Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 262 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Koalicja szpiegów. Luminariusz - Agnieszka Stelmaszyk

Robert znajduje dziwny list. Sugeruje, że ktoś maczał palce w wypadku jego rodziców. Tylko kto? I dlaczego? W chwili, gdy zaczyna zadawać niewygodne pytania, robi się naprawdę niebezpiecznie. Gdyby Robert był zwykłym trzynastolatkiem, zapewne by się wycofał, albo zgłosił sprawę policji. Ale Robert nie jest zwykłym chłopcem, a policja na niewiele się zda, gdy w grę wchodzą szpiedzy i ich międzynarodowe koalicje…

Opinie o ebooku Koalicja szpiegów. Luminariusz - Agnieszka Stelmaszyk

Fragment ebooka Koalicja szpiegów. Luminariusz - Agnieszka Stelmaszyk

Koalicja Szpiegów

Tekst: Agnieszka Stelmaszyk 

Ilustracje całostronicowe: Daniel Grzeszkiewicz

Redaktor prowadzący: Agnieszka Sobich 

Korekta: Agnieszka Skórzewska 

Projekt i skład okładki, grafika w środku: „black gear”

Projekt graficzny i DTP: Bernard Ptaszyński

© Copyright for text by Agnieszka Stelmaszyk, 2013

© Copyright for the Polish edition 

by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2013

All rights reserved

ISBN 978-83-7895-412-5

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

00-807 Warszawa, Al. Jerozolimskie 96

tel. 22 576 25 50, fax 22 576 25 51

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

Rozdział #1

Robert nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ktoś go śledzi. Niosąc deskorolkę pod pachą, dyskretnie obejrzał się przez ramię. Wciąż podążał za nim rudy, tęgi mężczyzna z wydatnym brzuchem, ubrany w jasne szorty i granatową koszulkę polo. Chłopiec skręcił w ulicę Cieszkowskiego i tuż za rogiem przystanął, udając, że sznuruje buty. Grubas, jak gdyby nigdy nic, przeciął ulicę Cieszkowskiego i poszedł prosto Gdańską.

Robert nie pierwszy już raz widział tego mężczyznę.

– Po co on za mną łazi? – mruknął pod nosem.

Podniósł z ziemi deskorolkę i skierował się do kamienicy, w której mieszkał. Jeszcze pół roku temu Robert Szykulski był zwyczajnym chłopcem, miał mamę i tatę. Ale pewnego dnia rodzice zginęli podczas zdobywania szczytu w Andach. Od tamtej pory mieszkał z babcią, Różą Szykulską. Górne piętro i strych kamienicy zajmowała pracownia rodziców, którzy byli cenionymi naukowcami. Od ich śmierci Robert zbyt często tam nie zaglądał. Każda wizyta w ich pracowni przynosiła zbyt bolesne wspomnienia. Nie pogodził się z ich odejściem i wątpił, że kiedykolwiek to się stanie. Rana w jego sercu była jeszcze zbyt świeża. Miał pewne podejrzenia co do wypadku rodziców, lecz babcia zupełnie ich nie podzielała. Odkąd zaczęły dziać się te wszystkie dziwne rzeczy, myślał wciąż o sprawie niewyjaśnionej śmierci mamy i taty.

Od kilku dni, a właściwie od zakończenia roku szkolnego, ktoś za nim chodził, najczęściej był to ów rudy grubas. Równie dobrze mógł to być zwyczajny zbieg okoliczności, ale Robert postanowił być czujny. Nikomu nie zwierzył się z tego problemu, kumple pewnie by powiedzieli, że popada w paranoję. Chwilami sam tak myślał, jednak przeczucie podpowiadało mu, że niedługo coś się wydarzy.

– Hm… – mruknął i zatopił się w rozmyślaniach.

Minął sklep jubilerski i nagle zatrzymał się. Wydawało mu się, że po dachu jego kamienicy przemknął jakiś cień. Czyżby kominiarz? Robert stał jeszcze chwilę, obserwując dachy sąsiadujących ze sobą budynków, ale niczego więcej nie dostrzegł.

Otworzył drzwi zdobione secesyjną, roślinną ornamentyką i wszedł na chłodny hol kamienicy.

Wbiegał już na schody, gdy kątem oka dostrzegł kopertę wystającą ze skrzynki na listy. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że koperta miała jego ulubiony zielony kolor. Wystawała ze skrzynki, jakby ktoś chciał, żeby zauważył ją właśnie teraz. Jego zdumienie było tym większe, gdy zobaczył, że list zaadresowany jest właśnie do niego. Na kopercie nie było znaczka, więc ktoś musiał go tu dostarczyć osobiście.

Nie otwierając koperty, Robert schował list do kieszeni bluzy. Wszedł do mieszkania, przywitał się z babcią, która pochylona nad garnkami w kuchni szykowała obiad, i od razu zamknął się w swoim pokoju.

Przez moment zastanawiał się, co może zawierać tajemnicza przesyłka, bo z pewnością nie były to rachunki. Podszedł do okna i spojrzał na kopertę pod światło. Z wnętrza prześwitywała kartka. Podręcznym scyzorykiem rozciął kopertę i wyciągnął prostokątny szary kartonik. Widniało na nim kilka zdań, jakby wystukanych na starej maszynie do pisania. Gdy Robert zaczął je czytać, mimo lipcowego upału, poczuł lodowaty dreszcz na karku.

Zdenerwowany usiadł na łóżku.

To jakiś żart? Ktoś sobie chce z niego zakpić? Jeszcze raz zerknął na kartonik opatrzony znakiem „top secret”. Wiadomość przypominała mu notatkę z tajnych, policyjnych akt. Była skierowana bezpośrednio do niego:

Robercie! 

Wiem, że nie wierzysz w wypadek swoich rodziców. I słusznie. Jeśli chcesz poznać prawdę o ich śmierci, musisz przyjechać do Berlina. Spotkamy się w poniedziałek 10 lipca w Muzeum Historii Naturalnej punktualnie o 13.00. Spójrz przez projektor na brachiozaura. On wyjaśni zagadkę przeszłości.

Robert zadrżał. Kilka lat temu, dokładnie 10 lipca, był w tym muzeum razem z mamą. Ojciec miał wtedy prelekcję na jakimś ważnym seminarium. Pamiętał dobrze ten ogromny szkielet brachiozaura w pierwszej sali wystawowej. Kto mógł wiedzieć, że tego właśnie dnia odwiedził muzeum? Skąd miał informację o tamtym zdarzeniu? I kto u licha przysłał tę kartkę? A może data spotkania nie ma nic wspólnego z tamtym wydarzeniem i jest dziełem przypadku? W ostatnim czasie takich przypadków pojawiało się jednak coś za dużo.

Robert odwrócił szary kartonik i zauważył dopisek:

Nikomu nie mów o tym liście, nawet babci. Grozi wam wielkie niebezpieczeństwo. W kopercie znajdziesz bilet na pociąg i pieniądze. Luminariusz

Chłopiec jeszcze raz zajrzał do wnętrza koperty, dopiero teraz zauważył w niej przegródkę. Wsunięty był w nią bilet kolejowy i kilkadziesiąt euro.

– Robercie, zaraz będzie obiad! – Z kuchni dobiegł głos babci.

– Zaraz przyjdę – odkrzyknął mechanicznie, wsuwając wszystko z powrotem do zielonej koperty.

Naraz serce ścisnął mu żal. Dotarło do niego, że będzie musiał zostawić babcię samą. Nieważne, kim był człowiek, który przysłał mu ten list, ów tajemniczy Luminariusz, istotne było tylko to, że osoba podpisana tym imieniem wiedziała coś o śmierci rodziców. Robert musiał się z nim skontaktować. Nawet, jeśli oznaczało to samotną podróż do Berlina. Co z tego, że miał dopiero trzynaście lat!

– Na pewno dam sobie radę – mruknął z właściwą sobie wiarą we własne siły i odrobiną niefrasobliwości, która czasem sprowadzała na niego kłopoty.

Naraz przypomniał sobie ten dziwny cień na dachu. Schował list pod poduszkę i poszedł do kuchni.

– Babciu, gdzie jest klucz do pracowni rodziców?

Ręka babci trzymająca napełnioną zupą chochlę zawisła w powietrzu.

– A dlaczego pytasz akurat teraz? – głos babci zadrżał od emocji.

– Chciałbym coś sprawdzić.

Pionowa zmarszczka niezadowolenia przecięła czoło pani Róży.

– Co chcesz sprawdzić? To chyba nie jest dobry pomysł. Tam wszystko jest tak, jak zostawili… Głos babci załamał się.

– Wiem, właśnie dlatego chcę tam zajrzeć i chwilę pobyć, rozumiesz babciu?

Pani Róża wiedziała, że wnuk czasem przesiaduje w laboratorium, szczególnie gdy popadał w kłopoty. Tak jakby szukał wtedy kontaktu z rodzicami i ich porady. Bolała nad tym, że nie jest w stanie zapewnić mu pełnej, rodzicielskiej opieki, takiej, jakiej potrzebują chłopcy w jego wieku.

Westchnęła, ukrywając smutek.

– Najpierw zjedz obiad. Babcia nalała porcję pomidorowej do głębokiego talerza. – Na drugie danie zrobiłam sznycle z indyka – uśmiechnęła się zachęcająco.

Robert zignorował drugie danie. Wiedział, że babcia stara się go odwieść od pójścia do pracowni, ponieważ każda taka wizyta kończyła się jego rozdrażnieniem i gorszym humorem.

– Wydawało mi się, że ktoś chodził po naszym dachu, może złodziej? Trzeba sprawdzić, czy nikt nie wlazł do laboratorium – Robert chciał wytłumaczyć powód odwiedzenia pracowni rodziców.

Po twarzy pani Róży przemknął ledwie dostrzegalny cień. Po dłuższym wahaniu podeszła do kuchennego kredensu i z szuflady wyciągnęła dość duży klucz.

– Pójdę z tobą – oświadczyła. – Otworzę, zobaczysz, że wszystko jest w porządku, a potem zamykamy i wracamy na obiad.

– Okej, niech będzie – Roberta to nie satysfakcjonowało, chciał sam pomyszkować, ale zgodził się pójść na kompromis. Postara się przyuważyć, gdzie babcia schowa klucz tym razem i sam się później zakradnie do pracowni. Ciągle kładła go w innym miejscu i nie miał pojęcia dlaczego.

Tymczasem babcia przykryła garnek z zupą pokrywką, wytarła wilgotne dłonie w fartuch i razem z wnukiem wyszła na korytarz.

Schody na wyższe piętro i strych trzeszczały ze starości. Pani Róża drżącą ręką włożyła klucz do zamka. Przekręciła go i otworzyła metalowe drzwi. W nozdrza uderzył ich dziwny zapach: mieszanina chemikaliów, smarów i różnych urządzeń. Okna zasłonięte ciężkimi kotarami prawie nie przepuszczały światła, ale i tak widok był wstrząsający…

Z piersi Roberta wyrwał się okrzyk.

– Mój Boże, kto to zrobił? – babcia załamała ręce.

– Wiedziałem! Ktoś się włamał – Robert ze zdumieniem wodził wzrokiem po zdemolowanej pracowni. Sprzęty i przeróżne urządzenia były po prze wracane, zawartość szuflad walała się stertami na podłodze.

– Ale jak się tu dostał, przecież gdy wchodziliśmy, drzwi były nadal zamknięte, okna chyba też

– babcia odsłoniła zakurzoną kotarę, wpuszczając tym samym światło dnia.

– Weszli dachem…! – Robert wskazał pochyły sufit. Niewielkie strychowe okno było niedomknięte, a jego rama uszkodzona.

– No tak, to możliwe – babcia pokiwała głową.

Robert okrążył pracownię, starając się nie nadepnąć na któryś z przedmiotów, by jeszcze nie dopełnić zniszczeń.

– Trzeba sprawdzić, co zginęło i zawiadomić policję! – powiedział z naciskiem.

– Spokojnie, Robercie, to pewnie zwykły złodziejaszek. Posprzątam sama, nie potrzeba policji, jeszcze by tylko zrobili większy bałagan – pani Róża mówiła szybko.

– Ale dlaczego babciu nie chcesz wezwać policji?

– Ton Roberta zabrzmiał nieco ostrzej niż zamierzał. – A może to włamanie ma coś wspólnego ze śmiercią mamy i taty? – spytał zaczepnie, wiedząc, że zirytuje tym babcię, która nie lubiła wracać do tematu wypadku. – Chłopcze – babcia zdenerwowała się – zapewniam cię, że to nie ma nic wspólnego z tym, co się stało. Ostrzegałam ich, żeby nie jechali w te góry… – głos babci załamał się, a jej oczy wypełniły się łzami – …ale nie posłuchali mnie.

Na moment zapadło przygnębiające milczenie.

Tamten dzień znowu stanął Robertowi przed oczami. Rodzice byli już spakowani, ale babcia wciąż prosiła, żeby nie jechali, miała złe przeczucia.

Mama roześmiała się wówczas i powiedziała: „Wszystko będzie dobrze, nie martwcie się, za dwa tygodnie wrócimy”.

Ale nic nie było dobrze. A oni nie wrócili. Spadli w głęboką, niedostępną rozpadlinę, z której nie można było wydobyć ich ciał.

Już nigdy nie wrócili do domu.

Splądrowana pracownia, dziwne typki śledzące Roberta i ten list, który dopiero co otrzymał, musiały się ze sobą łączyć. Było tylko jedno wyjście, aby się dowiedzieć, co tak właściwie się dzieje. W sumie miał z tuzin powodów, żeby pojechać do Berlina i spotkać się z Luminariuszem.

– Chodźmy na obiad, wszystko już pewnie wystygło – pani Róża rąbkiem fartucha otarła oczy. – Potem tu posprzątamy. Zamówię nowe okno – z żalem popatrzyła na okrągły świetlik.

Robert w zamyśleniu posłusznie opuścił pracownię. Ale w jego głowie kłębiło się wiele myśli. Patrząc na splądrowane pomieszczenie, podjął decyzję – jedzie do stolicy Niemiec. Idąc powoli schodami za babcią, układał już plan wyjazdu. Jeśli ma zdążyć na spotkanie, musi się spieszyć. Ma tylko dwadzieścia cztery godziny do odjazdu pociągu. A pozostała mu jeszcze jedna ważna sprawa do załatwienia: przekonać babcię, by pozwoliła mu na tę podróż.

***

Późnym popołudniem Robert oświadczył babci, że wyjeżdża do Berlina na letni obóz językowy. Pani Róża była zaskoczona tą nagłą decyzją o wyjeździe.

– To last minute – Robert tłumaczył jej pośpiesznie. Nie czuł się z tym kłamstwem dobrze, ale nie widział innego sposobu, żeby przekonać babcię, iż właśnie zadzwonił nauczyciel z jego szkoły, ponieważ zwolniło się jedno miejsce w klasowej wycieczce. – Muszę zdecydować się od razu, bo jeśli ja nie pojadę, to na moje miejsce będzie z dziesięciu chętnych! – starał się mówić przekonująco.

Pani Róża spojrzała na wnuka badawczo.

„Może to nawet dobrze, żeby pojechał? – zastanawiała się, siadając przy kuchennym stole. – Przestanie myśleć o włamaniu do pracowni rodziców. Tak, to nawet dobry pomysł”.

– Tylko czemu tak nagle? – zapytała głośno.

– Już ci tłumaczyłem, babciu: Mateusz zachorował, złapał anginę, bo obżerał się lodami i nie może jechać. Ja byłem pierwszy na liście rezerwowej.

– Ale nic mi wcześniej nie mówiłeś o takim wyjeździe.

– No bo nie wierzyłem, że uda mi się na niego załapać. Miejsc było tylko kilka i robiliśmy losowanie, kto pojedzie.

– Aha. Chciałabym jednak porozmawiać z tym nauczycielem. To w końcu wyjazd za granicę. A co z ubezpieczeniem? Ile to kosztuje?

– O nic się nie martw, wszystko funduje szkoła – Robert starał się nie dopuścić do rozmowy babci z rzekomym nauczycielem. Jednak pani Róża nie chciała ustąpić i wzięła telefon do ręki.

– Podasz mi numer?

– Jasne – wnuk burknął ze zrezygnowaną miną.

– Traktujesz mnie jak małe dziecko – dorzucił oburzony. Podał jednak numer telefonu do opiekuna grupy. Babcia chwilę z nim porozmawiała i najwidoczniej uspokojona, odłożyła słuchawkę.

– Rzeczywiście, jest tak jak mówisz – uśmiechnęła się. – Pakuj się więc!

– Dzięki, babciu! – Robert cmoknął panią Różę w policzek.

Pobiegł do swojego pokoju i wyciągnął spod łóżka karton z paroma drobiazgami, które uznał w tej podróży za przydatne. Latarka, scyzoryk, kompas, turystyczne krzesiwo, peleryna przeciwdeszczowa – Robert uśmiechnął się na jej widok – podręczny mini zestaw do pobierania i identyfikowania odcisków palców, komplet do podsłuchu, który kiedyś wypróbował w szkole, inwigilując nauczycieli, co skończyło się naganą i wezwaniem rodziców, i jeszcze kilka innych przedmiotów, których przeznaczenie znał sam Robert. Wszystko to trafiło do plecaka. Babcia w tym czasie szykowała mu kanapki. Biedaczka nie miała pojęcia, że wcale nie rozmawiała z opiekunem grupy, bo takiego wcale nie było, tylko ze starszym kolegą Roberta, który zgodził się wyświadczyć mu tę przysługę.

Nad ranem Robert, żegnany czułymi uściskami babci, wsiadł do taksówki, którą wezwała pani Róża, po tym jak jej wnuk uparł się, żeby nie odprowadzała go na dworzec.

– Babciu, to dopiero byłby obciach gdybyś mnie całowała i żegnała na peronie przy innych chłopakach – urabiał panią Różę. Gdyby zjawiła się z nim na dworcu, zobaczyłaby przecież, że nie ma żadnej klasowej wycieczki!

– Och, ciągle zapominam, że jesteś już taki duży i przestałeś być moim słodkim Robercikiem – pani Róża pieszczotliwe uszczypnęła go w policzek.

– Taksówka czeka – Robert wyjrzał przez kuchenne okno. Zarzucił plecak na ramię i kilka minut później zajmował już miejsce w przedziale pociągu jadącego bezpośrednio do Berlina.

Rozdział #2

Kilka godzin później Robert Szykulski zdyszany wpadł na przestronny przeszklony dziedziniec Muzeum Historii Naturalnej w Berlinie.

Pośrodku stał ogromny oryginalny szkielet brachiozaura, odkryty na początku XX wieku przez niemiecką ekspedycję w Tanzanii. Tym razem dinozaur nie zrobił na nim tak wielkiego wrażenia jak kiedyś. Nie przyjechał po to, żeby go podziwiać. Na zegarku właśnie wybiła godzina trzynasta. Robert podbiegł więc do jednego z projektorów stojących na niewielkim postumencie i zerknął przez okular. W tej samej chwili wyświetliła się informacja:

Hotel Adlon, godz. 15.00
Przybędzie książę Abdullah Aziz

Robert poczuł głęboki zawód. Czy ktoś sobie z niego stroi żarty? Przyjechał sam do Berlina, bo tak kazał mu Luminariusz. Obiecał, że wszystkiego się tu dowie, a tymczasem otrzymuje jakąś głupią informację o księciu?

„Może to nie ta wiadomość” – pomyślał skonsternowany. Chciał podejść do sąsiednich projektorów i je sprawdzić. Jednak przy każdym stały podekscytowane dzieci. Przestępując z nogi na nogę, z irytacją czekał, aż przy którymś zwolni się miejsce. Kiedy wreszcie doczekał się, prócz informacji o dinozaurach nie znalazł żadnej wiadomości dla siebie. A gdy podszedł jeszcze raz do pierwszego projektora, nie było po niej najmniejszego śladu.

– A niech to licho! – zaklął pod nosem. Nagle go olśniło.

– Książę Abdullah! Jasne! – Mrucząc, Robert chodził wokół szkieletów dawno wymarłych gadów. Słyszał już to imię. Przecież to on zlecił rodzicom pracę nad ich ostatnim projektem. Pochodził z Emiratów Arabskich i choć miał zaledwie dwadzieścia lat, był wprost bajecznie bogaty. To od niego zaczął się łańcuszek tych niefortunnych zdarzeń. On również jako ostatni musiał widzieć rodziców, mama mówiła przecież, że jeszcze przed wyprawą spotkają się najpierw z księciem, żeby ustalić jakieś ostatnie szczegóły urządzenia, nad którym pracowali. Jakie? Tego chłopiec nie wiedział. Rodzice nigdy nie byli tak tajemniczy i dyskretni, jak przy tym projekcie. Pierwszy raz nie miał pojęcia, nad czym właściwie pracowali. Zwykle pokazywali mu swoje niezwykłe wynalazki, a Robert od dziecka pomagał im przy konstruowaniu niektórych gadżetów. Inni chłopcy w jego wieku bawili się samochodzikami, a on sam je konstruował z pomocą ojca. Albo miniaturowe robociki, które potem testowali z mamą w kuchni. Czasem wynalazki Brygidy i Marcelego Szykulskich znacznie wyprzedzały epokę i Robert był z tego naprawdę dumny. Nie mógł zrozumieć, dlaczego tym razem odsunęli go od tego projektu i nie pozwolili uczestniczyć w całym procesie tworzenia jakiegoś dziwnego urządzenia. Kilka razy próbował nawet podejrzeć, co robią, ale ojciec bardzo się na niego rozgniewał. Mama wyjawiła tylko, że zlecenie otrzymali od księcia z Emiratów Arabskich.

„Ale jestem głupi! Że też sam nie wpadłem na to, żeby odnaleźć księcia i wyciągnąć z niego wszystko

– Robert łajał się w myślach. – A może to nawet sam Abdullah jest odpowiedzialny za ich śmierć? Może oni wykonali zadanie, a on się ich potem pozbył? To przecież możliwe”.

Robert zerknął na zegarek. Była czternasta. Jeśli chciał zdążyć na piętnastą, musiał się naprawdę śpieszyć. Szybkim krokiem opuścił muzeum, prawie sfrunął ze schodów i pobiegł do stacji metra.

Całe szczęście, że zaopatrzył się wcześniej w bilety. Robert znał Berlin i poruszanie się po mieście nie sprawiało mu większej trudności. Miał też przy sobie kilka użytecznych urządzeń, jak choćby smart fon z nawigacją. Ale ponieważ mógł się rozładować w najmniej sprzyjającym momencie, zaopatrzył się również w tradycyjne papierowe mapy i plany.

Na stacji rozglądał się przez chwilę, aby odszukać właściwy peron, a potem pędem zbiegł z ruchomych schodów, omijając stojących na nich ludzi. Po chwili znalazł się w wagonie kolejki. Zajął wolne miejsce, otarł pot z czoła i odetchnął głęboko.

Kwadrans później szedł ulicą Unter den Linden. Minął sklep, przed którym stał ogromny pluszowy niedźwiedź, symbol Berlina, i grupkę turystów robiących sobie zdjęcie przed tą nieco wyrośniętą maskotką. Innym razem może i Robert też zrobiłby sobie taką zabawną pamiątkę, ale tego dnia miał zupełnie inne sprawy na głowie. Zerknął na zegarek.

„Czego dowiem się od Aziza?” – Ta jedna myśl zaprzątała mu głowę.

Na przejściu dla pieszych zapaliło się zielone światło, więc przebiegł jezdnię i znalazł się na szerokim deptaku biegnącym pośrodku ulicy. Co kilkanaście metrów stały tam budki z napojami i kiełbaskami przyprawionymi mocno curry. Zapach jedzenia zaostrzył jego głód. Kupił dwie kiełbaski, bułkę, colę i usiadł pod czerwonym parasolem. Na wprost miał widok na słynną Bramę Brandenburską zwieńczoną Kwadrygą, a po jego lewej stronie wznosił się majestatyczny, luksusowy hotel Adlon. Siedzący przy sąsiednim stoliku młodzi Japończycy trajkotali wesoło i studiowali przewodnik po Berlinie. Robert spojrzał na nich i westchnął.

„Szczęściarze” – pomyślał. Jeszcze całkiem niedawno on również był takim beztroskim nastolatkiem.

Nagle przed hotelem dało się zauważyć niezwykłe poruszenie. Kilka osób z obsługi z niecierpliwością zaczęło wyglądać na ulicę. Nerwowo poprawiali i wygładzali uniformy, jakby szykowali się na przyjęcie wyjątkowej osobistości. Robert nie spuszczał z nich wzroku. Po kilku minutach przed hotel zajechała kawalkada czarnych, długich limuzyn z przyciemnianymi szybami. Ruch na tej części ulicy prawie zamarł – limuzyny zablokowały inne pojazdy, ale najwyraźniej nikt się tym nie przejmował. Osoba, która przyjechała, naprawdę musiała być kimś ważnym. W końcu nawet w hotelu Adlon nie wszystkich gości witał szpaler utworzony z obsługi i nie każdemu wręczano pokaźne bukiety pięknych kwiatów. Po chwili z jednej z limuzyn, zza szerokich pleców ochroniarzy, wyłonił się niewysoki, pyzaty młody chłopak w czarnym garniturze.

Książę Abdullah Aziz.

To na niego Robert czekał.

Jedynie książę mógł udzielić mu informacji, której tak bardzo potrzebował. Tylko jak się z nim skontaktować? Obstawę miał większą niż prezydent Stanów Zjednoczonych. Robert upił łyk coli i zamyślony spojrzał na ogromną bańkę mydlaną płynącą w powietrzu od strony Bramy Brandenburskiej. Jak zwykle odbywały się tam różne pokazy, a barwny tłum turystów zatrzymywał się, żeby na nie popatrzeć. Mieniąca się tęczowymi kolorami bańka płynęła nad ulicą i nagle pękła, rozpryskując drobinki wody tuż nad czarną limuzyną z orszaku księcia.

A potem stało się coś dziwnego.

Na niewielkim balkoniku jednej z wyższych kondygnacji hotelu, pojawiła się postać w niedbale rozchełstanej koszuli. Gryząc jabłko, dość gruby, rudy mężczyzna jakby od niechcenia rozejrzał się po ulicy. Robert pochylił mocniej głowę nad tekturowym talerzykiem i zatopił plastikowy widelec w kiełbasce currywurst. Kątem oka obserwował zaś grubasa. Od razu go rozpoznał. Dałby sobie rękę uciąć, że to ten sam, który śledził go w Bydgoszczy. To, że teraz pojawił się tutaj, i na dodatek w hotelu Adlon, nie mogło być zbiegiem okoliczności. Może to on włamał się do pracowni rodziców? Wyglądał na jakiegoś agenta. Tylko dla kogo pracował? Może tajemniczy Luminariusz odpowie na to pytanie, gdy Robertowi uda się wreszcie z nim skontaktować osobiście?

Ten rudy musiał być jakimś agentem i na pewno miał towarzyszy, Robert od początku tak czuł. A skoro owi agenci też już tutaj są i zainstalowali się w hotelu, nie będzie lekko. No cóż, oni nie mieli trzynastu lat i nie byli całkiem sami w stolicy Niemiec. To, że Robert był niepełnoletni, trochę komplikowało sprawę, ale posiadał na tyle dużo inteligencji i sprytu, żeby sobie poradzić. Tyle że będzie musiał teraz działać jeszcze ostrożniej.

Tymczasem książę razem ze swoją matką, która otrzymała na powitanie wielki bukiet kwiatów, zniknęli w holu głównym hotelu. Na zewnątrz budynku trwało nadal wypakowywanie ich bagaży. Chłopcy hotelowi uwijali się jak w ukropie przy niezliczonej ilości walizek i walizeczek. Ulica nadal była nieprzejezdna. Robert zjadł kolejną kiełbaskę, zagryzł ją bułką i dopił resztę coli.

– Pycha! – mlasnął.

To był najlepszy posiłek, jaki jadł od momentu, gdy opuścił swój dom. Kanapki babci pochłonął już w pociągu. Otarł serwetką usta i wyrzucił do kosza tekturowy talerzyk i plastikowe sztućce. Zarzucił swój plecak na ramię po czym podszedł do budki z kiełbaskami i oddał szklankę po napoju. Odzyskał euro kaucji i zadowolony włożył je do kieszeni. Musiał teraz oszczędzać każdego eurocenta. Kto wie, jak długo przyjdzie mu podróżować w pojedynkę.

Niedbałym krokiem podszedł do kierowcy jednej z limuzyn, który stał oparty o drzwi i najwyraźniej na coś czekał.

– Fajna bryka! – Robert rzucił pochlebstwo.

– Podoba ci się? – szofer poklepał samochód po dachu.

– Chciałbym się kiedyś takim przejechać – chłopak westchnął z rozmarzeniem w zielonych oczach. Szofer zaśmiał się.

– Musiałbyś być księciem.

– Kto wie, może kiedyś będę – Szykulski powiedział z przekorą.

– Jasne – kierowca limuzyny parsknął śmiechem, spoglądając znacząco na rozciapane trampki Roberta.

– A ten pana książę długo będzie tutaj? – chłopiec spytał z niewinną miną, starając się, by jego pytanie zabrzmiało zupełnie zwyczajnie.

– Przyjechał na tydzień – odparł szofer. – No zmykaj już, mogę wreszcie odjechać – mężczyzna wsiadł do limuzyny, a Robert niepostrzeżenie oddalił się.

Ostatnim spojrzeniem obrzucił hotel Adlon. Grubas na balkonie cofnął się do pokoju. Skoro ci tajemniczy agenci dotarli tutaj przed Robertem, sytuacja znacznie się skomplikowała. Musiał pomyśleć, jak niepostrzeżenie skontaktować się z księciem. Po chwili przyszła mu do głowy myśl – poprosi o po moc swoją zwariowaną przyjaciółkę Ramonę Siegmeier. Jakiś czas temu poznali się na prawdziwym obozie językowym i od tamtej pory utrzymywali ze sobą kontakt.

– Będzie okazja, żeby się spotkać – mruknął.

Nieopodal znajdowała się stacja kolejki metra, więc Robert ruszył w jej kierunku. Po kilkunastu minutach wysiadł w dzielnicy Kreuzberg. Dla pewności zajrzał do planu miasta, upewnił się co do adresu i skierował swoje kroki do domu Ramony.

Rozdział #3

– Ty tutaj? – wysoka, szczupła dziewczyna o brązowych oczach i jasnych, długich włosach uczesanych w kitkę otworzyła drzwi. Ze zdumieniem wpatrywała się w smukłą, dość wysoką sylwetkę stojącego przed nią chłopca. Jego zielone oczy iskrzyły się wesołością, a ciemne i rozwichrzone włosy zawadiacko sterczały mu nad czołem. – Robert? – Ramona dziwiła się niespodziewanej wizycie.

– Cześć! Mam sprawę – chłopak przywitał się z łobuzerskim uśmiechem na ustach, jakby ostatni raz widzieli się dzień wcześniej, a nie rok temu.

– W co się wpakowałeś tym razem? – Ramona zaprosiła go do mieszkania. Rodziców akurat nie było.

– To trochę skomplikowane – zaczął Robert, sadowiąc się na krześle w pokoju Ramony.

– A czy w twoim przypadku kiedyś coś nie było skomplikowane? – zapytała i zaśmiała się wesoło. Po chwili spoważniała i z uwagą przyjrzała się przyjacielowi. Odkąd zmarli jego rodzice, wciąż pakował się w jakieś tarapaty. Wiedziała o tym z krótkich rozmów prowadzonych czasem przez Skype’a. Skoro tak niespodziewanie zjawił się w Berlinie, tym razem musiało to być coś naprawdę poważnego.

Robert zawiesił wzrok na półkach pełnych pucharów i trofeów zdobytych przez Ramonę w zawodach jeździeckich. Uwielbiała konie.

– Dostałem pewien list, właściwie wiadomość…

– zaczął po dłuższej chwili wahania.

– Co to była za wiadomość?

– Dotyczyła śmierci moich rodziców.

– Nadal uważasz, że to nie był zwykły wypadek? – spytała ostrożnie Ramona. Współczuła mu, ale uważała, że wreszcie powinien się pogodzić z ich śmiercią. Tymczasem Robert wciąż uważał, że ich wypadek w Andach nie był zwykłym, nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności. Wiedziała, że pasją jego rodziców były góry i często wyjeżdżali się wspinać. Pech chciał, że ich ostatnia wyprawa skończyła się tragicznie.

– Znasz moje zdanie na ten temat – Robert zacisnął usta.

– A twoja babcia? Co ona o tym wszystkim myśli? Wie, że tu jesteś?

Robert pokręcił przecząco głową. Na jego policzki wypłynął rumieniec.

– Nie powiedziałeś babci, że jedziesz do Berlina? – Ramona domyśliła się. – Na pewno umiera ze strachu o ciebie – dodała z wyrzutem.

– Wie, że jestem w Berlinie, ale nie wie, w jakim celu tutaj przyjechałem. Zrozum, nie mogłem jej powiedzieć. Musiałem wymyślić przekonującą historyjkę, ponieważ ktoś zastrzegł w tej wiadomości, żebym nie mówił babci o liście. Bo będzie groziło jej wielkie niebezpieczeństwo! Tylko ona mi została… Nie mogę jej narażać. Na początku miałem wątpliwości, czy trzymać wszystko w sekrecie, ale od czasu, gdy pojawili się oni…

– Jacy oni?

– Agenci. Ramona przewróciła oczami.

– Możesz mówić jaśniej? Jacy agenci?

– Łazili już za mną od dłuższego czasu.

– Rozmawiałeś o tym z babcią? – Ramona zaniepokoiła się.

– Nie, nie chciałem, żeby się martwiła.

– To skąd wiesz, że to agenci?

– Tak myślę. Jednego z nich właśnie widziałem tutaj, w Berlinie.

– Czego od ciebie chcą?

– Też chciałbym to wiedzieć – Robert w zamyśleniu przegarnął ręką po włosach. – Mogę się je dynie domyślać, że chodzi o projekt, nad którym pracowali rodzice. Zdemolowano ich pracownię, ktoś czegoś w niej szukał.

– I znalazł?

– Nie mam pojęcia. Nie wiem, czego szukał.

– A babcia? Może ona wie?

– W ogóle nie chce ze mną o tym rozmawiać. Była okropnie roztrzęsiona, aż się o nią bałem. Babcia uważa, że to zwyczajny złodziej i zabroniła mi się tą sprawą zajmować. Ale skoro łaził za mną agent, to coś tu śmierdzi…

– A ta wiadomość, którą dostałeś, czego dotyczyła?

– Ktoś chce mi powiedzieć prawdę o śmierci rodziców.

– Może to pułapka? – zasugerowała Ramona.

– Brałem to pod uwagę, ale nie mam wyjścia. Muszę iść tym tropem, muszę dowiedzieć się, dlaczego moi rodzice zginęli. I kto jest za to odpowiedzialny – Robert mściwie zacisnął pięści. – Powiedziałem babci, że wyjeżdżam na dwa tygodnie na obóz językowy, tak jak kiedyś.

– Uwierzyła ci? – Ramona szeroko otworzyła oczy. Robert przez moment ociągał się z odpowiedzią.

– Poprosiłem kolegę, żeby udawał nauczyciela i on, niby opiekun naszej grupy, potwierdził moje słowa.

– Oszukałeś własną babcię? – Ramona spojrzała na Roberta zmieszanym wzrokiem.

– No wiesz… – odchrząknął zażenowany – nie czuję się z tym najlepiej – odparł. – Ale dzięki temu ona nie będzie się zamartwiać i nic nie będzie jej zagrażać. Agenci przyjechali tutaj, najwyraźniej w tym samym celu co ja. To potwierdza, że Luminariusz – człowiek, który przesłał mi wiadomość – mówi prawdę.

– W takim razie, w czym ja mogę ci pomóc? – Ramona domyślała się już, że Robert nie przyszedł tylko po to, żeby ją odwiedzić.

– Muszę skontaktować się z księciem Azizem.

– Co on ma z tym wspólnego?

– To on koordynował projekt, nad którym pracowali rodzice. Mieli skonstruować jakieś urządzenie. Ale nim było gotowe, zginęli. Nic nie wiem o tym przedsięwzięciu, rodzice trzymali mnie od niego z daleka, mówili, że to wielka tajemnica. Książę widział się z nimi jako ostatni. Byli u niego przed wyprawą w Andy, mieli jeszcze omówić ostatnie szczegóły.

– Jak chcesz się z nim skontaktować?

– Jest w Berlinie. Zamieszkał w hotelu Adlon. Wiem od jego kierowcy, że zatrzymał się na tydzień.

– Czuję, że szykuje się niezła zabawa! – Ramona zatarła ręce.

– Musisz mi pomóc, sam nie dam rady. Te typki, które mnie śledziły, są już tutaj. Mnie dobrze znają, ale ciebie nie – chłopak powiedział z chytrym uśmieszkiem.

– Wobec tego, jaki masz plan? – spytała Ramona.

Robert tylko na to czekał. Ramona była świetną kumpelką. Nie zadawała głupich ani typowo babskich pytań. Nigdy nie jęczała, że coś jest niebezpieczne. Można było jej zaufać, o czym już kiedyś miał okazję się przekonać.

– Mniej więcej wygląda to tak…

Rozłożył przed dziewczyną białą serwetkę upapraną musztardą od currywurst i przedstawił naszkicowany wcześniej plan.

Rozdział #4

– Miałeś rację, cały hotel Adlon zamienił się w prawdziwy bastion – Ramona westchnęła. – Z księciem Azizem jest tylko matka, a całe piętro hotelu zostało wynajęte wyłącznie dla księcia i armii pilnujących go goryli. Nawet mucha nie może się między nimi przecisnąć.

– Udało ci się czegoś dowiedzieć? – Robert z niecierpliwością przestępował z nogi na nogę.

– Och, muszę najpierw odpocząć, usiądźmy! – Ramona nie czekając na Roberta, sama usiadła na trawie. – Uwielbiam Tiergarten! – wzięła głęboki oddech i oparła się o pień drzewa.

Robert usiadł obok. Tajemniczy Luminariusz do tej pory nie skontaktował się z nim. Jedyne, co chłopcu pozostało, to prowadzić śledztwo na własną rękę i realizować plan, który dzień wcześniej ustalili z Ramoną. Dziewczyna miała dostać się do hotelu i zebrać garść informacji na temat rzekomego księcia, tak żeby Robert znalazł dogodny moment na rozmowę z tym człowiekiem. Miała w tym pomóc pracująca w hotelu przyjaciółka Ramony. Państwo Siegmeier zgodzili się, by Robert mógł u nich spędzić kilka dni, za co był im ogromnie wdzięczny. Luminariusz najwyraźniej wystawił go do wiatru i chłopak nie miał nawet gdzie przenocować.

– Żaden z agentów chyba nie zwrócił na mnie uwagi – Ramona relacjonowała.

– To dobrze – Robert zadowolony skinął głową. – Czego się dowiedziałaś? Czemu chciałaś, żebyśmy spotkali się właśnie tutaj? – dopytywał niecierpliwie.

Plan zakładał przecież, że Robert nie rzucając się w oczy, będzie czekał na Ramonę w pobliżu hotelu. Ona jednak zadzwoniła do niego i kazała mu iść do Tiergarten i tam czekać naprzeciw Kolumny Zwycięstwa.

– Dlaczego akurat tutaj? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, po czym zerknęła na zegarek. – Bo za pięć minut będzie tutaj książę Abdullah.

– Co? Skąd wiesz? Książę przyjdzie na piknik? – Robert parsknął śmiechem.

– Na piknik nie. Ale chce zobaczyć Berlin z tarasu widokowego – wychylając się zza drzewa, wskazała widoczną wysoką kolumnę ze złoconą figurą Viktorii na jej szczycie.

– Chce stamtąd oglądać Berlin? – zdziwił się Robert.

– Taki ma kaprys – Ramona wzruszyła ramionami. Na potwierdzenie jej słów, przed pomnikiem zatrzymało się kilka czarnych samochodów i po chwili wyskoczyło z nich kilkunastu ochroniarzy. Kolumna została otoczona kordonem. Sprowadzono z góry turystów, a nowych już nie wpuszczano.

– Miałaś rację! – Robert patrzył z podziwem na Ramonę.

– Masz tę swoją okazję, żeby z nim porozmawiać. Przebierz się – wskazała plecak, który ze sobą przyniosła z hotelu. W środku był czarny garnitur i ciemne okulary. Robert nie miał pojęcia, skąd te rzeczy wytrzasnęła. Kiedy się przebrał, wyglądał zupełnie jak członek ochrony księcia Aziza. Udając, że patroluje skrawek parku, dołączył po chwili do pozostałych ochroniarzy w momencie, gdy nadjechała limuzyna księcia. Ramona pozostała w ukryciu, miała obserwować rozwój sytuacji. Robert tymczasem skorzystał z zamieszania, jakie wywołało pojawienie się księcia i niepostrzeżenie zbliżył się do jego samochodu. Abdullah wysiadł i spojrzał na lśniącą w słońcu figurę bogini zwycięstwa.

– Hej, a ty kim jesteś? – Robert poczuł na swoim ramieniu ciężką dłoń. – Nie należysz do naszej ochrony!

Chłopak zadrżał. Został zdemaskowany. Szarpnął się do przodu, musiał zamienić z księciem choć kilka słów.

– Stój! Uwaga! – ochroniarz znowu próbował schwytać Roberta.

Chłopiec był jednak szybszy i stanął naprzeciw księcia.

– O kulki, brulki! – zmiął w ustach swoje ulubione przekleństwo i zbladł. Książę patrzył na niego groźnym wzrokiem.

– Gdzie jest Abdullah? Co tu się dzieje? – Robert wpatrywał się w księcia Azizia, którego zdążył już zasłonić jeden z członków ochrony.

Coś tu było nie tak. Aziz miał niewielką bliznę na podbródku, Robert dobrze ją pamiętał ze zdjęcia, a ten tutaj jej nie miał. Albo Abdullah zrobił sobie operację plastyczną, albo miał brata bliźniaka, albo… to nie był prawdziwy książę!

W chwili, gdy drugi ochroniarz sięgał ręką za kołnierz marynarki Roberta, pomiędzy nich wpadła Ramona, złapała przyjaciela za rękę i pociągnęła za sobą w stronę parku.

– Zgłupiałeś? Co tak stoisz jak słup soli?! Zwiewamy! Pędem!