Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 438 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Klub racjonalistek - Sergiusz Pinkwart

38-letnia Ewa Jaworska, redaktor działu psychologii w Kobiecie Modnej, jest w ósmym miesiącu ciąży z młodszym od niej o 10 lat drugim mężem, dziennikarzem motoryzacyjnym Marcinem Zarembą, marzącym o szybkim zarobieniu dużych pieniędzy. Fortuna leży w zasięgu ręki – jak twierdzi pewien szemrany biznesmen, który namawia mężczyznę na współudział w mocno niepewnym interesie. W tym samym czasie adoptowany syn Ewy, piętnastoletni Kuba, przechodzi okres buntu i... zakochuje się w tancerce z Teatru Muzycznego ROMA, Natalii. Zmęczona ciążą, oczekująca porodu Ewa ma poważne wątpliwości co do dalszego życia. Czy jej obecne małżeństwo ma w ogóle sens? Może rozstanie z ojcem Kuby było błędem? Szukając wsparcia, kobieta wybiera się do znanej wróżki Karmy, czyli po prostu Kaliny – ładnej nowoczesnej dziewczyny cieszącej się reputacją osoby, która nigdy się nie myli. Zamiast uzyskać odpowiedź na swoje rozterki, Ewa dowiaduje się, że jej syn Kuba właśnie zginął. Na szczęście ta wywróżona z kart informacja okazuje się nieprawdziwa. Dzięki refleksowi Natalii chłopak wymyka się śmierci. Wkrótce jednak wokół nastolatka zaczynają rozgrywać się niepokojące, groźne wydarzenia. Ewa i jej przyjaciele z pracy, tytułowy „Klub racjonalistek”, próbują znaleźć jakieś logiczne wyjaśnienie tej serii tajemniczych wypadków i niesamowitych zbiegów okoliczności. Czy ma ona jakiś związek z jej nowym mężem i jego byłą dziewczyną?

Opinie o ebooku Klub racjonalistek - Sergiusz Pinkwart

Fragment ebooka Klub racjonalistek - Sergiusz Pinkwart

Wydanie elektroniczne

Ser­giusz Pin­kwart(ur. 1973).

Pi­sarz, mu­zyk, dzien­ni­karz, po­dróż­nik. Ukoń­czył Aka­de­mię Mu­zycz­ną im. F. Cho­pi­na w War­sza­wie. Był sze­fem dzia­łów za­gra­nicz­nych w „Vi­vie!”, „Gali” i „Pani”. Od 1994 jest człon­kiem or­kie­stry Te­atru Mu­zycz­ne­go „Roma”. Au­tor po­wie­ści Cień Ki­li­man­dża­ro i Klub ra­cjo­na­li­stek, a tak­że ksią­żek dla dzie­ci. Jego pa­sją są po­dró­że. To co zo­ba­czy i prze­ży­je, opi­su­je na swo­im blo­gu.

www.mi­cu­la­pin­kwart.na­te­mat.pl

Tego au­to­ra

CIEŃ KI­LI­MAN­DŻA­RO

KLUB RA­CJO­NA­LI­STEK

Co­py­ri­ght © Ser­giusz Pin­kwart 2013

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Re­dak­cja: Be­ata Sła­ma

Ilu­stra­cja na okład­ce: Geo­r­ge May­er/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-089-2

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

PROLOG

Ewa z ca­łej siły wdep­nę­ła ha­mu­lec i szarp­nę­ła kie­row­ni­cą. Sa­mo­chód za­tań­czył na mo­krym as­fal­cie, ale nie zmie­nił ani na mi­li­metr kur­su i su­nął wprost na fur­go­net­kę ja­dą­cą z na­prze­ciw­ka. Zbli­ża­ją­ce się z ogrom­ną pręd­ko­ścią przed­nie świa­tła vana ośle­pi­ły Ewę. Od­ru­cho­wo za­mknę­ła oczy, pu­ści­ła kie­row­ni­cę i sku­li­ła się na sie­dze­niu, cze­ka­jąc na ude­rze­nie. Wszyst­ko trwa­ło ułam­ki se­kund, choć gdy póź­niej wra­ca­ła my­śla­mi do tego mo­men­tu, roz­cią­gał się w cza­sie ni­czym bez­sen­na zi­mo­wa noc. Fur­go­net­ka od­bi­ła na po­bo­cze, ale i tak za­ha­czy­ła o re­nault Ewy. Urwa­ne lu­ster­ko po­szy­bo­wa­ło ostrą pa­ra­bo­lą w stro­nę ro­sną­cej przy dro­dze kępy lesz­czy­ny. Zgrzyt­nę­ła bla­cha, a Ewa krzyk­nę­ła roz­pacz­li­wie. Świat wo­kół niej za­wi­ro­wał. Sa­mo­chód ob­ró­cił się dwa razy wo­kół wła­snej osi, a po­tem prze­ciął po­bo­cze i ude­rzył w spróch­nia­ły pień ol­chy. Drze­wo pę­kło na pół i z grze­cho­tem su­chych ga­łę­zi zwa­li­ło się na dach, wgnia­ta­jąc bla­chę. Wszyst­ko na­gle znie­ru­cho­mia­ło i wła­śnie w tym mo­men­cie z hu­kiem wy­sko­czy­ła z kie­row­ni­cy po­dusz­ka po­wietrz­na, przy­ci­ska­jąc gło­wę Ewy do opar­cia fo­te­la. Sil­nik za­krztu­sił się i zgasł, ale ra­dio wciąż gra­ło. Ewa nie­zdar­nie uwol­ni­ła twarz z fla­cze­ją­cej już po­wło­ki i się­gnę­ła do sta­cyj­ki. Wy­ję­ła klu­czyk i Rol­ling Sto­ne­si prze­sta­li iry­tu­ją­co na­rze­kać na brak sa­tys­fak­cji. Pchnę­ła drzwi, któ­re – o dzi­wo – od­sko­czy­ły bez pro­ble­mu. Chcia­ła wstać, wy­rwać się, uciec z tej po­gię­tej kon­ser­wy, jed­nak za­pię­te pasy unie­moż­li­wia­ły ja­ki­kol­wiek ruch.

– Dziec­ko! O Boże! Moje dziec­ko!

Ser­ce za­ło­mo­ta­ło jej w pier­si, a po ple­cach po­cie­kła struż­ka potu. Tłu­miąc strach, przy­ci­snę­ła obie dło­nie do za­okrą­glo­ne­go brzu­cha.

Jaki jest naj­częst­szy po­wód śmier­ci ko­biet w cią­ży? – przy­po­mnia­ła so­bie ar­ty­kuł w ko­lo­ro­wym ma­ga­zy­nie. Tekst był jej au­tor­stwa, a na­pi­sa­ła go za­le­d­wie trzy mie­sią­ce temu, więc do­sko­na­le zna­ła od­po­wiedź na to py­ta­nie.

– Wy­pad­ki sa­mo­cho­do­we – po­wie­dzia­ła pół­gło­sem. – Cho­le­ra! Że też mnie to mu­sia­ło spo­tkać…

Szarp­nę­ła roz­pacz­li­wie pas, któ­ry za­blo­ko­wał się, na­pię­ty do gra­nic moż­li­wo­ści. Czu­ła, że nie­mal prze­ci­na ją na pół. W koń­cu prze­krę­ci­ła się na bok i pra­wą ręką wy­ma­ca­ła za­pię­cie. Usły­sza­ła trzask za­pad­ki i na­resz­cie mo­gła głę­biej ode­tchnąć. Po­ru­szy­ła nie­pew­nie no­ga­mi. Wy­glą­da­ło na to, że nic so­bie nie zła­ma­ła. Bo­la­ła ją szy­ja, a z roz­bi­te­go ude­rze­niem po­dusz­ki po­wietrz­nej nosa są­czy­ła się struż­ka krwi. Więk­szych ob­ra­żeń na ra­zie nie za­uwa­ży­ła. Zresz­tą nie jej stan był w tej chwi­li naj­waż­niej­szy. Li­czy­ło się tyl­ko dziec­ko, któ­re no­si­ła w brzu­chu od ośmiu mie­się­cy.

– Na co cze­kasz? Wy­sia­daj!

Ewa, krzy­wiąc się z bólu, od­wró­ci­ła gło­wę. Obok sa­mo­cho­du sta­ła dziew­czy­na w skó­rza­nym kom­bi­ne­zo­nie mo­to­cy­klo­wym. Zdję­ła kask i po­trzą­snę­ła grzy­wą kasz­ta­no­wych wło­sów.

– Wy­sia­daj wresz­cie. Nic ci nie jest, ale sa­mo­chód za chwi­lę tra­fi szlag! – po­wie­dzia­ła gło­śno i sta­now­czym ge­stem wzię­ła Ewę za ra­mię. – Je­śli zo­sta­niesz tu jesz­cze mi­nu­tę, zgi­niesz. Co bę­dzie bez sen­su, sko­ro prze­ży­łaś ostat­nie sto dwa­dzie­ścia se­kund.

Dziew­czy­na wy­wle­kła ją z auta, nie ba­cząc na nie­śmia­łe pro­te­sty i proś­by, by zo­sta­wi­ła ją w spo­ko­ju i we­zwa­ła po­go­to­wie.

– Nie pieść się ze sobą. Tro­chę na­cią­gnę­łaś so­bie mię­śnie, to wszyst­ko. Kie­row­ca fur­go­net­ki oca­lił ci ży­cie, ale chy­ba tyl­ko po to, żeby nie na­ro­bić so­bie jesz­cze więk­szych kło­po­tów.

Ewa spoj­rza­ła nie­przy­tom­nym wzro­kiem na ko­bie­tę w skó­rza­nym kom­bi­ne­zo­nie.

– O czym pani mówi? Skąd…

– Ro­zej­rzyj się, sie­ro­to! – prze­rwa­ła jej nie­zna­jo­ma. – Fa­cet zwiał, choć to ty mu za­je­cha­łaś dro­gę i za­pew­ne so­lid­nie po­ry­so­wa­łaś la­kier. Miał swo­je po­wo­dy, by mach­nąć ręką na od­szko­do­wa­nie. To nie była jego brycz­ka. Ukradł ją kil­ka go­dzin temu w Puł­tu­sku. Nie… – ścią­gnę­ła brwi i za­my­śli­ła się na chwi­lę. – Nie w sa­mym Puł­tu­sku, ale gdzieś w tam­tych oko­li­cach. To nie­istot­ne…

Po­wie­trzem tar­gnął głu­chy od­głos wy­bu­chu. Ewa za­mknę­ła oczy. Na ple­cach po­czu­ła ude­rze­nie go­rą­ca.

Mo­to­cy­klist­ka się za­śmia­ła.

– Wie­dzia­łam! Za­wsze wiem… Chodź, bo się tu usma­żysz.

Zła­pa­ła zdez­o­rien­to­wa­ną Ewę za ło­kieć i zmu­si­ła do zro­bie­nia kil­ku kro­ków, by od­da­li­ły się od pło­ną­ce­go wra­ku. Po­de­szły do za­par­ko­wa­ne­go na po­bo­czu wiel­kie­go, ob­wie­szo­ne­go ku­fra­mi mo­to­cy­kla. Ewa wciąż była w szo­ku. Z za­wo­do­we­go przy­zwy­cza­je­nia za­no­to­wa­ła w pa­mię­ci drob­ne szcze­gó­ły: nie­bo za­cią­gnę­ło się bisz­kop­to­wy­mi chmu­ra­mi i za­czął sią­pić drob­ny je­sien­ny desz­czyk. W od­da­li prze­je­chał ze stu­ko­tem po­ciąg to­wa­ro­wy. Na mo­krej dro­dze z dużą pręd­ko­ścią mi­nę­ło ich kil­ka sa­mo­cho­dów, nie wy­ka­zu­jąc naj­mniej­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia dwie­ma ko­bie­ta­mi sto­ją­cy­mi nie­opo­dal pło­ną­ce­go re­nault, jak­by taki wi­dok był dla kie­row­ców nu­żą­cą co­dzien­no­ścią.

– Mu­szę za­dzwo­nić do męża. – Wy­szep­ta­ła Ewa, od­gar­nę­ła wło­sy z twa­rzy i za­czę­ła ma­so­wać so­bie obo­la­ły kark. – Mój te­le­fon… – Wy­ko­na­ła nie­okre­ślo­ny gest, wska­zu­jąc pło­ną­ce auto.

– Pro­szę. – Mo­to­cy­klist­ka po­da­ła jej swo­ją ko­mór­kę. – Je­śli chcesz, za­dzwoń do tego fa­ce­ta, choć roz­wie­dli­ście się pół roku temu i od tam­te­go cza­su roz­ma­wia­li­ście może ze dwa razy. On ci nie po­mo­że. Zresz­tą nig­dy nie mo­głaś na nie­go li­czyć. Mo­żesz spró­bo­wać za­dzwo­nić do tego dru­gie­go, ale… Nie, to też bez sen­su. Do­brze ci ra­dzę, licz na sie­bie.

Ewa spoj­rza­ła na nią bez­gra­nicz­nie zdu­mio­na. Rze­czy­wi­ście, z przy­zwy­cza­je­nia chcia­ła za­te­le­fo­no­wać do To­ma­sza. Jest le­ka­rzem i za­wsze spo­koj­nie wy­słu­chi­wał jej ner­wo­wych mo­no­lo­gów, a po­tem wzru­szał ra­mio­na­mi i wra­cał do swo­ich za­jęć. Ale nie są już mał­żeń­stwem. Po­win­na za­dzwo­nić do Mar­ci­na. On musi jej po­móc. Prze­cież nosi pod ser­cem jego dziec­ko.

Ewa bez­rad­nym ge­stem prze­cze­sa­ła ręką się­ga­ją­ce do ra­mion pro­ste blond wło­sy. Mia­ła re­gu­lar­ne rysy i dys­kret­ny ma­ki­jaż pod­kre­śla­ją­cy głę­bię tę­czó­wek o bar­wie akwa­ma­ry­ny. Cią­ża wy­peł­ni­ła jej do nie­daw­na pła­ski brzuch, ale tym szczu­plej wy­glą­da­ły dłu­gie nogi w bu­tach na zde­cy­do­wa­nie zbyt wy­so­kim ob­ca­sie. W re­dak­cji nogi Ewy były sta­łym te­ma­tem do­cin­ków za­zdro­snych ko­le­ża­nek, któ­re nie mo­gły jej wy­ba­czyć wspa­nia­łej fi­gu­ry. Na­wet naj­bliż­sze przy­ja­ciół­ki cze­ka­ły z nie­cier­pli­wo­ścią, kie­dy wresz­cie uzna, że prze­mi­nął czas krót­kich spód­ni­czek i zwiew­nych su­kie­nek, któ­re wię­cej od­kry­wa­ją, niż za­sła­nia­ją. Tym­cza­sem do­bi­ja­ją­ca czter­dziest­ki Ewa, za­miast zgod­nie z me­try­ką stać się nie­wi­dzial­ną, zwią­za­ła się z dużo młod­szym fa­ce­tem i czer­pa­ła z ży­cia peł­ny­mi gar­ścia­mi. Przy Mar­ci­nie czu­ła się cza­sem jak na­sto­lat­ka. Mar­cin… Musi do nie­go za­dzwo­nić. Na­tych­miast!

Mo­to­cy­klist­ka uśmiech­nę­ła się i po­kle­pa­ła ją po ple­cach, do­da­jąc otu­chy.

– Nic się nie bój, słon­ko. Uro­dzisz wkrót­ce zdro­wą ślicz­ną có­recz­kę. To naj­waż­niej­sze. Mia­łaś wąt­pli­wo­ści, rzu­ca­jąc męża. I słusz­nie! Ten dru­gi to też nie jest męż­czy­zna dla cie­bie. Prze­cież do­brze wiesz. Tyl­ko że ty nie chcesz słu­chać in­tu­icji. Mo­ich rad też nie po­słu­chasz… A po­win­naś. Ja się nig­dy nie mylę. Pa­mię­taj. Nig­dy!

– Skąd pani to wszyst­ko wie? – Ewa prze­rwa­ła wy­bie­ra­nie nu­me­ru. – Kim pani jest? Czy my się zna­my? Nie są­dzę… Mam do­brą pa­mięć do twa­rzy.

– Mam na imię Ka­li­na. – Mo­to­cy­klist­ka po­da­ła jej rękę w gru­bej rę­ka­wi­cy. Ewa z tru­dem ją uści­snę­ła. – Kim je­stem, nie ma chy­ba więk­sze­go zna­cze­nia. W każ­dym ra­zie wie­dzia­łam, że bę­dziesz mia­ła wy­pa­dek i że trze­ba cię wy­cią­gnąć z sa­mo­cho­du, za­nim za­pa­li się ben­zy­na, któ­ra si­ka­ła z prze­bi­te­go baku. Nie py­taj, skąd to wie­dzia­łam. Sama pew­nych rze­czy nie ro­zu­miem. Mam taki dar. – Za­śmia­ła się. – Wiem o róż­nych rze­czach, i pa­mię­taj… nig­dy się nie mylę.

– Wróż­ka? – Ewa unio­sła brwi.

Dziew­czy­na skrzy­wi­ła się z nie­sma­kiem.

– Wróż­ki roz­kła­da­ją kar­ty, pa­trzą w szkla­ne kule, ana­li­zu­ją układ li­nii na dło­niach… To wszyst­ko bzdu­ry!

– Ty po pro­stu… wiesz? – do­my­śli­ła się Ewa.

Ka­li­na po­ki­wa­ła ener­gicz­nie gło­wą z wy­raź­ną sa­tys­fak­cją.

– Cza­sem uda­ję, że się wa­ham. Sta­wiam ta­ro­ta i ro­bię te idio­ty­zmy, któ­rych klien­ci ocze­ku­ją od wró­żek. To po to, by zdo­być za­ufa­nie albo za­cho­wać wia­ry­god­ność. Ale nie zwra­cam uwa­gi na kar­ty. In­tu­icyj­nie wiem, co się sta­nie. Przy­szłość nie ma dla mnie ta­jem­nic. To dar, ale i prze­kleń­stwo. Uwierz mi… Dziś mia­łaś spo­ro szczę­ścia, że tra­fi­łaś wła­śnie na mnie.

– Przy­szłość nie ma dla cie­bie ta­jem­nic? – za­czę­ła Ewa. – To po­wiedz mi… – się­gnę­ła po te­le­fon i za­czę­ła wstu­ki­wać nu­mer – po ilu sy­gna­łach Mar­cin od­bie­rze?

Ka­li­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Spraw­dzasz mnie? Nie lu­bię nie­do­wiar­ków, ale do­brze. To aku­rat ba­nal­nie pro­ste. W ogó­le nie od­bie­rze.

Mia­ła ra­cję. Po kil­ku­na­stu sy­gna­łach włą­czy­ła się au­to­ma­tycz­na se­kre­tar­ka. Ewa roz­łą­czy­ła się i zre­zy­gno­wa­na od­da­ła ko­mór­kę. Ka­li­na wrzu­ci­ła ją do ma­łe­go ple­cacz­ka i wsko­czy­ła na sie­dze­nie mo­to­cy­kla.

– Po­cze­kaj! – wy­krzyk­nę­ła Ewa. – A po­li­cja? Po­go­to­wie? Nie zo­sta­wisz mnie chy­ba tu­taj sa­mej?

Ka­li­na za­ło­ży­ła kask i włą­czy­ła star­ter. Sil­nik za­sko­czył i za­czął mru­czeć rów­nym głę­bo­kim ba­sem.

– Nic się nie bój. Ktoś już za­dzwo­nił na sto dwa­na­ście. Za chwi­lę bę­dzie tu po­moc dro­go­wa. Wiesz… la­we­cia­rze za­wsze są pierw­si, jak­by trzy­ma­li na eta­cie ja­sno­wi­dzów. – Za­śmia­ła się z wła­sne­go żar­tu. – A po­tem przy­je­dzie straż po­żar­na, ka­ret­ka i po­li­cja. Wła­śnie w ta­kiej ko­lej­no­ści.

– Po­pi­su­jesz się! – rzu­ci­ła przez zęby Ewa, czu­jąc, jak ro­śnie w niej złość.

– To samo za­wsze mó­wił mi mój były chło­pak. – Ka­li­na uśmiech­nę­ła się z no­stal­gią, kop­nię­ciem zło­ży­ła pod­nó­żek i wrzu­ci­ła pierw­szy bieg. Za­nim pu­ści­ła sprzę­gło i mo­to­cykl wy­sko­czył na mo­krą od desz­czu jezd­nię, zdą­ży­ła jesz­cze po­wie­dzieć: – Ra­dzę ci wra­cać jak naj­szyb­ciej do pra­cy. Urwij się ze szpi­ta­la, do któ­re­go za­wio­zą cię ka­ret­ką, i gnaj do ro­bo­ty. Po­win­naś już tam być, bo za­po­wia­da się cie­ka­wy dzień…

CZĘŚĆ I

ROZDZIAŁ I

– Spóź­ni­łaś się – syk­nął Kon­stan­ty. – Omi­nę­ło cię łza­we po­że­gna­nie.

– Co się dzie­je? – Ewa, któ­ra wpa­dła do re­dak­cji prze­ko­na­na, że to ona bę­dzie te­ma­tem dnia, nie kry­ła roz­cza­ro­wa­nia. Kon­stan­ty, szef dzia­łu mody, sie­dział z no­ga­mi na biur­ku i pił zie­lo­ną her­ba­tę, ba­wiąc się frę­dzel­ka­mi dłu­gie­go, fan­ta­zyj­nie za­wi­nię­te­go sza­li­ka. Od mi­kro­sko­pij­nej kuch­ni aż po new­sro­om wy­czu­wa­ło się na­pię­cie, cha­rak­te­ry­stycz­ne dla cza­su wiel­kich zmian.

– Kto wy­le­ciał? – za­py­ta­ła wprost Ewa.

Kon­stan­ty wzru­szył ra­mio­na­mi.

– A co ci pod­po­wia­da two­ja ko­bie­ca in­tu­icja?

Spoj­rza­ła na nie­go i po­krę­ci­ła gło­wą. Szef dzia­łu mody wku­rzał ją już od sze­ściu lat, ale był – o czym nig­dy nie za­po­mi­na­ła – jej naj­lep­szym przy­ja­cie­lem.

– Sam Naj­wyż­szy? – za­ry­zy­ko­wa­ła.

– Naj­wyż­szy to jest pre­zes – stwier­dził au­to­ry­ta­tyw­nie Kon­stan­ty. – A Sta­ry był tyl­ko re­dak­to­rem na­czel­nym. Ale to i tak wy­so­kie C. Zwy­kle zwol­nie­nia za­czy­na­ją od dołu, nie od góry, a tu pro­szę…

– Nie masz się z cze­go cie­szyć – wtrą­ci­ła się San­dra z dzia­łu gra­ficz­ne­go. – Przyj­dzie nowa mio­tła i wy­mie­cie… Za­cznie od funk­cyj­nych, zo­ba­czy­cie…

Ewa i Kon­stan­ty wy­mie­ni­li zna­czą­ce spoj­rze­nia. San­dra mia­ła ra­cję. Nowy na­czel­ny rzad­ko zja­wiał się sam. Z po­przed­niej pra­cy za­bie­rał za­ufa­nych współ­pra­cow­ni­ków i ob­dzie­lał ich in­trat­ny­mi eta­ta­mi w no­wym miej­scu. A tak się zło­ży­ło, że Ewa peł­ni­ła w „Ko­bie­cie Mod­nej” funk­cję re­dak­to­ra dzia­łu psy­cho­lo­gii. Kon­stan­ty od­po­wia­dał za modę i uro­dę. Zmia­na na­czel­ne­go mo­gła mieć dla nich po­waż­ne kon­se­kwen­cje.

– Ma­riet­ta Szu­ster zmie­ni na pew­no dy­rek­to­ra ar­ty­stycz­ne­go i za­stęp­ców, ale was ra­czej zo­sta­wi… – San­dra się uśmiech­nę­ła. Nie do koń­ca wie­rzy­ła w to, co mówi, ale sta­ra­ła się być miła.

– Ma­riet­ta Szu­ster?! – wy­krzyk­nę­ła Ewa i aż przy­sia­dła na skra­ju biur­ka, uwa­ża­jąc jed­nak, by ostry róg nie za­cią­gnął jej poń­czoch. – To ona bę­dzie nową na­czel­ną? Prze­cież…

Urwa­ła, ale Kon­stan­ty zro­zu­miał, co mia­ła na my­śli. Po­ki­wał z re­zy­gna­cją gło­wą.

– Po­ło­ży­ła już dwa mie­sięcz­ni­ki i je­den ty­go­dnik, ale wciąż ktoś daje jej ko­lej­ną szan­sę. Nasz Sta­ry mi­nął się z nią dziś przy win­dzie. Zo­ba­czysz, że to ona. Zresz­tą… – spoj­rzał na ze­ga­rek – prze­ko­na­my się już za pięt­na­ście mi­nut. Pre­zes w e-ma­ilu za­po­wie­dział się na czter­na­stą. Przyj­dzie i przed­sta­wi nam nowe wła­dze. Któ­ra to już bę­dzie zmia­na? – zwró­cił się do star­szej ko­rek­tor­ki w oku­la­rach gru­bych jak den­ka od bu­te­lek.

Lena ode­rwa­ła się od wiel­kie­go ar­ku­sza pa­pie­ru, na któ­rym wy­dru­ko­wa­no tekst z dzia­łu re­por­ta­żu, i spoj­rza­ła na Kon­stan­te­go.

– Szó­sta! – stwier­dzi­ła krót­ko. – To bę­dzie moja szó­sta na­czel­na, od­kąd pra­cu­ję w „Ko­bie­cie Mod­nej”, to jest od dwu­dzie­stu lat. Na­wet pa­su­je: „Szu­ster” i „szó­sta”. Zga­dza­ło­by się, gdy­by nie to „u”, otwar­te u na­czel­nej i za­mknię­te… no, nie­waż­ne. Zresz­tą wca­le się nie zdzi­wi­łam. Czu­łam pi­smo no­sem. Przy­znam wam się, że po­sta­wi­łam rano ta­ro­ta i wy­szła mi „Śmierć”.

– To kiep­sko. – Kon­stan­ty wzru­szył ra­mio­na­mi. – Wy­wa­lą cię…

– Nie­ko­niecz­nie – za­pro­te­sto­wa­ła Lena. – W ta­ro­cie śmierć nie musi ozna­czać cze­goś złe­go. To może być po pro­stu nowy po­czą­tek. Lu­dzie prze­waż­nie boją się zmian, dla­te­go…

– To za­baw­ne, że mó­wi­cie o ma­gii i wró­że­niu – prze­rwa­ła jej Ewa i już mia­ła na koń­cu ję­zy­ka opo­wieść o swo­im po­ran­nym spo­tka­niu z Ka­li­ną, gdy drzwi do new­sro­omu otwo­rzy­ły się gwał­tow­nie i wszedł wy­so­ki star­szy męż­czy­zna w gra­fi­to­wym gar­ni­tu­rze i bia­łej ko­szu­li z szy­kow­nym, wście­kle ró­żo­wym kra­wa­tem. Pre­zes Przy­toc­ki ema­no­wał pew­no­ścią sie­bie i au­to­ry­te­tem. Za nim, skrom­nie spu­ściw­szy wzrok na czub­ki ele­ganc­kich bu­tów od Chri­stia­na Lo­ubo­uti­na, dro­bi­ła trzy­dzie­sto­let­nia ko­bie­ta o krót­kich czar­nych wło­sach i grzyw­ce pod­cię­tej ewi­dent­nie przez jed­ną z naj­po­pu­lar­niej­szych war­szaw­skich fry­zje­rek.

– Ma­riet­ta Szu­ster. Oczy­wi­ście… – syk­nął Kon­stan­ty.

Ewa cof­nę­ła się o krok i opar­ła o ścia­nę. Jej ser­ce biło nie­spo­koj­nie. Po­chy­li­ła się nie­co do przo­du, by luź­ny swe­te­rek choć odro­bi­nę za­ma­sko­wał za­okrą­glo­ny brzuch. Po­przed­ni na­czel­ny szyb­ko po­go­dził się z tym, że za­szła w cią­żę. Te­atral­nym szep­tem na­po­mi­nał ją cza­sem, by nie za­pu­ści­ła się, i za­po­wie­dział, że nie to­le­ru­je „cię­ża­ró­wek w ogrod­nicz­kach”. Dał Ewie do zro­zu­mie­nia, że do­pó­ki ubie­ra się w krót­kie, eks­po­nu­ją­ce nogi spód­nicz­ki i nosi buty na wy­so­kim ob­ca­sie, to może so­bie być w cią­ży i mu to w ogó­le nie prze­szka­dza.

Zwłasz­cza że nie uszło jego uwa­gi, iż biust Ewy im­po­nu­ją­co się po­więk­szył. Te­raz jed­nak Ewa nie wie­dzia­ła, jak wy­glą­da jej po­zy­cja. O Ma­riet­cie krą­ży­ły sprzecz­ne in­for­ma­cje. Po­dob­no okre­śla­ła się jako fe­mi­nist­ka. Co mo­gło ozna­czać za­rów­no to, że cię­żar­ną ko­bie­tę bę­dzie trak­to­wa­ła przy­zwo­icie, jak i to, że wy­rzu­ci ją bez sen­ty­men­tów, bo nie może znieść, gdy po biu­rze pęta się baba z brzu­chem.

– Sy­tu­acja jest do­bra, ale nie bez­na­dziej­na – mruk­nę­ła Ewa do Kon­stan­te­go. – Wiedź­ma jest sama. Może uda nam się prze­trwać pierw­szy szturm?

Pre­zes dał im tyl­ko tyle cza­su, ile było nie­zbęd­ne, by cała re­dak­cja zgro­ma­dzi­ła się wo­kół nie­go. Nie­któ­rzy roz­sie­dli się na krze­słach, ale więk­szość pod­pie­ra­ła ścia­ny, sta­ra­jąc się, tak jak sze­fo­wa dzia­łu psy­cho­lo­gii, nie rzu­cać się w oczy. Ma­riet­ta, ochrzczo­na w po­przed­niej re­dak­cji ksyw­ką Krwa­wa Mary, z uda­wa­nym spo­ko­jem kart­ko­wa­ła ostat­ni nu­mer pi­sma za­bra­ny z biur­ka Kon­stan­te­go.

– Ko­cha­ni… – za­czął pre­zes swo­im ulu­bio­nym, niby to przy­ja­ciel­skim to­nem – za­pew­ne wie­lu z was za­da­je so­bie dziś py­ta­nie: gdzie je­ste­śmy i do­kąd zmie­rza­my…

Kon­stan­ty prze­wró­cił ocza­mi i ukry­ty za ple­ca­mi ko­rek­to­rek zro­bił gest, jak­by chciał wsa­dzić so­bie dwa pal­ce do gar­dła i spro­wo­ko­wać wy­mio­ty. Sto­ją­ca obok nie­go Ewa dys­kret­nie kop­nę­ła go w kost­kę.

– Ale spie­szę was uspo­ko­ić: zmie­rza­my w do­brym kie­run­ku – cią­gnął Przy­toc­ki. – Je­stem o tym prze­ko­na­ny…

Prze­rwał, zdjął oku­la­ry i wy­tarł szkła ir­cho­wą szmat­ką, któ­rą wy­jął z we­wnętrz­nej kie­sze­ni ma­ry­nar­ki.

– Je­śli jest tak do­brze, to dla­cze­go… – wy­pa­lił Ma­ciek, dy­rek­tor ar­ty­stycz­ny, ale dru­ga część zda­nia nie prze­szła mu przez gar­dło.

– Dla­cze­go? Chce pan wie­dzieć, dla­cze­go zde­cy­do­wa­łem się po­wie­rzyć sta­no­wi­sko re­dak­to­ra na­czel­ne­go in­nej oso­bie? Cóż… – uśmiech­nął się nie­szcze­rze – zro­bi­łem to tyl­ko i wy­łącz­nie dla do­bra pi­sma. Pani Ma­riet­ta Szu­ster to wy­bit­ny fa­cho­wiec, po­wie­dział­bym na­wet, że fa­cho­wiec świa­to­we­go for­ma­tu. Wy­ni­ki sprze­da­ży i na­kład „Ko­bie­ty Mod­nej”… hm… nie były tra­gicz­ne, ale od pew­ne­go cza­su sta­ły w miej­scu. A po­ziom, co tu ga­dać… I dla­te­go za­rząd pod­jął de­cy­zję o po­wie­rze­niu ste­rów ga­ze­ty pani Szu­ster. – Wziął Ma­riet­tę za rękę i wy­ci­snął na jej dło­ni czu­ły po­ca­łu­nek.

– Nor­mal­nie za­raz pój­dą w śli­ma­ka – szep­nął Kon­stan­ty. – Co za szop­ka…

– Pani Szu­ster – pod­jął pre­zes – zo­bo­wią­za­ła się do znacz­ne­go pod­nie­sie­nia po­zio­mu tek­stów i do opra­co­wa­nia bar­dziej wy­sma­ko­wa­nej for­my gra­ficz­nej na­sze­go ma­ga­zy­nu, a tak­że do zwięk­sze­nia sprze­da­ży z obec­nych stu dwu­dzie­stu ty­się­cy eg­zem­pla­rzy do dwu­stu ty­się­cy.

– To nie­re­al­ne! – za­pro­te­sto­wał Ma­ciek. Chy­ba już zdał so­bie spra­wę, że i tak nie utrzy­ma się na sta­no­wi­sku dy­rek­to­ra ar­ty­stycz­ne­go, i szedł na ca­łość, nie ma­jąc nic do stra­ce­nia.

– Tak? – zdzi­wił się pre­zes z wy­stu­dio­wa­nym za­sko­cze­niem. – Chce nam pan coś po­wie­dzieć?

– Prze­cież… – za­jąk­nął się Ma­ciek – to oczy­wi­ste. Albo ro­bi­my ty­tuł dla ma­so­we­go czy­tel­ni­ka, a wte­dy mu­si­my zejść z po­zio­mu, albo idzie­my w eks­klu­zyw­ną ni­szę, ale wte­dy mo­że­my za­po­mnieć o wy­so­kim na­kła­dzie. A to dla­te­go, że struk­tu­ra czy­tel­nic­twa ma kształt pi­ra­mi­dy. Naj­wię­cej jest ba­ra­nów, któ­rzy się­ga­ją po…

Ma­ciek już po se­kun­dzie zro­zu­miał, że po­peł­nił strasz­ny błąd. Zro­bił się czer­wo­ny. Na twa­rzy pre­ze­sa po­ja­wił się ja­do­wi­ty uśmiech.

– A więc, je­śli słuch mnie nie myli, trak­tu­je pan na­szych dro­gich czy­tel­ni­ków jak sta­do ba­ra­nów?

– Nie. Nie to mia­łem na my­śli. Ja tyl­ko chcia­łem…

Przy­toc­ki nie po­zwo­lił mu do­koń­czyć.

– No cóż… te­raz jest dla mnie ja­sne, dla­cze­go „Ko­bie­ta Mod­na”, ty­tuł o ta­kim po­ten­cja­le, po­mi­mo wiel­kich na­dziei i in­we­sty­cji, któ­re po­czy­ni­li­śmy w ostat­nich la­tach, stał w miej­scu. Sko­ro naj­waż­niej­sze oso­by w re­dak­cyj­nej hie­rar­chii mają tak lek­ce­wa­żą­cy sto­su­nek do czy­tel­ni­czek, to po pro­stu nie da się zro­bić do­bre­go pi­sma. Czy jesz­cze ktoś… – po­wiódł po zgro­ma­dzo­nych pio­ru­nu­ją­cym wzro­kiem – czy jesz­cze ktoś uwa­ża, że czy­tel­nicz­ki, któ­re co mie­siąc wy­da­ją pra­wie dzie­sięć zło­tych na nasz ma­ga­zyn, to idiot­ki, de­bil­ki i kre­tyn­ki? Śmia­ło! Po­wiedz­cie mi to pro­sto w oczy. Nie ma się cze­go bać!

Ewa o mało się nie ro­ze­śmia­ła. Rze­czy­wi­ście. Nie ma się cze­go bać, po­my­śla­ła. To je­den z naj­lep­szych żar­tów, ja­kie ostat­nio sły­sza­łam. Ką­tem oka spoj­rza­ła na Kon­stan­te­go. Tro­chę się oba­wia­ła, że przy­ja­ciel po­wie na głos to, co wszy­scy mu­sie­li już po­my­śleć, ale tym ra­zem kie­row­nik dzia­łu mody za­cho­wał reszt­ki in­stynk­tu sa­mo­za­cho­waw­cze­go i po pro­stu kon­tem­plo­wał po­łysk bez­barw­ne­go la­kie­ru, któ­ry na­ło­żył so­bie rano na pa­znok­cie.

– Je­stem prze­ko­na­na, że wszy­scy ży­wi­my do na­szych uko­cha­nych czy­tel­ni­czek jak naj­cie­plej­sze uczu­cia… – Ma­riet­ta Szu­ster ode­zwa­ła się po raz pierw­szy. Głos mia­ła ci­chy, ale dźwięcz­ny, o bursz­ty­no­wo­mio­do­wej bar­wie, przy­wo­dzą­cy na myśl let­nie nie­dziel­ne po­po­łu­dnie. Pre­zes spoj­rzał na nią nie­mal z czu­ło­ścią.

– Ma­ry­siu! Po­trze­ba nam tu wła­śnie ta­kich lu­dzi jak ty. Wiem, że chcia­ła­byś wszyst­kim nie­ba przy­chy­lić, ale nie po­win­naś ni­ko­go bro­nić ani uspra­wie­dli­wiać. Dzien­ni­kar­stwo to nie jest zwy­kły za­wód, tyl­ko po­wo­ła­nie. Po-wo-ła-nie! – Przy­toc­ki, gdy się uno­sił, za­czy­nał nie­mal krzy­czeć, skan­du­jąc każ­dą sy­la­bę. – Dla­te­go nie ma u nas miej­sca dla ka­rie­ro­wi­czów, któ­rzy przy­cho­dzą wy­łącz­nie po to, by za­ra­biać pie­nią­dze, a tak na­praw­dę nami i na­szy­mi czy­tel­ni­ka­mi gar­dzą. Nie ma…

– Pa­nie pre­ze­sie! Z ca­łym sza­cun­kiem… – za­czął Ma­ciek, ale Przy­toc­ki już sur­fo­wał na swo­jej ulu­bio­nej fali i nikt nie miał szans, by mu w tym prze­szko­dzić.

– Nie ma u nas miej­sca dla ko­goś, kto nie grze­szy ta­len­tem, a po­tra­fi tyl­ko siać fer­ment – grzmiał pre­zes. – Miej­sce cy­nicz­nych dra­ni jest w agen­cjach re­kla­mo­wych albo i… to­wa­rzy­skich.

– Pa­nie pre­ze­sie! – Ma­ciek pod­niósł głos. – Pan mnie ob­ra­ża.

– Do­praw­dy? – zdzi­wił się te­atral­nie Przy­toc­ki. – Ja pana ob­ra­żam! To już, do­praw­dy, bez­czel­ność! Więc co pan tu jesz­cze robi, sko­ro czu­je się ob­ra­żo­ny?

Ma­ciek pod­szedł do nie­go z za­ci­śnię­ty­mi pię­ścia­mi. Ewa przy­mknę­ła po­wie­ki. Dużo by dała, by nie uczest­ni­czyć w awan­tu­rze, któ­ra wi­sia­ła już w po­wie­trzu i wy­da­wa­ła się nie­unik­nio­na.

– Co ja tu ro­bię? – po­wtó­rzył Ma­ciek i ro­ze­śmiał się, ale pię­ści wciąż miał za­ci­śnię­te. – Do­bre py­ta­nie. Bo z tego, co się zo­rien­to­wa­łem, to pew­ne de­cy­zje zo­sta­ły już pod­ję­te. Praw­da?

Pre­zes spoj­rzał mu w oczy. Wzrok miał twar­dy, a na twa­rzy iro­nicz­ny uśmie­szek. Owio­nął Mać­ka za­pach do­brej wody ko­loń­skiej i do­mi­ni­kań­skich cy­gar.

– Na pana miej­scu już bym się nad tym nie za­sta­na­wiał. – Pre­zes pod­niósł lewą rękę i pod­cią­gnął man­kiet ko­szu­li. Rzu­cił okiem na gru­by, srebr­ny ze­ga­rek mar­ki Pa­tek Phi­lip­pe i ścią­gnął brwi. – Za pięć, nie… już za czte­ry i pół mi­nu­ty ochro­na od­pro­wa­dzi pana na dół, do tak­sów­ki.

– Ble­fu­je pan… – Ma­ciek po­sza­rzał na twa­rzy – nie ma pan pra­wa. Ja się od­wo­łam! Sąd…

– Mar­nu­je pan czas. – Przy­toc­ki wzru­szył ra­mio­na­mi. – I nie ra­dzę do­ty­kać kom­pu­te­ra. Od pięt­na­stu mi­nut jest za­blo­ko­wa­ny, a wszyst­kie pli­ki, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem hi­sto­rii w prze­glą­dar­ce in­ter­ne­to­wej zar­chi­wi­zo­wa­ne. Wszyst­kie – pod­kre­ślił. – Ro­zu­mie pan?

Ma­ciek ro­zu­miał. Wy­glą­dał jak ba­lon, z któ­re­go ktoś wy­pu­ścił po­wie­trze w sa­mym środ­ku po­dró­ży nad Oce­anem Spo­koj­nym.

Ewa po­krę­ci­ła gło­wą. W new­sro­omie za­pa­dła mar­twa ci­sza. Wszy­scy orien­to­wa­li się mniej wię­cej, czym Ma­ciek zaj­mo­wał się w wol­nych chwi­lach. In­ter­ne­to­we cza­ty i prze­glą­da­nie wia­do­mo­ści na por­ta­lach rand­ko­wych zaj­mo­wa­ło mu – by­wa­ło – wię­cej cza­su niż pra­ca. Je­śli mo­ni­to­ro­wa­no jego kom­pu­ter od daw­na, mu­sia­ło się na­zbie­rać na nie­go tyle ha­ków, że ewen­tu­al­na ba­ta­lia są­do­wa była prze­gra­na już na star­cie. Dla­te­go Ma­ciek ob­ró­cił się tyl­ko na pię­cie, a po chwi­li z po­ko­ju gra­fi­ków za­czę­ło do­cho­dzić wście­kłe trza­ska­nie szu­fla­da­mi i od­głos wrzu­ca­nych do tek­tu­ro­we­go pu­dła szpar­ga­łów. Po trzech mi­nu­tach na pię­trze po­ja­wi­li się ochro­nia­rze. Nie­co spe­sze­ni, ale nad­ra­bia­ją­cy mi­na­mi – prze­cież pa­trzył na nich pre­zes – od­pro­wa­dzi­li Mać­ka do win­dy. Ma­ciek, wbrew ocze­ki­wa­niom Przy­toc­kie­go, nie szar­pał się i nie wy­ry­wał. Na­wet ni­ko­mu nie ubli­żał. Prze­ma­sze­ro­wał przez new­sro­om z dum­nie pod­nie­sio­ną gło­wą. Pró­bo­wał na­wią­zać kon­takt wzro­ko­wy z któ­rym­kol­wiek z nie­daw­nych ko­le­gów, ale wszy­scy, mil­cząc, wpa­try­wa­li się w prze­strzeń. Tyl­ko Ma­riet­ta Szu­ster przy­glą­da­ła mu się ze źle skry­wa­ną sa­tys­fak­cją.

Gdy za Mać­kiem za­mknę­ły się drzwi win­dy, Ewa ode­tchnę­ła, a na twa­rzy pre­ze­sa po­ja­wił się gry­mas imi­tu­ją­cy ła­god­ny uśmiech.

– No, ko­cha­ni… – za­czął, za­cie­ra­jąc z roz­ma­chem ręce – do ro­bo­ty. Do robo-ty! Czy­tel­ni­cy cze­ka­ją na wa­sze do­sko­na­łe tek­sty, więc…

– Pa­nie pre­ze­sie! – prze­rwa­ła mu, uśmie­cha­jąc się przy­mil­nie, Ma­riet­ta. – Z pew­no­ścią wszy­scy chcie­li­by nie­co ode­tchnąć i omó­wić nową sy­tu­ację.

Przy­toc­ki po­ki­wał ener­gicz­nie gło­wą i oto­czył Ma­riet­tę ra­mie­niem.

– A więc, pani re­dak­tor, zo­staw­my ze­spół w spo­ko­ju, żeby na­sze dro­gie dzien­ni­kar­ki mo­gły swo­bod­nie po­plot­ko­wać, i chodź­my do mo­je­go ga­bi­ne­tu na­pić się her­ba­ty…

Kon­stan­ty zmru­żył oczy, z miną nie­wi­niąt­ka wsu­nął do ust czu­bek ołów­ka i za­czął go ob­li­zy­wać.

– Prze­stań! – syk­nę­ła Ewa. – Za­cze­kaj cho­ciaż kil­ka se­kund, za­nim znik­ną, bo zwró­cą na nas uwa­gę i…

– I co? – Jej przy­ja­ciel wzru­szył ra­mio­na­mi. – Prze­cież cie­bie nie zwol­nią, bo je­steś w cią­ży. A mnie… Będą się bali, bo je­stem ge­jem. Mogę ich po­zwać za mob­bing i nie­to­le­ran­cję.

Ewa po­krę­ci­ła gło­wą i usia­dła przy swo­im biur­ku. Była bar­dzo zmę­czo­na i czu­ła bo­le­sny ucisk z tyłu gło­wy. Za­sta­na­wia­ła się, czy po­peł­ni­ła błąd, re­zy­gnu­jąc ze spe­cja­li­stycz­nych ba­dań w szpi­ta­lu, do któ­re­go pod­wio­zła ją ka­ret­ka po­go­to­wia. Się­gnę­ła po sto­ją­cy na biur­ku te­le­fon i wy­bra­ła nu­mer Mar­ci­na. Gdy włą­czy­ła się au­to­ma­tycz­na se­kre­tar­ka, odło­ży­ła słu­chaw­kę. Nie mogę na nie­go li­czyć, po­my­śla­ła z go­ry­czą po raz nie wia­do­mo któ­ry tego dnia i z tru­dem opa­no­wa­ła wzbie­ra­ją­cy w niej gniew. Gdy­by nie to, że nosi w so­bie jego dziec­ko… Dziec­ko… Bo prze­cież to musi być jego dziec­ko! Za­czę­ła ko­lej­no od­gi­nać pal­ce. Te­raz jest paź­dzier­nik, a je­stem w ósmym mie­sią­cu. Czy­li wrze­sień to siód­my, sier­pień – szó­sty, li­piec – pią­ty, czer­wiec – czwar­ty, maj – trze­ci, kwie­cień – dru­gi, ma­rzec… Kie­dy ostat­ni raz ko­cha­ła się z To­ma­szem? Nie­spo­koj­nie po­ru­szy­ła ręką, trą­ci­ła mysz­kę i na mo­ni­to­rze kom­pu­te­ra, za­miast wę­dru­ją­cych po ekra­nie roz­bły­sków wy­ga­sza­cza, uka­zał się trój­kąt uło­żo­ny z kart ta­ro­ta. Wsta­ła, gwał­tow­nie od­su­wa­jąc krze­sło.

– Kto sie­dział na moim miej­scu?! – za­py­ta­ła wzbu­rzo­na. – Leno? To ty?

Ko­rek­tor­ka wy­chy­li­ła się ze swo­je­go bok­su i po­krę­ci­ła gło­wą.

– Nie uży­wam do wró­że­nia kom­pu­te­ra, tyl­ko sta­ro­mod­nie roz­kła­dam kar­ty. A i tak ro­bię to w domu, nig­dy w pra­cy – za­pew­ni­ła zde­cy­do­wa­nie.

Jed­nak Ewa nie do koń­ca jej uwie­rzy­ła. W śro­dek trój­ką­ta skła­da­ją­ce­go się z trzech kart za­wsze wpi­sa­na była jed­na. I ta, w prze­ci­wień­stwie do po­zo­sta­łych, była uło­żo­na efek­tow­nym ry­sun­kiem do góry. Kon­stan­ty sta­nął za ple­ca­mi Ewy i ci­cho za­gwiz­dał.

– No, no… I to ci wy­szło?

– Nie mnie. To już było…

Ewa usia­dła cięż­ko na ob­ro­to­wym krze­śle. Dziec­ko wier­ci­ło się w jej brzu­chu, jak­by mia­ło już dość cia­snej bez­piecz­nej kry­jów­ki i po­sta­no­wi­ło wy­rwać się na wol­ność.

– Nie przej­muj się. – Szef dzia­łu mody po­kle­pał ją po ple­cach. – Nie znam się na ta­ro­cie, ale z tego, co mó­wi­ła Lena, nie jest tak źle. Śmierć to sym­bol ja­kiejś prze­mia­ny. Mam na­dzie­ję, że nie tyl­ko tej naj­bar­dziej oczy­wi­stej… w proch…

ROZDZIAŁ II

– Da­le­ko jesz­cze?

Za­nie­po­ko­jo­ny Mar­cin po raz ko­lej­ny rzu­cił okiem na ko­mór­kę – wciąż brak za­się­gu.

– Spo­koj­nie, już pra­wie do­jeż­dża­my… – Ja­cek, sie­dzą­cy za kie­row­ni­cą, zmie­nił sta­cję ra­dio­wą. – Tu­taj nic nie od­bie­ra, tyl­ko Ra­dio Ma­ry­ja – mruk­nął prze­pra­sza­ją­co.

Ciem­na, lśnią­ca od desz­czu ścia­na lasu za­czę­ła się prze­rze­dzać, a po­lna dro­ga, któ­rą je­cha­li już do­bre pół go­dzi­ny, zro­bi­ła się jesz­cze bar­dziej wy­bo­ista.

– Ja­cek, nie mam tu za­się­gu… – za­czął nie­pew­nie Mar­cin – …a je­śli za­dzwo­nią z ga­ze­ty? Je­steś pew­ny, że to do­bry po­mysł, żeby pa­ko­wać się w ten biz­nes? Wy­wa­lą nas z ro­bo­ty i jesz­cze uru­cho­mią GPS-a w sa­mo­cho­dzie, i bę­dzie­my mie­li na gło­wie kry­mi­nal­nych…

Ja­cek, zwa­li­sty trzy­dzie­sto­la­tek w sza­rej blu­zie z wy­szy­tym srebr­ną ni­cią na­pi­sem „In­cre­di­ble Hero”, mach­nął ręką.

– Za mie­siąc bę­dziesz się śmiał z tego, że tak dłu­go sie­dzia­łeś w tej dzia­dow­skiej fir­mie. Kasa, mi­siu! Kasa cze­ka!

– Wzię­li­śmy brycz­kę bez py­ta­nia.

– I co z tego? – Ja­cek wzru­szył ra­mio­na­mi. – Nikt się nie zo­rien­tu­je. Po­je­cha­li­śmy na te­sty i zro­bić zdję­cia, nie? Ty pi­szesz, ja ro­bię zdję­cia. Tak wy­glą­da nasz układ. Nie pa­mię­tasz?

– Nie wie­dzą, do­kąd nas po­nio­sło.

– A bo to pierw­szy raz?

Mar­cin po­ki­wał gło­wą. Nie da­lej jak mie­siąc temu wy­sko­czy­li z Ewą, Jac­kiem i jego naj­now­szą dziew­czy­ną do Za­ko­pa­ne­go. Zdję­cia te­re­no­we­go nis­sa­na zro­bi­li w pół go­dzi­ny, a resz­tę week­en­du spę­dzi­li miło, na koszt re­dak­cji „Świa­ta Aut”. Dziś pro­blem po­le­gał na tym, że wzię­li z par­kin­gu prze­zna­czo­ne do te­stów Audi Q7 za po­nad pół mi­lio­na zło­tych i mie­li, we­dług tego, co po­wie­dzie­li na­czel­ne­mu, „po­krę­cić się po oko­li­cy”. Od wy­jaz­du z re­dak­cji mi­nę­ły już dwie go­dzi­ny, a oni błą­dzi­li gdzieś po pusz­czy pod Wy­szko­wem. Na do­miar złe­go, gdy przez mo­ment te­le­fo­ny zła­pa­ły za­sięg, Mar­cin od­krył, że ma kil­ka­na­ście nie­ode­bra­nych po­łą­czeń z kil­ku nie­zna­nych mu nu­me­rów. Bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał od­dzwo­nić. Na­tych­miast też wy­stu­kał nu­mer ko­mór­ki Ewy, ale nie ode­bra­ła. Zde­ner­wo­wał się tym, bo wie­dział, że w ósmym mie­sią­cu cią­ży mogą się przy­tra­fić róż­ne rze­czy, mo­gła się źle po­czuć albo ze­mdleć. A je­śli ode­szły jej wody i za­czął się po­ród?

– Słu­chaj… a może jed­nak so­bie da­ru­je­my? To ja­kieś dziw­ne kli­ma­ty. Pach­nie ma­fią. Dla­cze­go gość nie chciał się spo­tkać w ja­kimś cy­wi­li­zo­wa­nym miej­scu? Dla­cze­go krę­cił, za­miast po­wie­dzieć, o co cho­dzi?

– Pach­nie pie­niędz­mi, mi­siu. Du­ży­mi pie­niędz­mi. A te, jak mówi przy­sło­wie, nie lu­bią tło­ku ni roz­gło­su.

– Ale nie wy­da­je ci się dziw­ne, że… – za­czął Mar­cin.

– Dziw­ne mi się wy­da­je, że pę­kasz – ostro prze­rwał mu Ja­cek. – Nie ta­kie­go Mar­ci­na zna­łem. Za­wsze by­łeś ostry gość. Ta la­ska cię wy­krę­ci­ła.

– Przy­sto­puj! – wark­nął Mar­cin – bo się wku­rzę…

– No! – Ja­cek się ro­ze­śmiał i klep­nął skó­rza­ną de­skę roz­dziel­czą. – Od razu le­piej! Tak trzy­maj, a da­le­ko za­je­dziesz.

– Nie wiesz na­wet, co to za biz­nes! – uty­ski­wał Mar­cin.

Ja­cek wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Po­le­cił mi tego go­ścia fa­cet, do któ­re­go mam za­ufa­nie. I nic nie ry­zy­ku­je­my, bo je­śli nam się nie spodo­ba, to grzecz­nie mó­wi­my „do wi­dze­nia” i wy­cho­dzi­my.

– A oni po­sy­ła­ją za nami kil­ka po­że­gnal­nych se­rii z ka­łasz­ni­ko­wa…

Ja­cek za­śmiał się ner­wo­wo.

– Okrop­nie się zro­bi­łeś stra­chli­wy. Jak nie chcesz za­ry­zy­ko­wać, two­ja spra­wa. Ale uwierz mi, kasa nor­mal­nie leży na uli­cy. Ame­ry­kań­ska fir­ma wcho­dzi do Eu­ro­py. Kto się za­ła­pie na po­cząt­ku, ła­two za­ro­bi. Wy­star­czy wcią­gnąć do biz­ne­su parę osób, a po­tem samo się bę­dzie krę­cić.

– Za­la­tu­je mi to ja­kimś Am­way­em. Zo­ba­czysz, skoń­czy się na tym, że fa­cet bę­dzie chciał nam wci­snąć ja­kiś kit, z któ­rym mamy la­tać po do­mach.

– Żad­nej akwi­zy­cji! – Ja­cek po­krę­cił gło­wą. – Do tego nie mam ner­wów. Je­śli się oka­że, że mam wbić się w gar­niak i bu­jać po wio­skach, żeby za­ro­bić ja­kąś nędz­ną pro­wi­zję, to roz­wa­lę im tę budę… A swo­ją dro­gą… – prze­je­chał przez otwar­tą bra­mę z ku­te­go że­la­za i za­par­ko­wał przed ele­ganc­ką re­zy­den­cją utrzy­ma­ną w sty­lu sta­ro­pol­skie­go dwor­ku – nie­zła ha­wi­ra. Cha­ta jak z tego fil­mu… no wiesz… z Pana Ta­de­usza?

Wy­sie­dli i ode­tchnę­li świe­żym po­wie­trzem pach­ną­cym desz­czem i ru­mian­kiem. Z uzna­niem otak­so­wa­li sto­ją­ce na pod­jeź­dzie sa­mo­cho­dy. Spor­to­we po­rsche, li­mu­zy­nę mer­ce­de­sa i dy­na­micz­ne sub­a­ru. Nie­co skrzy­wi­li się na wi­dok po­obi­ja­nej bez­barw­nej vec­try.

– Dziw­ne to­wa­rzy­stwo… – mruk­nął Mar­cin. – To co, wcho­dzi­my? Bo to chy­ba ostat­ni mo­ment, w któ­rym jesz­cze…

Drzwi wil­li otwo­rzy­ły się i sta­nął w nich przy­stoj­ny męż­czy­zna koło czter­dziest­ki, typ po­łu­dniow­ca z dłu­gi­mi wło­sa­mi ukła­da­ją­cy­mi się w nie­sfor­ne loki. Uści­snę­li so­bie dło­nie i dłu­go­wło­sy wpro­wa­dził ich do sa­lo­nu. Przy sto­le sie­dzia­ło czte­rech męż­czyzn i ko­bie­ta, któ­rej twarz wy­da­ła się Mar­ci­no­wi zna­jo­ma. Nie mógł so­bie przy­po­mnieć, skąd ją zna, ale go­tów był się za­ło­żyć, że wi­dział ją w te­le­wi­zji.

– Po­znaj­cie się pań­stwo. – „Po­łu­dnio­wiec” naj­wy­raź­niej wcie­lił się w rolę go­spo­da­rza. – Ja­cek i Mar­cin… a to nasz gość z Nie­miec i mistrz, że tak się wy­ra­żę… ce­re­mo­nii, Jo­hann. – Wska­zał do­stoj­nie wy­glą­da­ją­ce­go gru­ba­sa z ko­zią bród­ką i oku­la­ra­mi w dru­cia­nych opraw­kach.

– Mam na imię Mi­rek. – Dwu­dzie­sto­pa­ro­let­ni chło­pak o roz­bie­ga­nych oczach i w bar­dzo dro­gim gar­ni­tu­rze od Ar­ma­nie­go się ukło­nił. – A to moja przy­ja­ciół­ka, Mar­ta. – Przy­tu­lił gwiaz­dę te­le­wi­zyj­ną, któ­ra spoj­rza­ła na nie­go z mie­sza­ni­ną nie­chę­ci i znu­dze­nia.

– Zdzi­siek! – Męż­czy­zna pod pięć­dzie­siąt­kę, o mu­sku­lar­nej bu­do­wie i szcze­rej twa­rzy akwi­zy­to­ra Bi­blii, po­trzą­snął moc­no ich dłoń­mi.

– Ma­rek – przed­sta­wił się ostat­ni uczest­nik spo­tka­nia, wy­bla­kły ły­sie­ją­cy eme­ryt.

– Mnie już po­zna­li­ście – dłu­go­wło­sy się uśmiech­nął – je­stem Kry­stian Bo­rek i mam faj­ny dwo­rek… – Za­śmiał się ze swo­je­go żar­tu. – My­ślę, że mo­że­my przejść do rze­czy. Jo­hann… a wła­ści­wie pan Ja­nek… Ile to już lat na emi­gra­cji? – rzu­cił py­ta­nie w stro­nę męż­czy­zny, któ­re­go na­zwał „mi­strzem ce­re­mo­nii”.

– Zwan­zig… Dwa­dzie­ścia – mruk­nął gość z Nie­miec.

– No pro­szę… – zdzi­wił się Kry­stian. – Jak pan mógł! Le­d­wo oj­czy­zna od­zy­ska­ła wol­ność, a pan wy­je­chał?

– Mia­łem swo­je po­wo­dy.

– Nie wąt­pię, nie wąt­pię… – Go­spo­darz po­ki­wał gło­wą z szel­mow­skim uśmie­chem, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że wie coś wię­cej, ale nie roz­wi­jał te­ma­tu.

– Przejdź­my do rze­czy – po­wie­dział Jo­hann. Wstał z fo­te­la i po­wiódł cięż­kim wzro­kiem po twa­rzach ze­bra­nych. – Zeit… Czas to pie­niądz. A o pie­nią­dzach wła­śnie chcia­łem wam opo­wie­dzieć. O pie­nią­dzach, któ­re mo­że­cie za­ro­bić, je­śli wy­słu­cha­cie mnie do koń­ca i zro­bi­cie ge­nau to, co wam po­wiem.

– A ile moż­na stra­cić? – za­py­tał part­ner gwiaz­dy, uda­jąc ży­dow­ski ak­cent.

Mistrz ce­re­mo­nii spoj­rzał na nie­go z po­gar­dą.

– Mi­ro­sław Dą­brow­ski – wy­ce­dził przez zęby. – Z tych Dą­brow­skich. I to wszyst­ko, co moż­na do­bre­go o to­bie po­wie­dzieć. Va­ter ka­zał ci wziąć się do ja­kiejś pra­cy, bo nie ma ocho­ty utrzy­my­wać smar­ka­cza do czter­dziest­ki, recht? Po­wie­dział to pół roku temu, recht? I od tam­te­go cza­su stan­dard ży­cia wy­raź­nie ci się po­gor­szył, recht?

Mi­rek spu­ścił wzrok, sta­ra­jąc się unik­nąć wście­kłe­go spoj­rze­nia gwiaz­dy te­le­wi­zyj­nej.

– Oczy­wi­ście, że praw­da – bez­li­to­śnie cią­gnął Jo­hann. – Po­wiem ci coś jesz­cze, pa­nie Dą­brow­ski. Zna­la­złeś się tu dla­te­go, że wresz­cie do cie­bie do­tar­ło, że je­steś ni­czym. Je­steś ze­rem. Du bist Null! Je­steś spłu­ka­ny! – Ostat­nie zda­nie mistrz ce­re­mo­nii wy­krzy­czał mu w twarz.

– Tyl­ko mię­czak daje sobą po­mia­tać byle komu – po­wie­dzia­ła ja­do­wi­tym to­nem gwiaz­da do czer­wo­ne­go z wście­kło­ści Mir­ka.

– Ty nie je­steś lep­sza – prych­nął Jo­hann. – Gwiazd­ką zo­sta­łaś dzię­ki temu, że wśli­zgnę­łaś się do łóż­ka zna­ne­mu ak­to­ro­wi. Ale on cię po paru la­tach pu­ścił kan­tem, a praw­ni­cy wzię­li więk­szość kasy, któ­rą wy­rwa­łaś mu w trak­cie roz­wo­du.

Ten Tanz­show, Ta­niec z gwiaz­da­mi, miał pod­re­pe­ro­wać two­je fi­nan­se, tyl­ko że ty nie przy­ło­ży­łaś się do ro­bo­ty i wy­le­cia­łaś już w pierw­szym od­cin­ku. Ma­rze­nia o du­żych pie­nią­dzach szlag tra­fił. Na do­da­tek ośmie­szy­łaś się, wią­żąc się z młod­szym o dzie­sięć lat go­ło­dup­cem. Błąd! Po­win­naś ce­lo­wać w jego ta­tu­sia. Cho­ciaż nie… – po­tarł ręką ko­zią bród­kę – …nie mia­ła­byś szans. Dą­brow­ski se­nior woli młod­sze.

– Świ­nia! – wrza­snę­ła Mar­ta i ze­rwa­ła się z fo­te­la.

– Sia­daj! – wark­nął Jo­hann. – Jesz­cze nie skoń­czy­łem. Mo­żesz ro­bić sce­ny, je­śli chcesz, ale przy­je­cha­łaś tu z jed­ne­go po­wo­du…

– Niech zgad­nę… Je­stem w chwi­lo­wych ta­ra­pa­tach fi­nan­so­wych? – iro­nicz­nie za­py­ta­ła gwiazd­ka te­le­wi­zyj­na.

– Ta­ra­pa­ty? Sche­is­se! Je­steś spłu­ka­na! I ty też… – Gru­bym jak pa­rów­ka pal­cem wska­zał mu­sku­lar­ne­go pięć­dzie­się­cio­let­nie­go męż­czy­znę, któ­ry przed­sta­wił się jako Zdzi­siek.

– Owszem – po­twier­dził Zdzi­siek bez cie­nia wa­ha­nia. – Prze­gra­łem spo­ro w ka­sy­nie. Ale mam plan, jak się ode­grać, po­trze­bu­ję tyl­ko ma­łej po­życz­ki. Zwró­cę co do…

– Sche­is­se! Gów­no! – wrza­snął Jo­hann. – Gów­no! Po­trze­bu­jesz górę kasy, a nie ma­łej po­życz­ki. Masz od­dać pół­to­ra mi­lio­na, i to nie ja­kie­muś głu­pie­mu ban­ko­wi, tyl­ko ru­skiej ma­fii. I masz na to zde­cy­do­wa­nie za mało cza­su. Szcze­rze mó­wiąc, nie masz w ogó­le cza­su. A te pół­to­rej bań­ki, to nie są two­je je­dy­ne dłu­gi, praw­da?

Zdzi­siek kiw­nął gło­wą, ale nic nie po­wie­dział. „Mistrz ce­re­mo­nii” z sa­dy­stycz­ną przy­jem­no­ścią pa­trzył, jak męż­czy­zna czer­wie­nie­je i drżą­cy­mi rę­ka­mi roz­luź­nia wę­zeł kra­wa­ta.

– Za­sta­wi­łem miesz­ka­nie – mruk­nął Zdzi­siek – pró­bo­wa­łem sprze­dać parę rze­czy, ale to rze­czy­wi­ście tyl­ko kro­pla w mo­rzu.

– Po­wiem ci coś: ty też je­steś spłu­ka­ny! – krzyk­nął mu Jo­hann pro­sto w twarz.

– Wy­glą­da na to, że wszy­scy je­ste­śmy spłu­ka­ni – po­wie­dział spo­koj­nie eme­ryt. – Je­śli cho­dzi o mnie, to po la­tach wier­nej służ­by w hm… pew­nym re­sor­cie si­ło­wym, po­że­gna­no się ze mną mało ele­ganc­ko. Nie mogę nig­dzie zna­leźć pra­cy, a lat­ka lecą…

– Kim pan jest z za­wo­du? – za­in­te­re­so­wa­ła się gwiazd­ka te­le­wi­zyj­na. – Bo ja znam spo­ro osób, któ­re chęt­nie za­trud­nia­ją by­łych mi­li­cjan­tów jako ochro­nia­rzy albo de­tek­ty­wów. Pan był, są­dząc z po­stu­ry, ra­czej de­tek­ty­wem niż zo­mow­cem, praw­da?

Eme­ryt chrząk­nął i uciekł wzro­kiem w bok.

– Ra­czej nie, pro­szę pani, pra­co­wa­łem w re­sor­cie spraw we­wnętrz­nych jako… Zresz­tą nie­waż­ne.

– Szcze­rość! Pa­nie Ma­recz­ku! – upo­mniał go Dłu­go­wło­sy. – My, lu­dzie in­te­re­su, nie mamy przed sobą ta­jem­nic. To zresz­tą za­baw­ne, że pra­co­wał pan jako kat…

– Ad­wo­kat? W Mi­ni­ster­stwie Spraw We­wnętrz­nych? – zdzi­wi­ła się Mar­ta.

Eme­ryt spoj­rzał na Kry­stia­na Bor­ka z mie­sza­ni­ną zdzi­wie­nia i nie­chę­ci, po czym od­wró­cił się do gwiazd­ki te­le­wi­zyj­nej i nie­śmia­ło uśmiech­nął.

– Nie… Po pro­stu kat. W re­sor­cie, a nie… zresz­tą to nie jest dziś istot­ne. Wy­ko­ny­wa­łem eg­ze­ku­cje. Oczy­wi­ście do­pó­ki Pol­ska nie pod­pi­sa­ła od­po­wied­nich kon­wen­cji mię­dzy­na­ro­do­wych i na karę śmier­ci wpro­wa­dzo­no mo­ra­to­rium. A póź­niej w ogó­le ją zli­kwi­do­wa­no. A ja stra­ci­łem pra­cę… Tro­chę li­czy­łem na to, że kar­ta się od­wró­ci po wy­bo­rach w dwa ty­sią­ce pią­tym, gdy do wła­dzy do­szła pra­wi­ca, a mi­ni­strem spra­wie­dli­wo­ści zo­stał ten miły mło­dy czło­wiek w oku­lar­kach…

Za­pa­dła nie­zręcz­na ci­sza.

– A tych dwóch? – Mar­ta wska­za­ła Mar­ci­na i Jac­ka.

– Oni rów­nież są spłu­ka­ni – wy­rę­czył Jo­han­na go­spo­darz dwor­ku. – To dwaj dzien­ni­ka­rze z ma­ga­zy­nu sa­mo­cho­do­we­go. Za­ra­bia­ją pod­le, a chcie­li­by żyć po­nad stan. Ten gru­by… – wska­zał Jac­ka.

– Nie je­stem gru­by, tyl­ko do­brze zbu­do­wa­ny – obu­rzył się Ja­cek.

– Ten gru­by – kon­ty­nu­ował Kry­stian, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na jego pro­test – jest fo­to­gra­fem, ale jego ta­lent nie rzu­cił do tej pory na ko­la­na żad­nej po­rząd­nej ga­ze­ty. A sko­ro do tej pory nie rzu­cił, to już ra­czej nie rzu­ci, a na­sze­mu go­ścio­wi gro­zi, że do koń­ca ży­cia bę­dzie fo­to­gra­fo­wał uwa­la­ne sma­rem sil­ni­ki. Jego aspi­ra­cje, przy­najm­niej je­śli cho­dzi o styl ży­cia, są dużo wyż­sze. Po­wiedz pań­stwu, dla­cze­go pu­ści­ła cię kan­tem ostat­nia dziew­czy­na… Jak ona się na­zy­wa­ła… Ma­rio­la?

– Mar­le­na – od­ru­cho­wo po­pra­wił Ja­cek. – Cóż… chcia­ła, że­bym jej ku­pił ja­kąś fir­mo­wą szma­tę, a ja aku­rat nie by­łem przy ka­sie i…

– …I po­zwo­li­łeś odejść ko­bie­cie swe­go ży­cia, bo nie stać cię było na kup­no sek­sow­nej su­kien­ki za mar­ne ty­siąc zło­tych – wes­tchnął Kry­stian.

– Jest spłu­ka­ny – skwi­to­wał eme­ry­to­wa­ny kat.

– Ten chu­dy też. – Dłu­go­wło­sy wska­zał Mar­ci­na. – Wplą­tał się w ro­mans z dość wy­ma­ga­ją­cą ko­bie­tą. A za chwi­lę uro­dzi mu się dziec­ko.

– No toś się bra­cie wpa­ko­wał. – Zdzi­siek klep­nął Mar­ci­na w ra­mię.

– Nie po to tu przy­je­cha­li­ście, żeby so­bie współ­czuć – grom­kim gło­sem upo­mniał ich Jo­hann – tyl­ko żeby sta­nąć na nogi i za­cząć za­ra­biać duże pie­nią­dze. Gros­se Geld! Ver­ste­hen? Ro­zu­mie­cie?

– Dla­cze­go my? – za­py­tał po­dejrz­li­wie eme­ryt. – Nie jest pan na­szym anio­łem stró­żem ani do­brą wróż­ką, tyl­ko biz­nes­me­nem. Gdzie ha­czyk?

Jo­hann oparł się o stół i po­pa­trzył na nie­go znu­żo­nym wzro­kiem.

– Nie je­stem Świę­tym Mi­ko­ła­jem. Das ist Klar. Ale mogę być two­ją do­brą wróż­ką, któ­ra po­ka­że ci dro­gę do bo­gac­twa, a przy oka­zji sam chcę do­brze za­ro­bić. Nie je­stem… jak to się mówi… cha­ry­ta­tyw­ny. Im szyb­ciej zbu­du­ję przy wa­szej po­mo­cy sieć mar­ke­tin­go­wą, tym wię­cej za­ro­bię. Mein Freund Kry­stian ze­brał was tu nie­przy­pad­ko­wo. Ma­cie dużo kon­tak­tów, je­ste­ście lu­bia­ni w swo­ich śro­do­wi­skach i…

– Spłu­ka­ni – pod­po­wie­dział Dłu­go­wło­sy z uśmie­chem ma­gi­ka wy­cią­ga­ją­ce­go trium­fal­nie kró­li­ka z ka­pe­lu­sza. – Ma­cie, że się tak wy­ra­żę, do­brą mo­ty­wa­cję do pra­cy. Ta­kich lu­dzi nam trze­ba, a nie zbla­zo­wa­nych bo­ga­czy, któ­rych mam spo­ro wśród zna­jo­mych… – Zmru­żył oczy jak kot dra­pa­ny za uchem. Ewi­dent­nie de­lek­to­wał się ska­lą swo­ich ko­nek­sji.

– Spo­ro pan o nas wie, pa­nie Kry­stia­nie Bor­ku. – Eme­ry­to­wa­ny kat po­ki­wał gło­wą z uzna­niem. – À pro­pos, czy to praw­dzi­we na­zwi­sko?

– No­mi­na sunt od­io­sa, jak ma­wiał Cy­ce­ron. – Dłu­go­wło­sy się za­śmiał. – W pew­nych krę­gach le­piej nie wy­mie­niać na­zwisk. Dla­te­go wolę, gdy mó­wi­my so­bie po imie­niu. To ni­we­lu­je dy­stans. A zresz­tą nie cho­dzi o za­cho­wa­nie ano­ni­mo­wo­ści, bo każ­dy z nas i tak, przy­stę­pu­jąc do biz­ne­su, bę­dzie mu­siał po­dać wszyst­kie dane. W koń­cu uczci­wie pła­ci­my po­dat­ki, praw­da?

– To cał­ko­wi­cie le­gal­ne – po­twier­dził po­waż­nie Jo­hann. Z czar­nej skó­rza­nej tecz­ki wy­cią­gnął plik kar­tek i wiecz­ne pió­ro. Zdjął skuw­kę i za­ma­szy­sty­mi ru­cha­mi na­kre­ślił na czy­stej stro­nie kil­ka pio­no­wych i po­zio­mych kre­sek.

– Zbliż­cie się, pro­szę. Wy­tłu­ma­czę wam, o co cho­dzi.

Sie­dem głów po­chy­li­ło się nad ry­sun­kiem.

– To w przy­bli­że­niu struk­tu­ra sie­ci, któ­rą zbu­du­je­my. Tu je­stem ja… – Na gó­rze kart­ki Jo­hann po­sta­wił pre­cy­zyj­nie dużą, ide­al­nie okrą­głą krop­kę. – A tu bę­dzie­cie wy… – Za­zna­czył punk­ty na kre­skach roz­cho­dzą­cych się kon­cen­trycz­nie od „jego” kół­ka. – Każ­dy z was bę­dzie sze­fem swo­jej struk­tu­ry i bę­dzie do­sta­wał pro­wi­zję za wszyst­kie oso­by, któ­re zwer­bu­je. A tak­że za tych, któ­rych zwer­bu­ją lu­dzie zwer­bo­wa­ni przez was. Ist das Klar? Dzię­ki temu no­wa­tor­skie­mu roz­wią­za­niu wa­sze kon­to bę­dzie pu­chło w po­stę­pie geo­me­trycz­nym. Je­den, dwa, czte­ry, szes­na­ście…

– Za­raz… Wol­niej, pro­szę. Ile bę­dzie­my za­ra­bia­li? – Zdzi­siek ha­zar­dzi­sta zła­pał się za gło­wę. – O co w tym cho­dzi?

Jo­hann wy­tarł czo­ło bia­łą ba­ty­sto­wą chu­s­tecz­ką, któ­rą wy­jął z we­wnętrz­nej kie­sze­ni ma­ry­nar­ki.

– Po­ka­żę wam to na przy­kła­dzie. Ty – wska­zał pal­cem Mar­ci­na – wcią­gasz do na­szej sie­ci dzie­się­cio­ro zna­jo­mych. Zaj­mu­je ci to, po­wiedz­my… ty­dzień. Masz za nich pro­wi­zję sto euro od łeb­ka. Ci lu­dzie to twoi ko­le­dzy, rzut­cy, prze­bo­jo­wi, po­zy­tyw­nie na­sta­wie­ni do ży­cia, zde­cy­do­wa­ni, by prze­stać mar­twić się o de­bet i skąd wziąć pie­nią­dze na ko­lej­ną ratę kre­dy­tu. W cią­gu ty­go­dnia każ­dy z nich przy­cią­gnie do nas ko­lej­ne dzie­sięć osób. Ile masz już osób w struk­tu­rze? – Za­wie­sił głos, pa­trząc na Mar­ci­na.

– Dwa­dzie­ścia? – bąk­nął dzien­ni­karz. Nig­dy nie był do­bry z ma­te­ma­ty­ki i czuł, że robi z sie­bie dur­nia.

– Sto dzie­sięć! – wy­krzyk­nął trium­fal­nie Jo­hann. – A po­nie­waż to też są oso­by rzut­kie i mają spo­re gro­no przy­ja­ciół i zna­jo­mych, to sieć roz­sze­rza się bły­ska­wicz­nie. Ile za­ro­bisz po mie­sią­cu?

– Je­de­na­ście ty­się­cy euro – po­wie­dzia­ła szyb­ko gwiaz­da te­le­wi­zyj­na.

– Bra­wo! – „Mistrz ce­re­mo­nii” zło­żył dło­nie jak do okla­sków. – Wi­dzę, że jest pani przy­zwy­cza­jo­na do wy­so­kich no­mi­na­łów. Ale py­ta­łem o zysk po mie­sią­cu, a nie po dwóch ty­go­dniach.

Ko­bie­ta ner­wo­wym ru­chem zmierz­wi­ła so­bie wło­sy.

– Oczy­wi­ście… – Się­gnę­ła do to­reb­ki i wy­cią­gnę­ła iPho­ne’a w ele­ganc­kim ró­żo­wym etui. Stuk­nę­ła pal­cem w ekran i uru­cho­mi­ła kal­ku­la­tor. Po chwi­li unio­sła brwi i zdzi­wio­na spoj­rza­ła na Jo­han­na.

– Zga­dza się. – Jo­hann uśmiech­nął się ła­ska­wie. – Okrą­gły mi­lion euro. Ma­gia ma­te­ma­ty­ki uży­tej w szla­chet­nym celu po­więk­sza­nia ma­jąt­ku. Pie­niądz lubi pie­niądz. Recht? Na­po­ci­li­ście się kil­ka dni, spo­ty­ka­jąc z ludź­mi, któ­rych zna­cie i lu­bi­cie. Wy­pi­li­ście z nimi kawę, opo­wie­dzie­li­ście o tym i o owym i… – zro­bił gest li­cze­nia pie­nię­dzy – wpa­da wam za to do kie­sze­ni mi­lion euro.

– Jak to moż­li­we? – Mar­cin po­krę­cił z nie­do­wie­rza­niem gło­wą.

Jo­hann od­krę­cił pió­ro i na kart­ce, obok na­ry­so­wa­ne­go wcze­śniej sche­ma­tu sie­ci, na­pi­sał: „10”.

– Tyle osób zwer­bu­jesz w pierw­szym ty­go­dniu. – Pod­kre­ślił dzie­siąt­kę i po­ni­żej na­pi­sał: „100”.

– Wiem – wy­rwał się Ja­cek – każ­dy z tej na­szej dzie­siąt­ki przy­cią­gnie ko­lej­nych dzie­się­ciu!

Jo­hann po­ki­wał gło­wą, pod­kre­ślił pro­stą li­nią „100” i na­pi­sał po­ni­żej „1000”.

– Każ­dy z tej set­ki rów­nież przy­pro­wa­dzi dzie­się­ciu chęt­nych i mamy już ty­siąc! – Zdzi­siek ha­zar­dzi­sta za­tarł ręce. – Ma­gia ma­te­ma­ty­ki! Wiel­kich liczb, czło­wie­ku!

Jo­hann pod­kre­ślił „1000” i po­ni­żej, sta­ran­nie ka­li­gra­fu­jąc, na­pi­sał: „10 000”.

– Dzie­sięć ty­się­cy razy sto euro to okrą­gły mi­lion – po­twier­dzi­ła Mar­ta. – Nie li­cząc na­wet tego mar­ne­go ty­sią­ca za­ro­bio­ne­go za pierw­szą dzie­siąt­kę.

– A i to przy za­ło­że­niu, że na tej dzie­siąt­ce po­prze­sta­nie­my – zgo­dził się z nią Jo­hann. – Choć prze­cież na dzie­się­ciu zna­jo­mych świat się nie koń­czy. Mo­że­my po­pra­co­wać dwa ty­go­dnie. Albo i mie­siąc… W koń­cu każ­dy z tych lu­dzi, któ­rych ścią­gną zna­jo­mi wa­szych zna­jo­mych, to dla was ko­lej­ne pie­nią­dze.

– Brzmi pięk­nie – eme­ryt był wy­raź­nie scep­tycz­ny – ale o co w tym cho­dzi? Prze­cież nikt nie pła­ci ta­kiej kasy za stwo­rze­nie sie­ci zna­jo­mych. Skąd się w tym sys­te­mie bio­rą pie­nią­dze?

Jo­hann uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– Za­sta­na­wia­cie się te­raz, co ta­kie­go bę­dzie­cie mu­sie­li sprze­da­wać. Wci­skać lu­dziom kit. Ba­je­ro­wać…

Ma­chi­nal­nie po­ki­wa­li gło­wa­mi.

– Nic z tych rze­czy! Żad­ne­go tar­ga­nia wa­li­zek z du­pe­re­la­mi. Żad­nej akwi­zy­cji!

Mar­cin i Ja­cek spoj­rze­li na sie­bie.

– Je­śli ni­cze­go nie sprze­da­je­my, to skąd są pie­nią­dze? – drą­żył spłu­ka­ny ha­zar­dzi­sta. – To się kupy nie trzy­ma!

– Nie po­wie­dzia­łem, że ni­cze­go nie sprze­da­je­my – spro­sto­wał ła­god­nie Jo­hann. – Mó­wi­łem, że nie no­sisz ze sobą to­wa­ru jak ob­woź­ny han­dlarz. Na­sza pra­ca po­le­ga na po­sze­rza­niu sie­ci. To, co do­sta­ją klien­ci, jest tak na­praw­dę spra­wą ubocz­ną. Wszyst­kie spra­wy fi­nan­so­we za­ła­twia­ne są przez in­ter­net. Co naj­mniej raz w mie­sią­cu trze­ba do­ko­nać za­ku­pu za sto euro. Sami wi­dzi­cie, że to gro­sze w po­rów­na­niu z za­rob­ka­mi.

– A więc jed­nak! – wy­krzyk­nął Mi­rek. – Mó­wi­łem ci, Mar­ta, że to nie jest czy­sty PR.

– Idio­ta – skwi­to­wa­ła gwiaz­da. – W prze­ci­wień­stwie do cie­bie nie mia­łam bo­ga­te­go ta­tu­sia. Nie od dziś wiem, że nie ma dar­mo­wych obia­dów. – Od­wró­ci­ła się do Jo­han­na i uśmiech­nę­ła pro­mien­nie. – Niech pan mówi da­lej. Za­czy­na ro­bić się cie­ka­wie.

– W in­ter­ne­cie znaj­dzie­cie do­kład­ny opis na­sze­go pro­duk­tu. Za­kła­dam, że umie­cie czy­tać po an­giel­sku… Gdy wej­dzie­my do Pol­ski, ru­szy rów­nież we­bsi­te w wa­szym… na­szym ję­zy­ku. Ale wte­dy chęt­nych do za­ję­cia do­brych miejsc w ne­twor­ku… w sie­ci sprze­da­ży, bę­dzie tylu, że pie­nią­dze będą do mnie pły­nąć ca­ły­mi wor­ka­mi. Je­śli chce­cie się za­ła­pać na od­po­wied­ni mo­ment, to te­raz jest ostat­nia chwi­la.

– Może po­wiesz na­szym go­ściom w dwóch zda­niach, co po­win­ni zro­bić? – za­pro­po­no­wał Kry­stian.

– To pro­ste. – Jo­hann wzru­szył ra­mio­na­mi. – Za­pi­szę was jako mo­ich klien­tów i pro­te­go­wa­nych na stro­nie in­ter­ne­to­wej fir­my. A każ­dy z was kupi pro­dukt. Po­tem zro­bi­cie to samo co ja: opo­wie­cie o fir­mie jak naj­więk­szej licz­bie zna­jo­mych i na­mó­wi­cie ich, żeby przy­stą­pi­li do sie­ci, do­ko­na­li za­ku­pu i po­pro­wa­dzi­li dzie­ło ewan­ge­li­za­cji. W każ­dej chwi­li na stro­nie in­ter­ne­to­wej mo­że­cie spraw­dzić po­stę­py pra­cy swo­ich pod­opiecz­nych i stan kon­ta. Kon­tro­lu­je­cie swo­ich „apo­sto­łów” i de­li­kat­nie, albo i sta­now­czo, mo­ty­wu­je­cie do bar­dziej wy­tę­żo­nej pra­cy. Pa­mię­taj­cie: Ar­be­it macht Frei! Za dwa mie­sią­ce ku­pu­je­cie miłą wil­lę nad cie­płym mo­rzem, resz­tę kasy wrzu­ca­cie na do­brze pro­spe­ru­ją­cy za­mknię­ty fun­dusz, któ­ry przy­no­si pięć­dzie­siąt pro­cent zy­sku rocz­nie, i wy­jeż­dża­cie na do­ży­wot­ni Urlaub. Ja przy­najm­niej mam ta­kie pla­ny.

– No do­brze, a co de­alu­je­my? – chciał wie­dzieć Ja­cek. – Kon­kret­nie…

– Rze­czy­wi­ście, czas, że­bym po­ka­zał wam, czym się zaj­mu­je na­sza fir­ma – zre­flek­to­wał się Jo­hann.

Z tecz­ki wy­cią­gnął małe za­wi­niąt­ko i po­ło­żył na sto­le. Sie­dem osób po­chy­li­ło się nad nim w sku­pie­niu. Eme­ry­to­wa­ny kat za­dzi­wia­ją­co sub­tel­ny­mi dłu­gi­mi pal­ca­mi pia­ni­sty roz­su­płał wę­zeł wiel­kiej, czer­wo­nej ko­kar­dy i ro­ze­rwał opa­ko­wa­nie z czer­pa­ne­go pa­pie­ru. Gwiaz­da te­le­wi­zyj­na głę­bo­ko wcią­gnę­ła do płuc po­wie­trze i roz­dzie­ra­ją­co jęk­nę­ła.

ROZDZIAŁ III

– To była Kar­ma! – oznaj­mił Kon­stan­ty.

– Znasz ją? – zdzi­wi­ła się Ewa.

– Dzi­wię się, że o niej nie sły­sza­łaś – prych­nę­ła San­dra i wrzu­ci­ła je­dyn­kę. Po­to­czy­li się kil­ka­na­ście me­trów w kie­run­ku ron­da de Gaul­le’a i znów utknę­li w kor­ku. W Ale­jach Je­ro­zo­lim­skich roz­kra­czył się ja­kiś sa­mo­chód i prze­jezd­ny był tyl­ko je­den pas.

Kon­stan­ty z tru­dem pró­bo­wał wy­pro­sto­wać się na tyl­nym sie­dze­niu mini co­ope­ra gra­ficz­ki, ale jego po­nad metr dzie­więć­dzie­siąt zde­cy­do­wa­nie nie pa­so­wa­ło do ka­na­py sa­mo­cho­du.

– To taka słyn­na per­so­na? – Ewa ko­li­stym ru­chem po­ma­so­wa­ła so­bie brzuch na wy­so­ko­ści pęp­ka. Ma­leń­stwo się roz­py­cha. To chy­ba nóż­ka, po­my­śla­ła i uśmiech­nę­ła się do sie­bie.

– Kar­mę zna każ­dy – po­wie­dział Kon­stan­ty z prze­ko­na­niem. – Na­praw­dę dzi­wię się two­jej igno­ran­cji. Nig­dy nie in­te­re­so­wa­łaś się du­cho­wo­ścią? Nie mia­łaś pro­ble­mów, wąt­pli­wo­ści? Nie szu­ka­łaś po­ra­dy wróż­ki? Ja­sno­wi­dza? Choć­by i zwy­kłej pod­la­skiej szep­tu­chy?

– Szep­tu­chy? Prze­sa­dzi­łeś… – Ewa po­pa­trzy­ła spod oka na przy­ja­cie­la, ale nie wy­glą­da­ło na to, żeby żar­to­wał.

Omi­nę­li wresz­cie do­staw­cze­go for­da, któ­ry stał na świa­tłach awa­ryj­nych, i ru­szy­li żwa­wo do przo­du. Wy­glą­da­ło na to, że ko­rek się skoń­czył.

– W War­sza­wie są róż­ne wróż­ki, ale Kar­ma jest naj­sku­tecz­niej­sza. Choć nie­ko­niecz­nie naj­lep­sza – po­wie­dzia­ła San­dra, wpa­tru­jąc się po­dejrz­li­wie w tył au­to­bu­su, któ­ry je­chał przed nią i ewi­dent­nie ha­mo­wał, choć nie świe­ci­ły mu się świa­tła sto­pu.

– Sku­tecz­na jest, to fakt. Sama je­stem za­sko­czo­na jej umie­jęt­no­ścia­mi – przy­zna­ła Ewa. – Ale dla­cze­go uwa­żasz, że nie jest naj­lep­sza, sko­ro umie wszyst­ko prze­wi­dzieć? Od tego są prze­cież wróż­ki, nie?

– Po­ga­daj z Mał­go­sią z re­kla­my… – wy­mi­ja­ją­co od­rze­kła San­dra.

Ewa prze­wró­ci­ła ocza­mi.

– Masz na my­śli tę blon­dy­nę z du­żym cy­cem?

– Nie, tę dru­gą… No wiesz… Mar­got. – San­dra wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Do­cho­dzi­ło do czę­stych po­my­łek i nie­po­ro­zu­mień, po­nie­waż w dzia­le re­kla­my pra­co­wa­ły aż trzy Mał­go­sie. Dla od­róż­nie­nia na­zy­wa­ne: Go­sia, Go­cha i Mar­got.

– Mar­got była fan­ką Kar­my. La­ta­ła do niej z każ­dą pier­do­łą – po­twier­dził Kon­stan­ty.

– Mar­got to ta świe­żo roz­wie­dzio­na bru­net­ka z prze­rwą mię­dzy zę­ba­mi, a cy­ca­ta blon­dy­na to Go­cha? – upew­ni­ła się Ewa.

San­dra kiw­nę­ła gło­wą i z pi­skiem opon za­ha­mo­wa­ła tuż przed przej­ściem dla pie­szych, na któ­re uła­mek se­kun­dy wcze­śniej wje­chał ro­we­rzy­sta.

– Co za pa­lant! W ogó­le go nie wi­dzia­łam, idio­ty! A po­tem dzi­wią się, że te pe­da­ły… Sor­ry, Kon­stan­ty, nie bierz tego do sie­bie, cho­dzi mi o ro­we­rzy­stów. – Od­gar­nę­ła z twa­rzy nie­sfor­ny pu­kiel wło­sów. – Wra­ca­jąc do Mar­got… Wte­dy nie była roz­wie­dzio­na. To zna­czy jesz­cze nie była… Tro­chę prze­sa­dza­ła z tym py­ta­niem Kar­my o wszyst­ko. Do­szło do tego, że ese­me­so­wa­ła do niej: Czy bę­dzie po po­łu­dniu pa­dać? Bo nie wiem, co na sie­bie wło­żyć. No i wróż­ka się wku­rzy­ła. Wy­gar­nę­ła jej, że sta­ry ją zdra­dza, choć Mar­got wca­le o to nie py­ta­ła. Ta do niej SMS: „Czy ma­ka­ron mi się przy­pa­li?”, a ona: Za ty­dzień twój mąż w prze­rwie na lunch prze­le­ci sym­pa­tycz­ną, do­brze zbu­do­wa­ną blon­dyn­kę.

– I co, prze­le­ciał? – za­in­te­re­so­wa­ła się Ewa.

– Owszem… – po­twier­dził Kon­stan­ty. – Na­praw­dę dzi­wię ci się, że o tym nie sły­sza­łaś. To była gło­śna spra­wa.

– Pro­blem w tym, że… Kar­ma wszyst­ko za­aran­żo­wa­ła. – San­dra za­śmia­ła się ner­wo­wo. – To ona pod­su­nę­ła mę­żo­wi Mar­got tam­tą la­skę.

– Żar­tu­jesz! – wy­krzyk­nę­ła Ewa. – Jak to zro­bi­ła?

– Cho­dzi o to, że mąż Mar­got, Ma­riusz, taki blon­dyn ostrzy­żo­ny na­je­ża… Na pew­no go ko­ja­rzysz. Se­kre­tarz re­dak­cji w „Świe­cie Aut”. On też znał Kar­mę i…

– Ma­riusz… – Ewa ze świ­stem wy­pu­ści­ła po­wie­trze. Chcia­ła coś po­wie­dzieć, ale w ostat­niej chwi­li ugry­zła się w ję­zyk. Nig­dy ni­ko­mu o tym nie mó­wi­ła, ale kie­dyś, w mi­kro­sko­pij­nej kuch­ni, któ­ra łą­czy­ła re­dak­cję „Ko­bie­ty Mod­nej” i „Świa­ta Aut”, wpa­dła na Ma­riu­sza. Za­sie­dzia­ła się przy kom­pu­te­rze i po­szła zro­bić so­bie ostat­nią her­ba­tę przed pój­ściem do domu. Przy­stoj­ny se­kre­tarz re­dak­cji z ma­ga­zy­nu mo­to­ry­za­cyj­ne­go po­wie­dział coś żar­tem na te­mat roz­kwi­ta­ją­ce­go ro­man­su mię­dzy Ewą a Mar­ci­nem. Ewa od­gry­zła mu się ja­kąś drob­ną zło­śli­wo­ścią. Prze­ga­dy­wa­li się tak dłuż­szą chwi­lę, a po­tem za­czę­li się ca­ło­wać.

– Czy ty mnie słu­chasz? – San­dra spoj­rza­ła z na­ga­ną na przy­ja­ciół­kę.

– Mó­wi­łaś, że ten Ma­riusz też znał Kar­mę… – Ewa za­trze­po­ta­ła rzę­sa­mi, jak­by chcia­ła wy­ka­so­wać z pa­mię­ci to, co wy­da­rzy­ło się póź­niej, gdy Ma­riusz zde­cy­do­wa­nym ge­stem za­darł do góry jej spód­ni­cę i ko­cha­li się opar­ci o ci­cho mru­czą­cą zmy­war­kę. Czę­sto fan­ta­zjo­wa­ła o ta­kiej sy­tu­acji, choć nie spo­dzie­wa­ła się, że kie­dy­kol­wiek te fan­ta­zje się urze­czy­wist­nią. To­masz nie był skraj­nym kon­ser­wa­ty­stą, lu­bił w łóż­ku de­li­kat­ne eks­pe­ry­men­ty, ale to Ewa mu­sia­ła go na­pro­wa­dzać na trop. A wte­dy, z Ma­riu­szem, tro­chę się za­ga­lo­po­wa­ła. Wza­jem­ne do­cin­ki ją roz­pa­li­ły, a gdy on, zu­chwa­le na nią pa­trząc, wsu­nął rękę pod jej spód­ni­cę i od­krył si­li­ko­no­wą ko­ron­kę poń­czoch, nic nie mo­gło go po­wstrzy­mać. A ona nie mia­ła za­mia­ru uda­wać, że jej to nie krę­ci. Zresz­tą nie da­ło­by się, bo wy­star­czy­ło, że jej do­tknął, a po­czuł, że jest wil­got­na, go­rą­ca i go­to­wa na przy­ję­cie jego…

– Co się tak uśmie­chasz? A wiesz, że w tej cią­ży to ci jest bar­dzo ład­nie? – San­dra po­gła­ska­ła Ewę po brzu­chu.

– Mó­wi­łaś o Ma­riu­szu…

– No tak… on też czę­sto pro­sił Kar­mę, żeby mu po­wró­ży­ła – pod­ję­ła San­dra. – Więc ta wiedź­ma za­su­ge­ro­wa­ła mu, że cze­ka go „in­tym­ne spo­tka­nie z in­te­re­su­ją­cą ko­bie­tą”. Te­raz wy­star­czy­ło tyl­ko tam­tej blon­dy­nie wy­wiesz­czyć „ro­man­tycz­ne­go bru­ne­ta”. A że, jak już wspo­mi­na­li­śmy, ta cho­ler­na cza­row­ni­ca ma opi­nię nie­omyl­nej, więc sta­ry na­szej Mar­got i ta blond la­ska wie­rzy­li, że ich seks. po­dob­no w win­dzie… był zrzą­dze­niem nie­bios. Na­wet nie pró­bo­wa­li się przed tym uczu­ciem bro­nić.

Ewa po­ki­wa­ła gło­wą. Wy­glą­da­ło na to, że Ma­riusz so­lid­nie pra­co­wał na to, by pro­roc­two wróż­ki się speł­ni­ło. Cie­ka­we, ile blon­dy­nek prze­te­sto­wał? I czy moż­na ją było wte­dy, oczy­wi­ście gdy jesz­cze nie była w cią­ży, okre­ślić jako „do­brze zbu­do­wa­ną”? Czy cho­dzi­ło o gru­ba­skę, czy o ko­bie­tę z kształt­ny­mi pier­sia­mi i wcię­ciem w ta­lii?

– I jak to się skoń­czy­ło?

San­dra wes­tchnę­ła głę­bo­ko.

– Cóż… Mąż Mar­got i Go­cha są już chy­ba po eks­pre­so­wym ślu­bie. Ktoś mi mó­wił, że ich wi­dział w Ła­zien­kach. Szczę­śli­wi i za­pa­trze­ni w sie­bie jak para go­łąb­ków.

– Ta Go­cha… Ta cy­cat­ka? – Ewa bała się, że za­raz się w tym wszyst­kim po­gu­bi.

Kon­stan­ty ski­nął gło­wą, sta­ra­jąc się nie za­wa­dzić o su­fit.

– Więc jed­nak Kar­ma mia­ła ra­cję?

– Spra­wa jest mo­ral­nie wąt­pli­wa – orzekł kie­row­nik dzia­łu mody. – Choć ge­ne­ral­nie je­stem pod wra­że­niem umie­jęt­no­ści tej wiedź­my, to w tym przy­pad­ku my­ślę, że in­try­ga była szy­ta gru­by­mi nić­mi. Za­trzy­maj się na przy­stan­ku… – Klep­nął San­drę w ra­mię. – Mu­szę jesz­cze zro­bić za­ku­py na ba­zar­ku. Mój Jo­nasz uwiel­bia krów­ki z Mi­la­nów­ka, a moż­na je do­stać tyl­ko tu­taj.

Mini co­oper za­trzy­mał się przy kra­węż­ni­ku, ale by Kon­stan­ty mógł wy­gra­mo­lić się z tyl­ne­go sie­dze­nia, Ewa mu­sia­ła wy­siąść, a San­dra przy­su­nąć swój fo­tel do kie­row­ni­cy. Gdy zo­sta­ły same, Ewa wy­łu­ska­ła z to­reb­ki San­dry jej te­le­fon.

– Mogę? Nie chcia­łam tego ro­bić przy Kon­stan­tym, bo wiesz, jak on re­agu­je na Mar­ci­na. Nig­dy go nie lu­bił, a te­raz nie mam siły wy­słu­chi­wać zło­śli­wych ko­men­ta­rzy…

Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, wy­stu­ka­ła nu­mer i kil­ka­na­ście se­kund w na­pię­ciu wsłu­chi­wa­ła się w ci­szę w słu­chaw­ce.

– Może też miał wy­pa­dek i spa­li­ła mu się ko­mór­ka? – za­su­ge­ro­wa­ła San­dra bez prze­ko­na­nia.

Ewa z za­cię­tą miną za­mknę­ła te­le­fon i wrzu­ci­ła go ze zło­ścią do to­reb­ki przy­ja­ciół­ki.

– Za­wsze go bro­nisz. Może chcesz go so­bie wziąć?

Po­do­ba ci się, to go bierz! Gdy­by To­mek… – Na­gle za­mil­kła.

– Gdy­by To­mek tu był, wście­ka­ła­byś się na nie­go, a mnie ża­li­ła­byś się, że je­steś znu­dzo­na, ty­go­dnia­mi nie upra­wiasz sek­su, a w domu roz­ma­wiasz tyl­ko o kre­dy­tach i nie­za­pła­co­nych ra­chun­kach.

San­dra była bez­li­to­sna, ale mia­ła spo­ro ra­cji i Ewa zda­wa­ła so­bie z tego spra­wę.

– Uwa­żasz, że po­peł­ni­łam błąd?

– Całą se­rię błę­dów. Po pierw­sze: pięt­na­ście lat temu po­zwo­li­łaś mu do sie­bie wró­cić…

Ewa po­ki­wa­ła smut­no gło­wą. Nig­dy nie za­po­mni tam­te­go dnia, gdy do­sta­ła list od Tom­ka – był wte­dy jej na­rze­czo­nym – któ­ry po skoń­cze­niu me­dy­cy­ny wy­je­chał na czte­ro­mie­sięcz­ny staż do szpi­ta­la w Tan­za­nii. To­mek pi­sał, że za­ko­chał się w Basi – wo­lon­ta­riusz­ce pra­cu­ją­cej w szpi­ta­lu w Aru­shy – bę­dzie miał z nią dziec­ko i za­mie­rza zo­stać w Afry­ce na za­wsze. Świat jej się za­wa­lił, ale była mło­da, nie mie­li dzie­ci, nie łą­czył ich sa­kra­ment. Gdy­by nie ura­żo­na duma i uczu­cie, któ­re­go nie umia­ła zga­sić, tak jak gasi się noc­ną lamp­kę… W każ­dym ra­zie cze­ka­ła na nie­go przez rok. Czu­ła, że to, co było mię­dzy nimi, jesz­cze się nie wy­pa­li­ło. Mia­ła w tam­tym cza­sie kil­ka cie­ka­wych pro­po­zy­cji. Była atrak­cyj­na i in­te­li­gent­na… Fa­ce­ci się za nią oglą­da­li. Ona jed­nak cze­ka­ła. I do­cze­ka­ła się. Rok po tam­tym li­ście To­mek sta­nął w drzwiach ich wspól­ne­go nie­gdyś miesz­ka­nia. Na rę­kach trzy­mał kil­ku­mie­sięcz­ne­go chłop­ca. Tam­ta dziew­czy­na za­cho­ro­wa­ła na ma­la­rię i umar­ła. Ewa nie mia­ła złu­dzeń – nie wró­cił­by do niej, gdy­by nie… Gdy­by tam­ta żyła. Ewa wpu­ści­ła Tom­ka do domu, ale czy wy­ba­czy­ła zdra­dę? Po­sta­wi­ła twar­de wa­run­ki. Miał na za­wsze za­po­mnieć o Basi, wy­ma­zać ją z pa­mię­ci swo­jej i syna. Kubę ad­op­to­wa­ła i wy­cho­wy­wa­ła jak wła­sne dziec­ko. Może była tyl­ko nie­co zbyt su­ro­wa, gdy wi­dzia­ła w nim śla­dy cech, któ­re nie­omyl­nie okre­śla­ła jako ce­chy ry­wal­ki. Ry­wal­ki, któ­ra ją po­ko­na­ła w pierw­szym star­ciu. To, że Ba­sia nie żyła, pa­ra­dok­sal­nie od­bie­ra­ło Ewie szan­sę na re­wanż. Ten ra­chu­nek nie był za­pła­co­ny, dla­te­go Ewa nig­dy nie prze­sta­ła być po­dejrz­li­wa. Brak za­ufa­nia za­truł jej mał­żeń­stwo. Sza­la­ła z za­zdro­ści, gdy wra­cał spóź­nio­ny z dy­żu­rów. Była wście­kła, gdy – jej zda­niem – po­świę­cał zbyt dużo uwa­gi sy­no­wi. Choć prze­cież ko­cha­ła ich obu. I To­ma­sza, i Kubę. Kubę może na­wet bar­dziej. By­wa­ło, że na dłu­gie mie­sią­ce za­po­mi­na­ła, że nie jest jej bio­lo­gicz­nym dziec­kiem. Była jego mat­ką, naj­praw­dziw­szą z moż­li­wych. Za to z na­pię­tą uwa­gą czu­wa­ła, gdy mąż pła­kał przez sen i mó­wił coś w nie­zro­zu­mia­łym dla niej ję­zy­ku. Od­da­la­li się od sie­bie co­raz bar­dziej. Je­śli kie­dyś two­rzy­li – we­dług ich przy­ja­ciół – zgra­ną, do­brze do­bra­ną parę, te­raz byli dwój­ką sa­mot­nych lu­dzi miesz­ka­ją­cych pod wspól­nym da­chem. To wte­dy To­masz wpadł na po­mysł wspól­ne­go wy­jaz­du do Afry­ki. Ewa do­sta­wa­ła dresz­czy na samą myśl o Czar­nym Lą­dzie. Ko­ja­rzył jej się z wam­pi­rem, któ­ry skradł du­szę i ser­ce męż­czy­zny, jej męż­czy­zny. Nie wie­rzy­ła, by – jak z en­tu­zja­zmem za­pew­niał To­mek – ta po­dróż pod Ki­li­man­dża­ro mia­ła im przy­nieść oczysz­cze­nie i uko­je­nie. Im bar­dziej za­pew­niał ją, że wspól­ny urlop w miej­scu, w któ­rym ich ścież­ki się ro­ze­szły, bę­dzie jak ka­thar­sis, z tym więk­szą zło­ścią re­ago­wa­ła na jego proś­by. W koń­cu ule­gła. Wie­le razy za­da­wa­ła so­bie py­ta­nie „dla­cze­go”?

– To był twój ko­lej­ny błąd – za­wy­ro­ko­wa­ła San­dra. – Prze­stra­szy­łaś się mi­ło­ści!

Ewa od­wró­ci­ła gło­wę i spoj­rza­ła przez za­ma­za­ną desz­czem szy­bę na lśnią­ce od wody uli­ce. Tak, prze­stra­szy­ła się. Mar­cin był spo­ro od niej młod­szy i po­cho­dził z zu­peł­nie in­ne­go śro­do­wi­ska. Po­zna­li się dzię­ki temu, że re­dak­cja „Świa­ta Aut”, w któ­rej pra­co­wał, mie­ści­ła się na tym sa­mym pię­trze biu­row­ca co jej „Ko­bie­ta Mod­na”. Spo­ty­ka­li się naj­pierw przy­pad­ko­wo – na lun­chach, w win­dzie, na par­kin­gu… Ich ro­mans szyb­ko stał się w re­dak­cji ta­jem­ni­cą po­li­szy­ne­la. San­dra do­pin­go­wa­ła przy­ja­ciół­kę. Pod­po­wia­da­ła: „Zrób to! Rzuć męża, pu­sty dom i za­ufaj swo­je­mu ser­cu. Ten fa­cet cię ko­cha, a ty jego, więc…”. Ewa spoj­rza­ła na San­drę, któ­ra moc­no trzy­ma­ła kie­row­ni­cę i ki­wa­ła gło­wą w rytm mu­zy­ki pły­ną­cej z ra­dia. Jej naj­bliż­sza przy­ja­ciół­ka mia­ła pe­cha do fa­ce­tów. Za­wsze wy­bie­ra­ła tych nie­wła­ści­wych, więc jej re­ko­men­da­cja tym bar­dziej za­pa­li­ła w gło­wie Ewy ostrze­gaw­cze świa­teł­ko. To­mek był zde­cy­do­wa­ny za­brać Kubę do Afry­ki, na­wet wte­dy, gdy­by Ewa po­sta­no­wi­ła zo­stać w War­sza­wie. Po raz ostat­ni się wte­dy po­kłó­ci­li. W koń­cu To­mek i Kuba wy­je­cha­li, a ona wciąż się wa­ha­ła. Mar­cin o nią wal­czył. Na­wet jej się oświad­czył, ale ona po­sta­no­wi­ła dać swo­je­mu mał­żeń­stwu jesz­cze jed­ną szan­sę. Rzu­ci­ła wszyst­ko i wy­je­cha­ła do męża. Afry­ka rze­czy­wi­ście od­mie­ni­ła Tom­ka. Ewa po raz pierw­szy od wie­lu lat zo­ba­czy­ła w nim tego sa­me­go męż­czy­znę, któ­re­go po­ko­cha­ła, gdy się po­zna­li. Był try­ska­ją­cym zło­śli­wym hu­mo­rem, ale cho­ler­nie od­po­wie­dzial­nym mło­dym le­ka­rzem. Zrzu­cił ogrom­ny cię­żar, któ­ry no­sił w ser­cu przez tyle lat. Cię­żar, któ­ry kładł się cie­niem na ich re­la­cjach. To­mek po­wie­dział Ku­bie o jego praw­dzi­wej mat­ce. Chło­piec zniósł to dziel­nie. Być może do­my­ślał się już cze­goś wcze­śniej. Wszy­scy od­czu­li ulgę. Mo­gli za­cząć nowe ży­cie. Ra­zem.

– I wte­dy po­peł­ni­łaś naj­więk­sze głup­stwo – su­ro­wo oce­ni­ła ją San­dra. A Ewa od­ru­cho­wo przy­ci­snę­ła dłoń do brzu­cha.

– Nie mam po­ję­cia, jak to się sta­ło…

– Nie roz­śmie­szaj mnie! Przy­po­mnij mi, bo nie pa­mię­tam… Kim ty wła­ści­wie je­steś?

Ewa ukry­ła twarz w dło­niach.

– Nie znę­caj się nad ko­bie­tą w cią­ży.

– Nie pa­mię­tasz, to po­zwól, że ci przy­po­mnę – cią­gnę­ła nie­zra­żo­na San­dra. – Je­steś ko­bie­tą przed czter­dziest­ką, dzien­ni­kar­ką, któ­ra przez ostat­nie dwa­na­ście lat pro­wa­dzi­ła dział psy­cho­lo­gii w „Ko­bie­cie Mod­nej”. W każ­dym nu­me­rze pi­sma mia­łaś fe­lie­ton o sek­sie. Ty­sią­ce razy pi­sa­łaś o an­ty­kon­cep­cji…

– Nie do­bi­jaj mnie. Wiem, że zro­bi­łam głup­stwo, ale sta­ło się.

Su­ro­wa twarz San­dry zła­god­nia­ła.

– Tyl­ko to­bie mo­gła się zda­rzyć taka rzecz. W grun­cie rze­czy my­ślę, że wciąż je­steś na­sto­lat­ką. Przy­najm­niej men­tal­nie. Nie wiem, jak ty na­pi­sa­łaś te wszyst­kie…

Prze­rwa­ła jej skocz­na me­lo­dyj­ka z do­bra­noc­ki o Rek­siu – dzwo­nek ko­mór­ki. San­dra wpraw­nym ru­chem przy­trzy­ma­ła kie­row­ni­cę ko­la­nem i prze­ko­pa­ła tor­bę w po­szu­ki­wa­niu apa­ra­tu. Ode­bra­ła i ostro za­ha­mo­wa­ła, uni­ka­jąc o włos zde­rze­nia z ty­łem wiel­kie­go te­re­no­we­go audi.

– Idio­ta! – wrza­snę­ła do słu­chaw­ki. Ja­kiś mę­ski głos coś jej tłu­ma­czył. Z wy­ra­zu twa­rzy San­dry Ewa pró­bo­wa­ła od­gad­nąć, o co cho­dzi. Przy­ja­ciół­ka rzu­ci­ła do te­le­fo­nu kil­ka moc­nych słów, a po­tem bez kie­run­kow­ska­zu skrę­ci­ła na par­king przy ma­łych de­li­ka­te­sach.

– Oj­ciec two­je­go naj­now­sze­go dziec­ka ży­czy so­bie, że­byś prze­sia­dła się do jego ka­ro­cy – rzu­ci­ła przez zęby. – Je­chał przed nami w tej ma­fij­nej bry­ce, któ­rej o mało nie trza­snę­łam w ku­per.

Ewa po­pa­trzy­ła na nią zdzi­wio­na.

– Dla­cze­go za­dzwo­nił do cie­bie, a nie… – Mach­nę­ła ręką, jak­by od­ga­nia­ła na­tręt­ną mu­chę. – No tak, moja ko­mór­ka spło­nę­ła ra­zem z sa­mo­cho­dem.

Mar­cin otwo­rzył drzwi mini co­ope­ra i nim zdą­ży­ła co­kol­wiek po­wie­dzieć, moc­no po­ca­ło­wał ją w usta. Znie­sma­czo­na San­dra od­wró­ci­ła wzrok.

– Ko­cha­nie! – krzyk­nął we­so­ło, gdy wresz­cie ode­rwał się od Ewy. – Po­wiem ci krót­ko: do­ko­na­łaś do­bre­go wy­bo­ru! Je­steś dziew­czy­ną przy­szłe­go mi­lio­ne­ra!

ROZDZIAŁ IV

Wciąż się kłó­cą?

:-(

Kuba po­stu­kał ner­wo­wo w kla­wia­tu­rę kom­pu­te­ra i od­cze­kał kil­ka­na­ście se­kund, wpa­tru­jąc się w wol­no pul­su­ją­cy kur­sor. Jesz­cze nie­daw­no wy­da­wa­ło mu się, że on i oj­ciec to dwie pla­ne­ty wi­ru­ją­ce na zu­peł­nie in­nych or­bi­tach. Gdy kil­ka mie­się­cy temu mał­żeń­stwo To­ma­sza z Ewą się roz­pa­dło, a Kuba po­sta­no­wił za­miesz­kać z mamą… Tak, oj­ciec mu po­wie­dział, że Ewa nie jest jego bio­lo­gicz­ną mat­ką, ale praw­da była taka, że in­nej nie znał. To ona go wy­cho­wa­ła. Przez pięt­na­ście lat ani przez chwi­lę nie po­dej­rze­wał, że jego prze­szłość skry­wa ja­kieś ta­jem­ni­ce. Dla­te­go wte­dy, na lot­ni­sku w Dar es-Sa­la­am, gdy mu­siał do­ko­nać wy­bo­ru, wy­brał Ewę i po­wrót do Pol­ski. Tu było jego ży­cie. Szko­ła, ko­le­dzy i dziew­czy­ny… Tu był jego świat. Zwią­zek mamy z no­wym męż­czy­zną za­ak­cep­to­wał bez opo­rów. Po raz pierw­szy od wie­lu lat wi­dział ją szczę­śli­wą. Jed­nak ostat­nio at­mos­fe­ra w domu za­czę­ła gęst­nieć. Dziś czuł się wła­ści­wie tak samo jak wte­dy, gdy miesz­ka­li z oj­cem. Ta sama elek­trycz­ność w po­wie­trzu i pod­nie­sio­ny głos mamy…

O co po­szło tym ra­zem?

Mama rano roz­bi­ła sa­mo­chód.

O cho­le­ra! Jak ona się czu­je? Jak dziec­ko?

Kuba bez­wied­nie wzru­szył ra­mio­na­mi. In­ter­ne­to­wy czat na Fa­ce­bo­oku miał tę za­le­tę, że o pew­nych rze­czach moż­na było po­wie­dzieć bez emo­cji. Pró­bo­wał kie­dyś roz­ma­wiać z oj­cem przez Sky­pe’a, ale obaj czu­li dys­kom­fort, gdy za­pa­da­ło mil­cze­nie. Dla­te­go po okre­sie róż­nych eks­pe­ry­men­tów wy­bra­li stu­ka­nie w kla­wia­tu­rę. Da­wa­ło im to złu­dze­nie swo­bo­dy, a jed­no­cze­śnie po­zwa­la­ło na spo­koj­ną roz­mo­wę. W grun­cie rze­czy Kuba nig­dy wcze­śniej nie miał oka­zji tak szcze­rze i dłu­go roz­ma­wiać z tatą. Wy­ska­ku­ją­ce na ekra­nie li­ter­ki spra­wia­ły, że czu­li się so­bie rów­ni. Re­la­cja oj­ciec – syn ewo­lu­owa­ła w stro­nę przy­jaź­ni.

W po­rząd­ku. Mama jest cała i zdro­wa. W szpi­ta­lu na­wet jej nie za­trzy­ma­li na ob­ser­wa­cję. Tyl­ko bry­ka na­da­je się do ka­sa­cji. Spa­li­ła się.

Jej fa­cet… Mar­cin się wście­ka?

No coś ty!

Kuba się za­śmiał. Ja­koś nie po­tra­fił so­bie wy­obra­zić Mar­ci­na wście­ka­ją­ce­go się na mamę.

Po­chy­lił się nad kla­wia­tu­rą.

To mama się na nie­go wy­dzie­ra, bo nie od­bie­rał te­le­fo­nu, gdy dzwo­ni­ła do nie­go po wy­pad­ku. A on tłu­ma­czy, że nie miał za­się­gu, bo spo­tkał się w ja­kimś le­sie z ludź­mi, któ­rzy mają z nie­go zro­bić mi­lio­ne­ra.

Po­cze­kaj… Tro­chę za szyb­ko. Nie ko­ja­rzę, o co cho­dzi.

Ja też nie bar­dzo ogar­niam. Mama się drze, a on mówi ci­cho.

Po­tra­fię to so­bie wy­obra­zić…