Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Klucz do ogrodu - Jenny Erpenbeck

Książka ukazuje się w ramach międzywydawniczej serii współczesnej literatury niemieckojęzycznej KROKI/SCHRITTE. Seria, zapoczątkowana w 2005 roku przez fundację S. Fischer Stiftung i Pełnomocnika Rządu Republiki Federalnej Niemiec ds. Kultury i Mediów, kontynuowana jest od 2008 roku wspólnie przez fundację S. Fischer Stiftung, Fundację Współpracy Polsko-Niemieckiej i Fundację Kulturalną Pro Helvetia. Redaktorami serii są Jacek St. Buras (Warszawa) i Carl Holenstein (Zurych).

Około dwudziestu czterech tysięcy lat temu do masywu skalnego, który teraz widoczny jest tylko jako łagodny wzgórek powyżej domu, dotarł lodowiec. [...] Przemienił się znowu w wodę, wsiąkł w ziemię, wyparował i spadł deszczem, w postaci wody zaczął krążyć między niebem a ziemią. [...] Jezioro pośrodku brandenburskich pagórków będzie teraz wystawiało swe lustro do nieba, będzie spoczywało gładkie pomiędzy dębami, olchami i sosnami, które tymczasem znowu tu wyrosły, a dużo później, gdy kiedyś tam pojawią się ludzie, nazwą je oni: Morzem Brandenburskim.

Bohaterowie Erpenbeck przychodzą i odchodzą, w rytmie przypływów i odpływów, a ich uczucia, przeżycia, słowa i czyny osadzają się, niczym warstwy geologiczne, w osobliwym miejscu na Ziemi, jakim jest domek nad brzegiem Morza Brandenburskiego.
Bezbronni wobec historii, jak ziemia wobec nacisku lodowca, zdają się poddawać jej małym i wielkim wyrokom. Tak jak wójt i jego cztery córki: Greta, Hedwiga, Emma i Klara, z których zadrwił los. Tak jak Hermine i Artur, żydowscy właściciele domku, zmuszeni do jego sprzedania.
Tak jak pracujący dla nazistów architekt, który odkupił domek. Wreszcie tak jak ogrodnik, który powraca pomiędzy kolejnymi rozdziałami, by sadzić, przycinać i pielęgnować rośliny. Czy wyroki losu zwalniają od odpowiedzialności za czyny? Tak mogłoby się wydawać. W rzeczywistości wybory ludzi współtworzą historię i, niczym skamieliny, odciskają się w niej na zawsze. Sto lat niemieckiej historii widziane z perspektywy małego miejsca nad Morzem Brandenburskim jednocześnie ujmuje rozmachem i drobiazgowością, daje dystans i pozwala zobaczyć bohaterów z bardzo bliska. Klucz do ogrodu to mądra, pozornie chłodna, a w gruncie rzeczy niezwykle poruszająca książka.


Z recenzji:

Taniec na linie pomiędzy empatią i dystansem, kolekcjonerską pasją i ascezą, artyzmem i kronikarską ambicją.
„Süddeutsche Zeitung"

Dom nad jeziorem. Punkt wyjścia do wycieczki przez wiek XX - wyrafinowanej i opisanej z poetycką prostotą.
„Vanity Fair"

Czas jest właściwym tematem tej cichej, bardzo poetyckiej powieści, wywierającej jednak ogromne wrażenie.
„Der Tagesspiegel"

Opinie o ebooku Klucz do ogrodu - Jenny Erpenbeck

Fragment ebooka Klucz do ogrodu - Jenny Erpenbeck

Przekład: Eliza Borg

Redaktor serii: Karolina Iwaszkiewicz

Redakcja: Donata Lam

Korekta: Małgorzata Denys, Elżbieta Jaroszuk

Redakcja techniczna: Alek Radomski

Projekt okładki i stron tytułowych: Piotr Gidlewski

na podstawie koncepcji graficznej Zuzanny Lewandowskiej

Fotografia wykorzystana na I stronie okładki: © SuperStock / Getty Images / Flash Press Media

Fotografia autorki: © Katharina Behling

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Skład i łamanie:

ISBN 978-83-7747-373-3

Książka ukazuje się w ramach międzywydawniczej serii współczesnej literatury niemieckojęzycznej KROKI/SCHRITTE. Seria, zapoczątkowana w 2005 roku przez fundację S. Fischer Stiftung i Pełnomocnika Rządu Republiki Federalnej Niemiec ds. Kultury i Mediów, kontynuowana jest od 2008 roku wspólnie przez fundację S. Fischer Stiftung, Fundację Współpracy Polsko-Niemieckiej i Fundację Kulturalną Pro Helvetia. Redaktorami serii są Jacek St. Buras (Warszawa) i Carl Holenstein (Zurych).

Originally published in Germany under the titleHeimsuchung by Eichborn Verlag

Copyright © Eichborn AG, Frankfurt am Main, 2008

Copyright © for the Polish translation by S. Fischer Stiftung, Hamburg

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2010

Wydanie I

Warszawa 2010

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Dla Doris Kaplan

Jako że dzień długi, a świat wiekowy, to i wielu ludzi może stać w tym samym miejscu, jeden po drugim.

(Georg Büchner,Woyzeck, przeł. Eliza Borg)

I czy odzyskam niegdysiejszy spokój,

Gdy się zapuszczę w las mego dzieciństwa?

(Friedrich Hölderlin, przeł.Antoni Libera)

Gdy dom jest gotów, przychodzi śmierć.

(Przysłowie arabskie)

PROLOG

Około dwudziestu czterech tysięcy lat temu do masywu skalnego, który teraz widoczny jest tylko jako łagodny wzgórek powyżej domu, dotarł lodowiec. Wskutek potwornego ciśnienia, jakie wywierał lód, połamane i zmiażdżone zostały zamarznięte pnie dębów, olch i sosen, masyw skalny został zgruchotany, starty na pył, a lew, gepard i tygrys szablasty musiały uciekać w cieplejsze, południowe rejony. Poza ten masyw skalny lodowiec się nie wdarł. Potem stopniowo nastawała cisza, a lodowiec rozpoczął swą pracę – sen. Przez całe tysiąclecia przesuwając i obracając swe potężne, zimne cielsko tylko o centymetry, cierpliwie wygładzał ostre kanty skalnych brył pod sobą. W cieplejszych latach, dziesięcioleciach, stuleciach woda na powierzchni lodowego bloku topniała po trochu i w miejscach, gdzie piasek pod lodowcem dawał się łatwo wypłukać, ściekała pod jego ciężkie, masywne ciało. Tam, gdzie jakieś wzniesienie powstrzymywało jego parcie naprzód, lodowiec, podmywając się topniejącą wodą, przystępował do odwrotu i spływał w dół. W chłodniejszych latach lód po prostu był, spoczywał i był ciężki. W tych zaś miejscach, gdzie topniejąc w cieplejszych okresach, wyżłobił pod sobą w ziemi rynny, tam w chłodniejszych latach, dziesięcioleciach i stuleciach z całą siłą wciskał z powrotem lód, wypełniając je sobą.

Gdy mniej więcej osiemnaście tysięcy lat temu najpierw zaczęły topnieć jęzory lodowca, a potem, gdy ziemia dalej się ocieplała, wszystkie jego południowe odnogi, w głębi rynien pozostały tylko nieliczne zastawy, wysepki lodu, osierocony lód, nazwany potem martwym lodem.

Odcięty od korpusu, którego był kiedyś częścią, i uwięziony w rynnach, lód ten stopniał znacznie później, dopiero jakieś trzynaście tysięcy lat przed narodzeniem Chrystusa przemienił się znowu w wodę, wsiąkł w ziemię, wyparował i spadł deszczem, w postaci wody zaczął krążyć między niebem a ziemią. Tam gdzie woda nie mogła wniknąć głębiej, gdyż ziemia była już nasiąknięta, zbierała się nad warstwą jasnoszarej gliny, podnosiła się, przecinając swym lustrem ciemną ziemię w poprzek, i znowu pojawiała się w rynnie, teraz już jako przejrzyste jezioro. Piasek, który woda starła ze skały, gdy była jeszcze lodem, tu i ówdzie osypywał się teraz do jeziora i opadał na dno, w ten sposób w niektórych miejscach tworzyły się podwodne góry, w innych zaś woda pozostawała tak głęboka, jak głęboka pierwotnie była rynna. Przez jakiś czas jezioro pośrodku brandenburskich pagórków będzie teraz wystawiało swe lustro do nieba, będzie spoczywało gładkie pomiędzy dębami, olchami i sosnami, które tymczasem znowu tu wyrosły, a dużo później, gdy kiedyś tam pojawią się ludzie, nazwą je oni Morzem Brandenburskim, ale pewnego dnia i ono zniknie, gdyż, jak każde jezioro, i to będzie tylko czymś przejściowym, jak wszystkie formy wklęsłe, i ta rynna będzie istniała tylko po to, by kiedyś z powrotem ulec całkowitemu zasypaniu. Nawet na Saharze była niegdyś woda. Dopiero w czasach nowożytnych nastąpiło tam coś, co w nauce określa się jako dezertyfikację, inaczej pustynnienie.

OGRODNIK

Nikt we wsi nie wie, skąd się tu wziął. Może był tu od zawsze. Pomaga chłopom w uszlachetnianiu drzew owocowych wiosną, okulizuje dziczki koło świętego Jana w żywe oczka albo przy drugim puszczaniu soków w śpiące, kopulizuje gałązki uszlachetnianych drzew albo je szczepi na podkładce, zależnie od grubości, przygotowuje stosowną mieszankę żywicy, wosku i terpentyny i przewiązuje potem ranę papierem albo łykiem, każdy we wsi wie, że drzewka szczepione przez niego tworzą później najbardziej regularne korony. Latem chłopi biorą go do pomocy przy żniwach i stawianiu stogów. Także przy osuszaniu czarnej ziemi parceli na brzegu jeziora pytają go chętnie o radę, potrafi bowiem pleść warkocze z zielonych świerkowych gałązek i wtykać je na odpowiednią głębokość w otwory wywiercone dla odpływu wody. Śpieszy z pomocą wieśniakom przy reperacji pługów i bron, zimą razem z nimi rąbie drzewo w lesie i piłuje pnie. Sam nie ma ani kawałka gruntu, ani też skrawka lasu, mieszka samotnie w opuszczonej chacie myśliwskiej na jego skraju, mieszka tam od zawsze, wszyscy we wsi go znają, a jednak wszyscy, młodzi czy starzy, mówią o nim Ogrodnik, jak gdyby w ogóle nie miałnazwiska.

BOGATY CHŁOP I JEGO CZTERY CÓRKI

Kiedy dziewczyna wychodzi za mąż, nie może sama sobie uszyć ślubnej sukni. Nie można jej też szyć u niej w domu. Trzeba ją szyć gdzie indziej i nie wolno przy tym złamać igły. Materiału na suknię ślubną nie wolno drzeć, musi być cięty nożyczkami. Jeśli krawcowa pomyli się przy krojeniu, to zmarnowanego kawałka nie wolno już użyć, trzeba dokupić nowy kawałek tego samego materiału. Pannie młodej nie wolno przyjąć ślubnych butów w podarunku od narzeczonego, musi je kupić z grosików, które sama sobie uskładała. Wesele nie może się odbyć w najgorętszej porze, a więc nie w lecie, kiedy jest największy skwar, ale też nie w kwietniu, miesiącu kapryśnym, okres zapowiedzi nie może wypadać w tygodniu Męki Pańskiej przed Wielkanocą, a sam ślub powinien przypaść na pełnię albo przynajmniej na księżyc w nowiu, najlepszy miesiąc na ślub to maj. Kilka niedziel przed terminem ślubu daje się na zapowiedzi i powiadamia o tym na tablicy w gablotce. Przyjaciółki panny młodej wiją kwiatowe girlandy i oplatają nimi gablotkę. Jeśli dziewczyna jest we wsi lubiana, to będzie ich ze trzy albo i więcej. Tydzień przed weselem zaczyna się szlachtowanie zwierząt i wielkie pieczenie, ale narzeczona pod żadnym pozorem nie może zobaczyć ognia buzującego w piecu. Dzień przed ślubem, po południu, przychodzą dzieci ze wsi i robią kocią muzykę, ciskają naczynia na ścieżkę prowadzącą do furtki, żeby się potłukły, ale żadnego szkła, a od starościny dostają ciasta. W wieczór przed ślubem dorośli przynoszą podarki, wygłaszają rymowanki i zasiadają do uczty przedślubnej. Tego wieczoru płomień świec nie ma prawa filować, to przynosi nieszczęście. Skorupy panna młoda zmiata następnego ranka ze ścieżki i wrzuca je do dołu, który wykopał pan młody. Potem druhny stroją pannę młodą do ślubu, nakładają jej wianek mirtowy i welon. Gdy młoda para wychodzi z domu, dwie dziewczynki opuszczają girlandę z kwiatów do ziemi, a młoda para musi ją przestąpić. Zaraz potem następuje wyjazd do kościoła. Konie mają po zewnętrznej stronie uzdy dwie wstążki, czerwoną, miłości, i zieloną, nadziei. Takie same wstążki są też przy batach. Wóz młodych ustrojony jest girlandą z bukszpanu, a niekiedy też jałowca. Jedzie on jako ostatni za wozami gości, nie wolno mu się zatrzymać ani też zawracać. Orszak ślubny, o ile to możliwe, powinien unikać drogi koło cmentarza. Podczas jazdy młodym nie wolno się oglądać. Deszcz podczas jazdy może padać, ale śnieg lepiej nie. Ile płatków śniegu, tyle bólu mego. Pannie młodej nie wolno też upuścić przed ołtarzem chusteczki, bo w małżeństwie poleją się łzy. W drodze powrotnej wóz młodych jedzie przed innymi, musi jechać szybko, inaczej w małżeństwie będzie szło na opak. Gdy młoda para przekracza próg domu, musi przestąpić żelazo, a więc siekierę albo podkowę. Podczas uczty weselnej młodzi siedzą w rogu, w kącie dla nowożeńców, którego nie wolno im opuścić. Krzesła młodych przystrojone są pędami bluszczu. Po uczcie jeden z chłopaków wślizguje się pod stół i ściąga pannie młodej but, idzie on na licytację i na końcu musi go wykupić pan młody. Uzyskana suma przeznaczona jest dla kucharek. O północy wśród przyśpiewek drze się welon i każdy gość dostaje kawałeczek, na pamiątkę. Po weselu młoda para wprowadza się do nowego mieszkania. Przyjaciele zostawili tam na piecu zawiniątko z chlebem i solą oraz parę grosików, aby nowożeńcom nie zbrakło nigdy pieniędzy ni strawy. Powinno tam przeleżeć nienaruszone przez cały rok. Najważniejsze przy zaślubinach trzy lub cztery słowa to: wolno, może i musi, i może, i trzeba, i musi, i wolno. Pierwszy obowiązek młodej żony w nowym mieszkaniu to przynieść wody.

Sołtys ma cztery córki: Gretę, Hedwig, Emmę i Klarę. Kiedy w niedzielę jedzie ze swymi córkami wozem przez wieś, nakłada koniom białe skarpetki. Ojciec sołtysa był sołtysem, jego ojciec był sołtysem, a ojciec tego też był sołtysem, i tak dalej wstecz aż do roku tysiąc sześćset pięćdziesiątego. Sam król mianował sołtysem ojca ojca ojca ojca sołtysa, i dlatego teraz, kiedy sołtys w niedzielę jedzie wozem z córkami przez wieś, nakłada koniom białe skarpetki. Greta, Hedwig, Emma i Klara siedzą sobie, ojciec powozi, konie idą lekkim kłusem, a jeśli ziemia jest jeszcze wilgotna, to już przed rzeźnikiem białe skarpetki koni są zachlapane. Co niedziela, po mszy, ojciec wiezie swoje cztery córki drogą od kościoła w dół do głównej ulicy, koło rzeźnika i szkoły, wzdłuż cegielni, za cegielnią skręca z głównej ulicy w lewo, w drogę nad jezioro, jedzie nią w kierunku północnym aż do parceli w połowie Pasterskiej Góry, którą wszyscy nazywają laskiem Klary, bo to jej część ojcowizny. Tam sołtys zawraca, a w tym czasie dziewczęta latem szybciutko zeskakują z wozu, aby po prawej stronie drogi skubnąć parę malin, ale Wurrach, jak nazywają we wsi ojca czterech córek, gdy tylko zawróci, trzaska z bata, jak to zawsze robi w tygodniu, kiedy pędzi pustym wozem przez wieś, zwołując do roboty parobków i dziewki, a więc gdy Wurrach, ich ojciec, trzaśnie z bicza, cztery siostry wskakują z powrotem na swoje miejsca i jadą teraz w stronę domu, znowu koło cegielni, szkoły i rzeźnika, aż na drugi koniec wsi, do zagrody Klotthof, którą ojciec odziedziczył po swoim ojcu, a ten po swoim, a ten znowu po swoim i tak dalej, a więc wracają do Klotthofu, który król gdzieś koło roku tysiąc sześćset pięćdziesiątego nadał przodkowi Wurracha jako lenno, wraz z kilkoma łanami ziemi.

Jeśli panna pragnie się dowiedzieć, czy szybko wyjdzie za mąż, powinna w noc sylwestrową zapukać do kurnika. Gdy pierwsza odezwie się kura, to nic z tego nie będzie, ale gdy odezwie się kogut, jej życzenie wnet się spełni. W noc sylwestrową może zmusić swego przyszłego, by jej się ukazał. Jeśli dziewczyna chce poślubić szypra, siada na taczkę, wtedy wytęskniony wkrótce się pokaże. Żeby poślubić murarza, dziewczyna zasiada na pieńku do rąbania drzewa. Gdy chwyci wtedy korytko i kielnię, ten wkrótce nadejdzie. Jeśli pragnie gospodarza, bierze do ręki kosę i łopatę. Matka córki na wydaniu nie szczędzi starań, żeby zwabić zalotników. W tym celu specjalnie zostawia w domu zwieszające się pajęczyny. Gdy ktoś je zniszczy, na zalotników nie ma co liczyć.

Matka czterech dziewcząt zmarła przy narodzinach Klary. Sołtys nie ma syna. Są we wsi komornicy i chałupnicy, jest dwóch zagrodników i paru gospodarzy, ale sołtys jest tylko jeden.

Greta nie wyjdzie za mąż, bowiem najstarszy syn chłopa Sandkego, z którym się zaręczyła, jedyny spośród sześciu synów, który się wyuczył gospodarstwa, bo miał objąć zagrodę po ojcu, tuż przed ślubem, ku zaskoczeniu swojemu, a także swego ojca, nie został przez właściciela majątku wyznaczony na spadkobiercę. Ślub odłożono, a narzeczony Grety, gdy gospodarstwo objął we wrześniu jeden ze szwagrów, wsiadł w Bremerhaven na parowiec i za 280 marek popłynął przez Antwerpię, Southampton, Cieśninę Gibraltarską, Genuę, Port Said, Kanał Sueski, Morze Czerwone, Aden, Colombo i Adelajdę do Melbourne w Australii, dokąd dotarł po sześciotygodniowej podróży 16 listopada 1892 roku z resztką majątku w postaci 8 marek i złotego zegarka kieszonkowego, który zastawił za 20 marek. Z Melbourne opisał to w liście do narzeczonej, później Greta nie miała już od niego żadnych wieści, a grunty Sandkego, graniczące z polem Wurracha, już na zawsze dla rodziny sołtysa przepadły.

Hedwig zadała się z wyrobnikiem, który latem młócił zboże w ich gospodarstwie. Gdy ojciec dowiedział się o tym od sąsiada, wpadł w środku dnia do stodoły, wyrwał robotnikowi cep z ręki i ze słowami: Jak wezne zaraz siekiere, to cie ubije!, wygnał go z zagrody, gonił za nim aż na skraj lasu, a w całej wsi słychać było jego głos, który od ciągłego rozkazywania stał się ochrypły, prawie zdarty, i brzmiał jak głos pijanego: Jak przyniese siekiere, to cie ubije! Gdy wrócił do zagrody, zamknął Hedwig na kilka dni w wędzarni na strychu, gdzie straciła dziecko, które w owym czasie było ledwo malutkim krwawym strzępkiem.

Trzecia z kolei córka sołtysa, Emma, z pewnością nadawałaby się na ten urząd, gdyby przyszła na świat jako mężczyzna. Pomaga ojcu we wszystkim, pod jego nieobecność decyduje o świadczeniach od mieszkańców, zatrudnia parobków i dziewki, dogląda wycinki, pól i bydła. Na temat zamążpójścia Emmy nigdy nie padło nawet jedno słowo, ani w rodzinie, ani we wsi.

Z kolei Klarze, najmłodszej córce wójta, jako część ojcowizny przypadł w udziale las na Pasterskiej Górze, który na dole graniczy z jeziorem, na górze z należącą do majątku łąką porośniętą malinami, z prawej z gruntami starego Warnacka, a wreszcie z lewej z łąką pewnego komornika, który z powodu bezprawnego wypasu na tej łące, do której to Wurrach rości sobie pretensje, od lat jest w sporze z ojcem Klary. W tej sytuacji ojciec uważa lasek Klary za wyspę, bo na jego przyłączenie do innych gruntów poprzez małżeństwo się nie zanosi.

Kiedy rybak przybija do brzegu, który stanowi granicę jej schedy, Klara nie wie, co powiedzieć. Młody też nic nie mówi, rzuca jej tylko linę, ona ją chwyta i wiąże wokół olchy. To przypadek, że akurat dziś przyszła do swego lasku. Od czasu tamtego nieszczęścia z Hedwig ojciec nigdy więcej nie zabrał córek na przejażdżkę. Dziś Klara przyszła tu sama, pieszo, najpierw wyżej na łące zbierała maliny, a później zeszła między swymi krzakami i drzewami, dębami, olchami i sosnami, żeby popatrzeć na połyskującą wodę, bo z zagrody nawet w zimie, kiedy drzewa są bezlistne, jeziora nie widać.

Nieznajomy rybak podaje jej rękę, ona pomaga mu wysiąść z chyboczącej się łódki, a potem znów się odsuwa. Dopiero gdy rybak drugi raz wyciąga do niej rękę, pojmuje, że ma go dalej prowadzić. W połowie zbocza, tam gdzie ziemia nie jest już taka czarna, a trawa mniej wilgotna, znajdzie się chyba miejsce dla niej i dla rybaka, którego włosy są tak mokre, że woda kapie mu na ramiona i ścieka po rękach, tam gdzie jego palce splatają się z jej palcami. Dopiero teraz, kiedy szuka skrawka trawy, gdzie mogłaby z nim usiąść, rzuca jej się w oczy, ilu ludzi jest wokół nich w tym lasku, wszędzie, w każdym ładnym miejscu, gdzie można by spocząć, już ktoś siedzi albo stoi, niektórzy leżą w cieniu i śpią, inni jedzą podwieczorek, jeszcze inni opierają się o drzewa, palą i wydmuchują kółka dymu w powietrze. Pewnie tylko dlatego, że ci wszyscy ludzie są tak cicho, nie zauważyła ich wcześniej. W słonecznej plamie pod wielkim dębem rośnie trawa, którą tak lubi, wysoka, sucha trawa, kępka w kępkę, i gdy Klara tam klęka i pociąga za sobą rybaka, ci inni wreszcie zaczynają się ruszać, odkładają z powrotem do koszy jabłka, kanapki i jajka na twardo, zwijają koce i z całkowitym spokojem podnoszą się, a ci, którzy opierali się o drzewa, rzucają teraz papierosy na ziemię i rozdeptują niedopałki. Jeden po drugim idą pod górę i opuszczają lasek, nie mówiąc ani słowa do Klary i jej rybaka, nawet się z nimi nie żegnają. Rybak kładzie jej, najmłodszej i dotychczas niewydanej za mąż córce sołtysa, głowę na kolana, a ona zaczyna mu wycierać mokrą czuprynę spódnicą. Za dębem, tuż za jej plecami, podnosi się teraz dwóch ostatnich niemych gości, których wcześniej nie zauważyła, i także oni odchodzą.

Narodziny czerwone, życie zielone, a śmierć biała.

Znam jedno zwierzątko, na imię ma Maniątko, Maniątko zwie się zwierzątko. Kosteczki ma na ciele.

Leży baba w mej piwnicy. Ma spódnicę na spódnicy. A tych spódnic jest ze sto.

Po naszym strychu łazi coś, nie człapie to, nie drepce to.

Ciskasz na dach białe, a to spada żółte.

Stoi siwek w ogrodzie, ogonem niebo bodzie.

Gdy królowa swą herbatę piła wieczorem, przypłynęły trzy sarenki jeziorem. Jakie imię królowej?

Pilnie trzymam straż, biedny żołnierz wasz. Muszę bić, choć nie mam rąk, choć bez nóg, trza chodzić w krąg, prawdę głosić, jak wiecie, wszystkim ludziom na świecie.

Pełno dziur, a trzyma na mur.

Z początku siostry nic nie zauważają, no może czasem Klara wita się z nimi teraz rano szczególnie grzecznie i pyta o zdrowie, jakby były obce albo przez dłuższy czas się nie widziały. Za to w inne ranki odwraca głowę, gdy siostry życzą jej dobrego dnia. Drugie, co rzuca się w oczy siostrom, a także ludziom ze wsi, to to, że Klara często wychodzi z kubłem, w którym są odpadki dla świń, na drogę, zamiast opróżnić go w chlewie. Z kubłem w ręce przechodzi przez wieś, mija rzeźnika i szkołę i za cegielnią skręca w lewo na drogę do jeziora. Stary Warnack, którego ziemia graniczy po prawej z laskiem Klary, opowiadał Wurrachowi, że Klara dopiero tam wylewa zawartość wiadra gdzieś w krzaki, a potem siada na trawie, opierając się plecami o dąb, z nogami opartymi na odwróconym do góry dnem kuble, i gada z powietrzem albo po prostu milczy. Kiedy ojciec zabronił jej opuszczać zagrodę, zaczyna się chować w obejściu. Przykuca za krzakami i drzewami w sadzie albo pod deskami, które stoją gdzieś oparte o ścianę, wchodzi też do skrzyń i beczek. Siostry i służba muszą się liczyć z tym, że wszędzie mogą natknąć się na Klarę. W tych kryjówkach słychać teraz często, jak płacze i coś wykrzykuje, ale gdy ją wyciągnąć, zachowuje się cicho i łagodnie. Gdy kiedyś Greta otworzyła drzwi do komórki, żeby wyjąć miotłę, zobaczyła Klarę stojącą w ciasnym pomieszczeniu i uśmiechającą się do niej pogodnie, jakby od dawna czekała w ciemności na siostrę. Innym znów razem przy obiedzie sięgnęła ręką do miski i przy wszystkich zaczęła sobie rozmazywać gorącą kaszę po policzkach i brodzie, jak gdyby specjalnie nie chciała trafić do ust, ale i wtedy uśmiechała się błogo i była uszczęśliwiona. Na chwilę przy stole sołtysa zrobiło się bardzo cicho. Przez jakiś czas nikt, żaden parobek, żadna dziewka, nie chciał się nająć do pracy u wszechwładnego sołtysa, bo wszyscy gadali, że trzeba się tam mieć na baczności przed jedną taką, co jej się w głowie pomieszało. Siostry schowały wszystkie ostre noże do zamykanej na klucz szuflady, parobcy kładli siekiery na wysoką półkę w bramie wjazdowej, gdzie kobieta nie sięgnie bez drabiny, a w pokoju Klary ojciec odkręcił uchwyty okienne i wewnętrzną klamkę w drzwiach i na noc własnoręcznie zamykał je od zewnątrz. Nocami Klara, ostatnia córka sołtysa, odwracała niekiedy swój nocnik do góry dnem i zaczynała na nim bębnić.

To jest klucz do ogrodu, / Dla trzech dziewczynek z rodu. / Pierwsza nazywała się Binka. / Druga nazywała się Bibeldebinka. / Trzecia nazywała się Zyg-zet-zak / Nobel de Bobel de Bibel de Binka. / Raz Binka kamień wzięła / i w Bibeldebinkę cisnęła. / Ta w nogę dostała, / a Zyg-zet-zak / Nobel de Bobel de Bibel de Binka / gorzko zapłakała.

A więcej nic się nie dzieje, chyba tylko to, że Greta, Hedwig i Emma, a także Klara są coraz starsze, a ich ojciec już całkiem stary. Nie wydarza się nic ponad to, że w lasku Klary od starego dębu odrywa się konar, spada na trawę i próchnieje. Wszyscy mieszkańcy wsi dawno przywykli do tego, że stara od sołtysa, jak od jakiegoś czasu nazywają Klarę, kuśtyka czasem przez wieś w dwóch różnych butach na nogach albo i w samych pończochach, dochodzi do rzeźnika, do szkoły, do cegielni, ale nigdy dalej, a gdy ją spytać: Dokąd to?, mówi w odpowiedzi: Bo ja wim.

Zeszłej rękawiczki / zgubiłam moją jesień. / Musiałam znaleźć trzy dni, / zanim ją szukałam. / Raz szłam koło ogrodu, / a tam stał jakiś pan. / Przy tym panu siedziały trzy stoły. / Więc zdjęłam dzień / i powiedziałam: Kapelusz dobry, moi panowie. / Na to panowie śmiali się tak zacząć, / że pęk im się brzuchacił.

Pierwszą z trzech części lasku Klary stary Wurrach sprzedał importerowi kawy i herbaty z Frankfurtu nad Odrą, drugą fabrykantowi sukna z Guben, który w umowie kupna umieścił swego syna, aby zapewnić mu udział w spadku, trzecią część wreszcie, tę, na której rośnie rozłożysty dąb, pewnemu berlińskiemu architektowi, który to zbocze, porośnięte drzewami i krzakami, dojrzał z parowca wycieczkowego i zapragnął zbudować tam letni dom dla siebie i swojej narzeczonej. Sołtys najpierw rozmawia z importerem kawy i herbaty, następnie z fabrykantem sukna, a na końcu z architektem na temat tylu to a tylu metrów kwadratowych, po raz pierwszy w życiu mierzy ziemię nie we włókach i hektarach, po raz pierwszy w życiu mówi o parcelach. Przez parę stuleci lasek Klary nazywano wyrębem, bo co trzydzieści lat wszystko wokół wielkiego dębu wycinano, a następnie teren ponownie zalesiano, teraz niektóre z rosnących tam drzew mają pozostać na zawsze, żeby dawać cień, jak mówi narzeczona architekta. Podczas gdy ojciec ustala cenę trzeciej części lasku, Klara, którą wszyscy nazywają starą od sołtysa, jak zawsze kuśtyka przez wieś, z jedną nogą w bucie, drugą w samej pończosze, kuśtyka koło jatki, potem koło szkoły, potem koło cegielni i z powrotem do domu. Z zapadnięciem zmroku spada pierwszy śnieg. Stary Wurrach podpisuje się jako sprzedający trzecią parcelę na Pasterskiej Górze w imieniu swej ubezwłasnowolnionej córki, za architekta jako nowa właścicielka składa podpis jego młoda narzeczona.

Następnego dnia Emma odkryła ślady Klary na świeżo spadłym śniegu, niedaleko kąpieliska prowadzą one prosto do burej wody, na zmianę but, pończocha, but, pończocha, but. Nieco później znajdują także ciało, na brzegu przy cegielni zaplątało się w odsłonięte przez wodę korzenie starej sosny. Ksiądz chce odmówić samobójczyni chrześcijańskiego pochówku, ale sołtys, który tymczasem mimo zaawansowanego wieku został przewodniczącym miejscowej organizacji chłopskiej, do tego nie dopuszcza.

W domu, w którym ktoś umarł, natychmiast zatrzymują zegar. Zasłaniają lustro, inaczej będzie widać dwóch nieboszczyków. Otwierają górne okna, i jeśli w dachu nie ma dymnika, wyjmują jedną dachówkę, żeby dusza miała którędy wylecieć. Zmarły jest myty i przebierany. Mężczyznę ubierają w czarny surdut, kobietę w czarną suknię. Wkładają zmarłemu buty. Pannę chowają w ślubnym stroju, w białej sukni, mirtowym wianku i welonie. Układają zmarłego na słomie. Na twarz kładą mu szmatkę nasączoną wódką albo octem. Na ciało idą pokrzywy, żeby nie zsiniał. Po obu bokach zmarłego mężczyzny kładą po siekierze. Zmarła kobieta otrzymuje siekierę na brzuch, z trzonkiem skierowanym ku stopom. Przy wkładaniu do trumny siekiery zabierają. Naczynie z płynem wyciekłym ze zmarłego zakopuje się pod zbiornikiem na deszczówkę. Słomę, na której leżał zmarły, i jego stare ubrania pali się albo zakopuje. Śmierć oznajmia się zwierzętom w stajniach i chlewach oraz drzewom w sadzie, wypowiadając słowa: Wasz gospodarz umarł. Zanim wyniosą trumnę za próg, trzy razy ją stawiają. Gdy tylko zmarły znajdzie się za progiem, natychmiast zamyka się okna i drzwi, żeby dusza nie mogła wrócić. Leje się wodę na podłogę i omiata izbę miotłą. Krzesła, na których stała trumna, odwraca się i kładzie na podłodze. Aby zmarły już nigdy nie powrócił, za żałobnym orszakiem chlusta się wodą z miski, tak samo jak wtedy gdy zagrodę opuszcza lekarz albo rakarz.