Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Kobieta, która przez rok nie wstawała z łóżka ebook

Sue Townsend

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kobieta, która przez rok nie wstawała z łóżka - Sue Townsend

Życie żony Briana Beavera, astronoma i doktora nauk, oraz matki socjopatycznych bliźniąt, których pozbawione jakichkolwiek emocji życie kręci się wokół zagadnień matematycznych, z pewnością nie jest łatwe. Eva czuje się nim zmęczona. Ma dość bycia służącą swojej rodziny. Bycia niedocenianą. Ma dość poświęcania własnych marzeń i pasji.

Dlatego kiedy wreszcie Brian Junior i Brianne wyjeżdżają na uniwersytet w Leeds, Eva postanawia odpocząć od świata. Kładzie się do łóżka i nie wstaje z niego przez rok. Doktor Beaver musi teraz radzić sobie sam.

Jak wiele może się zmienić przez jedną szaloną decyzję zdesperowanej kobiety? Ile może zmienić jeden rok buntu i szaleństwa?

Kobieta, która przez rok nie wstawała z łóżka to zaskakująca, pełna gorzkiego humoru opowieść o rozczarowaniu, ucieczce i niespodziewanych uśmiechach losu. Sue Townsend pokazuje, że nawet pośród chaosu, absurdu i szaleństwa znajdzie się promyk nadziei, który może rozświetlić życie.

Genialna, błyskotliwa, szczera, wzruszająca, wyśmienita komedia społeczna.

„Daily Telegraph”

Tour de force geniusza komedii i jeśli nie jest to najlepsza powieść wydana w tym roku, zjem własny regał.

„Daily Mirror”, Books of the Year

Cudownie zabawna i ostra jak nóż.

„Sunday Times”

Rozkosz. Autentycznie zabawna… Współczucie przebija przez bezwstydnie ironiczną analizę społeczną.

„Guardian”

Napisana z lekkością, znakomita. Doskonała satyra i tragedia.

„The Times”

Oto dlaczego tak wielu z nas kocha Sue Townsend. Jej bohaterowie balansują na krawędzi absurdu, pozostając jednak wystarczająco wiarygodni i dostatecznie prawdopodobni, byśmy mogli się w nich rozpoznać lub, o zgrozo, identyfikować się z nimi.

„Wales Arts Review”

Opinie o ebooku Kobieta, która przez rok nie wstawała z łóżka - Sue Townsend

Fragment ebooka Kobieta, która przez rok nie wstawała z łóżka - Sue Townsend

Sue Town­send

KO­BIE­TA, KTÓRA PRZEZ ROK NIE WSTA­WAŁA Z ŁÓŻKA

Przełożył Adam Plusz­ka

Tytuł ory­gi­nału: The Wo­man who Went to Bed for a Year

Co­py­ri­ght © Lily Broad­way Pro­duc­tions Ltd 2012

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Adam Plusz­ka, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa, MMXIV

Mo­jej mat­ce, Gra­ce

Bądź do­bry, po­nie­waż każdy, kogo spo­ty­kasz, to­czy jakąś ciężką walkę.

po­dob­no Pla­ton, ale i wie­lu in­nych

1

Kie­dy wy­je­cha­li, Eva za­sunęła ry­giel w drzwiach i odłączyła te­le­fon. Lubiła mieć dom tyl­ko dla sie­bie. Sprzątała pokój po po­ko­ju, porządkując i zbie­rając kub­ki oraz ta­le­rze, które jej mąż i dzie­ci po­rzu­ci­li w różnych miej­scach. Ktoś zo­sta­wił łyżkę na opar­ciu jej spe­cjal­ne­go fo­te­la – tego, który własnoręcznie obiła na zajęciach wie­czo­ro­wych. Na­tych­miast weszła do kuch­ni i spraw­dziła stan pudełka ze środ­ka­mi czyszczącymi.

– Co usu­nie plamę po zu­pie He­in­za z tego wy­szy­wa­ne­go, wzo­rzy­ste­go ada­masz­ku? – zrzędziła do sie­bie, po­szu­kując naj­od­po­wied­niej­sze­go pre­pa­ra­tu. – To two­ja wina. Mogłaś trzy­mać fo­tel w swo­jej sy­pial­ni. Zo­sta­wie­nie go w sa­lo­nie to była czy­sta próżność. Chciałaś, żeby goście za­uważyli fo­tel i mówili, jaki jest piękny, żebyś mog­ła wyjaśnić, że dwa lata zajęło ci dokończe­nie haf­tów i że za­in­spi­ro­wał cię ob­raz Clau­de’a Mo­ne­ta Staw ne­nu­farów i wierz­ba płacząca.

Wy­szy­wa­nie sa­mych drzew zajęło rok.

Na ku­chen­nej podłodze stało ba­jor­ko po­mi­do­ro­wej, które do­strzegła do­pie­ro wte­dy, kie­dy w nie wlazła i zo­sta­wiła za sobą po­ma­rańczo­we ślady. Nie­przy­wie­rający ron­de­lek z połową pusz­ki zupy wciąż bul­go­tał na ku­chen­ce.

„Zbyt le­ni­wi, żeby zdjąć gar­nek z pal­ni­ka” – pomyś­lała. Po­tem uświa­do­miła so­bie, że bliźnia­ki to te­raz pro­blem uni­wer­sy­te­tu w Le­eds.

Zo­ba­czyła swo­je od­bi­cie w przy­dy­mio­nym szkle pie­kar­ni­ka. Na­tych­miast się odwróciła. Gdy­by się przyj­rzała, uj­rzałaby ko­bietę koło pięćdzie­siątki z pełną uro­ku, ładną twarzą o ja­snym, ba­daw­czym spoj­rze­niu i ustach, których nie po­wsty­dziłaby się Cla­ra Bow. Nikt – na­wet Brian, jej mąż – nie wi­dział jej bez szmin­ki. Eva uważała, że czer­wień ust do­sko­na­le współgra z czer­nią no­szo­nych przez nią ubrań. Od cza­su do cza­su po­zwa­lała so­bie na ja­kieś sza­rości.

Kie­dy pew­ne­go razu Brian wrócił z pra­cy, za­stał Evę w ogro­dzie. Miała na so­bie czar­ne ka­lo­sze i właśnie wy­rwała kil­ka rzep.

– Na litość boską, Eva! – po­wie­dział. – Wyglądasz jak po­wo­jen­na Pol­ska.

Jej uro­da mieściła się w ka­no­nach współcze­snej mody. „Do­bry rocz­nik”, jak to ujęła dziew­czy­na za ladą skle­pu Cha­nel, w którym kupiła szminkę (za­wsze pamiętała, żeby wy­rzu­cić pa­ra­gon – jej mąż nie pojąłby ta­kie­go skan­da­licz­ne­go wy­dat­ku).

Złapała ron­de­lek z zupą, przeszła z kuch­ni do sa­lo­nu i wylała całą za­war­tość na­czy­nia na swój cen­ny fo­tel. Po­tem udała się do sy­pial­ni na piętrze i nie zdej­mując ubra­nia ani butów, położyła się na łóżku i zo­stała tam na rok.

Nie wie­działa, że mi­nie aku­rat tyle cza­su. Kładła się z myślą, że wsta­nie za ja­kieś pół go­dzi­ny, jed­nak kom­fort łóżka oka­zał się nie­od­par­ty, a biała pościel świeża i pachnąca śnie­giem. Odwróciła się na bok w kie­run­ku otwar­te­go okna i pa­trzyła na spa­dające błyszczące liście ja­wo­ru.

Za­wsze ko­chała wrze­sień.

Obu­dziła się, kie­dy za­pa­dał zmierzch, i usłyszała krzyczącego na dwo­rze męża. Za­dzwo­niła jej komórka. Na wyświe­tla­czu zo­ba­czyła, że to jej córka, Brian­ne. Zi­gno­ro­wała połącze­nie. Naciągnęła kołdrę na głowę i zaśpie­wała I Walk the Line John­ny’ego Ca­sha.

Gdy następnym ra­zem wy­sunęła głowę spod kołdry, do­biegł ją wzbu­rzo­ny głos jej sąsiad­ki Ju­lii:

– To nie w porządku, Brian.

Sta­li w ogródku przed do­mem.

– Miałem na myśli – po­wie­dział jej mąż – że byłem w Le­eds, właśnie wróciłem i muszę wziąć prysz­nic.

– Oczy­wiście, że mu­sisz.

Eva za­sta­no­wiła się nad tą wy­mianą zdań. Dla­cze­go podróż do Le­eds i z po­wro­tem wy­ma­ga wzięcia prysz­ni­ca? Czyżby po­wie­trze na północy było ta­kie za­nie­czysz­czo­ne? A może się spo­cił w bmw? Prze­kli­nał ciężarówki? Wrzesz­czał na tych, którzy nie za­cho­wują bez­piecz­nej od­ległości? Gniew­nie ko­men­to­wał występki po­go­dy?

Włączyła nocną lampkę.

To spo­wo­do­wało ko­lej­ny wy­buch krzy­ku i żądań.

– Prze­stań się opie­przać i od­ry­gluj drzwi!

Wte­dy uświa­do­miła so­bie, że choć chce wstać i zejść, żeby mu otwo­rzyć, nie po­tra­fi pod­nieść się z łóżka. Miała wrażenie, jak­by za­nu­rzyła się w zbior­ni­ku z ciepłym szyb­ko wiążącym be­to­nem i że nie ma sił się po­ru­szyć. Czuła cu­downą ociężałość roz­le­wającą się po całym cie­le i pomyślała: „Mu­siałabym osza­leć, żeby stąd wy­cho­dzić”.

Do­biegł ją dźwięk tłuczo­ne­go szkła, a niedługo po­tem kro­ki Bria­na na scho­dach.

Wy­krzy­ki­wał jej imię.

Nie od­po­wia­dała.

Otwo­rzył drzwi sy­pial­ni.

– Tu­taj je­steś – oświad­czył.

– Tak, je­stem tu­taj.

– Źle się czu­jesz?

– Nie.

– Dla­cze­go leżysz na łóżku ubra­na i w bu­tach? Co ty wy­pra­wiasz?

– Nie wiem.

– To syn­drom pu­ste­go gniaz­da. Słyszałem o tym w au­dy­cji Wo­man’s Hour. – Kie­dy nie od­po­wie­działa, za­py­tał: – No do­bra, wsta­jesz?

– Nie, nie wstaję.

– A co z ko­lacją?

– Dziękuję, nie je­stem głodna.

– Pytałem, co z  moją ko­lacją? Jest coś?

– Nie wiem – od­parła. – Zaj­rzyj do lodówki.

Zszedł na dół. Usłyszała jego kro­ki na la­mi­no­wa­nych pa­ne­lach, które nie­udol­nie położył rok wcześniej. Po skrzy­pie­niu po­szczególnych pa­ne­li roz­po­znała, że wszedł do sa­lo­nu. Wkrótce znów właził po scho­dach.

– Co, do cho­le­ry, stało się z two­im fo­te­lem? – za­py­tał.

– Ktoś zo­sta­wił na opar­ciu łyżkę.

– Cały fo­tel jest w cho­ler­nej zu­pie!

– Wiem, sama to zro­biłam.

– Co? Roz­lałaś zupę?

Eva przy­taknęła.

– Prze­cho­dzisz załama­nie ner­wo­we. Dzwo­nię do two­jej mamy.

– Nie!

Wzdrygnął się od za­ciekłości w jej głosie.

Z pa­ni­ki w jego oczach wy­czy­tała, że po dwu­dzie­stu pięciu la­tach małżeństwa zna­ny mu do­mo­wy świat legł w gru­zach. Zszedł na dół. Do­tarły do niej prze­kleństwa, ja­kie wy­ce­dził na te­mat odłączo­ne­go te­le­fo­nu, a po chwi­li dźwięki wy­bie­ra­nia nu­me­ru. Kie­dy pod­niosła słuchawkę w sy­pial­ni, jej mat­ka mo­zol­nie re­cy­to­wała swój nu­mer po dru­giej stro­nie li­nii.

– Zero, je­den, je­den, sześć, dwa, czte­ry, czte­ry, czte­ry, trzy, trzy, trzy, przy te­le­fo­nie pani Ruby Brown-Bird.

– Ruby, tu Brian – po­wie­dział. – Mu­sisz na­tych­miast przy­je­chać.

– Nie da rady, Brian. Je­stem w połowie ro­bie­nia trwałej. Co jest?

– Cho­dzi o Evę – wy­szep­tał. – Chy­ba jest cho­ra.

– No to za­dzwoń po ka­retkę – od­parła zi­ry­to­wa­na.

– Fi­zycz­nie nic jej nie jest.

– No to wszyst­ko w porządku.

– Przy­jadę po cie­bie, żebyś mogła sama zo­ba­czyć.

– Brian, nie mogę. Urządzam właśnie przyjęcie on­du­la­cyj­ne i swój roztwór mogę spłukać do­pie­ro za pół go­dzi­ny. W prze­ciw­nym ra­zie będę wyglądała jak Har­po Marx. Po­ga­daj z Mi­chel­le.

Po kil­ku przytłumio­nych dźwiękach w słuchaw­ce za­brzmiał głos młodej ko­bie­ty:

– Halo? Masz na imię Brian, tak? Je­stem Mi­chel­le. Czy mogę z tobą omówić kon­se­kwen­cje tego, co by się stało, gdy­by pani Bird prze­rwała on­du­lację na tym eta­pie? Owszem, je­stem ubez­pie­czo­na, jed­nak sta­wia­nie się w sądzie byłoby dla mnie wyjątko­wo nie­ko­rzyst­ne. Mam umówio­ne ter­mi­ny do końca roku.

Słuchaw­ka wróciła do Ruby.

– Brian, je­steś tam jesz­cze?

– Ruby, ona leży w łóżku w ubra­niu i bu­tach.

– Ostrze­gałam cię, Brian. Sta­liśmy w kruch­cie, pamiętasz, odwróciłam się i po­wie­działam: „Na­sza Eva jest za­gad­ko­wa. Nie­wie­le mówi i nig­dy nie będziesz wie­dział, o czym myśli…”. – Nastąpiła długa prze­rwa, po czym Ruby dodała: – Za­dzwoń do włas­nej mat­ki.

Połącze­nie zo­stało prze­rwa­ne.

Eva była zdzi­wio­na in­for­macją, że jej mat­ka próbowała w ostat­niej chwi­li sa­bo­to­wać ślub. Pod­niosła to­rebkę leżącą po dru­giej stro­nie łóżka i zaczęła w niej szpe­rać w po­szu­ki­wa­niu cze­goś do je­dze­nia. Za­wsze coś ze sobą nosiła. Taki na­wyk od czasów, gdy bliźnia­ki były małe i wiecz­nie głodne i roz­dzia­wiały pasz­cze jak pi­sklęta. Zna­lazła po­gnie­cioną paczkę chipsów, spra­so­wa­ny ba­ton Bo­un­ty i pół opa­ko­wa­nia miętusów.

Usłyszała, że Brian znów wy­bie­ra nu­mer.

Za­wsze zżerała go tre­ma, gdy dzwo­nił do swo­jej mamy. Język nie układał się we właściwe słowa. Mat­ka po­tra­fiła wpędzać go w po­czu­cie winy nie­za­leżnie od te­ma­tu roz­mo­wy.

– Tak? – od­po­wie­działa cierp­ko po pierw­szym syg­nale.

– To ty, ma­mu­siu? – za­py­tał.

Eva znów pod­niosła słuchawkę i ostrożnie za­kryła ją dłonią.

– A niby kto? Nikt inny tu­taj nie dzwo­ni. Je­stem sama jak pa­lec przez sie­dem dni w ty­go­dniu.

– Ale… yyy… ty… yyy… nie lu­bisz gości.

– Nie, nie lubię gości, ale miło byłoby móc kogoś od­pra­wić. Nie­ważne. O co cho­dzi? Je­stem w połowie Em­mer­da­le.

– Prze­pra­szam, ma­mu­siu. Chcesz do mnie od­dzwo­nić w prze­rwie na re­kla­my?

– Nie – od­rzekła. – Miej­my to już za sobą, co­kol­wiek to jest.

– Cho­dzi o Evę.

– Ha! Dla­cze­go mnie to nie dzi­wi? Zo­sta­wiła cię? Jak tyl­ko zo­ba­czyłam tę dziew­czynę, wie­działam, że złamie ci ser­ce.

Brian za­sta­no­wił się, czy kie­dy­kol­wiek miał złama­ne ser­ce. Nig­dy nie po­tra­fił roz­po­zna­wać emo­cji. Gdy przy­niósł dy­plom ukończo­nych z wyróżnie­niem stu­diów, jej ówcze­sny fa­cet po­wie­dział:

– Mu­sisz być bar­dzo szczęśliwy, Brian.

Brian po­ki­wał głową i zmu­sił się do uśmie­chu, ale praw­da była taka, że nie czuł się wca­le szczęśliw­szy niż dzień wcześniej, kie­dy nic spe­cjal­ne­go się nie stało.

Mat­ka wzięła zdo­bio­ny dy­plom do ręki, prze­stu­dio­wała go i stwier­dziła:

– Nieźle się na­szar­piesz, żeby zna­leźć ro­botę w astro­no­mii. Są ta­bu­ny bar­dziej wy­kształco­nych lu­dzi i z lep­szy­mi kwa­li­fi­ka­cja­mi niż ty, którzy nie mają pra­cy.

Te­raz jed­nak Brian po­wie­dział gro­bo­wym głosem:

– Eva położyła się do łóżka w ubra­niu i bu­tach.

– Nie po­wiem, żebym była zdzi­wio­na, Brian – od­parła. – Za­wsze zwra­cała na sie­bie uwagę. Pamiętasz, jak w osiem­dzie­siątym szóstym po­je­cha­liśmy na Wiel­ka­noc wo­zem kem­pin­go­wym? Wzięła wa­lizkę pełną tych idio­tycz­nych bit­ni­kow­skich fatałaszków. Nie nosi się ta­kich rze­czy w Wells-next-the-Sea. Wszy­scy się na nią ga­pi­li.

Eva wrzasnęła z góry:

– Nie mu­siałaś wrzu­cać mo­ich pięknych czar­nych ubrań do mo­rza!

Brian nig­dy wcześniej nie słyszał, żeby jego żona krzy­czała.

– Co to za wrza­ski? – spy­tała Yvon­ne Be­aver.

– W te­le­wi­zo­rze – skłamał Brian. – Ktoś właśnie wy­grał for­tunę w Eg­ghe­ads.

– Bar­dzo szy­kow­nie wyglądała w tej su­kien­ce, którą jej kupiłam.

Eva przy­po­mniała so­bie, jak wyj­mo­wała z re­klamówki te ohyd­ne rze­czy. Cuchnęły, jak­by przez lata ktoś trzy­mał je w zatęchłym ma­ga­zy­nie na Da­le­kim Wscho­dzie, ko­lo­ry zaś dźgały w oczy fio­le­ta­mi, różowościa­mi i żółcia­mi. Zna­lazła też tam parę san­dałów, które uznała za męskie, oraz beżowy pen­sjo­nar­ski ska­fan­de­rek. Kie­dy to przy­mie­rzyła, wyglądała na dwa­dzieścia lat więcej.

– Nie wiem, co mam zro­bić, ma­mu­siu.

– Pew­nie jest pi­ja­na – po­wie­działa. – Daj jej to ode­spać.

Eva rzu­ciła te­le­fo­nem przez pokój i ryknęła:

– W Wells-next-the-Sea kupiła mi męskie san­dały! Wi­działam noszących je fa­cetów, w do­dat­ku ra­zem z białymi skar­pet­ka­mi! Po­wi­nie­neś mnie przed nią chro­nić, Brian! Po­wi­nie­neś po­wie­dzieć: „Moja żona na­wet po śmier­ci nie włoży ta­kich idio­tycz­nych san­dałów!”.

Krzy­czała tak głośno, że roz­bo­lało ją gardło. Wrzasnęła na Bria­na, żeby przy­niósł jej szklankę wody.

– Za­cze­kaj, ma­mu­siu – po­wie­dział do te­le­fo­nu. – Eva pro­si o szklankę wody.

– Ani mi się waż nosić jej wodę – wy­sy­czała do słuchaw­ki. – Na­ro­bisz so­bie tyl­ko kłopotów, jeśli to zro­bisz. Po­wiedz jej, żeby sama so­bie wzięła.

Brian nie wie­dział, co zro­bić. Kie­dy stanął w pół kro­ku w przed­po­ko­ju, jego mat­ka dodała:

– I bez tego mam dość pro­blemów. Już nie daję rady z moim ko­la­nem. Pra­wie za­dzwo­niłam do mo­je­go le­ka­rza, żeby odciął mi nogę.

Ze słuchawką przy uchu po­szedł do kuch­ni i odkręcił ku­rek z zimną wodą.

– Czy ja słyszę cieknącą wodę? – za­py­tała jego mat­ka.

– Napełniam wa­zon, żeby wsta­wić kwia­ty – skłamał po­now­nie.

– Kwia­ty! Ty szczęścia­rzu! Możesz so­bie po­zwo­lić na kwia­ty.

– Są z na­sze­go ogro­du, ma­mu­siu. Eva je wy­ho­do­wała.

– Ty szczęścia­rzu, masz ogród.

Te­le­fon za­milkł. Jego mat­ka nig­dy się nie żegnała.

Wszedł na górę ze szklanką zim­nej wody. Kie­dy podał ją Evie, ta upiła łyczek, po czym po­sta­wiła na­czy­nie na pełnej dro­biazgów szaf­ce noc­nej. Brian przy­siadł na krawędzi łóżka. Nie miał ni­ko­go, kto by mu po­wie­dział, co robić.

Evie nie­mal było go żal, ale nie na tyle, żeby wstać z łóżka. Za­miast tego po­wie­działa:

– Może zej­dziesz na dół i obej­rzysz swo­je pro­gra­my?

Brian był wiel­bi­cie­lem kil­ku z nich. Kir­stie i Phi­la uzna­wał za swo­ich bo­ha­terów. Bez wie­dzy Evy na­pi­sał do Kir­stie o tym, że za­wsze wygląda ład­nie, i za­py­tał, czy Phil jest jej mężem, czy też ich re­la­cja ma podłoże czy­sto za­wo­do­we. Trzy mie­siące później otrzy­mał od­po­wiedź: „Dziękuję za za­in­te­re­so­wa­nie” oraz pod­pis „Ser­decz­nie, Kir­stie”. Do li­stu dołączo­na była jej fo­to­gra­fia. Miała na so­bie czer­woną su­kienkę z alar­mująco głębo­kim de­kol­tem. Brian trzy­mał to zdjęcie w sta­rej Bi­blii. Wie­dział, że tam będzie bez­piecz­ne. Nikt jej nig­dy nie otwie­rał.

Później tego dnia pełny pęcherz zmu­sił Evę do wsta­nia. Prze­brała się w jedną z dwóch piżam, które trzy­mała na oko­licz­ność nagłej ko­niecz­ności uda­nia się do szpi­ta­la. Rada po­cho­dziła od mat­ki. Jej mat­ka wie­rzyła, że jeśli szla­frok, piżama i ko­sme­tycz­ka są do­brej jakości, pielęgniar­ki i le­ka­rze trak­tują pa­cjen­ta le­piej niż ob­dar­tusów, którzy po­ja­wi­li się w szpi­ta­lu z re­klamówką z Te­sco pełną tan­det­nych ciuchów.

Eva wróciła do łóżka i za­sta­na­wiała się, jak jej dzie­ci spędzają pierwszą noc na uni­wer­sy­te­cie. Wy­obrażała so­bie, że siedzą ra­zem w po­ko­ju, łkają i tęsknią za do­mem, dokład­nie jak wte­dy, kie­dy pierw­szy raz poszły do przed­szko­la.

2

Brian­ne stała we wspólnej kuch­ni i na­pa­wała się po­czu­ciem nie­przy­sto­so­wa­nia. Jak dotąd spo­tkała chłopca ubra­ne­go jak dziew­czy­na i ko­bietę ubraną jak mężczy­zna. Roz­ma­wia­li o klu­bach i mu­zy­kach, o których w życiu nie słyszała.

Brian­ne wy­ka­zała chwi­lo­we za­in­te­re­so­wa­nie, ale wkrótce prze­stała ich słuchać, nie­mniej kiwała głową i mówiła „spo­ko”, kie­dy uznała, że sy­tu­acja tego wy­ma­ga. Była wy­soką dziew­czyną o sze­ro­kich ra­mio­nach, długich no­gach i dużych sto­pach. Przez większość cza­su jej twarz zasłaniała długa grzyw­ka po­tar­ga­nych czar­nych włosów, które od­su­wała wyłącznie wte­dy, kie­dy na­prawdę chciała coś zo­ba­czyć.

Do kuch­ni weszła za­gu­bio­na dziew­czy­na w cętko­wa­nej su­kien­ce do zie­mi i brązo­wych ug­gach, trzy­mała pękatą re­klamówkę z Hol­land & Bar­ret, którą we­pchnęła do lodówki. Miała ogo­loną połowę głowy i wy­ta­tu­owa­ne na czasz­ce złama­ne ser­ce. Dru­ga połowa była źle ufar­bo­waną na zie­lo­no asy­me­tryczną kur­tyną.

– Nie­sa­mo­wi­te włosy – po­wie­działa Brian­ne. – Sama robiłaś?

– Brat mi pomógł – od­parła. – Jest pe­dziem.

Zda­nia wy­po­wia­da­ne przez dziew­czynę miały ka­dencję wznoszącą, tak jak­by nie­ustan­nie kwe­stio­no­wała wia­ry­god­ność własnych osądów.

– Je­steś z Au­stra­lii?

– Boże! Nie! – krzyknęła dziew­czy­na.

– Je­stem Brian­ne.

– Je­stem Pop­py. Brian­ne? Pierw­sze słyszę.

– Mój oj­ciec ma na imię Brian – po­wie­działa bez­barw­nie. – Trud­no się cho­dzi w ta­kiej su­kien­ce?

– Nie. Przy­mierz, jak masz ochotę. Po­win­na pa­so­wać.

Zdjęła su­kienkę przez głowę i zo­stała w prześwi­tujących sta­ni­ku i majt­kach. Obie części gar­de­ro­by wyglądały, jak­by zo­stały zro­bio­ne ze szkarłat­nej pajęczej nici. Dziew­czy­na nie miała żad­nych za­ha­mo­wań. Brian­ne miała ich od gro­ma. Nie­na­wi­dziła w so­bie wszyst­kie­go: twa­rzy, szyi, włosów, ra­mion, rąk, dłoni, pa­znok­ci, brzu­cha, pier­si, sutków, ta­lii, bio­der, ud, ko­lan, łydek, ko­stek, stóp, pa­znok­ci u stóp oraz głosu.

– Przy­mierzę w po­ko­ju – po­wie­działa.

– Masz nie­sa­mo­wi­te oczy – uznała Pop­py.

– Na­prawdę?

– No­sisz zie­lo­ne szkła kon­tak­to­we? – za­py­tała. Gapiła się w twarz Brian­ne i od­sunęła jej grzywkę.

– Nie.

– Nie­sa­mo­wi­ta zie­leń.

– Na­prawdę?

– Od­jazd.

– Muszę trochę schudnąć.

– No ra­cja. Je­stem spe­cja­listką od tra­ce­nia na wa­dze. Na­uczę cię, jak się rzy­ga po każdym posiłku.

– Nie chcę zo­stać bu­li­miczką.

– Lily Al­len po­mogło.

– Nie znoszę wy­mio­to­wać.

– Nie war­to się trochę poświęcić dla szczupłości? Pamiętasz po­wie­dze­nie: „Nie możesz być zbyt bo­gatą i zbyt szczupłą”?

– Kto to po­wie­dział?

– Chy­ba Win­nie Man­de­la.

Pop­py poszła za Brian­ne do jej po­ko­ju, wciąż w bie­liźnie. W ko­ry­ta­rzu na­tknęły się na Bria­na Ju­nio­ra, który właśnie za­my­kał drzwi do swo­je­go po­ko­ju. Wle­pił oczy w Pop­py, a ona zro­biła dokład­nie to samo. Był naj­piękniej­szym chłopa­kiem, ja­kie­go w życiu wi­działa. Pod­niosła ręce nad głowę i przyjęła sztuczną, wy­zy­wającą pozę, mając na­dzieję, że Brian Ju­nior za­cznie po­dzi­wiać jej pier­si w roz­mia­rze C.

– Ohy­da – wy­mru­czał pod no­sem, ale wy­star­czająco głośno, by go usłysza­no.

– Ohy­da? – spy­tała Pop­py. – Byłoby nie­zmier­nie wska­za­ne, gdy­byś łaska­wie roz­winął te­mat. Muszę wie­dzieć, które ele­men­ty mnie są szczególnie od­py­chające.

Brian Ju­nior od­sunął się nie­zdar­nie.

Pop­py prze­cho­dziła przed nim tam i z po­wro­tem, zro­biła obrót, po czym stanęła i położyła dłoń na biod­rze. Spoj­rzała na nie­go wy­cze­kująco, ale nic nie po­wie­dział. Za­miast tego otwo­rzył drzwi do swo­je­go po­ko­ju i wszedł do środ­ka.

– Dzie­ciak – stwier­dziła Pop­py. – Nie­okrze­sa­ny, oszałamiająco przy­stoj­ny dzie­ciak.

– Obo­je mamy po sie­dem­naście lat – po­wie­działa Brian­ne. – Skończy­liśmy li­ceum wcześniej.

– Też skończyłabym wcześniej, ale do­tknęła mnie oso­bi­sta tra­ge­dia… – Pop­py zro­biła pauzę, chcąc, żeby Brian­ne spy­tała o ro­dzaj tra­ge­dii. Kie­dy ta jed­nak mil­czała, dziew­czy­na zakończyła: – Nie mogę o tym mówić. Tak czy siak, mam czwórkę z eg­za­minów końco­wych. Oxbrid­ge1 chciał mnie u sie­bie. Poszłam na roz­mowę, ale mówiąc szcze­rze, nie mogłabym żyć i stu­dio­wać w tak sta­ro­mod­nym miej­scu.

– Gdzie miałaś tę roz­mowę, w Oks­for­dzie czy w Cam­brid­ge?

– Masz ja­kieś kłopo­ty ze słuchem? Prze­cież po­wie­działam. Miałam roz­mowę na Oxbrid­ge!

– A gdzie pro­po­no­wa­no ci, żebyś stu­dio­wała? Na Uni­wer­sy­te­cie Oxbrid­ge? – upew­niła się Brian­ne. – Przy­po­mnij mi, gdzie leży Oxbrid­ge?

– Pośrod­ku kra­ju – wy­mam­ro­tała Pop­py i wyszła.

Brian Ju­nior i Brian­ne mie­li roz­mo­wy na Uni­wer­sy­te­cie Cam­brid­ge i oboj­gu za­pro­po­no­wa­no tam miej­sca. Sława wy­prze­dzała ro­dzeństwo Be­averów. W Tri­ni­ty Col­le­ge do­sta­li do roz­wiąza­nia po­zor­nie nieroz­wiązy­wal­ne za­da­nie z ma­te­ma­ty­ki. Brian Ju­nior zo­stał po­pro­szo­ny o uda­nie się do osob­ne­go po­ko­ju z na-uczy­cie­lem. Kie­dy ro­dzeństwo odłożyło długo­pi­sy po pięćdzie­sięciu pięciu mi­nu­tach sza­leńcze­go no­to­wa­nia na kart­kach for­ma­tu A4, ko­mi­sja czy­tała ich pra­ce, jak gdy­by to był roz­dział ja­kiejś pi­kant­nej po­wieści. Brian­ne me­to­dycz­nie, by nie po­wiedzieć, że bez po­lo­tu, do­tarła do roz­wiąza­nia. Brian Ju­nior do­szedł do nie­go bar­dziej ta­jem­ni­czy­mi ścieżkami. Ko­mi­sja na­wet nie za­py­tała bliźniaków o ich hob­by czy ja­kieś za­in­te­re­so­wa­nia. Jej człon­ko­wie łatwo się domyślili, że poza wy­braną dzie­dziną ni­czym in­nym się nie zaj­mują.

Po tym jak bliźnia­ki od­rzu­ciły ich pro­po­zycję, Brian­ne czuła się w obo­wiązku wyjaśnić, że ona i jej brat chcą pójść tam, dokąd prze­no­siła się ich słynna pro­fe­sor ma­te­ma­ty­ki, Lena Ni­ki­ta­no­wa: do Le­eds.

– Ach, Le­eds – po­wie­dział ktoś z ko­mi­sji. – Mają zna­ko­mi­ty wy­dział ma­te­ma­tycz­ny, świa­to­wy po­ziom. Sta­ra­liśmy się nakłonić cu­downą Ni­ki­ta­nową, ofe­rując jej nik­czem­nie wy­so­kie upo­sażenie, ale od­pi­sała nam, że woli uczyć dzie­ci ro­bot­ników – po­dob­ne­go wyrażenia nie słyszałem od czasów Breżnie­wa – i że obej­mu­je po­sadę wykładow­cy na uni­wer­sy­te­cie w Le­eds! Ty­po­wa dla niej don­ki­szo­te­ria!

Wte­dy zaś, w aka­de­mi­kach Sen­ti­nel To­wers, Brian­ne po­wie­działa:

– Le­piej będzie, jeśli przy­mierzę su­kienkę na osob­ności. Wstydzę się swo­je­go ciała.

– Nic z tego – oznaj­miła Pop­py. – Idę z tobą. Po­mogę ci.

Brian­ne po­czuła się osa­czo­na. Nie chciała wpusz­czać Pop­py do swo­je­go po­ko­ju. Nie chciała się z nią za­przy­jaźniać, nie­mniej wbrew swo­im uczu­ciom otwo­rzyła drzwi i po­zwo­liła Pop­py wejść.

Wa­liz­ka Brian­ne leżała otwar­ta na wąskim łóżku. Pop­py na­tych­miast zaczęła wyj­mo­wać ubra­nia oraz buty i umiesz­czać je w sza­fie. Brian­ne usiadła bez­rad­nie.

– Nie, Pop­py. Sama mogę to zro­bić.

Pomyślała, że kie­dy Pop­py już so­bie pójdzie, poukłada wszyst­ko po swo­je­mu.

Dziew­czy­na otwo­rzyła pudełko na biżute­rię ozdo­bio­ne perłowy­mi mu­szel­ka­mi i zaczęła przy­mie­rzać niektóre dro­bia­zgi. Wyjęła srebrną bran­so­letkę z trze­ma amu­le­ta­mi: księżycem, słońcem i gwiazdą.

Bran­so­letkę kupiła jej Eva pod ko­niec sierp­nia, żeby uczcić piątkę na eg­za­mi­nie końco­wym Brian­ne. Brian Ju­nior zdążył już zgu­bić swo­je spin­ki do man­kietów, które mat­ka dała mu z oka­zji zdo­by­cia szóstki.

– Pożyczę so­bie – oznaj­miła.

– Nie! – krzyknęła Brian­ne. – Tę nie! Jest dla mnie bar­dzo cen­na.

Za­brała ją Pop­py i założyła na swój nad­gar­stek.

– Oezu, ale z cie­bie ma­te­ria­list­ka. Wy­lu­zuj.

Tym­cza­sem Brian Ju­nior łaził po swo­im nie­wiel­kim po­ko­ju. Drzwi i okno dzie­liły od sie­bie trzy kro­ki. Za­sta­na­wiał się, dla­cze­go mat­ka nie za­dzwo­niła, choć obie­cała.

Roz­pa­ko­wał się już wcześniej i wszyst­ko miał sta­ran­nie poukłada­ne. Jego ołówki i długo­pi­sy leżały ko­lo­ra­mi od żółtego do czar­ne­go. Brian przykładał bar­dzo dużą wagę do tego, żeby czer­wo­ny długo­pis za­wsze znaj­do­wał się dokład­nie pośrod­ku rządka.

Wcześniej tego dnia, kie­dy rze­czy bliźniaków zo­stały już przy­tasz­czo­ne z sa­mo­cho­du, lap­to­py podłado­wa­ne, a nowe czaj­ni­ki, to­ste­ry i lamp­ki z Ikei podłączo­ne do prądu, Brian, Brian­ne i Brian Ju­nior usie­dli obok sie­bie na łóżku Brian­ne i nic nie mie­li so­bie do po­wie­dze­nia.

– No i tak – kil­ka razy powtórzył Brian.

Bliźnia­ki ocze­ki­wały ja­kiejś prze­mo­wy, ale oj­ciec mil­czał.

W końcu odchrząknął i po­wie­dział:

– No i tak. W końcu nad­szedł ten dzień, co? Strasz­ny dla mnie i dla mamy, ale dla was pew­nie jesz­cze bar­dziej: będzie­cie nie­za­leżni, po­zna­cie no­wych lu­dzi.

Pod­niósł się i spoj­rzał na nich.

– Dzie­ci, wy­sil­cie się trochę i bądźcie mili dla in­nych. Brian­ne, przed­sta­wiaj się, po­sta­raj się uśmie­chać. Nie okażą się tak by­strzy jak ty czy Brian Ju­nior, ale by­strość to nie wszyst­ko.

– Przy­je­cha­liśmy tu pra­co­wać, tato – po­wie­dział Brian Ju­nior ma­to­wym głosem. – Gdy­byśmy po­trze­bo­wa­li „zna­jo­mych”, założyli­byśmy kon­ta na Fa­ce­bo­oku.

Brian­ne wzięła bra­ta za rękę.

– Taki zna­jo­my może się oka­zać całkiem w porządku, Bri. No wiesz, taki ktoś, z kim mogłabym po­ga­dać o… – za­wa­hała się.

– Ciu­chach, chłopa­kach i fry­zu­rach? – pod­po­wie­dział oj­ciec.

Brian­ne pomyślała: „Że jak? Fry­zu­ry? Nie, chciałabym móc po­ga­dać o cu­dach świa­ta, ta­jem­ni­cach Wszech­świa­ta”.

– Możemy po­za­wie­rać ja­kieś zna­jo­mości, kie­dy już obro­ni­my dok­to­ra­ty – po­wie­dział Brian Ju­nior.

Brian Se­nior się zaśmiał.

– Wrzuć na luz, BJ. Urżnij się, po­ciup­ciaj, od­daj choć raz pracę za­li­cze­niową po ter­mi­nie. Je­steś stu­den­tem, ukrad­nij pa­chołek dro­go­wy!

Brian­ne spoj­rzała na bra­ta. Łatwiej po­tra­fiła go so­bie wy­obra­zić w ja­kimś głupim pro­gra­mie Po pro­stu tańcz, wciśniętego w li­mon­ko­wo­zie­loną lycrę i tańczącego rumbę niż roz­wrzesz­cza­ne­go i pi­ja­ne­go z pa­chołkiem na głowie.

Za­nim Brian po­szedł, wy­ko­na­li kil­ka nie­udol­nych uścisków i nie­zdar­nie po­kle­pa­li się po ple­cach. Za­miast ust i po­liczków zo­stały ucałowa­ne nosy. Nastąpio­no so­bie na pal­ce przy próbach wyjścia z po­ko­iku i do­pad­nięcia win­dy. Kie­dy już do niej do­tar­li, cze­ka­li nie­wy­obrażal­nie długo, aż po­ko­na tych sześć pięter w górę. Słysze­li rzężenie i zgrzy­ta­nie, gdy do nich je­chała.

W końcu drzwi się roz­sunęły i Brian nie­mal wbiegł do środ­ka. Po­ma­chał bliźnia­kom na do wi­dze­nia, a oni mu od­ma­cha­li. Po kil­ku se­kun­dach na­cisnął przy­cisk „par­ter”, drzwi się za­mknęły, a bliźnia­ki przy­biły piątkę.

Nie­ocze­ki­wa­nie win­da wróciła i otwo­rzyła się zno­wu.

Bliźnia­ki po­czuły prze­rażenie, gdy uj­rzały płaczącego ojca. Już miały wejść do ka­bi­ny, kie­dy drzwi po­now­nie się za­sunęły i win­da, szar­piąc i zgrzy­tając, po­je­chała w dół.

– Dla­cze­go tato płacze? – za­py­tał Brian Ju­nior.

– Pew­nie dla­te­go, że mu smut­no, bo opuściliśmy dom – od­po­wie­działa.

Brian Ju­nior był zdu­mio­ny.

– I to jest nor­mal­na re­ak­cja?

– Chy­ba tak.

– Mama nie płakała, kie­dy się żegna­liśmy.

– Mama uważa, że łzy są za­re­zer­wo­wa­ne wyłącznie do spraw o ran­dze tra­ge­dii.

Jesz­cze przez chwilę sta­li przy win­dzie, żeby spraw­dzić, czy aby znów nie wróci z oj­cem. Po­nie­waż tak się nie stało, po­szli do swo­ich po­koi i próbo­wa­li – bez­sku­tecz­nie – skon­tak­to­wać się z matką.

3

O dwu­dzie­stej dru­giej Brian Se­nior wszedł do sy­pial­ni i zaczął się roz­bie­rać.

Eva za­mknęła oczy. Słyszała, jak jej mąż otwie­ra, a następnie za­my­ka szu­fladę z piżamą. Dała mu mi­nutę, aż ją włoży, a po­tem, zwrócona do nie­go ple­ca­mi, po­wie­działa:

– Brian, nie chcę, żebyś tu dzi­siaj spał. Może pójdziesz do po­ko­ju Bria­na Ju­nio­ra? Dam so­bie głowę uciąć, że jest tam czy­sto, schlud­nie i nie­na­tu­ral­nie pe­dan­tycz­nie.

– Kiep­sko się czu­jesz? – za­py­tał. I za­raz dodał: – Fi­zycz­nie?

– Nie – od­parła. – W porządku.

– Czy wiesz o tym – zaczął po­uczać Brian – że w niektórych gru­pach te­ra­peu­tycz­nych pa­cjen­tom nie wol­no używać sfor­mułowa­nia „w porządku”? Po­nie­waż oczy­wiście nie jest w porządku. Przy­znaj, mar­twi cię nie­obec­ność bliźniaków.

– Nie, cieszę się, że ich nie ma.

– To bar­dzo nik­czem­ne słowa w ustach mat­ki – w głosie Bria­na po­ja­wił się gniew.

Eva odwróciła się i spoj­rzała na nie­go.

– Skre­wi­liśmy to. Ich wy­cho­wa­nie – po­wie­działa. – Brian­ne daje so­bie włazić na głowę, a Brian Ju­nior wpa­da w pa­nikę, jeśli ma co­kol­wiek po­wie­dzieć do dru­gie­go człowie­ka.

Brian usiadł na brze­gu łóżka.

– To wrażliwe dzie­ci, z tym się zgodzę.

– Neu­ro­tycz­ne jest lep­szym słowem. Swo­je najmłod­sze lata spędziły w kar­to­no­wym pu­dle.

– Tego nie wie­działem. Co tam robiły?

– Po pro­stu sie­działy i nic nie mówiły – od­parła Eva. – Od cza­su do cza­su od­wra­cały się i pa­trzyły na sie­bie. Kie­dy próbowałam je stamtąd wyjąć, biły mnie i dra­pały. Wolały być ra­zem w ich własnym pudełko­wym świe­cie.

– To uta­len­to­wa­ne dzie­ci.

– Ale czy są szczęśliwe, Brian? Nie wiem, za bar­dzo je ko­cham.

Brian pod­szedł do drzwi i stał tam przez chwilę, jak­by chciał coś jesz­cze po­wie­dzieć. Eva miała na­dzieję, że nie będzie to żadne dra­ma­tycz­ne oświad­cze­nie. Wy­czer­pały ją emo­cje tego dnia. Brian otwo­rzył usta, lecz naj­wy­raźniej zmie­nił zda­nie, gdyż wy­szedł i ci­cho za­mknął za sobą drzwi.

Eva usiadła na łóżku, od­sunęła kołdrę i do­znała szo­ku, że wciąż ma na so­bie swo­je czar­ne szpil­ki. Spoj­rzała na szafkę nocną, na której stała ba­te­ria nie­mal iden­tycz­nych słoiczków i tu­bek kremów na­wilżających. „Po­trze­buję tyl­ko jed­ne­go” – pomyślała. Wy­brała Cha­nel, a resztę po ko­lei rzu­cała do ko­sza na śmie­ci stojącego w rogu po­ko­ju. Nieźle jej szło. Swo­je­go cza­su weszła do kra­jo­wej re­pre­zen­ta­cji szkoły dla dziewcząt w Le­ice­ster w rzu­cie oszcze­pem.

Kie­dy na­uczy­ciel łaci­ny po­gra­tu­lo­wał jej zdo­by­cia no­we­go re­kor­du szkoły, wy­mam­ro­tał:

– Je­steś jak Ate­na, pan­no Brown-Bird. A przy oka­zji wyglądasz oszałamiająco.

Te­raz mu­siała sko­rzy­stać z to­a­le­ty. Była za­do­wo­lo­na, że namówiła Bria­na na prze­ro­bie­nie pa­ka­me­ry na nie­wielką łazienkę. Zro­bi­li to jako ostat­ni miesz­kańcy na tej uli­cy pełnej edwar­diańskich domów.

Dom Be­averów po­sta­wio­no w 1908 roku. Tak na­pi­sa­no nad drzwia­mi wejścio­wy­mi. Cy­fry ota­czał ka­mien­ny fryz z wy­rzeźbio­nym blusz­czem i dzi­kim wi­nem. Jest w oko­li­cy kil­ku miesz­kańców, którzy wy­bra­li swo­je domy z czy­sto ro­man­tycz­nych po­wodów. Eva była jed­nym z nich. Jej oj­ciec palił pa­pie­ro­sy Wo­od­bi­ne, a biało-zie­lo­na pacz­ka zdo­bio­na mo­ty­wem blusz­czu ko­ja­rzyła się jej z dzie­ciństwem. Na szczęście dom za­miesz­ki­wał współcze­sny Ebe­ne­zer Scro­oge, który oparł się hi­ste­rii mo­der­ni­za­cji z lat sześćdzie­siątych. Dom po­zo­stał nie­tknięty, miał prze­stron­ne po­ko­je i wy­so­kie su­fi­ty, gzym­sy, ko­min­ki oraz so­lid­ne dębowe drzwi i podłogi.

Brian go nie­na­wi­dził. Chciał mieć „ma­szynę do życia”. Wi­dział się w lśniącej białej kuch­ni, w której cze­ka, aż eks­pres do kawy przyrządzi mu po­ran­ne espres­so. Nie chciał miesz­kać milę od cen­trum mia­sta. Wolał sta­lo­wo-szkla­ny klo­cek w sty­lu Le Cor­bu­sie­ra, przez którego okna widać pola i ogrom nie­ba. Agen­to­wi nie­ru­cho­mości tłuma­czył, że jest astro­no­mem i że jego te­le­sko­py są bezużytecz­ne w oświe­tlo­nym mieście. Agent spoj­rzał na Bria­na i Evę i nie mógł wyjść ze zdu­mie­nia, po co dwo­je tak skraj­nie różnych lu­dzi o tak od­mien­nych gu­stach po­sta­no­wiło wziąć ślub.

Eva w końcu po­in­for­mo­wała Bria­na, że nie może miesz­kać w mi­ni­ma­li­stycz­nej modułowej za­bu­do­wie z dala od mia­sta i że musi miesz­kać w domu. Brian odbił piłeczkę, in­for­mując, że on z ko­lei nie może miesz­kać w ru­de­rze ra­zem z plu­skwa­mi, wsza­mi, szczu­ra­mi oraz my­sza­mi, w której na pew­no ktoś umarł. Gdy po raz pierw­szy przy­szli do tego edwar­diańskie­go domu, na­rze­kał, że czu­je „kil­ku­set­let­ni kurz za­ty­kający mu płuca”.

Evę cie­szyło, że dom stoi przy dro­dze. Przez duże i ładne okna mogła pa­trzeć na wy­so­kie bu­dyn­ki w cen­trum, a za nimi na lasy i pola, jesz­cze da­lej zaś – na wzgórza.

Osta­tecz­nie, w związku z dra­ma­tycz­nym bra­kiem mo­der­ni­stycz­nych bu­dow­li w wiej­skiej części Le­ice­ster­shi­re, ku­pi­li wol­no stojącą edwar­diańską willę przy Bow­ling Gre­en Road 15 za czter­dzieści sześć tysięcy dzie­więćset dzie­więćdzie­siąt dzie­więć funtów. Wpro­wa­dzi­li się w kwiet­niu 1986 roku po trzech la­tach miesz­ka­nia u Yvon­ne, mat­ki Bria­na. Eva nig­dy nie żałowała prze­ciw­sta­wie­nia się Bria­no­wi i Yvon­ne w kwe­stii domu. War­to było prze­trzy­mać trzy ty­go­dnie dąsów, ja­kie nastąpiły.

Kie­dy za­pa­liła światło w łazien­ce, mu­siała sta­wić czoło mi­ria­dom swo­ich odbić. Szczupła blon­dyn­ka w śred­nim wie­ku z krótko przy­ciętymi włosa­mi, wy­stającymi kośćmi po­licz­ko­wy­mi i sta­lo­wo­sza­ry­mi ocza­mi. Na jej prośbę – uznała, że dzięki temu po­miesz­cze­nie będzie wyglądało na większe – fa­chow­cy za­mon­to­wa­li duże lu­stra na trzech ścia­nach. Nie­mal na­tych­miast chciała ich po­pro­sić, żeby zdjęli większość z nich, ale nie miała od­wa­gi. Więc za każdym ra­zem, kie­dy sia­dała na se­de­sie, wi­działa nie­skończo­ne zwie­lo­krot­nie­nie własnej oso­by.

Zrzu­ciła z sie­bie ubra­nie i weszła pod prysz­nic, uni­kając pa­trze­nia w lu­stra.

Jej mat­ka po­wie­działa do niej ostat­nio:

– Nic dziw­ne­go, że sama z cie­bie skóra i kości, sko­ro nig­dy nie sia­dasz. Na­wet obiad jesz na stojąco.

To praw­da. Po obsłużeniu Bria­na, Bria­na Ju­nio­ra i Brian­ne wra­cała do kuch­ni, gdzie dzio­bała mięso i wa­rzy­wa z ron­delków i bryt­fa­nek. Lęk związany z go­to­wa­niem, po­da­niem obia­du o od­po­wied­niej go­dzi­nie i w od­po­wied­niej tem­pe­ra­tu­rze, a także życie na­dzieją, że roz­mo­wa przy sto­le nie okaże się zbyt ja­do­wi­ta spra­wiały, iż jej żołądek wy­twa­rzał za dużo kwa­su, przez co je­dze­nie miało mdły smak, o ile w ogóle go miało.

Na me­ta­lo­wej półecz­ce w rogu prysz­ni­ca piętrzyły się szam­po­ny, odżywki i żele do kąpie­li. Eva przez chwilę wy­bie­rała swo­je ulu­bio­ne, resztę zaś wy­rzu­ciła do ko­sza przy umy­wal­ce. Następnie szyb­ko się ubrała i włożyła szpil­ki. Dzięki nim miała ja­kieś trzy i pół cala więcej, a dziś mu­siała się czuć sil­na. Prze­cha­dzała się po po­ko­ju i ćwi­czyła, co po­wie Bria­no­wi, gdy­by ten po­sta­no­wił wrócić i położyć się w ich łóżku.

Mu­siałaby działać szyb­ko, za­nim opuściłaby ją pew­ność sie­bie.

Po­wie­działaby mu, jak nie do­ce­nia jej w to­wa­rzy­stwie, że przed­sta­wiając ją swo­im zna­jo­mym, mówi: „A to jest Klin­gon­ka2”. Że na ostat­nie uro­dzi­ny po­da­ro­wał jej pa­kiet losów na lo­te­rię wart dwa­dzieścia pięć funtów.

Nie­mniej przy­po­mniała so­bie, jak zeszło z nie­go po­wie­trze i że wyglądał na smut­ne­go, kie­dy go po­pro­siła, żeby spał gdzie in­dziej. Przez chwilę stała przy drzwiach sy­pial­ni, roz­ważając różne wa­rian­ty, po czym wróciła do łóżka, chcąc uniknąć ja­kiej­kol­wiek po­tycz­ki.

Piętnaście po trze­ciej w nocy obu­dził ją wrzask walczącego z kołdrą Bria­na. Po jego stro­nie łóżka za­pa­liła się lamp­ka noc­na. Kie­dy jej wzrok przy­zwy­czaił się do światła, zo­ba­czyła Bria­na z jedną nogą na dy­wa­nie i trzy­mającego się za łydkę dru­giej.

– Kurcz? – za­py­tała.

– Żaden kurcz! Two­je pie­przo­ne szpil­ki! Kopnęłaś mnie i te­raz mam dziurę w no­dze!

– Trze­ba było zo­stać w po­ko­ju Bria­na Ju­nio­ra, a nie wkra­dać się do mo­je­go.

– Two­je­go? Kie­dyś był nasz.

Brian nie­zbyt do­brze so­bie ra­dził z bólem czy krwią, a te­raz, nad ra­nem, mu­siał so­bie ra­dzić z obie­ma rze­cza­mi na­raz. Zaczął jęczeć. Eva się zo­rien­to­wała, że fak­tycz­nie miał dziurę w no­dze.

– Spo­ro krwi… Mu­sisz oczyścić ranę – po­wie­działa. – Prze­myj ją wodą utle­nioną i jo­dyną.

Ona nie mogła wyjść z łóżka. Za­miast tego sięgnęła na swoją szafkę nocną i wzięła fla­ko­nik Cha­nel No. 5. Skie­ro­wała roz­py­lacz na ranę Bria­na i na­cisnęła. Brian zawył i w pod­sko­kach wy­biegł po beżowym dy­wa­nie z sy­pial­ni.

Zro­biła słusznie, pomyślała, kie­dy znów za­sy­piała. Każdy wie, że Cha­nel No. 5 to do­sko­nały an­ty­sep­tyk w nagłych sy­tu­acjach.

Około wpół do szóstej Eva znów się obu­dziła.

Brian kuśtykał po sy­pial­ni i w re­gu­lar­nych odstępach cza­su ry­czał: „Boli! Boli!”. Kie­dy Eva usiadła, po­wie­dział:

– Za­dzwo­niłem na me­dyczną in­fo­li­nię. Za­trud­niają tam sta­do ba­ranów! Idiotów! Głupków! Kre­tynów! Półde­bi­li! Ćwierćin­te­li­gentów! Matołów! Tłuczki do mięsa! Sta­wo­no­gi! Afry­kański sza­man byłby le­piej po­in­for­mo­wa­ny!

– Brian, proszę – po­wie­działa znużonym głosem Eva. – Nie męczy cię wal­ka z całym świa­tem?

– Nie, nie lubię świa­ta.

Eva ogrom­nie współczuła swo­je­mu mężowi, kie­dy tak stał przy łóżku, nagi, z białą ser­wetką zawiązaną wokół nogi i z okrusz­ka­mi pie­czy­wa w bro­dzie. Odwróciła się od nie­go.

Te­raz był in­tru­zem w jej sy­pial­ni.

Brian­ne za­sta­na­wiała się, jak długo Pop­py będzie płakać. Słyszała jej łka­nie przez ścianę.

Spoj­rzała na bu­dzik, który miała od czasów dzie­ciństwa. Bar­bie wska­zy­wała czwórkę, a Ken je­dynkę. Nie tego ocze­ki­wała po pierw­szej nocy na uni­wer­sy­te­cie.

„Przez tę okropną dziew­czynę czuję się, jak­bym zna­lazła się na stro­nach sce­na­riu­sza EastEn­ders3” – pomyślała.

Mniej więcej o wpół do szóstej z nie­spo­koj­ne­go snu wy­rwało ją wa­le­nie do drzwi. Usłyszała skom­le­nie Pop­py. Za­marła. Nie miała jak przed nią uciec, miesz­kała na piątym piętrze aka­de­mi­ka – poza tym okno dało się uchy­lić tyl­ko na kil­ka cali.

– To ja, Pop­py. Wpuść mnie.

– Nie! – krzyknęła Brian­ne. – Idź spać, Pop­py!

– Brian­ne, pomóż mi! – błagała Pop­py. – Za­ata­ko­wał mnie jed­no­oki mężczy­zna!

Brian­ne otwo­rzyła drzwi i Pop­py wpadła do środ­ka.

– Zo­stałam za­ata­ko­wa­na!

Brian­ne wyj­rzała na ko­ry­tarz. Był pu­sty. Drzwi do po­ko­ju Pop­py stały otwo­rem, ze środ­ka zaś do­bie­gały dźwięki Al­most Lo­ver Fine Fren­zy, pio­sen­ki, której słuchała na okrągło. Wsunęła głowę do środ­ka. Żad­nych oznak wal­ki. Na­rzu­ta na łóżku leżała nie­tknięta.

Kie­dy wróciła do swo­je­go po­ko­ju, z zażeno­wa­niem zo­ba­czyła, że Pop­py ma na so­bie jej ulu­bioną me­chatą ko­szulę nocną, leży pod kołdrą i szlo­cha w po­duszkę. Brian­ne nie wie­działa, co zro­bić, na­sta­wiła więc wodę w czaj­ni­ku.

– Mam za­dzwo­nić na po­licję?

– Myślisz, że zo­stałam za mało pohańbio­na? – krzyknęła Pop­py. – Śpię dzi­siaj w two­im łóżku. Z tobą.

Trzy­dzieści mi­nut później Brian­ne ucze­piła się krawędzi łóżka. Obie­cała so­bie pójść na­za­jutrz do bi­blio­te­ki i wypożyczyć książkę o tym, jak wzmac­niać cha­rak­ter.

4

Dru­gie­go dnia Eva obu­dziła się, zrzu­ciła kołdrę i usiadła na brze­gu łóżka.

Po­tem przy­po­mniała so­bie, że nie musi wsta­wać i pich­cić śnia­da­nia, wrzesz­czeć na ni­ko­go, żeby wstał, opróżniać zmy­war­ki czy na­sta­wiać pra­nia, pra­so­wać sto­su ubrań, tasz­czyć od­ku­rza­cza z góry na dół, robić porządku w szaf­kach ku­chen­nych ani szu­fla­dach, czyścić ku­chen­ki ani ście­rać ku­rzu z różnych po­wierzch­ni, także z bu­te­le­czek z so­sa­mi, po­le­ro­wać drew­nia­nych me­bli, myć szyb ani podłóg, ście­lić łóżek ani po­pra­wiać po­du­szek, szo­ro­wać obe­sra­nych se­desów ani zbie­rać po­roz­rzu­ca­nych ubrań i wkładać ich do ko­sza na brudną bie­liznę, wy­mie­niać prze­pa­lo­nych żarówek ani zużytych ro­lek pa­pie­ru to­a­le­to­we­go, pod­no­sić różnych rze­czy na dole, które po­win­ny być na piętrze, i tam je za­no­sić ani pod­no­sić rze­czy na piętrze, które po­win­ny być na dole, od­bie­rać rze­czy z pral­ni, pie­lić grządek, od­wie­dzać sklepów ogrod­ni­czych, żeby kupić ce­bul­ki i sa­dzon­ki, po­le­ro­wać butów ani nosić ich do szew­ca, zwra­cać książek do bi­blio­te­ki, sor­to­wać śmie­ci, opłacać fak­tur, od­wie­dzać mat­ki ani mart­wić się nie­odwie­dze­niem teścio­wej, kar­mić ry­bek ani czyścić im fil­tra, od­bie­rać te­le­fo­nu w imie­niu dwoj­ga na­sto­latków ani no­to­wać dla nich wia­do­mości, golić nóg ani re­gu­lo­wać brwi, robić ma­ni­kiu­ru, zmie­niać poście­li i po­sze­wek trzech łóżek (jeśli wy­pa­dała so­bo­ta), ręcznie prać wełnia­nych swetrów ani su­szyć ich na płasko na ręczni­kach, płacić ra­chunków, ku­po­wać je­dze­nia, którego nie jada, pchać wózka do auta, upy­chać za­kupów w bagażniku, je­chać do domu, roz­miesz­czać wszyst­kie­go w lodówce i szaf­kach oraz, stojąc na pal­cach, sta­wiać kon­serw i pro­duktów syp­kich w miej­scach poza jej zasięgiem, za to do­sko­na­le dostępnych dla Bria­na.

Nie będzie sie­kać wa­rzyw ani ru­mie­nić mięsa do za­pie­kan­ki. Nie będzie już piec chle­ba ani cia­stek, bo Brian wolał te do­mo­wej ro­bo­ty niż ze skle­pu. Nie będzie kosić tra­wy, pie­lić, sa­dzić, za­mia­tać ścieżek ani gra­bić liści w ogro­dzie. Nie będzie im­pre­gno­wać no­we­go płotu kre­ozo­tem. Nie będzie rąbać drew­na do ko­min­ka, przed którym sia­dy­wał Brian po po­wro­cie z pra­cy w zi­mo­we mie­siące. Nie będzie układać włosów, kąpać się ani po­spiesz­nie się ma­lo­wać.

Dziś nie zro­bi żad­nej z tych rze­czy.

Nie będzie so­bie za­wra­cać głowy, że jej ubra­nia do sie­bie nie pa­sują, po­nie­waż nie wie, kie­dy znów się ubie­rze. W dającej się prze­wi­dzieć przyszłości będzie nosić tyl­ko piżamę i szla­frok. Zda się na in­nych w kwe­stii kar­mie­nia, my­cia i ku­po­wa­nia je­dze­nia. Nie wie­działa, kogo ma na myśli, ale wie­rzyła, że większość lu­dzi aż się pali do uka­zy­wa­nia ukry­te­go w nich do­bra.

Wie­działa, że nie będzie się nu­dzić – ma wie­le do prze­myśle­nia.

Po­biegła do łazien­ki, prze­myła twarz i pa­chy, ale źle się czuła poza łóżkiem. Pomyślała, że jej sto­py na podłodze mogą dać się zwieść po­czu­ciu obo­wiązku i za­pro­wa­dzić ją na dół. Być może po­pro­si kie­dyś swoją matkę o wia­dro. Przy­po­mniała so­bie por­ce­la­no­wy noc­nik pod prze­ciw­o­dleżyno­wym łóżkiem bab­ci – z dzie­ciństwa pamięta, że do obo­wiązków Ruby należało opróżnia­nie jego za­war­tości każdego ran­ka.

Eva położyła się z po­wro­tem w po­dusz­kach i wkrótce zasnęła, lecz zbu­dził ją głos Bria­na.

– Co zro­biłaś z mo­imi czy­sty­mi ko­szu­la­mi?

– Oddałam je prze­chodzącej pracz­ce – od­parła. – Ma je za­brać nad po­tok i tam ubi­jać ki­janką do pra­nia o ka­mie­nie. Po­win­na wrócić w piątek.

Brian nie słuchał.

– W piątek! – krzyknął. – To źle! Jest po­trzeb­na te­raz!

Eva położyła się na boku i spoj­rzała w okno. Kil­ka złotych liści spi­ral­nym lo­tem spadło z ja­wo­ru.

– Nie mu­sisz nosić ko­szu­li – po­wie­działa. – Nie masz ta­kie­go obo­wiązku w miej­scu pra­cy. Pro­fe­sor Bra­dy ubie­ra się tak, jak­by grał w Rol­ling Sto­ne­sach.

– To cho­ler­nie żenujące – stwier­dził Brian. – W zeszłym ty­go­dniu mie­liśmy de­le­gację z NASA. Każdy z nich, co do jed­ne­go, miał na so­bie ma­ry­narkę, ko­szulę i kra­wat, a Bra­dy opro­wa­dził ich w tych swo­ich skrzy­piących skórza­nych spodniach, T-shir­cie z Yodą i kow­boj­skich bu­tach na ob­ca­sie! Z jego pensją! Wszy­scy cho­ler­ni ko­smo­lo­dzy są tacy sami. A kie­dy zbiorą się w jed­nym po­ko­ju, wyglądają jak te­ra­peu­tycz­na gru­pa nar­ko­manów! Mówię ci, Eva, że gdy­by nie my, astro­no­mo­wie, ich wi­zy­ta oka­załaby się fia­skiem.

Odwróciła się i po­wie­działa:

– Włóż swoją zie­loną ko­szulkę polo, bojówki i brązowe półbuty.

Chciała, żeby już so­bie po­szedł. Po­pro­siłaby swoją nie­wy­edu­ko­waną matkę, żeby po­ka­zała dok­to­ro­wi Bria­no­wi Be­ave­ro­wi, inżynie­ro­wi, ma­gi­stro­wi, dok­to­ro­wi fi­lo­zo­fii (Oks­ford), jak obsługi­wać pralkę.

Za­nim wy­szedł, za­py­tała:

– Myślisz, że Bóg ist­nie­je, Brian?

Sie­dział na łóżku i wiązał sznu­ro­wadła.

– Nie mów mi, że stałaś się te­raz re­li­gij­na. To za­wsze kończy się na łzach. We­dle naj­now­szej książki Ste­ve’a Haw­kin­ga Bóg ni­cze­mu nie służy. To po­stać z baj­ki.

– To dla­cze­go tyle mi­lionów lu­dzi w nie­go wie­rzy?

– Zro­zum, Evo, sta­ty­sty­ki temu przeczą. Właści­wie coś może po­wstać z ni­cze­go. Za­sa­da nie­ozna­czo­ności He­isen­ber­ga po­zwa­la bąblo­wi cza­so­prze­strzen­ne­mu roz­sze­rzać się z ni­cze­go… – Za­milkł. – Wiem, że kwe­stia cząste­czek jest… trud­na. Chłopa­ki od teo­rii strun i su­per­sy­me­trii na­prawdę muszą zna­leźć bo­zon Hig­g­sa. Załama­nie funk­cji fa­lo­wej to za­wsze kłopot.

Eva po­ki­wała głową.

– Ro­zu­miem, dziękuję.

Prze­cze­sał brodę jej grze­bie­niem i spy­tał:

– A w za­sa­dzie do kie­dy masz za­miar leżeć w łóżku?

– Gdzie kończy się Wszechświat?

Brian bawił się brodą, skręcając ją między pal­ca­mi.

– Czy możesz mi po­wie­dzieć, dla­cze­go ucie­kasz od świa­ta?

– Nie wiem, jak w nim żyć – od­po­wie­działa. – Nie wiem na­wet, jak działa pi­lot do te­le­wi­zo­ra. Wolałam, kie­dy te­le­wi­zja miała trzy kanały i wszyst­ko, co było trze­ba, to pach, pach, pach. – Wci­skała przy­ci­ski nie­wi­dzial­ne­go od­bior­ni­ka.

– Będziesz się by­czyć w łóżku, bo nie po­tra­fisz roz­pra­co­wać pi­lo­ta?

– Nie po­tra­fię także roz­pra­co­wać funk­cji gril­la w ku­chen­ce mi­kro­fa­lo­wej – wy­mam­ro­tała. – I nie umiem wy­li­czyć, ile kwar­tal­nie płaci­my za prąd. Oni są nam win­ni pie­niądze czy my im?

– Nie wiem – przy­znał. Wziął ją za rękę i po­wie­dział: – Wi­dzi­my się wie­czo­rem. A swoją drogą, czy seks wy­padł z menu?

5

– Nie sy­piam już ze Ste­ve’em – po­wie­działa Ju­lie. – Sie­dzi w ru­pie­ciar­ni z Play­Sta­tion i składanką naj­większych prze­bojów Guns N’ Ro­ses.

– Nie bra­ku­je ci go? Fi­zycz­nie? – spy­tała Eva.

– Och nie, my nadal upra­wia­my seks! Na dole, kie­dy już położymy dzie­ci do łóżek. Kie­dyś mu­sie­liśmy się wpa­so­wać w prze­rwy re­kla­mo­we, wiesz, jak lubię swo­je se­ria­le, ale te­raz mamy na­gry­warkę. Z ko­niecz­ności ku­pi­liśmy ją po tym, jak prze­ga­piłam kawałek, w którym Phil Mit­chell4 po raz pierw­szy wziął he­ro­inę. A ty? Ciąg­le w łóżku?

– Po­do­ba mi się tu. – Eva lubiła Julię, ale te­raz chciała, żeby już so­bie poszła.

– Włosy mi wy­pa­dają – stwier­dziła Ju­lie.

– Ale to nie rak?

Ju­lie wy­buchnęła śmie­chem.

– Stres w pra­cy. Jest u nas nowy kie­row­nik, ko­bie­ta o na­zwi­sku Dam­son. Bóg wie, skąd ją przy­wiało. To jed­na z tych sze­fo­wych, które ocze­kują prze­pra­co­wa­nia bi­tych ośmiu go­dzin. Kie­dy Ber­nard był kie­row­nikiem, pra­wie się nie pra­co­wało. Przy­cho­dzi­liśmy na ósmą, na­sta­wiałam czaj­nik, a po­tem z dziew­czy­na­mi sia­dałyśmy na za­ple­czu i śmiałyśmy się do roz­pu­ku, a klien­ci mu­sie­li się do­bi­jać do drzwi, żeby ich wpuścić. Cza­sa­mi dla za­ba­wy uda­wałyśmy, że ich nie słyszy­my i otwie­rałyśmy do­pie­ro koło wpół do dzie­siątej. Tak, dla Ber­narda pra­co­wało się świet­nie. Szko­da, że od­szedł. To nie na­sza wina, że nasz od­dział nie przy­no­sił zysków. Wszyst­ko przez klientów, po pro­stu prze­sta­li przy­cho­dzić.

Eva za­mknęła oczy i uda­wała, że śpi, ale Ju­lie mówiła da­lej:

– Tej Dam­son wy­star­czyły trzy dni, żebym do­stała wy­syp­ki. – Pod­winęła rękaw swe­ter­ka powyżej łokcia i pod­sunęła Evie ramię pod nos. – Patrz, ile tego jest.

– Nic nie widzę.

Ju­lie opuściła ramię.

– Bo te­raz już zeszło. – Wstała i obeszła sy­pial­nię. Pod­niosła bu­te­leczkę kre­mu Olay Re­ge­ne­rist, który obie­cy­wał odmłodzić cerę, zaśmiała się krótko i odłożyła ją na miej­sce.

– Przeżywasz załama­nie ner­wo­we – po­wie­działa.

– Na­prawdę?

– To pierw­szy ob­jaw. Kie­dy od­wa­liło mi po uro­dze­niu Scot­ta, leżałam w łóżku przez pięć dni. Ste­ve mu­siał le­cieć z po­wro­tem na swoją plat­formę. Mar­twiłam się o to, że he­li­kop­ter się roz­bi­je, one za­wsze się roz­bi­jają, Eva. Nie jadłam, nie piłam, nie myłam twa­rzy. Po pro­stu płakałam i płakałam. Tak bar­dzo chciałam mieć dziew­czynkę. Uro­dziłam już prze­cież czte­rech chłopców.

– Ale miałaś powód, żeby się czuć przy­bi­ta.

– Byłam taka pew­na – kon­ty­nu­owała Ju­lie, igno­rując słowa Evy. – Ku­po­wałam tyl­ko różowe ciusz­ki. Kie­dy go wyj­mo­wałam z łóżecz­ka, lu­dzie pa­trzy­li i mówili: „Jest prze­piękna, jak ma na imię?”. Mówiłam, że Ame­lia, bo tak na­zwałabym swoją córeczkę. Myślisz, że z tego po­wo­du Scott jest ge­jem?

– On ma do­pie­ro pięć lat – po­wie­działa Eva. – Jest za wcześnie, żeby był kim­kol­wiek.

– Kie­dyś kupiłam mu mały ze­staw chińskiej por­ce­la­ny do pa­rze­nia her­ba­ty. Im­bryk, dzba­nek na mle­ko, cu­kier­nicę, dwie filiżanki z pod­staw­ka­mi, maleńkie łyżecz­ki, prześlicz­ne, wszyst­ko w różowe różycz­ki. Bawił się tym cały dzień. No ale Ste­ve wrócił i wy­wa­lił. – Zaśmiała się. – A po­tem płakał i płakał.

– Scott?

– Nie, Ste­ve! Ogar­nij się.

– A co zro­bił Scott?

– To samo, co zwy­kle, kie­dy w domu zbie­rają się bu­rzo­we chmu­ry. Wlazł do sza­fy i do­ty­kał mo­ich ubrań.

– To nie jest trochę…?

– Trochę co? – spy­tała Ju­lie.

– Trochę dziw­ne?

– Tak myślisz?

Eva przy­taknęła.

Ju­lie usa­dziła swój sze­ro­ki tyłek na łóżku Evy.

– Mówiąc szcze­rze, jakoś stra­ciłam kon­takt ze swo­imi chłopca­mi. Nie są źli, ale nie mam pojęcia, co z nimi robić. Są tacy hałaśliwi i nie­mi­li dla sie­bie. Ten hałas, jaki z sie­bie wy­dają, kie­dy bie­gają po scho­dach, ten sposób, w jaki jedzą i w jaki kłócą się o pi­lo­ta, te ohyd­ne chłopięce ubra­nia, stan ich pa­znok­ci. Kie­dy Ste­ve zno­wu wróci na ląd, myślimy znów po­sta­rać się o dziew­czynkę. Co myślisz?

– Nie, za­bra­niam ci!

Obie zdzi­wiła gwałtow­ność w głosie Evy.

Eva spoj­rzała za okno i zo­ba­czyła chłopca wspi­nającego się po ja­wo­rze. Wska­zując brodą w tym kie­run­ku, spy­tała:

– Czy to nie je­den z two­ich wspi­na się na na­sze drze­wo?

Ju­lie ze­rwała się i otwo­rzyła okno.

– Scott! – wrzasnęła. – Złaź stamtąd, skórko­ja­dzie, albo sama skręcę ci kark!

– Jest chłopcem, Ju­lie – po­wie­działa Eva. – Odpuść so­bie ten ze­staw do pa­rze­nia her­ba­ty.

– Ta… Chy­ba po­sta­ram się o dziew­czynkę.

Kie­dy Ju­lie scho­dziła po scho­dach, pomyślała: „Szko­da, że to nie ja leżę w łóżku”.

6

Brian­ne spoj­rzała na ze­ga­rek. Do­cho­dziła je­de­na­sta trzy­dzieści pięć. W efek­cie chro­nicz­nej po­trze­by Pop­py by­cia w cen­trum uwa­gi nie spała od wpół do szóstej rano.

Pop­py od po­nad go­dzi­ny trzy­mała przy uchu te­le­fon komórko­wy Brian­ne, roz­ma­wiając z kimś o imie­niu Mar­cus.

„Nosi moją bran­so­letkę z amu­le­ta­mi i ko­rzy­sta z mo­je­go te­le­fo­nu, a ja nie miałam wy­star­czającej od­wa­gi, żeby po­pro­sić – nie, zażądać – ich zwro­tu” – pomyślała.

– Więc nie pożyczysz mi nędznych stu fun­ciaków? – mówiła Pop­py. – Ależ z cie­bie skąpy pa­ta­fian. – Potrząs­nęła te­le­fo­nem i rzu­ciła go na wąskie łóżko. – Skończyły się za­sra­ne im­pul­sy – stwier­dziła ze złością i spoj­rzała na Brian­ne, jak­by to była jej wina.

– Miałam za­dzwo­nić do mamy – po­wie­działa Brian­ne.

– Masz szczęście, że masz matkę. Ja nie mam ni­ko­go. – Przeszła na „za­baw­ny” ak­cent cock­ney5. – Och, bied­na Pop­py, jest na świe­cie sa­miu­teńka jak pa­lec. Nikt jej nie ko­cha.

Brian­ne zmu­siła się do uśmie­chu.

Pop­py, już własnym głosem, po­wie­działa:

– Je­stem dobrą ak­torką. Rzu­całam mo­netą, czy iść tu­taj, czy na Królewską Aka­de­mię Sztu­ki Dra­ma­tycz­nej. Szcze­rze mówiąc, nie po­do­bają mi się tu­tej­si stu­den­ci. Są tak do bólu pro­win­cjo­nal­ni. Boję się za­czy­nać tę moją ame­ry­ka­ni­stykę; prze­cież na­wet tam nie po­jadę. Roz­ważam zmianę kie­run­ku na ten co ty. Co to było?

– Astro­fi­zy­ka.

Ktoś de­li­kat­nie za­pu­kał do drzwi. Brian­ne otwo­rzyła. W pro­gu stał Brian Ju­nior. Żeby opi­sać po­ran­ny wygląd chłopa­ka, trze­ba użyć słowa „zmysłowy”. Miał ociężałe po­wie­ki, a jego włosy były po­tar­ga­ne w uwo­dzi­ciel­skim nieładzie.

– Cześć, Bri! – krzyknęła Pop­py. – Coś tam wy­pra­wiał przez cały czas w swo­im po­ko­ju, sprośny chłopczy­ku?

Brian Ju­nior się za­czer­wie­nił.

– Przyjdę później… kie­dy…

– Nie – po­wie­działa Brian­ne. – Mów te­raz.

– To nic ta­kie­go, ale dzwo­nił tato i po­wie­dział, że po na­szym wyjeździe mama położyła się do łóżka w ubra­niu, na­wet w bu­tach, i wciąż w nim leży.

– Często leżę w bu­tach na łóżku – wtrąciła Pop­py. – Jesz­cze się taki fa­cet nie uro­dził, żeby go nie kręciła bab­ka w szpil­kach.

Prze­pchnęła się między bliźnia­ka­mi, wyszła na ko­ry­tarz i za­pu­kała do sąsied­nich drzwi, za którymi miesz­kał Ho Lin, Chińczyk stu­diujący me­dy­cynę. Otwo­rzył w piżamie w biało-nie­bie­skie pa­ski.

– Nagły przy­pa­dek, ko­cha­ny! Mogę sko­rzy­stać z two­je­go te­le­fo­nu? – We­pchnęła się i za­mknęła drzwi.

Brian­ne i Brian Ju­nior spoj­rze­li po so­bie. Żadne z nich nie miało ocho­ty po­wie­dzieć na głos, ja­kim po­two­rem oka­zała się Pop­py, ani przy­znać otwar­cie, że to ona – własny­mi rękami – zmie­niła ich pierw­szy łyk wol­ności w coś ohyd­ne­go. Dała im do zro­zu­mie­nia, że jeśli nie mówisz cze­goś głośno, wte­dy to po pro­stu nie ist­nie­je. Ich mat­ka była małomówna i prze­lała na nich swoją małomówność.

– Właśnie ta­kie rze­czy zda­rzają się ko­bie­tom, kie­dy do­bi­jają pięćdzie­siątki. To się na­zy­wa men-o-pau­za – po­wie­działa Brian­ne.

– I co się z nimi dzie­je?

– Och, głupieją, okra­dają skle­py, dźgają mężów, kładą się w łóżku na trzy dni… różne tam ta­kie.

– Bied­na mama. Za­dzwo­ni­my do niej po im­pre­zie in­te­gra­cyj­nej.

Kie­dy do­tar­li do sa­morządu stu­denc­kie­go, na­tych­miast po­szli do klu­bu ma­te­ma­tycz­ne­go. Przedar­li się przez tłum pi­ja­nych stu­dentów i w końcu stanęli przed stołem po­kry­tym dużymi kse­ro­wa­ny­mi i za­la­mi­no­wa­ny­mi równa­nia­mi.

Jakiś chłopiec noszący ciasną, ro­bioną na dru­tach czapkę aż się zachłysnął.

– Jezu Chry­ste, bliźnia­ki Be­aver! Sza­cun! Je­steście nie­sa­mo­wi­ci! Nie, nie, je­steście le­gendą. Złoty me­dal dla każdego z was na między­na­ro­do­wej olim­pia­dzie ma­te­ma­tycz­nej. – Spoj­rzał na Bria­na Ju­nio­ra i dodał: – I na­gro­da spe­cjal­na. Me­ga­sza­cun. „Roz­wiąza­nie o wy­bit­nej ele­gan­cji”. Możesz je dla mnie omówić? To byłby dla mnie za­szczyt.

– Hm, no tak, jeśli masz wol­ne dwie go­dzi­ny.

– Słuchaj, za­wsze i wszędzie – po­wie­dział chłopiec w czap­ce. – Pry­wat­ne zajęcia u Be­ave­ra Ju­nio­ra wyglądały­by luk­su­so­wo w moim CV. Skoczę po długo­pis, co?

Wokół Bria­na Ju­nio­ra i Brian­ne zaczęli gro­ma­dzić się ga­pie. Ro­zeszła się wieść, że przyszły bliźnia­ki Be­aver. Kie­dy Brian Ju­nior mówił z pamięci wzór, który zupełnie znikąd wpadł mu do głowy – eg­za­mi­nujący go wte­dy pro­fe­so­ro­wie nig­dy by nie wpa­dli na myśl, że taka może być od­po­wiedź – usłyszał, jak Brian­ne mówi: „O cho­le­ra!”.

Zza ich pleców wy­rosła Pop­py.

– Zna­lazłam was! – wrzasnęła. A po­tem po­gro­ziła im pal­cem. – Musi wejść wam w krew, że mówi­cie mi, dokąd idzie­cie. Ko­niec końców je­steście mo­imi naj­lep­szy­mi przy­ja­ciółmi.

Miała na so­bie starą suk­nię wie­czo­rową z ta­fty, a pod spodem golf. Odwróciła się do młode­go w czap­ce.

– Mogę się przyłączyć? Proszę! Choć je­stem mi­siem o małym ro­zum­ku, mogę wa­szej poważnej grup­ce nadać pie­kiel­nie po­trzeb­ne­go szny­tu. I nie będę wam prze­szka­dzała w ra­chun­kach. Będę so­bie ci­chut­ko sie­działa z tyłu z moją śliczną buzią na kłódkę, aż się we wszyst­kim połapię.

Brian Ju­nior na chwilę zszedł na dru­gi plan, a stu­dent podał Pop­py for­mu­larz z płomien­nym uśmie­chem.

7

Eva żałowała, że na­stał ten dzień, w którym Marks & Spen­cer wpro­wa­dził do sprze­daży piżamy z ly­cry dla mężczyzn. Nie schle­biały ciałom w śred­nim wie­ku. Przez bez­li­to­sny ma­te­riał ge­ni­ta­lia Bria­na wyglądały jak nie­wiel­ki wo­re­czek na narzędzia.

Po trzech nie­prze­spa­nych no­cach Brian wybłagał so­bie powrót do małżeńskie­go łoża, powołując się na swo­je pro­ble­my z kręgosłupem.

Eva ka­pi­tu­lo­wała niechętnie.

Brian wrócił też do swo­jej ru­ty­ny przed położeniem się spać: gul­go­ta­nia i char­ka­nia w łazien­ce, nakręca­nia bu­dzi­ka, słucha­nia pro­gno­zy po­go­dy, po­lo­wa­nia na pająki w każdym rogu po­ko­ju i pod łóżkiem za po­mocą dzie­cięcej wędki, którą trzy­mał w gar­de­ro­bie, wyłącza­nia „dużego światła” (jak je na­zy­wał), otwie­ra­nia okien­ka oraz sie­dze­nia na brze­gu łóżka i zdej­mo­wa­nia kap­ci (za­wsze za­czy­nał od le­we­go).

Eva nie pamiętała, kie­dy Brian zdzia­dział. Być może wte­dy, kie­dy zaczął wy­da­wać z sie­bie dźwięki przy wsta­wa­niu z krzesła.

Zwy­kle, mo­no­ton­nie i ze szczegółami, re­la­cjo­no­wał swój dzień, opo­wia­dał jej o lu­dziach, których nie znała, ale tej nocy mil­czał. Kie­dy się położył, leżał tak bli­sko krawędzi, że Evie przy­szedł na myśl człowiek ba­lan­sujący nad wężowi­skiem.

– Do­bra­noc, Brian – po­wie­działa zwy­czaj­nym to­nem.

Z ciem­ności usłyszała jego głos:

– Nie wiem, co mówić lu­dziom, którzy mnie spy­tają, dla­cze­go nie wsta­jesz z łóżka. Wstyd mi. Nie mogę się sku­pić na pra­cy. Moja mat­ka i two­ja za­dają py­ta­nia, na które nie po­tra­fię od­po­wie­dzieć. Zwy­kle prze­cież znam od­po­wie­dzi. Je­stem dok­to­rem astro­no­mii, do kur­wy nędzy. I nauk pla­ne­tar­nych.

– Ani razu nie od­po­wie­działeś mi wy­czer­pująco na py­ta­nie, czy Bóg ist­nie­je.

Brian gwałtow­nie za­rzu­cił głową i wrzasnął:

– Na rany Chry­stu­sa! Sama rusz cho­lerną mózgow­nicą!

– Tak daw­no nie używałam mózgu, że to bie­dac­two kuli się w kącie i cze­ka, aż je ktoś na­kar­mi.

– Nie­ustan­nie my­lisz ideę nie­ba z cho­ler­nym kos­mo­sem! A jeśli two­ja mat­ka jesz­cze raz mnie po­pro­si, żebym jej coś wy­czy­tał z gwiazd… Wyjaśniałem jej różnicę między astro­no­mem a astro­lo­giem mi­lion pier­do­lo­nych razy!

Wy­sko­czył z łóżka, za­ha­czył dużym pal­cem u nogi o szafkę, zawył i kuśty­kając, wy­szedł z po­ko­ju. Usłyszała trzask za­my­ka­nych drzwi u Bria­na Ju­nio­ra.

Eva zaczęła grze­bać w swo­jej szaf­ce noc­nej, gdzie trzy­mała skar­by, i wyjęła ze­szy­ty szkol­ne. Dbała o nie przez po­nad trzy­dzieści lat. Kie­dy je kart­ko­wała, świat­ło księżyca padło na złote gwiazd­ki, które do­stała za do­sko­nałe wy­ni­ki.

Była bar­dzo mądrą dziew­czynką, jej wy­pra­co­wa­nia za­wsze głośno czy­ta­no w kla­sie, a na­uczy­cie­le mówili jej, że dzięki ciężkiej pra­cy i sty­pen­dium może się do­stać na­wet na stu­dia. Mu­siała jed­nak pójść do pra­cy i zacząć za­ra­biać. W jaki sposób Ruby miałaby so­bie po­zwo­lić na to, żeby kupić jej mun­du­rek szkol­ny w spe­cjal­nym skle­pie, mając tyl­ko rentę po zmarłym mężu?

W 1977 roku Eva ukończyła li­ceum dla dziewcząt w Le­ice­ster i zo­stała te­le­fo­nistką w Głównym Urzędzie Pocz­to­wym. Ruby za­bie­rała dwie trze­cie jej za­robków – za dach nad głową i wyżywie­nie.

Kie­dy Eva zo­stała zwol­nio­na za no­to­rycz­ne łącze­nie nie tej roz­mo­wy z nie tym klien­tem, bała się przy­znać mat­ce, zaczęła więc cho­dzić do nie­wiel­kiej bi­blio­te­ki w sty­lu Arts & Cra­fts i za­czy­ty­wać się w kla­sy­ce li­te­ra­tu­ry an­giel­skiej. Wte­dy, dwa ty­go­dnie po wy­rzu­ce­niu jej z pra­cy, szef bi­blio­te­ki – in­te­lek­tu­ali­sta bez krzty zdol­ności me­nedżer­skich – po­wie­sił ogłosze­nie, że szu­ka asy­stent­ki: „Wy­ma­ga­ne kwa­li­fi­ka­cje”.

Nie miała od­po­wied­nich kwa­li­fi­ka­cji. Jed­nak pod­czas nie­for­mal­nej roz­mo­wy dy­rek­tor bi­blio­te­ki po­wie­dział Evie, że jego zda­niem ma do­sko­nałe kwa­li­fi­ka­cje, gdyż wi­dział, jak czy­tała Młyn nad Flossą, Jima Szczęścia­rza, Sa­mot­nię, a na­wet Synów i ko­chanków.

Eva oznaj­miła mat­ce, że zmie­niła pracę i że w bi­blio­te­ce będzie za­ra­biać mniej.

Ruby od­rzekła, że jest idiotką oraz że książki są prze­re­kla­mo­wa­ne i nie­hi­gie­nicz­ne.

– Nie wiesz, ja­kie obrzy­dli­stwa wy­czy­nia­li lu­dzie z tymi kart­ka­mi.

Nie­mniej Eva po­ko­chała swoją pracę.

Otwie­ra­nie ciężkich drzwi wejścio­wych i wcho­dze­nie do ci­che­go wnętrza, pod­czas gdy po­ran­ne światło roz­le­wało się z wy­so­kich okien na ocze­kujące książki, dawało jej tyle roz­ko­szy, że pra­co­wałaby za dar­mo.

8

Piątego dnia po południu ode­zwał się Pe­ter, czyści­ciel okien. Eva spała przez dwa­naście go­dzin. Obie­cy­wała so­bie po­dob­ne pobłażanie od chwi­li, kie­dy bliźnia­ki opuściły jej łono i położono je na jej pier­si przed sie­dem­na­stu laty.

Brian­ne była cho­ro­wi­tym dziec­kiem, bla­dym i iry­tującym, miała kępkę czar­nych włosów i nie­ustan­nie na­bur­mu­szoną minę. Miała lek­ki sen i bu­dził ją byle dźwięk. Eva, słysząc najlżej­szy jęk swo­jej córki, pędziła do niej, żeby ją po­no­sić, za­nim ta ro­ze­drze się na do­bre. Brian Ju­nior spał całą noc, a gdy bu­dził się rano, bawił się swo­imi sto­pa­mi i uśmie­chał, wpa­trzo­ny w za­wie­szo­ny nad łóżecz­kiem sa­mochód ze Sco­oby-Doo. Ruby ma­wiała: „To dziec­ko zstąpiło z nie­ba”.

Kie­dy Brian­ne wrzesz­czała w ra­mio­nach Evy, Ruby ra­dziła: „Wlej do jej mle­ka jedną lub dwie luf­ki bran­dy. Moja mama tak robiła. Nic mi się nie stało”.

Eva pa­trzyła na zmęczoną twarz swo­jej mat­ki i prze­cho­dził ją dreszcz.

Od dzie­sięciu lat raz w mie­siącu roz­ma­wiała ze swo­im czyści­cie­lem okien, ale nic o nim nie wie­działa – poza tym, że na­zy­wa się Pe­ter Rose, jest żona­ty i ma nie­pełno­sprawną córkę Abi­ga­il. Usłyszała, jak dra­bi­na skro­bie bok domu, aż w końcu za­trzy­mu­je się na jej pa­ra­pe­cie. Gdy­by chciała się ukryć, mogłaby po­biec do łazien­ki, po­sta­no­wiła jed­nak wziąć to na klatę – użyła sfor­mułowa­nia często sto­so­wa­ne­go przez Brian­ne, które Eva ro­zu­miała jako uśmie­cha­nie się w ob­li­czu niezręcznych sy­tu­acji społecz­nych.

Za­tem Eva uśmie­chała się i po­ma­chała nie­zgrab­nie, kie­dy zo­ba­czyła głowę Pe­te­ra po­ja­wiającą się nad pa­ra­pe­tem. Jego po­licz­ki za­czer­wie­niły się z zażeno­wa­nia. Wsunął głowę do środ­ka i za­py­tał:

– Chcesz, żebym wrócił kie­dy in­dziej?

– Nie – od­parła. – Możesz je umyć te­raz.

Roz­sma­ro­wał my­dli­ny po szy­bie.

– Źle się czu­jesz?

– Po pro­stu chciałam zo­stać w łóżku.

– Chciałbym to zro­bić w wol­nym cza­sie – po­wie­dział. – Zwinąć się w kłębek i po­hi­ber­no­wać. Ale nie mogę. Nie przy Abi­ga­il…

– Co u niej?