Kobieta w czerwieni - Elizabeth Bevarly - ebook
Opis

Najpierw zobaczył ją w pięciogwiazdkowej restauracji, potem usiadła obok niego w loży w operze, a pod koniec dnia ujrzał ją w ekskluzywnym klubie, do którego wpadł na drinka. Podczas jednego wieczoru spotkał ją trzy razy! Trzy razy to nie przypadek, to przeznaczenie...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 158

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Elizabeth Bevarly

Kobieta w czerwieni

Tłumaczenie: Katarzyna Ciążyńska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Tylko jedno mogłoby sprawić, by trzydzieste urodziny Delli Hannan były lepsze, niż zaplanowała, a byłoby to coś, czego nie miała w planach. Della opracowywała szczegóły tego uroczystego dnia od czasów, gdy była małą dziewczynką dorastającą w okolicy, gdzie ludzi nie stać na urodzinowe przyjęcia i mnóstwo innych rzeczy, więc je ignorują. Właśnie dlatego obiecała sobie, że te urodziny będą wielkim świętem. Od dziecka wiedziała bowiem, że może liczyć tylko na siebie.

Niestety przez minione jedenaście miesięcy od spotkania z Geoffreyem nie miała wyboru i liczyła na niego. Tego wieczoru jednak Geoffreya tu nie było, a ona nie zamierzała o nim myśleć. To wyjątkowy wieczór. Jej wieczór. Miał być spełnieniem marzeń społecznie i ekonomicznie upośledzonego dzieciaka z jednej z najgorszych dzielnic Nowego Jorku.

Przed laty Della przyrzekła sobie, że do dnia trzydziestych urodzin opuści niebezpieczne ulice swojej dzielnicy, zostanie milionerką i zamieszka na Manhattanie obok Central Parku. Przysięgła sobie, że uczci trzydzieste urodziny w stylu sławnych i bogatych, do których, jak sobie wyobrażała, będzie w tym wieku już należała.

Zamierzała dotrzymać obietnicy, nawet jeśli miała świętować w Chicago, a nie w Nowym Jorku. Zacznie od kolacji w pięciogwiazdkowej restauracji, potem z loży obejrzy spektakl w operze, a na koniec wypije kieliszek czegoś mocniejszego w klubie, do którego prawo wejścia ma tylko śmietanka towarzyska. Włożyła suknię z kolekcji haute couture wartą tysiące dolarów, do tego biżuterię z brylantów i rubinów. Jej fryzurą i manikiurem zajął się personel najlepszego salonu w mieście.

Westchnęła, zadowolona z pierwszej części wieczoru. W restauracji Palumbo’s przy State Street ceny mogły konkurować z budżetami niektórych państw. Della, rzecz jasna, zamówiła najdroższe dania z menu – cztery dania, wszystkie o nazwach, które ćwiczyła od tygodnia, by wymówić je poprawnie. (Znalazła menu w internecie, dzięki czemu mogła je sprawdzić z wyprzedzeniem, by podczas zamawiania nie wyjść na filistra. Jak to cudownie mieć szansę użyć słowa filister, choćby w myślach.) Przecież wszyscy bogacze w dniu urodzin zamawiają najdroższe dania, prawda?

Ukradkiem się rozejrzała, by upewnić się, że pozostali goście – wyrafinowani, modni i bogaci – spożywają najdroższe dania. I by mieć całkowitą pewność, że Geoffrey jej nie śledzi, choć wymknęła się po mistrzowsku – jak zawsze – i choć miała się z nim skontaktować telefonicznie dopiero nazajutrz. Zresztą Geoffrey nie wiedziałby, dokąd się udała, nawet gdyby odkrył jej nieobecność. Zaplanowała to wyjście skrupulatniej niż trzydzieste urodziny.

Na szczęście nie zauważyła Geoffreya, a dla wszystkich gości była jedną z nich.

Naprawdę czuła się tam dobrze i swobodnie, w oczekiwaniu na przystawkę z kalmara sączyła szampana. Choć nie urodziła się w zamożnej rodzinie, dzięki uporowi i samozaparciu wyrwała się ze slumsów i od lat obracała w wyższych sferach. Nie należała do nich, lecz pilnie obserwowała i naśladowała ludzi z tego świata, bez problemu mogła więc uchodzić za osobę z najlepszego towarzystwa.

Tego wieczoru było tak samo. Zapłaciła fortunę za wypożyczenie szkarłatnej aksamitnej sukni Caroliny Herrery i butów od Dolce & Gabbany. Nie wspominając o kolczykach i wisiorku od Bulgariego i czarnym jedwabnym płaszczu od Valentina, który włożyła z powodu niskich grudniowych temperatur. Odcienie czerwieni podkreślały jej szare oczy i jasne włosy, dość już długie, by je upiąć.

Sprawdziła, czy kok się trzyma, i uśmiechnęła się. Aż do początku tego roku nosiła krótkie fryzury. W szkole średniej podczas młodzieńczej fascynacji muzyką grunge zafarbowała włosy na czarno i tak jej się to spodobało, że nie wracała do naturalnego koloru. Teraz z dumą patrzyła na miodowy odcień blondu. Z naturalnym kolorem i nową długością włosów, nie wspominając o wypożyczonych szmatkach, nikt z dawnego sąsiedztwa by jej dziś nie poznał.

Ale to też nie zaprzątało jej myśli. Ten wieczór miał być wyjątkowy, miał być spełnieniem wieloletnich marzeń.

Gdyby nie ten przystojny elegancki mężczyzna, który usiadł przy sąsiednim stoliku kilka chwil wcześniej, wszystko by szło zgodnie z planem. Nie mogła się powstrzymać i zerkała na niego. W dzieciństwie do głowy jej nie przyszło, by spędzać ten wieczór w towarzystwie. Nie wiedziała dlaczego. Z powodu wspomnianej już świadomości, że może liczyć tylko na siebie. Albo dlatego, że jako dziecko nawet sobie nie wyobrażała takiego mężczyzny. W jej okolicy eleganckim mężczyzną był ten, który chodził w zapiętej koszuli. A przystojnym nazywano tego, który miał wszystkie zęby.

Nagle mężczyzna podniósł wzrok i spotkał się z nią spojrzeniem. W milczeniu skinął głową i uniósł kącik warg w półuśmiechu. Po chwili wahania Della wzniosła kieliszkiem milczący toast. W szytym na miarę smokingu nieznajomy siedział na tle okna i zasłon z bursztynowego jedwabiu. Ciemne oczy ocieplał płomień świecy w kryształowym świeczniku, a półuśmiech nieznajomego sprawił, że Delli ciarki przeszły wzdłuż kręgosłupa. Ten uśmiech mówił kobiecie, że mężczyzna nie tylko rozbiera ją oczami, ale chętnie włączyłby do akcji inne części ciała.

Gdy Della poczuła, że ma rozpalone policzki, odwróciła wzrok. Postanowiła ochłodzić się łykiem szampana, starała się skupić uwagę na śnieżnobiałym obrusie, lśniącej porcelanie i gościach. Mimo to po chwili wróciła spojrzeniem do mężczyzny przy sąsiednim stoliku. Ten zaś ani na moment nie spuścił z niej wzroku.

– I co pani sądzi? – spytał dość głośno.

Della zamrugała zaskoczona. Po raz pierwszy w życiu zrozumiała, co to naprawdę znaczy: konsternacja połączona z podekscytowaniem, które wcale nie było nieprzyjemne. W jej głowie pojawił się milion odpowiedzi na jego pytanie. Na przykład: Sądzę, że jest pan najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego widziałam. I: Co pan robi w sylwestra? A nawet: Hej, kochasiu. I oczywiście: Och, baby!

– Na kolację – dodał, biorąc od ręki menu. – Co by pani poleciła?

Och, więc o to chodzi? Cóż, to zupełnie inne pytanie. Całe szczęście, że od razu nie odpowiedziała.

– Nie wiem – odparła. – Jestem tu po raz pierwszy. – Uznała, że mężczyzna nie byłby pod wrażeniem, gdyby mu poleciła najdroższe dania z karty.

Wydawał się zdziwiony jej odpowiedzią.

– Jak to możliwe? Palumbo’s to prawdziwa instytucja w Chicago od prawie stu lat. Nie pochodzi pani z Chicago?

Della nie zamierzała zaspokajać jego ciekawości. Głównie dlatego, że nikt prócz Geoffreya nie miał pojęcia, że ona jest w Chicago, zaś on miał ją na oku. Choć nie wiedział o jej urodzinowej eskapadzie, nie zamierzała ryzykować, że się o niej dowie.

Niczego nie zdradzi nieznajomemu. Albo będzie zmuszona skłamać – czego nigdy nie robiła, choć uczciwość nieraz wpakowała ją w kłopoty, czego dowodem była konieczność polegania teraz na Geoffreyu – albo jej odpowiedź doprowadzi do rozmowy, która zmusi ją do mówienia o przeszłości. Albo, co gorsza, o teraźniejszości. Tego wieczoru chciała być jak najdalej od jednego i drugiego, bo nic z jej przeszłości ani teraźniejszości nie pasowało do sukni Caroliny Herrery, brylantów i rubinów czy loży w operze. Toteż odpowiedziała mu na poprzednie pytanie.

– Zamówiłam specjalność kuchni. Lubię owoce morza.

Mężczyzna przez chwilę milczał. Della zastanawiała się, czy rozmyśla o jej odpowiedzi na pierwsze pytanie, czy rozważa powrót do drugiego. W końcu rzekł:

– Zapamiętam to sobie.

Otworzył usta, by coś dodać, ale w tej samej chwili kelner postawił przed nim koktajl w kolorze bursztynu i różowy cosmopolitan.

Więc na kogoś czeka, zdała sobie sprawę Della. Sądząc z drinka, na kobietę. Pary nie spotykają się w takich miejscach jak Palumbo’s, jeśli nie łączy ich coś więcej niż zwykła znajomość lub jedno z nich nie zamierza jej pogłębić. Mężczyzna rzucał Delli erotyczne spojrzenia, nawet z nią flirtował, niezależnie od tego, że lada chwila miała dołączyć do niego kobieta. To znaczy ni mniej, ni więcej tylko to, że jest zwyczajnym dupkiem.

Okej, może jej trzydzieste urodziny nie są tak doskonałym świętem, skoro siedzi w sąsiedztwie dupka. No dobrze, może nie chodzi tylko o niego. Może chodzi też o to, że suknię i akcesoria wypożyczyła na Michigan Avenue, bo nie ma takich w garderobie.

Della nie była milionerką, a jej życie nie należało teraz do niej samej. Wszystko, co aktualnie robiła, każde miejsce, gdzie się udawała, każde słowo musiało być zweryfikowane i skontrolowane przez Geoffreya. Jej życie nigdy już nie będzie normalne. A przynajmniej takie jak dotychczas. Będzie wymyślone i zorganizowane przez kogoś innego.

Odsunęła tę myśl w najciemniejsze zakamarki swojego umysłu. Tego wieczoru nie będzie do niej wracać, choć trudno o tym zapomnieć. Tego wieczoru nie chciała być Dellą. Ten jeden raz pragnęła być kobietą, jaką widziała się dwie dekady temu: Kopciuszkiem, który jest na ustach całego miasta. Królową balu. Nic nie zepsuje jej tego wieczoru. Nawet ten mężczyzna z innej bajki, który wciąż rozbiera ją wzrokiem, czekając na swoją dziewczynę.

Tymczasem hostessa posadziła czwórkę gości przy stoliku pomiędzy nimi, zasłaniając Delli nieznajomego. Nie była rozczarowana, raczej wdzięczna, choć w głębi duszy coś jej mówiło, że trochę się oszukuje.

Cóż, nawet jeśli facet jest dupkiem, pozostaje najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego widziała.

Ujrzała go znów półtorej godziny później w Lyric Opera, gdy szukała swojego miejsca. Poprosiła o pomoc i spojrzała na loże po drugiej stronie sali z doskonałym widokiem na scenę… gdzie dostrzegła przystojnego nieznajomego, którego spotkała podczas kolacji. Podobnie jak w restauracji siedział na złotym tle, tym razem była to pozłota zdobiąca ściany i scenę. Podobnie jak w restauracji był sam.

Kiedy Della opuszczała Palumbo’s, zauważyła, że jego znajoma się nie zjawiła. Wcale tego nie sprawdzała, po prostu zobaczyła to przypadkiem. Choć nie miała pojęcia, czy kobietę zatrzymały jakieś sprawy, czy zrozumiała, że spotyka się z dupkiem.

Della stwierdziła, że jej miejsce znajduje się w tej samej loży, gdzie siedzi mężczyzna, na dodatek w tym samym rzędzie, pierwszym rzędzie, gdzie mieszczą się tylko trzy krzesła. Potem zwróciła uwagę, mimochodem, że mężczyzna położył program i różę na krześle obok, jakby ktoś miał tam za chwilę usiąść. Najwyraźniej jego dziewczynę wcześniej coś zatrzymało i teraz miała do niego dołączyć.

Della poczuła podniecenie na myśl, że usiądzie tak blisko mężczyzny. Gdy się obok niego przeciśnie na swoje miejsce, już stamtąd nie ucieknie – chyba że zechce powtórzyć manewr Groucho Marxa z „Nocy w operze” i poszybuje nad widownią na kablu.

Wzięła głęboki oddech i ruszyła naprzód, aż stanęła obok pierwszego rzędu. Mężczyzna, gdy ją rozpoznał, uśmiechnął się i znów przyprawił ją o ciarki. Podniósł się i mruknął coś na powitanie, co Della ledwie usłyszała. Wszystkie siły skupiła na tym, by nie stracić przytomności. Nieznajomy pachniał czymś korzennym i dymem z palącego się drewna. Był też o wiele wyższy, niż się spodziewała, musiała unieść głowę, by spojrzeć mu w oczy. Nie przywykła do tego, w butach na obcasie miała metr osiemdziesiąt. Nawet bez obcasów prawie wszystkim patrzyła prosto w oczy. W tym wypadku jej wzrok trafiał na szerokie ramiona.

Twarz mężczyzny okazała się jednak ciekawsza. Nos miał prosty, kości policzkowe jak wyrzeźbione z marmuru, a oczy… och, te oczy. Miały kolor gorzkiej czekolady, tak ciemnobrązowe i tak frapujące, że Della nie mogła oderwać od nich wzroku. Dojrzała w nich coś, co stało w sprzeczności z jego uśmiechem. Smutek, a nawet posępność.

W chwili, gdy była tego pewna, jego oczy przesłonił cień, jak gdyby zdał sobie sprawę, że go przejrzała i nie chciał, by zaglądała głębiej.

– Nie możemy nadal spotykać się w ten sposób – rzekł, uśmiechając się szerzej.

Zdziwiła ją ta pogodna uwaga tuż po ponurym spojrzeniu.

– Tak, to trochę dziwne. – Uśmiechnęła się.

– Prawdę mówiąc, myślałem o innym określeniu.

Niepewna, czy chce je poznać, zapytała jakby mimo woli:

– Tak?

– Szczęśliwy zbieg okoliczności – odparł. – Uważam, że to szczęśliwe.

Nie wiedziała, co odpowiedzieć, więc uniosła rękę z biletem. Spojrzała znacząco na krzesło z różą i dodała:

– Pozwoli pan? Tam jest moje miejsce.

Przez chwilę na nią patrzył. Tym razem jego oczy nie zdradzały, co dzieje się w jego głowie, a potem rzekł:

– Ależ proszę. – Wstał, by mogła przejść.

Della szybko zajęła miejsce, otworzyła program i zaczęła go czytać, zanim miał szansę znów nawiązać rozmowę. Mężczyzna jednak zlekceważył jej gest i odezwał się:

– Jak kolacja?

Nie podnosząc wzroku, odparła:

– Wspaniale.

– A ja ostatecznie zamówiłem bażanta. Był wyśmienity.

Della tylko kiwnęła głową, nie podnosząc wzroku znad programu.

– Następnym razem, jak będzie pani w Palumbo’s, powinna pani spróbować bażanta – dodał niezrażony.

Próbował coś od niej wyciągnąć. Dowiedzieć się, czy mieszka w Chicago. Próbował ustalić, czy jest szansa na to, że jeszcze kiedyś na siebie wpadną, przypadkiem lub nie, choć wciąż leżała między nimi róża dla innej kobiety.

– Wezmę to pod uwagę – rzekła i wróciła do lektury programu.

– Nie znam wielu ludzi z mojego pokolenia, którzy lubią operę. – Mężczyzna uciekł się do nowej taktyki. – Zwłaszcza do tego stopnia, żeby oglądać operę na żywo czy płacić za miejsce w loży. Musi pani kochać operę.

Della westchnęła w duchu, przeklinając go za zmianę tematu. To był cios poniżej pasa. Nie odmówi sobie rozmowy na swój najbardziej ulubiony na świecie temat.

– Uwielbiam operę – przyznała, kładąc program na kolanach.

Kiedy na niego spojrzała, z jego miny wynikało, że zgadza się z nią w stu procentach – on też kocha operę. Tak namiętnie, że ta miłość przegoniła chmury przesłaniające mu wzrok. Della zobaczyła teraz, że jego oczy nie są całkiem brązowe. Zdobiły je plamki złota.

– Pokochałam operę, kiedy byłam małą dziewczynką – oznajmiła. – Nasza najbliższa sąsiadka była wielką fanką opery. – Nie dodała, że słyszała radio pani Klosterman przez cienkie jak papier ściany mieszkania ani że wsłuchiwała się pilnie w każde słowo komentatora, który po zakończeniu transmisji analizował spektakl. – Gdy po raz pierwszy słuchałam opery na żywo – ciągnęła, omijając informację, że była to radiowa transmisja – byłam zauroczona.

Chętnie studiowałaby muzykę i zajmowała się nią zawodowo, ale college był poza zasięgiem przeciętnego ucznia o jej statusie ekonomicznym. Zaraz po ukończeniu szkoły średniej podjęła pracę, początkowo jako goniec w jednym z najlepiej notowanych domów maklerskich na Wall Street. I choć wspięła się po drabinie kariery na stanowisko asystentki, nie znalazła czasu na powrót do nauki. Zarabiała dość dobrze – zdecydowanie lepiej, niż sobie kiedykolwiek wyobrażała – i była zadowolona ze swojego życia. Do chwili, gdy roztrzaskało się na kawałki i został jej tylko Geoffrey, który zaproponował jej wątpliwe schronienie – i to nie za darmo.

Nagle muzyka wypełniła salę, światła przygasły. Della rzuciła okiem na swojego towarzysza, kiedy widownia pogrążała się w mroku, ale gdy przekonała się, że na nią patrzy – i zobaczyła wciąż puste krzesło między nimi – odwróciła głowę i skupiła się na scenie.

Wkrótce zostawiła za sobą swój świat, gdyż pochłonęły ją perypetie Mimi i Rudolfa oraz ich przyjaciół artystów. Do tego stopnia, że gdy światła zapaliły się na przerwę, Della dopiero po chwili wróciła z dziewiętnastowiecznego Paryża do Chicago w dwudziestym pierwszym wieku. Nabrała głęboko powietrza i, nim się powstrzymała, zerknęła na nieznajomego, który patrzył na nią tak jak wtedy, gdy światła przygasały, jakby robił to przez pierwszą połowę spektaklu.

Poczuła się dziwnie, szybko przeniosła wzrok na widownię. W zdobionej pozłotą sali kobiety we wspaniałych toaletach wyglądały jak barwne klejnoty. Wiele pań wychodziło na przerwę, trzymając swych towarzyszy za rękę, a ci czule pochylali do nich głowy.

Przez chwilę żałowała, że ten dzień nie potrwa wiecznie. Czyż nie cudownie byłoby cieszyć się takim wieczorem, gdy tylko ma na to ochotę, nie martwiąc się o koszty i ryzyko, że zostanie zobaczona w miejscu, gdzie nie powinno jej być? Nie przypominała sobie, kiedy ostatnio spędziła wieczór poza domem, nie wspominając już o takim wyjściu. Geoffrey trzymał ją w zamknięciu jak Roszpunkę z bajki. Zabijała czas, czytając książki i oglądając filmy, gapiła się na ściany, które były, na dobrą sprawę, jej więzieniem. Nawet jeśli miejsce wybrane przez Geoffreya nie miało krat i zapewniało dostateczną wygodę, czuła się jak więzień. Do diabła, była więźniem. I będzie nim, póki Geoffrey nie pozwoli jej odejść.

Nawet ta myśl stanowiła niewielkie pocieszenie, bo nie miała pojęcia, dokąd się udać i co robić, gdy Geoffrey w końcu uzna, że już jej nie potrzebuje. Będzie musiała zacząć od nowa, praktycznie od zera, niczego nie posiadając. Tak jak wtedy, gdy zostawiła za sobą miejsce swojego urodzenia.

Tym bardziej więc powinna się cieszyć tym wieczorem, wykorzystać go w pełni. Kto wie, co czeka ją w przyszłości, choćby za parę godzin?

– I jak się pani podoba?

Odwróciła się na dźwięk aksamitnego barytonu, jej puls przyspieszył. Musi wziąć się w garść. Mężczyzna już udowodnił, że jest draniem pierwszej klasy. Flirtował z jedną kobietą, oczekując innej.

– „Cyganeria” nie należy do moich ulubionych oper – stwierdziła. – Myślę, że Puccini był trochę zamknięty i powściągliwy, kiedy ją komponował, zwłaszcza gdy się ją porówna choćby z „Manon Lescaut”. Ale podoba mi się. Bardzo.

Oczywiście częściowo miał na to wpływ towarzysz z loży. Tego nie musiała mówić. Nawet przed sobą nie chciała się do tego przyznać.

– A pan? – spytała. – Co pan sądzi?

– Sądzę, że widziałem to już zbyt wiele razy i nie potrafię być obiektywny – odparł. – Ale ciekawe, co pani powiedziała na temat Pucciniego. Zawsze myślałem podobnie. Prawdę mówiąc, wolę powieść Murgera w interpretacji Leoncavalla.

– Ja też. – Della się uśmiechnęła.

– To jesteśmy w mniejszości, wie pani?

– Wiem.

– Prawdę mówiąc – dodał – bardziej lubię „Cyganerię” Leoncavalla niż jego „Pajace”. Za taką opinię wyrzucono by człowieka z niektórych teatrów operowych.

Zaśmiała się.

– Ja też wolę „Cyganerię” od „Pajaców”. Wygląda na to, że razem nas wyrzucą.

Mężczyzna zaśmiał się, potem oboje zamilkli jednocześnie. Żadne chyba nie wiedziało, co powiedzieć. Po kilku krępujących chwilach Della się ośmieliła:

– Jeśli widział pan „Cyganerię” zbyt wiele razy i nie lubi pan jej tak jak innych oper, co pan tu robi dziś wieczorem?

Wzruszył ramionami – było w tym geście coś wcale nie obojętnego – i już nie patrzył tak ciepło.

– Mam abonamenty.

Abonamenty, powtórzyła w duchu. Liczba mnoga. To znaczy, że faktycznie do niego należy puste miejsce obok, i naprawdę na kogoś czekał. Kogoś, kto mógł tu z nim siedzieć przez wszystkie inne wieczory. Może na żonę?

Zerknęła na lewą dłoń mężczyzny, lecz nie zobaczyła obrączki. Co prawda wiele par w dzisiejszych czasach nie nosi obrączek na stałe. Czekała, aż mężczyzna powie coś na temat tajemniczego pustego krzesła. Coś, co by wyjaśniało zmianę tonu i nagły chłód, który między nimi zapanował. Wyczuwała, że to właśnie puste krzesło generuje ten chłód.

Tymczasem mężczyzna rzekł:

– Stąd wiem, że nie bywa pani często w Lyric Opera, a przynajmniej nie na premierach i nie na tym miejscu, gdzie dzisiaj. – Uśmiechnął się znów. – Zauważyłbym.

– Jestem tu pierwszy raz – wyznała.

Przyglądał się jej z powagą.

– Pierwszy raz w Palumbo’s. Pierwszy raz w Lyric Opera. Czyli właśnie przeprowadziła się pani do Chicago?

Przed koniecznością udzielenia odpowiedzi uratowali ją bogowie opery – wagnerowskiej zapewne. Jakaś para rozpoznała jej towarzysza, nazywali go Marcusem. Tak Della poznała jego imię. Trochę się rozgadali, rozmawiali, aż światło mrugnęło trzy razy, zapowiadając rozpoczęcie drugiego aktu. Znajomi Marcusa pospieszyli na swoje miejsca, a on znów zwrócił się do Delli.

– Dobrze pani stamtąd widzi? – Poklepał krzesło, gdzie wciąż leżał program i róża. – To jest trochę lepsze miejsce. Z pewnością chciałaby pani jak najlepiej widzieć „Addio Dolce Svegliare Alla Mattina”.

Wypowiedział te słowa, jakby płynnie mówił po włosku, a Delli nagle zrobiło się tak jakoś miło i ciepło. I choć ze swojego miejsca widziała pewnie tak samo jak z pustego krzesła – z czego on chyba zdawał sobie sprawę – była zdumiona, jak bardzo chciała przyjąć zaproszenie. Rozumiała, że osoba, która zwykle zajmuje to krzesło, już się nie pojawi. Mężczyzna nie wydawał się tym przejmować, więc może jego związek z tą osobą nie jest romantyczny. Niezależnie od czerwonej róży.

A może jest tylko podrywaczem, z którym nie należy dzielić się niczym więcej jak niezobowiązującymi uwagami na temat opery? Może powinien być kolejnym pięknym wspomnieniem, które zachowa w pamięci razem w innymi pięknymi chwilami składającymi się na ten wyjątkowy wieczór?

– Dziękuję, stąd dobrze widać – odparła.

Mówiła prawdę. To jest piękny wieczór.

Niestety, zawsze tak nie będzie.

Tytuł oryginału: Caught in the Billionaire’s Embrace

Pierwsze wydanie: Harlequin Desire, 2011

Redaktor serii: Ewa Godycka

Korekta: Urszula Gołębiewska

© 2011 by Elizabeth Bevarly

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2013, 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gorący Romans są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-3021-6

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.