pnij­my pięk­ną, szwedz­ką klam­rą. Nie­wąt­pli­wą bo­ha­ter­ką tur­nie­ju w Rio była bo­wiem He­dvig Lin­dahl, z któ­rą nie­ro­ze­rwal­nie wią­że się krót­ka aneg­dot­ka, choć do­ty­czy ona wcze­śniej­sze­go okre­su jej ka­rie­ry. Od mniej wię­cej dwóch lat wie­lu mo­ich ko­le­gów pró­bu­je bez­sku­tecz­nie prze­ko­nać mnie, że re­wo­lu­cję w grze współ­cze­snych bram­ka­rzy za­po­cząt­ko­wał swo­ją po­sta­wą je­den z nie­miec­kich gol­ki­pe­rów. Wy­ni­ka z tego, że naj­wy­raź­niej nie mie­li oni oka­zji zo­ba­czyć w ak­cji mło­dej Lin­dahl, któ­ra swe­go cza­su nie­jed­no­krot­nie przy­pra­wia­ła każ­de­go z nas o szyb­sze bi­cie ser­ca swo­ją od­waż­ną i nie­kon­wen­cjo­nal­ną grą. Bro­niąc ko­lej­no barw Lin­köping, Göte­bor­ga oraz Kri­stian­stad, szwedz­ka gol­ki­per­ka nie usta­wa­ła w dzia­ła­niach, aby zo­stać pierw­szą na świe­cie bram­kar­ką gra­ją­cą w roli swe­eper ke­eper, co kil­ka razy bez­li­to­śnie wy­ko­rzy­sta­ły li­go­we ry­wal­ki, a Por­tia Mo­di­se z RPA za­pa­ko­wa­ła jej na­wet gola z po­ło­wy bo­iska. W po­cząt­ko­wej fa­zie bram­kar­skiej re­wo­lu­cji nie oby­ło się więc bez ofiar, ale trze­ba przy­znać, że w ostat­nich trzech la­tach for­ma Lin­dahl usta­bi­li­zo­wa­ła się na sta­łym, wy­so­kim po­zio­mie za­rów­no w klu­bie, jak i w re­pre­zen­ta­cji. Na ka­na­dyj­skim mun­dia­lu była ona jed­ną z nie­wie­lu pił­ka­rek ka­dry Pii Sun­dha­ge, któ­re z pew­no­ścią nie mu­sia­ły mieć do sie­bie pre­ten­sji za kom­plet­nie nie­uda­ny start w mi­strzo­stwach, a na bra­zy­lij­skich igrzy­skach po­tra­fi­ła na­pi­sać hi­sto­rię, dzię­ki któ­rej zy­ska­ła sta­łe miej­sce w ga­le­rii sław szwedz­kiej pił­ki, choć sama upar­cie twier­dzi, że znacz­ną część ro­bo­ty wy­ko­na­li za nią ana­li­ty­cy, a ona po pro­stu… rzu­ca­ła się tam, gdzie jej wska­za­no.

Cha­sta­in, Bran­di

Li­piec 1999. Pa­sa­de­na, Ka­li­for­nia. Na try­bu­nach nie­mal sto ty­się­cy wi­dzów, na ter­mo­me­trach nie­mal sto stop­ni Fah­ren­he­ita. Fi­nał pił­kar­skich mi­strzostw świa­ta. Sta­ny Zjed­no­czo­ne kon­tra Chi­ny. Ame­ry­kan­ki pod żad­nym po­zo­rem nie mogą po­zwo­lić so­bie na po­raż­kę, w koń­cu nie po to przez wie­le ty­go­dni w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach opra­co­wy­wa­no plan kon­su­mo­wa­nia dru­gie­go w hi­sto­rii mi­strzow­skie­go ty­tu­łu, aby wy­rzu­cić go do ko­sza po prze­gra­nym fi­na­le. Po stu dwu­dzie­stu mi­nu­tach wal­ki na ta­bli­cy wciąż wid­nie­je jed­nak wy­nik bez­bram­ko­wy, a na do­miar złe­go to Azjat­ki za­rów­no w re­gu­la­mi­no­wym cza­sie, jak i w do­gryw­ce są znacz­nie bliż­sze roz­strzy­gnię­cia spo­tka­nia na swo­ją ko­rzyść. Czy to moż­li­we, że wszyst­ko roz­sy­pie się w ostat­nim do­słow­nie mo­men­cie? Spo­koj­nie, nie­przy­pad­ko­wo znaj­du­je­my się za­le­d­wie kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów na pół­noc od słyn­ne­go Hol­ly­wo­od, a prze­cież w Ka­li­for­nii nie może być mowy o przy­pad­ko­wych za­koń­cze­niach. W fi­na­ło­wej sce­nie na are­nę wkra­cza więc Bran­di Cha­sta­in, cała na bia­ło, po­pra­wia wło­sy, bie­rze krót­ki roz­bieg i pre­cy­zyj­nym strza­łem tuż przy słup­ku w jed­nej se­kun­dzie uszczę­śli­wia wie­le mi­lio­nów Ame­ry­ka­nów. Sta­dion po­grą­ża się w ogól­nej eks­ta­zie, a bo­ha­ter­ka ostat­niej ak­cji zdej­mu­je ko­szul­kę, pada na ko­la­na i w swo­jej mi­strzow­skiej po­zie na­tych­miast tra­fia na okład­ki „Sports Il­lu­stra­ted”, „Time’a” i „New­swe­eka”, a kil­ka mie­się­cy póź­niej wraz z ko­le­żan­ka­mi z re­pre­zen­ta­cji od­bie­ra na­gro­dę dla Spor­tow­ca Roku, któ­ra ni­g­dy wcze­śniej i ni­g­dy póź­niej nie tra­fi­ła w ręce przed­sta­wi­cie­li pił­ki noż­nej. Ko­lej­ne wy­da­rze­nia po­to­czy­ły się już la­wi­no­wo i chy­ba nikt nie był prze­sad­nie za­sko­czo­ny, gdy la­tem 2000 roku to wła­śnie Cha­sta­in zo­sta­ła obok ko­szy­ka­rza Ke­vi­na Gar­net­ta twa­rzą po­pu­lar­nej mar­ki odzie­żo­wej, a mi­strzow­ska ka­dra z 1999 sta­ła się w me­diach sym­bo­lem ame­ry­kań­skie­go suk­ce­su i w nie­da­le­kiej przy­szło­ści po­wsta­ło o niej wie­le fil­mów do­ku­men­tal­nych opi­su­ją­cych chy­ba ze wszyst­kich moż­li­wych stron zwień­czo­ną hi­sto­rycz­nym suk­ce­sem kam­pa­nię.

Czy fi­nał mi­strzostw świa­ta 1999 rze­czy­wi­ście wy­glą­dał tak, że gdy­by nie Cha­sta­in, pu­char od­le­ciał­by do Chin? Cóż, nie do koń­ca, ale to wła­śnie jej wi­do­wi­sko­wa cie­szyn­ka sta­ła się na za­wsze sym­bo­lem ka­li­for­nij­skiej wik­to­rii i gdy­by dziś za­py­tać ame­ry­kań­skich sym­pa­ty­ków soc­ce­ra o pierw­sze sko­ja­rze­nie z po­tycz­ką sprzed nie­mal dwóch de­kad, dzie­wię­ciu na dzie­się­ciu an­kie­to­wa­nych bez chwi­li wa­ha­nia wska­za­ło­by wła­śnie na nie­kon­tro­lo­wa­ny wy­buch ra­do­ści de­fen­sor­ki z San Jose. Mało kto przy tym pa­mię­ta, że bar­dzo wie­le czyn­ni­ków zło­ży­ło się na to, że Cha­sta­in w ogó­le mia­ła oka­zję do za­pre­zen­to­wa­nia świa­tu spek­ta­ku­lar­nej ce­le­bra­cji. Choć ze­bra­ni na Rose Bowl w Pa­sa­de­nie ki­bi­ce przez sto dwa­dzie­ścia mi­nut nie obej­rze­li ani jed­ne­go gola, to szcze­gól­nie w dru­giej po­ło­wie i w do­gryw­ce Chin­ki stwo­rzy­ły so­bie kil­ka na­praw­dę do­god­nych oka­zji do tego, aby fi­na­ło­wy po­je­dy­nek za­koń­czył się ich zwy­cię­stwem. Naj­lep­sza z nich wy­da­rzy­ła się wła­śnie w do­dat­ko­wym cza­sie gry, lecz fut­bo­lów­kę nie­chyb­nie zmie­rza­ją­cą wów­czas do ame­ry­kań­skiej bram­ki w ostat­niej chwi­li gło­wą wy­bi­ła z li­nii bram­ko­wej fi­li­gra­no­wa Kri­sti­ne Lil­ly. W myśl pa­nu­ją­cych wów­czas prze­pi­sów, gdy­by nie ta in­ter­wen­cja, tam­te­go dnia nie by­ło­by nam dane emo­cjo­no­wać się kon­kur­sem rzu­tów kar­nych, ale – jak to w ka­li­for­nij­skim ki­nie – gdy na­stą­pił punkt kul­mi­na­cyj­ny, wszyst­ko, co wy­da­rzy­ło się wcze­śniej, na­tych­miast stra­ci­ło na zna­cze­niu.

Mun­dial 1999 był dla Ame­ry­ka­nów czymś znacz­nie wię­cej niż tyl­ko ko­lej­nym tur­nie­jem pił­kar­skim i nie bę­dzie wiel­kiej prze­sa­dy w stwier­dze­niu, że wy­wal­cze­nie mi­strzow­skie­go ty­tu­łu było dla wie­lu z nich nie­mal­że spra­wą ży­cia i śmier­ci. Je­den z po­wo­dów był oczy­wi­ście taki, że mi­strzo­stwa po raz pierw­szy w hi­sto­rii roz­gry­wa­no na ame­ry­kań­skiej zie­mi, a jak do­sko­na­le wie­my, aku­rat ten na­ród szcze­gól­nie nie­na­wi­dzi po­ra­żek po­nie­sio­nych na wła­snym te­re­nie. Głów­na przy­czy­na le­ża­ła jed­nak zu­peł­nie gdzie in­dziej, a na­pę­dza­ła ją prze­moż­na chęć… na­pra­wie­nia wła­snych błę­dów sprzed ośmiu lat. Wła­śnie wte­dy pił­kar­ki USA po raz pierw­szy wy­wal­czy­ły ty­tuł naj­lep­szej dru­ży­ny świa­ta, lecz osią­gnię­ty na chiń­skich bo­iskach suk­ces prze­szedł w kra­ju wła­ści­wie bez echa. Ot, dziew­czy­ny po­je­cha­ły so­bie na dru­gi ko­niec glo­bu, przy­wio­zły do domu zło­te me­da­le i to by było na tyle. Gdy tyl­ko zo­rien­to­wa­no się, jak wiel­ki po­ten­cjał me­dial­no-eko­no­micz­ny zmar­no­wa­no, na­tych­miast przy­stą­pio­no do za­kro­jo­nej na sze­ro­ką ska­lę ope­ra­cji 1999. Jej pierw­szym eta­pem było spro­wa­dze­nie do Sta­nów Zjed­no­czo­nych sa­mej im­pre­zy, a gdy to się po­wio­dło, na­le­ża­ło jesz­cze za­trosz­czyć się o jej wy­nik. Nie mam tu ab­so­lut­nie na my­śli żad­nych nie­cnych pro­ce­de­rów, gdyż nie dość, że nie je­stem i ni­g­dy nie by­łem w po­sia­da­niu ja­kich­kol­wiek in­for­ma­cji na ich te­mat, to zna­jąc ame­ry­kań­ską men­tal­ność, nie przy­pusz­czam, aby ce­lem or­ga­ni­za­to­rów było zwy­cię­stwo po nie­uczci­wej wal­ce. Praw­dą jest jed­nak rów­nież to, że wszy­scy wy­śmie­ni­cie zda­wa­li so­bie spra­wę, iż mun­dia­lo­we zło­to dla USA może oka­zać się ko­łem za­ma­cho­wym nie tyl­ko dla ame­ry­kań­skie­go soc­ce­ra, ale też glo­bal­nie dla ca­łej dys­cy­pli­ny. Już przed roz­po­czę­ciem tur­nie­ju było ja­sne, że roz­gry­wa­ne na obu wy­brze­żach Sta­nów Zjed­no­czo­nych mi­strzo­stwa będą ol­brzy­mim przed­się­wzię­ciem, lecz do­pie­ro awans pił­ka­rek pro­wa­dzo­nych przez Tony’ego Di­Cic­co do stre­fy me­da­lo­wej gwa­ran­to­wał, że za­in­te­re­so­wa­nie tur­nie­jem nie osłab­nie aż do jego ostat­nie­go dnia, a ewen­tu­al­ne w nim zwy­cię­stwo Ame­ry­ka­nek da­wa­ło na­dzie­ję na to, że sta­nie się on po­cząt­kiem no­wej, lep­szej ery, choć wła­ści­wie nikt do koń­ca nie wie­dział, cze­go moż­na się po niej spo­dzie­wać. Tak czy ina­czej, re­pre­zen­tant­ki USA nie po­trze­bo­wa­ły ja­kie­go­kol­wiek wspar­cia z ze­wnątrz, aby w do­brym sty­lu wy­grać swo­ją gru­pę, a wo­rek z kon­tro­wer­sja­mi na do­bre roz­wią­zał się do­pie­ro w fa­zie pu­cha­ro­wej. Go­spo­dy­niom nie sta­ła się osta­tecz­nie więk­sza krzyw­da ani w ćwierć­fi­na­le z Niem­ka­mi (3:2 po fe­no­me­nal­nym me­czu, Bran­di Cha­sta­in strze­la­ła do obu bra­mek), ani w pół­fi­na­le prze­ciw­ko Bra­zy­lii (wy­nik na 2:0 usta­li­ła Mi­chel­le Akers, sku­tecz­nie eg­ze­kwu­jąc je­de­nast­kę), ale w wiel­kim fi­na­le Chin­ki, któ­re ty­dzień wcze­śniej prze­je­cha­ły się po bro­nią­cych ty­tu­łu Nor­weż­kach, za­wie­si­ły po­przecz­kę nad­spo­dzie­wa­nie wy­so­ko. O zwy­cię­stwie USA prze­są­dził ko­niec koń­ców do­pie­ro kon­kurs rzu­tów kar­nych, lecz nie mo­że­my za­po­mi­nać, że jego wy­nik zo­stał w ka­ry­god­ny spo­sób wy­pa­czo­ny. Pro­wa­dzą­ca spo­tka­nie Szwaj­car­ka Ni­co­le Pe­ti­gnat upar­ła się, że nie bę­dzie za­uwa­żać za­cho­wa­nia Bria­ny Scur­ry, któ­ra za każ­dym ra­zem w mo­men­cie strza­łu chiń­skiej pił­kar­ki sta­ła trzy kro­ki (!) przed li­nią bram­ko­wą. Pani ar­bi­ter była w swo­im po­sta­no­wie­niu do bólu kon­se­kwent­na, a ła­mią­ca ewi­dent­nie prze­pi­sy gry w pił­kę noż­ną ame­ry­kań­ska gol­ki­per­ka – choć obro­ni­ła za­le­d­wie jed­no ude­rze­nie z pię­ciu – otrzy­ma­ła w na­gro­dę zło­ty me­dal mi­strzostw świa­ta. Wie­lo­krot­nie sły­sza­łem py­ta­nie, czy gdy­by tam­ten mecz roz­gry­wa­ny był na przy­kład w Chi­nach, to Azja jesz­cze w dwu­dzie­stym wie­ku do­cze­ka­ła­by się pierw­sze­go mun­dia­lo­we­go trium­fu, ale dziś mo­że­my w tej kwe­stii je­dy­nie gdy­bać, a i tak nie bę­dzie­my w sta­nie zmie­nić prze­szło­ści, w któ­rej ów fi­nał od­był się w Ka­li­for­nii, czy­li w miej­scu, gdzie z re­gu­ły zwy­cię­ża bo­ha­ter od sa­me­go po­cząt­ku kre­owa­ny na zwy­cięz­cę.

Wspo­mnia­łem już, że zwy­cię­stwo Ame­ry­ka­nek mia­ło być swo­istym no­wym otwar­ciem, i spo­glą­da­jąc na tur­niej sprzed nie­mal dwu­dzie­stu lat z dzi­siej­szej per­spek­ty­wy, trze­ba przy­znać, że rze­czy­wi­ście nim było. Wia­do­mo, że w spo­rcie i w po­li­ty­ce za­wsze znaj­dą się tacy, któ­rzy będą na­rze­kać na zbyt wol­no za­cho­dzą­ce zmia­ny, lecz pa­trząc mak­sy­mal­nie obiek­tyw­nie – pił­kar­ski świat zmie­nił się po Mun­dia­lu 1999 nie do po­zna­nia. Na­zwi­ska Mii Hamm czy Bran­di Cha­sta­in znał od tej pory pra­wie każ­dy Ame­ry­ka­nin, a przed­sta­wi­ciel­ki zło­tej dru­ży­ny śmia­ło wkro­czy­ły na te­ry­to­ria nie­do­stęp­ne na­wet dla spor­t­sme­nek upra­wia­ją­cych znacz­nie bar­dziej ame­ry­kań­skie dys­cy­pli­ny. Nic więc dziw­ne­go, że gdy kil­ka­na­ście lat póź­niej Abby Wam­bach w dra­ma­tycz­nych oko­licz­no­ściach, w ostat­niej se­kun­dzie do­gryw­ki, do­pro­wa­dza­ła do re­mi­su w ry­wa­li­za­cji z Bra­zy­lią3, jej wy­czyn okla­ski­wa­ły mi­lio­ny ro­da­ków z pre­zy­den­tem Ba­rac­kiem Oba­mą na cze­le, a na­stęp­ne­go dnia in­for­ma­cja o me­czu w Dreź­nie zna­la­zła się na pierw­szych stro­nach na­wet tych ga­zet, któ­re na co dzień nie mają z pił­ką noż­ną ani w ogó­le ze spor­tem zbyt wie­le wspól­ne­go. Trud­no, rzecz ja­sna, ocze­ki­wać, aby w Sta­nach Zjed­no­czo­nych pił­kar­ki kie­dy­kol­wiek mia­ły rów­nać się po­pu­lar­no­ścią z naj­więk­szy­mi gwiaz­da­mi NFL czy NBA, bar­dzo wie­le po­zo­sta­ło jesz­cze do zro­bie­nia w kwe­stii rów­no­ści płac, ale sta­tus, ja­kim dziś cie­szą się w tym kra­ju cho­ciaż­by Alex Mor­gan czy To­bin He­ath, jed­no­znacz­nie po­ka­zu­je, jak dłu­gą dro­gę już uda­ło się po­ko­nać. Po­dzi­wia­jąc wspa­nia­łą otocz­kę, jaka to­wa­rzy­szy dziś każ­de­mu wy­da­rze­niu z udzia­łem USWNT, war­to jed­nak pa­mię­tać, że to wła­śnie zwień­czo­na peł­nym suk­ce­sem na wszyst­kich fron­tach kam­pa­nia 1999 była prze­ło­mo­wym i w za­sa­dzie naj­waż­niej­szym, moż­na by rzec, mi­lo­wym kro­kiem w wę­drów­ce ku lep­szej przy­szło­ści.

Sko­ro ob­ra­ca­my się od pew­ne­go cza­su w te­ma­cie ame­ry­kań­skich mi­strzostw, to war­to na sam ko­niec po­świę­cić tro­chę miej­sca re­pre­zen­ta­cji, któ­ra była – choć może w jej przy­pad­ku to nie­zbyt for­tun­ne okre­śle­nie – praw­dzi­wym czar­nym ko­niem tam­tej im­pre­zy. Ni­ge­ryj­ki, bo o nich mowa, jako pierw­szy w hi­sto­rii przed­sta­wi­ciel Afry­ki awan­so­wa­ły do ćwierć­fi­na­łu i na­praw­dę nie­wie­le bra­ko­wa­ło, by z roz­ma­chu za­mel­do­wa­ły się na­wet w stre­fie me­da­lo­wej. Po­nie­waż na tur­nie­ju w Sta­nach Zjed­no­czo­nych hi­sto­ria two­rzy­ła się każ­de­go dnia, a me­dia prze­ści­ga­ły się przede wszyst­kim w ko­lej­nych sen­sa­cyj­nych do­nie­sie­niach z ame­ry­kań­skie­go obo­zu, suk­ces za­wod­ni­czek z Czar­ne­go Lądu po­zo­stał pra­wie nie­zau­wa­żo­ny, a by­ło­by szko­da, gdy­by świat zu­peł­nie za­po­mniał o dru­ży­nie, któ­rej po­sta­wą tak bar­dzo się prze­cież emo­cjo­no­wa­li­śmy. Dru­ży­na Ni­ge­ry­jek nie była być może eki­pą pre­zen­tu­ją­cą naj­bar­dziej upo­rząd­ko­wa­ny fut­bol, ale en­tu­zjazm i pa­sja od niej bi­ją­ce spo­wo­do­wa­ły, że nie­zwy­kle szyb­ko sta­ła się re­pre­zen­ta­cją dru­gie­go wy­bo­ru dla więk­szo­ści ki­bi­ców i ob­ser­wa­to­rów. Ja­kiś udział mie­li w tym z pew­no­ścią rów­nież na­der ży­wio­ło­wo re­agu­ją­cy na bo­isko­we i nie tyl­ko wy­da­rze­nia ni­ge­ryj­scy fani, któ­rzy po­nie­śli swo­ją ka­drę do da­ją­ce­go prze­pust­kę do ćwierć­fi­na­łu zwy­cię­stwa nad Da­nią, ale dla mnie Mun­dial 1999 na za­wsze bę­dzie miał twarz Mer­cy Aki­de. Nie wy­ma­chu­ją­ca ko­szul­ką Bran­di Cha­sta­in, nie ofiar­nie in­ter­we­niu­ją­ca Kri­sti­ne Lil­ly, nie uosa­bia­ją­ca pił­kar­ską per­fek­cję Wen Sun, lecz wła­śnie nie­zmor­do­wa­na Afry­kan­ka była tą za­wod­nicz­ką, któ­rej gra naj­bar­dziej utkwi­ła mi w pa­mię­ci. W ćwierć­fi­na­le prze­ciw­ko Bra­zy­lii, a mecz ten, no­ta­be­ne, wciąż po­zo­sta­je dla mnie naj­lep­szym, jaki kie­dy­kol­wiek ro­ze­gra­no na pił­kar­skich mi­strzo­stwach świa­ta, Aki­de na li­stę strzel­czyń się nie wpi­sa­ła, ale i tak mia­ła ol­brzy­mi udział w od­ro­bie­niu przez Ni­ge­ryj­ki trzy­bram­ko­wej stra­ty z pierw­szej po­ło­wy i do­pro­wa­dze­niu do do­gryw­ki. Peł­ne dra­ma­tur­gii bra­zy­lij­sko-ni­ge­ryj­skie star­cie skoń­czy­ło się osta­tecz­nie w spo­sób w zu­peł­no­ści god­ny tak wspa­nia­łe­go wi­do­wi­ska, a zło­ty gol au­tor­stwa Sis­si (in­nej wiel­kiej gwiaz­dy tam­te­go tur­nie­ju) mógł­by być ozdo­bą każ­dej pił­kar­skiej im­pre­zy. Tra­fie­nie to de­fi­ni­tyw­nie za­koń­czy­ło nie­ste­ty pięk­ny ni­ge­ryj­ski sen, a pew­nym po­cie­sze­niem dla Mer­cy Aki­de mo­gło być wy­łącz­nie to, że naj­wy­raź­niej nie by­łem je­dy­ną oso­bą ocza­ro­wa­ną jej po­sta­wą, za­chwy­ce­ni Ame­ry­ka­nie po­sta­no­wi­li zaś zro­bić wszyst­ko, aby tyl­ko za­trzy­mać ją w kra­ju, w któ­rym to zresz­tą miesz­ka do dziś. Co zaś się ty­czy Ni­ge­rii, to mo­że­my je­dy­nie ża­ło­wać, że tam­tej­sza fe­de­ra­cja nie po­szła śla­da­mi Ame­ry­ka­nów i na ba­zie nie­by­wa­łe­go osią­gnię­cia do dziś nie po­tra­fi­ła zbu­do­wać choć­by na­miast­ki pro­fe­sjo­nal­nej re­pre­zen­ta­cji.

Dys­kry­mi­na­cja

Naj­wyż­sza pora po­wró­cić do kwe­stii za­sy­gna­li­zo­wa­nej na wstę­pie, czy­li po­strze­ga­nia ko­bie­cej pił­ki noż­nej przez świa­to­wą opi­nię pu­blicz­ną. Choć ostat­nie de­ka­dy przy­nio­sły na­praw­dę dy­na­micz­ny roz­wój na­szej dys­cy­pli­ny, nie ma co prze­sad­nie za­kła­my­wać rze­czy­wi­sto­ści – nie jest do­brze. Oczy­wi­ście, są kra­je, gdzie ska­la pro­ble­mu jest zde­cy­do­wa­nie mniej­sza, ale nie bra­ku­je i ta­kich, w któ­rych ko­bie­ta ko­pią­ca pił­kę wciąż trak­to­wa­na jest w naj­lep­szym ra­zie z po­bła­ża­niem. Skąd w ogó­le wziął się za­tem ten krzyw­dzą­cy, a jed­no­cze­śnie tak bar­dzo za­ko­rze­nio­ny w wie­lu kul­tu­rach ste­reo­typ, że pił­ka noż­na jest do­me­ną męż­czyzn? Kto do­ło­żył naj­wię­cej ce­gie­łek do tego, aby go utrwa­lić i za­ce­men­to­wać? Czy winę po­no­szą tu przede wszyst­kim me­dia, spon­so­rzy, a może – choć na po­zór brzmi to ab­sur­dal­nie – same pił­kar­ki? Py­tań jest wie­le, a sko­ro tak, to spró­bu­je­my po­szu­kać od­po­wie­dzi przy­naj­mniej na naj­waż­niej­sze z nich.

Na