Kobieta zmienną jest - Bogdan Wojciszke - ebook
lub
Opis

Czy dawne mądrości ludowe i przysłowia mogą mieć coś wspólnego z psychologią? Okazuje się, że bardzo wiele, bo to właśnie w nich kryje się źródło wiedzy o społeczeństwie, uczuciach czy ludzkich nawykach. Profesor Wojciszke z humorem i szczyptą ironii przekłada tradycyjne porzekadła na współczesny język.

Książka zabiera nas w wyjątkową, fascynującą podróż do krainy słów. Znane od zawsze prawdy nabiorą dzięki niej nowego znaczenia. Dowiemy się też między innymi, dlaczego:

• kobieta jest zmienna,

• miłość niejedno ma imię,

• a szczęśliwi czasu nie liczą.

Przekonamy się również, że mamy wiele okazji do szczęścia, bo „szczęście jest zapisane w gwiazdach”, ale i „szczęście zależy od nas samych”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 236


Recenzja wydawnicza: prof. Jerzy Bralczyk

Copyright © by Bogdan Wojciszke & Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Sopot, 2009.

Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego.

Wydanie drugie

Redakcja: Małgorzata Jaworska, Patrycja Pacyniak

Korekta: zespół

Skład: Mirosław Tojza

Projekt okładki: Monika Pollak

Zdjęcie na okładce: © Stuart Kinlough/Getty Images

ISBN 978-83-7489-634-4

Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne Sp. z o.o.

ul. J. Bema 4/1a, 81–753 Sopot

e-mail: gwp@gwp.pl

www.gwp.pl

www.wydawnictwogwp.pl

Skład wersji elektronicznej: Tomasz Szymański

konwersja.virtualo.pl

Wstęp

Wiedza potoczna i literatura pełne są przeróżnych mądrości o człowieku. Niezliczone przysłowia, porzekadła, sentencje, cytaty, aforyzmy mówią nam, jaki człowiek jest, co czuje, jak myśli i postępuje. Cokolwiek byśmy zaobserwowali u innych lub u siebie samych, w wiedzy potocznej natychmiast znajdziemy wyjaśnienie. Właściwie nie sposób się zadziwić, ponieważ cokolwiek się wydarzy, z łatwością to rozumiemy. Jednak owo zrozumienie jest tylko złudzeniem – wystarczy przyjrzeć się tym pięciu parom maksym:

Szczęście zapisane jest w gwiazdach.

Szczęście zależy od nas samych.

Im więcej, tym lepiej.

Co za dużo, to niezdrowo.

Głupim szczęście sprzyja.

Mądrzy są szczęśliwi.

Przeciwieństwa się przyciągają.

Podobieństwa się przyciągają.

Co dwie głowy, to nie jedna.

Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść.

Niemal każda zdroworozsądkowa prawda o człowieku ma swoje dokładne zaprzeczenie w tym samym zdrowym rozsądku. Wzajemnie sprzeczne „prawdy” istnieją tam obok siebie, choć nigdy nie są sobie przeciwstawiane. Dlatego też wszystko możemy wyjaśnić po fakcie, ale nie możemy niczego przewidzieć, zanim to się stanie, czyli tak naprawdę wiedza potoczna nie dostarcza wyjaśnień rzeczywistych, lecz jedynie pozorne. W zdrowym rozsądku jest więcej zdrowia niż rozsądku. Wiedza potoczna służy poczuciu, że rozumiemy człowieka, że go ogarniamy, co jest poczuciem zdrowym i potrzebnym (jak przekonuje anegdota o kotach: „Idą dwa koty przez pustynię. Idą, idą, aż jeden mówi do drugiego: »Kurczę! Nie ogarniam tej kuwety!«”). Prawdziwej wiedzy dostarcza dopiero nauka. Ona to przeciwstawia sobie sprzeczności i poszukuje odpowiedzi na pytanie, która teza jest prawdziwa.

W tej książce próbuję odpowiedzieć na pytanie o to, które ze sprzecznych maksym o człowieku są prawdziwe w świetle wiedzy zgromadzonej przez psychologię. Psychologia jest młodą nauką, powstała w końcu XIX wieku, kilka tysięcy lat po astronomii. Zadziwiające, że ludzie znacznie wcześniej interesowali się odległymi gwiazdami niż tym, co się dzieje w ich głowach. Mimo to trochę już się dowiedzieliśmy, choć czasami nie tego, czego byśmy chcieli. Nie stronię tu od formułowania własnych opinii, jednak ich podstawą są zawsze fakty stwierdzone w badaniach naukowych, nie zaś moje upodobania. Choć staram się ubarwić swoje wywody anegdotą, jest ona tylko ilustracją, nigdy źródłem wiedzy.

Poszczególne rozdzialiki można czytać w dowolnej kolejności – są one uporządkowane tylko alfabetycznie. W tej książce opowiadam o kobietach i mężczyznach, o tym, co ich różni i co upodabnia do siebie, o uczuciach i szczęściu, a szczególnie o miłości i bliskich związkach. Jej uzupełnieniem jest książka Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe. W tej drugiej opowiadam o wzajemnych relacjach ludzi, o różnych złudzeniach, w które popadamy, gdy myślimy o świecie społecznym, o tym, jak oceniamy siebie samych i innych, o różnych figlach, jakie potrafi nam spłatać nasz umysł, który w sporej części działa niezależnie od naszej woli i kontroli.

Podziękowania

Książka ta, a nawet sam jej pomysł, nigdy by nie powstały, gdybym nie miał środowiska wspaniałych współpracowników i przyjaciół – spotkania z nimi są sensotwórcze i dostarczają tego niezwykłego rodzaju dreszczyku, jakim jest przyjemność umysłowa. To Róża Bazińska, Jacek Buczny, Ola Cisłak, Eufrozyna Gruszecka, Alina Kolańczyk, Wiesław Łukaszewski, Tomasz Maruszewski, Michał Parzuchowski, Joanna Różycka, Krystyna Ruszczak, Ania Strużyńska, Ola Szymków oraz Wiesiek Baryła, uczeń, który stał się nauczycielem i jest wiernym od lat kompanem w umysłowych przedsięwzięciach, z których wiele okazało się kompletną katastrofą, choć nieliczne okazały się obiecujące. Dziękuję też Małgosi Jaworskiej i Joli Świetlikowskiej za liczne pomysły, które wzbogaciły ten projekt. Bożence dziękuję za wszystko.

1Chłopcy się rodzą,będzie wojna

Nie udało mi się odnaleźć źródła tego powiedzenia, ale musi być bardzo stare, skoro Adam Mickiewicz włożył je w usta Gerwazego Rębajły: „Syn będzie, bo wojny nadchodzą, a w czasie wojny zawżdy synowie się rodzą”. Co zdumiewające, porzekadło to okazuje się bardzo prawdziwe, a związek proporcji młodych mężczyzn w populacji z wojnami jest zaskakująco silny.

Kanadyjczycy Christian Mesquida i Neil Wiener obliczyli związek między proporcją mężczyzn w wieku 15–29 lat (w stosunku do reszty mężczyzn w populacji kraju) a intensywnością wojen, mierzoną liczbą zabitych na milion mieszkańców. Były to wojny domowe, ponieważ głównie takie toczyły się w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, a tego właśnie okresu dotyczą dane. Autorzy policzyli ten związek dla krajów wówczas niedawno upadłego Związku Sowieckiego, potem zaś dla wszystkich krajów świata, w których przypadku dostępne były odpowiednie dane, czyli stu pięćdziesięciu siedmiu państw. Za każdym razem uzyskiwali ten sam wynik – im więcej młodych mężczyzn w kraju, tym dotkliwsze konflikty zbrojne, a korelacja ta jest bardzo silna i wynosi 0,76 (gdzie 1,00 to wartość maksymalna). Na pierwszy rzut oka się wydaje, że to typowa korelacja pozorna, taka jak, powiedzmy, związek liczby bocianów z liczbą rodzących się w gminie dzieci. To prawda, że im więcej bocianów, tym więcej dzieci, ale to wcale nie znaczy, że bociany przynoszą dzieci, ponieważ związek jest pozorny – po prostu na wsi rodzi się więcej dzieci i gniazduje tam więcej bocianów. Podobnie związek proporcji młodych mężczyzn z wojnami może być pozorny i wynikać na przykład z biedy, gdyż w biednych krajach rodzi się więcej dzieci i mogą być one bardziej skłonne do wojny, skoro mają mniej do stracenia. Albo z nierówności dochodów, która może wzmagać rywalizację. Albo z gęstości zaludnienia, która może sprzyjać agresji, co w swoim czasie wykryto w badaniach na szczurach. Albo z ogólnej jakości demokracji – gdy ta zawodzi, wzrasta ryzyko wojny domowej. Wszelako związek proporcji młodych mężczyzn z dotkliwością wojen nadal się utrzymuje, nawet przy kontroli wszystkich tych czynników. Na przykład przy kontroli poziomu dochodów spada do 0,52, a przy kontroli ich zróżnicowania w danym społeczeństwie (za pomocą tak zwanego wskaźnika Giniego) nieco rośnie – do 0,84.

Co więcej, podobny związek można zauważyć, śledząc antropologiczne opisy społeczności plemiennych. Wśród pokojowo usposobionych plemion, takich jak Dobe !Kung w południowej Afryce czy Semki Senoi w Malezji, proporcja mężczyzn młodych do starszych wynosi 55 do 73. Natomiast wśród plemion wojowniczych, jak Yanomamö z Wenezueli czy Dinka z Sudanu, proporcje te wynoszą 176 do 127, czyli młodych mężczyzn jest tam znacznie więcej niż starszych, głównie dlatego, że ci ostatni wyginęli w poprzednich wojnach.

Dlaczego im więcej młodych mężczyzn, tym więcej wojen? Może natura zawczasu przygotowuje się do przyszłych ubytków? Takie przypuszczenie jest jednak bez sensu. Natura, a dokładnie: dobór naturalny, nigdy nie działa w przód, ponieważ nie ma czegoś takiego jak intencja czy zamiar natury. Ponadto przyrost liczby młodych mężczyzn nie następuje po wojnach ani przed wojnami, ale równocześnie z nimi. Aby zrozumieć tę zadziwiającą zależność, warto przywołać jeszcze jedną prawidłowość. Wszędzie na świecie i we wszystkich analizowanych okresach obserwuje się, że ciężka agresja (zabójstwa, napady, pobicia) to w 90% przypadków dzieło mężczyzn. Tak jest zarówno w krajach, gdzie stopa zabójstw jest bardzo niska (jak w Skandynawii), jak i w krajach, gdzie jest ona wysoka (Stany Zjednoczone czy Rosja). Tak jest także w krajach, gdzie zabójstwo nie wymaga siły fizycznej, ponieważ dokonywane jest głównie za pomocą broni palnej, na przykład w Stanach Zjednoczonych. Co więcej, przeważająca większość zabójstw jest dziełem młodych mężczyzn, w wieku od 15 do 29 lat. Młodzi mężczyźni częściej również wdają się w bójki, uprawiają hazard i seks bez zabezpieczeń, sięgają po alkohol i narkotyki, uprawiają sporty ekstremalne i rywalizacyjne, groteskowo przeceniają swoje umiejętności za kółkiem i powodują wypadki komunikacyjne. Krótko mówiąc, młodzi mężczyźni są nieporównanie większymi ryzykantami niż jakakolwiek inna grupa demograficzna. Dlaczego?

Odpowiedź warto rozpocząć, odnotowując zadziwiające odkrycia współczesnej genetyki. Analizy materiału genetycznego, który kobiety dziedziczą tylko po swoich matkach (DNA mitochondrialne) albo mężczyźni dziedziczą tylko po swoich ojcach (chromosom Y), pozwalają szacować, że spośród wszystkich żyjących w przeszłości kobiet sukces reprodukcyjny odniosło około 80%, podczas gdy tylko 40% mężczyzn może pochwalić się tym samym. Większości kobiet do sukcesu reprodukcyjnego (rozmnożenia się) wystarczyło po prostu to, że urodziły się kobietami. Większości mężczyzn potrzeba było znacznie więcej – musieli zwyciężyć we współzawodnictwie z innymi mężczyznami. Nie ulega wątpliwości, że konkurencja na rynku matrymonialnym mężczyzn jest nieporównanie większa niż konkurencja między kobietami, a w przeszłości było to jeszcze bardziej nasilone. Społeczeństwa bardzo się różnią dzietnością, czyli przeciętną liczbą dzieci rodzonych przez kobietę – we współczesnej Polsce liczba ta wynosi zaledwie 1,2, podczas gdy w wielu krajach Czarnej Afryki przekracza 6,0. Jednakże wewnątrz danego społeczeństwa kobiety mają mniej więcej tyle samo dzieci, natomiast mężczyźni są pod tym względem bardziej zróżnicowani – niektórzy mają dzieci wiele, inni zaś nie mają ich wcale. Analizy historyczne wskazują, że sukces reprodukcyjny mężczyzn był silnie powiązany z ich pozycją społeczną. Największym wygranym był prawdopodobnie Dżyngis-chan – nieprzypadkowo zdobywca większości współczesnego sobie świata. Specjaliści szacują, że mógł spłodzić ponad tysiąc dzieci, a poważna część populacji Azji dziedziczy jego geny.

Większa konkurencja mężczyzn niż kobiet na rynku matrymonialnym wyjaśnia, dlaczego mężczyźni gotowi są do bardziej ryzykownych zachowań, z wojnami i zabójstwami włącznie. Aby zdobyć i utrzymać przy sobie partnerkę, mężczyzna musi coś jej zaoferować – uczucia i zaangażowanie, ale też zasoby materialne, bądź przynajmniej szanse ich zdobycia w przewidywalnej przyszłości. Młodzi mężczyźni takich zasobów nie mają i starają się je pozyskać na wszelkie sposoby. Jeżeli są wykształceni, utalentowani i pochodzą z rodzin o wysokiej pozycji społecznej, to zostają prawnikami, przedsiębiorcami czy innymi profesjonalistami uczciwie zarabiającymi na chleb. Jeżeli zaś są pozbawieni tych walorów, to mogą pozyskać zasoby tylko w ryzykowny sposób – zabierając je innym mężczyznom (trzy czwarte zabójstw to sytuacja, w której mężczyzn zabija mężczyznę), kradnąc, napadając bądź idąc na wojnę. Młodzi mężczyźni, którzy zostają przestępcami, są mniej inteligentni, mniej wykształceni, rzadziej mają pracę i pochodzą z biedniejszych środowisk niż ich porządni rówieśnicy. Większa skłonność mężczyzn do ryzyka wydaje się uwarunkowana biologicznie – z tego punktu widzenia lepiej podjąć nawet bardzo ryzykowne kroki zwiększające szanse sukcesu reprodukcyjnego, niż nie podejmować żadnych i skazać się na bezpotomność.

Grupowe konflikty o niewystarczające dobra to nieodłączny element życia społecznego. Dobrze wiemy, że nie zawsze muszą kończyć się wojną. Jednakże wojna wydaje się tym bardziej prawdopodobna, im większą część populacji stanowią młodzi mężczyźni. A uwiecznione w Panu Tadeuszu porzekadło „Chłopcy się rodzą, będzie wojna” okazuje się mieć więcej sensu, niż na to wygląda.

2Głupimszczęście sprzyja

„Głupim szczęście sprzyja” – to przysłowie można znaleźć w niemal każdym języku europejskim. Z racjonalnego punktu widzenia jest to zdanie fałszywe – trudno sobie wyobrazić mechanizm, na którego mocy głupcy mieliby zdolność do przyciągania przypadkowych, a zarazem szczęśliwych zdarzeń. Przypadki są losowe, więc przydarzają się równie często bądź równie rzadko różnym ludziom – durniom i mędrcom, blondynom i brunetom. Pod względem psychologicznym zdanie „Głupim szczęście sprzyja” jest jednak zrozumiałe, jeśli bowiem osobie niekompetentnej czy początkującej uda się coś dobrze zrobić, jest to szczególnie wyraziste i nieoczekiwane, a przez to lepiej zapada w pamięć. Kiedy więc przeszukujemy pamięć, by odpowiedzieć na pytanie, komu szczęście sprzyja, z większą łatwością przychodzą nam do głowy te zdarzenia, w których coś się udało osobie raczej nieudolnej niż kompetentnej.

„Głupim szczęście sprzyja” ma jeszcze jedno, nieco inne znaczenie – to mianowicie, że głupota jest niezbędnym warunkiem szczęścia, że tylko głupiec jest w stanie być szczęśliwy, albowiem mądry za dużo widzi i rozumie. Taki pogląd szczególnie często wyrażają Francuzi – naród czytający najwięcej gazet i książek w Europie, a przy tym bardzo poważny. Gdy pewien dziennikarz spytał generała Charles’a de Gaulle’a, czy dąży do szczęścia, prezydent Francuzów odpowiedział pytaniem: „Ma pan mnie za głupca?”. Generał zapewne czytał swoich wielkich rodaków, z upodobaniem wygłaszających sentencje o nieuchronnych związkach głupoty ze szczęściem, jak „Szczęście jest możliwe tylko za cenę pewnej ignorancji” (Anatol France) czy „Być głupim egoistą o dobrym zdrowiu to trzy warunki szczęścia, choć wszystko stracone bez głupoty” (Gustave Flaubert). Pogląd, że głupi są szczęśliwsi, można oczywiście sprawdzić empirycznie – wystarczy zmierzyć u tych samych ludzi mądrość i szczęście. Problem w tym, że nie mamy dobrych miar mądrości. Mamy zaś dobre miary inteligencji, która co prawda nie jest tym samym co mądrość, ale zgodzić się można, że stanowi pewne jej przybliżenie. Nad związkiem inteligencji ze szczęściem przeprowadzono około dwudziestu badań obejmujących ponad dwa i pół tysiąca ludzi, a ich podsumowanie wykazało, że związek ten jest dodatni, ale bardzo słaby, tuż powyżej poziomu wahań losowych. Im bardziej człowiek jest inteligentny, tym jest szczęśliwszy, ale tylko odrobinę. Rację miał raczej Konfucjusz, twierdząc: „Mądrzy są szczęśliwi”, choć racji tej miał niewiele.

Tak więc to nieprawda, że głupota jest konieczna do szczęścia. Dlaczego ludzie tak uważają, szczególnie ci inteligentni? Do głowy przychodzi jeszcze jeden Francuz, Jean de La Fontaine, i jego nieśmiertelna bajka Lis i winogrona.

Lis pewien, łgarz i filut, wychudły, zgłodniały,

Zobaczył winogrona rosnące wysoko.

Owoc, przejrzystą okryty powłoką,

Zdał się lisowi dojrzały.

Więc rad z uczty, wytężył swoją chudą postać,

Skoczył, sięgnął, lecz nie mógł do jagód się dostać.

Wprędce przeto zaniechał daremnych podskoków

I rzekł: „Kwaśne, zielone, dobre dla żarłoków”.

Lis dokonuje czegoś, co psycholodzy nazywają racjonalizacją – dorabianiem nieprawdziwej racji do działania podjętego z jakiegoś innego powodu. Racjonalizacja ma wiele odmian, na przykład słodka cytryna – kiedy musząc robić coś przykrego, wmawiamy sobie, że to słodkie. Albo kwaśne winogrona – kiedy obniżamy wartość tego, czego nie jesteśmy w stanie osiągnąć. Łatwiej znieść brak czegoś, jeśli wytłumaczymy sobie, że jest to niewarte zachodu, dobre tylko dla żarłoków. Albo dla głupców, jak myślą ci mądrale, którym szczęścia nie udało się osiągnąć.

3Jedyna miłość, któranigdy nas nie zdradzi,to miłość własna

Cyprian Kamil Norwid brzmi, jak to on, trochę gorzko. Skoro tylko miłość własna nigdy nas nie zdradzi, to znaczy, że inne miłości zdradzą – właściwie zawsze. Norwidowi idzie raczej o te inne miłości, własna zaś przywołana jest tylko dla kontrastu. Bardziej skupiony na miłości własnej, a przy tym bardziej optymistyczny był Oscar Wilde, który powiadał: „Pokochać siebie to początek romansu na całe życie”. Obaj panowie mieli rację. Miłość do samego siebie to romans na całe życie i jest to romans najbardziej udany ze wszystkich, ponieważ istotnie zdrada bywa tu niezmiernie rzadka.

Niemal wszyscy ludzie mają pozytywną samoocenę, czyli wysokie poczucie własnej wartości – nie krańcowo, ale umiarkowanie. Natomiast takich osób, które myślałyby o sobie ogólnie źle, prawie nie ma poza oddziałami psychiatrycznymi. W badaniach z udziałem pięciu tysięcy polskich bankowców stwierdziliśmy, że 60% daje sobie jako pracownikowi ocenę dobrą, kolejne 30% – ocenę bardzo dobrą, nikt zaś nie daje sobie niedostatecznej, a tylko bardzo nieliczni celującą. Ta powszechna miłość do siebie samego jest utrzymywana za pomocą sposobów zarówno prostackich, jak i wyrafinowanych, ale zawsze stosowanych z niezrównanym zapałem i biegłością.

Sposobem prostackim jest przypisywanie sobie wszelkich możliwych zalet – na przykład 98% Polaków uważa siebie za uczciwych, tyle samo za moralnych, a 71% uważa się za mądrych. Nieprawdziwa jest zatem opinia Woltera, że mądrość jest dobrem najbardziej sprawiedliwie rozdzielonym, ponieważ nikt nie uskarża się na jej niedostatek. Najsprawiedliwiej rozdzielona jest uczciwość, cecha, której nikt sobie nie odmawia, u samych siebie bowiem wnioskujemy o jej istnieniu na podstawie zamiarów (te zawsze mamy dobre), jakkolwiek w przypadku innych ludzi opieramy się na tym, co faktycznie robią, więc siłą rzeczy wnioski są mniej pochlebne. Jak powiedział pewien rosyjski premier: „Chcieliśmy jak najlepiej, ale wyszło jak zwykle”. Sposobem bardziej wyrafinowanym jest takie definiowanie zalet, żeby one też nas dotyczyły. Co to jest dobra znajomość angielskiego? Ano taka, że ja dobrze znam angielski. Jeżeli napotkamy kogoś, kto zna angielski znacznie lepiej, to reagujemy na dwa sposoby. Albo powiadamy: „Ten człowiek jest geniuszem językowym” czy „No tak, ale on się wychował w Londynie, gdzie jego ojciec był na placówce dyplomatycznej”. Reagujemy tak czy owak, ale zawsze tak, by nie pomyśleć o sobie źle. Czasami przybiera to rozmiary karykaturalne, jak w sondażu wykazującym, że 94% nauczycieli akademickich jest obdarzone ponadprzeciętnymi zdolnościami dydaktycznymi, oczywiście wedle własnego mniemania. Chociaż to niemożliwe, abyśmy wszyscy byli ponadprzeciętni, jako doświadczony nauczyciel akademicki nadal uważam, że jestem ponadprzeciętny – przecież widzę, jak jest. Podobny odsetek moich studentów uważa, że ponadprzeciętnie dobrze radzi sobie w kontaktach z rówieśnikami. Zjawisko bycia lepszym niż przeciętnie jest powszechne i pojawia się z tym większą siłą, im bardziej pozytywna jest dana cecha. Jak powiadał François de La Rochefoucauld: „Przyznajemy się do małych wad, aby przekonać ludzi, że nie mamy dużych”.

Ludzie rzadko wypowiadają się o nas jednoznacznie pozytywnie, a jeszcze rzadziej – jednoznacznie negatywnie (chyba że anonimowo, na przykład w internecie). Nie chcą wyjść ani na lizusów, ani na wrogów, toteż wypowiadają się dość niejasno. Sprawę wyjaśnia dopiero nasza samoocena. W pewnym badaniu trzyosobowe grupy rozwiązywały zadanie, po którym wszyscy nawzajem anonimowo się oceniali, a także przewidywali, jakie oceny uzyskają od pozostałych osób. Okazało się, że ludzie znacznie przeceniali to, jak ich widzą inni. Wyjątkiem były osoby cierpiące na lekką depresję, z czym wiąże się obniżenie samooceny – te widziały oceny innych na takim poziomie, na jakim one faktycznie się znajdowały. Osobom dotkniętym depresją zaproponowano udział w krótkoterminowej psychoterapii, z czego skorzystały. Większość została uleczona i kolejne badanie ujawniło, że zaczęła się zachowywać normalnie – czyli też przeceniać to, co myślą o niej inni. Wyniki tych badań opublikowano pod znamiennym tytułem „Smutniejsi, ale mądrzejsi”.

Janusz Grzelak zapytał reprezentantów próby ogólnopolskiej, jak by się zachowali, gdyby na osiedlu zabrakło wody i trzeba by było dowozić ją beczkowozem. Znaczna większość zadeklarowała, że wzięłaby sobie mniej niż potrzeba, tak by zostało dla innych, a tylko co dziesiąty badany mówił, że wziąłby dla siebie wodę na zapas kosztem innych. Ale co zrobią inni? Połowa nas sądzi, że inni raczej wezmą sobie na zapas, niż się powściągną. Jesteśmy więc altruistami w świecie egoistów, musimy się zawczasu zabezpieczyć i niczym amerykański prezydent George W. Bush prewencyjnie napaść na oddalony o tysiące kilometrów Irak. Siebie i innych spostrzegamy zatem w rażąco odmienny sposób. Skąd te różnice? Czy przeceniamy siebie, nie doceniamy innych, czy też obie te skłonności występują jednocześnie? Badania przekonują, że faktycznym winowajcą jest przecenianie siebie. Kiedy badanych postawi się w sytuacji gry z osobą nieznajomą, w której mogą albo współpracować (co jednak naraża na ryzyko wykorzystania), albo rywalizować (co zabezpiecza przed wykorzystaniem, ale przynosi mniejsze zyski), to 60% z nich współpracuje. Kiedy dokładnie opisze się sytuację i poprosi ludzi, by przewidzieli, jak zachowają się inni, to ich przewidywania są bardzo trafne (również około 60%). Jeśli jednak ludzie mają przewidywać, co sami by zrobili, ich przewidywania okazują się nierealistycznie pozytywne (85%). Gdy poproszono studentów biorących udział w pewnym badaniu (za co otrzymali po pięć dolarów) o datek na szlachetny cel, oferowali średnio półtora dolara i takie też były przewidywania co do zachowania innych. Przewidywania dotyczące zachowania własnego były zaś nierealistyczne – o dolara wyższe od rzeczywistych.

To prawda, że na miłość własną zawsze możemy liczyć. W dodatku przychodzi ona bez najmniejszego wysiłku, ponieważ większość zabiegów służących podtrzymaniu dobrego mniemania o sobie ma charakter automatyczny i bezwiedny. Pojawiają się one bez świadomego zamiaru i toczą się same, nie wymagając naszej kontroli.

4Jest tylko jedna drogado szczęścia

Bardzo wielu myślicieli utrzymywało, że jest tylko jedna droga do szczęścia bądź że jedna jest lepsza od innych. Epiktet, grecki stoik z czasów cesarstwa rzymskiego, utrzymywał, że tą jedyną drogą jest „przestać się martwić rzeczami, które pozostają poza siłą naszej woli”. Wolter powiadał, że to zdrowy rozsądek, Mikołaj Gogol, że to godzenie się z przeciwnościami, jakie zsyła nam los, a brytyjski premier Benjamin Disraeli, że to poczucie sensu życia. I tak dalej, listę można wydłużać jak nos Pinokia, a każda pozycja będzie zawierała jedną nieprawdę i jedną prawdę. Nieprawda, że jest tylko jedna droga do szczęścia. Prawda, że do szczęścia prowadzą te różne drogi wskazywane przez różnych myślicieli.

Każdy nosi buty, ale nie każdy tego samego rozmiaru. Podobnie szczęście – każdy może je osiągnąć, ale na różne sposoby. Znakomici badacze szczęścia Sonja Lyubomirski i Ken Sheldon po intensywnych badaniach doszli do wniosku, że ludzkich aktywności, które realnie podnoszą poczucie szczęścia, jest aż dwanaście, choć nie każdy rodzaj aktywności działa na każdego człowieka. Ale każdy sposób działa na niektórych ludzi. Możesz więc sobie wybrać takie sposoby, które działają na ciebie, a pozostałe wydadzą ci się irytująco głupie.

1. Wyrażanie wdzięczności. Wdzięczność to więcej niż powiedzieć „dziękuję”. Wdzięczność to radość z tego, co się dostało od losu czy od ludzi, i chęć przychylenia im nieba z tego powodu. Przyrost optymizmu i szczęścia obserwuje się u wielu osób, które namówiono, by kilka tygodni z rzędu liczyły od czasu do czasu różne błogosławieństwa losu, jakie je spotykają, i okazywały za nie wdzięczność. Wyrażanie wdzięczności podnosi poczucie własnej wartości, hamuje gniew i poczucie krzywdy, zbliża nas do ludzi i pomaga znaleźć w nich oparcie oraz je dawać.

2. Ćwiczenie optymizmu. Pozytywne myślenie o sobie, o ludziach, a przede wszystkim o przyszłości podnosi nastrój i skłonność do działania, nasila wiarę w sukces, co sprawia, że wkładamy we własne działania więcej wysiłku. A skoro bardziej się wysilamy, to i więcej osiągamy. Optymizm może więc działać na zasadzie samospełniającego się proroctwa. A optymizmu można się nauczyć, tylko trzeba potrenować.

3. Zwalczanie skłonności do zamartwiania się. Porażki są nieuchronne, zawsze też znajdzie się ktoś lepszy od nas pod jakimś ważnym względem. To powoduje, że często się zamartwiamy i przeżuwamy doznane klęski. Nawracają niechciane myśli o tym, jak do klęski doszło, co zrobiliśmy źle i co zrobilibyśmy dobrze, gdybyśmy mogli na nowo wejść w tę sytuację. Ale często nie da się sprawy powtórzyć i zamartwianie się jest kompletnie bezproduktywne. Nie każda klęska prowadzi do depresji, tylko taka, od której nie możemy się psychicznie oderwać. Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni popadają w depresję, gdyż mają większą skłonność do przeżuwania myśli o klęsce i zamartwiania się (panowie idą w tym czasie na mecz lub do pubu). Mężczyźni zaś mają większą skłonność do martwienia się tym, że ktoś jest od nich lepszy (kobiety w tym czasie odbędą dłuższą rozmowę z przyjaciółką). Zamartwiania się można się oduczyć, aczkolwiek wymaga to wysiłku i przemyślności. Trzeba nauczyć się tropić okoliczności, w jakich takie myśli się pojawiają, wykrywać same myśli możliwie wcześnie i myśleć wtedy o czymś innym albo robić coś, co odwraca uwagę od takich myśli, a co sobie już wcześniej przygotowaliśmy na taką okazję.

4. Ćwiczenie aktów życzliwości. Niewiele rzeczy tak poprawia nastrój jak szczęście innych ludzi, nawet obcych. Empatycznie odczuwamy cudze szczęście jako własne i jest to ważny powód pomagania. Kiedy uczestnikom pewnego badania zapowiedziano, że połknięta przez nich tabletka zamrozi ich nastrój na dwie godziny, to w ogóle przestali pomagać osobie, z którą brali udział w badaniu. Ten naturalny ludzki egoizm możemy obrócić na swoją korzyść, świadomie pomagając po to właśnie, by podnieść własne poczucie szczęścia. Masz chandrę? Zadzwoń do przyjaciółki i powiedz jej coś miłego, na co naprawdę zasługuje, choć nie było czasu o tym porozmawiać. Podejdź do ulicznego grajka i daj mu parę groszy, zamiast udawać, że go nie widzisz. Wolontariusze są szczęśliwsi od innych, choć opiekując się chorymi i bezradnymi, widzą znacznie więcej nieszczęść.

5. Zacieśnianie relacji z ludźmi. Ludzie szczęśliwi łatwiej nawiązują relacje, a przyjaźnie, małżeństwa, bliskie związki, nawet życzliwe przebywanie z innymi podnoszą satysfakcję z życia. Związek między szczęściem a relacjami z ludźmi jest dwukierunkowy. Skutecznym sposobem na wzrost szczęścia jest więc zacieśnianie więzi z ludźmi, podnoszenie ich jakości. Chandra? Przypomnij sobie, który pierścionek tak się podobał żonie, idź i go kup. Nie masz pieniędzy, to kup kwiaty. Nawet tyle nie masz? To postaraj się naprawdę skupić dziś wieczorem na tym, co ona mówi, nawet jeżeli wydaje ci się, że już to słyszałeś w zeszłym miesiącu. Powiedz jej, jak dobrze coś robi, na pewno coś takiego jest, wystarczy sobie przypomnieć. Każdy z nas doskonale wie, co mogłoby sprawić radość najbliższej osobie. Warto z tej wiedzy uczynić użytek i wymyślić jakiś nowy sposób.

6. Ćwiczenie zaradności. Są dwie główne metody radzenia sobie ze stresem – koncentracja na zadaniu i sposobach zwalczania pojawiających się przeszkód oraz koncentracja na własnych emocjach i robienie z nimi czegoś, by przestały boleć. Kiedy ukochany pies przeniósł się do psiej krainy wiecznych łowów, wszystko, co musimy zrobić, to odcierpieć swoje, a potem poradzić sobie ze smutkiem. Jako dorośli powinniśmy już wiedzieć, co nam w tym najlepiej pomaga – czy rozmowa z przyjacielem, czy pójście do kina, czy wejście na internetowe forum właścicieli opłakujących swoje zwierzaki. Kiedy w pracy następuje spiętrzenie zadań, dziecko zachorowało, a jakiś popędliwy młodzieniec wjechał nam na zderzak, koncentracja na emocjach nie ma sensu. Lepiej sobie przypomnieć szkolenie z zarządzania czasem albo przemyśleć kolejność zadań i rozpocząć od najważniejszego, nawet jeśli akurat tego najbardziej nie lubimy. Zaradność zarówno zadaniową, jak i emocjonalną można wytrenować i mieć te umiejętności na podorędziu. Nie daj się złapać losowi z opuszczonymi spodniami! Poza tym zapobieganie jest zawsze skuteczniejsze od leczenia.

7. Wybaczanie. Cesarz Marek Aureliusz, stoik na tronie, powiedział: „Wyzbądź się poczucia krzywdy, a sama krzywda zniknie”. Miał rację – niewybaczona krzywda trzyma nas w przeszłości jak w pułapce. Wszystkie nasze emocje kotłują się wokół tego, czego i tak już nie można zmienić, a blokują satysfakcję z teraźniejszości i możliwości na przyszłość. Zemsta nie daje ukojenia, przeciwnie – pogarsza stan emocjonalny mściciela. Zatem albo się rozstań ze sprawcą, albo wybacz mu (bądź losowi) doznaną krzywdę. Nawet wybaczania można się nauczyć – osoby, które z własnego wyboru przeszły taki trening, jeszcze wiele miesięcy później doświadczały mniej negatywnych emocji i miały wyższą samoocenę od osób, które nie nauczyły się wybaczać.

8. Robienie tego, co cię naprawdę wciąga. Ludzi wciągają bardzo różne czynności. Jedni uwielbiają skoki na bungee, inni lubią układać puzzle z tysiąca elementów, jeszcze inni – czytać kryminały albo nabierać biegłości w najnowszej grze komputerowej. Najszczęśliwsi są wtedy, kiedy to właśnie robią – wpadają w euforię, koncentrują się tylko na chwili obecnej, zatracają poczucie czasu i mogą to robić godzinami jak w transie. Każdy coś takiego ma, a jak nie masz, to poszukaj. Najważniejsze jest tu znalezienie czegoś, co stanowi wyzwanie na granicy twoich możliwości.

9. Czerpanie radości z życia. „Chwytaj dzień” (Carpe diem) – przykazywał Horacy, a późniejsi epikurejczycy uczynili z tego przykazu podstawę swej filozofii. Przyjemność była dla nich cnotą moralną, jeżeli towarzyszyła jej umiejętność panowania nad własnymi potrzebami. Epikur najbardziej cenił proste przyjemności, takie jak radość z samego istnienia i podziw natury, nieco podejrzane zaś wydawały mu się przyjemności aktywne, które wymagają wysiłku i mogą prowadzić do niepożądanych skutków, jak jedzenie lub czytanie. Za Epikurem możemy wyćwiczyć w sobie umiejętność delektowania się najprostszymi przyjemnościami. Zamiast pędzić w pośpiechu, by włączyć telewizor, możemy popatrzeć na płatki padającego śniegu. Albo delektować się wspomnieniem najlepszych świąt Bożego Narodzenia, jakie zdarzyło nam się przeżyć. Nawet pod Mławą możesz jechać w łagodnym świetle zmierzchu i dzięki niebieskim chmurom Mazowsze wyda ci się piękną górzystą krainą. Zapamiętasz tę chwilę na zawsze. Albo podelektuj się spotkaniem z przyjaciółmi, słuchając, jak się przekomarzają i żartują. Nic wielkiego, ale życie składa się z mnóstwa rzeczy małych i nielicznych dużych. Umiejętność cieszenia się z rzeczy małych można w sobie podkształcić i podnosi ona satysfakcję z całego życia.

10. Realizowanie celów z zaangażowaniem. Gdy już coś robimy, lepiej to robić z pełnym zaangażowaniem niż na pół gwizdka. Jeżeli do czegoś zabierzemy się z wigorem, wkładając w to serce, przynosi nam to liczne korzyści – poczucie, że dokądś zmierzamy, zatem również poczucie sensu życia, organizację dni i tygodni, czyli porządek życia, bez którego łatwo się zagubić i popaść w depresję. Jeśli nie możesz robić tego, co chcesz, spróbuj poszukać czegoś, co da się polubić, w tym czegoś, co robić musisz. Jeżeli możesz wybierać cele, warto się zastanowić, co tak naprawdę pasuje tobie, a nie twoim rodzicom, partnerowi, dzieciom czy psom. Motywy dzielą się z grubsza na sprawcze (osiągnięcia, kariera, władza) oraz wspólnotowe (kontakty z innymi, opiekuńczość, bliskość). Ludzie stają się tym szczęśliwsi, im silniej realizują któryś z tych motywów, ale tylko wtedy, gdy jest on dopasowany do ich upodobań.

11. Praktykowanie religii i duchowości. Jednym z ponadkulturowych niezmienników jest religia – każda kultura wytwarza jakieś wierzenia religijne i choć bogowie bardzo się różnią, zawsze pełnią podobne funkcje z punktu widzenia ludzi. Nadają sens naszemu istnieniu, czynią nas czymś więcej niż zwierzętami, uzasadniają normy moralne i zwykle obiecują jakąś postać nieśmiertelności. W różnych kulturach stwierdza się, że ludzie religijni i praktykujący są szczęśliwsi niezależnie od tego, co praktykują. Częste kontakty z istotą wyższą dają poczucie sensu, dystans do codziennych kłopotów i ukojenie, a wszystko to skutkuje silniejszym doświadczaniem szczęścia. Religia nie jest jedyną postacią duchowości. Podobnie może działać kontakt ze sztuką. Ludzie, którzy sobie to cenią, stają się szczęśliwsi, słuchając Koncertów brandenburskich Bacha czy oglądając dzieła Goi w muzeum Prado.

12. Dbanie o ciało. Szczęście może dać nam również nasze ciało i dbanie o nie. Co najmniej dwa sposoby dbania o ciało podnoszą poczucie szczęścia. Jeden to oddawanie się medytacjom, drugi to ćwiczenia fizyczne. Skuteczność obu zależy od systematyczności i wymaga długiego okresu stosowania. W jednym z dowodzących tego badań wzięły udział trzy grupy osób cierpiących na depresję, w wieku lat pięćdziesięciu lub więcej. Jedna grupa zażywała lek antydepresyjny Zoloft, druga grupa zażywała ten sam lek i wykonywała ćwiczenia aerobowe (trzy razy w tygodniu po 45 minut – bieganie, spacery, jazda rowerem), trzecia grupa wykonywała tylko ćwiczenia. Po czterech miesiącach u wszystkich objawy depresji wydatnie spadły, a poczucie szczęścia wzrosło. Ćwiczenia fizyczne okazały się równie skuteczne jak lek antydepresyjny. Ale po sześciu miesiącach okazały się bardziej skuteczne – grupy ćwiczące rzadziej doświadczały nawrotów depresji. Ćwiczenia to tani i zdrowy sposób na szczęście, jednak dostępny głównie dla cierpliwych – inni za szybko się zniechęcają. Jak słusznie powiedział Stanisław Jerzy Lec: „Trzeba mieć dużo cierpliwości, by się jej nauczyć”.

Epiktet się mylił, twierdząc, że jest tylko jedna droga do szczęścia, i myliły się zastępy jego następców, z których każdy wskazywał jakąś drogę najlepszą dla wszystkich. W rzeczywistości dróg jest wiele i tylko niektóre są dla nas dobre – ale jest z czego wybierać i dość dobrze wiadomo, z czego.