Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 357 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Klucz Sarah - Tatiana de Rosnay

Akcja książki podejmującej temat czarnych kart w najnowszej historii Francji – dokonywanych przez kolaborujący z Hitlerem rząd Vichy aresztowań rodzin żydowskich, wywożonych potem do obozów koncentracyjnych – toczy się na dwóch płaszczyznach czasowych, które dzieli 60 lat.

Paryż pod niemiecką okupacją, lipiec 1942 roku. Podczas precyzyjnie przygotowanej obławy dziesięcioletnia Sarah i jej rodzice zostają w środku nocy zatrzymani przez francuską policję. Przed opuszczeniem mieszkania, chcąc ratować swego młodszego braciszka, dziewczynka ukrywa go w szafie. Następne dni rodzina Starzyńskich spędza na stadionie kolarskim Vélodrome d’Hiver – pierwszym przystanku na drodze do obozu zagłady. Sarah trafia tam z kluczem do szafy, w której zamknęła brata. Chcąc dotrzymać złożonego mu przyrzeczenia, ucieka z transportu do Auschwitz i próbuje powrócić do Paryża...

Paryż, maj 2002 roku. Amerykańska dziennikarka Julia Jarmond, żona francuskiego architekta, od sześciu lat mieszka i pracuje w stolicy Francji. Przygotowując artykuł o tragicznych wydarzeniach sprzed 60 lat, poznaje historię rodziny Starzyńskich. Zrządzeniem losu splata się ona z przeszłością jej własnej rodziny. Julia postanawia wyjaśnić, co stało się z Sarah. Czy dziewczynka przetrwała wojnę? Tropy prowadzą do dawnego obozu w Beaune-la-Rolande – i dalej za ocean, do Ameryki. Prawda ma swoją cenę – niekiedy bardzo bolesną...

Opinie o ebooku Klucz Sarah - Tatiana de Rosnay

Fragment ebooka Klucz Sarah - Tatiana de Rosnay

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

Ak­cja książ­ki po­dej­mu­ją­cej te­mat czar­nych kart w naj­now­szej hi­sto­rii Fran­cji – do­ko­ny­wa­nych przez ko­la­bo­ru­ją­cy z Hi­tle­rem rząd Vi­chy aresz­to­wań ro­dzin ży­dow­skich, wy­wo­żo­nych po­tem do obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych – to­czy się na dwóch płasz­czy­znach cza­so­wych, któ­re dzie­li 60 lat.

Pa­ryż pod nie­miec­ką oku­pa­cją, li­piec 1942 roku. Pod­czas pre­cy­zyj­nie przy­go­to­wa­nej ob­ła­wy dzie­się­cio­let­nia Sa­rah i jej ro­dzi­ce zo­sta­ją w środ­ku nocy za­trzy­ma­ni przez fran­cu­ską po­li­cję. Przed opusz­cze­niem miesz­ka­nia, chcąc ra­to­wać swe­go młod­sze­go bra­cisz­ka, dziew­czyn­ka ukry­wa go w sza­fie. Na­stęp­ne dni ro­dzi­na Sta­rzyń­skich spę­dza na sta­dio­nie ko­lar­skim Ve­lo­dro­me d’Hi­ver – pierw­szym przy­stan­ku na dro­dze do obo­zu za­gła­dy. Sa­rah tra­fia tam z klu­czem do sza­fy, w któ­rej za­mknę­ła bra­ta. Chcąc do­trzy­mać zło­żo­ne­go mu przy­rze­cze­nia, ucie­ka z trans­por­tu do Au­schwitz i pró­bu­je po­wró­cić do Pa­ry­ża…

Pa­ryż, maj 2002 roku. Ame­ry­kań­ska dzien­ni­kar­ka Ju­lia Jar­mond, żona fran­cu­skie­go ar­chi­tek­ta, od sze­ściu lat miesz­ka i pra­cu­je w sto­li­cy Fran­cji. Przy­go­to­wu­jąc ar­ty­kuł o tra­gicz­nych wy­da­rze­niach sprzed 60 lat, po­zna­je hi­sto­rię ro­dzi­ny Sta­rzyń­skich. Zrzą­dze­niem losu spla­ta się ona z prze­szło­ścią jej wła­snej ro­dzi­ny. Ju­lia po­sta­na­wia wy­ja­śnić, co sta­ło się z Sa­rah. Czy dziew­czyn­ka prze­trwa­ła woj­nę? Tro­py pro­wa­dzą do daw­ne­go obo­zu w Be­au­ne-la-Ro­lan­de – i da­lej za oce­an, do Ame­ry­ki. Praw­da ma swo­ją cenę – nie­kie­dy bar­dzo bo­le­sną…

TA­TIA­NA DE RO­SNAY

Fran­cu­ska pi­sar­ka, dzien­ni­kar­ka, kry­tyk li­te­rac­ki. Uro­dzi­ła się w Pa­ry­żu w ro­dzi­nie o ko­rze­niach fran­cu­sko-an­giel­sko-ro­syj­skich, a wy­cho­wy­wa­ła w Pa­ry­żu i Bo­sto­nie, gdzie w la­tach 70. jej oj­ciec wy­kła­dał na MIT. W 1980 pod­ję­ła stu­dia na Uni­wer­sy­te­cie An­glii Wschod­niej w Nor­wich w Wiel­kiej Bry­ta­nii i uzy­ska­ła ty­tuł li­cen­cja­ta z li­te­ra­tu­ry an­giel­skiej. Po po­wro­cie do Pa­ry­ża zo­sta­ła rzecz­ni­kiem pra­so­wym domu au­kcyj­ne­go Chri­stie’s, a na­stęp­nie re­dak­to­rem w mie­sięcz­ni­ku „Va­ni­ty Fair”. Obec­nie na sta­łe współ­pra­cu­je z cza­so­pi­sma­mi „Elle” i „Psy­cho­lo­gies”. Do­ro­bek li­te­rac­ki de Ro­snay obej­mu­je 12 po­wie­ści, z cze­go trzy po­wsta­ły w ję­zy­ku an­giel­skim. Jej naj­gło­śniej­sza książ­ka, Klucz Sa­rah, uka­za­ła się w 40 kra­jach, a łącz­na sprze­daż ty­tu­łu osią­gnę­ła 9 mi­lio­nów eg­zem­pla­rzy. Na po­pu­lar­ność po­wie­ści nie­wąt­pli­wy wpływ mia­ła ad­ap­ta­cja fil­mo­wa z 2009 z Kri­stin Scott Tho­mas w roli Ju­lii. W opu­bli­ko­wa­nym przez „Le Fi­ga­ro” w 2011 ran­kin­gu naj­chęt­niej czy­ta­nych fran­cu­skich pi­sa­rzy Ta­tia­na de Ro­snay zaj­mu­je pią­te miej­sce.

www.ta­tia­na­de­ro­snay.com

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

ELLE S’AP­PE­LA­IT SA­RAH/SA­RAH’S KEY

Co­py­ri­ght © Edi­tions He­lo­ise d’Or­mes­son 2006

Co­py­ri­ght © Ta­tia­na de Ro­snay 2007

All ri­ghts re­se­rved

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Li­te­ra­ry Agen­cy Agen­ce de l’Est

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Ma­ciej Sul­mic­ki 2007

Re­dak­cja: Anna Ko­wal­ska

Ilu­stra­cja na okład­ce: La­ri­sa Lo­fit­skaya/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 989-83-7985-000-6

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Mo­jej mat­ce Stel­li

Mo­jej pięk­nej, bun­tow­ni­czej Char­lot­te

Pa­mię­ci mo­jej bab­ci Na­ta­chy (1914–2005)

Od autora

Bo­ha­te­ro­wie tej po­wie­ści to po­sta­cie cał­ko­wi­cie fik­cyj­ne. Jed­nak nie­któ­re z opi­sa­nych wy­da­rzeń są praw­dzi­we – przede wszyst­kim te, któ­re mia­ły miej­sce w oku­po­wa­nej Fran­cji la­tem 1942 roku, a zwłasz­cza ma­so­we aresz­to­wa­nia i prze­trzy­my­wa­nie Ży­dów w Ve­lo­dro­me d’Hi­ver, do któ­rych do­szło w cen­trum Pa­ry­ża 16 lip­ca 1942.

Książ­ka ta nie jest pra­cą hi­sto­rycz­ną i nie aspi­ru­je do sta­tu­su ta­ko­wej. Jest moim spo­so­bem na zło­że­nie hoł­du dzie­ciom z Vel’ d’Hiv’. Dzie­ciom, któ­re nig­dy nie wró­ci­ły.

Oraz tym, któ­re prze­ży­ły, by dać świa­dec­two.

Mój Boże! Co ten kraj robi ze mną? Sko­ro od­rzu­cił mnie, spójrz­my na nie­go chłod­no, pa­trz­my, jak tra­ci swój ho­nor i gi­nie.

Irène Némi­ro­vsky, Fran­cu­ska su­ita (1942)

O Ty­gry­sie, w gę­stwi­nie nocy

Go­re­ją­cy, ja­kiej mocy

Nie­śmier­tel­na dłoń lub oczy

Mo­gły stwo­rzyć twej sy­me­trii gro­zę?

Wil­liam Bla­ke, Pie­śni do­świad­cze­nia

(przeł. Ro­man Kle­win, za: S. Ba­rań­czak, Oca­lo­ne w tłu­ma­cze­niu, Wy­daw­nic­two a5, Po­znań 1992, s. 49)

Pa­ryż, li­piec 1942

Dziew­czyn­ka pierw­sza usły­sza­ła gło­śne wa­le­nie do drzwi. Jej po­kój znaj­do­wał się naj­bli­żej wej­ścia do miesz­ka­nia. Na po­cząt­ku, za­spa­na, my­śla­ła, że to oj­ciec wra­ca z ukry­cia w piw­ni­cy. Za­po­mniał klu­czy i nie­cier­pli­wił się, że nikt nie usły­szał ci­che­go pu­ka­nia. Wte­dy usły­sza­ła głos, do­no­śny i bru­tal­ny w głu­szy nocy. Na pew­no nie przy­po­mi­nał gło­su ojca. „Po­li­cja! Otwie­rać! Na­tych­miast!”. W miesz­ka­niu znów roz­brzmia­ło do­bi­ja­nie się do drzwi, tym ra­zem gło­śniej­sze. Czu­ła je w ca­łym cie­le, aż do szpi­ku ko­ści. Jej młod­szy brat po­ru­szył się przez sen w są­sied­nim łóż­ku. „Po­li­cja! Otwie­rać! Otwie­rać!”. Pró­bo­wa­ła zo­rien­to­wać się, któ­ra może być go­dzi­na. Spoj­rza­ła przez okno. Na dwo­rze wciąż było ciem­no.

Bała się. Pa­mię­ta­ła kil­ka ci­chych roz­mów, pod­słu­cha­nych nie­daw­no póź­no w nocy, kie­dy ro­dzi­ce my­śle­li, że już śpi. Pod­kra­dła się wte­dy do drzwi du­że­go po­ko­ju i słu­cha­ła, pa­trząc przez nie­wiel­ką szpa­rę mię­dzy de­ska­mi. Ner­wo­wy głos ojca. Za­nie­po­ko­jo­na twarz mat­ki. Mó­wi­li swo­im ro­dzi­mym ję­zy­kiem, któ­ry dziew­czyn­ka ro­zu­mia­ła, choć nie mó­wi­ła nim rów­nie płyn­nie. Oj­ciec szep­tał, że nad­cho­dzą cięż­kie cza­sy, że będą mu­sie­li być dziel­ni i bar­dzo ostroż­ni. Uży­wał dziw­nych, nie­zna­nych słów: „obo­zy”, „aresz­to­wa­nia, ma­so­we aresz­to­wa­nia”, „ob­ła­wy o świ­cie”. Dziew­czyn­ka za­sta­na­wia­ła się, co one wszyst­kie zna­czą. Oj­ciec po­wie­dział ci­cho, że za­gro­że­ni są je­dy­nie męż­czyź­ni, a nie ko­bie­ty i dzie­ci, więc co noc bę­dzie się ukry­wał w piw­ni­cy.

Rano wy­ja­śnił dziew­czyn­ce, że dla bez­pie­czeń­stwa przez ja­kiś czas bę­dzie sy­piał na dole. Do­pó­ki się nie uspo­koi. Co do­kład­nie ma się uspo­ko­ić? – za­sta­na­wia­ła się dziew­czyn­ka. Na czym po­le­gał ten spo­kój? Kie­dy to coś bę­dzie zno­wu spo­koj­ne? Chcia­ła się do­wie­dzieć, co zna­czy­ły te „obo­zy” i „ob­ła­wy”, o któ­rych mó­wił, ale bała się przy­znać, że pod­słu­chi­wa­ła ro­dzi­ców, i to kil­ka­krot­nie. Nie od­wa­ży­ła się więc za­dać py­ta­nia.

– Otwie­rać! Po­li­cja!

Czy po­li­cjan­ci zna­leź­li tatę w piw­ni­cy? Czy dla­te­go tu przy­szli? Czy za­bio­rą go do miej­sca, o któ­rym wspo­mi­nał szep­tem o pół­no­cy, do jed­ne­go z od­le­głych obo­zów poza mia­stem?

Dziew­czyn­ka po­spiesz­nie, ale bez­sze­lest­nie po­drep­ta­ła do po­ko­ju mat­ki na koń­cu ko­ry­ta­rza. Mat­ka obu­dzi­ła się od razu, gdy tyl­ko po­czu­ła dłoń na swo­im ra­mie­niu.

– To po­li­cja, ma­man – szep­nę­ła dziew­czyn­ka. – Do­bi­ja­ją się do drzwi.

Mat­ka wy­su­nę­ła nogi spod koł­dry i od­gar­nę­ła wło­sy z czo­ła. Dziew­czyn­ce wy­da­wa­ło się, że wy­glą­da na zmę­czo­ną, spra­wia wra­że­nie sta­rej, jak­by mia­ła znacz­nie wię­cej niż trzy­dzie­ści lat.

– Czy przy­szli za­brać tatę? – Głos dziew­czyn­ki był roz­pacz­li­wy, trzy­ma­ła mat­kę za ręce. – Czy przy­szli po nie­go?

Mat­ka nie od­po­wie­dzia­ła. Na ko­ry­ta­rzu zno­wu sły­chać było gło­śne roz­ka­zy. Po­spiesz­nie wło­ży­ła szla­frok, po czym wzię­ła dziew­czyn­kę za rękę i po­de­szły do drzwi. Mia­ła go­rą­cą i spo­co­ną dłoń. Jak u dziec­ka, po­my­śla­ła dziew­czyn­ka.

– Słu­cham – po­wie­dzia­ła nie­śmia­ło mat­ka, nie od­su­wa­jąc za­suw­ki.

Mę­ski głos wy­krzyk­nął jej imię i na­zwi­sko.

– Tak, mon­sieur, to ja – od­po­wie­dzia­ła. Wy­raź­nie sły­chać było jej ak­cent.

– Otwie­rać. Na­tych­miast. Po­li­cja.

Mat­ka ukry­ła twarz w dło­niach. Dziew­czyn­ka za­uwa­ży­ła, że jest strasz­nie bla­da. Mat­ka znie­ru­cho­mia­ła. Wy­da­wa­ła się wy­czer­pa­na, nie­zdol­na do ja­kie­go­kol­wiek ru­chu. Dziew­czyn­ka nig­dy nie wi­dzia­ła ta­kie­go stra­chu na twa­rzy mat­ki. Była zroz­pa­czo­na, czu­ła su­chość w ustach.

Męż­czyź­ni zno­wu za­czę­li do­bi­jać się do drzwi. Mat­ka otwo­rzy­ła je nie­zdar­ny­mi, drżą­cy­mi rę­ka­mi. Dziew­czyn­ka wzdry­gnę­ła się, spo­dzie­wa­jąc się wi­do­ku sza­ro­zie­lo­nych mun­du­rów.

Za drzwia­mi sta­ło dwóch męż­czyzn. Je­den z nich był po­li­cjan­tem, ubra­nym w ciem­no­nie­bie­ską, dłu­gą do ko­lan pe­le­ry­nę i cy­lin­drycz­ną czap­kę z dasz­kiem. Dru­gi miał na so­bie be­żo­wy płaszcz prze­ciw­desz­czo­wy. W ręku trzy­mał li­stę. Raz jesz­cze od­czy­tał imię i na­zwi­sko mat­ki. Na­stęp­nie ojca. Mó­wił płyn­ną fran­cusz­czy­zną. Za­tem je­ste­śmy bez­piecz­ni, po­my­śla­ła dziew­czyn­ka. Je­śli są Fran­cu­za­mi, a nie Niem­ca­mi, nic nam nie gro­zi. Je­śli są Fran­cu­za­mi, nie zro­bią nam nic złe­go.

Mat­ka przy­cią­gnę­ła dziew­czyn­kę do sie­bie. Przez szla­frok czuć było, jak wali jej ser­ce. Dziew­czyn­ka chcia­ła ode­pchnąć mat­kę, chcia­ła, aby jej mat­ka wy­pro­sto­wa­ła się i spoj­rza­ła męż­czy­znom pro­sto w oczy, aby prze­sta­ła się ku­lić ze stra­chu, aby po­wstrzy­ma­ła ser­ce, któ­re ło­mo­ta­ło jak u prze­stra­szo­ne­go zwie­rzę­cia. Chcia­ła, aby jej mat­ka była od­waż­na.

– Mo­je­go męża… nie ma w domu – wy­ją­ka­ła mat­ka. – Nie wiem, gdzie jest. Nie wiem.

Męż­czy­zna w be­żo­wym płasz­czu ode­pchnął je i wszedł do miesz­ka­nia.

– Niech się ma­da­me po­spie­szy. Ma­cie dzie­sięć mi­nut. Spa­kuj­cie parę ubrań. Tyle, aby wy­star­czy­ło na kil­ka dni.

Mat­ka wciąż sta­ła w miej­scu. Pa­trzy­ła sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi na po­li­cjan­ta, sto­ją­ce­go na klat­ce, ty­łem do drzwi. Wy­da­wał się obo­jęt­ny, znu­dzo­ny. Po­ło­ży­ła rękę na jego gra­na­to­wym rę­ka­wie.

– Pro­szę pana, pro­szę… – za­czę­ła.

Po­li­cjant ob­ró­cił się, strą­ca­jąc jej dłoń. Ob­rzu­cił mat­kę i dziew­czyn­kę zim­nym, po­zba­wio­nym wy­ra­zu spoj­rze­niem.

– Sły­sza­ła pani? Idzie pani z nami. Cór­ka też. Pro­szę wy­ko­ny­wać po­le­ce­nia!

Pa­ryż, maj 2002

Ber­trand spóź­niał się jak zwy­kle. Nie chcia­łam mieć mu tego za złe, ale bez po­wo­dze­nia. Znu­dzo­na Zoë opie­ra­ła się o ścia­nę. Przy­po­mi­na­ła swo­je­go ojca do tego stop­nia, że cza­sem aż mnie to ba­wi­ło. Jed­nak dzi­siaj nie było mi do śmie­chu. Pod­nio­słam wzrok, by spoj­rzeć na sta­ry, wy­so­ki bu­dy­nek. Miesz­ka­nie Mamé – sta­re miesz­ka­nie bab­ki Ber­tran­da. Mie­li­śmy tu za­miesz­kać, opu­ścić ha­ła­śli­wy bo­ule­vard du Mont­par­nas­se z nie­ustan­nym wy­ciem ka­re­tek pę­dzą­cych do jed­ne­go z trzech po­bli­skich szpi­ta­li, ka­fej­ki i re­stau­ra­cje i za­miesz­kać w tej ci­chej, wą­skiej ulicz­ce na pra­wym brze­gu Se­kwa­ny.

Nie zna­łam zbyt do­brze dziel­ni­cy Ma­ra­is, choć po­dzi­wia­łam jej nie­co sy­pią­ce się pięk­no. Czy by­łam za­do­wo­lo­na z prze­pro­wadz­ki? Trud­no po­wie­dzieć. Ber­trand tak na­praw­dę nie spy­tał mnie o zda­nie. W za­sa­dzie pra­wie w ogó­le nie omó­wi­li­śmy za­sad­no­ści tej de­cy­zji. Ber­trand, tak jak miał to w zwy­cza­ju, po pro­stu za­brał się do ro­bo­ty. Beze mnie.

– Jest – po­wie­dzia­ła Zoë. – Spóź­nił się tyl­ko pół go­dzi­ny.

Pa­trzy­ły­śmy, jak Ber­trand idzie uli­cą swo­im cha­rak­te­ry­stycz­nym zmy­sło­wym kro­kiem. Smu­kły, ciem­no­wło­sy, sek­sow­ny, ar­che­ty­picz­ny Fran­cuz. Jak zwy­kle roz­ma­wiał przez te­le­fon. Za nim wi­dać było bro­da­te, za­ró­żo­wio­ne ob­li­cze jego wspól­ni­ka, An­to­ine’a. Mie­li biu­ro na rue de l’Ar­ca­de, tuż za ko­ścio­łem Ma­de­le­ine. Ber­trand pra­co­wał w pra­cow­ni ar­chi­tek­to­nicz­nej jesz­cze przed na­szym ślu­bem, a wła­sną za­ło­żył z An­to­ine’em pięć lat temu.

Ber­trand po­ma­chał do nas, po czym wska­zał na te­le­fon, marsz­cząc brwi i krę­cąc gło­wą.

– Jak­by nie mógł po­wie­dzieć, że musi koń­czyć – po­wie­dzia­ła zgryź­li­wie Zoë. – Ja­sne.

Zoë mia­ła za­le­d­wie je­de­na­ście lat, ale chwi­la­mi wy­da­wa­ło się, że jest już na­sto­lat­ką. Po pierw­sze, ze wzglę­du na wzrost – gó­ro­wa­ła nad wszyst­ki­mi ko­le­żan­ka­mi. Sto­pa­mi też je prze­ra­stam, do­da­wa­ła po­nu­ro. A po dru­gie, z po­wo­du pew­ne­go przed­wcze­sne­go bla­sku, któ­ry nie­raz po­wo­do­wał, że za­pie­ra­ło mi dech w pier­siach. Było coś doj­rza­łe­go w jej po­waż­nym spoj­rze­niu piw­nych oczu i w jej spo­so­bie pod­no­sze­nia bro­dy, gdy była za­my­ślo­na. Wi­dzia­łam to od za­wsze, na­wet we wcze­snym dzie­ciń­stwie. Spo­koj­na, doj­rza­ła, cza­sem zbyt doj­rza­ła jak na swój wiek.

An­to­ine przy­szedł przy­wi­tać się z nami, pod­czas gdy Ber­trand roz­ma­wiał da­lej, do­sta­tecz­nie gło­śno, by sły­sza­ła go cała uli­ca, wy­ma­chi­wał przy tym rę­ka­mi, krzy­wiąc się i ob­ra­ca­jąc od cza­su do cza­su, by na­brać pew­no­ści, że wsłu­chu­je­my się w każ­de jego sło­wo.

– Ma pro­blem z ko­le­gą po fa­chu – wy­ja­śnił An­to­ine, uśmie­cha­jąc się dys­kret­nie.

– Kon­ku­ren­cja? – spy­ta­ła Zoë.

– Tak, kon­ku­ren­cja – od­parł An­to­ine.

Zoë wes­tchnę­ła.

– To zna­czy, że mo­że­my tu stać przez cały dzień.

Wpa­dłam na pe­wien po­mysł.

– An­to­ine, czy masz może klucz do miesz­ka­nia ma­da­me Tézac?

– Owszem, mam, Ju­lio – rzekł z uśmie­chem. An­to­ine za­wsze od­po­wia­dał po an­giel­sku na moje wy­po­wie­dzi po fran­cu­sku. Pew­nie ro­bił to, bo chciał być miły, jed­nak efekt był od­wrot­ny do za­mie­rzo­ne­go. Wy­da­wa­ło mi się, że mój fran­cu­ski wciąż nie jest na od­po­wied­nim po­zio­mie, mimo że miesz­ka­łam tu od tak daw­na.

An­to­ine za­ma­szy­ście wy­jął klucz. Po­sta­no­wi­li­śmy wejść we trój­kę na górę. Zoë wy­stu­ka­ła swo­imi zwin­ny­mi pal­ca­mi kod w do­mo­fo­nie. Przez chłod­ne, za­sy­pa­ne li­ść­mi po­dwór­ko po­szli­śmy do win­dy.

– Nie cier­pię tej win­dy – po­wie­dzia­ła Zoë. – Papa po­wi­nien coś z nią zro­bić.

– Ko­cha­nie – zwró­ci­łam uwa­gę – on re­mon­tu­je miesz­ka­nie two­jej pra­bab­ci, a nie cały bu­dy­nek.

– I tak po­wi­nien coś z nią zro­bić.

Gdy cze­ka­li­śmy na win­dę, moja ko­mór­ka za­brzmia­ła mo­ty­wem z Gwiezd­nych wo­jen. Spoj­rza­łam na nu­mer mru­ga­ją­cy na wy­świe­tla­czu. Dzwo­nił Jo­shua, mój szef.

– Co tam? – ode­bra­łam.

Jo­shua mó­wił zwięź­le i do­rzecz­nie. Jak zwy­kle.

– Je­steś po­trzeb­na przed trze­cią. Koń­czy­my nu­mer lip­co­wy. Bez od­bio­ru.

– Gee whiz, o kur­czę – po­wie­dzia­łam bez­ce­re­mo­nial­nie. Usły­sza­łam śmiech po dru­giej stro­nie li­nii. Jo­shua za­wsze lu­bił, gdy mó­wi­łam gee whiz. Może przy­po­mi­na­ło mu to mło­dzień­cze lata. An­to­ine wy­da­wał się roz­ba­wio­ny mo­imi sta­ro­mod­ny­mi ame­ry­ka­ni­zma­mi. Wy­obra­zi­łam go so­bie, jak na osob­no­ści pró­bu­je je po­wta­rzać z tym swo­im fran­cu­skim ak­cen­tem.

Win­da była z ga­tun­ku tych, któ­re moż­na zna­leźć tyl­ko w Pa­ry­żu: mia­ła ma­lut­ką ka­bi­nę za­my­ka­ną prze­su­wa­ną ręcz­nie że­la­zną kra­tą i po­dwój­ny­mi drew­nia­ny­mi drzwia­mi wa­ha­dło­wy­mi, któ­re za każ­dym ra­zem za­my­ka­ły się na to­bie. Ści­śnię­ta po­mię­dzy Zoë a An­to­ine’em – mu­szę przy­znać, że nie­co prze­sa­dzał ze swo­ją wodą ko­loń­ską mar­ki Ve­ti­ver – zer­k­nę­łam na swo­ją twarz w lu­strze, gdy win­da je­cha­ła w górę. Spra­wia­łam wra­że­nie rów­nie zmę­czo­nej i zu­ży­tej jak ta skrzy­pią­ca win­da. Gdzie się po­dzia­ła mło­dzień­cza pięk­ność z Bo­sto­nu w sta­nie Mas­sa­chu­setts? Ko­bie­ta, któ­ra spo­glą­da­ła na mnie z lu­stra, była w tym okrop­nym wie­ku przed pięć­dzie­siąt­ką, tej zie­mi ni­czy­jej wiot­cze­ją­cej skó­ry, nad­cho­dzą­cych zmarsz­czek i skra­da­ją­cej się me­no­pau­zy.

– Mnie też się ta win­da nie po­do­ba – po­wie­dzia­łam po­nu­ro.

Zoë uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko i uszczyp­nę­ła mnie w po­li­czek.

– Mamo, na­wet Gwy­neth Pal­trow wy­glą­da­ła­by w tym lu­strze jak strach na wró­ble.

Mu­sia­łam się uśmiech­nąć. Cała Zoë.

Miat­ka za­czę­ła szlo­chać, naj­pierw ci­cho, a po­tem co­raz gło­śniej. Dziew­czyn­ka pa­trzy­ła na nią oszo­ło­mio­na. Nig­dy przez dzie­sięć lat ży­cia nie wi­dzia­ła pła­czą­cej mat­ki. Pa­trzy­ła z kon­ster­na­cją na jej łzy spły­wa­ją­ce po bla­dej twa­rzy. Chcia­ła jej po­wie­dzieć, żeby prze­sta­ła; nie mo­gła znieść wsty­du, jaki przy­no­sił wi­dok mat­ki po­cią­ga­ją­cej no­sem przed tymi nie­zna­jo­my­mi męż­czy­zna­mi. Ale oni nie zwra­ca­li uwa­gi na te łzy. Ka­za­li jej się po­spie­szyć. Nie było cza­su do stra­ce­nia.

W sy­pial­ni chłop­czyk nadal spał.

– Ale do­kąd chce­cie nas za­brać? – spy­ta­ła bła­gal­nym to­nem mat­ka. – Moja cór­ka jest Fran­cuz­ką. Uro­dzi­ła się w Pa­ry­żu. Dla­cze­go ją też chce­cie wziąć? Do­kąd chce­cie nas za­brać?

Męż­czyź­ni mil­cze­li. Byli nie­my­mi, zło­wiesz­czy­mi po­sta­cia­mi gó­ru­ją­cy­mi nad gło­wą dziew­czyn­ki. W oczach mat­ki wi­dać było strach. Po­szła do sy­pial­ni i opa­dła na łóż­ko. Po kil­ku se­kun­dach wy­pro­sto­wa­ła się i zwró­ci­ła do dziew­czyn­ki szep­tem, pra­wie nie po­ru­sza­jąc usta­mi:

– Obudź bra­ta. Obo­je ma­cie się ubrać. Weź tro­chę ubrań dla sie­bie i dla nie­go. Szyb­ko! Szyb­ko, już!

Brat za­nie­mó­wił ze stra­chu, gdy wyj­rzał zza drzwi i zo­ba­czył dwóch męż­czyzn. Pa­trzył, jak jego roz­trzę­sio­na, łka­ją­ca mat­ka pró­bu­je się pa­ko­wać. Ze­brał całą siłę swo­je­go czte­ro­let­nie­go cia­ła i od­ma­wiał wy­ko­na­nia ja­kie­go­kol­wiek ru­chu. Dziew­czyn­ka pró­bo­wa­ła go prze­ko­nać, ale nie słu­chał. Stał nie­ru­cho­mo z rącz­ka­mi skrzy­żo­wa­ny­mi na pier­si.

Dziew­czyn­ka zdję­ła noc­ną ko­szu­lę, po­spiesz­nie wci­snę­ła się w ba­weł­nia­ną bluz­kę i spód­nicz­kę. Wsu­nę­ła sto­py do bu­tów. Brat pa­trzył, jak się ubie­ra. Obo­je sły­sze­li do­cho­dzą­cy z po­ko­ju mat­ki płacz.

– Idę do na­szej taj­nej kry­jów­ki – szep­nął.

– Nie! Idziesz z nami, mu­sisz pójść z nami!

Zła­pa­ła go, jed­nak wy­śli­zgnął jej się z rąk i na czwo­ra­kach prze­do­stał do dłu­giej, głę­bo­kiej szaf­ki ukry­tej w ścia­nie ich sy­pial­ni. Czę­sto się w niej ba­wi­li. Cho­wa­li się tam, za­my­ka­li na klucz i czu­li, jak­by to był ich wła­sny mały dom. Ma­man i papa zna­li tę kry­jów­kę, ale za­wsze uda­wa­li, że nic nie wie­dzą. Wy­krzy­ki­wa­li imio­na dzie­ci i mó­wi­li we­so­ło: „Och, gdzież mo­gły się po­dziać te dzie­ci? Ja­kie to dziw­ne, przed chwi­lą jesz­cze tu były!”. A ona wraz z bra­tem chi­cho­ta­ła ra­do­śnie w ukry­ciu.

Mie­li tam la­tar­kę, parę po­du­szek, kil­ka za­ba­wek i ksią­żek, a na­wet bu­tel­kę, któ­rą ma­man co­dzien­nie na­peł­nia­ła wodą. Bra­ci­szek nie umiał jesz­cze czy­tać, więc dziew­czyn­ka czy­ta­ła mu na głos Ma­łe­go, do­bre­go dia­beł­ka. Uwiel­biał opo­wieść o sie­ro­cie Ka­rol­ku i okrop­nej ma­da­me Mac’mi­che, a szcze­gól­nie to, jak Ka­ro­lek ze­mścił się za wszyst­kie jej okru­cień­stwa. Dziew­czyn­ka czy­ta­ła mu to opo­wia­da­nie wie­le razy.

Wi­dzia­ła, jak twa­rzycz­ka bra­ta pa­trzy na nią z mro­ku. Przy­tu­lo­ny do swo­je­go ulu­bio­ne­go mi­sia chło­piec już się nie bał. Może rze­czy­wi­ście był­by tam bez­piecz­ny. W koń­cu miał wodę i la­tar­kę. Poza tym mógł­by prze­glą­dać ob­raz­ki w książ­ce hra­bi­ny de Ségur – naj­bar­dziej lu­bił ten, któ­ry przed­sta­wiał wspa­nia­łą ze­mstę Ka­rol­ka. Może po­win­na go tam na ra­zie zo­sta­wić. Męż­czyź­ni na pew­no go tu nie znaj­dą. A kie­dy póź­niej w cią­gu dnia po­zwo­lą im już wró­cić do domu, wy­pu­ści go. Poza tym papa, kie­dy w koń­cu wyj­dzie z piw­ni­cy, bę­dzie wie­dział, gdzie szu­kać chłop­ca.

– Bo­isz się? – spy­ta­ła ci­cho. W tej sa­mej chwi­li męż­czyź­ni za­wo­ła­li po­na­gla­ją­co.

– Nie – od­po­wie­dział. – Nie boję się. Za­mknij mnie tu. Nie znaj­dą mnie.

Za­my­ka­jąc drzwicz­ki, za­sło­ni­ła drob­ną bia­łą twarz, po czym ob­ró­ci­ła klucz w zam­ku i wsu­nę­ła go do kie­sze­ni. Za­mek był scho­wa­ny za me­cha­ni­zmem ob­ro­to­wym uda­ją­cym włącz­nik świa­tła. Do­strze­że­nie w bo­aze­rii kon­tu­rów szaf­ki było nie­moż­li­we. Tak, tam bę­dzie bez­piecz­ny. Była tego pew­na.

Dziew­czyn­ka wy­szep­ta­ła jego imię i przy­ło­ży­ła dłoń do drew­na.

– Wró­cę po cie­bie póź­niej. Obie­cu­ję.

Wesz­li­śmy do miesz­ka­nia. Wie­lo­krot­ne pstry­ka­nie wy­łącz­ni­ka­mi świa­tła nie od­nio­sło żad­ne­go skut­ku. An­to­ine otwo­rzył kil­ka okien­nic. Do środ­ka wla­ło się świa­tło sło­necz­ne. Po­ko­je były pu­ste i za­ku­rzo­ne. Po­zba­wio­ny me­bli duży po­kój spra­wiał wra­że­nie ogrom­ne­go. Zło­ci­ste pro­mie­nie kie­ro­wa­ły się uko­sem przez wy­so­kie, brud­ne ta­fle szyb na ciem­no­brą­zo­wy par­kiet.

Ro­zej­rza­łam się po pu­stych pół­kach i ciem­niej­szych pro­sto­ką­tach na ścia­nach, za­zna­cza­ją­cych miej­sca, w któ­rych jesz­cze nie­daw­no wi­sia­ły pięk­ne ob­ra­zy. Przyj­rza­łam się mar­mu­ro­we­mu ko­min­ko­wi, w któ­rym wi­dzia­łam pło­mień roz­pa­la­ne­go zimą ognia. Pa­mię­ta­łam też Mamé wy­cią­ga­ją­cą de­li­kat­ne, bla­de ręce w stro­nę cie­pła.

Po­de­szłam do jed­ne­go z okien i wyj­rza­łam na ci­che zie­lo­ne po­dwór­ko. By­łam za­do­wo­lo­na, że Mamé nie wi­dzia­ła swo­je­go miesz­ka­nia opróż­nio­ne­go. Ten wi­dok za­smu­cił­by ją, tak jak mnie.

– Wciąż pach­nie Mamé – po­wie­dzia­ła Zoë – i per­fu­ma­mi Sha­li­mar.

– I tą strasz­ną Mi­net­te – do­da­łam, marsz­cząc nos. Mi­net­te była ostat­nim zwie­rzę­ciem Mamé, roz­pusz­czo­nym ko­tem sy­jam­skim.

An­to­ine spoj­rzał na mnie, zdzi­wio­ny.

– Kot­ką – wy­ja­śni­łam. Tym ra­zem uży­łam an­giel­skie­go. Oczy­wi­ście wie­dzia­łam, że „kot­ka” po fran­cu­sku to la chat­te, lecz sło­wo to mo­gło też ozna­czać żeń­skie na­rzą­dy płcio­we. A ostat­nią rze­czą, jaką chcia­łam usły­szeć, był gło­śny śmiech An­to­ine’a wy­wo­ła­ny ja­kąś dwu­znacz­no­ścią.

An­to­ine oce­niał lo­kal okiem pro­fe­sjo­na­li­sty.

– In­sta­la­cja elek­trycz­na jest prze­sta­rza­ła – po­wie­dział, wska­zu­jąc na sta­ro­świec­kie bez­piecz­ni­ki z bia­łej por­ce­la­ny. – Zresz­tą grzew­cza też.

Łusz­czą­ca się far­ba na po­kaź­nych roz­mia­rów ka­lo­ry­fe­rach była przy­kry­ta gru­bą war­stwą ku­rzu.

– Po­cze­kaj, aż zo­ba­czysz kuch­nię i ła­zien­ki – od­po­wie­dzia­łam.

– Wan­na stoi na pa­zu­rach – wtrą­ci­ła się Zoë. – Bę­dzie mi ich bra­ko­wa­ło.

An­to­ine ba­dał ścia­ny, ob­stu­ku­jąc je ręką.

– Za­pew­ne chce­cie z Ber­tran­dem prze­ro­bić je cał­ko­wi­cie? – spy­tał, pa­trząc na mnie.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

– Tak na­praw­dę nie wiem, co Ber­trand chce zro­bić. Prze­pro­wa­dze­nie się tu­taj było jego po­my­słem. Mnie to aż tak nie krę­ci­ło. Skła­nia­łam się ra­czej ku cze­muś bar­dziej… prak­tycz­ne­mu. Cze­muś no­we­mu.

An­to­ine uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– Ależ gdy je wy­koń­czy­my, bę­dzie no­wiu­teń­kie.

– Być może. Ale dla mnie bę­dzie to za­wsze miesz­ka­nie Mamé.

Wciąż moż­na było wy­czuć jej obec­ność, mimo że prze­pro­wa­dzi­ła się do domu spo­koj­nej sta­ro­ści dzie­więć mie­się­cy temu. Bab­ka mo­je­go męża miesz­ka­ła tu od lat. Pa­mię­ta­łam na­sze pierw­sze spo­tka­nie szes­na­ście lat temu. By­łam pod wra­że­niem ob­ra­zów sta­rych mi­strzów, mar­mu­ro­we­go ko­min­ka, na któ­rym sta­ły ro­dzin­ne zdję­cia opra­wio­ne w ozdob­ne ramy ze sre­bra, pro­stych, a jed­nak ele­ganc­kich me­bli, roz­licz­nych ksią­żek sto­ją­cych w sze­re­gach na pół­kach bi­blio­te­ki i wiel­kie­go for­te­pia­nu przy­kry­te­go mięk­kim czer­wo­nym ak­sa­mi­tem. To tu­taj po raz pierw­szy ją zo­ba­czy­łam, po raz pierw­szy po­da­łam jej rękę, wciąż czu­jąc się nie­zręcz­nie z tym, co moja sio­stra Char­la na­zwa­ła „tym cią­głym fran­cu­skim ob­ca­ło­wy­wa­niem”.

Pa­ry­żan­ce nie po­da­wa­ło się dło­ni, na­wet je­że­li wi­dzia­ło się ją po raz pierw­szy w ży­ciu. Ca­ło­wa­ło się ją, raz w każ­dy po­li­czek.

Wte­dy jesz­cze tego nie wie­dzia­łam.

Męż­czy­zna w be­żo­wym płasz­czu raz jesz­cze przyj­rzał się li­ście.

– Za­raz – po­wie­dział – bra­ku­je jed­ne­go dziec­ka. Chłop­ca.

Od­czy­tał jego imię.

Dziew­czyn­ce ser­ce sta­nę­ło w gar­dle. Mat­ka spoj­rza­ła na nią. Dziew­czyn­ka przy­ło­ży­ła pa­lec do ust na tyle szyb­ko, by nie do­strze­gli tego męż­czyź­ni.

– Gdzie jest chło­piec? – Głos męż­czy­zny nie zno­sił sprze­ci­wu.

Dziew­czyn­ka zro­bi­ła krok na­przód, za­ła­mu­jąc ręce.

– Mo­je­go bra­ta tu nie ma, mon­sieur – po­wie­dzia­ła swo­ją do­sko­na­łą fran­cusz­czy­zną, ję­zy­kiem oso­by tu­tej­szej. – Wy­je­chał na po­cząt­ku mie­sią­ca z pa­ro­ma ko­le­ga­mi. Na wieś.

Męż­czy­zna w płasz­czu przyj­rzał się jej uważ­nie, po czym ski­nął po­spiesz­nie na po­li­cjan­ta.

– Prze­szu­kaj miesz­ka­nie, byle szyb­ko. Być może oj­ciec też się tu ukry­wa.

Po­li­cjant za­czął prze­szu­ki­wać miesz­ka­nie, po­kój po po­ko­ju, nie­zdar­nie otwie­ra­jąc drzwi, za­glą­da­jąc pod łóż­ka i do szaf.

Wsłu­chu­jąc się w od­gło­sy do­cho­dzą­ce z ko­lej­nych po­koi, męż­czy­zna w płasz­czu cho­dził w kół­ko. W chwi­li gdy był od­wró­co­ny ple­ca­mi, dziew­czyn­ka szyb­kim ru­chem po­ka­za­ła mat­ce klucz. Papa przyj­dzie i go za­bie­rze, papa przyj­dzie po nie­go, po­wie­dzia­ła bez­gło­śnie. Mat­ka kiw­nę­ła gło­wą. Zda­wa­ło się, że mówi: Do­brze, ro­zu­miem, gdzie jest chło­piec. Jed­nak po chwi­li zmarsz­czy­ła brwi, ob­ró­ci­ła dłoń, jak­by prze­krę­ca­ła klucz – gdzie zo­sta­wić klucz pa­pie, skąd bę­dzie wie­dział, gdzie go szu­kać? Męż­czy­zna ob­ró­cił się gwał­tow­nie i za­czął im się przy­glą­dać. Mat­ka znie­ru­cho­mia­ła. Dziew­czyn­ka drża­ła ze stra­chu.

Pa­trzył na nie uważ­nie przez ja­kiś czas, po czym na­gle za­mknął okno.

– Pro­szę pana – po­wie­dzia­ła mat­ka – tu jest tak go­rą­co.

Męż­czy­zna się uśmiech­nął. Dziew­czyn­ka nig­dy nie wi­dzia­ła okrop­niej­sze­go uśmie­chu.

– Mu­si­my je za­my­kać, ma­da­me – od­po­wie­dział. – Dziś rano pew­na pani wy­rzu­ci­ła swo­je dziec­ko przez okno, po czym sama wy­sko­czy­ła. Nie chcie­li­by­śmy, aby to się po­wtó­rzy­ło.

Mat­ka nic nie od­po­wie­dzia­ła, onie­mia­ła ze stra­chu. Dziew­czyn­ka pa­trzy­ła zło­wro­go na męż­czy­znę. Nie­na­wi­dzi­ła go, nie­na­wi­dzi­ła z ca­łej du­szy. Nie­na­wi­dzi­ła jego za­czer­wie­nio­nej twa­rzy, jego wil­got­nych ust, jego chłod­ne­go, mar­twe­go spoj­rze­nia, gdy tak stał z roz­sta­wio­ny­mi no­ga­mi, w fil­co­wym ka­pe­lu­szu zsu­nię­tym na oczy i z rę­ka­mi za­ło­żo­ny­mi za ple­ca­mi.

Nie­na­wi­dzi­ła go z ca­łej siły, tak jak jesz­cze nie zda­rzy­ło jej się w ca­łym ży­ciu, nie­na­wi­dzi­ła go bar­dziej niż tego okrop­ne­go chłop­ca ze szko­ły, tego Da­nie­la, któ­ry szep­tał jej na prze­rwach okrop­ne rze­czy, strasz­ne rze­czy o ak­cen­cie jej mat­ki, o ak­cen­cie jej ojca.

Słu­cha­ła, jak po­li­cjant nie­zdar­nie kon­ty­nu­ował prze­szu­ki­wa­nie miesz­ka­nia. Nie znaj­dzie chłop­ca. Szaf­ka była zbyt do­brze scho­wa­na. Chło­piec bę­dzie bez­piecz­ny. Nig­dy go nie znaj­dą. Nig­dy.

Po­li­cjant wró­cił. Wzru­szył ra­mio­na­mi i po­krę­cił gło­wą.

– Ni­ko­go tu nie ma – stwier­dził.

Męż­czy­zna w płasz­czu po­pchnął mat­kę w stro­nę drzwi. Ka­zał od­dać so­bie klu­cze. Mat­ka prze­ka­za­ła je w mil­cze­niu. Ze­szli ze scho­dów w sze­re­gu, spo­wol­nie­ni tor­ba­mi i pa­kun­ka­mi nie­sio­ny­mi przez mat­kę. Dziew­czyn­ka my­śla­ła po­spiesz­nie: jak może prze­ka­zać klucz ojcu? Gdzie po­win­na go zo­sta­wić? U do­zor­czy­ni? Czy o tej po­rze bę­dzie już na no­gach?

O dzi­wo, do­zor­czy­ni już wsta­ła i cze­ka­ła za swo­imi drzwia­mi. Dziew­czyn­ka do­strze­gła dziw­ny wy­raz jej twa­rzy, jak­by sce­na, któ­rej się przy­glą­da­ła, na­pa­wa­ła ją sa­tys­fak­cją. Skąd taka mina? – po­my­śla­ła dziew­czyn­ka. Dla­cze­go na­wet nie spoj­rzy na mat­kę ani na nią, a tyl­ko na męż­czyzn, jak­by uda­wa­ła, że nie wi­dzi ich obu, jak­by nig­dy ich nie zna­ła. A prze­cież mat­ka za­wsze była dla tej pani miła, od cza­su do cza­su opie­ko­wa­ła się jej dziec­kiem, ma­lut­ką Su­zan­ne, któ­ra czę­sto pła­ka­ła z po­wo­du bólu brzu­cha, a mat­ka była taka cier­pli­wa, śpie­wa­ła Su­zan­ne w swo­im ro­dzi­mym ję­zy­ku, bez koń­ca, a dziec­ko to uwiel­bia­ło i za­sy­pia­ło spo­koj­nie.

– Czy wie pani, gdzie jest oj­ciec i syn? – spy­tał po­li­cjant, prze­ka­zu­jąc do­zor­czy­ni klu­cze do miesz­ka­nia.

Ko­bie­ta wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Wciąż nie pa­trzy­ła na dziew­czyn­kę ani na jej mat­kę. Scho­wa­ła klu­cze do kie­sze­ni po­spiesz­nym, łap­czy­wym ru­chem, któ­ry nie spodo­bał się dziew­czyn­ce.

– Nie – po­wie­dzia­ła po­li­cjan­to­wi. – Męża nie wi­dy­wa­łam ostat­nio zbyt czę­sto. Może się ukry­wa z chłop­cem. Mogą pa­no­wie spraw­dzić w piw­ni­cach albo w po­ko­jach go­spo­dar­czych na stry­chu. Mogę pa­nom po­ka­zać.

Nie­mow­lę w ma­łym miesz­ka­niu za­czę­ło kwi­lić. Do­zor­czy­ni obej­rza­ła się przez ra­mię.

– Nie mamy cza­su – po­wie­dział męż­czy­zna w płasz­czu. – Jest jesz­cze dużo do zro­bie­nia. Wró­ci­my póź­niej, je­śli zaj­dzie taka po­trze­ba.

Do­zor­czy­ni po­szła po pła­czą­ce dziec­ko i przy­ci­snę­ła je do pier­si. Po­wie­dzia­ła, że wie o in­nych ro­dzi­nach w są­sied­nim bu­dyn­ku. Wy­mie­ni­ła ich na­zwi­ska z nie­sma­kiem, jak­by wy­ma­wia­ła prze­kleń­stwo, po­my­śla­ła dziew­czyn­ka, jed­no z tych brzyd­kich słów, któ­rych nig­dy nie po­win­no się uży­wać.

Ber­trand w koń­cu scho­wał te­le­fon do kie­sze­ni i skie­ro­wał uwa­gę na mnie. Uśmiech­nął się w swój cza­ru­ją­cy spo­sób. Dla­cze­go mam tak nie­skoń­cze­nie atrak­cyj­ne­go męża? – po­my­śla­łam po raz n-ty. Daw­no, daw­no temu, kie­dy spo­tka­li­śmy się po raz pierw­szy, na nar­tach w Co­ur­che­vel, we fran­cu­skich Al­pach, miał jesz­cze chło­pię­cą uro­dę. Te­raz, w wie­ku czter­dzie­stu sied­miu lat, był ma­syw­niej­szy i sil­niej­szy. Epa­to­wał mę­sko­ścią, „fran­cu­sko­ścią” i kla­są. Był jak do­bre wino, doj­rze­wa­ją­ce z wdzię­kiem i mocą, pod­czas gdy ja sama czu­łam się, jak­bym utra­ci­ła swo­ją mło­dość gdzieś po­mię­dzy rze­ką Char­les a Se­kwa­ną, przy czym ra­czej nie roz­kwi­ta­łam w wie­ku śred­nim. Je­że­li srebr­ne wło­sy i zmarszcz­ki jak­by pod­kre­śla­ły uro­dę Ber­tran­da, by­łam pew­na, że mo­jej nie słu­żą.

– No i? – po­wie­dział, chwy­ta­jąc mnie nie­dba­le za­bor­czą ręką za ty­łek, nie za­sta­na­wia­jąc się nad spoj­rze­nia­mi wspól­ni­ka czy na­szej cór­ki. – Czyż nie jest wspa­nia­łe?

– Wspa­nia­łe – po­wtó­rzy­ła Zoë. – An­to­ine wła­śnie po­wie­dział, że wszyst­ko trze­ba zro­bić od nowa. Co zna­czy, że pew­nie nie wpro­wa­dzi­my się tu przez ko­lej­ny rok.

Ber­trand się ro­ze­śmiał. Był to wy­jąt­ko­wo za­raź­li­wy śmiech, coś po­mię­dzy hie­ną a sak­so­fo­nem. Na tym po­le­gał pro­blem z moim mę­żem. Uwiel­biał ko­rzy­stać do gra­nic moż­li­wo­ści ze swo­je­go odu­rza­ją­ce­go uro­ku. Za­sta­na­wia­łam się, po kim go miał. Po ro­dzi­cach: Co­let­te i Edo­uar­dzie? Sza­le­nie by­strzy, wy­twor­ni, oczy­ta­ni. Ale nie cza­ru­ją­cy. Sio­strach, Céci­le i Lau­re? Do­brze wy­cho­wa­ne, bły­sko­tli­we, o nie­na­gan­nych ma­nie­rach. Ale śmia­ły się tyl­ko wte­dy, gdy uwa­ża­ły, że wy­pa­da. Za­tem za­pew­ne miał go po Mamé – bun­tow­ni­czej, nie­po­kor­nej Mamé.

– An­to­ine jest strasz­nym pe­sy­mi­stą – rzekł ze śmie­chem Ber­trand. – Bę­dzie­my tu miesz­kać już wkrót­ce. Jest dużo do zro­bie­nia, ale za­trud­nię do tego naj­lep­sze eki­py.

Po­szli­śmy za nim dłu­gim, wy­ło­żo­nym skrzy­pią­cą klep­ką ko­ry­ta­rzem, by obej­rzeć sy­pial­nie, któ­rych okna wy­cho­dzi­ły na uli­cę.

– Tej ścia­ny trze­ba się po­zbyć – oznaj­mił Ber­trand, wska­zu­jąc pal­cem, a An­to­ine przy­tak­nął. – Kuch­nia musi być bli­żej. W in­nym przy­pad­ku na­sza dro­ga pan­na Jar­mond uzna ją za im­prac­ti­cal.

Po­wie­dział „nie­prak­tycz­ną” po an­giel­sku, mru­ga­jąc do mnie fry­wol­nie i po­ka­zu­jąc pal­ca­mi małe cu­dzy­sło­wy w po­wie­trzu.

– Cał­kiem spo­re to miesz­ka­nie – zwró­cił uwa­gę An­to­ine. – Zde­cy­do­wa­nie robi wra­że­nie.

– Te­raz tak, lecz daw­niej było dużo mniej­sze, znacz­nie skrom­niej­sze – od­po­wie­dział Ber­trand. – Moim dziad­kom nie żyło się ła­two. Dzia­dek za­ra­biał nie­wie­le. Do­pie­ro w la­tach sześć­dzie­sią­tych za­czę­ło mu się le­piej wieść, wte­dy ku­pił miesz­ka­nie po dru­giej stro­nie ko­ry­ta­rza i je przy­łą­czył.

– Czy­li kie­dy grand-père, dzia­dek, był dziec­kiem, miesz­kał w tej ma­łej czę­ści? – spy­ta­ła Zoë.

– Zga­dza się – po­wie­dział Ber­trand. – W tej oto czę­ści. To był po­kój ro­dzi­ców, a on spał tu­taj. Miał znacz­nie mniej miej­sca.

An­to­ine pu­kał w ścia­nę, za­my­ślo­ny.

– Tak, wiem, o czym my­ślisz – rzekł Ber­trand i uśmiech­nął się. – Chcesz po­łą­czyć te dwa po­ko­je, praw­da?

– Praw­da! – przy­znał An­to­ine.

– To nie jest zły po­mysł, choć trze­ba go jesz­cze prze­my­śleć. Jest tu kło­po­tli­wy ka­wa­łek ścia­ny, póź­niej ci po­ka­żę. Gru­ba bo­aze­ria, rury i tym po­dob­ne w środ­ku. Nie jest to ta­kie pro­ste, jak się wy­da­je.

Spoj­rza­łam na ze­ga­rek – wpół do trze­ciej.

– Mu­szę iść – stwier­dzi­łam. – Mam spo­tka­nie z Jo­shuą.

– A co ro­bi­my z Zoë? – spy­tał Ber­trand.

Zoë wes­tchnę­ła i po­krę­ci­ła gło­wą.

– Wiesz, tato, mogę z po­wro­tem do Mont­par­nas­se po­je­chać au­to­bu­sem.

– A co z lek­cja­mi?

Ko­lej­ne wes­tchnie­nie.

– Tato! Jest śro­da. W śro­dy po po­łu­dniu nie ma za­jęć, pa­mię­tasz?

Ber­trand po­dra­pał się w gło­wę.

– Za mo­ich cza­sów.

– Nie było lek­cji w czwart­ki, mie­li­śmy wol­ne czwart­ki – wy­re­cy­to­wa­ła Zoë.

– Ab­sur­dal­ne fran­cu­skie szkol­nic­two – wes­tchnę­łam. – A do tego jesz­cze za­ję­cia w so­bot­nie po­ran­ki!

An­to­ine zgo­dził się ze mną. Jego syn cho­dził do pry­wat­nej szko­ły, gdzie nie było za­jęć w so­bot­nie przed­po­łu­dnia. Ale Ber­trand – jak jego ro­dzi­ce – był za­go­rza­łym zwo­len­ni­kiem fran­cu­skie­go sys­te­mu edu­ka­cji. Chcia­łam umie­ścić Zoë w dwu­ję­zycz­nej szko­le, któ­rych było w Pa­ry­żu kil­ka, lecz klan Téza­ców nig­dy by na to nie przy­stał. Zoë była Fran­cuz­ką, uro­dzo­ną we Fran­cji. Mia­ła pójść do fran­cu­skiej szko­ły.

Obec­nie uczęsz­cza­ła do li­ceum Mon­ta­igne’a, nie­opo­dal Ogro­du Luk­sem­bur­skie­go. Téza­co­wie wciąż za­po­mi­na­li, że Zoë ma ame­ry­kań­ską mat­kę. Na szczę­ście Zoë mó­wi­ła do­sko­na­le po an­giel­sku. Za­wsze mó­wi­łam do niej w tym ję­zy­ku, a po­nad­to do­sta­tecz­nie czę­sto jeź­dzi­ła do Bo­sto­nu, w od­wie­dzi­ny do mo­ich ro­dzi­ców. Więk­szość wa­ka­cji spę­dza­ła na Long Is­land, z moją sio­strą Char­lą i jej ro­dzi­ną.

Ber­trand ob­ró­cił się w moją stro­nę. W jego oczach wi­dać było błysk, któ­ry wzbu­dzał we mnie czuj­ność, mógł bo­wiem ozna­czać, że za chwi­lę bę­dzie bar­dzo śmiesz­ny lub bar­dzo okrut­ny, je­śli nie­jed­no i dru­gie. An­to­ine naj­wy­raź­niej rów­nież znał ten wy­raz twa­rzy, są­dząc po tym, jak in­ten­syw­nie za­czął się przy­pa­try­wać swo­im skó­rza­nym mo­ka­sy­nom z frędz­la­mi.

– No tak, oczy­wi­ście wie­my, co pan­na Jar­mond my­śli o na­szych szko­łach, na­szych szpi­ta­lach, na­szych nie­koń­czą­cych się straj­kach, na­szych dłu­gich wa­ka­cjach, na­szych wo­do­cią­gach, na­szej po­czcie, na­szej te­le­wi­zji, na­szych po­li­ty­kach, na­szym psim gów­nie na chod­ni­kach – po­wie­dział Ber­trand, po­ka­zu­jąc ide­al­ne zęby w uśmie­chu skie­ro­wa­nym w moją stro­nę. – Sły­sze­li­śmy to już tak wie­le, wie­le razy, praw­da? Lu­bię być w Ame­ry­ce, wszyst­ko jest ta­kie czy­ste w Ame­ry­ce, wszy­scy zbie­ra­ją psie gów­na w Ame­ry­ce!

– Tato, prze­stań, za­cho­wu­jesz się or­dy­nar­nie! – po­wie­dzia­ła Zoë, bio­rąc mnie za rękę.

Gdy zna­la­zła się na dwo­rze, dziew­czyn­ka zo­ba­czy­ła wy­chy­la­ją­ce­go się z okna, ubra­ne­go w pi­ża­mę są­sia­da. Był bar­dzo miły i uczył mu­zy­ki. Grał na skrzyp­cach i lu­bi­ła go słu­chać. Czę­sto grał dla niej i jej bra­ta przez po­dwór­ko sta­re fran­cu­skie pio­sen­ki, typu Sur le pont d’Avi­gnon czy A la cla­ire fon­ta­ine, jak i pio­sen­ki z kra­ju ro­dzi­ców, do któ­rych za­wsze we­so­ło tań­czy­li. Pan­to­fle mat­ki śli­zga­ły się po de­skach pod­ło­gi, a oj­ciec ob­ra­cał mat­ką w kół­ko i w kół­ko, aż wszyst­kim krę­ci­ło się w gło­wie.

– Co ro­bi­cie? Do­kąd je za­bie­ra­cie? – za­wo­łał.

Jego głos roz­niósł się po po­dwór­ku, przy­głu­sza­jąc krzyk dziec­ka. Męż­czy­zna w płasz­czu nie od­po­wie­dział.

– Prze­cież nie mo­że­cie tego zro­bić. To do­brzy i uczci­wi lu­dzie! Nie mo­że­cie tego zro­bić!

Dźwięk gło­su na­uczy­cie­la przy­wo­łał są­sia­dów do okien – okien­ni­ce za­czę­ły się roz­wie­rać, a za fi­ran­ka­mi po­ja­wia­ły się twa­rze.

Dziew­czyn­ka spo­strze­gła jed­nak, że nikt się nie po­ru­szał, nikt nic nie mó­wił. Po pro­stu pa­trzy­li.

Mat­ka na­gle za­trzy­ma­ła się w miej­scu, jej ple­cy drża­ły kon­wul­syj­nie od pła­czu. Trzy­krot­nie wy­krzyk­nę­ła imię męża.

Męż­czyź­ni zła­pa­li ją za ra­mio­na i gwał­tow­nie nią po­trzą­snę­li. Tor­by i pa­kun­ki wy­le­cia­ły jej z rąk. Dziew­czyn­ka pró­bo­wa­ła ich po­wstrzy­mać, lecz zo­sta­ła ode­pchnię­ta.

W drzwiach po­ja­wił się czło­wiek – chu­dy, w po­mię­tym ubra­niu, nie­ogo­lo­ny, z za­czer­wie­nio­ny­mi, zmę­czo­ny­mi ocza­mi. Wy­pro­sto­wał się i ru­szył przez po­dwó­rze.

Gdy zbli­żył się do męż­czyzn, wy­ja­śnił, kim jest. Mó­wił z wy­raź­nym ak­cen­tem, ta­kim sa­mym jak ko­bie­ta.

– Za­bierz­cie mnie wraz z ro­dzi­ną – po­wie­dział. Dziew­czyn­ka wsu­nę­ła rącz­kę w dłoń ojca.

Je­stem bez­piecz­na, po­my­śla­ła. Bez­piecz­na, z mat­ką, z oj­cem. To nie może trwać dłu­go. To fran­cu­ska po­li­cja, a nie Niem­cy. Nikt nie zro­bi nam krzyw­dy.

Wkrót­ce będą z po­wro­tem w domu, a ma­man przy­go­tu­je śnia­da­nie. Chłop­czyk wyj­dzie z ukry­cia, a papa pój­dzie do fa­bry­ki na koń­cu uli­cy, gdzie pra­co­wał jako bry­ga­dzi­sta i wraz z po­zo­sta­ły­mi ro­bot­ni­ka­mi pro­du­ko­wał pa­ski, to­reb­ki i port­fe­le. Wszyst­ko bę­dzie tak jak daw­niej. Wkrót­ce bę­dzie zno­wu bez­piecz­nie.

Na dwo­rze zro­bi­ło się już ja­sno. Wą­ska uli­ca była pu­sta. Dziew­czyn­ka obej­rza­ła się w stro­nę bu­dyn­ku, w któ­rym miesz­ka­ła, w stro­nę mil­czą­cych twa­rzy w oknach, w stro­nę do­zor­czy­ni tu­lą­cej małą Su­zan­ne.

Na­uczy­ciel mu­zy­ki pod­niósł po­wo­li rękę w ge­ście po­że­gna­nia. Uśmiech­nę­ła się i od­ma­cha­ła mu. Wszyst­ko bę­dzie do­brze. Nie­dłu­go wró­ci, nie­dłu­go wszy­scy wró­cą.

Jed­nak na­uczy­ciel zda­wał się za­ła­ma­ny.

Po jego twa­rzy spły­wa­ły łzy, nie­me łzy bez­sil­no­ści i wsty­du, któ­rych nie mo­gła zro­zu­mieć.

Ordy­nar­nie? Two­ja mat­ka to uwiel­bia – po­wie­dział ze śmie­chem Ber­trand, pusz­cza­jąc oko do An­to­ine’a. – Praw­da, skar­bie? Praw­da, chérie?

Ob­ró­cił się na pię­cie w stro­nę du­że­go po­ko­ju, pstry­ka­jąc pal­ca­mi w rytm me­lo­dii z West Side Sto­ry.

Czu­łam się głu­pio, ośmie­szo­na przed An­to­ine’em. Dla­cze­go Ber­trand czer­pał taką przy­jem­ność z przed­sta­wia­nia mnie jako zgryź­li­wej, uprze­dzo­nej do wszyst­kie­go Ame­ry­kan­ki, wiecz­nie kry­ty­ku­ją­cej Fran­cu­zów? Dla­cze­go po­zwa­la­łam mu na to? Kie­dyś było to śmiesz­ne. Za­raz po ślu­bie roz­śmie­sza­ło do łez za­rów­no na­szych ame­ry­kań­skich, jak i fran­cu­skich zna­jo­mych. Kie­dyś.

Uśmiech­nę­łam się jak zwy­kle. Jed­nak mój uśmiech wy­da­wał się dzi­siaj nie­co wy­mu­szo­ny.

– By­łeś ostat­nio u Mamé? – spy­ta­łam.

Ber­trand był już za­ję­ty ob­mie­rza­niem.

– Co ta­kie­go?

– Mamé – po­wtó­rzy­łam cier­pli­wie. – Są­dzę, że chęt­nie by cię zo­ba­czy­ła i po­roz­ma­wia­ła o miesz­ka­niu.

Na­sze spoj­rze­nia się skrzy­żo­wa­ły.

– Nie mam cza­su, amo­ur. Pój­dziesz?

Bła­gal­ne spoj­rze­nie.

– Od­wie­dzam ją co ty­dzień, do­brze o tym wiesz.

Wes­tchnął.

– To two­ja bab­ka – zwró­ci­łam uwa­gę.

– A ko­cha cie­bie, l’Améri­ca­ine, Ame­ry­kan­kę – uśmiech­nął się sze­ro­ko – tak jak ja, bébé, ko­cha­nie.

Pod­szedł i po­ca­ło­wał mnie lek­ko w usta.

Ame­ry­kan­ka. Więc to ty je­steś tą Ame­ry­kan­ką – stwier­dzi­ła Mamé tyle lat temu, w tym sa­mym po­ko­ju, przy­glą­da­jąc mi się wni­kli­wie sza­ry­mi ocza­mi. L’Améri­ca­ine. Jak ame­ry­kań­sko się wte­dy po­czu­łam, ze swo­ją trwa­łą, te­ni­sów­ka­mi i sze­ro­kim, bia­łym uśmie­chem. Ta sie­dem­dzie­się­cio­let­nia ko­bie­ta o pro­stych ple­cach, pa­try­cju­szow­skim no­sie, z nie­na­gan­nie upię­tym ko­kiem i by­stry­mi ocza­mi była uoso­bie­niem fran­cu­sko­ści. Mimo to po­lu­bi­łam Mamé od razu, jej za­ska­ku­ją­cy gar­dło­wy śmiech i cię­te po­czu­cie hu­mo­ru.

Mu­sia­łam przy­znać, że na­wet dziś wo­la­łam ją od ro­dzi­ców Ber­tran­da, przy któ­rych wciąż czu­łam się jak przy­jezd­na, mimo że miesz­ka­łam w Pa­ry­żu od dwu­dzie­stu pię­ciu lat, by­łam żoną ich syna od pięt­na­stu i uro­dzi­łam ich pierw­szą wnucz­kę Zoë.

Po dro­dze na dół, sta­nąw­szy zno­wu twa­rzą w twarz ze swo­im do­kucz­li­wym od­bi­ciem w lu­strze win­dy, na­gle uświa­do­mi­łam so­bie, że zbyt dłu­go to­le­ro­wa­łam do­cin­ki Ber­tran­da, zby­wa­jąc je za każ­dym ra­zem do­bro­dusz­nym wzru­sze­niem ra­mion.

Dzi­siaj, z ja­kie­goś bli­żej nie­okre­ślo­ne­go po­wo­du, po raz pierw­szy po­czu­łam, że mam dość.

Dziew­czyn­ka trzy­ma­ła się bli­sko ro­dzi­ców. Po­ga­nia­ni przez męż­czy­znę w be­żo­wym płasz­czu, prze­szli już znacz­ną część ich uli­cy. Do­kąd ich pro­wa­dzo­no? Skąd ten po­śpiech? Ka­za­no im wejść do du­że­go ga­ra­żu. Zna­ła te oko­li­ce, byli nie­da­le­ko domu i fa­bry­ki ojca.

W ga­ra­żu po­chy­le­ni nad sil­ni­ka­mi męż­czyź­ni w po­pla­mio­nych ole­jem nie­bie­skich kom­bi­ne­zo­nach pa­trzy­li na nich w mil­cze­niu. Nikt nic nie mó­wił. Dziew­czyn­ka za­uwa­ży­ła w ga­ra­żu dużą gru­pę lu­dzi z usta­wio­ny­mi u stóp tor­ba­mi i ko­szy­ka­mi. Zwró­ci­ła uwa­gę, że w więk­szo­ści były to ko­bie­ty i dzie­ci. Zna­ła nie­któ­re z nich z wi­dze­nia. Jed­nak nikt nie od­wa­żył się po­ma­chać czy przy­wi­tać. Po ja­kimś cza­sie po­ja­wi­ło się dwóch po­li­cjan­tów. Od­czy­ty­wa­li na­zwi­ska. Oj­ciec dziew­czyn­ki pod­niósł rękę, gdy usły­szał swo­je.

Dziew­czyn­ka się ro­zej­rza­ła. Za­uwa­ży­ła zna­jo­me­go ze szko­ły, Léo­na. Wy­glą­dał na zmę­czo­ne­go i prze­stra­szo­ne­go. Uśmiech­nę­ła się do nie­go, chcąc mu po­wie­dzieć, że wszyst­ko bę­dzie do­brze, że nie­dłu­go wszy­scy wró­cą do domu. To nie po­trwa dłu­go, wkrót­ce wszyst­kich ode­ślą z po­wro­tem. Lecz Léon spoj­rzał na nią, jak­by była sza­lo­na. Opu­ści­ła wzrok, za­ru­mie­nio­na ze wsty­du. Może źle to wszyst­ko zro­zu­mia­ła. Ser­ce wa­li­ło jej mło­tem. Może wca­le nie bę­dzie tak, jak jej się wy­da­wa­ło. Po­czu­ła się bar­dzo na­iw­ną i głu­pią małą dziew­czyn­ką.

Oj­ciec po­chy­lił się nad nią. Jego nie­ogo­lo­na bro­da ła­sko­ta­ła ją w ucho. Po­wie­dział jej imię. Gdzie jest brat? Po­ka­za­ła mu klucz. Bra­ci­szek scho­wał się w ich taj­nej szaf­ce, szep­nę­ła dum­nie. Tam bę­dzie bez­piecz­ny.

Oj­ciec otwo­rzył sze­ro­ko oczy. Zła­pał dziew­czyn­kę za ra­mię. Nie martw się, po­wie­dzia­ła, nic mu się nie sta­nie. To głę­bo­ka szaf­ka, jest w niej dość po­wie­trza – nie udu­si się. Poza tym ma wodę i la­tar­kę. Nic mu się nie sta­nie, papo. Nie ro­zu­miesz, od­parł oj­ciec, nie ro­zu­miesz. Ze zgro­zą pa­trzy­ła, jak jego oczy wy­peł­nia­ją się łza­mi.

Po­cią­gnę­ła go za rę­kaw. Nie mo­gła znieść wi­do­ku pła­czą­ce­go ojca.

– Papo – po­wie­dzia­ła – wró­ci­my do domu, praw­da? Wró­ci­my po tym, jak od­czy­ta­ją nas z li­sty?

Oj­ciec otarł łzy. Spoj­rzał na nią wiel­ki­mi smut­ny­mi ocza­mi. Nie mo­gła znieść tego spoj­rze­nia.

– Nie – od­parł – nie wró­ci­my. Nie po­zwo­lą nam wró­cić.

Po­czu­ła prze­ni­ka­ją­ce strasz­li­we zim­no. Raz jesz­cze przy­po­mnia­ła so­bie, co kie­dyś pod­słu­cha­ła, zo­ba­czy­ła twa­rze ro­dzi­ców wi­dzia­ne zza drzwi, ich strach, ich roz­pacz w środ­ku nocy.

– Jak to, papo? Do­kąd mamy iść, je­śli nie do domu? Dla­cze­go? Po­wiedz mi! Po­wiedz! – pra­wie wy­krzy­cza­ła ostat­nie sło­wa.

Oj­ciec po­now­nie skie­ro­wał wzrok w jej stro­nę. Po czym po­wtó­rzył bar­dzo ci­cho jej imię. Wciąż miał mo­kre oczy, na po­licz­kach łzy. Po­ło­żył dłoń na jej ra­mie­niu.

– Bądź dziel­na, có­recz­ko. Bądź dziel­na, tak dziel­na, jak tyl­ko po­tra­fisz.

Nie była w sta­nie pła­kać. Strach prze­ra­stał i po­chła­niał wszyst­ko inne, jak­by każ­de uczu­cie było przez nie­go wsy­sa­ne, ni­czym przez po­twor­ny od­ku­rzacz.

– Ale obie­ca­łam mu, że wró­cę, papo. Obie­ca­łam.

Dziew­czyn­ka spo­strze­gła, że oj­ciec znów za­czął pła­kać i już jej nie słu­chał. Był po­chło­nię­ty wła­sną roz­pa­czą i wła­snym stra­chem.

Ka­za­no wszyst­kim wyjść na dwór. Na uli­cy ni­ko­go nie było, sta­ły je­dy­nie usta­wio­ne wzdłuż chod­ni­ka au­to­bu­sy. Zwy­kłe au­to­bu­sy, ja­ki­mi dziew­czyn­ka jeź­dzi­ła z mat­ką i bra­tem po mie­ście: naj­zwy­klej­sze, bia­ło­zie­lo­ne au­to­bu­sy z plat­for­ma­mi z tyłu.

Ka­za­no im wsia­dać, wpy­cha­no do środ­ka. Dziew­czyn­ka wy­pa­try­wa­ła raz jesz­cze sza­ro­zie­lo­nych mun­du­rów, na­słu­chi­wa­ła szorst­kie­go gar­dło­we­go ję­zy­ka, któ­re­go na­uczy­ła się bać. Ale tu byli tyl­ko po­li­cjan­ci. Fran­cu­scy po­li­cjan­ci.

Przez za­ku­rzo­ną szy­bę au­to­bu­su roz­po­zna­ła jed­ne­go z nich, mło­de­go, z ru­dy­mi wło­sa­mi, któ­ry czę­sto po­ma­gał jej przejść przez uli­cę po dro­dze do domu. Za­pu­ka­ła w szy­bę, by przy­cią­gnąć jego uwa­gę. Gdy ich spoj­rze­nia spo­tka­ły się, szyb­ko od­wró­cił wzrok. Wy­da­wał się za­wsty­dzo­ny, wręcz zi­ry­to­wa­ny. Była cie­ka­wa dla­cze­go. Je­den z męż­czyzn za­pro­te­sto­wał i zo­stał gwał­tow­nie po­pchnię­ty. Po­li­cjant krzyk­nął, że za­strze­li każ­de­go, kto bę­dzie pró­bo­wał ucie­kać.

Nie­wi­dzą­cym wzro­kiem dziew­czyn­ka pa­trzy­ła na prze­su­wa­ją­ce się za szy­bą drze­wa. Mo­gła my­śleć tyl­ko o jed­nym: o cze­ka­ją­cym na nią bra­cisz­ku za­mknię­tym w szaf­ce w pu­stym domu. Nie mo­gła my­śleć o ni­czym in­nym. Gdy prze­jeż­dża­li przez most, pa­trzy­ła na skrzą­cą się Se­kwa­nę. Do­kąd je­cha­li? Papa nie wie­dział. Nikt nie wie­dział. Wszy­scy się bali.

Na­gły huk pio­ru­na prze­stra­szył wszyst­kich. Deszcz lu­nął tak gwał­tow­nie, że au­to­bus mu­siał się za­trzy­mać. Dziew­czyn­ka wsłu­chi­wa­ła się w od­głos kro­pli bęb­nią­cych o dach. Ule­wa wkrót­ce usta­ła, a au­to­bus wró­cił na dro­gę, prze­ta­cza­jąc się po lśnią­cym bru­ku. Wy­szło słoń­ce.

Au­to­bus za­trzy­mał się i wszy­scy wy­sie­dli, ob­ju­cze­ni pa­kun­ka­mi, wa­liz­ka­mi, roz­pła­ka­ny­mi nie­mow­lę­ta­mi. Dziew­czyn­ka nie zna­ła tej uli­cy. Nig­dy tu nie była. Na koń­cu uli­cy zo­ba­czy­ła na­ziem­ny od­ci­nek me­tra.

Za­pro­wa­dzo­no ich do ogrom­ne­go ja­sne­go bu­dyn­ku. Wid­niał na nim ja­kiś na­pis, jed­nak nie mo­gła prze­czy­tać wiel­kich ciem­nych li­ter. Za­uwa­ży­ła, że uli­ca była wy­peł­nio­na ro­dzi­na­mi, ta­ki­mi jak jej, wy­cho­dzą­cy­mi z au­to­bu­sów, po­ga­nia­ny­mi przez po­li­cję. Fran­cu­ską po­li­cję.

Nie pusz­cza­ła ręki ojca, gdy wtła­cza­no i wpy­cha­no ich na ogrom­ną za­da­szo­ną prze­strzeń. Były tu tłu­my, za­rów­no na środ­ku toru, jak i na twar­dych że­la­znych sie­dze­niach na wi­dow­ni. Ile tu było osób? Nie spo­sób zli­czyć. Wy­glą­da­ło, że set­ki. A na­pły­wa­ło co­raz wię­cej. Dziew­czyn­ka spoj­rza­ła w górę na ogrom­ny nie­bie­ski świe­tlik w kształ­cie ko­pu­ły. Słoń­ce świe­ci­ło przez nie­go bez­li­to­śnie.

Oj­ciec zna­lazł miej­sce, gdzie mo­gli usiąść. Dziew­czyn­ka ob­ser­wo­wa­ła, jak cią­gle przy­by­wa­ją lu­dzie, a tłum gęst­nie­je. Sta­wa­ło się co­raz gło­śniej, bu­dow­lę wy­peł­niał cią­gły szum ty­się­cy gło­sów, po­chli­py­wa­nia dzie­ci i jęki ko­biet. Skwar ro­bił się nie­zno­śny; im wy­żej słoń­ce znaj­do­wa­ło się na nie­bie, tym trud­niej było od­dy­chać. Było co­raz mniej miej­sca, wszy­scy byli ści­śnię­ci je­den obok dru­gie­go. Przy­glą­da­ła się męż­czy­znom, ko­bie­tom i za­pła­ka­nym dzie­ciom z prze­ra­żo­ny­mi ocza­mi.

– Papo – spy­ta­ła – jak dłu­go tu­taj bę­dzie­my?

– Nie wiem, ko­cha­nie.

– Dla­cze­go tu je­ste­śmy?

Po­ło­ży­ła dłoń na żół­tej gwieź­dzie przy­szy­tej z przo­du jej bluz­ki.

– To przez to, praw­da? – po­wie­dzia­ła. – Wszy­scy tu­taj ta­kie mają.

Oj­ciec uśmiech­nął się po­nu­ro.

– Tak – od­po­wie­dział – to przez to.

Dziew­czyn­ka zmarsz­czy­ła brwi.

– To nie­spra­wie­dli­we, papo – syk­nę­ła. – To nie­spra­wie­dli­we!

Przy­tu­lił ją, wy­mó­wił jej imię czu­łym gło­sem.

– To praw­da, naj­droż­sza, masz ra­cję. To nie­spra­wie­dli­we.

Sie­dzia­ła przy­tu­lo­na do nie­go, z po­licz­kiem przy­ci­śnię­tym do gwiaz­dy na­szy­tej na jego ma­ry­nar­kę.

Ja­kiś mie­siąc temu mat­ka na­szy­ła gwiaz­dy na wszyst­kie jej ubra­nia. Na wszyst­kie ubra­nia ro­dzi­ny, poza tymi na­le­żą­cy­mi do bra­cisz­ka. Przed­tem w ich do­ku­men­tach od­bi­to pie­cząt­ki ze sło­wa­mi „Żyd” lub „Ży­dów­ka”; na­gle nie wol­no im było ro­bić wie­lu rze­czy. Nie mo­gli już ba­wić się w par­ku. Nie mo­gli jeź­dzić na ro­we­rze, cho­dzić do kina, te­atru, re­stau­ra­cji czy na ba­sen. Nie mo­gli już po­ży­czać ksią­żek z bi­blio­te­ki.

Wi­dzia­ła na­pi­sy, któ­re po­ja­wia­ły się nie­mal wszę­dzie: „Ży­dom wstęp wzbro­nio­ny”. Na drzwiach fa­bry­ki, w któ­rej pra­co­wał oj­ciec, wid­niał duży na­pis „Fir­ma ży­dow­ska”. Ma­man mu­sia­ła ro­bić za­ku­py po szes­na­stej, kie­dy w skle­pach nic już nie było z po­wo­du ra­cjo­no­wa­nia żyw­no­ści. Mu­sie­li jeź­dzić w ostat­nim wa­go­nie me­tra. Mu­sie­li wra­cać do domu przed go­dzi­ną po­li­cyj­ną i nie wy­cho­dzić przed po­ran­kiem. Co jesz­cze wol­no im było ro­bić? Nic. Nic, po­my­śla­ła.

To nie­spra­wie­dli­we. Tak strasz­nie nie­spra­wie­dli­we. Dla­cze­go? Cze­mu aku­rat oni? Dla­cze­go to wszyst­ko? Wy­da­wa­ło się, że nie ma ni­ko­go, kto mógł­by jej to wy­tłu­ma­czyć.

Joshua był już w sali kon­fe­ren­cyj­nej. Po­pi­jał swo­ją ulu­bio­ną sła­bą kawę. We­szłam szyb­kim kro­kiem i usia­dłam po­mię­dzy Bam­be­rem, kie­row­ni­kiem dzia­łu fo­to­gra­fii, i Ales­san­drą, re­dak­tor­ką te­ma­tów prze­wod­nich.

Za okna­mi wi­dać było ru­chli­wą rue Mar­beuf, o rzut ka­mie­niem od Champs-Ely­se­es. Nie prze­pa­da­łam za tą czę­ścią mia­sta; była zbyt za­tło­czo­na, zbyt krzy­kli­wa. Co­dzien­nie przy­cho­dzi­łam tu­taj do pra­cy i zdą­ży­łam przy­wyk­nąć do prze­ci­ska­nia się mię­dzy tu­ry­sta­mi, za­peł­nia­ją­cy­mi sze­ro­kie za­ku­rzo­ne chod­ni­ki o każ­dej po­rze dnia i nocy, nie­za­leż­nie od tego, czy było lato, je­sień, czy zima.

Od sze­ściu lat pra­co­wa­łam dla ame­ry­kań­skie­go ty­go­dni­ka „Sce­ny znad Se­kwa­ny”. Pu­bli­ko­wa­li­śmy za­rów­no wy­da­nie pa­pie­ro­we, jak i in­ter­ne­to­we. Pi­sa­łam o wszyst­kim, co mo­gło za­in­te­re­so­wać miesz­ka­ją­cych w Pa­ry­żu Ame­ry­ka­nów. Ar­ty­ku­ły z ko­lo­ry­tem lo­kal­nym, ży­cie spo­łecz­ne i kul­tu­ral­ne: od przed­sta­wień, fil­mów, re­stau­ra­cji i ksią­żek po nad­cho­dzą­ce fran­cu­skie wy­bo­ry pre­zy­denc­kie.

Praw­dę po­wie­dziaw­szy, była to cięż­ka ro­bo­ta. Mie­li­śmy nie­wie­le cza­su na przy­go­to­wa­nie tek­stów, a Jo­shua był ty­ra­nem.

Lu­bi­łam go, ale był ty­ra­nem. Na­le­żał do tego ro­dza­ju sze­fów, któ­rych nie­wie­le ob­cho­dzi czy­jeś ży­cie pry­wat­ne, mał­żeń­stwo czy dzie­ci. Ko­bie­ta, któ­ra za­cho­dzi­ła w cią­żę, prze­sta­wa­ła dla nie­go ist­nieć. Je­śli ko­muś za­cho­ro­wa­ło dziec­ko, mu­siał się li­czyć z pio­ru­nu­ją­cym spoj­rze­niem. Jo­shua miał jed­nak pre­dys­po­zy­cje do swo­je­go sta­no­wi­ska: spo­strze­gaw­czość, ta­lent re­dak­tor­ski i do­sko­na­łe wy­czu­cie cza­su. Wszy­scy pa­da­li­śmy przed nim na ko­la­na. Za jego ple­ca­mi bez prze­rwy na­rze­ka­li­śmy, ale żad­ne z nas nie chcia­ło pra­co­wać dla ko­goś in­ne­go niż dla tego po­zor­nie ła­god­ne­go ro­do­wi­te­go no­wo­jor­czy­ka miesz­ka­ją­ce­go w Pa­ry­żu od dzie­się­ciu lat. Miał po­cią­głą twarz i głę­bo­ko osa­dzo­ne oczy; gdy tyl­ko otwo­rzył usta, przej­mo­wał kon­tro­lę nad wszyst­kim. Nie moż­na było nie słu­chać Jo­shui, a tym bar­dziej nie­po­dob­na było mu prze­ry­wać.

Bam­ber był pra­wie trzy­dzie­sto­let­nim lon­dyń­czy­kiem. Miał po­nad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu i gó­ro­wał nad resz­tą. No­sił oku­la­ry z fio­le­to­wy­mi szkła­mi, miał roz­sia­ne po cie­le kol­czy­ki, wło­sy far­bo­wał na ko­lor mar­mo­la­dy. Nie mo­głam się oprzeć jego wspa­nia­łe­mu bry­tyj­skie­mu po­czu­ciu hu­mo­ru, któ­re Jo­shua rzad­ko kie­dy wy­chwy­ty­wał. Mia­łam sła­bość do Bam­be­ra. Był tak­tow­ny i do­brze się z nim pra­co­wa­ło. Moż­na też było li­czyć na jego wspar­cie, gdy Jo­shua miał zły dzień i wy­ży­wał się na wszyst­kich po ko­lei. Nie­raz cie­szy­łam się, że jest po mo­jej stro­nie.

Ales­san­dra była pół-Włosz­ką. Mia­ła gład­ką skó­rę i nie­po­ha­mo­wa­ną am­bi­cję. Ład­na dziew­czy­na z czu­pry­ną błysz­czą­cych czar­nych lo­ków oraz wy­dat­ny­mi wil­got­ny­mi usta­mi, któ­rym męż­czyź­ni nie po­tra­fi­li się oprzeć. Nig­dy nie mo­głam się do koń­ca zde­cy­do­wać, czy ją lu­bię, czy nie. Była o po­ło­wę młod­sza ode mnie, a już do­rów­ny­wa­ła mi za­rob­ka­mi, choć w na­głów­ku jej na­zwi­sko znaj­do­wa­ło się po­ni­żej mo­je­go.

Jo­shua przed­sta­wiał roz­pi­ski te­ma­tów do ko­lej­nych nu­me­rów.

Wkrót­ce miał się uka­zać po­kaź­ny ar­ty­kuł o wy­bo­rach pre­zy­denc­kich, któ­re sta­ły się po­waż­nym te­ma­tem od cza­su wzbu­dza­ją­ce­go kon­tro­wer­sje zwy­cię­stwa Je­ana-Ma­rie Le Pena w pierw­szej tu­rze. Nie mia­łam zbyt­niej ocho­ty o tym pi­sać i skry­cie cie­szy­łam się, gdy te­mat przy­dzie­lo­no Ales­san­drze.

– Ju­lio – po­wie­dział Jo­shua, pa­trząc na mnie znad oku­la­rów – tu jest coś z two­jej dział­ki. Ob­cho­dy sześć­dzie­sią­tej rocz­ni­cy Vel’ d’Hiv’.

Od­chrząk­nę­łam. Co on po­wie­dział? Za­brzmia­ło jak „we­ldif”. Mia­łam pust­kę w gło­wie.

Ales­san­dra spoj­rza­ła na mnie po­błaż­li­wie.

– Szes­na­sty lip­ca ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­ste­go dru­gie­go roku. Ko­ja­rzysz? – spy­ta­ła. Cza­sa­mi nie­na­wi­dzi­łam jej prze­mą­drza­łe­go tonu. Na przy­kład dzi­siaj. – Ma­so­we aresz­to­wa­nia i zwo­że­nie do Ve­lo­dro­me d’Hi­ver. Vel’ d’Hiv’ to skrót od na­zwy słyn­ne­go kry­te­go sta­dio­nu, na któ­rym od­by­wa­ły się wy­ści­gi ko­lar­skie. Ca­ły­mi dnia­mi trzy­ma­no tam w okrop­nych wa­run­kach ty­sią­ce ży­dow­skich ro­dzin. Na­stęp­nie wy­sła­no ich do Oświę­ci­mia. I za­ga­zo­wa­no.

Coś ko­ja­rzy­łam, choć sła­bo.

– Oczy­wi­ście – po­wie­dzia­łam zde­cy­do­wa­nie, pa­trząc na Jo­shuę. – Za­tem co mam zro­bić?

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Mo­gła­byś za­cząć od zna­le­zie­nia paru osób, któ­re prze­trwa­ły Vel’ d’Hiv’ albo były świad­ka­mi tego, co się wte­dy dzia­ło w Pa­ry­żu. Na­stęp­nie zo­rien­tuj się, jak będą wy­glą­dać same ob­cho­dy: kto je or­ga­ni­zu­je, gdzie i kie­dy. Na ko­niec po­szu­kaj fak­tów. Ustal, co do­kład­nie się zda­rzy­ło. Pew­nie się do­my­ślasz, że nie bę­dzie to ła­twe. Fran­cu­zi nie prze­pa­da­ją za roz­ma­wia­niem o pań­stwie Vi­chy, Pe­ta­inie i ca­łej resz­cie. Nie są z tego zbyt dum­ni.

– Znam ko­goś, kto mógł­by ci po­móc – wtrą­ci­ła się Ales­san­dra, nie­co mniej za­ro­zu­mia­le. – Franck Lévy. Jest za­ło­ży­cie­lem jed­nej z naj­więk­szych or­ga­ni­za­cji po­ma­ga­ją­cych człon­kom roz­bi­tych przez Ho­lo­kaust ży­dow­skich ro­dzin od­na­leźć się wza­jem­nie.

– Sły­sza­łam o nim – przy­tak­nę­łam, za­pi­su­jąc na­zwi­sko. Rze­czy­wi­ście sły­sza­łam. Franck Lévy był po­sta­cią pu­blicz­ną. Or­ga­ni­zo­wał kon­fe­ren­cje i pi­sał ar­ty­ku­ły na te­mat roz­kra­dzio­nych ma­jąt­ków ży­dow­skich i okro­pieństw de­por­ta­cji.

Jo­shua skoń­czył ko­lej­ną kawę.

– Byle bez wy­ci­ska­czy łez – ostrzegł. – Nie chce­my sen­ty­men­ta­li­zmu, tyl­ko fak­tów, wy­wia­dów i – tu spoj­rzał na Bam­be­ra – do­brych, moc­nych fo­to­gra­fii. Po­szu­kaj­cie też ma­te­ria­łów ar­chi­wal­nych. Zbyt wie­le ich nie ma, zresz­tą sami się o tym prze­ko­na­cie, ale może ten Lévy wam po­mo­że.

– Za­cznę od od­wie­dze­nia Vel’ d’Hiv’ – po­wie­dział Bam­ber. – Zo­ba­czę, jak wy­glą­da.

Jo­shua uśmiech­nął się iro­nicz­nie.

– Vel’ d’Hiv’ już nie ist­nie­je. Ro­ze­bra­no go w pięć­dzie­sią­tym dzie­wią­tym.

– A gdzie był? – za­py­ta­łam, za­do­wo­lo­na, że nie tyl­ko ja nie by­łam zo­rien­to­wa­na w te­ma­cie.

Zno­wu od­po­wie­dzia­ła Ales­san­dra.

– Na rue Néla­ton, w pięt­na­stej dziel­ni­cy.