Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 213 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Koalicja szpiegów. Tom 2. Baza G-8 - Agnieszka Stelmaszyk

W pierwszym tomie trylogii Robert znajduje dziwny list, w którym ktoś sugeruje, iż ktoś maczał palce w wypadku rodziców sprzed pół roku. W trakcie dochodzenia, z pomocą przyjaciółki Ramony, trafia na ślad tajemniczego Luminariusza oraz Koalicji Szpiegów. Poznaje też inne dzieci – Harriet i Davida – które tak samo jak on, straciły rodziców w tajemniczych okolicznościach. Wszystko komplikuje się, kiedy okazuje się, że Luminariusz więzi babcię Roberta. W drugim tomie Robert, Ramona i David trafiają pod skrzydła Klubu Ogrodnika – który jest przykrywką dla grupy emerytowanych agentów. Wytrawni agenci biorą nowicjuszy pod swoją opiekę – będą ich szkolić na agentów. Jak Robert i pozostali poradzą sobie z nowym wyzwaniem? I czy nowe umiejętności wystarczą, aby uwolnić babcię Roberta, dotrzeć do Dywersantów, umknąć ludziom Żukowa i uratować świat przed zachłannymi mackami Koalicji Szpiegów?

Opinie o ebooku Koalicja szpiegów. Tom 2. Baza G-8 - Agnieszka Stelmaszyk

Fragment ebooka Koalicja szpiegów. Tom 2. Baza G-8 - Agnieszka Stelmaszyk

Tekst: Agnieszka Stelmaszyk

Ilustracje całostronicowe: Daniel Grzeszkiewicz

Redaktor prowadzący: Agnieszka Sobich

Korekta: Agnieszka Skórzewska

Projekt i skład okładki, grafika w środku: „black gear”

Projekt graficzny i DTP: Bernard Ptaszyński

© Copyright for text by Agnieszka Stelmaszyk, 2013

© Copyright for the Polish edition

by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2013

All rights reserved

ISBN 978-83-7895-612-9

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

00-807 Warszawa, Al. Jerozolimskie 96

tel. 22 576 25 50, fax 22 576 25 51

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

Rozdział #1

– Pobudka! – wrzasnął Stanisław, odsłaniając poły namiotu. Słońce jeszcze nie wstało, ale niebo na wschodzie jaśniało z każdą chwilą.

David chrapnął głośno i odwrócił się na drugi bok. Spod poduszki wystawał jego miś.

– Wstawać, śpiochy! Czas na rozgrzewkę i małą przebieżkę – ryczał tymczasem wiekowy agent, nie zważając na wczesną godzinę.

Obóz, w którym szkolono przyszłych pracowników reaktywującego się po zdradzie Luminariusza Departamentu Bezpieczeństwa Światowego, powoli budził się do życia.

Robert usiadł na pryczy i włączył turystyczną lampkę. Harriet przetarła zapuchnięte ze zmęczenia powieki, podrapała się po nosie, po czym, utykając lekko przez obolały mięsień w łydce, podeszła do Davida.

– Ferguson, obudź się – szturchnęła przyjaciela.

– Ee… aaa… – chłopak ziewnął, szeroko otwierając usta. – Gdzie my w ogóle jesteśmy? – otworzył oczy i otępiałym wzrokiem potoczył po wnętrzu namiotu. Zupełnie stracił poczucie czasu i przestrzeni. Ostatnio wciąż budził się w innym miejscu. Dobrą chwilę zajęło mu, nim przypomniał sobie wydarzenia minionych dni. Tkwili teraz gdzieś na Saharze, sami nawet dokładnie nie wiedzieli gdzie. Stanisław przerzucił ich starym, rozklekotanym dwupłatowcem. Nikt nie miał pojęcia, skąd go wytrzasnął.

– Pewnie odkopał go z piasków pustyni – mruknęła Harriet, z obawą wsiadając do wehikułu. – Luminariusz pęknie ze śmiechu, gdy nas w tym odnajdzie.

– Zestrzeli nas ziewnięciem – zakpił David, równie sceptycznie nastawiony do możliwości maszyny.

– Panie Stanisławie, czy on nie jest zbyt… zamierzchły? – Robert odważył się zapytać. – Wie pan, przy technologiach, którymi dysponuje Koalicja, ten wehikuł jest dość przestarzały.

– I właśnie dlatego nas nie wykryją – odrzekł Stanisław, siadając za sterami samolotu.

– Może w tym szaleństwie jest metoda – mruknęła Harriet.

I miała rację, ponieważ cało i bezpiecznie wylądowali w tajemniczej, opustoszałej bazie gdzieś na Saharze. Od tego czasu minęło już kilka dni.

Okazało się, że baza wcale nie była taka opuszczona, na jaką w pierwszej chwili wyglądała. W pordzewiałych, zasypanych pustynnym piaskiem barakach toczyło się życie, a główne pomieszczenia szkoleniowe mieściły się głęboko pod ziemią, gdzie było znacznie chłodniej.

David wciąż nie mógł przywyknąć do spartańskich warunków i rygoru.

– Dalej, ruszaj się – ponaglał go Robert, który już przebrany ścielił swoją pryczę.

Tymczasem Stanisław wciąż czekał na niemrawą ekipę przyszłych agentów. Inna grupa, którą szkolił Tobias Perry, już dawno zakończyła poranną gimnastykę. Trzy dziewczyny o smukłych, wysportowanych sylwetkach i czterech dobrze umięśnionych chłopaków z wyższością, lekką pogardą i ironią mijało namiot Roberta.

– Dziobaki i kujony – zamruczał z niechęcią Szykulski, podchwytując te spojrzenia. – Dziób, dziób – wykonał gest ręką, mający złośliwie symbolizować wkuwanie wiedzy, ale oni zlekceważyli tę uszczypliwość. Robert przypatrywał się im jak kosmitom. Nie było po nich widać najmniejszego zmęczenia. Na zajęciach teoretycznych wykazywali się nadzwyczajną wiedzą i aktywnością. Podczas gdy Robert miał czasem problemy ze skupieniem się na rzeczach najbardziej istotnych. Nudziły go te wszystkie procedury i wciąż mu się plątały. Harriet buntowała się, a David po prostu zasypiał. Wzywany do odpowiedzi, bredził wtedy coś od rzeczy, wzbudzając salwy śmiechu kujonów.

Stanisław robił, co mógł, żeby lepiej wyszkolić swoich podopiecznych. Złościł się, że grupa Tobiasa lepiej sobie radzi, choć uważał, że jego i tak jest o niebo lepsza. Potrzebowała tylko więcej dyscypliny.

– Leniuchy, mieszczuchy, tyłki podnosić! – grzmiał z groźnym i posępnym obliczem gradowej chmury. Tego ranka obudził się bez humoru. Znowu łupało go biodro. Tym wytłumaczył sobie brak nastroju, ale w rzeczywistości martwił się o los tych dzieciaków oraz… Róży. Pierwszy raz Koalicja zdobyła aż taką przewagę.

– Co on się tak indyczy – marudził w namiocie David, zakładając ślimaczym ruchem koszulkę. – Jeszcze mu sztuczna szczęka wypadnie.

– Ej, nie bądź taki zgryźliwy – zwrócił mu uwagę Robert. – W końcu nas uratował, a mógł zostawić na pożarcie sępom – przypomniał.

– Jasne, uratował nas, ale teraz chce nas zamęczyć – jęknął Ferguson. – Po co mamy wstawać o piątej rano? – wskazał zegarek. – Jestem zmęczony, zrobię rozgrzewkę później, po śniadaniu.

– Pamiętaj, że wciąż ściga nas Koalicja – przypomniała Harriet. – Tamci już skończyli… – miała na myśli rywalizującą z nimi grupę.

– Dobra, dobra… idźcie sobie – David machnął ręką. – Nie będę biegał po pustyni ze sfiksowanym staruszkiem i ścigał się z jakimiś lizusami – mruknął, po czym ponownie położył się i zasnął.

Dwie godziny później, podczas gdy Harriet i Robert zjadali z apetytem śniadanie w polowej kuchni, którą wkrótce po przyjeździe zmontowali własnymi siłami, David, oblewając się obficie potem, biegał w upale dookoła obozu, robił skłony, przysiady i skoki przez przeszkody, a grupa kujonów rzucała pod jego adresem złośliwe docinki.

– Litości! – David jęczał, lecz Stanisław udawał głuchego jak pień.

– To cię, Ferguson, nauczy słuchać moich rozkazów! – wrzasnął do chłopca.

– Hej, Davidzie – zakrzyknął Robert. – Chciałeś biegać po śniadaniu.

– Miś ci nie pomoże? – zaśmiała się Harriet.

„Jeszcze i oni mi dokuczają” – Ferguson zezłościł się i pokazał im język. Jakże on tęsknił teraz za Los Angeles.

Rozdział #2

Minęło kilka kolejnych dni, a każdy z nich od rana do wieczora był dokładnie zaplanowany według tego samego harmonogramu. Upływające niemrawo godziny wypełniały wyczerpujące ćwiczenia fizyczne i mnóstwo głupich, według Roberta i jego przyjaciół, irytujących zajęć, jak na przykład oczyszczanie pokrytego rdzą hangaru, w którym krył się stary dwupłatowy samolot.

„Dziobaki i kujony” wykonywały wszystkie te zajęcia bez mrugnięcia okiem, doprowadzając tym pozostałą trójkę kandydatów na agentów do szewskiej pasji.

– Po co my w ogóle to robimy? – David przestał pracować i usiadł na ziemi wyczerpany. Słońce paliło niemiłosiernie, nie dając ani chwili wytchnienia.

Harriet też przerwała pracę.

– Mieliśmy być agentami, a nie sprzątaczami.

– Mówcie ciszej – Robert wychylił się zza hangaru, aby sprawdzić, gdzie jest Stanisław. – Nie ma go, pewnie śpi – odetchnął z ulgą Szykulski, po czym usiadł obok przyjaciół.

– Może uciekniemy, co? – David z nadzieją popatrzył na Roberta.

– Gdzie? – chłopak wskazał pustynne piaski ciągnące się aż po daleki horyzont. – Póki co, nie mamy żadnych szans.

– To cię tak martwi? – Harriet zauważyła, że Robert od jakiegoś czasu bywa jakby nieobecny. Wiedziała, że zamartwia się o babcię, ale odnosiła wrażenie, że przejmuje się czymś jeszcze.

Szykulski przyklepał dłonią swój niesforny loczek nad czołem i westchnął.

– Nie mam wieści od Ramony Siegmeier.

– No tak – Harriet pokiwała głową. Po tym, jak Luminariusz odesłał ją do Berlina, z dziewczyną nie szło się w żaden sposób skontaktować.

– Skąd mogłeś wtedy wiedzieć, że Luminariusz jest zdrajcą?

Robert milczał. Czuł się odpowiedzialny za Ramonę, sam przecież wplątał ją w to wszystko. Agenci z Klubu Ogrodnika natychmiast sprawdzili, co się dzieje z dziewczyną, i według relacji Stanisława – jest cała i zdrowa, i mieszka z rodzicami. Nie odbiera po prostu żadnych telefonów od Roberta.

– Może rodzice zabronili jej kontaktować się z tobą – wtrącił David, przysłuchujący się rozmowie. – Po tym, co z tobą przeszła…

– Taak.

– Sam widzisz – Harriet trąciła Roberta w bok – nie masz się czym martwić. Luminariusz wyjątkowo dotrzymał słowa i zawiózł ją do domu. David ma rację, pewnie nie wolno jej z tobą rozmawiać. Stanisław zapewniał, że Klub Ogrodnika czuwa nad jej rodziną. No, hej, rozchmurz się trochę.

Szykulski podniósł wzrok na Harriet i uśmiechnął się. Oboje z Davidem chyba mieli rację. Zresztą, dla dobra Ramony lepiej było dać jej spokój i nie mieszać jej do walki z Koalicją. Sam prosił dziewczynę, aby trzymała się od tych spraw z daleka. Tylko że czasem jakiś dziwny, niekreślony niepokój zakradał się do jego serca. Istnieli jeszcze przecież tajemniczy Dywersanci, którzy również mogli zaatakować w każdej chwili. Ale po co miał dodatkowymi problemami obarczać Davida i Harriet?

– Macie rację, niepotrzebnie zawracam wam głowę – powiedział, starając się nadać swojemu głosowi wesoły ton. Przyjaciele ucieszyli się, że odzyskał dobry humor, gdy nagle zaskoczył ich od tyłu wściekły głos Stanisława:

– A co to za pogaduszki? Dywersja? Brać się do roboty!

Przechodzący obok Perry zmierzył emerytowanego agenta triumfalnym wzrokiem. Grupa Tobiasa nadal gorliwie pracowała.

– Po co każe nam pan skrobać ten głupi hangar?! – Robert wybuchnął wreszcie. – Miał pan nas nauczyć jak być agentami.

Stanisław wsparł ręce na biodrach i przypatrywał się buntownikom.

– No i uczę was.

– Czego? Skrobania rdzy? – Harriet z wojowniczą miną stanęła obok Roberta.

– Oho, bunt na pokładzie? – rozsierdził się Stanisław. – Powiadacie, że moje lekcje są głupie? Otóż nie! Uczą was pokory. Wy, młodzi jesteście teraz niecierpliwi. Wszystko chcecie, a niewiele potraficie.

– Z tym bym się nie zgodził – David wtrącił.

Stanisław niemal zmiażdżył go sępim wzrokiem.

– Spójrzcie na tamtych – wskazał pracowite mróweczki. – Są posłuszni i wykonują polecenia. Wszystko potrafią.

– My też – zaoponował David.

– I ty to mówisz? – Stanisław pochylił się nad chłopcem. – Ciekawe, czy twój wuj byłby podobnego zdania? Hę? – agent ściągnął brwi.

– To niesprawiedliwe – Harriet wzięła w obronę Fergusona. – Wcale nie jest takim gapą, po prostu zmarła mu mama, jak nam wszystkim… – dokończyła ściszonym głosem.

Oblicze Stanisława nieco złagodniało. Ale tylko na chwilę.

– Doskonale wiem, w jak trudnej znaleźliście się sytuacji. Moim zadaniem jest was chronić i przygotować do śmiertelnie trudnych zadań – tłumaczył. – Nie przeżyjecie, jeśli będziecie jęczeć, marudzić i wykazywać się brakiem subordynacji. Moje zajęcia uczą was hartu ducha i posłuchu. Wasze pokolenie jest niemrawe, jak takie pieski kanapowe – drażnił się z młodymi ludźmi.

– Nie zgadzam się z panem – Harriet zareagowała ostro.

– Daj spokój – szepnął do niej David. – On i tak nie zrozumie, to się chyba nazywa konflikt pokoleniowy.

Harriet westchnęła.

– Dobrze, niech pan myśli sobie o nas, co chce – Robert machnął ręką. – Ale proszę nas zrozumieć, mamy dość siedzenia tutaj. Myślę, że tak naprawdę trzyma nas pan tutaj po to, żeby odwrócić moją uwagę od poszukiwań babci Róży.

– Cierpliwości, chłopcze – odrzekł Stanisław. – Wszystko w swoim czasie. Tutaj jesteście na razie bezpieczni.

– Nie chcę być bezpieczny! – Szykulski odrzucił szpachelek, którym miał zdrapywać rdzę. – Chcę dopaść Luminariusza! – zacisnął pięści.

– Robert ma rację – Harriet poparła go. – Jesteśmy tu zupełnie bezużyteczni, a tymczasem Luminariusz zdobywa moduły! Powinien zapłacić za to, co nam wyrządził.

– Zgadzam się – wtrącił David.

Stanisław popatrzył w twarze młodych ludzi. Świetnie rozumiał ich pobudki. Westchnął, po czym odparł:

– Kieruje wami chęć zemsty, a to niedobrze – pokręcił z niezadowoleniem głową. – Zemsta przyćmiewa wasze umysły – czubkami palców dotknął wymownie skroni.

– Mówi pan jak Yoda – Robert przewrócił oczami.

– Bo w pewnym sensie jestem waszym mistrzem – Stanisław potoczył władczym spojrzeniem.

– Myślałem, że zależy panu na tym, by uwolnić babcię, a teraz zaczynam w to wątpić. Zwleka pan i przeciąga chwilę wyjazdu – Robert atakował nieustępliwie.

Tym razem spokój Stanisława prysł.

– Sądzisz, że mnie nie zależy tak jak tobie na uwolnieniu Róży?! – jego głos zadrżał, gdy wymawiał imię pani Szykulskiej. – Otóż czekam tylko na ten moment, by dać w kość Luminariuszowi, ale musimy zaczekać aż popełni jakiś błąd i wreszcie dowiemy się, co zamierza. Moi ludzie obserwują Koalicję.

– Pana emerytowani przyjaciele? – zaciekawił się David.

– A żebyś wiedział! – odciął się Stanisław. – Są o wiele mądrzejsi niż się wam, młodym, wydaje.

Robert przestał się kłócić.

– Wiedzą, gdzie jest babcia? – zapytał już spokojniej.

– Jeszcze nie. Dobrze ją ukrył. Ale nawet, gdybyśmy wiedzieli, gdzie ona jest i tak musielibyście wykonać najpierw inne zadanie.

– Inne? O czym pan mówi? – Harriet nie mogła pojąć, co mogłoby być ważniejsze.

Stanisław ciągnął jednak niewzruszony:

– Róża prosiła mnie o to.

– Nim została porwana? – Robert zmarszczył brwi.

– Tak.

– No więc o co chodzi?

– Róża prosiła, by w przypadku, gdy coś się jej stanie… – Stanisław zawiesił na moment głos, a po chwili podjął: – …przekazać ci ważną wiadomość – popatrzył głęboko w zielone oczy chłopca.

Robert poruszył się niespokojnie. Harriet i David podeszli bliżej.

– Jaką wiadomość? – Szykulski ponaglił Stanisława.

– Musisz wrócić do Bydgoszczy i odnaleźć dokumentację modułów, którą tak bardzo chce zdobyć Koalicja.

– Jest ukryta u mnie w domu? – Robert potrząsnął głową z niedowierzaniem.

– Najwyraźniej tak.

David i Harriet wymienili ze sobą spojrzenia.

– Babcia wie, gdzie znajduje się ta dokumentacja?

– Nie, Robercie. Prosiła tylko, aby przekazać ci to, gdy nadejdzie właściwy czas.

– Właściwy czas? Jak to rozumieć?

– Gdy będziesz gotowy – uściślił Stanisław. – Róża nie chciała, żebyś zbyt wcześnie mierzył się z czymś, co mogłoby cię przerosnąć.

Robert prychnął niezadowolony.

– To dlatego babcia nie pozwalała mi chodzić do pracowni rodziców! – olśniło go nagle. – W pracowni muszą znajdować się te dokumenty. O rany, ale ona przecież została splądrowana. Może ktoś już przejął plany modułów.

– Nie sądzę – zaprzeczył Stanisław. – Sama Róża nie potrafiła ich odnaleźć.

– Babcia też ich szukała?

– Miała nadzieję, że cię ochroni. Starała się opóźnić bieg wydarzeń. Ale niestety Luminariusz okazał się sprytniejszy i wciągnął was przedwcześnie w tę historię.

– Nie wiem, czy przedwcześnie, może nawet za późno – wtrąciła z przekąsem Harriet. – Robert miał babcię, która kiedyś by mu w końcu powiedziała o wszystkim, a my z Davidem, jak te dwie sieroty, jeszcze długo żylibyśmy w nieświadomości.

– To niezupełnie prawda – odrzekł półgębkiem Stanisław, ale Harriet i David nie dosłyszeli, co mówi.

– Sądzicie, że dokumentacja nadal tam jest? – David powątpiewał w taką możliwość.

– Oby. Musicie ją odszukać – rzekł Stanisław. – Elpidia Winter była widziana w Bydgoszczy.

– Elpidia? – Robert zadrżał. – W Bydgoszczy…?

Kiedy wyobraził sobie niebezpieczną zabójczynię spacerującą ulicami jego miasta, dostał gęsiej skórki.

– Nasze mieszkanie jest opuszczone, każdy może się tam teraz dostać. Elpidia na pewno znalazła już plany – Robert uświadomił sobie z rozpaczą. Jeśli ona tam była, nie miał już po co jechać do domu.

– Wszystko jest możliwe. Ale nad mieszkaniem i pracownią czuwa nasza przyjaciółka z Klubu Ogrodnika – Stanisław zaśmiał się filuternie.

Roberta to nie pocieszyło. Wszyscy z Klubu byli starzy, a Elpidia młoda, groźna i bezwzględna. Zapewne nie tylko ona myszkowała teraz po laboratorium. Każdy mógł tam wejść, może nawet sam Siergiej Żukow przysłał swoich oprychów. Raz już przecież jego agenci śledzili go w Bydgoszczy, znają miasto i na pewno znowu się tam pojawili.

– Kiedy wyruszamy? – zapytał Robert.

– Jutro – oświadczył Stanisław i odszedł do swojego namiotu. – Przygotujcie się.

– Wreszcie skończy się ta udręka – ucieszył się David, ocierając czoło z potu. Wszystko było lepsze niż to wyczerpujące szkolenie.

– Dostaliście zadanie? – Z zazdrością zawołała za nimi Kate, najbardziej zarozumiała dziewczyna z drugiej grupy.

– Jasne, a co myślałaś – odburknął jej David. – Jesteśmy najlepsi! – skłamał.

– Widok zawodu na twarzy Kate – bezcenne – zaśmiał się do Harriet, po czym z radością wpadł do namiotu i zaczął pakować plecak.

Rozdział #3

Elpidia Winter, stojąc przy oknie, obserwowała ukradkiem ulicę.

– Co za nudy – mruknęła zdegustowana. Odkąd zamieszkała naprzeciw mieszkania Szykulskich, wprost umierała z nudów. Na ulicy Cieszkowskiego nic się nie działo. Młody Szykulski z resztą dzieciaków zniknął zaraz po akcji w Omanie i nikt nie był w stanie ich odnaleźć. Elpidia i Luminariusz zachodzili w głowę, jak to możliwe? Istniały dwie opcje: albo były tak cwane, albo nie żyły.

– Wszystko przez tę głupią staruchę – Elpidia warknęła do swoich ukochanych ptaszków w klatce. – Pojawiła się tam i zepsuła całą misternie zaplanowaną akcję – miała na myśli panią Różę.

Nikt się tego nie spodziewał, nawet sam Luminariusz. Dzieciakom ktoś pomagał, to było aż nazbyt oczywiste. Choć wszystko wskazywało na to, że zginęły gdzieś na bezkresnej i bezlitosnej pustyni, Elpidia wiedziała swoje: póki nie ma ciał, gra toczy się dalej. Trzeba tylko cierpliwe poczekać. W Cardiff i w Los Angeles inni agenci Koalicji czekali, aż pojawią się tam Harriet i David. Lecz Elpidia miała przeczucie, że to w Bydgoszczy zjawią się najpierw. Z grona naukowców pracujących nad modułami, to właśnie Szykulscy pierwsi zorientowali się, że coś jest nie w porządku z firmą ich zatrudniającą. Robert tego nie wiedział, ale jego matka przypadkiem odkryła, że Electric Orbit kieruje ktoś inny niż dyrektor, z którym się kontaktowała. Pewnego dnia, nieumówiona zjawiła się w jednym z biur, w którym zwykle wraz z mężem i ludźmi firmy omawiali pewne sprawy. Tego dnia pomieszczenia biurowe i laboratoryjne były puste. Dosłownie ogołocone. Żaden ślad nie wskazywał na to, że jeszcze kilka dni wcześniej miejsce to tętniło życiem. W popłochu wróciła do domu i opowiedziała o wszystkim mężowi. Elpidia wiedziała o tym z podsłuchu, ponieważ mieszkanie Szykulskich od samego początku było inwigilowane. Szykulscy w pośpiechu zaplanowali wyprawę w góry. Na resztę tej historii padł cień tajemnicy. Nawet Elpidia do końca nie wiedziała, co tak naprawdę wydarzyło się w Andach i w jaki sposób zginęli pozostali naukowcy. Podejrzewała, że ani Luminariusz, ani szef Koalicji nie mówią jej całej prawdy. Dla nich była tylko łowcą głów. Uśmiechnęła się do siebie kwaśno. Elpidia miała swoje dalekosiężne plany, a Siergiej Żukow jej w tym pomoże. Na razie jednak musiała wykonać powierzone jej zadanie, choćby miała przy nim zanudzić się na śmierć.

Nie było niczego bardziej nużącego niż obserwacja. Na szczęście nie musiała przez całą dobę tkwić przy oknie lub wałęsać się po ulicach. Od czego miała swoje ptaszki. Z chytrym uśmieszkiem otworzyła drzwiczki klatki i wyciągnęła jednego z nieruchomych roboptaszków. Posadziła wróbla na parapecie i otworzyła mu okno. Chwilę później ptaszek jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ożył. Rozpostarł skrzydełka i wyfrunął z mieszkania. Maleńki robocik szpiegowski wyruszył patrolować ulice Bydgoszczy. Sterowanie nim było śmiesznie łatwe – wystarczyło mieć smartfona z odpowiednią aplikacją. Wypuszczanie roboptaszków było dla Elpidii największą rozrywką tego dnia. Dzięki ich oczom mogła podejrzeć wszystko. A dziś los okazał się dla niej wyjątkowo łaskawy. Jeden z ptaszków wyszpiegował trzy postacie przemykające ulicą Gdańską…

– Mam was! – Elpidia skoczyła na równe nogi, obserwując obraz z kamerki umieszczonej w roboptaszku.

***

– Nie wiem, czy to bezpieczne, żebyśmy pojawiali się w twoim domu – David czuł ucisk w żołądku. – Na pewno zastawili na nas pułapkę, a ty uparłeś się, że pójdziemy tam sami.

– Chcesz, żeby pan Stanisław ciągle nas niańczył? Przecież sam nie mogłeś się doczekać, kiedy się od niego uwolnimy – Robert przypomniał.

– Właśnie, zdecyduj się, Ferguson – wtrąciła Harriet. – Cieszyłeś się, gdy opuszczaliśmy Saharę. Nie mogłeś się doczekać przylotu do Polski. Całkiem tu ładnie – oceniła, rozglądając się. Wiele z mijanych pięknych, zabytkowych kamienic bogatych w secesyjne ornamenty i sztukaterie odzyskało swój dawny blask.

Przyjaciele zdążali ulicą Gdańską. Robertowi chwilami zdawało się, że to sen, tak dawno już nie widział swojego miasta. Powinien cieszyć się, że powrócił, jednak im bliżej domu się znajdował, tym większy smutek go ogarniał. Po śmierci rodziców czekała na niego choć babcia. A teraz? Dom będzie zupełnie pusty.

Harriet domyślała się, co czuł w tej chwili Robert. Ona najlepiej wiedziała, czym jest samotność.

– Słuchaj – zatrzymała się obok księgarni o dwóch dużych witrynach wypełnionych książkami. – Wszystko będzie dobrze, odnajdziemy dokumentację, a potem twoją babcię i…

Próbowała pocieszyć Roberta, lecz dalsze jej słowa zagłuszył przejeżdżający ulicą tramwaj.

Robert i tak nie słuchał, co mówi Harriet. Tramwaj zatrzymał się na przystanku, wysypali się z niego pasażerowie, inni wsiedli i drzwi wagonu zamknęły się z charakterystycznym łoskotem.

Siedzący na dachu przystanku wróbel ani drgnął.

Robert przyjrzał mu się z namysłem. Rozpoznał w nim robotę szalonego konstruktora mieszkającego w kanałach ściekowych Pragi.

Harriet spojrzała z ukosa na Szykulskiego. Wydawał się czymś zaniepokojony.

– Słyszałeś w ogóle co do ciebie mówiłam?

– Co?

– No jasne! – Harriet wywróciła oczami. – Ja się tu produkuję, żeby cię pocieszyć, a ty masz mnie w nosie – nadąsała się. – Halo, tu ziemia!

Robert popatrzył uważnie na dziewczynę.

– Nie o to chodzi, Harriet, że nie chcę cię słuchać, po prostu zauważyłem roboptaszka Koalicji.

– Gdzie? – David zaczął obracać się w kółko przerażony.

– Cii, pst! Przestań tak tańczyć – Robert syknął. – Namierzają nas.

Harriet poczuła chłód w sercu.

– Chyba nie powinniśmy spodziewać się powitalnego bukietu w twoim domu – stwierdziła. – Gdzie on jest? – dyskretnie wodziła oczami.

– Tam, na dachu przystanku, ten wróbel – odparł Robert, ledwie poruszając ustami jak brzuchomówca.

– Nie widzę, niczego tam nie ma – stwierdziła Harriet.

Robert odwrócił głowę.

– Faktycznie, już odleciał.

– Może zdawało ci się, co? – David spytał z nadzieją. – Że też nie ma tu Stanisława.

– A ten znowu swoje – Harriet pokręciła głową. – Chcieliśmy przecież wykonać to zadanie sami. Jesteśmy już teraz o wiele mądrzejsi.

– Ja tam nie czuję się Napoleonem – David wzdrygnął ramionami.

– Taktykę zostaw więc nam – Harriet odpowiedziała.

– To może genialni stratedzy powiedzą, co zamierzają teraz zrobić?

– To, co oni – Robert zacisnął usta. – Chodźcie za mną.

Przeprowadził przyjaciół na drugą stronę ulicy i skierował się na plac Wolności, do parku Kazimierza Wielkiego. Minęli słynną, wciąż rekonstruowaną fontannę Potop i ukryli się w cieniu wiekowych drzew okalających parkowy staw. Szykulski wyciągnął z plecaka roboptaszka, prezent od profesora Novaka, i niepostrzeżenie wypuścił go w powietrze.

– Sprawdzimy, gdzie się ukrywają, zanim wejdziemy do mieszkania.

David uśmiechnął się, obserwując lecącego ku ulicy Cieszkowskiego roboptaszka i ludzi, zupełnie nieświadomych, że oto nad ich głowami toczy się właśnie pojedynek robotów.

Rozdział #4

– Widzisz coś? – David dopytywał się niecierpliwie, zerkając Robertowi przez ramię na ekran smartfona. Robot patrolował ulicę Gdańską, potem Cieszkowskiego i zbliżał się do kamienicy Szykulskich.

– Na razie nic.

Robert uważnie obserwował każdego przechodnia. Żaden nie wydał mu się podejrzany.

– Na pewno są w twoim domu.

– Harriet ma rację, czekają tam na nas – David nerwowo pocierał dłonie.

– Zaraz zajrzę do środka – Robert w skupieniu sterował robotem tak, aby zatrzymał się na wysokości okna. Kamery umieszczone w jego oczach rejestrowały ruch w podczerwieni, a dodatkowo zamontowany rentgen prześwietlał niezbyt grube mury. – Ustawię zbliżenie…

Maleńki robot przysiadł na parapecie i zajrzał do wnętrza mieszkania.

– I co?

– Nic.

– Jak to nic? – denerwowała się Harriet.

– Nie ma oznak żadnego ruchu wewnątrz.

– A podsłuch? Na pewno się schowali.

– Żadnych dźwięków, żadnych rozmów, jakby nikogo tam nie było – Robert stwierdził.

– A może ci się zdawało? – David miał taką nadzieję. – Może to wcale nie był robot tylko zwyczajny ptak?

– Sam już nie wiem. Może jestem przewrażliwiony – Robert potarł nos.

– Co dalej? – Harriet stanęła w wyczekującej pozie.

– No cóż, musimy tam wejść. Zachowamy najwyższą ostrożność – Robert na wszelki wypadek zostawił roboptaszka na parapecie okna, aby cały czas monitorować sytuację. Kierując się w stronę domu, zerkał na wyświetlacz telefonu. Nadal nie dostrzegał nic niepokojącego.

Tuż przed drzwiami kamienicy zatrzymała ich pani Emilia Fąferek.

– Robercie! Gdzieś ty się chłopcze podziewał? – wykrzyknęła na widok młodego Szykulskiego.

– Byłem na wakacjach, właśnie wróciłem na parę dni – bąknął zmieszany.

– A twoja babcia? Też jej dawno nie widziałam. Czy dobrze się czuje? Już zastanawiałyśmy się z sąsiadkami, czy czasem nie wezwać policji. Zniknęła tak nagle. Obawiałyśmy się, że coś mogło się jej stać, wiadomo przecież, jakie teraz są czasy.

– Ee… Babcia jest na działce – Robert zmyślił na poczekaniu. Nie chciał, aby ktokolwiek dowiedział się o tym, co się wydarzyło. Policja ani sąsiedzi nic tu przecież nie pomogą.

– To dziwne – Emilia Fąferek zmarszczyła nos. – Lutka Poznatowska była tam niedawno, bo też ma działkę, ale nie widziała Róży. A jej altana była zamknięta.

– Może babcia akurat pojechała na zakupy? – podsunął Robert.

Sąsiadka pokiwała głową, a potem podejrzliwie zaczęła przyglądać się Harriet i Davidowi.

– A ci twoi przyjaciele, to co za jedni?

– Nie zna ich pani, poznaliśmy się na obozie językowym – Robert próbował zbyć wścibską sąsiadkę. – Proszę nam wybaczyć, ale musimy się pośpieszyć. Wpadliśmy tylko na chwilę, babcia na nas czeka na działce – dodał, robiąc znaczącą minę, żeby sąsiadka wreszcie się odczepiła.

Robert skinął na przyjaciół, którzy nie zrozumieli ani słowa z tej rozmowy prowadzonej po polsku i już łapał klamkę drzwi kamienicy, gdy naraz odwrócił się. Pani Fąferek była największą plotkarą na ulicy. Jeśli kręciłby się tutaj ktoś obcy, ktoś z Koalicji, ona na pewno by go zauważyła i to prędzej niż jakikolwiek roboptaszek.

– Pani Emilio – zagadnął, starając się nadać swojemu głosowi całkiem zwyczajny ton – czy na naszej ulicy nie kręcił się ostatnio nikt podejrzany?

Sąsiadka ściągnęła w namyśle brwi.

– A dlaczego pytasz?

Chłopak poczuł się jak na przesłuchaniu.

– No wie pani, nasze mieszkanie stało puste, a teraz tylu złodziei kręci się dookoła…

Robert wiedział, że temat złodziei i przestępstw jest bliski sercu pani Fąferek. Z namiętnością czytywała brukowe magazyny, wyławiając z nich najbardziej ponure kąski. Tym razem jej pasja mogła się na coś przydać.

I rzeczywiście oczy pani Emilii rozbłysły jak dwa słońca.

– Och, żebyś wiedział, ilu teraz degeneratów chodzi po świecie! – potrząsnęła dłonią, w której trzymała pęk kopru potrzebny do kiszenia ogórków. – Ostatnio czytałam o jednym takim, co…

Robert nie pozwolił pani Fąferek się rozkręcić:

– Ale czy na naszej ulicy zauważyła pani kogoś dziwnego? Obcego?

Sąsiadka namyśliła się.

– Nie. Na szczęście ja i moje koleżanki nie pozwoliłybyśmy, żeby kręcił się tu jakiś zbir – rzekła z godnością. – Nikogo nie zauważyłyśmy. Ale chciałabym ci powiedzieć o tym, co przeczytałam…

– Dziękuję, naprawdę nie mamy czasu, może innym razem – rzucił szybko Robert i popychając swoich przyjaciół, wszedł do kamienicy i zatrzasnął za sobą drzwi.

– Uff – odetchnął z ulgą, opierając się o nie po drugiej stronie. – Co za wścibskie babsko.

– Czego ona chciała? – zaciekawiła się Harriet.

– Tematu do plotek – podsumował Robert i czym prędzej skierował się do swojego mieszkania.

– Chyba naprawdę nikt z Koalicji tu jeszcze nie dotarł, pani Fąferek by o tym wiedziała – mruknął.

Harriet zaśmiała się.

David również się rozluźnił i poczuł się całkiem swobodnie.

– Mogę się czegoś napić?

– Jasne, zajrzyj do lodówki, coś tam powinno być – poradził Robert. Otworzył okno, aby ściągnąć z parapetu swojego roboptaszka. Zostawił je otwarte, żeby nieco przewietrzyć pokoje, w domu było okropnie duszno.

– Wygląda na to, że naprawdę nikogo tutaj nie ma – stwierdził, gdy obszedł wszystkie kąty.

– Najlepiej będzie, jeśli od razu zabierzemy się za szukanie dokumentacji, a potem będziemy mogli odpocząć.

– Zaczniemy najpierw od pracowni – Robert podszedł do szafki, by odszukać klucz, który zwykle babcia tak dobrze chowała.

Rozdział #5

– Gdzie jest ten klucz? – Robert przewracał naczynia, garnki i miski.

Harriet rozbawiona patrzyła na te poszukiwania.

– Twoja babcia go tak schowała?

– Ehe – Robert na czworakach przetrząsał szafkę pod zlewem. Znalazł w niej tylko cuchnącą, poczerniałą skórkę od banana, która pewnie nie trafiła kiedyś do kosza na odpadki.

– Nie chciała, żebyś chodził do pracowni? – spytał David.

– Jak widzisz. Lepiej mi pomóż. Sprawdź w tych szufladach, a ty Harriet przejrzyj kubki w szafce u góry.

– Okej.

Harriet zaglądała do każdego kubka z osobna. David wywracał szufladę ze sztućcami, a Robert otworzył szafę, w której babcia trzymała przyprawy, galaretki, proszki do pieczenia i inne niezbędne produkty. Pogmerał między nimi, aż wreszcie uradowany wykrzyknął:

– I to jest, proszę państwa, strzał w dziesiątkę – powiódł triumfującym wzrokiem po twarzach przyjaciół. Między paczkami rozmarynu a tymianku, tkwił klucz do pracowni. – Idziemy na górę. Uprzedzam tylko, że może tam być okropny bałagan po włamaniu.

Ilekroć Robert wchodził po tych schodach, zawsze silne wzruszenie ściskało mu gardło. Tym razem cieszył się, że nie jest sam, że towarzyszą mu David i Harriet. Świadomość, iż w domu zabrakło również babci, była nie do zniesienia. Chęć działania, uratowania jej dawała mu teraz siłę napędową. Gdyby nie pan Stanisław i przyjaciele, którzy znajdowali się w równie trudnej sytuacji, pewnie pogrążyłby się w czarnej rozpaczy i straciłby ochotę do życia.

Z namaszczeniem przekręcił klucz w zamku. Spodziewał się bałaganu, poprzewracanych przedmiotów, ale ku swojemu zdumieniu ujrzał, że laboratorium zostało uporządkowane. Wyglądało prawie tak, jak przed włamaniem. Jedynie kilka uszkodzonych rurek i potłuczona lampa świadczyła o tym, co się wydarzyło.

– Nawet okno babcia wymieniła – Robert obejrzał nowy świetlik w dachu. – Zdążyła to zrobić, zanim wyjechała do Omanu, żeby mnie chronić – szepnął, gdy sobie uświadomił ten fakt.

– Naprawdę, niezwykła z niej kobieta – Harriet podeszła do Roberta.

– Tak, wiem – wierzchem dłoni otarł łzę, która niebezpiecznie nabrzmiała w kąciku oka.

– U mojej mamy było nieco podobnie – melancholijny nastrój udzielił się również Davidowi. Chodził wokół przeróżnych dokończonych i niedokończonych urządzeń i dotykał ich dłonią.

– Słuchajcie, musimy wykonać zadanie, skupmy się na tym, bo za chwilę wszyscy się rozkleimy i nic z tego nie wyniknie – powiedziała Harriet. – Skoro ktoś już tutaj szukał dokumentacji i jej nie znalazł, a twoja babcia twierdzi, że nadal tu jest, to gdzie może być?

Robert ogarnął wzrokiem całą pracownię.

– Kurczę, nie mam pojęcia. – Spojrzał na swoje stopy. – Może gdzieś pod podłogą?

– Mamy zdzierać podłogę? – przeraził się David. – Rany!

– Pomyślmy, skoro ty miałeś odnaleźć dokumentację, rodzice musieli zostawić wskazówki czytelne tylko dla ciebie – rozsądnie zauważyła Harriet.

„Albo jestem taki głupi, albo nie rozumiem tych wskazówek” – Robert wciąż się rozglądał po pracowni i zaglądał w każdy zakamarek. Nagle jego wzrok padł na pożółkły, nieco pognieciony dziecinny rysunek składający się z bazgrołów, kresek i kropek, przypięty pinezkami do pochyłego sufitu tuż nad biurkiem mamy. To był projekt latającego samochodu, który wykonał, gdy miał dwa lata. Mama wtedy orzekła, że jest rokującym wynalazcą i żeby zrobić przyjemność synkowi, zawiesiła rysunek nad swoim biurkiem. Robert podszedł bliżej. Wyciągnął pinezki i zdjął kartkę. Pod nią nic nie było. Ale po chwili jedna rzecz go uderzyła. Miejsce pod rysunkiem wyglądało na niedawno pomalowane.

Stuknął w nie palcem. Odpowiedział mu głuchy pogłos.

– Tam coś jest! – Harriet podekscytowana zastukała jeszcze raz, podczas gdy Robert szukał odpowiedniego narzędzia, którym mógłby zrobić otwór w ścianie.

– Może to się nada…

Chwycił młotek i spróbował przebić się do skrytki. Cienka gipsowa płyta pękła po pierwszym uderzeniu, ukazując niewielki okrągły otwór. W jego wnętrzu tkwiła czarna, plastikowa tuba.

– Plany – wyszeptał David.

Robert