Wydawca: Świat Książki Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 339 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 54 min Lektor: Maja Ostaszewska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 54 min Lektor: Maja Ostaszewska

Opis ebooka Kobieta, która widziała za dużo - Kaya Mirecka-Ploss

Przedziwna opowieść, na poły thriller na poły autobiografia, w której wspomnienia przeplatają się ze współczesnością. Jest w niej zbrodnia i kara, przyjaźń i miłość, kontakty z „tamtym światem” i pytania o uczciwość. Napisana w świetnym stylu, oparta na faktach jest swoistym śledztwem w sprawie morderstwa. Obdarzona darem widzenia zmarłych Kaya, polska emigrantka, widzi scenę zabójstwa i choć winny zostaje uniewinniony, ona nie daje za wygraną. Zastraszana głuchymi telefonami, pobita, doprowadzona na skraj obłędu walczy o sprawiedliwość. Morderca wydaje się być blisko, ale czy to rzeczywiście on? Czysty kryminał, który wydarzył się naprawdę. Kazimierz Kutz Autorka jest niezwykłą kobietą z niezwykłą biografią, charakterem i talentem. Nie bała się nigdy ryzykować, iść pod prąd, sterować, niezależnie od konwenansów, swym życiem, jeśli uważała, że racja jest po jej stronie. Książka, którą macie państwo w rękach, jest prawdziwą historią i dowodem na siłę i odwagę Kai Mireckiej-Ploss. Jednocześnie jest to pasjonujący thriller psychologiczny godny najlepszego amerykańskiego filmu. Polecam! Agnieszka Holland Wyjątkowa książka wyjątkowej osoby, która, mimo że znam ją od prawie 20 lat, jest dla mnie ciągle nieodkrytą kartą. Fascynująca! Jolanta Kwaśniewska

Opinie o ebooku Kobieta, która widziała za dużo - Kaya Mirecka-Ploss

Fragment ebooka Kobieta, która widziała za dużo - Kaya Mirecka-Ploss

KayaMirecka-Ploss

Kobieta, która widziała za dużo

Fragment

Proszę wejść, mister Earman

Wysokie smukłe drzewa, jak dostojne starsze panie, stały po obu stronach dróżki, biegnącej wzdłuż Potomacu. Rzeka płynęła leniwie przez Waszyngton, potem Aleksandrię, aż do zachodniej Wirginii.

Niebo nad drzewami było niebieskie i chmurki przesuwały się po nim figlarnie, jakby bawiły się w chowanego. Od rzeki pachniało tatarakiem. Wiosna przyszła o dwa tygodnie wcześniej, niż wynikałoby z kalendarza.

Rowerzyści, którzy mnie mijali, świetnie rozpoznawali czarny błyszczący rower, biegnące obok mnie dwa setery irlandzkie i fioletową przepaskę na włosach. Czułam dreszcz przyjemności. Gdy kilka lat temu stuknęła mi czterdziestka – metrykalna, bo ojciec w czasie wojny poprawił mi datę urodzenia – zaczęłam się martwić, że się starzeję. Katowałam się codziennymi ćwiczeniami, wrzucałam w siebie witaminy i stosowałam restrykcyjną dietę. Nie lubiłam ani ćwiczeń, ani witamin, ani diety, ale strach przed starością był silniejszy.

Skutki dyscypliny przyszły szybko. Czułam się młoda i pełna życia. Brzuch miałam płaski jak deska, uda – prężne, a łydki – silne.

Zmieniłam bieg, pochyliłam się niżej i nacisnęłam mocniej na pedały.

– Raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy – liczyłam głośno.

Najwyraźniej radość życia widoczna była w moich oczach, bo mijający mnie rowerzyści uśmiechali się i machali mi.

Moje kudłate rude setery rozszczekały się. Pobiegły nad brzeg rzeki. Przy samej wodzie przystanęły i zdumione patrzyły na żaglówkę widmo. Cichutko i leniwie toczyła się po wodzie, a jej bladożółte żagle pchała niewidoczna ręka.

– Misza! Sonka! – zawołałam, schodząc z roweru.

Niedaleko stąd jest miejsce, z którego można zobaczyć nasz dom, stojący na niewielkim wzgórzu, tuż przy rzece. Usiadłam na pieńku i patrzyłam w wodę. Podniosłam z ziemi kilka kamyczków i jeden po drugim wrzucałam do rzeki, obserwując, jak woda tworzy kręgi tam, gdzie spadają.

Gdzieś z głębin pamięci wydobyłam wspomnienie. Wrzucam kamienie do stawu przy dróżce do parku. Potem w stawie topi się Pawełek, syn sąsiadów, a ja zamiast nad wodę chodzę na jego grób i rozmawiam z nim.

Daleko po lewej stronie Potomacu z porannej mgły wyłania się powoli kopuła Kapitolu. Po drugiej stronie rzeki pojawia się nagle żaglowiec, a tuż za nim kolejny, jakby gonił pierwszy. Rozpostarły żagle. Patrzyłam na nie, dopóki nie zniknęły za horyzontem. Czułam, jak promienie słoneczne igrające na wodzie otulają mnie swoim ciepłem. Przeciągnęłam się leniwie.

Nagle promienie zamieniły się w jarzące światło. Paraliżujący ucisk w głowie, ręce przy skroniach.

– Stop, stop! – krzyknęłam.

Spokojne dotąd wody rzeki zawirowały i podniosły się. Zmrużyłam oczy, próbując dostrzec postać, która to wynurzała się z odmętów wody, to w nich znikała. Nie widziałam twarzy, tylko długie czarne włosy, i słyszałam głos, który mnie wzywał: „Kaya! Kaya!”. Wyciągnęłam ręce przed siebie, ale obezwładnił mnie ból. Pochyliłam głowę nisko, prawie do kolan.

Po sekundzie wszystko wróciło do normy, było jak przed chwilą. Znieruchomiałam.

„Ona widzi ludzi, co umarli, i gada z nimi”. „Ona chodzi na grób Pawełka, żeby sobie z nim pogadać”. „Głupia czy co?”. Słyszę głosy z przeszłości.

Widzę siebie, może sześcioletnią dziewczynkę, która przysiadła na krześle w kuchni. Obok klęczy mama. Smutna, patrzy swoimi migdałowymi oczami: „Nie chodź tak często na cmentarz, nie rozmawiaj ze zmarłymi. Nie opowiadaj o tym ludziom. Będą mówili, że jesteś nienormalna. Będą się ciebie bali”.

Tylko chrzestna matka szepce na boku, do ucha, gdy rodzice są daleko: „To, co widzisz i słyszysz, to dar od Boga. Specjalny, niezwykły”.

Tego dnia nad Potomakiem pomyślałam z żalem: Znowu wróciło. Tylko dlaczego właśnie dzisiaj, w tym pięknym, słonecznym dniu? Naprawdę nie chciałam wiedzieć, co może przynieść jutro. Ale Bóg nie dał mi wyboru – chciał, żebym wiedziała.

Podniosłam się z pieńka, ale już nie miałam ochoty na dalszą jazdę. Prowadząc rower, podążyłam w kierunku domu. Otwierając furtkę do ogrodu, przystanęłam na chwilę i patrzyłam na nasz dom. Był duży, biały, z werandą i balkonem wzdłuż całej ściany.

Będzie mi żal go opuścić, przebiegło mi przez myśl.

Mieszkaliśmy tu prawie sześć lat. Przyjechaliśmy z Princeton w stanie New Jersey, gdzie mój mąż Sidney, znany sowietolog, wykładał na uniwersytecie. Polityka sowiecka była jego pasją i specjalnością. Dużo na ten temat pisał, wydał kilka książek. Pewnego dnia Departament Stanu w Waszyngtonie zaproponował mu pracę.

Kiedy zbliżyłam się do tarasu, ocienionego dużym przeciwsłonecznym parasolem, usłyszałam śpiewne zawodzenie. Poczułam na ramionach gęsią skórkę. Czy to nie godzinki za zmarłych, takie jak śpiewaliśmy na Śląsku?

Nagle śpiew się urwał. Arana, nasza gosposia pochodząca z Haiti, zauważyła mnie.

– Bonjour, madame.

Arana otworzyła szeroko drzwi. Znała angielski, ale zwykle mówiła do mnie po kreolsku, czasem po francusku.

– Bonjour, Arana. Czy mój mąż pojechał już do pracy?

– Oui, madame! – Zdziwiła się, że pytam o coś tak oczywistego. I dodała: – Doktor Ploss jest jak wędrowny ptak. Przychodzi i wychodzi jak w zegarku.

Pozwoliłam sobie na odrobinę sarkazmu.

– Oczywiście, wiem nawet, co będzie jadł na śniadanie za dziesięć lat – rzuciłam i przeszłam przez kuchnię w stronę sypialni.

– Oj – usłyszałam za sobą głos Arany. Odwróciłam się. Stała na środku kuchni i potrząsała głową. Jej duże okrągłe kolczyki połyskiwały w porannym słońcu. – Co panią ugryzło, madame? Pokłóciliście się? Zresztą nieważne. Przyjdzie noc i wszystko pójdzie w zapomnienie. – Głos Arany stał się miękki, sensualny. – Pani, madame, jak nikt, kogo znam, wie, że noce są nie tylko do spania.

Poczułam, że się rumienię.

– Co ty wiesz o moich nocach? – rzuciłam przez ramię, wchodząc po schodach na pierwsze piętro.

– Proszę się pospieszyć, madame. Za dziesięć minut będzie śniadanie. I proszę wziąć prysznic, nie kąpiel, żeby to nie trwało godzinami.

Wanna kusiła. Arana wiedziała, że lubię wylegiwać się w pachnących różowych piankach. Ale tym razem wzięłam prysznic.

Aranę polecili mi przyjaciele, argentyńscy dyplomaci, którzy po czterech latach w Stanach wracali do kraju. Trzy razy w tygodniu sprzątała nasz dom i pomagała mi w ogrodzie.

Była wyższa ode mnie prawie o dziesięć centymetrów. Czy dlatego często wygrywała w sporach ze mną? A może to przez ten spryt, który czaił się w jej ruchach, miękkich jak kocie? A może przez tę matczyność? Choć wydawało mi się, że jesteśmy prawie w tym samym wieku, wcale nie byłam pewna, czy nie jest ode mnie dużo starsza.

Lubiłam ją za inteligencję i przenikliwość. Teraz znów dowiodła, że dużo o nas wie: tak, mój mąż żył ustalonym rytmem, przywiązany do swoich zasad, nie zważając na świat i innych ludzi. Jak ptak, który odlatuje na zimę do ciepłych krajów, a wraca wiosną.

Słowny i stanowczy, rzadko zmieniał zdanie. Niczym mnie nigdy nie zaskakiwał. Wiedziałam, o której obudzi się w sobotę i gdzie spędzimy wakacje za dziesięć lat. Zawsze punktualny, zawsze w białej koszuli – z wąskim, nierzucającym się w oczy krawatem. Jego piękne ciemne gęste włosy były elegancko przystrzyżone, zawsze z przedziałkiem po lewej stronie.

Jego ojciec, laryngolog, był z pochodzenia Francuzem. Prowadził w Nowym Jorku własną klinikę. Natomiast rodzina teściowej na początku dziewiętnastego wieku przypłynęła do Ameryki z Holandii. Ojciec, dziad i pradziadowie – wszyscy byli szlifierzami diamentów. Rodzina raczej zamożna.

Zarówno rodzina teścia, jak teściowej to Żydzi. Mąż był podobny do swojego ojca, i z charakteru, i z wyglądu. Średniego wzrostu, bardzo przystojny. Jego duże ciemne oczy patrzyły na ludzi i świat z powagą, miał jednak ogromne poczucie humoru i w każdej sytuacji potrafił dostrzec coś zabawnego.

Lubiłam przyglądać się mężowi, lubiłam dotykać jego ciała. To go wyraźnie krępowało, tak samo jak rozmowy o seksie. Mąż wolał uprawiać seks, niż mówić o nim. Był w tym bardzo dobry, ale minutę po finale zasypiał. A ja zawsze miałam potrzebę celebrowania. Pocałunki, westchnienia, pieszczoty i przysięgi, że to „na zawsze”. Zatrzymać chwilę, leżąc w jego ramionach...

Mąż miał w sobie niezwykłą siłę i spokój, o których ja mogłam tylko marzyć. Mnie zawsze coś goniło, zawsze chciałam od życia więcej, niż miałam. Często nie lubiłam siebie! Walczyłam, szarpałam się ze sobą, a potem na nowo sklejałam.

Mój mąż nigdy tego nie rozumiał. On lubił siebie takiego, jaki był. Dał mi miłość, ale i przymus. Przymus porządku i nudy.

Zawsze jedliśmy kolację o tej samej porze, potem oglądaliśmy w telewizji wiadomości i wychodziliśmy na spacer. Wyszedłszy z domu, nigdy nie skręcaliśmy w lewo, zawsze w prawo. Ja czasem skręcałam w lewo, krzycząc: „I tak cię dogonię!”. I gdy dopadałam go wreszcie z drugiej strony, on, śmiejąc się, pytał, czy teraz czuję się lepiej. Śmiałam się także i myślałam: Nie chciałabym cię innego, niż jesteś.

Po kolacji mąż przeglądał swoje gazety. „Prawda” i „Izwiestia” codziennie przychodziły do nas pocztą. Siedział nad nimi, coś podkreślał, notował i czasem dzielił się ze mną jakimiś wiadomościami, które zupełnie mnie nie obchodziły. Mąż znał Związek Radziecki z gazet i kilku podróży, a ja żyłam w kraju rządzonym przez komunistów. Sowieci mnie nie interesowali.

Arana i Sidney pozostali sobie obcy. Mąż tolerował gosposię, tak jak tolerował nasze trzy koty i dwa psy. Tak jak tolerował każdego, kto nie zabierał mu czasu i niczego od niego nie wymagał.

Wychodząc spod prysznica, znowu zerknęłam przez okno na płynącą pod domem rzekę. Znowu pomyślałam, że będę tęsknić za tym domem i widokiem. Aleksandria, gdzie mieszkaliśmy, leżała co prawda na przedmieściach Waszyngtonu, jednakże dość daleko od centrum. Zbyt daleko od biura męża. Zamierzaliśmy kupić dom bliżej. Obejrzałam już kilka willi i w najbliższą sobotę mieliśmy pojechać obejrzeć jedną z nich razem.

Włożyłam długą lnianą sukienkę z dwiema dużymi kieszeniami. Jedna – na ogrodowe rękawice, druga – na nożyce. Po śniadaniu trzeba popracować trochę w ogrodzie.

Czesałam przed lustrem swoje niesforne gęste czarne włosy i myślałam, że od lat obcinam je tak samo – na pazia, z grzywką sięgającą oczu. Mąż często mówił, że wyglądam jak aktorka z niemych filmów. Aktorka z niemych filmów? Nie wiedziałam, czy to komplement, bo nigdy nie widziałam takiego filmu. Nałożyłam na włosy fioletową przepaskę i zerknęłam w lustro. No tak, ona podkreśla kolor moich ciemnych fiołkowoniebieskich oczu.

Zdążyłam zapomnieć o tym, co przydarzyło mi się nad rzeką.

*

Zaraz, zaraz, jak się nazywał ten pies, którego miałam w dzieciństwie? Kundel? Chodził za mną wszędzie i uwielbiał pływać w stawie przy dróżce do parku. Kiedyś usłyszałam przeraźliwe szczekanie, Kundel nie mógł wydostać się z sitowia. W końcu wyszedł – zmordowany, otrząsnął się, podniósł ogonek i pobiegł do lasu.

Ojciec powiedział wtedy: „Ty też jesteś jak ten Kundel. Cokolwiek przydarzy ci się w życiu, ty się otrząśniesz i pobiegniesz dalej”.

W kuchni powitał mnie zapach mocnej herbaty i tostów. Arana, siedząc przy stole, czytała horoskop i od czasu do czasu parskała głośnym śmiechem.

– Ci, którzy opracowują horoskopy, nie wiedzą, co piszą. Że niby osoby spod znaku Panny nie są wojownicze?! Przecież pani, madame, jest spod znaku Panny, a nie znam nikogo bardziej wojowniczego. Niby cicha, powieka ani drgnie, a w głębi wulkan! – śmiała się.

Miała niski, przyjemny głos. W świetle porannego słońca, które zalewało kuchnię, wyglądała naprawdę pięknie. Jej ciemnośniada cera nabrała barwy miodu, a ściągnięte do tyłu włosy obnażyły smukłą szyję i doskonale wymodelowany kontur twarzy. Gdy wstała od stołu, by przynieść świeżo przypieczony tost, powiodłam za nią oczami.

– Ależ ty się seksownie poruszasz, Arano – zachwyciłam się. – Ile ty właściwie masz lat? Czterdzieści, trzydzieści pięć, a może mniej? Ładna jesteś, wiesz o tym?

– Wiem, madame, wiem – pochyliła się do mnie poufale. – I lubię to, co mam. Ale kto to mówi? Pani, madame, nie potrzebuje poruszać seksownie biodrami ani nosić głęboko wyciętych bluzek. Wystarczy, że popatrzy pani na mężczyznę tymi swoimi urzekającymi oczami.

– Oczy to jedyne, co mam, by kusić mężczyzn. Nie złapię ich ani na moje chude biodra, ani płaskie piersi.

Tak paplałyśmy, pochłaniając kolejne tosty z miodem.

– Co to za pieśń, którą śpiewasz, gdy nie ma nas w domu? – zapytałam z zaskoczenia. Od dawna mnie to intrygowało. – Milkniesz, gdy widzisz, że wracamy. To dziwna melodia. Gdy ją słyszę, przechodzi mnie dreszcz. Czy to pieśń za zmarłych?

Arana zmrużyła oczy i powoli odchyliła się do tyłu.

– To są hymny do jednego z naszych bogów. Słyszała pani o rytuale Petro?

Odsunęłam się gwałtownie od stołu.

– Wudu to nie religia, to sekta – powiedziałam ostro.

Arana zareagowała spokojnie.

– Dla Haitańczyków to religia. Ja jestem Mambo.

– Kim jesteś? – Otworzyłam szeroko oczy.

– Kimś w rodzaju księdza.

Niełatwo mnie zdziwić, ale Aranie się to udało. Popatrzyłyśmy na siebie. Jej oczy zrobiły się chłodne, nieprzyjazne, najwyraźniej nie życzyła sobie więcej pytań. Ale ja postanowiłam dowiedzieć się wszystkiego.

– Podobno wierzycie w dobre i złe duchy.

– Oui, madame. Jest zły duch Bakko i dobry Unga – odpowiedziała Arana niechętnie.

– A ty jesteś dobrym czy złym duchem? – nie ustępowałam.

– Potrafię być i jednym, i drugim. Jak komuś źle życzę, jestem Bakko – odpowiedziała stanowczo. Zrobiła krótką pauzę, a jej głos złagodniał. – Ale dla pani, madame, zawsze będę Unga.

– Odwiedzasz zmarłych?

– Tak samo jak pani.

Przełknęłam ślinę. Miałam zupełnie sucho w gardle.

– Jak długo się znamy, Arano? – zapytałam.

Wzruszyła ramionami.

– Prawie pięć lat, z czego trzy pracuję u pani.

– Dlaczego wybrałam właśnie ciebie? Było tyle innych kandydatek.

– To ja panią wybrałam, madame.

– Coś ci się pomyliło – parsknęłam śmiechem. – Pani Rubio mi cię poleciła.

– Nie, madame. To ja poprosiłam Perlę Rubio, by mnie pani poleciła. Chciałam u pani pracować.

– Dlaczego?

Arana pochyliła się do mnie i prawie szeptem powiedziała:

– Bo my obie widzimy przyszłość. Tyle że pani ucieka przed darem, a ja go pielęgnuję.

– O czym ty mówisz? – Wstałam gwałtownie od stołu i podeszłam do okna. – Nie wierzę w twoje kulty, karty przepowiadające przyszłość, czytanie z ręki. Jestem głęboko wierzącą katoliczką. Twoje przesądy są sprzeczne z moją wiarą.

Arana zaczęła zbierać filiżanki i talerze.

– O ile się nie mylę – rzuciła – pani mąż, doktor Ploss, jest żydem. Jego religia też jest sprzeczna z nauką pani Kościoła, prawda?

Rozbroiła mnie. Śmiejąc się, podniosłam ręce do góry.

– Poddaję się, Arano.

– Pani? Pani nigdy w życiu nikomu się nie podda. A jak ktoś panią przyciśnie do muru, obraca pani wszystko w żart. Przyczaja się pani jak kot, żeby skuteczniej zaatakować.

– Dobrze mnie znasz, Arano. – Pokiwałam głową.

– Nie, pani nikt nie zna... Wybieram się do sklepu, zrobiła pani listę zakupów?

Machnęłam ręką.

– Jedź na te zakupy.

Po godzinie byłam już w ogrodzie, a Arana wyprowadzała z garażu mój biały kabriolet.

Jak niewiele o niej wiem! Tyle, że urodziła się na Haiti i że ma chłopaka: wysokiego, postawnego Jamajczyka. Trzy razy w tygodniu przywozi ją do nas i późnym popołudniem odbiera.

Odwrócona tyłem do ulicy, samochodu i Arany, wrzucałam do kosza martwe liście i łodygi. Usłyszałam, jak silnik kabrioletu warczy i nagle się zatrzymuje. Zaskoczona, odwróciłam się i zobaczyłam Aranę, która wysiada z samochodu i idzie w moją stronę.

– Zapomniałaś o czymś? – zapytałam.

– Dzisiaj jest taki piękny dzień – powiedziała niepewnie, powoli. – Ale dla pani nie najlepszy.

Wróciła do samochodu i odjechała.

Spędziłam w ogrodzie prawie dwie godziny, kiedy usłyszałam za sobą głośny warkot mknącego jak błyskawica samochodu. Odwróciłam się, żeby sprawdzić, kto tak pędzi. Na naszej spokojnej ulicy rzadko kto jeździ tak szybko. Zobaczyłam, jak obcy samochód gwałtownie hamuje, nawraca i zatrzymuje się przed naszym domem. To był zabawny czerwony ford mustang. Z okna wychylał się młody uśmiechnięty mężczyzna z burzą rudawych włosów, w ciemnych okularach.

– Dzień dobry, śliczna pani – zawołał do mnie, wysiadając.

Zdjął okulary. Ujrzałam figlarne zielone oczy. I uśmiech.

– Pan mówi do mnie? – zapytałam, podchodząc bliżej.

– Tak, śliczna pani.

Wariat, pomyślałam.

Rozejrzałam się szybko, czy ktoś jest w pobliżu. Moja sąsiadka Betty akurat pakowała do samochodu trójkę swoich dzieci i psa. Potem zaczęła powoli cofać – z podjazdu na drogę. Zauważyła mnie i pomachała ręką. Uspokoiłam się trochę.

– W czym mogę panu pomóc? – zwróciłam się do mężczyzny niecierpliwie.

– Może pani wie, ile kosztują domy w tej dzielnicy? – zapytał grzecznie.

– Nie wiem. Ale wiem, za ile chcę sprzedać swój.

– Doskonale! – ucieszył się. – Jestem agentem nieruchomości, pracuję dla bardzo dobrej i znanej firmy.

Wyciągnął z kieszeni wizytówkę.

– Richard Lee Earman – przeczytałam głośno i przyjrzałam mu się z bliska.

Mógł mieć jakieś trzydzieści pięć lat, był średniego wzrostu, opalony, jak ktoś, kto dużo przebywa na słońcu.

Wyraźnie chciał nawiązać bliższy kontakt. Zauważył moje trzy koty wylegujące się na tarasie i skwapliwie przysiadł się do nich. Ale ja byłam nieufna. Przyglądałam mu się, jak je głaszcze, robi do nich dziwne miny i szczeka, udając psa.

W końcu usiadłam obok niego. Zapytał o imiona kotów i próbował powtórzyć polskie słowa.

– Sza-ruś, Pa-cyn-ka, Ki-ciuś.

Nagle podniósł głowę i spojrzał na mnie.

– Nie wiem, co jest ładniejsze, ten piękny poranek czy pani – powiedział bezczelnie.

Skrępowana, odwróciłam głowę, żeby uciec przed jego spojrzeniem.

– Czy pan flirtuje ze mną, panie Earman? – zapytałam.

– Och, nie! Nie śmiałbym. Pani nie wygląda na kobietę, którą można tak zwyczajnie poderwać. Może to przez pani cudzoziemski akcent? Pani jest Francuzką? Ma pani piękne ciemne włosy.

– Nie, jestem Polką.

– Żartuje pani! Ale ja się nie znam na tych wszystkich obcych krajach. Jestem chłopakiem stąd, z południowej Wirginii. W Richmond do tej pory mieszka moja babka. Jak pani ma na imię?

– Kaya. Kaya Ploss.

– Kaya – powtórzył Earman. – Ładne, i pasuje do pani. Ja jestem Richard, ale mówią do mnie Lee.

Nagle wstał i podał mi ręce, by pomóc mi się podnieść.

– Do widzenia, Kayu – powiedział wolno, zbliżając moje dłonie do ust.

Dziwne. Od jedenastu lat, od czasu gdy zamieszkałam w Stanach, nikt nigdy nie pocałował mnie w rękę.

Mężczyzna miał delikatne dłonie ze świeżym manikiurem i brylantowy pierścionek na małym palcu. Jak mogłam wcześniej nie zauważyć jego krawata! Szeroki, jaskrawożółty, z sylwetką gitarzysty. Nie pasował do niego, jego manier i brązowego, dobrze skrojonego garnituru...

– Mam nadzieję, że zadzwonisz do mnie, Kayu, jak będziesz już wiedziała, kiedy sprzedajesz dom.

– Jeśli będzie się pan do mnie zwracał po imieniu, to na pewno nie zadzwonię. Pozwalam na to tylko przyjaciołom.

Moje słowa nie zaskoczyły go ani nie speszyły. Przeciwnie.

– To mi się podoba! Kobieta z charakterem! Do widzenia, śliczna pani.

Podniósł palce do góry, jakby salutował, i śmiejąc się, wrócił do samochodu. Jak szybko i niespodziewanie przyjechał, tak szybko odjechał.

Słońce przygrzewało jeszcze mocniej, a ja na nowo pochyliłam się nad grządkami kwiatów. Chyba już południe, pomyślałam. Ten obcy człowiek przyniósł z sobą dziwną radość i beztroskę, którą teraz czułam. Gdy zobaczyłam, że Betty z dziećmi wróciła, poszłam do domu. Wiedziałam, że wkrótce mogę się spodziewać gościa.

I rzeczywiście. Za chwilę do moich drzwi pukała Alison, najmłodsza córka Betty.

– Czy mogę wejść? – zapytała i nie czekając na odpowiedź, usadowiła się przy stole w kuchni. – Czy zrobisz herbatę i dasz te ciastka czekoladowe?

Alison – okrągła, jasnowłosa, o oczach niebieskich jak bławatki – była jak kulka wypełniona energią.

– Czy twoja mama wie, że tutaj jesteś?

Zachichotała i potrzasnęła głową.

– To może jej nie powiemy, co? Mademoiselle, herbata gotowa. Voila! – zawołałam.

– Ależ ty śmiesznie mówisz.

Alison chichotała, wpychając do buzi czekoladowe ciasteczka. Otarła usta ręką i pobiegła do fortepianu, pytając, czy może grać. Graniem nazywała bębnienie z całych sił w klawisze. Ciężko uderzała w klawisze, aż zmęczona, poprosiła, żebym zaśpiewała tę „śmieszną” piosenkę.

– Oj, dana, dana, dana, dziewczyno kochana – zanuciłam, a już po chwili Alison podskakiwała i klaskała radośnie.

– Alison, Alison, wracaj do domu! – usłyszałyśmy chłopięcy głos.

Podeszłam do okna. To George, brat Alison.

– Chciałbyś wejść na chwilę? – Spojrzałam w chmurne, obojętne oczy.

– Nie, dziękuję. Mama szuka Alison. Czekamy z obiadem.

– Oj, dana, dana, dana, dziewczyno kochana – śpiewałam, zbierając ze stołu kubki i talerze. Dziewczynki już nie było, a ja nagle zaczęłam powtarzać to imię: – George, Jerzy, Jureczek.

Dopadł mnie ból gdzieś w okolicach serca. Stanęłam na środku kuchni. Przymknęłam oczy. Wyciągnięte do mnie dziecięce ramiona i głos: „Mamo, mamo”.

Odszedł tak dawno, a mnie nadal boli.

Powoli wspięłam się na piętro. Weszłam do łazienki i spojrzałam w lustro. Zobaczyłam twarz wykrzywioną bólem. Gdy wyszłam za Sidneya, powinnam była zdecydować się na dziecko. Przysunęłam twarz bliżej lustra. Moje oczy straciły głębię, były jak wypłowiała chusteczka, a maleńkie zmarszczki wokół nich stały się nagle dobrze widoczne.

– Jestem stara. Stara! – krzyknęłam gniewnie do kobiety w lustrze.

Ale przecież właśnie przed paroma godzinami ten obcy mężczyzna powiedział, że nie wie, co ładniejsze: poranek czy ja. Hmm. Zerwałam przepaskę z włosów i potrząsnęłam głową.

– Gdzie tam starość! Jeszcze daleko.

Usłyszałam warkot silnika. Arana wracała z zakupów. Jak mogła powiedzieć, że to nie najlepszy dla mnie dzień?

Pomyliła się. To jest dobry dzień. Dobry dzień, pomyślałam.

Trzy dni później, w sobotę, miałam zawieźć męża do pracy i wyskoczyć na zakupy. Potem umówiliśmy się w porze lunchu – pójdziemy obejrzeć dom, który wpadł mi w oko.

Wstałam o siódmej rano. Podeszłam do okna, rozsunęłam zasłony. Domy na naszej ulicy stały daleko od siebie, dzieliły je spore ogrody. Rodzin było niewiele, wszyscy się znaliśmy, wiedzieliśmy, kto czym jeździ. Obce auto od razu zwracało uwagę.

Zauważyłam je natychmiast. Naprzeciwko naszego domu stał zniszczony ciemnozielony samochód marki Cougar. Za jego kierownicą siedział mężczyna w marynarce w jaskrawozieloną kratkę. Na głowie miał słomkowy kapelusik z kolorową wstążką. Na rękach gumowe rękawiczki. Co za maskarada! Wybiera się na imprezę z okazji świętego Patryka?

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Raz na wozie, raz pod wozem

Dostępne w wersji pełnej

Uważaj, nie igraj z ogniem

Dostępne w wersji pełnej

Różaniec dla Alana i Donny

Dostępne w wersji pełnej

Magiczny medalik

Dostępne w wersji pełnej

Śmierć za cztery dolary

Dostępne w wersji pełnej

Śpiewające kanarki

Dostępne w wersji pełnej

Koszyk fiołków

Dostępne w wersji pełnej

Przyszłam prosić o wybaczenie

Dostępne w wersji pełnej

Kowboj się znalazł!

Dostępne w wersji pełnej

Już po zabawie

Dostępne w wersji pełnej

Cały ten jazz

Dostępne w wersji pełnej

Brama Niebios

Dostępne w wersji pełnej

Post scriptum

Dostępne w wersji pełnej

Posłowie

Dostępne w wersji pełnej

Redaktor prowadzący

Katarzyna Krawczyk

Redakcja

Helena Klimek

Redakcja techniczna

Lidia Lamparska

Korekta

Halina Ruszkiewicz

Anna Sidorek

Copyright © by Kaya Mirecka-Plos, 2012

Posłowie copyright © by Kazimierz Kutz 2012

Copyright © by Weltbild Sp. z o.o., Warszawa 2012

Copyright © for the e-book edition by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012

Świat Książki

Warszawa 2012

Weltbild Polska Sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: Weltbild.pl

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych - jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

ISBN 978-83-7799-867-0

Nr 90452145

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

http://www.eLib.pl