Klub nerwowych - Edouard Dangin - ebook

Klub nerwowych ebook

Edouard Dangin

0,0
4,60 zł

lub
Opis

Zabawna nowela pióra XIX-wiecznego pisarza francuskiego, która choć już może nieco razić klimatem i stylistyką to jednak zasługuje na lekturę. A oto jej fragment opowiadający o tym jakie było początki tytułowego klubu: „Jan Jakub Scypion, był tak jak Nepomucen od urodzenia dotknięty drganiem nerwowym. Te drgania częstsze i widoczniejsze niż drgania Mathiasa polegały na dziwacznym podnoszeniu prawej ręki ku nosowi, ale to w ten sposób, tak silnie nerwowy, że ręka chwytała za nos i nie chciała go już puścić. Wskutek tego nieszczęśliwy musiał uciekać się do lewej ręki, ażeby się uwolnić od psotnego figla, jaki mu płatała prawa. Nie potrzeba dodawać, że w tym wszystkim biedny nos był najbardziej pożałowania godnym, gdyż wskutek tych powtarzanych napaści stał się czerwonym, spuchniętym i zdefigurowanym. Nepomucen, spostrzegłszy po raz pierwszy to drganie nerwowe, czuł się przejęty głęboką wdzięcznością dla nieba, które raczyło go uwolnić od tak strasznego kalectwa. Potem postanowił poznać się bliżej ze Scypionem, mówiąc sobie: – Ten przynajmniej nie będzie sobie żartować ze mnie. Wkrótce zapanowała ścisła przyjaźń między tymi ludźmi, którzy znajdowali we wspólnym towarzystwie ogromną ulgę dla swego cierpienia. Scypion bowiem, tak jak Nepomucen od dawna gorzko cierpiał na swoje osamotnienie, gdyż dla niego towarzystwo ludzkie bardziej jeszcze było zamknięte niż dla biednego Mathiasa”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 27

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Édouard Dangin

 

 

 

 

Klub nerwowych

 

 

 

na język polski przełożył Stanisław Miłkowski 

 

 

 

 

 

 

 

Armoryka

Sandomierz

 

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

 

Tekst wg edycji XIX-wiecznej 

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7639-146-5 

 

 

 

 

I. Loża pani Chaufournier.

Uważałem zawsze stróżów domowych, a szczególniej stróżowe, jako najosobliwsze typy kalectwa fizycznego i moralnego, a ich loże [lożą nazywają we Francji pokoik stróża, z którego ma widok na schody i dozoruje wszystkich mieszkańców] jako najśmieszniejsze z osobliwości Paryża; do tego stopnia, że chciałbym, żeby ludzie doświadczeni i znający się na tem, podjęli się oprowadzania cudzoziemców przyjeżdżających do naszego miasta i robienia z nimi przeglądu najciekawszych próbek tego rodzaju stworzeń, zajmujących miejsce pomiędzy człowiekiem, a zwierzęciem, ale o wiele więcej zbliżających się do tego ostatniego.

Osobą niewątpliwie bardzo brzydką i odpowiadającą całkowicie temu, co powyżej powiedziałem, była niezaprzeczenie stróżowa domu, znajdującego się przy ulicy Beaubourg Nr...... Dawna markietanka, wdowa po doboszu gwardyi narodowej, stara, straszna, niedbała około siebie, z włosami zawsze rozczochranemu i powiewającemi w skręconych kosmykach wymykających się z pod zatłuszczonego czepka, obdarzona haczykowatym nosem, który łączył się z podbródkiem zakrzywionym, jak rączka od parasola, spoglądała ona na lokatorów małemi oczkami koloru szaro zakurzonego, pełnemi złości, jak u dzikiego kota.

To też wszyscy obawiali się jej bardzo w domu, a przestrach jaki wywierała był tak wielki, że każdy dla zapewnienia sobie spokoju, pospieszał robić podarunki za podarunkami, zupełnie tak, jak się rzuca psu kość, ażeby uwolnić swoje łytki od jego zębów.

Ale ta zapobiegliwość lokatorów zamiast korzyści, obracała się im na szkodę, gdyż ich tyran, czując, że się go obawiają stawał się coraz bardziej wymagającym, samowolnym i nieugłaskanym. Pani Chaufournier, takie bowiem było nazwisko tej godnej kobieciny, miała jednak przyjaciółkę, w pani Bousout, węglarce, mieszkającej obok. Ona jedna tylko umiała sobie zjednać łaski i zaufanie samodzierżcy z ulicy Beaubourg.

W chwili kiedy zaczyna się nasze opowiadanie, obydwie kumoszki paplały zamknięte w loży.

Loża ta nie zasługująca na bliższe opisywanie, miała około sześciu stóp kwadratowych i podobniejszą była do jaskini, niż do mieszkania. Ukryta pod klatką wchodową, ciemna i wilgotna, światło i powietrze dochodziło do niej tylko przez wąskie drzwi i małe okienko, które pani Chaufournier otwierała jedynie dla listonosza. Podobnie do wszystkich osób nie mających wrodzonego zamiłowania do czystości, nienawidziła ona powietrza i jak najrzadziej drzwi otwierała. To też atmosfera loży przepełnioną była wyziewami kuchennemi i mdłą wonią zamknięcia.

Portyerka więc ze swoją przyjaciółką siedziały razem w loży paplając z całych sił i robiąc plotki na rachunek lokatorów.

– I cóż! – mówiła pani Bousout węglarka... czy wiesz pani co nowego o tym starym, który zawsze rusza ramieniem.

– Ah! pan Mathias! – odpowiedziała wdowa. – Nic, zawsze jest jednakowo niemiłym niegrzecznym... Już od trzech dni go nie widziałam... Zapewne musiał chodzić po sprawunki, w czasie kiedy ja zajęta byłam króciutką drzemka po śniadaniu... a może też nie spał w domu! On tak późno wraca co wieczór!

– Co za myśl przynosić sobie samemu pożywienie... jakby nie mógł komu innemu poruczyć tego, na przykład pani...

– Ah! to złote słowa moja dobra pani Bousout, niezawodnie byłabym bardzo chętnie oddała taką usługę temu biedakowi... ale wie pani, on się obawia może, żeby mu nie uskubnąć jakiego biednego susika na jego wydatkach... Niesłusznie tak myśli biedny człowiek, bo co do uczciwości, to cała dzielnica zna panią Chaufournier Bogu dzięki!