Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Kobieta w złotej masce ebook

Carole Mortimer

3 (17)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kobieta w złotej masce - Carole Mortimer

 

Dominic Vaughn, hrabia Blackstone, jest zdeklarowanym kawalerem i z upodobaniem oddaje się rozkoszom życia. Pewnego wieczoru wygrywa w karty słynny w Londynie klub gier. Przyjeżdża do stolicy obejrzeć i ocenić swoją wygraną.

Na miejscu dowiaduje się, że klub zawdzięcza popularność pięknej śpiewaczce, która skrywa twarz pod złotą maską…

Opinie o ebooku Kobieta w złotej masce - Carole Mortimer

Fragment ebooka Kobieta w złotej masce - Carole Mortimer

Carole Mortimer

Kobieta w złotej masce

Tłumaczenie: Wanda Jaworska

PROLOG

Palazzo Brizzi

Wenecja, Włochy

1817 r., kwiecień

– Czy wspomniałem już wam, że myślę o oświadczeniu się którejś z córek Westbourne’a?

Lord Dominic Vaughn, hrabia Blackstone, jeden z dwóch dżentelmenów zagadniętych przez goszczącego ich lorda Gabriela Faulknera, uznał, że wpatruje się w niego w sposób mało elegancki, z wyrazem najwyższego niedowierzania. Rzut oka na Nathaniela Thorne’a, hrabiego Osbourne’a, upewnił go, że przyjaciel jest równie mocno zdumiony tą informacją. Znakiem tego był fakt, że ręka, w której trzymał filiżankę z herbatą, zatrzymała się w pół drogi między spodkiem a ustami.

W samej rzeczy, była to jedna z tych chwil, w których miało się wrażenie, że czas się zatrzymał, ustał wszelki ruch, zamilkł wszelki dźwięk, a ziemia przestała się obracać.

Oczywiście tak się nie stało. Nadal było słychać śpiew gondolierów dochodzący z pobliskiego Canale Grande, nawoływania domokrążców pływających wzdłuż kanałów i zachwalających towary, a także radosny śpiew ptaków. Lodowata cisza, która zdawała się zatrzymać czas, panowała tylko w jednym miejscu, gdzie przebywali trzej młodzi arystokraci. Spotkali się na balkonie pałacu i spożywali śniadanie, po którym Blackstone i Osbourne zamierzali wyruszyć w drogę do Anglii.

– Panowie? – Gabriel Faulkner zwrócił się do nich w typowy dla siebie, to znaczy oschły i lekko kpiący sposób, unosząc brwi nad granatowymi jak niebo o północy oczami. Odłożył przy tym list, który właśnie skończył czytać.

Dominic Vaughn pierwszy otrząsnął się ze zdumienia, nie ukrył jednak emocji w głosie, gdy spytał:

– Chyba nie mówisz poważnie, Gabe?

Hrabia znów uniósł brwi, które już zdążył opuścić.

– Tak uważasz? – mruknął.

– Z całą pewnością – włączył się Osbourne, wreszcie dochodząc do siebie. – Przecież sam jesteś Westbourne’em.

– Owszem, od sześciu miesięcy. A teraz oświadczyłem się jednej z córek poprzedniego hrabiego.

– Copelanda? Takie było rodowe nazwisko starego hrabiego Westbourne’a?

– Właśnie. – Skinął wyniośle głową.

– Ale... ale dlaczego chcesz zrobić coś takiego? – Dominic nawet nie starał się ukryć niesmaku, jaki wzbudziła w nim myśl, że jeden z ich grona z własnej woli odda się w małżeńską niewolę.

Trzej przyjaciele byli rówieśnikami, mieli po dwadzieścia osiem lat, z których pięć spędzili na służbie w armii Wellingtona. Poznali się w szkolnych czasach, gdzie zadzierzgnęli więzy przyjaźni, potem walczyli ramię w ramię, dzielili kwaterę, razem jedli i pili, a także, gdy była taka okazja, ruszali na miłosne podboje. Dawno przy tym za życiową dewizę uznali taką oto obrazową metaforę: Gdy ma się do dyspozycji cały kosz, tylko głupiec zadowoli się jednym, choćby i nadzwyczaj soczystym owocem. Dlatego obwieszczenie Gabriela spadło na Blackstone’a i Osbourne’a niczym grom z jasnego nieba. Uznali to za zdradę, za sprzeniewierzenie się tajnemu paktowi trzech przyjaciół.

Westbourne wzruszył szerokimi ramionami, które skrywał elegancki granatowy surdut, po czym oświadczył:

– Wydaje mi się to ze wszech miar właściwym posunięciem.

Właściwe posunięcie! Od kiedyż to lord Gabriel Faulkner w trudzie i znoju rozważał, co jest właściwe, a co nie? Od kiedyż to w swym postępowaniu kierował się troską o to, by być w zgodzie z ogólnie przyjętymi normami? Wykluczony z towarzystwa, przed ośmiu laty jako czarna owca został zmuszony przez rodzinę do wyjazdu na kontynent. Ale co się dziwić, skoro żył według własnych zasad, które nie miały nic wspólnego z powszechnie akceptowaną moralnością.

Po odziedziczeniu szacownego tytułu jako nowy hrabia Westbourne wprawdzie nie uległ cudownej duchowej przemianie, skoro jednak patrzył teraz na rzeczywistość z całkiem innego miejsca, z pozycji kogoś, kto ma tytuł, majątek i władzę, siłą rzeczy zmienił się jego punkt widzenia, co pociągnęło za sobą określone konsekwencje. Uznał mianowicie, że towarzystwo londyńskie – a zwłaszcza matki pragnące wydać za mąż swoje córki – z otwartymi ramionami przyjmie z powrotem skandalistę do swego grona.

A nawet jeśli tak się nie stanie, to...

– Oczywiście żartujesz, Gabrielu. – Osbourne wciąż miał na to nadzieję.

– Nie, nie, w żadnym razie – stanowczym tonem oznajmił Westbourne. – To, że niespodziewanie odziedziczyłem tytuł i majątek pociągnęło za sobą różne konsekwencje, w tym i to, że przyszłość trzech córek Copelanda zawisła na mojej łasce i niełasce. – Na jego wargach zagościł drwiący uśmieszek. – Z całą pewnością Copeland liczył na to, że nim uda się na łono Abrahama, zdąży wydać swoje córki szczęśliwie za mąż. Ale cóż, nie zdążył, i tym sposobem trzy młode damy znalazły się pod moją opieką.

– Chcesz powiedzieć, że od pół roku jesteś opiekunem trzech smarkatych panienek i nawet nie pisnąłeś słowa? – Osbourne wypowiedział te słowa takim tonem, jakby nie wierzył własnym uszom, a gdy Westbourne skinął chłodno głową, dodał drwiąco: – To tak, jakby zostawić lisowi otwarte drzwi do kurnika, prawda?

Rzeczywiście, przyznał w duchu Dominic. Sława Gabriela jako uwodziciela była legendarna, podobnie jak bezwzględność, gdy kładł kres związkowi, który go znudził.

– Dlaczego dotąd trzymałeś to w tajemnicy? – spytał.

– Wspominam teraz. – Westbourne wzruszył ramionami.

– Niewiarygodne... – cicho skomentował Osbourne.

Na co Gabriel najpierw uśmiechnął się cierpko, bez cienia radości, po czym odparł:

– Tak samo niewiarygodne jak tytuł, który odziedziczyłem. – Nigdy by do tego nie doszło, gdyby w czasie wojny z Napoleonem nie zginęli dwaj bratankowie Copelanda, jego naturalni sukcesorzy, ponieważ hrabia miał tylko córki. Jednak zrządzeniem losu tytuł i majątek odziedziczył okryty niesławą daleki krewny, w istocie dziesiąta woda po kisielu, ktoś kompletnie obcy zarówno staremu hrabiemu, jak i jego rodzinie. – Oczywiście fakt, że jestem opiekunem tych młodych dam, niejednemu może wydawać się... dość niecodzienny. Sam przyznaję, że nie jest to zwyczajna sytuacja, dlatego zleciłem mojemu prawnikowi, żeby w imieniu nowego hrabiego Westbourne’a złożył propozycję małżeństwa.

– Której córce? – Dominic usiłował sobie przypomnieć, czy miał okazję poznać panny Copeland podczas ostatnich dwóch sezonów, kiedy po wojennych przygodach znów zaczął bywać w towarzystwie. I bardzo się zaniepokoił. Owszem, nie uczestniczył regularnie w życiu towarzyskim, zjawiał się tylko na wybranych rautach, przyjęciach czy balach, ale jednak się zjawiał, więc mało prawdopodobne, by nie miał okazji poznać panien Copeland. Lecz żadnej z nich nie zapamiętał. Wniosek nasuwał się jeden: żadna z tych młodych dam nie okazała się na tyle atrakcyjna, by warto było ją zapamiętać.

Westbourne skrzywił się, po czym wyjawił:

– Nigdy nie spotkałem żadnej z panien Copeland, więc nie uznałem za konieczne określać swoich preferencji.

– Niemożliwe! – wykrzyknął Dominic. – Gabrielu, nie powiesz chyba, że oferta małżeństwa była skierowana nie do wybranej przez ciebie, ale do którejkolwiek z córek Copelanda?

– Właśnie tak zrobiłem – odparł z chłodnym uśmiechem.

– A niech to! – Osbourne był równie zszokowany jak Dominic. – Dlaczego podejmujesz takie ryzyko? A jeśli dadzą ci za żonę najbrzydszą z sióstr, grubą i kostropatą? Nikt inny jej nie zechce, więc skorzystają z okazji. Nie bierzesz tego pod uwagę?

– Gruba i kostropata? Niemożliwe, przecież ich matką była Harriet Copeland – z niezmąconym spokojem odparł Westbourne.

Harriet Copeland, hrabina Westbourne, była słynna nie tylko z niezwykłej urody, ale i głośnego skandalu, który wydarzył się przed dziewięciu laty. Przyjaciele dobiegali wtedy dwudziestki i bywali już w towarzystwie, więc pamiętali tamtą historię doskonale. Lady Copeland opuściła męża i córki, a kilka miesięcy później zginęła tragicznie z rąk zazdrosnego kochanka.

– Mogą dać ci tę, która odziedziczyła urodę po ojcu – sarkastycznie skomentował Dominic.

Copeland, który zmarł w wieku sześćdziesięciu paru lat, był niskim, tęgim mężczyzną pozbawionym uroku, nic więc dziwnego, że kobieta tak piękna jak Harriet Copeland porzuciła go dla młodszego i bardziej urodziwego.

– Co będzie, jeśli pozostanę przy swojej decyzji? Lub inaczej: po co przy niej trwam? – Westbourne rozsiadł się wygodnie, a ciemne kręcone włosy, z tyłu sięgające karku, opadły mu na czoło. – Hrabia Westbourne powinien spłodzić dziedzica, legalnego męskiego potomka, a do tego celu potrzebuje żony. Wszystko jedno jakiej, byle płodnej. Sądzę, że któraś z sióstr Copeland, niezależnie od swego wyglądu, może dać mi tego dziedzica, nieprawdaż? – Wzruszył ramionami.

– Chodzi mi o to – upierał się przy swoim Osbourne – że może być brzydka, gruba i kostropata. – Wizerunek nieszczęsnej panny Copeland też pozostał bez zmian. – I co wtedy? Jestem przekonany, że w takim przypadku nie zdołasz stanąć na wysokości zadania, innymi słowy, nie spłodzisz dziedzica. Już sobie wyobrażam tę noc poślubną... – Osbourne skrzywił się z niesmakiem.

– Co na to powiesz, Gabe? – rzucił rozbawiony Dominic.

– A to, że nie ma już znaczenia, czy sprawdzę się w małżeńskim łożu. – Westbourne ponownie przeczytał krótki list. – Panowie, moja reputacja znów mnie dosięgła. Lub też wyprzedziła, przepłynęła Kanał, nim ja zdążyłem to uczynić. – Głos hrabiego przybrał stalowe brzmienie.

– Wyjaśnij to, Gabrielu – poprosił Dominic po chwili ciszy.

Oczy Westbourne’a błysnęły złowrogo, zaraz się jednak opanował.

– Mój prawnik właśnie mnie poinformował – postukał palcem w list – że wszystkie trzy siostry Copeland, nawet ta gruba, brzydka i kostropata – uśmiechnął się lekko do Nathaniela – odrzuciły ofertę małżeństwa złożoną przez otoczonego złą sławą lorda Gabriela Faulknera, skandalistę o zszarganej reputacji.

– No tak... – Dominic znał przyjaciela wystarczająco długo, by wiedzieć, że tylko pozoruje spokój. Pod fasadą obojętności kryła się skumulowana złość.

Potwierdziły to następne słowa hrabiego, które można by w pewnym sensie odczytać jako akt wypowiedzenia wojny:

– W tej sytuacji, panowie, wkrótce po was udam się do Anglii.

– Weneckie damy będą niepocieszone – zauważył sucho Osbourne.

– Być może – zgodził się Gabriel – ale nadszedł już czas, by nowy hrabia Westbourne zajął należne mu miejsce w londyńskiej socjecie.

– Wspaniale! – entuzjastycznie poparł tę decyzje Osbourne.

– Znakomite posunięcie – podobnie zareagował Dominic. – W takim razie coś ci chcę zaproponować. Ponieważ londyńska rezydencja Westbourne’ów od lat stoi pusta, więc musi przypominać mauzoleum. W takim razie może po powrocie wolałbyś zatrzymać się u mnie, w Blackstone House? Przy okazji chętnie bym poznał twoją opinię o zmianach, które zleciłem poczynić U Nicka w czasie mojej nieobecności. – Miał na myśli klub hazardowy, który przed miesiącem wygrał w karty od Nicholasa Browna, poprzedniego właściciela.

– Dominicu... – Gabriel zmarszczył brwi. – Powinienem był dopilnować, żebyś nie wdawał się w żadne interesy z Brownem.

To ostrzeżenie nie było już potrzebne, choć jeszcze niedawno miałoby znaczenie. Dominic doskonale wiedział, że Nicholas Brown, nieślubny syn członka Izby Lordów i prostytutki, miał liczne powiązania z londyńskim światem przestępczym i z całą pewnością do dżentelmenów się nie zaliczał. Dlatego teraz powiedział po prostu:

– Masz rację, Gabe.

– Tak... – Westbourne skinął głową. – W takim razie dziękuję ci za zaproszenie do Blackstone House, ale nie zamierzam zostać w mieście. Niezwłocznie udam się do Shoreley Hall.

Ten fakt, Dominic był tego pewien, nie wróżył nic dobrego trzem siostrom Copeland.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Klub gier hazardowych U Nicka

Londyn, Anglia

Caro sunęła na palcach przez scenę, aż wreszcie usadowiła się na pokrytym czerwonym aksamitem szezlongu. Sprawdziła, czy złocona i wysadzana szlachetnymi kamieniami maska, która zasłaniała twarz od brwi po usta, jest właściwie umocowana, po czym ułożyła długie hebanowe loki peruki, by spływały na plecy i piersi ukryte pod złota suknią. W ten sposób była całkowicie zasłonięta, od czubka głowy aż do stóp.

Usłyszała szmer podniecenia dochodzący zza kurtyny zawieszonej przed niewielkim podium. Wiedziała, że mężczyźni goszczący w klubie niecierpliwie oczekują momentu, gdy zasłona się rozsunie i zacznie się występ.

Serce mocniej zabiło, krew zaczęła szybciej krążyć w żyłach, gdy rozległy się dźwięki muzyki rozpoczynającej przedstawienie. Za kurtyną oddzielającą Caro od publiczności zapadła pełna napięcia cisza.

Dominic na chwilę przystanął przed wejściem do lokalu U Nicka, jednego z najmodniejszych klubów hazardowych Londynu. Zanim jeszcze przed miesiącem został jego właścicielem, lubił tu zaglądać i spotykać się z przyjaciółmi. Można by nawet z pewną przesadą powiedzieć, że był to jego drugi dom.

Dosłownie przed paroma godzinami wrócił z Wenecji i zależało mu na tym, by jak najszybciej zjawić się w klubie. Gdy podawał kapelusz i pelerynę szatniarzowi, zaintrygowało go, że przy wejściu nie ma młodego osiłka, który pilnował, by nikt niepożądany nie wszedł do środka. Do tego w salach gier, dyskretnie usytuowanych za czerwonymi aksamitnymi kotarami, panowała nienaturalna cisza.

Do diabła, co tu się dzieje? – zachodził w głowę.

Nagle rozległ się zmysłowy, kobiecy głos. Dominic przez chwilę słuchał przepięknie wykonywanej pieśni, zaraz jednak się otrząsnął. Przed wyjazdem do Wenecji, gdy tylko przejął klub, nakazał surowo, by od tej pory nie zatrudniano tu żadnych kobiet, w żadnych charakterze.

Gdy wszedł do głównej sali, od razu zorientował się, jaka była przyczyna dezercji atletycznie zbudowanego portiera, który miał warować przy drzwiach wejściowych. Ben Jackson stał jak zahipnotyzowany wśród tłumu gości wpatrzonych w scenę. Wszyscy widzieli – i słyszeli – tylko jedno.

Kobieta o zmysłowym uwodzicielskim głosie leżała na ustawionym na scenie szezlongu obitym czerwonym aksamitem. Była drobna i niewysoka, burza hebanowych włosów opadała kaskadą loków na ramiona i szczupłe plecy. Prawie całą twarz zasłaniała wysadzana szlachetnymi kamieniami maska, podobna do tych, które nosi się podczas karnawału w Wenecji, ale widoczne były pełne, kuszące usta i szyja o perłowej bieli. Pieśniarka miała na sobie mieniącą się złotem szatę, która dyskretnie podkreślała ponętne kształty, budząc wyobraźnię i czyniąc jeszcze bardziej pociągającą.

Owszem, była dokładnie ukryta pod suknią, puklami i maską, a jednak wydała się Dominicowi najbardziej zmysłową i zjawiskową istotą, jaką kiedykolwiek widział.

Pożądanie widoczne w oczach mężczyzn zgromadzonych przed sceną i rozpłomienione twarze wyraźnie wskazywały, że wszyscy odczuwają to samo co on. Wielu nie potrafiło zapanować nad sapnięciami czy oblizywaniem warg. Bardzo to się nie spodobało Dominicowi. Jego lokal powinien przyciągać gości w inny sposób, ma być wolny od kupczenia erotyką, nie mówiąc już o płatnej miłości. Owszem, bardzo mu się to nie spodobało. A jednak nie mógł oderwać wzroku od sceny.

Caro zapanowała nad rozdrażnieniem, którego powodem był pewien mężczyzna. Stał w głębi sali i wpatrywał się w nią gniewnie. Owszem, była zła, ale nikt by się tego nie domyślił. Ukończyła pierwszy występ tego wieczoru, powoli wstała z szezlonga i zeszła z gracją ze sceny, śpiewając ostatnie nuty.

Cały czas była jednak świadoma pełnego dezaprobaty spojrzenia, niemal fizycznie odczuwała obecność mężczyzny, który je posyłał.

Był tak wysoki, że nawet stojąc na końcu sali, górował nad pozostałymi gośćmi. Czarny, doskonale skrojony żakiet podkreślał szerokie muskularne ramiona, biała koszula z delikatnego płótna była wykończona przy szyi i rękawach brukselskimi koronkami. Modnie ufryzowane kruczoczarne włosy miały granatowy połysk. Natomiast patrzące na nią z dezaprobatą oczy były jasnoszare, a chwilami zdawały się przybierać srebrzysty odcień. Mężczyzna miał wyrazistą twarz o arystokratycznych rysach. Caro odnotowała wysokie kości policzkowe, prosty nos, zdecydowane kształtne usta i kwadratową silną szczękę świadczącą o pewności siebie i arogancji. To była surowa i bezwzględna twarz, co podkreślała jeszcze blizna biegnąca wzdłuż lewego policzka od oka aż do szczęki.

Odnotowała pewna zmianę. Tajemniczy dżentelmen już nie patrzył na nią ze zwykłą dezaprobatą, ale z odrazą, i to tak silną, że można było się przestraszyć. Z czymś takim Caro jeszcze się nie spotkała w swym dwudziestoletnim życiu. Była tak wytrącona z równowagi tą inwazją pogardy, że z trudem zdołała zachować na twarzy uśmiech, gdy kłaniała się, dziękując za owacje. Wiedziała, że jak zawsze aplauz potrwa jeszcze kilkanaście minut, gdy ona będzie już w garderobie na zapleczu klubu.

Nim ostatecznie zeszła ze sceny, nie zdołała się powstrzymać i jeszcze zerknęła na przypominającego chmurę gradową mężczyznę. I poczuła niepokój, gdyż jej prześladowca z tą samą ponurą miną wdał się w dyskusję z zarządcą klubu, Drew Butlerem.

– Co to ma znaczyć, Drew? – spytał Dominic lodowatym tonem, wskazując ruchem głowy piękność, która wciąż kłaniała się ze sceny.

Siwowłosy mężczyzna nie wydawał się zakłopotany. Od dwudziestu lat był zarządcą klubu, a urodził się przed pięćdziesięciu, i nie stąpał przez życie po różach. Cyniczne spojrzenie zmęczonych niebieskich oczu oznajmiało dobitnie, że Drew Butler widział i robił niejedno i nic nie było w stanie zbić go z pantałyku, a już na pewno nie reprymenda młodego dżentelmena, który zaledwie przed miesiącem został jego pracodawcą.

– Goście ją kochają, milordzie – odparł.

– Goście nic nie piją i nie grają, od kiedy ta kobieta zaczęła śpiewać, a trwa to już z piętnaście minut – zauważył Dominic.

– Proszę popatrzeć na nich teraz – powiedział spokojnie Drew.

Dominic zamilkł. Szampan lał się strumieniami, a goście zaczęli czynić absurdalnie wysokie zakłady. Rozmowy były bardzo ożywione, szczegółowo omawiano przymioty młodej pieśniarki, zakładano się, któremu z mężczyzn uda się jako pierwszemu zajrzeć pod złotą maskę.

– Widzi pan? – Drew wzruszył ramionami. – Ona jest naprawdę doskonałym nabytkiem.

Dominic niecierpliwie potrząsnął głową.

– Czy nie powiedziałem wyraźnie, gdy tylko zostałem właścicielem U Nicka, że ma być tylko i wyłącznie kasyno, a nie cholerny burdel?

– Powiedział pan – odparł Drew z niezmąconym spokojem. – I zgodnie z pańskimi instrukcjami sypialnie na górze zostały zamknięte na klucz, są niedostępne.

Jeśli dżentelmen, a do tego hrabia, przejmuje londyński klub o tak zaszarganej reputacji jak kasyno U Nicka, to z całą pewnością wystawia się na niechęć towarzystwa, mógł nawet zostać potępiony i wykluczony. Jednak dla owego dżentelmena sprawdzenie się w roli właściciela tego lokalu było kwestią honoru. W zeszłym miesiącu Nicholas Brown wyzwał go na partię kart, by zagrać o Księżyc Północy, wspaniałego ogiera, którego Dominic trzymał w swojej posiadłości w hrabstwie Kent. W zamian Dominic zażądał, aby Nicholas postawił swój klub, i... wygrał. Nie dość, że zachował ogiera, to jeszcze został właścicielem kasyna. Sądzono, że błyskawicznie sprzeda lokal, by mieć całą tę historię z głowy, jednak duma, ambicja, poczucie honoru zabroniły mu takiej rejterady.

Jednak posiadanie kasyna to jedno, ale pół tuzina sypialni na pierwszym piętrze to całkiem inna sprawa. Mężczyźni wynajmowali je, by spędzić intymne chwile z... kimkolwiek. Dominic nie zamierzał narażać się na zarzut stręczycielstwa, dlatego nakazał usunąć z klubu wszystkie kobiety, nieważne, w jakim charakterze były zatrudnione, i zamknąć pokoje na piętrze. Jego polecenie wykonano, choć z jednym wyjątkiem. Była nim tajemnicza młoda kobieta, która ledwie tu się pojawiła, natychmiast oczarowała bywalców klubu. Śpiewem, ale nie tylko...

– Jeśli dobrze pamiętam – wycedził Dominic – moje polecenie dotyczyło wszystkich pań świadczących usługi w kasynie, nieprawdaż?

– Ależ, milordzie... Caro nie jest dziwką! – obruszył się Drew.

– Nie jest? – Dominic zmarszczył brwi. – Wyjaśnij mi więc łaskawie, co ona tu robi?

– To, co pan widział, milordzie. Dwa razy w ciągu wieczoru leży na szezlongu i śpiewa. A kiedy opuści scenę, klienci ze zdwojonym zapałem oddają się piciu i grze.

– Przyprowadza pokojówkę lub ktoś inny jej towarzyszy? – indagował dalej Dominic.

– Co pan ma na myśli? – Drew Butler z trudem krył rozbawienie.

– Co mam na myśli? – Oczy Dominica zwęziły się w szparki. – Myślę, że ta cała Caro ściągnie na nas nieszczęście. Który dżentelmen ma przywilej odprowadzania jej do domu po występie?

– Ja – oświadczył z dumą Ben Jackson, atletyczny portier, który właśnie wracał na posterunek przy wejściu. Zapewne dla swojej mamy nadal pozostał cherubinkiem, jednak dla innych już nie. Potężne pięści, karykaturalnie szerokie bary, no i twarz będąca kroniką licznych burd... A już szczególną uwagę zwracał nos o przedziwnym kształcie, jako że kilkakrotnie był złamany.

– Ty? – Dominic ze zdziwienia uniósł brwi.

– Panna Caro nalegała – wyjaśnił rozpromieniony Ben, ukazując w uśmiechu kilka złamanych zębów.

– Och, czyżby? – Dominic był coraz bardziej zdumiony. Ben Jackson samym spojrzeniem mógł wystraszyć nawet odważnego mężczyznę, Drew Butler był skończonym cynikiem, a oto proszę, panna Caro owinęła ich sobie wokół delikatnego paluszka. – Może dokończymy rozmowę w twoim biurze, Drew? – Dominic odwrócił się, z trudem hamując zniecierpliwienie. Zmusił się jednak do uśmiechu i pozdrowienia kilku znajomych, zmierzając na zaplecze zadymionego klubu, gdzie było biuro Drew.

Od razu zauważył, że pomieszczenie urządzone jest z przepychem. Drew zamknął drzwi, które odgrodziły ich od hałasu kasyna. Gdy Dominic dostrzegł karafkę napełnioną, jak rozpoznał, pierwszorzędną brandy, nalał sobie szklaneczkę i upił łyk, po czym zaproponował drinka zarządcy.

– Nigdy nie piję w czasie pracy, milordzie – powiedział Drew.

– Rozumiem... – Dominic oparł się wygodnie o duże mahoniowe biurko. – A więc przystąpmy do rzeczy, Drew. Kim ona jest? Skąd pochodzi?

– Nie wiem, jak na to odpowiedzieć, milordzie. – Wzruszył ramionami. – Chce pan się dowiedzieć, co myślę o pannie Caro, czy mam zrelacjonować, co mi powiedziała, kiedy zakradła się do klubu przez tylne wejście i poprosiła o pracę?

– Tak to wygląda... – Dominic zmrużył oczy. – Chcę usłyszeć i jedno, i drugie. – Pociągnął następny łyk brandy i zajął się studiowaniem czubka swego buta, cierpliwie czekając na dalszy ciąg zdarzeń.

Butler zadumał się na moment, porządkując w głowie to wszystko, co zaraz miał ujawnić, po czym rozpoczął opowieść o niedoli młodej kobiety.

Caro Morton powiedziała, że jest sierotą. Do niedawna mieszkała na wsi z niezamężną ciotką, jednak po jej śmierci, co miało miejsce trzy tygodnie temu, została bez dachu nad głową. W poszukiwaniu pracy i bezpiecznego schronienia przyjechała do Londynu. Zjawiła się w stolicy prawie bez pieniędzy, bez służącej, bez przyzwoitki. Chciała zostać damą do towarzystwa albo guwernantką w szacownej rodzinie, niestety okazało się to nieosiągalne, nie miała bowiem koniecznych referencji. Musiała więc poszukać innego rozwiązania i w poszukiwaniu pracy zaczęła chodzić po klubach i teatrach.

– Ile miejsc odwiedziła, zanim trafiła tutaj? – spytał Dominic, unosząc gwałtownie głowę.

– Wymieniła kilka. Co najmniej pół tuzina, pewnie więcej. – Drew uśmiechnął się znacząco. – Milordzie, wiadomo przecież, że musiała dostawać oferty... że tak to nazwę... alternatywnego zatrudnienia.

Dominic oczywiście wiedział doskonale, jakie alternatywne zajęcie miał na myśli Drew. Za to musiał sprawdzić coś innego, dlatego spytał:

– Nie korciło cię, żeby zrobić to samo, kiedy już się tu zjawiła? – Było oczywiste, że pannę Morton każdy normalny mężczyzna z wielką chęcią ugościłby w swoim łóżku.

Starszy mężczyzna rzucił mu ponure spojrzenie i usiadł za biurkiem.

– Milordzie... – Drew z niechęcią spojrzał na niego. – Tak się składa, że od dwudziestu lat jestem szczęśliwie żonaty i mam córkę niewiele młodszą od panny Morton.

– Przepraszam. – Dominic skłonił się lekko. – Cieszę się, że... no, bardzo dobrze, Drew. – Popatrzył na niego z uwagą. – Znam już więc wersję panny Morton, dlaczego przyjechała do Londynu i gorączkowo szukała pracy, by nie umrzeć z głodu. A teraz powiedz mi swoją wersję. Drew, co o niej myślisz? Ale proszę, szczerze.

– Rozumiem, milordzie... Cóż, wersja panny Morton trzyma się kupy, jest prawdopodobna i tyle. Jednak mam wrażenie, że chodzi o coś innego. Nie mam na to żadnych dowodów, po prostu to czuję. Myślę, że panna Morton nie tyle przyjechała, co uciekła do Londynu. Przyczyn tej ucieczki może być mnóstwo, choć osobiście obstawiałbym brutalnego męża. A skąd tu się zjawiła? I jakie jest jej pochodzenie? Nic o tym nie wiem, milordzie, ale wiem jedno. Panna Caro Morton jest zbyt wytworna jak na zwykłą aktorkę czy prostytutkę.

– Wytworna? – rzucił podejrzliwie Dominic. – W jakim sensie?

– A w takim, milordzie, że zachowuje się jak dama.

Ta odpowiedź bardzo zaintrygowała Dominica. Młoda szlachcianka lub córka zamożnych mieszczan ukrywa swoją tożsamość... To przynajmniej tłumaczyło, dlaczego nosi maskę.

– Naprawdę uważasz, że aktorki i dziwki nie potrafią udawać dam? – zwrócił się do Butlera.

– Milordzie, wiem, że potrafią, niektóre nawet robią to znakomicie, jednak nie wydaje mi się, by Caro Morton należała do takich... – Nie dokończył. Można było wyczuć, że nie ma ochoty dłużej o tym dyskutować. – Może by było najlepiej, gdyby pan hrabia osobiście porozmawiał z panną Morton i wyrobił sobie opinię.

Nie ulegało wątpliwości, że Butler otaczał „wytworną” pannę Caro Morton czymś w rodzaju ojcowskiej opiekuńczości. Równie oczywiste było, że podobny stosunek miał do niej portier Ben Jackson. Dominic wiedział jednak doskonale, że jeśli naprawdę okaże się zbiegłą żoną czy córką, poskąpi jej równie łagodnych uczuć, natomiast hojnie obdarzy całkiem innymi.

– Mam zamiar to zrobić – oznajmił oschle, zbierając się do wyjścia. – Chciałem najpierw poznać twoje zdanie.

– Zamierza ją pan zwolnić? – spytał zatroskany Drew.

Dominic nie podjął jeszcze decyzji w tej sprawie, można ją bowiem było ująć na dwa skrajnie różne sposoby. Zarządca klubu niewątpliwie miał rację, gdy twierdził, że występy Caro Morton przyciągają do klubu wielu klientów, więc powinno się na nią chuchać, byle tylko nie przyszło jej do głowy szukać pracy gdzie indziej. Z drugiej jednak strony gdyby rzeczywiście była zbiegłą żoną lub córką i jeszcze, nie daj Bóg, jej mąż czy rodzice byli ludźmi zamożnymi, dobrze notowanymi w towarzystwie i wpływowymi... Dominic aż się wzdrygnął na tę myśl. Gdyby bowiem w takiej sytuacji wyszło na jaw, że panna Morton (czy jak tam naprawdę się nazywa) ukrywa się w domu gry, którego właścicielem jest hrabia Blackstone, skandal byłby ogromny, a wynikłe z tego powodu straty wprost niepowetowane.

– To będzie zależało od panny Morton – odpowiedział.

– W jaki sposób? – z nieskrywanym zainteresowaniem spytał Drew.

– Coś musimy sobie wyjaśnić. – Dominic gniewnie zmarszczył czoło. – Owszem, doceniam to, że od wielu lat sprawnie kierowałeś tym klubem i nie ma nikogo lepszego na twoje miejsce. Naprawdę to doceniam, Drew. Ale nie daje ci to żadnego prawa do tego, żebyś wypytywał mnie, jakie decyzje czy działania zamierzam podjąć i dlaczego tak się dzieje.

– Oczywiście, milordzie – zgodził się Drew ani bez pokory, ani też buty, po prostu z godnością.

– Gdzie jest Caro Morton? – spytał hrabia.

– Zawsze dbam o to, żeby coś przegryzła w swojej garderobie między jednym a drugim występem.

Sposób, w jaki to powiedział, a także jego ogólna postawa zatroskanego ojca sprowokowały Dominica do sprzeciwu. To zbytnia troska, nikt tak nie powinien rozpieszczać swoich pracowników... Już chciał głośno wyrazić swoje obiekcje, gdy nagle dotarło do niego, jak bardzo by się wtedy wygłupił, w dodatku w oczach zarządcy wyszedłby na człowieka małostkowego i skąpca.

Było coś jeszcze. Owszem, panna Morton była bardzo ponętna, ale drobna przy tym i szczuplutka, a cerę miała jakby przezroczystą. Być może ta „przegryzka” to był jej jedyny posiłek w ciągu całego dnia...

– Jeśli zamierza pan ją zwolnić, chciałbym być o tym poinformowany, milordzie. Jesteśmy winni pannie Morton wynagrodzenie.

Drew powiedział to tonem, który jasno wskazywał, że zamierza walczyć o interesy pieśniarki. Dominic znów miał dowód na to, że panna Morton owinęła sobie wokół palca cynicznego kierownika klubu. Z pewnością, gdyby została zwolniona, zaoferuje jej pomoc w znalezieniu innego zatrudnienia.

Dominic uznał, że przekonanie się, kim tak naprawdę jest panna Caro Morton, będzie ciekawym doświadczeniem. Taka konstatacja była doprawdy zdumiewająca jak na kogoś, kto przez długie lata przebywał w okrutnej wojennej rzeczywistości, a po powrocie do Anglii toczył inną batalię, to znaczy robił wszystko, by nie wpaść w szpony matek żądnych wydania swych córek za mąż. Przez te doświadczenia Dominic stał się co najmniej tak samo cyniczny, jak starszy od niego o cale pokolenie Drew Butler.

Caro aż podskoczyła, gdy rozległo się pukanie do drzwi garderoby. No, może ta nazwa jest trochę na wyrost, przyznała z żalem. Było to tylko małe pomieszczenie, które przydzielił jej pan Butler na czas występu.

Zapewnił przy tym, że żaden z gości klubu nie będzie miał tu wstępu.

Podniosła się powoli, upewniwszy się, że strój okrywa ją całą, i podeszła do drzwi.

– Kto tam? – spytała ostrożnie.

– Nazywam się Dominic Vaughn.

Od razu pomyślała, że pan Vaughn jest tym mężczyzną, który podczas występu obserwował ją pełnymi pogardy, połyskującymi srebrzyście oczami. Tak naprawdę była o tym absolutnie przekonana. W głębokim barytonie pobrzmiewały arogancja i pewność siebie, widomy znak, że Dominic Vaughn przywykł do wydawania poleceń i bezwzględnego posłuszeństwa. Tego też oczekiwał od niej. Po prostu ma natychmiast otworzyć drzwi i wpuścić go do środka.

Tak mocno zacisnęła pięści wsunięte w kieszenie sukni, że aż paznokcie wbiły się w dłonie.

– Mężczyznom nie wolno odwiedzać mnie w garderobie – oświadczyła.

– Zapewniam panią – odparł niecierpliwie – że Drew Butler w pełni zaakceptował mój zamiar odwiedzenia pani.

Zarządca klubu był dla Caro bardzo uprzejmy, więcej, ufała mu bezgranicznie. Nie miała jednak pewności, czy nie pada ofiarą kłamstwa. Innymi słowy, wizyta mężczyzny, który twierdził, że ma przyzwolenie pana Butlera, wydała się jej mocno podejrzana.

– Zapewniam panią, że zajmę niewiele czasu – dodał poirytowany pan Vaughn.

– Muszę odpocząć przed następnym występem – broniła się Caro.

Dominic był już u kresu cierpliwości.

– Panno Morton...

– To moje ostatnie słowo w tej sprawie – zakończyła dyskusję.

Drew twierdził, że Caro Morton zachowuje się jak dama. Dominic musiał się z tym zgodzić. Dykcja i dobór słów jednoznacznie świadczyły o tym, że odebrała stosowne wykształcenie i wpojono jej właściwe maniery.

– Albo porozmawia pani ze mną teraz, panno Morton, albo może być pani pewna, że nie będzie następnego występu w tym klubie – oznajmił zdecydowanym tonem. Ogarniała go coraz większa złość. Sterczał w ciemnym korytarzu przed zamkniętymi drzwiami...

Usłyszał stłumiony okrzyk zdziwienia dochodzący z pokoju.

– Och... – To krótkie słowo zawierało jedną tylko treść, mianowicie zdziwienie. – Czy pan mi grozi, mister Vaughn? – Teraz pojawiła się jakby niepewność.

– Nie będę musiał pani grozić, panno Morton, jeśli dowiem się prawdy.

Caro była w rozterce. Przed dwoma tygodniami uciekła z domu, przekonana, że w wielkim Londynie łatwo znajdzie zatrudnienie jako dama do towarzystwa bądź guwernantka, niestety spotkała ją seria odmów ze strony szacownych gospodarzy, nie miała bowiem wymaganych referencji.

Boleśnie przekonała się przy tym, że w Londynie wszystko kosztuje o wiele więcej, niż założyła przed przyjazdem, więc skromna kwota, którą przez długie miesiące odkładała z kieszonkowego, topniała w zawrotnym tempie. Szybko dotarło więc do niej, że albo wróci tam, skąd uciekła, bo sytuacja stała się wprost nie do zniesienia, albo spróbuje szczęścia w teatrach. Swoje nadzieje opierała na tym, że od dziecka chwalono jej śpiew, widziała też entuzjastyczne reakcje gości, gdy podczas tych rzadkich okazji, kiedy ojciec zapraszał sąsiadów i przyjaciół na kolację, prezentowała swój wokalny kunszt. Wizyty w teatrach zakończyły się kilkoma ofertami pracy, ale wszystkie były bardzo podobne do siebie i po prostu szokujące! Przynajmniej za takie uznała je Caro, która wychowała się w poczuciu bezpieczeństwa w sielskich okolicach Hampshire.

Obecne zatrudnienie – i pieniądze, z których mogła opłacać skromne lokum – zawdzięczała wyłącznie uprzejmości Drew Butlera. W tej sytuacji nie była pewna, czy może odprawić Dominica Vaughna, skoro z jakichś powodów jej opiekun wyraził zgodę na tę wizytę. Uznała bowiem, że stojący za drzwiami dżentelmen nie skłamał w tej kwestii.

Palce trochę się jej trzęsły, gdy pomału przekręciła klucz w zamku, po czym cofnęła się błyskawicznie, jako że drzwi zostały pchnięte gwałtownie z drugiej strony.

Jak się spodziewała, to był srebrzystooki diabeł, którego widziała w głębi sali podczas występu. Teraz wyglądał nawet jeszcze bardziej diabolicznie, gdyż przyćmione światło świec padające z korytarza uwypukliło bliznę na policzku, przez co twarz wyglądała jak wyryta w kamieniu, a czarny żakiet i biała koszula podkreślały surowość i siłę emanujące z całej postaci.

Caro odstąpiła jeszcze o krok, po czym spytała:

– O czym życzy sobie pan ze mną porozmawiać?

Biegły w ukrywaniu emocji Dominic niczym nie zdradził, jak wielkie wrażenie wywarła na nim panna Morton, gdy ujrzał ją bez osłaniającej twarz maski i bez hebanowej peruki, pod którą chowała długie i cudownie złote loki. Teraz okalały migdałowe w kształcie oczy morskiego koloru osadzone w delikatnej twarzy w kształcie serca, tak niezwykłej piękności, że zaparło mu dech w piersiach.

Gdyby rzeczywiście była nieposłuszną córką albo, co gorsza, zbiegłą żoną, wcale by go to nie ucieszyło.

– Może mnie pani zaprosi do środka, panno Morton – oznajmił kategorycznym tonem.

W pierwszym odruchu zatrzepotała nerwowo długimi rzęsami, zaraz jednak się opanowała i dumnie uniosła brodę.

– Jak już przed chwilą wyjaśniłam, sir, odpoczywam przed następnym występem.

– Który, jak mnie poinformował Drew, odbędzie się dopiero za godzinę – skontrował surowym tonem.

Caro wzdrygnęła się na ten ton, natomiast Dominic bacznie jej się przyglądał. Twarz już zdążył ocenić, teraz zwrócił uwagę na szczupłą szyję i kremową skórę widoczną w głębokim wycięciu sukni. Przesunął spojrzenie niżej, gdzie jedwabny materiał otulał małe, ale jak ocenił Dominic, jędrne piersi. Talię miała tak szczupłą, że mógłby ją objąć dłońmi. Pod wpływem nagłego podniecenia pomyślał też, że chętnie nakryłby dłonią drobne piersi, a potem powędrował w dół aż po łagodnie zaokrąglone łono i uniósł pannę Morton, by mogła swobodnie długimi, smukłymi nogami otoczyć jego talię...

Caro próbowała zignorować sposób, w jaki Dominic Vaughn na nią patrzył. Zupełnie jakby nie widział sukni, tylko nagie ciało... No, nie całkiem jednak zignorowała, oblała się bowiem rumieńcem, szybkim gestem wyciągnęła przed siebie ręce i oznajmiła:

– Wolałabym, żeby został pan tam, gdzie stoi, sir.

– Milordzie – skorygował, przesuwając wzrok z powrotem na jej twarz.

– Milordzie? – Jej konsternacja była zrozumiała. Zwrotu „sir” używano wobec mężczyzn ze szlacheckich rodów nawet niemających tytułu, ale stosowany był również grzecznościowo wobec innych osób, którym z jakichś względów chciało się okazać szacunek, i tym też kierowała się Caro Morton. Natomiast zwrot „milord” przysługiwał tylko i wyłącznie przedstawicielom najwyższej arystokracji, czyli parom Anglii zasiadającym w Izbie Lordów, a także osobom piastującym najważniejsze stanowiska rządowe.

– Jestem lord Dominic Vaughn, hrabia Blackstone.

Poczuła ucisk w krtani. Miała więc do czynienia z parem Anglii i takim samym ociekającym pychą arogantem, jakim był przydzielony jej ostatnio opiekun.

– Jeśli pana słowa miały wywrzeć na mnie wrażenie, milordzie, to z przykrością wyznaję, że nie osiągnął pan zamierzonego celu – oświadczyła.

Dominic uniósł brwi, jednak była to jedyna reakcja na sarkastyczną uwagę panny Morton, powiedział natomiast:

– Dobry zwyczaj nakazuje, żeby przedstawiły się obie strony.

– Oczywiście, milordzie. – Znów się zaczerwieniła, bo reprymenda była słuszna, zaraz jednak dodała rezolutnie: – Skoro, jak pan twierdzi, rozmawiał pan z Drew Butlerem, to musi pan już wiedzieć, że nazywam się Caro Morton.

– Czyżby? – Dominic ironizował nie tylko tonem głosu, ale i spojrzeniem.

– Przecież powiedziałam, milordzie – odparła z godnością.

– Ach, gdybyż taki ład panował na tym świecie, że wystarczy coś powiedzieć, a już staje się prawdą – kpił w żywe oczy.

– Wątpi pan w moje słowa, milordzie? – spytała oburzona, choć ucisk w krtani jeszcze się wzmógł.- Droga Caro, z uwagi na mój wiek i nabyte doświadczenie po prostu muszę wątpić we wszystko, co mi się mówi, zanim nie przekonam się, że jest inaczej.

Niewątpliwie przez cynizm i podszyty zgryźliwością ironiczny stosunek do rzeczywistości, hrabia Blackstone sprawiał wrażenie kogoś bardzo już zmęczonego życiem, a blizna na lewym policzku nadawała mu groźny, wręcz złowieszczy wygląd, jednak Caro oceniała, że nie dobiegł jeszcze trzydziestki. Przy jej dwudziestu latach był więc od niej starszy zaledwie o osiem, góra dziewięć lat.

I z całą pewnością nie była jego „drogą”!

– W takim razie żal mi pana – stwierdziła.

Nie takiej odpowiedzi oczekiwał, wręcz się na nią obruszył. Bogaty i wolny jak ptak hrabia Blackstone nie życzył sobie ani nie potrzebował niczyjej litości, a już na pewno nie od kobiety, która ukrywała się za złotą maską i pod hebanową peruką.

Czyżby Butler nie mylił się w swej ocenie? Czy panna Morton rzeczywiście uciekła do Londynu, by ukryć się przed dominującym ojcem albo brutalnym mężem? Była tak szczuplutka i delikatna, że Dominic uznał tę drugą możliwość za zbyt odrażającą, by w ogóle ją rozważać.

Niezależnie od tajemnicy, która mogła ją otaczać, uznał, że jako właściciel klubu nie może dopuścić do skandalu, który mógłby wybuchnąć, gdyby zwolnił pannę Morton. Mogłaby narobić rabanu, dobijać się do drzwi, a wtedy zrobiłoby się głośno o młodej pieśniarce, którą hrabia Blackstone wyrzucił na bruk. Kto wie, jakich tajemnic dotyczących panny Morton mogliby się doszukać wścibscy dziennikarze. Może więc lepiej nie prowokować takiej burzy?

– Czy jest pani przynajmniej w wieku, który pozwala przebywać w kasynie, Caro? – spytał.

– Nie rozumiem, milordzie. – Wyglądała na przestraszoną.

– Zastanawiam się po prostu, ile ma pani lat.

– Dżentelmen nigdy nie powinien pytać damy o wiek – zaripostowała.

Dominic przesunął powoli wzrok od czubka złocistej głowy, przez szczupłą sylwetkę, delikatne nadgarstki i smukłe ręce, aż po gołe stopy, po czym wrócił spojrzeniem do zaróżowionej i wyrażającej urazę twarzy.

– O ile mi wiadomo, paniom z towarzystwa zawsze towarzyszy pokojówka lub dama do towarzystwa, damy nie hasają również na scenach męskich klubów hazardowych.

Caro uniosła wyzywająco brodę, po czym rzuciła cierpko:

– Ja nie hasam, milordzie, tylko leżę na szezlongu. Pozwolę sobie również zauważyć, że to nie pańska sprawa, czy mam pokojówkę bądź damę do towarzystwa.

Gdy zerknął w głąb pokoju, zauważył na toaletce tacę, na której stała miseczka z dymiącym mięsem i talerz z chlebem, a na drugim talerzu leżał deser, czyli duża pomarańcza. Niewątpliwie była to owa „przegryzka”, którą dostarczał jej Butler w przerwie występu.

– Widzę, że przeszkodziłem pani w kolacji – powiedział łagodnie. – Proponuję, żebyśmy dokończyli tę rozmowę później, kiedy ja, a nie Ben, będę pani towarzyszył w drodze do domu.

To wyraźnie ją wystraszyło, zaraz jednak stanowczo potrząsnęła głową i oznajmiła:

– To będzie raczej niemożliwe.

– Doprawdy? – zdziwił się Dominic.

Hrabia Blackstone nie przywykł do odmowy, pomyślała coraz bardziej zdenerwowana. Widziała jego ponure spojrzenie i groźnie uniesione brwi. A brak pokojówki czy damy do towarzystwa mogłaby łatwo wyjaśnić, gdyby w ogóle miała ochotę cokolwiek mu wyjaśniać. Ale nie miała. W żadnym razie! Gdyby uciekając z Hampshire, zabrała ze sobą służącą, uczyniłaby ją współwinną swego czynu, a i tak miała już dość kłopotów, by jeszcze wplątywać kogoś w tak zagmatwaną sytuację.

– Nie – powtórzyła. – Ben poczułby się niesprawiedliwie zraniony, gdybym nie pozwoliło mu na to, by odprowadził mnie do domu. Poza tym – dodała na wypadek, gdyby Jego Lordowska Mość odrzucił to wyjaśnienie – nie pozwalam towarzyszyć mi dżentelmenom, których nie znam. – Tym bardziej takiemu dżentelmenowi, którego w ogóle nie chciała znać, mogłaby dodać.

W szarych oczach hrabiego zamigotały wesołe ogniki.

– Nawet gdyby Drew Butler zaręczył za tego dżentelmena? – spytał przekornie.