Kobieta w mroku - Vanessa Savage - ebook

56 osób właśnie czyta

Opis

Przyprawiający o dreszcze thriller psychologiczny o rozpadzie rodziny i sekretach, które wciąż nas nawiedzają. Sarah ma za sobą epizod, którego w ogóle nie pamięta – po śmierci matki przedawkowała tabletki nasenne. Rodzina i przyjaciele są pewni, że zamierzała targnąć się na swoje życie. Mąż proponuje jej specyficzną terapię – nadmorski dom w Walii, w którym się wychowywał, właśnie wystawiono na sprzedaż za bezcen. Przeprowadzka z pewnością dobrze by zrobiła i Sarze, i dzieciom. W ofercie jest jednak pewien haczyk – piętnaście lat temu fotografia domu nie schodziła z okładek gazet. W jego murach brutalnie zamordowano całą rodzinę. Patrick wierzy jednak, że uda się przywrócić domowi dawną świetność, choć skromne fundusze ledwo wystarczą im na pokrycie podstawowych kosztów. Wkrótce nowi sąsiedzi zaczynają sugerować, że dom jest nawiedzony, a na progu willi pojawiają się osobliwe „podarunki”. Na domiar złego morderca sprzed lat właśnie wychodzi na wolność. Sarah nie może się pozbyć wrażenia, że ktoś ją obserwuje, a historie Patricka o szczęśliwym dzieciństwie powoli tracą spójność. Czy kobiecie uda się odkryć sekret domu, zanim rozpadnie się kolejna rodzina? „Przekonujący portret skrywanych latami napięć”. Daily Mail „Mocna opowieść o oszustwie, zdradzie i stracie”. The Sun

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 474

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The Woman in the Dark
Copyright © Vanessa Savage 2019 Published by Little, Brown Book Group All rights reserved.
Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga Copyright © 2019 for the Polish translation by Dorota Kaczor (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Projekt graficzny okładki: Anna Slotorsz / artnovo.pl
Zdjęcia na okładce: adobe stock: © chris2766 (łąka), © mbonaparte (dom), © chernikovatv (przetarcia), © saiyood (krew)
Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan
Korekta: Joanna Rodkiewicz, Marta Chmarzyńska, Aneta Iwan
ISBN: 978-83-8110-978-9
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o. ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28e-mail: [email protected]/WydawnictwoSoniaDraga
E-wydanie 2019
Konwersja:eLitera s.c.

Tę książkę dedykuję mojej fantastycznej rodzinie– Timowi, Jess i Georgie.

Poświęcam ją też pamięci rodziców, Josie i Erica,a także dedykuję najlepszej przyjaciółceSuzanne oraz Hannah.

Nagłówek z „Western Mail”, maj 2017:

KOLEJNE DWA CIAŁA ZNALEZIONEW „DOMU ZBRODNI”

.

Tyle czasu minęło, odkąd tu nie mieszkasz. W miasteczku wszystko jest inne, a zarazem nic się nie zmieniło. Napisy na murach są wulgarniejsze, mroczniejsze, zgnilizna jeszcze głębiej zakorzeniona. Utrzymujący się odór, bandaż przesiąknięty ropą, czerwona smużka infekcji wypływająca prosto z jej gnijącego środka.

Ten dom zawsze kojarzył mi się z zaleczoną raną, która pozwala zakażeniu toczyć się pod powierzchnią i podstępnie niszczyć zdrowe tkanki wokół. A ty? Ty jesteś w środku tego wszystkiego: brudna igła, zardzewiały nóż, przyczyna i skutek.

W moim śnie, tym, w którym dom jest nadal tylko domem, a nie „Domem zbrodni”, wszystkie pomieszczenia na piętrze mają drzwi i te drzwi są zamknięte, zawsze. Ale zeszłej nocy coś się zmieniło. Tym razem śniło mi się, że korytarz był dłuższy, a na końcu pojawiły się nowe drzwi. Zawsze w tym śnie uciekam przed smokiem w ludzkim przebraniu, potykając się i niemal upadając w przekonaniu, że nigdy nie dotrę do końca, ale tym razem coś mi mówiło, że dam radę.

Tyle że ja już nie chcę. Na końcu są drzwi, których nie powinno być. Są jeszcze jedne, i te są otwarte.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Przed

Rozdział 1

SARAH

Styczeń 2017

– Sarah, wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy.

Otwieram oczy i widzę Patricka stojącego przy łóżku z ozdobnym pudełkiem w ręku. Jest ubrany, więc zerkam na zegarek – ósma rano. Boże, dzieci, śniadanie dla Patricka. Powinnam była wstać godzinę temu.

– Spokojnie – mówi, siadając koło mnie. Odgarnia mi włosy z twarzy i z uśmiechem nachyla się, żeby pocałować mnie w czoło. – Mia i Joe już wyszli do szkoły, nie musisz wstawać. – Wręcza mi pudełko, więc siadam na łóżku i naciągam kołdrę.

Spoglądam na prezent: srebrny błyszczący papier, zagięcia idealnie równe i ostre, wstążka zawiązana w wymyślną kokardę.

– No ale...

– Wiem, to nie jest prawdziwa rocznica, ale ta jest ważniejsza. – Unosi moją dłoń, całuje ją, potem ją odwraca i całuje jej wnętrze aż po nadgarstek.

Gorączkowo usiłuję sobie przypomnieć, którego dzisiaj mamy. Aha, 21 stycznia, dzień, kiedy się poznaliśmy.

– Otwórz – mówi, wciskając mi pudełko do ręki.

Niezdarnie mocuję się z wstążką, Patrick się śmieje i pomaga mi, rozdzierając papier i unosząc pokrywkę.

W środku jest płyta CD. Zaskoczona wyjmuję ją i twarz mi się rozpromienia. To stary album The Verve, który tak uwielbiałam. Na szczycie listy utworów jest Bitter Sweet Symphony.

– Pamiętasz?

Jasne, że tak. Zamykam oczy i znów jestem na tamtej studenckiej imprezie: ciemny, zadymiony pokój, wykładzina lepi się od taniego alkoholu, wszyscy jesteśmy pijani, grupka nastolatków rozwalona na podłodze i podająca sobie butelkę z rąk do rąk. Nagle rozlega się z głośników Bitter Sweet Symphony i jakiś facet w garniturze, wyglądający absurdalnie w tym otoczeniu, podchodzi i prosi mnie do tańca. Wśród tego hałasu, wśród tych wszystkich ludzi on obracał mną, jakbyśmy byli w jakiejś wytwornej sali balowej.

– Pomyślałem, że wieczorem moglibyśmy przy tym potańczyć – mówi Patrick. – Odkurzysz swoje martensy, a ja rozleję na podłodze tani rum.

Znów mnie całuje, tym razem się nie śpiesząc. Wdycham zapach jego wody po goleniu: ciężki, korzenny. Czuję smak kawy na jego ustach i szorstki dotyk zarostu na policzku. Zaspana i półprzytomna usiłuję sobie przypomnieć, ile to czasu minęło, kiedy ostatnio uprawialiśmy leniwy poranny seks, starając się nie robić hałasu, żeby nie obudzić dzieci. Tygodnie? Miesiące? Chcę go do siebie przyciągnąć, ale się odsuwa. Chłód wkrada się między nas.

– Zostań – szepczę.

– Muszę iść do pracy, ale za to wieczorem... wieczorem pójdziemy na kolację w jakieś wyjątkowe miejsce. Tylko we dwoje. – I znów jest dorosłym, poważnym Patrickiem w garniturze. Nie tym leżącym na przesiąkniętej alkoholem podłodze, który śmiał się, patrząc, jak wokół niego tańczę. Ale my wciąż istniejemy, prawda? Tamten Patrick i tamta Sarah? Widzę to w jego delikatnym uśmiechu, stłumionym chichocie, sposobie, w jaki na mnie patrzy, kiedy opada ze mnie kołdra. To wszystko jest, tylko przykryte szarą codziennością.

– Zostań – powtarzam i przyciągam go do siebie, zsuwając mu z ramion marynarkę.

Patrick ze śmiechem zaczyna całować mnie po szyi.

– Pani jest niepoprawna, pani Walker...

Po jego wyjściu opadam na poduszkę i z uśmiechem zamykam oczy. Mogłabym jeszcze pospać, ukraść z godzinkę, nim zacznę dzień, ale Patrick woła mnie z dołu. Wstaję i zdejmuję z drzwi mój stary, znoszony szlafrok. Patrick ciągle mi docina z jego powodu. Kupił mi kiedyś nowy, luksusowy i gruby, ale jeszcze ani razu go nie założyłam, ponieważ ten sto lat temu podarowała mi mama, kiedy wyprowadzałam się z domu. Noszę go od tamtej pory i będę nosić, aż się rozpadnie, bo to jedna z nielicznych pamiątek po niej.

Patrick stoi w przedpokoju z kopertą w dłoni.

– Kiedy to przyszło?

W sekundzie robię się czerwona. Pamiętam ten list, przyszedł kilka dni temu, zaadresowany ręcznie na nazwisko Patricka. Podniosłam go z wycieraczki, ale zamiast mu go oddać, schowałam do szuflady. Zrobiłam to, ponieważ pismo było damskie.

– Przepraszam. Widocznie wrzuciłam do szuflady, zamiast zostawić na wierzchu.

Patrick wpatruje się w list. Schodząc na dół, jestem gotowa jeszcze raz go przeprosić, ale kiedy zauważam wyraz jego twarzy, przystaję. Wiem, kiedy jest zły, ale tym razem to nie to. Nie rozpoznaję tej miny.

– O co chodzi? – pytam.

Gdy podnosi na mnie wzrok, widzę szeroko otwarte, rozpalone oczy, jakby miał się za chwilę rozpłakać. Ma rumieńce na policzkach. Jeszcze raz spogląda na kopertę, a potem wsuwa ją do kieszeni płaszcza.

– A, nic. Nic ważnego.

A jednak. Nigdy nie widziałam Patricka w takim stanie: to strach pomieszany z euforią i... nie wiem czym jeszcze. A może widziałam? Chyba tak. Tylko raz.

SMS od Caroline przychodzi pół godziny po wyjściu Patricka, a dziesięć minut później ona sama puka do drzwi. W ręku trzyma dwa parujące kubki z kawą, a pod pachą stos folderów z biur podróży.

– Dostawa cappuccino – mówi.

– Wyglądasz obrzydliwie świeżo – odpowiadam, przeczesując palcami rozczochrane włosy. Dopiero wpół do dziesiątej, a Caroline ma nieskazitelny makijaż i fryzurę. Wygląda, jakby była na nogach od kilku godzin.

– Jaki piękny dzień, chociaż zimno – mówi, idąc za mną do kuchni. – Pójdziemy na spacer, tylko posilę się cukrem i kofeiną.

Odstawiam kubek z kawą i zaczynam przeglądać foldery.

– Kajmanów to nawet nie brałam pod uwagę – mówię, wpatrując się w zdjęcie białej plaży i turkusowego morza.

– Wybrałaś już miejsce? – pyta Caroline.

– Naprawdę nie musisz tego robić – odpowiadam z westchnieniem.

– Czego? Przynosić ci kawy?

– Mam na myśli ten cały cyrk. Nie musisz pojawiać się co rano taka sztucznie rozpromieniona. Zdaje mi się, że jeszcze parę miesięcy temu nie raczyłaś otwierać oczu przed południem. A teraz ty i Patrick... Jakbyście brali udział w sztafecie: on wychodzi, ty wchodzisz.

Uśmiech znika z twarzy Caroline.

– Tak, ale parę miesięcy temu nie musiałam się martwić, że zostajesz sama w domu.

– Teraz też nie musisz.

– Czyżby? – odpowiada, dobierając się do ciastek w szafce. Częstuje mnie, ale odmawiam. Siadam z kawą przy stole.

Muszę pamiętać, żeby sprzątnąć kubki, zanim wróci Patrick. On nie wie, że Caroline też nade mną czuwa.

Kiedy moja najlepsza przyjaciółka przeniosła się do większego, ładniejszego domu niedaleko nas, obwieściła to okrzykiem: „Niespodzianka!”, stojąc w progu z szampanem w ręce. Patrick uważa, że zrobiła to specjalnie, by go zirytować. Zaprzeczałam, ale w głębi duszy jestem przekonana, że Caroline miała z tej przeprowadzki dodatkową przyjemność, bo wiedziała, że bardzo go wkurzy. Zna go prawie tak długo jak ja, a biorąc pod uwagę, ile oboje wkładają energii, żebym się na powrót nie rozpadła i pozostała skupiona na przyszłości, powinni być najlepszymi przyjaciółmi na świecie, tymczasem ciągle skaczą sobie do gardeł.

Wiem jednak, że ich troska wynika z miłości, nawet te drobne utarczki, i choć czasem się duszę pod tą ochronną poduszką, którą mnie otulają, nigdy nie zapomnę, że pomogła mi przetrwać złe czasy.

– Będziesz dziś w klubie książki u Helen?

– Nie mogę, Patrick zaprosił mnie do restauracji.

Caroline unosi brwi i wyjmuje z puszki kolejne ciastko.

– Z jakiej to okazji?

Uśmiecham się.

– Nic takiego, dziś jest rocznica naszego poznania się. On zawsze powtarza, że to prawdziwa rocznica, bo zakochał się we mnie od razu.

Caroline się śmieje, ja nie. „Pamiętasz?” – powiedział Patrick i wszystko na nowo stanęło mi przed oczami. Ja też się zakochałam od razu, jak tylko zaczęliśmy tańczyć. Teraz czasem o tym zapominam. Patrick ma rację, że powinniśmy to świętować. Ma nam przypominać, kim kiedyś byliśmy.

– To Joego? – pyta Caroline, wskazując na mały rysunek oprawiony w ramki, który postawiłam na blacie pod ścianą, żeby później zawiesić.

W wieku siedemnastu lat Joe wykazuje o wiele więcej talentu niż ja w jego wieku. Uchwycił twarz Mii za pomocą kilku śmiałych pociągnięć ołówkiem: kontury ostre i czyste, krzywizny miękkie i wycieniowane. Trzeba zmrużyć oko i spojrzeć z pewnej odległości, żeby ją dostrzec, ale to bez wątpienia ona. Zupełnie jakby zrobił to specjalnie, ukrył ukochaną siostrę na kartce, niczym w zabawie w chowanego. Mógł to narysować jako autoportret.

– Zabawne, nie? Że akurat Joe został artystą – mówi Caroline, stukając polakierowanym paznokciem w szybkę.

– Zabawne?

– Wiesz, o czym mówię.

Podchodzę do rysunku, wodzę palcem po zarysie twarzy Mii.

– To nie jest kwestia genów. Mia jest moją biologiczną córką, a nie mogłybyśmy się bardziej różnić.

– Natura kontra wychowanie, tak?

– Joe sam sięgnął po pędzel, ja go nigdy nie namawiałam. Ale oczywiście go wspieram, zachęcam do rozwijania talentu. Do tego nie musi być moim synem. – Odsuwam się, a twarz Mii zdaje się podążać za mną. Ciekawe, jak Joe narysowałby mnie. Albo Patricka.

– Dlaczego mu jeszcze nie powiedziałaś, że... – Caroline zawiesza głos. – No, że nie jest twój? – Caroline ma męża, który pracuje w opiece społecznej, i odkąd Joe wszedł w okres dojrzewania, bez przerwy udziela mi rad, jak najlepiej przekazać mu tego rodzaju informację, a ja wciąż się przed tym wzbraniam. – Sarah, po prostu mu powiedz, jemu to nie zrobi różnicy. Jesteś jedyną matką, jaką zna, a Patrick nadal pozostaje jego ojcem. Joe to zrozumie.

Ściska mnie w żołądku, odruchowo się rozglądam, czy Joe gdzieś się nie czai i nie słyszy tych zakazanych słów.

– Nie do wiary, że tak długo uchodzi ci to na sucho – wzdycha Caroline.

Ja też nie mogę w to uwierzyć. Supeł w żołądku zaciska się mocniej. A jeśli pewnego dnia Joe poprosi o metrykę? Czy na to czekam? Aż znajdę się pod ścianą?

Dotykam oprawionego rysunku. Joe był zawsze moim ukochanym synkiem. Z Mią ciągle się kłócimy, ona jest córeczką tatusia, za to ja i Joe... Caroline porusza sprawy, które dręczą mnie po nocach. Jeszcze bardziej, odkąd moja własna matka zmarła i zamieniłam się w tę nową, załamaną Sarah ze świeżą raną, która nie chce się zagoić. Jeżeli powiem Joemu prawdę, to tak, jakbym mu odbierała dwie matki: siebie i nieżyjącą od dawna Eve. Mnie moja strata złamała. Co się stanie z Joem?

– Ja wiem... wiem, że trzeba mu o tym powiedzieć. Już dawno powinnam, ale jak zaczął mieć te kłopoty w gimnazjum, uznałam, że to zły moment. Te bójki, znęcanie się... Te cholerne wezwania do szkoły, sugestie, że powinien go obejrzeć jakiś psycholog dziecięcy. Boże, ależ Patrick był na nich wściekły. Nasz syn jest prześladowany przez rówieśników, a oni to próbują przedstawić tak, jakby to był jego problem... Nie chciałam mu wtedy dokładać stresu. No i tak trwałam w kłamstwie, aż powiedzenie prawdy stało się niemożliwe. Przecież nie chodzi tylko o Joego. Jak my to wytłumaczymy Mii?

– Boże, Sarah...

Przełykam ślinę, słysząc znajomy niepokój w jej głosie.

– Posłuchaj, jego biologiczna matka nie żyje, nie zjawi się tu pewnego dnia w drzwiach. Powiemy mu, ale nie teraz. Ten wypadek... Joe nie jest jeszcze gotowy.

– Mogę spytać Seana, czy nie mają w archiwach jakichś danych o krewnych Eve – proponuje Caroline. – Gdyby Joe, jak już mu powiecie, zechciał ich odnaleźć.

– Proszę cię, nie rób tego. Patrick w razie czego na pewno udzieli mi wszelkich informacji.

– Zawsze twierdziłaś, że to on przeciąga sprawę, ale ja się zastanawiam, czy to nie ty jesteś bardziej niechętna. Boisz się stracić ukochanego synka.

– Pewnie, że się boję. Oboje skłamaliśmy, ale w gruncie rzeczy to Patrick jest jego ojcem, ja tylko złą macochą.

– Złą, dobre sobie. – Caroline z uśmiechem kładzie rękę na mojej dłoni. Zaciskam ją w pięść i marszczę brwi.

– Ale czy Joe to doceni?

– Chodzi jeszcze na terapię?

Kręcę głową. Patrick zakończył sesje, stwierdził, że to strata czasu. Protestowałam, dopóki Joe sam nie przyznał, że ojciec ma rację. Ale zachowałam numer tego terapeuty.

– Dogadują się choć trochę lepiej?

– Nie bardzo. Zwłaszcza odkąd Joe rozbił auto.

Caroline kiwa głową, po czym znów dotyka obrazka.

– Dobry jest.

– Chce iść na studia plastyczne.

– Patrick o tym wie?

– Jeszcze nie.

– Dopilnuj, żeby mnie tu nie było, kiedy dojdzie do tej rozmowy.

W płaszczach zapiętych pod szyję i okularach słonecznych wyruszamy na spacer do parku. Caroline bez przerwy się dopytuje, dokąd pojedziemy na wielką rodzinną wyprawę. Prawda jest taka, że nie wiem. Za dużo innych rzeczy się dzieje, nie mam do tego głowy. Chyba dlatego tak mi wierci dziurę w brzuchu, bo chce, żebym miała na co czekać i na co się cieszyć.

Wokół nas pełno ludzi z psami i matek pchających wózki. Wszyscy bladzi po tygodniach siedzenia w domu z powodu deszczowej pogody, cieszą się z pierwszego w tym roku słonecznego dnia.

– Patrick dostał list – mówię do Caroline, kiedy siadamy odpocząć nad jeziorkiem. Z naszych ust unoszą się białe obłoki pary. Owijam się szczelniej szalikiem. Nie zdawałam sobie sprawy, że ten list wciąż siedzi mi w głowie. Nie mogę jednak zapomnieć wyrazu twarzy Patricka.

– No i?

– Przestraszył się. Cokolwiek to było, Patrick wpadł w popłoch. I jeszcze coś...

– Przestraszył? – Caroline marszczy czoło i widzę, że myśli to samo co ja. Patricka nic nie jest w stanie przestraszyć. I dlatego mój niepokój rośnie. Caroline opiera się plecami o ławkę.

– Widziałaś, co to za list?

– Nie, zauważyłam tylko ręczne pismo na kopercie. – Spoglądam na nią. – Pomyślałam, że może jest chory. Albo dostał jakieś złe wieści.

– Był od kobiety?

– Zachowałam się jak idiotka. Przyszedł już kilka dni temu, a ja go schowałam. Nie wiem dlaczego. Nie to, żebym się bała, że mnie zdradza.

– A boisz się?

– Nie bądź niemądra.

To niemożliwe, Patrick nie byłby do tego zdolny.

Caroline przygląda mi się z dziwną miną. Widzę w jej okularach odbicie swojej twarzy, bladej i zatroskanej.

– To na pewno nic strasznego – pociesza. – Ale może spróbowałabyś się jakoś dowiedzieć, co tam było? Nie zaszkodzi.

Patrick jest podenerwowany po powrocie z pracy. Joego i Mii nie ma w domu. Zmyli się, wiedząc, że rodzice planują wieczorem wychodne. Włożyłam już ulubioną spódnicę Patricka, tę, którą mi sprezentował na ostatnie urodziny. Kiedy wróciłam ze spaceru, zobaczyłam, że zamówił dla mnie kwiaty, które wypełniły zapachem cały dom, więc postanowiłam się dla niego wystroić.

– Pięknie wyglądasz – mówi, nachylając się, by mnie pocałować. – Ale gdzie martensy?

Śmieję się i idę za nim do kuchni. Patrick nalewa wino dla mnie i wodę dla siebie. Emanuje z niego jakaś pełna napięcia energia.

– Za zdrowie Jamesa Tuckera – mówi.

James Tucker to chłopak, który wieki temu wystawił mnie do wiatru. Gdyby wtedy przyszedł na randkę, nie trafiłabym na tamtą studencką imprezę i nie poznałabym Patricka. Mój mąż nawet wspomniał o nim na naszym weselu, każąc gościom wznieść toast na cześć chłopca, którego nigdy nie widział na oczy.

Zdejmuje marynarkę, idzie do salonu, odsuwa zasłony i wygląda za okno. Jest jeszcze wcześnie. Chłopaki od Sawyerów z naprzeciwka wciąż szaleją na rowerach, skacząc po krawężnikach. Jeszcze niedawno Joe i Mia byli w ich wieku, ale nie sądzę, żeby Patrick przyglądał się im z tym samym ukłuciem tęsknoty co ja.

– Wszystko w porządku?

– Nie masz czasem wrażenia... klaustrofobii? – pyta cicho.

– Słucham?

– Ten dom, ta ulica, wszystko takie nudne i ograniczone. Brakuje przestrzeni, powietrza.

Nie wiem, co powiedzieć. W powietrzu nadal wisi ta dziwna energia i czuję się nieswojo. To ja z nas dwojga wygłaszam zwykle takie teksty, ja jestem tym niespokojnym duchem, który tęskni za przygodą.

– Na pewno chcesz dziś wyjść? – pytam. – Wyglądasz jakoś... Źle się czujesz?

Patrick odwraca się do mnie z uśmiechem, rozwiewając mój niepokój.

– Nie, jestem tylko zmęczony. Jasne, że chcę wyjść. Daj mi dwadzieścia minut, wezmę tylko prysznic i się przebiorę.

Kiedy ostatni raz widziałam się ze swoją matką, dało się zauważyć, że jest chudsza i bledsza. Była milcząca, zamyślona, zupełnie jak Patrick. „Co słychać? Źle się czujesz?” – zapytałam, a ona nawet na mnie nie spojrzała. „Nic mi nie jest, tylko jestem zmęczona” – odparła. Odwróciłam się i już więcej nie pytałam. Dopiero po jej śmierci znalazłam listy ze szpitala. Cały stos, nieotwarte, głęboko schowane. Może myślała, że jeśli ukryje listy, rak zniknie?

Czy to samo kierowało mną, gdy chowałam list do Patricka? Chciałam uniknąć kryjącej się w nim prawdy, cokolwiek to było? Ale to przecież nie działa. Rak rośnie i się rozprzestrzenia, nieważne jak bardzo chcemy przed nim uciec.

Wracam do przedpokoju i nasłuchuję szumu prysznica. Płaszcz Patricka wisi na wieszaku, z górnej kieszeni wystaje róg koperty. Jest otwarta, ma postrzępione brzegi. Podchodzę, sięgam po nią, upewniając się, czy drzwi do łazienki są zamknięte, czy woda dalej leci.

Z biciem serca wysuwam kopertę z kieszeni i ostrożnie wyjmuję list, nie chcąc bardziej jej zniszczyć.

– Co robisz?

Obracam się, za plecami niezdarnie próbując wepchnąć list z powrotem do kieszeni. Po omacku nie umiem jej jednak znaleźć, więc wsuwam kopertę za pasek od spódnicy i wypuszczam na wierzch bluzkę, aby to ukryć. Czy Patrick coś zauważył? Stoi w cieniu na szczycie schodów przepasany ręcznikiem, jeszcze mokry po kąpieli.

– Nic, ja tylko...

– Chodź na górę.

Czuję tę kopertę na swoich plecach. Dlaczego, do cholery, po prostu go nie spytałam? To przez Caroline, to ona zasiała we mnie ziarno podejrzeń, sugerując, że Patrick ma coś na sumieniu. A przecież wiem, że to niemożliwe. Wchodzę na górę, trzymając się kurczowo poręczy. Patrick przyciąga mnie do siebie i zanurza twarz w moich włosach. Obejmuje mnie w talii, jego dłoń wędruje za plecy i spoczywa na moich lędźwiach. Przez jedwab bluzki wyczuwa palcami zarys koperty.

– Przepraszam – szepczę. – Martwiłam się i...

– Ciii. – Sięga pod bluzkę i wyjmuje kopertę. Dotyk wilgotnej dłoni na skórze przyprawia mnie o dreszcz.

– Widziałam twoją minę, byłeś wystraszony, więc się zaniepokoiłam... – tłumaczę się gorączkowo.

Patrick zaczyna się śmiać.

– Wystraszony? Mój Boże, Sarah, nie byłem wystraszony, tylko przejęty. Podekscytowany!

O nie, to nie była ekscytacja.

– Co to jest? – pytam znowu. Tym razem Patrick otwiera kopertę i wręcza mi złożoną kartkę.

– Czasami go mijam samochodem – wyjaśnia, gdy przelatuję wzrokiem treść. – Kiedy wyjeżdżam na spotkania z klientami, czasem specjalnie wybieram okrężną drogę, żeby koło niego przejechać.

W pierwszej chwili czuję ogromną ulgę. To nie żadne złe wieści, żaden liścik miłosny od kochanki. Potem jednak serce zaczyna mi bić szybciej. Patrick bierze do ręki dołączoną do listu ulotkę agencji nieruchomości i wpatruje się w zdjęcie domu.

Drogi Panie Walker – głosi treść listu. – Prosił Pan, żebyśmy Pana zawiadomili, gdy ta nieruchomość zostanie wystawiona na sprzedaż... Cierpnie mi skóra na głowie. Ile razy robił te objazdy?

– Kiedy się z nimi kontaktowałeś? – pytam, machając listem.

– Parę lat temu.

Parę lat temu. Przełykam gorycz w ustach. To znaczy ile? Dwa? Trzy? Piętnaście? Właśnie przed piętnastoma laty cała rodzina zamieszkująca ten dom została zasztyletowana przez jakiegoś szaleńca. To wtedy Patricka zaczęły dręczyć koszmary, przez które budził się z krzykiem w środku nocy.

– Tak po prostu tam zadzwoniłeś i...?

– Zadzwoniłem do wszystkich agentów w okolicy. Poprosiłem, żeby dali mi znać, jeśli ktoś będzie chciał go sprzedać. – Znowu spogląda na zdjęcie, widzę, że ręka mu się trzęsie. – Nie przypuszczałem, że to w ogóle nastąpi.

Chowa list do koperty i patrzy na mnie z mieszaniną lęku i podniecenia w oczach.

– I tak powinien należeć do mnie. Od zawsze.

Przenika mnie dreszcz, obejmuję się ramionami.

– Umówiłem się na oglądanie na środę. Jedziesz ze mną?

Boże, ile nadziei w jego głosie... Ja nie mam ochoty przekraczać progu tego domu, ale Patrick nie widzi tego co ja, gdy patrzę na zdjęcia. Dla niego to tylko piękny wiktoriański dom, w którym się wychował, ze spadzistym dachem i zdobionymi szczytami – dom jak z bajki, dopóki nie stał się miejscowym domem strachów. Widzi radosne wspomnienia z dzieciństwa spędzonego nad morzem, wyobraźnia nie podsuwa mu obrazów krwi na ścianach ani szeptów duchów. Nie widzi „Domu zbrodni”. Ale ja tak.

Rozdział 2

Mia ogląda na YouTubie jakiś filmik, który sądząc po wiązance przekleństw, stanowczo nie nadaje się do puszczania przy rodzinnym obiedzie. Joe też pochyla się nad komórką, ale Mia podsuwa mu swoją i oboje wybuchają śmiechem. Ja kończę tłuc ziemniaki i nucąc sobie pod nosem, stawiam miskę na stole. Od tygodni nie widziałam dzieci tak zrelaksowanych.

– Chowamy komórki – mówi Patrick, wkraczając do kuchni. Chwilę gładzi mnie po włosach, po czym odpina spinki od mankietów i podwija rękawy koszuli. Telefon Joego natychmiast znika w kieszeni, ale Mia, gderając pod nosem, kładzie swój na stół i jeszcze zerka na ekran, na którym właśnie wyświetlił się SMS. – Powiedziałem: chowamy komórki – powtarza Patrick.

Mia wstaje i odkłada telefon na blat. Widzę moment zawahania, kiedy przychodzi do niej kolejny SMS.

– Siadaj, Mia – mówi Patrick, krojąc kurczaka. Kawałek piersi podaje mnie, a dzieciom po udku. – Świat się nie zawali, jeśli na pół godziny rozstaniecie się ze smartfonami.

Kręci głową z westchnieniem i siada przy stole.

– Coś się psuje między Tamarą i Charliem – rzuca Mia do Joego. Ten wzrusza ramionami, nie podnosząc wzroku znad talerza, ale to nie powstrzymuje siostry od rozpoczęcia zawiłej opowieści o zdradzie i złamanym sercu.

– Mia, dajże spokój. Jakbym słuchał opery mydlanej – mówi Patrick.

– Boże, tato, ty nie wiesz nawet połowy.

– Świetnie. I niech tak zostanie. – Spogląda na mnie. – My chyba tacy nie byliśmy, co?

Unoszę brwi, przypominając sobie emocje, jakie towarzyszyły naszym pierwszym randkom, gdy obojgu aż szumiało w głowie.

Nagle rozlega się dzwonek telefonu Mii, aż wszyscy podskakujemy. Mia wstaje, by go odebrać, ale Patrick kładzie jej dłoń na ramieniu. Dziewczyna mruczy coś pod nosem i mówi:

– Słowo daję, nie wiem, jak wy kiedyś funkcjonowaliście bez komórek.

Patrick nie reaguje na prowokację, tylko spokojnie dalej je. To ja postanawiam odpowiedzieć.

– Cóż, może to dziwne i pewnie nie mieści ci się w głowie, ale my potrafiliśmy rozmawiać z drugim człowiekiem twarzą w twarz.

– Ha, ha. Bardzo śmieszne.

– To było fajne – włącza się Patrick, odkładając widelec. – Mieszkałem w małym miasteczku, ale wszyscy świetnie się znaliśmy, dorastaliśmy razem. Latem mogłem skoczyć na plażę i miałem gwarancję, że spotkam tam kogoś z przyjaciół. Umawialiśmy się też w lunaparku. Ale przeważnie chodziło się na plażę. Przynosiliśmy drewno, jedzenie i przesiadywaliśmy do zmroku, grzejąc się przy ognisku.

– À propos rodzinnego miasteczka waszego ojca... – Milknę, widząc, że Patrick patrzy na mnie i kręci głową. Nie ustalaliśmy, co powiemy dzieciom o jutrzejszym oglądaniu domu, ale po bielejących kłykciach jego dłoni zaciśniętej na szklance z wodą domyślam się, że mam być cicho.

Joe i Mia zaraz po obiedzie zniknęli w swoich pokojach.

– Kawy? – pyta mnie Patrick, wyjmując z szafki dwa kubki. – A może wolisz wino?

Wolałabym, ale jeśli powiem „tak”, zauważy, jak mało zostało w butelce, którą dla mnie wczoraj otworzył. Patrick nie pije alkoholu, nie lubi niczego, co go pozbawia kontroli nad sobą, a gdy jest się jedyną pijącą osobą w domu, trudno ukryć każdą potajemną lampkę wina.

– Nie, dzięki. Chętnie wypiję kawę.

Wstaję, żeby posprzątać ze stołu, ale Patrick mnie powstrzymuje.

– Ja to zrobię, ty gotowałaś.

– Czemu nie chcesz, żeby dzieci wiedziały, dokąd jutro jedziemy? Nawet myślałam, czyby tego nie przełożyć na weekend, żeby Joe i Mia mogli się z nami zabrać. Spędzilibyśmy dzień nad morzem, jak dawniej.

Patrick wzrusza ramionami i bierze ode mnie talerz.

– To żaden sekret, ale wolę, żebyś ty go najpierw zobaczyła. Nie będzie wyglądał tak samo jak wtedy, gdy w nim mieszkałem. Minęło wiele czasu, odkąd był szczęśliwym rodzinnym domem, i nie chciałbym, żeby dzieci widziały go takim, jakim jest teraz.

– Szkoda, że cię nie znałam w tamtych beztroskich czasach – mówię do jego pleców, kiedy wkłada naczynia do zmywarki.

Zerka na mnie przez ramię.

– Tak?

– Ilekroć o tym opowiadasz, mam to przed oczami. Moje nastoletnie lata to jedna wielka, przytłaczająca nuda. Nie było co robić ani dokąd pójść.

Zamyka zmywarkę i odwraca się do mnie. Ma nieodgadniony wyraz twarzy.

– Nie zawsze było beztrosko – zaznacza.

– Dobrze, ale przynajmniej miałeś swobodę spotykania się z kolegami. Ja miałam szczęście, jeśli pozwolono mi wyjść z domu w dzień, a co dopiero po zmroku.

– Twojej matce przydałby się wtedy porządny kopniak w tyłek.

Zamieram. Nie mogę znieść żadnych wzmianek o matce, zwłaszcza od kiedy nie żyje.

Mama pod koniec była uwiązana w domu w zasadzie przez swoje własne lęki, ale przy każdych odwiedzinach trzymałam kciuki w nadziei, że tym razem będzie w lepszej formie, silniejsza, że da się namówić na lunch na mieście albo wizytę u nas. I za każdym razem się rozczarowywałam. Siedzieliśmy w salonie komunalnego szeregowca, który nie zmienił się od czasów, gdy w nim mieszkałam. Joe i Mia wiercili się niecierpliwie, Patrick umierał z nudów, a ja czułam, jak palą mnie policzki od znajomej mieszanki frustracji i wstydu. Byłam rozdarta, bo z jednej strony miałam ochotę nią potrząsnąć i nawrzeszczeć, żeby się wzięła w garść, a z drugiej strasznie chciałam ją przytulić, ponieważ małe dziecko we mnie pragnęło od niej otuchy i ukojenia. A potem zbieraliśmy się do wyjścia i nienawidziłam się za to, że czuję z tego powodu ulgę. Chciałam, żeby Patrick jechał szybciej, ale jednocześnie, żeby zawrócił, bym mogła podjąć jeszcze jedną próbę wyciągnięcia jej na świat. Teraz jest już za późno.

Podnoszę się ciężko i zaczynam sprzątać ze stołu to, co zostało. Patrick mi się przygląda.

– Przepraszam – mówi łagodnie. – Nie powinienem był tego mówić. Chcę tylko, żebyś się pozbyła poczucia winy. I tak nie zdołałabyś jej pomóc, nawet gdybyś była na miejscu.

Stawiam na blacie brzęczący stos talerzy i sztućców.

– Chyba jednak napiję się tego wina. – Kiedy wyjmuję kieliszek i napełniam go po brzegi, opróżniając butelkę do końca, czuję na sobie wzrok Patricka. – Nie każdy miał takie dzieciństwo jak ty – mówię, upiwszy pierwszy łyk. – Niektórzy muszą się napić, żeby zapomnieć. Zdrówko. – Stukam kieliszkiem o jego kubek z kawą, ale Patrick nie odwzajemnia mojego uśmiechu.

– Powiedzieli, że tym razem możemy się sami rozejrzeć. Nikogo nie ma w domu.

– Tym razem?

– Masz mnie – śmieje się Patrick. – Nie mogłem się doczekać, przyjechałem tu w poniedziałek, zaraz jak dostałem list. Minęło tyle czasu, bardzo chciałem go znów zobaczyć. Później wybierzemy się na lunch, spędzimy fajny dzień.

– Ryba z frytkami na molo? Lody z automatu?

Patrick uśmiecha się szeroko.

– Hm, myślałem raczej o ciepłej, przytulnej restauracji, ale skoro chcesz frytki z lodami na molo w styczniu...

Patrick zdjął marynarkę i krawat, tył koszuli wysunął mu się ze spodni, rękawy ma podwinięte. Jedziemy szosą wzdłuż wybrzeża i cała ta sytuacja wydaje się nierealna.

Wpatruję się w ofertę agencji. Chciałabym móc dzielić jego szczęście, jego entuzjazm. Powiedział: „To mój wymarzony dom, dom mojego dzieciństwa”, ale ja nie mogę zapomnieć innego zdjęcia tego domu, tego, które piętnaście lat temu pojawiło się na pierwszych stronach gazet. Ktoś pomazał farbą drzwi wejściowe i wszyscy wykorzystali właśnie to ujęcie: taśma policyjna wokół budynku, wybite okno przykryte deskami i napis czerwonym sprayem na drzwiach: „Witajcie w »Domu zbrodni«”.

Gdyby rodzice Patricka nie stracili domu wskutek zalegania z kredytem, nigdy nie doszłoby do tego nieszczęścia. Moglibyśmy tam wychowywać nasze dzieci: pikniki na plaży, wycieczki na targ, ryba z frytkami na promenadzie, półki pełne muszelek i kolekcji morskich skarbów. Mielibyśmy to wszystko, co Patrick tak ciepło wspomina z dzieciństwa, które tak bardzo kontrastowało z moim. Moje wspomnienia to niekończące się ciągi szeregowców, mikroskopijne trawniki, kuchenne odory dolatujące zza płotu, firanki w oknach i tania wykładzina. Zdejmowanie butów w sieni i poduszki układane na ukos. Moja matka i jej zaborcze ramiona, dławiący uścisk, który więził mnie za drzwiami z podwójnym zamkiem. Tylko ona cierpiała na agorafobię, ale siłą rzeczy obie stałyśmy się jej ofiarami.

Parkujemy pod domem. Mrugam, żeby przegonić sprzed oczu tamten obraz z gazety. Czerwony napis dawno zamalowano, a szyby w oknach wstawiono. Zaskakuje mnie, jak zachęcająco dziś wygląda: drzwi są otwarte na oścież, nad wejściem wisi kosz z bratkami, wszystkie okna lśnią czystością.

– Czy ktoś tu jeszcze mieszkał?

– Po tej rodzinie, która...

– Została zamordowana, tak.

– Pierwszy raz jest wystawiony na sprzedaż.

Wysiadam z samochodu, przechodzę na drugą stronę ulicy i staję oparta o mur nadbrzeżny. Kiedy Patrick pierwszy raz zabrał mnie z wizytą do rodziców, przywiózł mnie później tutaj i widać było, że ten kontrast go boli.

Gdy dom został przejęty przez bank, rodzice Patricka wynajęli parę kilometrów dalej brzydki, trzypokojowy bungalow pozbawiony ogrodu i ładnych widoków za oknem. Pokoje były ciasne i zagracone ciężkimi meblami z ciemnego drewna. W środku było gorąco i duszno. I nieskazitelnie czysto. Telewizor ryczał na cały regulator, bo tato Patricka niedosłyszał. Matka chodziła za nami krok w krok, ścierając wszelkie ślady naszej obecności, i to jeszcze zanim wyszliśmy. Prawdziwym koszmarem były wizyty z małym Joem. Zaraz po przyjściu jak na złość wymiotował mlekiem albo robił w pieluchę i potem w całym domu śmierdziało. Nie umiałam sobie wyobrazić tych ludzi opiekujących się malutkim Patrickiem – na półrocznego Joego patrzyli jak na kosmitę, a zwracali się do niego jak do dorosłej osoby.

Rodzice Patricka stracili dom, kiedy on miał dwadzieścia parę lat, niedługo przed tym, zanim mnie poznał. Przez lata, odkąd zaczęliśmy się spotykać, i później, gdy dzieci dorastały, co weekend zabierał nas na przejażdżkę wzdłuż południowego wybrzeża Walii i zatrzymywał się w różnych nadmorskich miasteczkach. Szliśmy na plażę, rozkładaliśmy koc i skuleni na wietrze zajadaliśmy kanapki z piaskiem chrzęszczącym między zębami. Patrick przystawał potem przed nadbrzeżnymi domami, na które w życiu nie byłoby nas stać, i wpadał w złość. Cała piknikowa atmosfera szła w diabły. Później siedział naburmuszony i spięty, a jego frustracja udzielała się także i mnie, choć w dużo mniejszym stopniu – on chciał to wszystko mieć już, natychmiast, chciał odzyskać, co stracił. Ja natomiast tęskniłam za czymś, czego nigdy nie miałam.

Kiedy pierwszy raz poszliśmy do banku złożyć wniosek o kredyt i Patrick zdał sobie sprawę, że wszystko, na co nas stać, to szeregowiec w nowym budownictwie na przedmieściach, trochę się załamał. Poczucie porażki go przygniotło.

„Ten powinien być mój” – powiedział, gdy po raz pierwszy pokazywał mi dom, w którym dorastał. To było, zanim jeszcze zamordowano w nim tę nieszczęsną rodzinę. Jego duże wykuszowe okna oferowały panoramiczny widok na morze. Patrick opowiadał też o jabłoni rosnącej w ogrodzie za domem, na którą zwykł się wspinać. Kto tam wtedy mieszkał? Czy to oni – młode małżeństwo jak my, z całkiem małymi jeszcze dziećmi, nieświadome, jak krótka czeka ich przyszłość?

Spytałam go wczoraj, kiedy już leżeliśmy w łóżku, czego po tym domu oczekuje, z jakiego powodu tak się zawziął, żeby go znowu zobaczyć.

„Chcę go odzyskać – odparł. – Nie tylko dom, ale i miasto, całe życie, które tam wiodłem. Które powinienem wieść”. W jego twarzy była jakaś zaciekłość i jednocześnie bezbronność, coś nowego dla mnie.

A więc przyjechaliśmy. Sama nie wiem, co my właściwie robimy poza zaspokajaniem kaprysu. Czy chodzi o nostalgię? Nasza sytuacja finansowa nie zmieniła się wiele od czasu kupna obecnego lokum, więc perspektywa zamieszkania w jednym z tych wymarzonych przez Patricka nadmorskich domów wcale nie stała się bliższa. Myślę, że Patrick chce po prostu na niego popatrzeć, przeżyć swą chwilę nadziei. I chociaż tyle mogę dla niego zrobić za to, co przeze mnie przeszedł, mimo że nie podzielam jego marzeń.

Spoglądam w kierunku jego ukochanego miasta – podupadłego walijskiego kurortu – i przypominam sobie obskurne kawiarnie, sklepiki sprzedające wiaderka i łopatki, zapyziały pub i majaczący w oddali lunapark, wiekowy i rozsypujący się już wtedy, gdy miałam dziewiętnaście lat. Strach myśleć, w jakim stanie jest teraz. Znów patrzę na dom i choć bardzo się staram, nie widzę w nim tego co Patrick.

Znajduje mnie na plaży, podbiega i pokazuje kopertę z kluczami.

– Mamy godzinę – mówi.

Nad nami krążą mewy, ich samotny krzyk nakłada się na szum fal rozbijających się o brzeg.

– Urodziłem się w tym domu – mówi, mocując się z zamkiem u drzwi. – Mama za długo zwlekała z wyjazdem do szpitala.

Patrick przyszedł na świat zimą, więc wyobrażam sobie ciemną noc, burzę śnieżną, wichurę tłukącą o szyby i krzyk matki dobiegający ze środka.

– Powinien był zostać w rodzinie – ciągnie Patrick i wreszcie otwiera drzwi na oścież.

Przedpokój jest długi, ciemny i zimny, wszystkie pomieszczenia, które od niego odchodzą, są zamknięte. Blade światło wpadające przez jakieś niewidoczne okno na piętrze rozjaśnia schody, ale ja dostrzegam jedynie ukryte kąty, mroczne zakamarki idealne na kryjówki dla duchów. Chcę włączyć światło, lecz nie ma prądu. Patrick zamyka za nami drzwi wejściowe, a mnie przenika dreszcz.

Sięgam do pierwszych drzwi po prawej, ale Patrick chwyta mnie za rękę.

– To piwnica. Chyba nie zaczniesz zwiedzania od piwnicy.

W zamian otwiera drzwi do kuchni i pierwszy wchodzi do środka. Jest dwa razy większa niż nasza. Jest tu małe, odrapane okno z widokiem na długi, zarośnięty chwastami ogród, sosnowe szafki, każda z innej parafii, i zakurzone wnęki po sprzęcie AGD. Światło wpadające przez okno nie wystarcza dla tak dużego, zimnego pomieszczenia. Podłogę pokrywa brudne linoleum, wypaczone i pozwijane na brzegach.

Mimo wszystko obracam się powoli i uważnie rozglądam, z całej siły starając się ignorować kurz i zapachy. Próbuję sobie wyobrazić szczęśliwe życie Patricka w tym miejscu. Przed oczami stają mi obrazki, które zawsze oglądałam z zazdrością w kolorowych pismach wnętrzarskich. Jak cudownie byłoby mieć kuchnię, gdzie nie trzeba się gimnastykować, by zmieścić przy stole czteroosobową rodzinę. Podnoszę róg linoleum, spod spodu wyziera czarno-biała ceramiczna posadzka. Część płytek jest ubita i popękana, ale można by je przecież wymienić, a taka podłoga musiała kiedyś pięknie wyglądać.

– To nie przypomina dawnego domu – mówi ze smutkiem Patrick. – Pamiętam go jako słoneczny, ciepły i przytulny. Szkoda, że nie możesz go takim zobaczyć. – Pociera oczy. – Boże, jaki tu panował porządek. Wszystko na swoim miejscu, zero bałaganu.

Staram się nie słyszeć w tym krytyki mojego osobistego zwyczaju upychania wszystkiego do szafek lub pod łóżko i nazywania tego sprzątaniem.

– Na pewno zdarzał się nieporządek – mówię. – Wyobrażam sobie walające się klocki Lego i twoje ukochane figurki z Gwiezdnych wojen.

– Coś ty! – śmieje się Patrick. – Nie daj Boże, żebym zostawił jakąś zabawkę na wierzchu. Poznałaś przecież moją mamę. Dom był idealnie czysty.

– To było dawno temu. – Podchodzę, żeby go przytulić. – To wciąż to samo miejsce, tylko po prostu przez lata nikt o nie odpowiednio nie dbał. – Powstrzymuję się przed powiedzeniem choć słowa o morderstwie.

Patrick uśmiecha się i cmoka mnie w czubek głowy.

– Masz rację – mówi. – Wyobraź to sobie: tu stoi kuchenka, a tam duży drewniany stół. Kupi się nowe płytki na podłogę i wymieni okno. – Podchodzi do niego i wygląda na zewnątrz. – Ogród jest ogromny, pamiętam, że ciągnie się daleko. Można by zrobić dobudówkę i zamontować takie rozsuwane drzwi.

On to mówi poważnie. Zerkam na ulotkę agencji, którą trzymam w ręku. Według Patricka dom został wyceniony mocno poniżej swojej wartości. W ogłoszeniu podano niską cenę, żeby potencjalni kupcy nie wnikali w jego historię. Wciąż jednak znacznie przekracza nasze finansowe możliwości, nawet w tym stanie, kiedy jego oryginalne walory przykrywa płyta wiórowa i MDF. Patrick opowiada o tej kuchni i dobudówce, jakbyśmy wygrali milion na loterii, a tymczasem przy jego pensji z trudem starczyłoby na raty hipoteki.

Krążąc po domu, cały czas snuje swoje plany. W salonie, pod oknem w wykuszu zrobiłby zabudowany schowek z siedziskiem, żeby można było z niego podziwiać widok na morze. Pod gnijącą wykładziną jest oryginalny parkiet, więc fajnie byłoby go odnowić, do tego odsłonić kominek, żeby blask trzaskających płomieni odbijał się w lśniącym drewnie. Ach, mieć taki dom – ta myśl przyprawia mnie o szybsze bicie serca. Włączam się do gry i zaczynam sobie wyobrażać nowe łazienki, nowe podłogi na górze, cały wystrój wnętrz. Coraz lepiej mi idzie niezwracanie uwagi na przegniłe ramy okienne, lodowaty przeciąg wpadający przez szpary, czarne plamy pleśni po kątach czy krzywe ściany i skrzypiące podłogi.

Dopóki nie wchodzimy do najmniejszej z trzech sypialni.

– Tu był mój pokój – mówi Patrick.

Okno wychodzi na ogród za domem, a wysokie drzewo prawie całkiem blokuje dopływ światła, co czyni pomieszczenie ciemniejszym i zimniejszym od reszty domu. Także wilgoć czuć tu bardziej, delikatną woń stęchlizny, która zalega mi w gardle.

– Mam nadzieję, że wtedy było tu cieplej – mówię, pocierając ramiona, żeby się pozbyć gęsiej skórki, kiedy w podmuchu wiatru gałęzie drzewa nagle zaczęły bębnić o szybę. Czy gdy Patrick był mały, to drzewo też tak robiło? Środek nocy, zasłony zasunięte, coś stuka w szybę...

– Nie bardzo. Ogrzewanie ciągle się psuło. – Patrick podchodzi do okna. – Ale mogłem się wydostać na zewnątrz, schodząc po drzewie.

– Urywałeś się na randki z dziewczynami?

Zerka na mnie z półuśmiechem.

– Może. Zazdrosna?

Stoję obok i próbuję sobie wyobrazić nastoletniego Patricka wymykającego się na spacer z dziewczyną po plaży przy świetle księżyca.

– Chodź, pokażę ci jeden pokój. – Wyciąga do mnie rękę. Widzę, że zamyka za sobą drzwi. Wszystkie dotąd zostawiał otwarte, ale te starannie zamknął.

Stajemy razem w jednej z sypialni w przedniej części domu i patrzymy przez okno. Wyszło słońce i niebo odbija się w wodzie, dzięki czemu morze ma kolor błękitny, a nie jak zwykle szarozielony. Zupełnie jakby Patrick specjalnie zamówił tę pogodę.

Znów bierze mnie za rękę.

– Pomyśl, Sarah. To, co przeszłaś w ciągu ostatniego roku, co razem przeszliśmy, wszystko to moglibyśmy wymazać, gdybyśmy tu zamieszkali. Zaczęlibyśmy od nowa.

– Tutaj? Wiem, że to był twój dom, i widzę jego potencjał, ale jak można spokojnie przejść obok tego, co tu się wydarzyło? Potrafisz zapomnieć, że ci ludzie... cała rodzina... – urywam.

Przygląda mi się dłużej niż zwykle, po czym znów się uśmiecha.

– Zdarzyła się tragedia, wiem. Ale to było przecież tak dawno. Dom to tylko budynek. Co, spodziewasz się, że zabójca po piętnastu latach tu wróci? – Śmieje się i rozgląda po pokoju. – Myślisz, że ciągle chowa się w szafie?

Mój uśmiech w odpowiedzi jest wymuszony, niechętny. Oczywiście, Patrick ma rację, ale mimo wszystko...

– Tylko pomyśl: to mogłaby być nasza sypialnia, co rano budziłby nas ten widok. Pamiętasz, jak było z twoim domkiem dla lalek?

No pewnie, że pamiętam. Na ósme urodziny dostałam od taty używany domek dla lalek, piękny, drewniany, w starym stylu. Kiedy go jednak otwarłam, okazało się, że nie ma tam ani mebli, ani mieszkańców, a ściany pokoików są pobazgrane przez poprzednią właścicielkę.

„Nie martw się – powiedział tata. – Urządzimy go tak, że w środku będzie równie piękny jak na zewnątrz”. I tak zrobiliśmy. Tata pomalował ściany na delikatne, ciepłe kolory. Podłogi polakierował, że błyszczały jak wyfroterowany parkiet. Ja uszyłam małe dywaniki i zasłonki ze skrawków materiałów, które dostałam od mamy. W tamte święta pod choinką pojawiła się mała rodzinka z drewna: drewniana mama, drewniany tata i dwoje drewnianych dzieci. I za każdym razem, gdy tato wracał z delegacji, przywoził kolejny mebelek do domku.

Przestałam się nim bawić, odkąd tato od nas odszedł, gdy miałam dwanaście lat. Jednak przez następne koszmarne lata, gdy z trudem wiązałyśmy koniec z końcem, żyjąc z zasiłku, a mama ledwie funkcjonowała, siadywałam czasem przed nim, patrzyłam na te idealne pokoje zamieszkane przez idealną rodzinę i marzyłam, żeby tak wyglądało moje prawdziwe życie.

A teraz Patrick mi mówi, że to jest możliwe. Moglibyśmy przemalować te ściany i podłogi, wypełnić dom pięknymi meblami kupowanymi sztuka po sztuce, odgonić złe wspomnienia, dać sobie i temu domowi szansę na nowy początek. Moglibyśmy się stać tą idealną drewnianą rodziną.

Zamykam oczy i przez moment to sobie wyobrażam. Słyszę słaby odgłos dzwoneczków poruszanych wiatrem. Widzę siebie budzącą się w takim pokoju jak ten, w promieniach porannego słońca. Widzę siebie przy oknie na siedzisku, które zamierza zbudować Patrick: z kolanami pod brodą obserwuję mijające pory roku, patrzę na morze, a zimą na buzujący w kominku ogień i świece palące się na komodzie. Latem przez otwarte okna docierałyby do środka zapach słonej wody i krzyki mew. Gdybyśmy mieszkali w takim miejscu, dzieci straciłyby tę miejską bladość, nabrałyby kolorów. Przez chwilę rzeczywiście jestem w stanie spojrzeć na to jak na dom Patricka, dom, w którym się urodził i który zawsze kochał.

Kiedy mieszkaliśmy w jego starym mieszkaniu i Joe był jeszcze malutki, Patrick naśmiewał się z mojej obsesji na punkcie magazynów wnętrzarskich. Godzinami śliniłam się nad zdjęciami wiktoriańskich domów podobnych do tego: drewniane podłogi i otwarty kominek, wnęki z półkami i klasyczne kolory na ścianach. Patrick dorzucał swoje opowieści z dzieciństwa i tęsknota zamieniała się w fizyczny ból. Kiedy przestałam kupować te pisma? Czy nie wtedy, gdy zamieszkaliśmy w naszym obecnym domu, nijakim i klockowatym?

– Brakowało mi tego – mówię, otwierając oczy.

– Czego?

– Tej pasji i entuzjazmu, który od ciebie bije. Przypominasz mi siebie z czasów, gdy cię poznałam.

– Zanim przygniotły mnie kredyty, praca, dzieci, tak? – Unosi brwi.

– Nie, nie o to chodzi... Ja też się zmieniłam. Brakuje mi tego poczucia wolności, które kiedyś mieliśmy, tych momentów, kiedy mówiliśmy: „Pieprzyć to, i tak to zrobimy”.

Patrick odwraca wzrok i patrzy na morze. Cała ta tęsknota jest teraz wypisana na jego twarzy. Zastanawiam się po raz kolejny, jak wtedy rano, gdy w łóżku nachylił się, żeby mnie pocałować, kiedy ostatnio to spojrzenie sprawiło, że miałam ochotę zaciągnąć go do najbliższego łóżka.

– Pieprzyć to – mówi i ściska mnie za rękę.

– Słucham?

– Masz rację, zróbmy to. Powiedzmy sobie: „Pieprzyć to, i tak to zrobimy”. Co ty na to, Sarah? Masz ochotę na kolejną przygodę?

Mrugam. Chwileczkę, nie to miałam na myśli. Nie za taką przygodą tęsknię. Zamieszkanie w „Domu zbrodni” to nie byłaby przejażdżka kolejką górską, to byłaby podróż przez tunel strachu. Kręcę głową.

– Nie możemy. Absolutnie nas na niego nie stać.

Patrick nadal patrzy za okno, ale nawet z boku widzę, jak zmienia się wyraz jego twarzy.

– Są pieniądze twojej matki.

O nie. W tym momencie stają mi przed oczami moje wszystkie niezrealizowane plany i marzenia. Mama nie zgromadziła wielkiego majątku. Domu na własność nie wykupiła, ale latami regularnie odkładała nieduże sumy. Bóg wie na co, bo nigdy nic nie robiła i nigdzie nie wyjeżdżała. Kiedy te pieniądze nadeszły po jej śmierci, spojrzałam na tę cholerną książeczkę oszczędnościową i się poryczałam. Na co to miało być? Sto funtów miesiąc w miesiąc przez prawie dwadzieścia lat. Uzbierała nieco ponad dwadzieścia tysięcy, nigdy nie tknąwszy z tego ani pensa. Mało mi serce nie pękło. Jednocześnie tak się wściekłam na siebie za to, że nie wiedziałam, nie byłam na tyle blisko, aby zrozumieć jej pragnienia, że aż chciałam tę książeczkę podrzeć. Patrick musiał mnie powstrzymywać, a ja płakałam i złorzeczyłam. Na co to, do cholery, miało być?

Ja nie powtórzę tego błędu. Nie pozwolę, żeby oszczędności mojej matki tkwiły gdzieś na kiepsko oprocentowanym koncie. Zamierzam przeżyć przygodę. Lubię myśleć, że mama na to je właśnie przeznaczyła. Od miesięcy studiuję oferty biur podróży, które przynosi mi Caroline, czytam programy wycieczek na safari i rejsów w poszukiwaniu zorzy polarnej, oglądam zdjęcia bezludnych plaż i upalnych, zatłoczonych metropolii. Chciałabym zobaczyć to wszystko. Razem z Joem, Mią i Patrickiem. Przeżyć prawdziwą rodzinną przygodę, którą zapamiętamy do końca życia.

Jedyne, co mnie powstrzymuje, poza zwykłymi zmaganiami z codziennością, to problem, co wybrać. Tyle pięknych miejsc na świecie, na co się zdecydować, skoro nigdzie wcześniej się nie było? Marzę, żeby zanurzyć stopy w białym piasku na dzikiej plaży, popływać nago w oceanie albo przeciskać się przez tętniący życiem egzotyczny targ, chłonąc jego dźwięki, smaki i zapachy. Minęło pół roku, a pieniądze po mamie nadal leżą nietknięte. Może ona miała podobne plany? Tato nas zostawił, gdy miałam dwanaście lat, wyszedł z domu i nigdy więcej się nie pokazał. Czy to wtedy zaczęła oszczędzać? W nadziei, że pewnego dnia wyruszy na wielką wyprawę, w czasie której dotrze w najdalszy zakątek tropikalnej dżungli, a tam będzie na nią czekał on: mój ojciec, jej zaginiony mąż?

Jeszcze nie wiem, na czym będzie polegała nasza przygoda, ale na pewno nie będzie nią ten dom. Nieważne, ile marzeń w niego włożymy, wciąż pozostanie „Domem zbrodni”. Jak zdołamy o tym zapomnieć? Ktoś w tym pokoju umarł, mało tego, został zamordowany. Cała rodzina. Zostali zarżnięci, zmasakrowani, krew tryskała wszędzie. Patrząc na każdą przemalowaną ścianę, będę wiedziała, co jest pod spodem, co trzeba było zakryć.

– Nie mogę tu zamieszkać – mówię.

Blask w niebieskich oczach Patricka gaśnie.

Rozdział 3

– Mamo!

Siniak ściemniał przez noc, zmienił odcień z czerwonego na niebieskofioletowy. Wygląda jak zorza polarna, którą kiedyś namalowałam. Przyglądam mu się, czekając, aż zacznie się mienić i migotać, zmieniać kolor na moich oczach.

– Mamo!

Mia dotyka mnie w ramię, aż podskakuję wystraszona. Mruganiem odganiam pokaz świateł.

Ma na sobie szkolny mundurek, a na twarzy dobrze mi znany grymas niezadowolenia.

– Gdzie mój strój do WF-u?

– Strój do WF-u?

– Na litość boską, mamo, obiecałaś, że mi go wypierzesz. Przez ciebie zostanę za karę po lekcjach. – Już obraca się na pięcie, żeby wyjść, gdy nagle zauważa moją rękę. Czyżby siniak znowu zmienił kolor?

– Skąd to masz? – pyta surowo.

– Uderzyłam się o klamkę. – Wstawałam w nocy, potknęłam się po ciemku i wpadłam na drzwi. Pokłóciliśmy się wczoraj z Patrickiem. Kiedy wracaliśmy z oglądania domu, wstąpił na stację benzynową i kupił egzemplarz magazynu „Good Homes”. Przerzucał strony, pokazując mi te wszystkie piękne zabytkowe domy, opowiadał, jakie ma plany i pomysły, a ja nagle użyłam określenia „Dom zbrodni”, specjalnie, żeby go wkurzyć, bo po trzech kieliszkach wina byłam w złośliwym nastroju i wciąż dotknięta faktem, że chce wykorzystać pieniądze po mamie.

– Może powinnaś odstawić to cholerne wino – rzuca na odchodnym Mia. Słyszę obrzydzenie w jej głosie, chłód, jakiego nigdy wcześniej tam nie było.

– Mia, mogłabyś wreszcie przestać... – mówię ostro.

– No co? – rzuca wyzywająco.

Robi to, co ja Patrickowi: próbuje mnie sprowokować. Chce wywołać kłótnię, bo wtedy będzie mogła wyrzucić z siebie całą tę złość, która w niej kipi, odkąd zmarła moja matka, a ja rozsypałam się psychicznie. Ma piętnaście lat, tak szybko dorasta, ale podczas gdy mnie zależy na utrzymaniu tej szczególnej więzi matki z córką, ona zachowuje się tak, jakby chciała ją rozharatać na pół najbrutalniej jak się da. Nie mogę zapominać, że cierpi. Z mojego powodu. Atakuje, ponieważ się boi. Nie ma sensu wdawać się w wojnę.

– Nic, mniejsza z tym – odpowiadam.

Dziewczyna odwraca się i wychodzi z opuszczonymi ramionami.

– Mia? – wołam za nią. W tym niezgrabnym, zbyt szybko wyrośniętym ciele nastolatki próbuję odszukać moją małą córeczkę. – Chcesz iść na zakupy w sobotę?

– W sobotę? Nie mogę, Lara ma urodziny. Tata obiecał, że mnie zabierze na lunch, a przed imprezą idziemy jeszcze z dziewczynami do kina.

– Dobra, to nic, może innym razem. Dawno nie byłyśmy, dlatego pytam.

Mia waha się w drzwiach. Widzę, że toczy w sobie wewnętrzną walkę: jest nastawiona bojowo, ale z drugiej strony kusi ją moja pokojowa propozycja wspólnych zakupów.

– Ale przydałby mi się jakiś nowy ciuch na imprezę u Lary. – Uśmiecha się szeroko. – Tato obiecał, że coś mi kupi, ale on pewnie zabrałby mnie do Laury Ashley.

Jej uśmiech jest prawdopodobnie adresowany do Patricka, nie do mnie, lecz mimo to go odwzajemniam. Ma rację, jej ojciec chciałby, żeby wciąż była siedmiolatką noszącą sukienki z falbankami.

– Pewnie tak.

Stoi, przygryzając kosmyk włosów, a ja czekam.

– A dzisiaj?

– Dzisiaj?

– Po szkole. Mogłabym przyjść prosto do domu, w mieście byłybyśmy przed czwartą.

– To świetnie. Może wskoczymy przy okazji na kawę, a potem kupimy coś do jedzenia na wynos.

– A możemy pójść do Starbucksa? Tata go nie znosi...

– Skoro musimy.

Mia uśmiecha się do mnie od ucha do ucha, a mnie zalewa taka fala miłości, że chyba pęknie mi serce. Wbiega z powrotem do pokoju, obejmuje mnie ramieniem i całuje w policzek.

– Dzięki, mamuś.

Po jej wyjściu zjawia się Joe, milczący w przeciwieństwie do żywiołowej siostry.

– Wszystko gra? – pytam.

Na jego twarzy nie widać gniewu jak u Mii, ale nie ma też uśmiechu. Jest za to coś gorszego. Pytanie: „Wszystko gra?” lub inne w tym stylu zadaję mu prawie codziennie przez ostatnie pół roku, ponieważ widzę w jego wzroku to samo, co dostrzegam, gdy patrzę w lustro: dręczy go jakiś podskórny ból, sącząca się rana, która nie chce się zagoić, tylko wciąż się na nowo otwiera. Gdyby wydostała się na wierzch, pochłonęłaby go.

Joe stoi w drzwiach, a ja czuję wiszące w powietrzu wszystkie inne pytania, które bardzo chciałabym mu zadać. Chcę go chwycić w ramiona i trzymać tak długo, aż mój uśmiechnięty chłopiec powróci. „Pozwólcie mu się otworzyć” – radził nam na sesji terapeuta, ale Joe dotąd tego nie zrobił i obawiam się, że już nie zrobi. Przedtem, zanim zmarła moja matka i zanim zdarzył się ten wypadek, potrafiliśmy ze sobą rozmawiać. Potem on przestał, a ja za bardzo bałam się pytać, co się dzieje. Bałam się, że odsłonię ranę i ona zacznie się jątrzyć.

Chyba łapie mnie jakaś infekcja: mam dreszcze, łamie mnie w kościach i głowa mi pęka. A podobno morskie powietrze jest zdrowe. To pewnie jednak zatęchła atmosfera tamtego domu osiadła mi w gardle i płucach. Pomimo ogromnego zmęczenia nie mogłam wczoraj zasnąć. Jak tylko zamykałam oczy, widziałam to okropne miejsce.

Zwlekam się z łóżka. W domu panuje cisza, więc zakładam, że nikogo nie ma, ale gdy schodzę na dół, zastaję Patricka w kuchni. Wszystkie szuflady są poodsuwane, ich zawartość przewrócona do góry nogami. Idąc po czajnik, zauważam, co Patrick trzyma w ręku.

– Co robisz z moją książeczką oszczędnościową?

Patrick nawet nie drgnął, ale widzę, że mocniej zacisnął na niej dłoń.

– Nic, znalazłem ją z tyłu w szufladzie, więc... – wysuwa rękę – chciałem ci oddać.

Biorę książeczkę, wkładam do kieszeni szlafroka i odwracam się do wyjścia.

– Sarah! – woła za mną. – Myślałaś może nad tym, co...?

Chwytam za krawędź drzwi. Co za koszmar. Widziałam po nim, tam na miejscu, że to jego marzenie. Dzięki pieniądzom mamy mogłabym pomóc spełnić marzenie męża. Ale tym samym zniszczyłabym wszystkie swoje.

– A co z naszymi planami? – pytam. – Nigdy wcześniej nie mieliśmy do dyspozycji takiej sumy. Moglibyśmy zrobić coś ekscytującego, co nam zostanie w pamięci na zawsze. Coś, czego nigdy nie zrobiła moja matka, odwiedzić te wszystkie miejsca, o których zawsze marzyłam. Pieniędzy starczy na wakacje dla całej rodziny i jeszcze jakiś wypad we dwoje... – przerywam, bo widzę, że to do niego nie dociera.

– Pomyśl o dzieciach – odpowiada niemal błagalnym tonem. – Widzisz, jaki Joe zrobił się wycofany. Od wypadku balansuje na granicy załamania. A co do Mii – nie podobają mi się te jej koleżanki ani to, jak się przy nich zachowuje. Nawet nauczyciele zwrócili na to uwagę, pamiętasz? To wpływa na jej oceny. Mamy okazję dać im szansę, żeby zaczęli wszystko od nowa.

– Będziemy razem podróżować, Patricku. Nigdy całą rodziną nie byliśmy za granicą, pomyśl, ile to nowych doświadczeń. To też jest jakaś szansa. – Dostrzegam upór w jego oczach, ale tym większy rośnie we mnie. – Nie mogę tego zrobić – mówię. – Bardzo mi przykro, ale nie pomogę ci kupić domu.

– Czyli to koniec – mówi. – Ktoś inny go kupi. Ktoś inny zamieszka sobie w moim domu, a my utkniemy tutaj do śmierci.

Poczucie winy smakuje gorzko, ale dzielnie je przełykam.

– Przykro mi – powtarzam.

– W porządku, to w końcu twoje pieniądze. Twoje nazwisko widnieje na książeczce, ty decydujesz, co z nią zrobić.

Kiedy Patrick wychodzi z domu, zagryzam wargi. Zamyka za sobą drzwi normalnie, ale ja i tak słyszę trzaśnięcie. Słyszę pretensje, żal i wszystkie inne rzeczy, którymi karmi mnie poczucie winy. Wyjmuję foldery biur podróży, lecz nawet ich syreni śpiew nie pomaga ukoić dręczącego bólu.

Włączam telefon, a ten z głośnym dźwiękiem wyświetla na ekranie przypomnienie o urodzinach. Nagłe ukłucie żalu, ból niemal fizyczny zgina mnie wpół. Z zamkniętymi oczami przytrzymuję się blatu. Dziś są urodziny mamy. Zapomniałam ich skasować z komórki.

W zeszłym roku nie dałam rady jej odwiedzić, ale telefon mi przypomniał, żeby zadzwonić i sprawdzić, czy dotarł zamówiony kosz z prezentami. Dlaczego do niej nie pojechałam? Teraz już nie pamiętam, ale zawsze umiałam znaleźć jakąś idiotyczną wymówkę, żeby sobie oszczędzić dwugodzinnej wycieczki na północ do domu, w którym nic się nie zmieniło, odkąd mój ojciec go opuścił dwadzieścia cztery lata temu, i gdzie matka od tamtej pory tkwiła w stanie zawieszenia, czekając na jego powrót.

Po odejściu taty uczepiła się mnie tak kurczowo, że nie umiałam oddychać. Dusiłam się, to mnie przerażało: nasze role się odwróciły, teraz ja musiałam się stać za nią odpowiedzialna, choć w sumie byłam jeszcze dzieckiem. Kiedy jednak udało mi się wyrwać, wyjechać na studia i zyskać upragnioną wolność, odkryłam, że nie wiem, jak sobie radzić z byciem samą. Czułam się bardzo zagubiona. Caroline swego czasu martwiło, że tak wcześnie zdecydowałam się na małżeństwo i macierzyństwo, ale ja nigdy nie umiałam jej wyjaśnić, jak pewnie się czułam przy Patricku. Oferował mi poczucie bezpieczeństwa, jakie daje rodzina, ale bez tej natarczywej bliskości, której zaznałam od matki. Jego siła i pewność siebie to było wszystko, czego potrzebowałam w życiu.

W miarę jak dzieci dorastały, moje wizyty w domu stawały się coraz rzadsze. Zawsze coś mnie powstrzymywało. Ale jako dobra córka dzwoniłam co niedzielę. Czemu mama nigdy nigdzie nie wyjechała, nie korzystała z życia, nie wydała tych pieniędzy na coś, co nadałoby temu życiu sens? Nigdy się nie dowiem. Sześć miesięcy temu skończyły mi się wymówki, kiedy sąsiadka znalazła ją nieżyjącą od dwóch dni. Na stole pleśniał niedojedzony obiad z mikrofalówki.

Tego dnia zupełnie się rozsypałam.

Wpadłam w tak czarną dziurę, że nie widziałam z niej wyjścia. Tamten okres pamiętam jak przez mgłę. Powrót do jako takiego stanu wymagał tygodniowego pobytu w szpitalu, a potem wielu miesięcy brania leków i uczęszczania na terapię. Jeśli chodzi o dzieci, widziałam, jak moja depresja je przeraziła. Przez ten czas stałam się dla nich obcą osobą i jeszcze się z tego nie otrząsnęliśmy. Z początku obchodzili się ze mną jak z jajkiem, drżeli, ilekroć rzuciłam przykre słowo lub zrobiłam smutną minę. Jakbyśmy wszyscy doszli do wniosku, że najlepiej przeczekać: albo mi się polepszy, albo załamię się od nowa. Później zaczęli się ode mnie odsuwać i między nas wkradł się chłód, zupełnie jakby się bali patrzeć na moje cierpienie. Ale mnie naprawdę się polepszyło, ja to wiem. Dziś czuję się silna i zdrowa, tylko że w oczach dzieci i Patricka nic już nie będzie takie samo, bo patrząc na mnie, widzą wciąż tamtą kobietę, która przeszła załamanie. To mnie naznaczyło na zawsze.

Staram się jednak im pokazać, że się nie dam. Zdejmę z siebie to piętno. Obiecałam to Patrickowi i przede wszystkim sobie. Nigdy więcej.

Zmieniam pościel, nastawiam pranie i zaczynam zmywać blaty, robiąc sobie przy okazji trzecią kawę. W kącie stoi pół butelki wina, kusi mnie, żeby sobie nalać. Jest dopiero jedenasta, a ja już mam ochotę na alkohol.

Wrzucam mokrą szmatkę do zlewu i siadam przy stole. Boże, ale jestem zmęczona. Zamykam oczy i ukazuje mi się dom Patricka majaczący w ciemności, potem postać mojej matki, samotnej i umierającej. Czuję przypływ paniki. Nie, nie dam się. Ale z drugiej strony widzę marzenie Patricka oraz moje poczucie winy, że mu go odmawiam: dom nad morzem, okna otwarte, zasłony wydęte morską bryzą. Miejsce jak z pocztówki, życie jak z kolorowego magazynu, Joe znów uśmiechnięty i szczęśliwy. Lecz nawet na tym obrazku stoję nad brzegiem odwrócona od nich wszystkich, wpatruję się w morze i marzę, by odpłynąć w dal. „Znajdź swoje szczęśliwe miejsce” – radziła Mia podczas tych pierwszych koszmarnych tygodni po śmierci mojej matki, kiedy widziała, jak się pogrążam. Ale czy dom Patricka mógłby stać się kiedykolwiek takim miejscem? Kiedy Patrick o nim opowiada, naprawdę potrafię sobie wyobrazić, jak wyglądał i jak może wyglądać, i pewna część mnie też tego pragnie. Wiem, że nawet za sto lat nie będzie nas stać na inne równie piękne lokum. Ale się boję. Boję się, że to, co się w nim wydarzyło, obudzi demony, które przez ostatnie pół roku pracowicie starałam się uśpić.