Wydawca: WAB Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 429 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 12 godz. 19 min Lektor: Ewa Abart

Opis ebooka Kobieta w oknie - A.J. Finn

Czy zawsze można wierzyć własnym oczom?

Anna Fox straciła wszystko: szczęśliwą rodzinę, pracę oraz zdrowie. Od miesięcy nie postawiła stopy za progiem domu. Całe dnie spędza w Internecie, przed telewizorem lub szpiegując sąsiadów za pomocą aparatu fotograficznego. Pozbawiona własnego życia coraz bardziej zaczyna przeżywać cudze…
Najwięcej uwagi poświęca Russellom, rodzinie nowej w tej okolicy i tak podobnej do tej, którą jeszcze niedawno sama miała. Jednak pewnej nocy widzi coś, czego nie powinna oglądać. Jej świat się rozpada, a na jaw wychodzą szokujące sekrety.
Co jest prawdą, a co zmyśleniem? Kto jest w niebezpieczeństwie, a kto panuje nad sytuacją? W tym piekielnie wciągającym thrillerze nikt – i nic – nie jest tym, czym się wydaje!

Pozycja obowiązkowa dla miłośników thrillerów!

Opinie o ebooku Kobieta w oknie - A.J. Finn

Fragment ebooka Kobieta w oknie - A.J. Finn

A.J.

FINN

KOBIETA W OKNIE

przełożył Jacek Żuławnik

Tytuł oryginału: The Woman in the Window

Copyright © 2018 by A.J. Finn, Inc.

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVIII

Copyright © for the Polish translation by Jacek Żuławnik, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa MMXVIII

Dla George’a

Czuję, że jest w tobie coś, o czym nikt nie wie.

Cień wątpliwości (reż. A. Hitchcock, 1943)

Niedziela, 24 października1

Jej mąż lada moment wróci do domu. Tym razem ją przyłapie.

W oknach domu pod numerem 212 nie ma nawet skrawka zasłonki ani piórka żaluzji. To miejski segment w rdzawym kolorze. Mottsowie zamieszkali w nim po ślubie i zajmowali go, dopóki, całkiem niedawno, nie postanowili zerwać przysięgi małżeńskiej. Nie poznałam Mottsów osobiście, ale od czasu do czasu sprawdzam w sieci, co u nich słychać. Wchodzę na jego profil na LinkedIn i na jej stronę na Facebooku. W zakładce na witrynie Macy’s wciąż jeszcze wisi ich lista prezentów ślubnych. Nadal mogę kupić im sztućce.

Tak więc w oknach domu pod numerem 212 brak jakichkolwiek ozdób. Czerwonawy, surowy budynek spoziera pustym wzrokiem, a ja podchwytuję to spojrzenie i przyglądam się, jak pani domu prowadzi jakiegoś mężczyznę do pokoju gościnnego. O co chodzi z tym domem, że jest jak cmentarz miłości?

Pani domu to piękna kobieta, naturalny rudzielec, ma oczy zielone jak trawa, a na plecach archipelag malutkich pieprzyków. Jest znacznie milsza dla oka niż jej mąż, doktor John Miller, psychoterapeuta – owszem, prowadzi również poradnię małżeńską – jeden z czterystu trzydziestu sześciu tysięcy Johnów Millerów, których można znaleźć w sieci. Ten konkretny osobnik pracuje niedaleko skweru Gramercy i nie jest zainteresowany ubezpieczeniem. Jak wynika z aktu własności, za dom pod numerem 212 zapłacił trzy miliony sześćset tysięcy dolarów. Widać biznes się kręci.

O jego żonie wiem zarówno mniej, jak i więcej. Raczej kiepska z niej gospodyni; Millerowie wprowadzili się dwa miesiące temu, a okna wciąż gołe (oj, nieładnie). Trzy razy w tygodniu ćwiczy jogę. Wkłada bardzo obcisłe legginsy, bierze pod pachę zrolowaną matę we wzór perskiego dywanu i pomyka po schodach. I chyba pracuje jako wolontariuszka, bo w poniedziałki i piątki wychodzi z domu kilka minut po jedenastej, akurat jakoś tak, kiedy wstaję, a wraca pomiędzy piątą a wpół do szóstej, akurat kiedy szykuję się do wieczornego seansu. (Dziś po raz nie wiem który padło na Człowieka, który wiedział za dużo. Jestem kobietą, która oglądała za dużo).

Zauważyłam, że tak jak ja lubi się napić po południu. Czy lubi też się napić przed południem? Bo ja – owszem.

Jej wiek jest dla mnie zagadką, na pewno jest wyraźnie młodsza (a także bardziej gibka) od doktora Millera, i trochę ode mnie. Jeśli chodzi o imię, to mogę jedynie zgadywać. W myślach nazywam ją Ritą, ponieważ wygląda jak Hayworth w Gildzie. „Wcale mnie to nie interesuje” – uwielbiam tę kwestię.

Mnie natomiast interesuje, i to bardzo. Nie jej ciało – blada linia grzbietu, łopatki niczym zdeformowane skrzydła, piersi, które opina jasnoniebieski biustonosz; odwracam wzrok, ilekroć któraś z tych części zamajaczy mi przed oczami – lecz życie, które ona prowadzi. Życia. O dwa więcej, niż mam ja.

Jest kilka minut po dwunastej. Przed paroma chwilami zamknęła drzwi wejściowe i pociągnęła za sobą mężczyznę. Jej mąż właśnie wyszedł zza rogu, zbliża się. To nietypowe, w niedzielę doktor Miller niezawodnie wraca do domu dopiero kwadrans po trzeciej.

Ale oto on: doktorek idzie sprężystym krokiem, trzymając w ręce teczkę, z jego ust dobywa się mgiełka oddechu, a na palcu lśni obrączka. Robię zbliżenie na jego stopy; włożył lśniące od pasty czerwonobrunatne półbuty, od których z każdym krokiem odbijają się promienie jesiennego słońca.

Podnoszę aparat i spoglądam na głowę doktora. Mam nikona D5500 z obiektywem firmy Opteka, toteż niewiele szczegółów mi umyka. Widzę zmierzwione włosy, cienkie i tanie okulary, wysepki kilkudniowego zarostu w płytkich wgłębieniach policzków. Bardziej dba o buty niż o fizys.

Pod numerem 212 Rita i mężczyzna prędko pozbywają się ubrań. Mogłabym zadzwonić do informacji, zdobyć numer do domu, ostrzec ją. Nie zrobię tego. Podglądanie jest jak fotografowanie przyrody. Nie ingeruje się w naturę.

Doktora Millera dzieli od domu pół minuty drogi. Usta jego żony prześlizgują się po szyi fachowca. Właśnie zdjęła bluzkę.

Trzy, cztery kroki. Pięć, sześć, siedem. Nie więcej niż dwadzieścia sekund.

Rita szarpie zębami krawat mężczyzny i się szczerzy. Szarpie guziki koszuli. On muska ustami jej ucho.

Doktor daje susa nad wybrzuszoną płytą chodnikową. Piętnaście sekund.

Dałabym głowę, że słyszę, jak krawat wysuwa się z kołnierzyka koszuli. Rita odrzuca go za siebie.

Dziesięć sekund. Kolejne zbliżenie. Obiektyw niemal drży z podniecenia. Doktor wkłada dłoń do kieszeni i wyławia klucze. Siedem sekund.

Rita rozpuszcza włosy, które spadają jej na ramiona.

Trzy sekundy. Doktor wchodzi po schodkach.

Rita obejmuje mężczyznę i składa na jego ustach głęboki pocałunek.

Doktor wkłada klucz do zamka i przekręca.

Zbliżenie na twarz Rity. Otwiera szeroko oczy. Usłyszała.

Pstryk. Robię zdjęcie.

Wtedy teczka doktora Millera sama się otwiera.

Wysypuje się z niej plik kartek i daje się porwać wiatrowi. Najeżdżam na usta doktora, na krótkie: „A niech to!”, które się z nich dobywa. Miller stawia teczkę przed drzwiami, przydeptuje kilka kartek tymi swoimi lśniącymi butami, a parę innych udaje mu się złapać. Jeden wyjątkowo narwany karteluszek uleciał aż na drzewo i zawisł na nim. Doktor go nie zauważa.

Tymczasem Rita pospiesznie wkłada bluzkę i związuje włosy. Wybiega z pokoju. Pozostawiony sobie mężczyzna zeskakuje z łóżka, podnosi krawat z podłogi i chowa go do kieszeni.

Wypuszczam powietrze; syk, jakby ktoś spuszczał je z balonu. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że wstrzymywałam oddech.

Otwierają się drzwi wejściowe. Rita zbiega po schodkach i woła do męża. Ten odwraca się. Pewnie się uśmiecha, ale nie wiem, nie widzę tego. Rita przydeptuje kartki i zbiera je z chodnika.

W drzwiach pojawia się mężczyzna. Jedną rękę trzyma w kieszeni, drugą pozdrawia doktora Millera, który odpowiada identycznym gestem, po czym wchodzi po schodkach, sięga po teczkę i wita się z mężczyzną uściskiem dłoni. Obaj udają się do środka, Rita znika za nimi.

No cóż, może następnym razem.

Poniedziałek, 25 października2

Ulicą przejechał samochód, sunąc powoli z ponurym warkotem niczym karawan. Jego tylne światła zaiskrzyły w ciemności.

– Nowi sąsiedzi – mówię do córki.

– Gdzie?

– Po drugiej stronie skweru. Pod dwieście siedem. – Są tam, przed domem, niewyraźne postacie jak zjawy o zmroku. Wyładowują pudła z bagażnika.

Słyszę siorbanie.

– Co jesz? – pytam, po czym przypominam sobie, że jest chiński wieczór, zatem: lo mein.

– Lo mein – potwierdza.

– Teraz rozmawiasz z mamusią.

Znowu siorbie i przeżuwa.

– Ma-mo… – To takie nasze rodzinne przeciąganie liny. Wbrew mojemu życzeniu skróciła „mamusię” do prostej, klocowatej „mamy”. „Odpuść sobie”, radzi Ed; łatwo mu powiedzieć, on nadal jest „tatusiem”.

– Powinnaś pójść się przywitać – podsuwa Olivia.

– Chciałabym, kotku. – Przenoszę się na górę, skąd mam lepszy widok. – Wiesz co, wszyscy sąsiedzi mają już dynie. Grayowie nawet cztery. – Docieram na podest ze szklaneczką wina w ręku. Przystawiam ją do ust. – Szkoda, że sama nie mogę wybrać dla ciebie dyni. Powiedz tatusiowi, żeby ci kupił. – Biorę łyk. – Niech weźmie dwie: jedną dla ciebie i jedną dla mnie.

– Okej.

Zauważam swoje odbicie w lustrze w ciemnej toalecie.

– Jesteś zadowolona, kotku?

– Tak.

– Nie czujesz się samotna? – Nie udało jej się zdobyć prawdziwych przyjaciół w Nowym Jorku; była zbyt mała i zanadto nieśmiała.

– Nie-e.

Spoglądam w mrok na szczycie schodów. W ciągu dnia dociera tu słońce, którego promienie wpadają przez kopułowaty świetlik w dachu; wieczorem trzeba szeroko otwierać oczy, żeby cokolwiek dostrzec na klatce schodowej.

– Nie tęsknisz za Puncem?

– Nie-e.

Zresztą i tak nie układało jej się z kotem. Któregoś roku w świąteczny poranek ją podrapał. Błysnął pazurami i ciach, ciach, błyskawicznie rozorał jej nadgarstek, jakby rysował planszę do gry w kółko i krzyżyk. Na skórze pojawiła się siatka z jasnoczerwonej krwi. Niewiele brakowało, a Ed wyrzuciłby go przez okno. Szukam go teraz wzrokiem i znajduję zwiniętego w kłębek na sofie w biblioteczce. Przygląda mi się.

– Daj mi tatusia, dobrze? – Wchodzę wyżej. Szoruję podeszwami po chropowatym chodniku. Rattan – co nam strzeliło do głowy? Bardzo łatwo się brudzi.

– Czołem, ochlapusie – pozdrawia mnie Ed. – Nowi sąsiedzi?

– Tak.

– Znowu?

– Tamto było dwa miesiące temu. Pod dwieście dwanaście. Millerowie. – Obracam się na pięcie i schodzę.

– A ci dzisiejsi gdzie?

– Dwieście siedem. Po drugiej stronie skweru.

– Okolica się zmienia.

Docieram do podestu, skręcam.

– Nie przywieźli za wiele. Tylko to, co w samochodzie.

– Pewnie panowie od przeprowadzek przyjadą później.

– Pewnie tak.

Cisza. Upijam łyk wina.

Znów jestem w salonie, przy kominku, w kątach zalegają cienie.

– Posłuchaj… – zaczyna Ed.

– Mają syna.

– Co?

– Przyjechali z synem – powtarzam, przykładając czoło do zimnej szyby.

W tej części Harlemu lampy sodowe nie zdążyły jeszcze wyrosnąć, toteż ulicę oświetla jedynie żółty rogal księżyca, co jednak nie przeszkadza mi dojrzeć trzech sylwetek: mężczyzny, kobiety i wysokiego chłopca. Noszą kartony z samochodu.

– Nastolatek – dodaję.

– Spokojnie, drapieżnico.

– Szkoda, że cię tu nie ma – mówię, zanim zdołam się powstrzymać.

Zaskakuję samą siebie. Eda też, jeśli sądzić po milczeniu w słuchawce.

– Potrzebujesz więcej czasu – odzywa się wreszcie.

Nie odpowiadam.

– Lekarze mówią, że co za dużo kontaktu, to niezdrowo.

– To ja jestem tym lekarzem, który tak twierdzi.

– Jednym z wielu.

Trzask za moimi plecami, jakby ktoś wyłamywał sobie palce – to tylko iskra w kominku. Płomień się uspokaja, cicho syczy w palenisku.

– Może zaprosisz do siebie tych nowych sąsiadów? – proponuje Ed.

Opróżniam szklaneczkę.

– Myślę, że wystarczy na dziś.

– Anno.

– Edzie.

Niemal słyszę jego oddech.

– Przykro mi, że nas tam nie ma. Z tobą.

Niemal słyszę bicie swojego serca.

– Mnie też jest przykro.

Punc zwlókł się za mną po schodach. Podnoszę go jedną ręką i niosę do kuchni. Odkładam telefon na blat. Jeszcze szklaneczka przed snem.

Chwytam butelkę za szyjkę, odwracam się w stronę okna, ku trzem grasującym na chodniku zjawom, i wznoszę toast.

Wtorek, 26 października3

Rok temu o tej porze planowaliśmy sprzedaż domu, nawet umówiliśmy się już z pośrednikiem. Od następnego września Olivia miała pójść do szkoły w Midtown. Ed znalazł budynek do remontu w Lenox Hill. „Będzie fajnie – zapewniał. – Zainstaluję bidet, specjalnie dla was”. Walnęłam go w ramię. „Co to jest bidet?”, spytała Olivia.

A potem odszedł, ona razem z nim. Dlatego kiedy wczoraj przypomniały mi się pierwsze słowa naszego poronionego ogłoszenia, poczułam, jak pęka mi serce. „Pieczołowicie odrestaurowany dziewiętnastowieczny klejnot Harlemu! Ozdoba okolicy. Wspaniały dom dla całej rodziny”. Z „klejnotem” i „ozdobą” można polemizować; z „Harlemem” i „dziewiętnastowiecznym” (1884) – nie. „Pieczołowicie odrestaurowany” – za to mogę zaręczyć; w dodatku remont nie kosztował nas zbyt wiele. „Wspaniały dom dla całej rodziny” – to też prawda.

Na moje królestwo i jego bastiony składają się, licząc od dołu:

Piwnica. Albo suterena, jak twierdzi agent nieruchomości. Znajduje się poniżej poziomu gruntu, rozciąga pod całym mieszkaniem i ma osobne wejście. Obejmuje kuchnię, łazienkę, sypialnię i niewielkie biuro. Przez osiem lat stanowiła miejsce pracy Eda; zaściełał stół planami i przyczepiał do ściany wytyczne dla wykonawców. Dziś ją wynajmuję.

Ogród. A w zasadzie patio, na które wychodzi się z poziomu parteru. Wyłożone wapiennymi płytami. Stoją na nim dwa nieużywane drewniane fotele. W rogu rośnie zgarbiony młody jesion, tyczkowaty i samotny jak nastolatek bez przyjaciół. Czasem nachodzi mnie ochota, by go przytulić.

Parter. To znaczy, dla Anglików parter, bo dla nas to pierwsze piętro; dla Francuzów zresztą też: premier étage. (Nie jestem Angielką ani Francuzką, ale raz: podczas stażu mieszkałam trochę w Oxfordzie – tak się składa, że w suterenie, a dwa: w lipcu zeszłego roku zaczęłam się uczyć français przez Internet). Kuchnia na otwartym planie, „wytworna” (zdaniem pośrednika), z dwoma wyjściami: tylnym do ogrodu i bocznym na skwer. Podłoga z brzozy papierowej, akurat w tej chwili poplamiona merlotem. W korytarzu drzwi do toalety, którą nazywam „czerwonym pokojem”; Benjamin Moore, producent farby, nadał temu odcieniowi miano „czerwieni pomidorowej”. Salon, a w nim sofa, ława i perski dywan, wciąż miękki pod stopami.

Pierwsze piętro (pozostańmy przy angielskiej nomenklaturze). Biblioteka (Eda; pełne półki, przełamane grzbiety, pomylone obwoluty, wszystko upakowane do granic możliwości) i gabinet (mój; skromny, przestronny i widny, biurkowy mac na blacie z IKEA – to moje centrum dowodzenia w bitwach szachowych online). Druga toaleta, tym razem pomalowana w „niebiański zachwyt”, czyli po prostu na niebiesko; tak naprawdę to tylko małe pomieszczenie, z sedesem i umywalką. Do tego głęboki schowek, w którym pewnego dnia być może urządzę sobie ciemnię, o ile kiedykolwiek przejdę z fotografii cyfrowej na analogową. Chyba trochę tracę zainteresowanie.

Drugie piętro. Główna sypialnia z łazienką. W tym roku spędziłam sporo czasu w łóżku. Mam specjalny materac, w którym można regulować elastyczność, i to niezależnie dla każdego z dwojga użytkowników; Ed wybrał niemal puchową miękkość, a ja – pełną twardość. „Śpisz jak na cegłówkach”, stwierdził któregoś razu, przebierając palcami po prześcieradle. „A ty jak na cumulusie”, odparłam.

Potem pocałował mnie długo i namiętnie.

Po tym, jak mnie zostawili, w czasie tych czarnych, pustych miesięcy, kiedy nie byłam w stanie zwlec się z łóżka, turlałam się powoli po materacu od końca do końca, owijając się kołdrą i rozwijając z niej. Byłam jak tocząca się fala.

Na drugim piętrze jest też pokój gościnny z łazienką.

Trzecie piętro. Dawniej kwatery służby, dziś pokój Olivii i drugi gościnny. Czasem nawiedzam jej pokój jak duch. Bywa, że stoję w drzwiach i obserwuję niespieszny ruch drobinek kurzu w promieniach słońca. Zdarza się również tak, że całymi tygodniami nie zachodzę na trzecie piętro, i wtedy staje się ono ledwie wspomnieniem, jak dotyk deszczu na skórze.

Nic to. Jutro znów z nimi porozmawiam. Tymczasem nie widać ludzi z mieszkania po drugiej stronie skweru.

Środa, 27 października4

Smukły nastolatek wypada spod numeru 207 jak koń wyścigowy z bramki startowej, skręca na wschód i pędzi galopem tuż pod moim oknem. Ledwie mu się przyjrzałam, ale to dlatego, że obudziłam się wcześnie po siedzeniu do późna przed Człowiekiem z przeszłością i nadal próbuję ustalić, czy łyk merlota na dzień dobry będzie rozsądnym posunięciem; udaje mi się uchwycić jedynie mignięcie blond fryzury i plecaka przerzuconego przez ramię – i już go nie ma.

Wypijam szklaneczkę, idę na górę i sadowię się przy biurku. Sięgam po nikona.

W kuchni domu pod numerem 207 widzę rosłego, barczystego mężczyznę w poświacie telewizora, ojca rodziny. Przykładam oko do wizjera i robię najazd; ogląda The Today Show. Mogłabym zejść i włączyć własny odbiornik, myślę. Pooglądać razem z sąsiadem. Ale mogę też zostać tu i obejrzeć program na jego urządzeniu – przez swój obiektyw.

Tak też postanawiam zrobić.

Minęło sporo czasu, od kiedy oglądałam fasadę tego budynku, ale od czego jest Google i jego Street View? Dom pod numerem 207 jest zbudowany w stylu przypominającym Beaux-Arts, ma bielone kamienne ściany i taras na dachu. Z mojego stanowiska widzę jedynie, rzecz jasna, boczną ścianę, zaglądam do środka przez okna od wschodu, zapuszczam żurawia do kuchni, salonu na pierwszym piętrze i znajdującej się nad nim sypialni.

Wczoraj przybył cały zastęp pracowników firmy przeprowadzkowej, wnieśli sofy, kanapy, telewizory i starą jak świat szafę. Pan domu kierował ruchem. Pani domu natomiast jeszcze nie widziałam – jeśli nie liczyć tego wieczoru, kiedy się sprowadzili; ciekawe, jak wygląda.

Po południu. Już mam dać Rook&Rollowi szacha, kiedy słyszę dzwonek do drzwi. Człapię na dół, wciskam guzik domofonu, otwieram i widzę w korytarzu swojego lokatora o wyglądzie, jak to się mówi, „surowym, ale gotowym”. Chłopak rzeczywiście jest przystojny, ma pociągłą twarz i ciemne, głębokie oczy jak zapadnie. Gregory Peck po dłuuugim wieczorze. (Nie tylko ja tak sądzę; David, jak zdążyłam zauważyć, a raczej usłyszeć, lubi od czasu do czasu przyjąć u siebie jakąś koleżankę).

– Wybieram się wieczorem na Brooklyn – informuje.

Przeczesuję włosy palcami.

– Okej.

– Chcesz, żebym się czymś zajął, zanim wyjdę? – Brzmi jak propozycja, jak słynna kwestia z filmu noir. „Wystarczy złożyć usta i dmuchnąć”.

– Nie, dzięki.

Spogląda ponad moim ramieniem, mruży oczy.

– Nie trzeba wymienić żarówki? Ciemno tu.

– Lubię, kiedy jest ciemno. – Bo ciemno to przyjemno, mam ochotę dodać. – Miłego… – Spotkania? Wypadu? Seksu? – …wypadu.

Odwraca się, żeby odejść.

– Wiesz, że możesz po prostu wejść przez drzwi do piwnicy, prawda? – odzywam się, celując w wesoły ton. – Jest szansa, że akurat będę w domu. – Mam nadzieję, że się uśmiechnie. Mieszka u mnie od dwóch miesięcy, a jeszcze nigdy nie widziałam uśmiechu na jego twarzy.

Kiwa głową. I odchodzi.

Zamykam drzwi.

Przyglądam się sobie w lustrze. Zmarszczki wokół oczu jak szprychy w rowerze. Ciemna fala włosów, tu i ówdzie poprzetykanych siwizną, spływa na ramiona. Szczecina pod pachami. Zwiotczały brzuch. Zmarszczki i dołeczki tworzą efekt chropowatości na udach. Skóra niemal trupio blada, na nogach i rękach fioletowa siatka żył.

Dołeczki, zmarszczki, szczecina. Muszę nad sobą popracować. Dawniej miałam, jak twierdzili niektórzy – jak twierdził Ed – tradycyjną urodę.

– Miałem cię za uczciwą dziewczynę z sąsiedztwa – powiedział smutno pod koniec.

Spoglądam na palce u nóg – są długie i delikatne, są jedną z najlepszych części (konkretnie dziesięcioma częściami) mnie; choć akurat teraz wyglądają jak szpony drapieżnika. Zaglądam do apteczki, odsuwam buteleczki z lekami, poustawiane jedna na drugiej jak totemy, i wygrzebuję cążki do paznokci. Wreszcie problem, który mogę rozwiązać.

Czwartek, 28 października5

Wczoraj pojawił się w Internecie akt własności. Moi nowi sąsiedzi noszą nazwisko Russell. Alistair i Jane. Za te skromne progi zapłacili trzy miliony czterysta pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Google podpowiada, że pan Russell jest partnerem w firmie konsultingowej średniej wielkości i wcześniej mieszkał w Bostonie, pani Russell zaś jest niewykrywalna – sami spróbujcie wpisać „Jane Russell” do wyszukiwarki.

Wybrali sobie tętniącą życiem okolicę.

Rezydencja Millerów naprzeciwko – porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tam wchodzicie – jest jednym z pięciu budynków, na które mam widok z wychodzących na południe okien mojego domu. Po jej wschodniej stronie stoi para identycznych Sióstr Gray – gzymsy nad oknami, drzwi wejściowe w kolorze butelkowej zieleni, wszystko takie samo; są jak dwie Graje1. Tę po prawej zajmują Henry i Lisa Wassermanowie.

– Od czterdziestu lat, a to jeszcze nie koniec – pochwaliła się pani Wasserman, kiedy się wprowadzaliśmy. Wpadła, żeby powiedzieć („prosto w oczy”), jak bardzo jest niezadowolona („ja i mój Henry”) z przybycia „kolejnego klanu yuppiesów” do dzielnicy, która kiedyś była „taka wytworna”.

Ed zagotował się ze złości. Olivia nazwała swojego pluszowego króliczka Japiszonem.

Wodniki, jak ich przezwaliśmy, od tamtej pory nie odezwali się do mnie słowem, mimo że zostałam sama i dziś tworzę jednoosobowy klan. Do mieszkańców drugiej z Sióstr, rodziny noszącej jakże stosowne nazwisko Gray, wcale nie odnoszą się życzliwiej. Grayowie: nastoletnie siostry bliźniaczki, ich ojciec jest partnerem w niewielkiej firmie doradczej w zakresie fuzji i przejęć, a matka z zaangażowaniem prowadzi klub książki. Wyczytałam na profilu klubu na stronie Meetup, że książką miesiąca – w tej chwili roztrząsaną przez osiem kobiet w średnim wieku, siedzących w salonie u Grayów – jest powieść Więzy miłości. Juda nieznany.

Też ją przeczytałam. Wyobraziłam sobie, że należę do klubu, przeżuwam ciasto kawowe (akurat nie mam pod ręką) i popijam wino (to się znalazło).

„Jakie jest twoje zdanie na temat Judy, Anno?”, zapytałaby mnie Christine Gray, na co odpowiedziałabym, że nadal go nie znam. Roześmiałybyśmy się. Widzę, że właśnie się śmieją. Próbuję robić to razem z nimi. Biorę łyk wina.

Po zachodniej stronie domu Millerów urządzili się Takedowie. Mąż jest Japończykiem, żona biała, a ich syn – nieziemsko piękny. Gra na wiolonczeli; w cieplejsze miesiące ćwiczy przy szeroko otwartych oknach w salonie, więc Ed otwierał też nasze. Tańczyliśmy pewnego czerwcowego wieczoru, dawno temu, przy dźwiękach suity Bacha. Ed objął mnie i splótł dłonie za moimi plecami, a ja oparłam głowę na jego ramieniu. Chłopiec z naprzeciwka grał, a myśmy kołysali się w kuchni.

Zeszłego lata muzyka spłynęła ku domowi, podeszła do salonu i grzecznie zastukała do okienka: „Wpuść mnie”. Nie zrobiłam tego. Nie mogłam. Nigdy nie otwieram okien, nigdy. Mimo to nadal słyszałam jej szept, jej błaganie: „Wpuść mnie. Wpuść mnie!”.

Z domem Takedów sąsiaduje numer 206/208, pusta podwójna kamienica z brunatną fasadą. W listopadzie dwa lata temu kupiła ją jakaś sp. z o.o., ale nikt się nie wprowadził. Zagadka. Przez prawie rok do frontu budynku kleiło się rusztowanie, które wyglądało jak wiszące ogrody. Zniknęło z dnia na dzień – kilka miesięcy przed odejściem Eda i Olivii – i od tamtej pory cisza.

Oto moje południowe imperium i jego poddani. Nie mam wśród nich żadnych przyjaciół, większość spotkałam raz, może dwa razy. Ot, życie w mieście. Może Wodniki czegoś się domyśliły? Ciekawe, czy wiedzą, co u mnie słychać.

Od wschodu przylega do mojego domu, właściwie kładzie się na nim, opuszczona katolicka szkoła św. Dymfny, zamknięta już kiedy tu zamieszkaliśmy. Gdy Olivia była niegrzeczna, mówiliśmy, że ją tam poślemy. Dziurawa brązowa kamienna fasada, okna zarośnięte brudem – tyle pamiętam; dawno nie oglądałam tego budynku.

Po zachodniej stronie mam mikroskopijny skwer szerokości i głębokości dwóch działek. Wiedzie przez niego wąska ceglana ścieżka, która od północy łączy naszą ulicę z równoległą. W każdym rogu skweru stoi na straży platan o płomiennych liściach, teren okalają niskie żelazne płotki. Bardzo to urokliwe, jak rzecz ujął nasz złotousty pośrednik.

I jest jeszcze dom za skwerem – numer 207. Lordowie upłynnili go przed dwoma miesiącami i bezzwłocznie opróżnili, po czym polecieli na Florydę, by tam, w domu w Vero Beach, spędzić emeryturę. Ich miejsce zajęli Alistair i Jane Russellowie.

Jane Russell! Moja fizjoterapeutka nigdy o niej nie słyszała.

Rozmawiałyśmy trochę dziś rano.

– Mężczyźni wolą blondynki – podsunęłam.

– Nie zauważyłam – odparła. Bina jest młodsza, może dlatego.

Zanim zdążyłam się z nią posprzeczać, przełożyła jedną moją nogę nad drugą i obróciła mnie na prawą stronę. Ból był taki, że aż mnie zatkało.

– To dla dobra twoich ścięgien podkolanowych – zapewniła mnie.

– Ty jędzo – wydyszałam.

Przycisnęła moje kolano do podłogi.

– Nie płacisz mi za to, żebym się nad tobą rozczulała.

Skrzywiłam się.

– A mogę ci zapłacić, żebyś sobie poszła?

Bina przychodzi raz w tygodniu i pomaga mi, jak to mówię, nienawidzić życia, a także opowiada na bieżąco o swoich przygodach erotycznych, które są niemal równie podniecające jak moje. Tyle że w przypadku Biny bierze się to z jej wybredności.

– Połowa kolesiów, którzy ogłaszają się w tych apkach, wstawia zdjęcia sprzed pięciu lat – skarży się, poprawiając włosy, tak że spływają wodospadem nad jednym ramieniem. – Połowa jest żonata, a połowa… no, od razu widać, że nie bez powodu nie może nikogo znaleźć.

To trzy połówki, mam ochotę wtrącić, ale cóż, nie dyskutuje się o matematyce z kimś, kto właśnie skręca ci kręgosłup.

Zarejestrowałam się na Happn przed miesiącem, „żeby zobaczyć, jak to wygląda”, jak sobie powiedziałam. Tinder, wyjaśniła Bina, kojarzy cię z ludźmi, z którymi jest ci w jakiś sposób po drodze. Co jednak, jeśli z nikim nie jest ci po drodze? Co, jeśli poruszasz się nieodmiennie po tych samych, podzielonych na kilka poziomów, trzystu siedemdziesięciu metrach kwadratowych i nie masz świata poza nimi?

Nie wiem. Pierwszy profil, na jaki natrafiłam, należał do Davida. Natychmiast skasowałam konto.

Minęły cztery dni, od kiedy mignęła mi Jane Russell. Jest zbudowana zdecydowanie inaczej niż filmowy oryginał, nie ma jej torpedowych piersi i talii osy; w sumie ja też tak nie wyglądam. Jej syna widziałam tylko raz, wczoraj rano. Co innego mąż – szerokie ramiona, nierówne brwi, nos jak łopatka – tego oglądam bez przerwy: a to roztrzepuje jajka w kuchni, a to czyta w salonie, i od czasu do czasu spogląda w stronę sypialni, jakby kogoś tam szukał.

Piątek, 29 października6

Dziś mam leçon francuskiego, a wieczorem oglądam Widmo. Mąż łachudra, jego żona „mały wrak”, kochanka, morderstwo, zwłoki, które wyparowały. Czy można pokonać trupa, który ulotnił się jak kamfora?

Przedtem jednak obowiązki. Połykam proszki, siadam przy komputerze, poruszam myszką, wklepuję hasło i loguję się na stronie Agory.

O każdej porze – bez przerwy – zalogowanych jest co najmniej kilkadziesiąt osób, plejada użytkowników z całego świata. Niektórych znam z imienia: Talię z okolic zatoki San Francisco, Phila z Bostonu, prawniczkę z Manchesteru o totalnie nieprawniczym imieniu Mitzi, Pedra z Boliwii, którego łamany angielski wcale nie jest gorszy od mojej kulawej francuszczyzny. Inni wolą posługiwać się nickami, ja również; chcąc być cwana, nazwałam się „Annagorafobką”, ale potem przyznałam się jednemu użytkownikowi, że jestem psycholożką, i wieść szybko się rozniosła. Dlatego przechrzciłam się na „lekarzprzyjmuje”. Zapraszam.

Agorafobia, dosłownie „lęk przed placem targowym”, a w praktyce określenie na szereg zaburzeń lękowych. Po raz pierwszy została udokumentowana pod koniec dziewiętnastego wieku, a sto lat później skodyfikowana jako „niezależna jednostka diagnostyczna”, mimo że często współwystępuje z zespołem lęku napadowego. Jeśli chcecie, możecie poczytać sobie o tym w piątej edycji klasyfikacji zaburzeń psychicznych, w skrócie DSM-5 (od Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders, Fifth Edition). Zawsze mnie śmieszył ten tytuł, bo brzmi, jakby chodziło o jakąś hollywoodzką serię: „Podobały ci się Zaburzenia umysłowe 4? Zakochasz się w kolejnej części!”.

Literatura medyczna jest nieprzeciętnie pomysłowa, jeśli chodzi o diagnostykę tego zaburzenia. „Wyraźny lęk lub niepokój związany z (…) przebywaniem na otwartych przestrzeniach (np. na placach parkingowych, w dużych sklepach, na mostach) (…), staniem w kolejce, (…) przebywaniem samemu poza domem”2. Ileż bym dała, żeby móc przebywać na mostach. Albo stać w kolejce. To też mi się podoba: „siedzeniem w środkowej części sali w kinie albo teatrze”. Ni mniej, ni więcej, tylko środkowe miejsca.

Strony sto siedemnasta i sto osiemnasta, jeśli to kogoś interesuje.

Wielu z nas – tych najsilniej dotkniętych, tych zmagających się z zespołem stresu pourazowego – nie opuszcza domu, ukrywa się przed okropnym, tłumnym światem. Jedni boją się falujących tłumów, inni nawałnicy ruchu ulicznego. W moim przypadku źródłem lęku jest przestwór nieba, nieskończony horyzont, sama ekspozycja na przestrzeń, miażdżący napór tego, co na zewnątrz. „Otwarta przestrzeń”, ujmuje rzecz ogólnikowo DSM-5, nakłaniając do lektury swoich stu osiemdziesięciu sześciu przypisów. Jako lekarz mówię, że osoba cierpiąca na agorafobię szuka takiego środowiska, które będzie mogła kontrolować. Tak brzmi ujęcie kliniczne. Jako chora mówię, że agorafobia nie tyle zniszczyła moje życie, co się nim stała.

Wyświetla się ekran powitalny Agory. Przeglądam tablice, czytam tytuły wątków. „3 miesiące bez wychodzenia z domu”. Witaj w klubie, Kala88; u mnie prawie dziesięć miesięcy i licznik bije. „Agora zależy od nastroju?”. Brzmi to bardziej jak fobia społeczna, RannyPtaszku. Albo problem z tarczycą. „Nadal nie mogę znaleźć pracy”. Och, Megan… wiem i jest mi przykro. Dzięki Edowi nie muszę pracować, ale brakuje mi pacjentów. Martwię się o nich.

Napisał do mnie ktoś nowy. Kobieta. Kieruję ją do przewodnika, „jak przetrwać”, który wysmażyłam wiosną: Pod rękę z zespołem lęku napadowego – wydaje mi się, że brzmi to wystarczająco optymistycznie.

P: Jak jeść?

O: Blue Apron, Plated, HelloFresh… W Stanach Zjednoczonych istnieje mnóstwo firm cateringowych! Podobne usługi znajdziesz również za granicą.

P: Skąd brać leki?

O: Wszystkie największe sieci aptek na terenie Stanów Zjednoczonych dostarczają leki do domu. W razie problemów poproś lekarza, żeby w twoim imieniu porozmawiał z pracownikami miejscowej apteki.

P: Jak utrzymywać porządek w domu?

O: Sprzątając go! Rób to sam albo korzystaj z usług firmy sprzątającej.

(Ja nie robię ani jednego, ani drugiego. Przydałoby się porządne pucowanie).

P: A co z wynoszeniem śmieci?

O: Może się tym zająć sprzątaczka albo możesz poprosić znajomego o pomoc.

P: Jak nie dać się pokonać nudzie?

O: Ha! To dopiero trudne pytanie…

I tak dalej. Ogólnie jestem zadowolona z przewodnika. Szkoda, że sama takiego nie miałam.

Pojawia się okienko czatu.

Sally4ta: witam pani doktor!

Drgnięcie ust w uśmiechu. Sally: dwadzieścia sześć lat, mieszka w Perth, kilka miesięcy temu, w Niedzielę Wielkanocną, została napadnięta. Złamana ręka, poważne obrażenia twarzy. Tego, który ją zgwałcił, nie udało się zidentyfikować i zatrzymać. Sally spędziła cztery miesiące w zamknięciu, odizolowana w najbardziej odizolowanym mieście świata, ale od ponad dziesięciu tygodni wychodzi z domu – no i dobrze, jak sama mówi. Psycholog, terapia, propranolol. Nie ma to jak beta-bloker.

lekarzprzyjmuje: Witaj! Wszystko w porządku?

Sally4ta: wszystko ok! rano bylam na pikniku!!

Zawsze miała słabość do wykrzykników, nawet będąc w głębokiej depresji.

lekarzprzyjmuje: I jak było?

Sally4ta: przezylam! :)

Emotikony też lubi.

lekarzprzyjmuje: Zuch dziewczyna! Jak tam Inderal?

Sally4ta: niezle, zeszłam do 80 mg

lekarzprzyjmuje: 2x dziennie?

Sally4ta: 1x!!

lekarzprzyjmuje: Minimalna dawka! Fantastycznie! Efekty uboczne?

Sally4ta: tylko suchosc oczu

Szczęściara. Sama przyjmuję podobny lek (jeden z wielu) i raz na jakiś czas bóle głowy niemal rozsadzają mi mózg. „Propranolol może powodować migrenę, zaburzenia rytmu serca, zaburzenia oddychania, depresję, halucynacje, reakcje skórne, nudności, biegunkę, obniżenie libido, kłopoty z zaśnięciem oraz senność”.

– Jedyne, czego brakuje temu lekowi, to więcej działań niepożądanych – stwierdził Ed.

– Samozapłon – podsunęłam.

– Potężna sraczka.

– Powolna śmierć.

lekarzprzyjmuje: Nawroty?

Sally4ta: w zeszlym tygodniu zaczelo mna telepac

Sally4ta: ale dalam sobie rade

Sally4ta: ćwiczenia z oddychania

lekarzprzyjmuje: Stara dobra torebka papierowa.

Sally4ta: czuje sie jak idiotka ale to naprawde dziala

lekarzprzyjmuje: Zgadza się. Gratulacje, świetna robota.

Sally4ta: dzięki :)

Wypijam łyk wina. Pojawia się kolejne okienko czatu. To Andrew, mężczyzna, którego poznałam na stronie dla miłośników klasyki kina.

Maraton z Grahamem Greene’em @Angelika w ten wknd?

Zawieszam się nad klawiaturą. Stracone złudzenia to mój ulubiony Greene: nieszczęsny majordomus, pamiętny samolocik z papieru… No i minęło z piętnaście lat, od kiedy ostatni raz oglądałam Ministerstwo strachu. Mnie i Eda też, rzecz jasna, połączyły stare filmy.

Nie wyjaśniłam jednak Andrew, na czym polega szczególność mojej sytuacji. „Nie ma takiej możliwości” – to ją chyba podsumowuje.

Wracam do Sally.

lekarzprzyjmuje: Pamiętasz o wizytach u psychologa?

Sally4ta: tak :) dzieki. juz tylko 1x w tyg. mowi ze robie duze postepy

Sally4ta: bety i tablety to podstawa

lekarzprzyjmuje: Dobrze sypiasz?

Sally4ta: nadal miewam koszmary

Sally4ta: a ty?

lekarzprzyjmuje: Ja dużo śpię.

Pewnie za dużo. Powinnam o tym wspomnieć w rozmowie z doktorem Fieldingiem. Nie jestem pewna, czy to zrobię.

Sally4ta: a twoje postepy? gotowa wziac byka za rogi?

lekarzprzyjmuje: Nie jestem tak szybka jak ty! PTSD to sroga bestia. Ale twarda jestem.

Sally4ta: o tak!

Sally4ta: lece. chcialam wpasc zobaczyc co slychac u znajomych na forum. mysle o was wszystkich!!!

Żegnam się z Sally i w tej samej chwili dzwoni na Skypie mój korepetytor.

– Bonjour, Yves – mruczę pod nosem.

Odczekuję chwilę i dopiero wtedy odbieram; uświadamiam sobie, że nie mogę się doczekać, kiedy go zobaczę – te atramentowe włosy, ten ciemny rumieniec na skórze. Te brwi, które zderzają się ze sobą i unoszą jak l’accent circonflexe, ilekroć Yves’a zdumiewa moja wymowa, czyli często.

Jeśli Andrew znów się odezwie, na razie go zignoruję. Może nie na razie, tylko na dobre. Słabość do klasycznego kina to coś, co dzielę z Edem. I tylko z nim.

Odwracam klepsydrę stojącą na biurku i przyglądam się, jak piramidka z piasku zdaje się pulsować, kiedy przesypujące się ziarenka żłobią w niej dołek. Mnóstwo czasu. Prawie rok. Od niemal roku nie wychodzę z domu.

Chociaż nie do końca. Pięć razy w ciągu ośmiu miesięcy udało mi się wystawić nos do ogrodu. Moją „tajną bronią”, jak to nazywa doktor Fielding, jest parasol Eda, pogięte ustrojstwo z logo London Fog. Doktor Fielding, sam jak pogięte ustrojstwo, stoi w ogrodzie jak strach na wróble, a ja otwieram drzwi, trzymając przed sobą parasol. Pstryk i się rozkłada. Wpatruję się w kopułę jego ciała, w żebra i skórę. Ciemna szkocka krata, cztery czarne kwadraty, ułożone w poprzek fałd czaszy, cztery białe linie w każdej osnowie i wątku. Cztery kwadraty, cztery linie. Cztery czarne, cztery białe. Wziąć wdech, policzyć do czterech. Zrobić wydech, policzyć do czterech. Magiczna liczba cztery.

Trzymam przed sobą parasol niczym szablę. Nie, niczym tarczę.

I stawiam krok na zewnątrz.

Wydech, dwa, trzy, cztery.

Wdech, dwa, trzy, cztery.

Nylon lśni w słońcu. Pokonuję pierwszy stopień schodków (są, rzecz oczywista, cztery) i przekrzywiam parasol odrobinę w stronę nieba, zerkam na buty doktora, na jego golenie. Na skraju mojego pola widzenia roi się świat. Przelewa jak woda, która lada moment zatopi keson.

– Proszę pamiętać, że dysponuje pani swoją tajną bronią – mówi doktor Fielding.

To żadna tajna broń, mam ochotę krzyknąć, to pieprzony parasol, którym wymachuję w biały dzień.

Wydech, dwa, trzy, cztery; wdech, dwa, trzy, cztery – o dziwo, to działa. Sprowadzam się po schodkach (wydech, dwa, trzy, cztery) i pokonuję kilka metrów trawnika (wdech, dwa, trzy, cztery). Ale wtedy rośnie we mnie panika, jest jak przypływ, który zalewa wzrok i w którym tonie głos doktora Fieldinga. A potem… lepiej o tym nie myśleć.

Sobota, 30 października7

Burza. Jesion kuli się ze strachu. Ponury, mokry wapień patrzy spode łba. Pamiętam, jak raz upuściłam szklankę na patio. Rozprysła się niczym bańka mydlana, merlot rozgorzał na ziemi i zalał żyły kamiennych płyt, ciemny, krwawy, podpełzł pod moje stopy.

Czasami, kiedy jest pochmurno, wyobrażam sobie, że znajduję się gdzieś tam w górze, w samolocie albo nad obłokami, i spoglądam w dół na wyspę: mosty wyrastające ze wschodniego brzegu i samochody, które lgną do niej jak ćmy do żarówki.

Dawno nie czułam deszczu na skórze. Albo wiatru – już chciałam napisać: pieszczoty wiatru, tyle że trąciłoby to romansidłem.

A jednak to prawda. Albo śniegu, ale akurat śniegu nie chcę więcej czuć.

Dziś rano w dostawie jabłek z FreshDirect zaplątała się brzoskwinia. Ciekawe, jak do tego doszło.

Tego wieczoru, kiedy się poznaliśmy – na projekcji 39 kroków w kinie studyjnym – opowiadaliśmy sobie z Edem historie. Matka, powiedziałam, wychowała mnie na starych thrillerach i klasycznych filmach noir; jako nastolatka wolałam towarzystwo Gene Tierney i Jimmy’ego Stewarta niż kolegów i koleżanek z klasy. „Sam nie wiem, czy to urocze, czy smutne”, stwierdził Ed, który nigdy wcześniej nie oglądał czarno-białych filmów. Dwie godziny później już mnie całował.

„Chcesz powiedzieć, że to ty mnie całowałaś”, wyobrażam sobie, jak mnie poprawia.

W latach poprzedzających narodziny Olivii oglądaliśmy filmy co najmniej raz w tygodniu, i to same klasyki z suspensem, które pamiętałam z dzieciństwa: Podwójne ubezpieczenie, Gasnący płomień, Sabotaż, Wielki zegar… Żyliśmy wtedy w monochromatycznym świecie. Dla mnie to była okazja do odwiedzin u starych znajomych, dla Eda – sposobność poznania nowych.

Układaliśmy listy. Seria W pogoni za cieniem od najlepszej części (pierwsza) do najgorszej (Pieśń mordercy). Najlepsze filmy z wyjątkowo udanego roku 1944. Najciekawsze role Josepha Cottena.

Mogę oczywiście sama sporządzać takie listy. Na przykład: najlepsze filmy w stylu Hitchcocka nienakręcone przez Hitchcocka. Proszę bardzo:

Rzeźnik, jeden z dość wczesnych obrazów Claude’a Chabrola; podobno Hitch żałował, że sam nie wyreżyserował tego filmu. Mroczne przejście z Humphreyem Bogartem i Lauren Bacall, spowita welwetową mgłą laurka dla San Francisco i prekursor filmów, w których bohater poddaje się operacji plastycznej, aby ukryć swoją prawdziwą tożsamość. Niagara z Marilyn Monroe. Szarada z Audrey Hepburn. Sudden Fear z brwiami Joan Crawford. Doczekać zmroku – znów z Hepburn; o zdanej na własne siły niewidomej kobiecie z sutereny. Chybabym zwariowała w suterenie.

Filmy z lat po Hitchu: Zniknięcie z zaskakującym zakończeniem. Frantic, Polańskiego oda do mistrza. Panaceum, które zaczyna się jak antyfarmakologiczny traktat, po czym prześlizguje niczym węgorz do zupełnie innego gatunku.

Okej.

Popularne błędne cytaty z filmów. „Zagraj to jeszcze raz, Sam” – rzekomo z Casablanki, tyle że ani Bogie, ani Bergman nie wypowiadają słów „jeszcze raz”. „On żyje” – Frankenstein nie określa płci swojego potwora, mówi jedynie okrutne: „To żyje”. „To elementarne, mój drogi Watsonie” pada w pierwszych filmach o Holmesie z ery dźwiękowej, ale nie pojawia się w żadnej z kanonicznych historii Conan Doyle’a.

Okej.

Co dalej?

Otwieram laptopa, wchodzę na Agorę. Wiadomość od Mitzi z Manchesteru; sprawozdanie z postępów Dołeczków2016 z Arizony. Nic godnego uwagi.

W salonie domu pod numerem 210 chłopak Takedów przeciąga smyczkiem po strunach wiolonczeli. Dalej na wschód Grayowie przemykają w deszczu i śmiejąc się, wbiegają na schodki, które prowadzą do ich drzwi. Za skwerem Alistair Russell napełnia szklankę wodą z kranu.

8

Późne popołudnie. Nalewam sobie kalifornijskiego pinota noir do szklaneczki, kiedy nagle ktoś dzwoni do drzwi. Szklaneczka wypada mi z ręki. Rozbija się na podłodze i długi winny jęzor liże brzozowe deski.

– Kurwa! – krzyczę. (Zauważyłam, że pod nieobecność innych klnę częściej i głośniej. Ed byłby zbulwersowany. Sama się bulwersuję).

Idę po kilka listków papierowego ręcznika, ale dzwonek znów się odzywa. Kogo niesie? – myślę. A może mówię? Przed godziną David wyszedł do pracy we Wschodnim Harlemie – odprowadziłam go wzrokiem przez okno w gabinecie – a nie spodziewam się żadnych dostaw. Pochylam się, przykrywam czerwoną plamę ręcznikiem i ruszam do drzwi.

Na ekranie domofonu widzę wysokiego chłopaka w obcisłej kurtce, który trzyma niewielkie białe pudełko. Syn Russellów.

Wduszam przycisk.

– Tak? – To mniej zachęcające niż: „Słucham”, ale bardziej uprzejme niż: „O co chodzi, do cholery?”.

– Mieszkam po drugiej stronie skweru – odzywa się głośno, prawie krzycząc. Ma niewiarygodnie miły głos. – Mama prosiła, żebym to pani dał. – Widzę, jak podsuwa pudełko pod głośnik, a potem, ponieważ nie wie, gdzie się znajduje kamera, powoli obraca się, unosząc ręce nad głową.

– Możesz po prostu… – zaczynam. Mam powiedzieć, żeby zostawił paczkę na korytarzu? Niezbyt grzeczne, mało dobrosąsiedzkie, ale raz, że od dwóch dni się nie kąpałam, a dwa, że mógłby go podrapać kot.

Nadal stoi na ganku i trzyma pudełko w górze.

– …wejść – kończę i naciskam brzęczyk.

Słyszę szczęk zamka i idę do drzwi, ostrożnie, tak jak Punc podchodzi do nieznajomych – poprawka: tak jak Punc podchodził do nieznajomych, kiedy ci jeszcze odwiedzali ten dom.

Widzę ciemny, wąski cień na matowym szkle; wygląda jak młode drzewko. Przekręcam gałkę klamki.

Chłopak rzeczywiście jest wysoki, ma dziecinną twarz i niebieskie oczy, rudawozłotą grzywkę i bladą bliznę, która znaczy jedną z jego brwi i wędruje w górę po czole. Ma może piętnaście lat. Wygląda jak chłopak, którego kiedyś znałam i z którym się całowałam – na obozie letnim w Maine ćwierć wieku temu. Podoba mi się.

– Mam na imię Ethan – mówi.

– Wejdź – powtarzam.
Przestępuje próg.

– Ciemno tu.

Pstrykam przełącznik na ścianie.

Kiedy mu się przypatruję, on rozgląda się po pokoju. Ogarnia wzrokiem obrazy, kota rozwalonego na szezlongu, kupkę nasiąkających winem ręczników papierowych na podłodze w kuchni.

– Co się stało?

– Mały wypadek – odpowiadam. – Jestem Anna. Fox – dodaję na wypadek, gdyby go to interesowało. Mam tyle lat, że mogłabym być jego (młodą) matką.

Podajemy sobie ręce, a potem on wręcza mi przewiązane tasiemką pudełko.

– To dla pani – mówi nieśmiało.

– Postaw tam. Chcesz coś do picia?

Podchodzi do kanapy.

– Może wody?

– Jasne. – Wracam do kuchni i sprzątam bałagan po winie. – Z lodem?

– Nie, dziękuję.

Nalewam dwie szklanki wody. Omijam wzrokiem stojącą na blacie butelkę pinota noir.

Ethan stawia pudełko na ławie obok mojego laptopa. Nadal jestem zalogowana na stronie Agory. Właśnie rozmawiałam z DiscoMickeyem o jego niedawnym ataku paniki w stadium początkowym; na ekranie widać wiadomość z podziękowaniem za pomoc.

– No dobrze – mówię, siadając obok Ethana. Stawiam przed nim szklankę z wodą, opuszczam klapę komputera i sięgam po prezent. – Zobaczmy, co tu mamy.

Ciągnę za tasiemkę, otwieram wieko, rozchylam wypełnienie z bibułki i wyjmuję świecę z kwiatkami i łodyżkami zatopionymi w wosku jak owady w bursztynie. Z celowym namaszczeniem podnoszę ją do nosa.

– Lawenda – podsuwa Ethan.

– Tak myślałam. – Wciągam zapach. – Uwielbiam lovendę. Lawendę.

Posyła mi blady uśmiech, lekko unosi kącik ust, jakby ktoś pociągnął za sznurek. Uświadamiam sobie, że za kilka lat będzie przystojnym mężczyzną. A ta blizna – kobiety będą za nią szalały. Dziewczyny może już szaleją. Albo chłopcy.

– Mama prosiła, żebym to pani dał.

– To bardzo miłe. Jesteście nowymi sąsiadami, więc to my powinniśmy wam wręczać prezenty.

– Przyszła jedna pani – mówi. – Powiedziała, że po co nam taki wielki dom, skoro jesteśmy taką małą rodziną.

– Założę się, że to była pani Wasserman.

– Tak.

– Nie zwracajcie na nią uwagi.

– Nie zwracamy.

Punc zeskoczył z szezlonga na podłogę i ostrożnie zmierza w naszą stronę. Ethan pochyla się i kładzie na dywanie dłoń spodem do góry. Kot przystaje, po czym pełznie ku nam jak wąż, obwąchuje palce Ethana i je oblizuje. Ethan chichocze.

– Uwielbiam kocie języczki – wyznaje jak na spowiedzi.

– Ja też. – Upijam wody. – Są pokryte zadziorkami, takimi igiełkami – dodaję na wypadek, gdyby nie wiedział, co to znaczy „zadzior”. Dociera do mnie, że nie jestem pewna, jak rozmawiać z nastolatkiem; moi najstarsi pacjenci mieli dwanaście lat. – Zapalić świeczkę?

Ethan wzrusza ramionami i się uśmiecha.

– Pewnie.

Zapałki – wiśniowe pudełko z napisem „The Red Cat” – znajduję w szufladzie biurka. Pamiętam, jak wybraliśmy się tam z Edem na kolację, już ponad dwa lata temu. Albo trzy. Tagin z kurczaka, chyba, i – o ile pamiętam – Ed pochwalił wino. Ja nie piłam wtedy tyle co dziś.

Pocieram zapałką o draskę, przykładam ją do knota.

– Popatrz – mówię, kiedy knot zajmuje się ogniem; płomień rozkwita, kwiaty płomienieją. – Jak ślicznie.

Panuje łagodna cisza. Punc kręci ósemki wokół nóg chłopaka, po czym wskakuje mu na kolana. Ethan wybucha radosnym śmiechem, który brzmi jak ujadanie.

– Chyba cię lubi.

– Chyba tak – przyznaje. Zgina palec i zaczyna drapać kota za uchem.

– Mało kogo lubi. Ma paskudny charakter.

Słychać warkot, jakby chodził włączony silnik. Punc potrafi mruczeć, stwierdzam z zaskoczeniem.

Ethan szczerzy zęby w uśmiechu.

– To kot niewychodzący?

– Ma klapkę w drzwiach w kuchni. – Pokazuję. – Ale przeważnie siedzi w domu.

– Grzeczny chłopiec – mruczy Ethan, a Punc wtula mu pyszczek pod pachę.

– Jak ci się podoba nowy dom? – pytam.

Nie odpowiada od razu. Głaszcze kota po głowie, a raczej ugniata.

– Tęsknię za starym – mówi wreszcie.

– No pewnie. A gdzie przedtem mieszkaliście? – Oczywiście znam już odpowiedź.

– W Bostonie.

– Co was sprowadziło do Nowego Jorku? – To też wiem.

– Tata dostał nową pracę. – Formalnie rzecz biorąc, to tylko przeniesienie, ale przecież nie będę się sprzeczała. – Tu mam większy pokój – dodaje, jakby dopiero teraz przyszło mu to do głowy.

– Poprzedni właściciele przeprowadzili duży remont.

– Mama mówi, że wybebeszyli dom.

– Dokładnie tak. Wybebeszyli. Połączyli część pokoi na górze.

– Była pani w moim domu?