Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 309 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Klub Julietty - Sasha Grey

Catherine, studentka filmoznawstwa, jest zafascynowana jednym z wykładowców. I to nie jego intelekt przyciąga uwagę dziewczyny. Źródło tej fascynacji, która zaczyna przeradzać się w obsesję, z całą pewnością nie jest umiejscowione w głowie profesora. Kiedy Catherine zwierza się z tego swojej przyjaciółce Annie, ta wprowadza ją w świat wyuzdanego seksu, o którego istnieniu wiedzą tylko nieliczni.

W klubie Julietty wpływowi ludzie realizują swoje najdziwniejsze i najbardziej perwersyjne fantazje seksualne, a Catherine, choć ma chłopaka, którego kocha, nie może się oprzeć pokusie zakazanych zabaw. Dopiero zniknięcie Annie i bezskuteczne próby jej odnalezienia uświadamiają Catherine, że ten podziemny świat seksualnych rozkoszy może być bardzo niebezpieczny.

Klub Julietty to wyjątkowa powieść erotyczna... pozycja obowiązkowa na liście lektur do przeczytania

Cosmopolitan

Opinie o ebooku Klub Julietty - Sasha Grey

Fragment ebooka Klub Julietty - Sasha Grey

Wydanie elektroniczne

O książce

Catherine, studentka filmoznawstwa, jest zafascynowana jednym z wykładowców. I to nie jego intelekt przyciąga uwagę dziewczyny. Źródło tej fascynacji, która zaczyna przeradzać się w obsesję, z całą pewnością nie jest umiejscowione w głowie profesora. Kiedy Catherine zwierza się z tego swojej przyjaciółce Annie, ta wprowadza ją w świat wyuzdanego seksu, o którego istnieniu wiedzą tylko nieliczni.

W Klubie Julietty wpływowi ludzie realizują swoje najdziwniejsze i najbardziej perwersyjne fantazje seksualne, a Catherine, choć ma chłopaka, którego kocha, nie może się oprzeć pokusie zakazanych zabaw. Dopiero zniknięcie Annie i bezskuteczne próby jej odnalezienia uświadamiają Catherine, że ten podziemny świat seksualnych rozkoszy może być bardzo niebezpieczny.

SASHA GREY

Urodziła się w Sacramento, w Kalifornii. W college’u uczęszczała na zajęcia z aktorstwa, tańca i filmoznawstwa. Tuż po osiągnięciu pełnoletności rozpoczęła karierę w branży porno w Los Angeles. Pół roku później magazyn porno „Los Angeles” okrzyknął ją nową gwiazdą tego gatunku. Jednocześnie realizowała inne projekty – m.in. wystąpiła w teledysku Superchrist grupy The Smashing Pumpkins, pracowała jako modelka dla francuskiego projektanta Maxa Azrii oraz włoskiej firmy obuwniczej Forfex, wzięła udział w kampanii PETA oraz w projekcie artystycznym aTelecine, który zaowocował wydaniem płyty A Vigilant Carpark. W 2009 r. zaczęła występować w filmach głównego nurtu; Steven Soderbergh powierzył jej główną rolę w Dziewczynie zawodowej. Rok później otrzymała rolę w Ekipie, popularnym serialu produkowanym przez HBO. W 2011 r. Sasha Grey ogłosiła, że wycofuje się z branży porno.

www.sashagrey.com

Tytuł oryginału:

THE JULIETTE SOCIETY

Copyright © Sasha Grey Inc. 2013

By arrangement with the author

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Anna Dobrzańska 2014

Redakcja: Barbara Gębczak-Janas

Ilustracja na okładce: Charles Roff/Trevillion images

Projekt graficzny okładki: Duncan Spilling – LBBG

ISBN 978-83-7985-057-0

WYDAWCA

Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Zanim przejdziemy dalej, ustalmy coś.

Chcę, żebyście obiecali mi trzy rzeczy.

Po pierwsze:

nic z tego, co przeczytacie dalej, nie wywoła waszego zgorszenia.

Po drugie:

pozbędziecie się wszelkich zahamowań.

Po trzecie i najważniejsze:

wszystko, co od tej chwili zobaczycie i usłyszycie,

musi pozostać między nami.

W porządku. Przejdźmy zatem do konkretów.

1

Uwierzylibyście, gdybym wam powiedziała, że istnieje tajny klub, do którego należą wyłącznie najbardziej wpływowi ludzie w społeczeństwie: bankierzy, bogacze, magnaci prasowi, dyrektorzy generalni, prawnicy, wysoko postawieni policjanci, handlarze bronią, najwyżsi rangą wojskowi, politycy, urzędnicy rządowi, a nawet hierarchowie Kościoła katolickiego?

Nie mówię o iluminatach, Bilderberg Group, Bohemian Grove czy innych beznadziejnych stowarzyszeniach, jakimi na co dzień zajmują się wariaci od wszelkich teorii spiskowych.

Nie. Ten klub wydaje się dużo bardziej niewinny.

Na pierwszy rzut oka.

W rzeczywistości jest zupełnie inaczej.

Jego członkowie spotykają się nieregularnie, w sekretnych miejscach. Czasem odległych, a czasami ukrytych tuż pod naszym nosem. Jednak nigdy nie jest to to samo miejsce. Zwykle nie znajduje się ono nawet w tej samej strefie czasowej.

Na tych spotkaniach członkowie klubu… Nie owijajmy w bawełnę i nazwijmy ich panami wszechświata zdolnymi wstrzymywać ruch planet. A więc ci panowie wszechświata wykorzystują swe tajne spotkania jako odskocznię od ważnego i stresującego zajęcia, jakim jest czynienie świata jeszcze bardziej popieprzonym, niż jest w rzeczywistości, i wymyślanie jeszcze bardziej sadystycznych i pokrętnych sposobów na torturowanie, zniewalanie i zubażanie ludzkości.

A co robią, gdy nie pracują i chcą się zrelaksować?

To chyba oczywiste.

Pieprzą się.

Widzę, że nie jesteście przekonani. Pozwólcie, że ujmę to tak. Czy kiedykolwiek spotkaliście mechanika, który nie miałby słabości do samochodów? Profesjonalnego fotografa, który nigdy nie zrobi zdjęcia, jeśli światła w studiu nie będą zapalone? Piekarza, który nie je chleba?

Więc nasi panowie wszechświata – po raz kolejny nie owijajmy w bawełnę – są profesjonalnymi jebakami. Przelecą cię, żeby zdobyć nad tobą przewagę. Zerżną cię, żeby dotrzeć na szczyt. Wyruchają z pieniędzy, wolności i czasu. I będą cię pieprzyć tak długo, aż trafisz do piachu. Choć nawet wtedy nie przestaną.

A zatem co robią, kiedy się nie pieprzą? To oczywiste…

Kolejna rzecz, którą musicie wiedzieć, to fakt, że wpływowi ludzie są jak celebryci. Lubią trzymać się razem, powtarzają do znudzenia, że nikt inny nie rozumie, jak to jest być jednym z nich, i dlatego trzymają się razem. Prawda jest taka, że nie chcą zadawać się z gorszymi od siebie, z pospólstwem, z nieokrzesanymi i niedomytymi, z ludźmi uwielbiającymi patrzeć na upadek bogatych i wpływowych. A jedyne, co tych drugich może zatrzymać w wędrówce na szczyt, to seks.

Tak więc nasi panowie wszechświata, profesjonalne jebaki, obmyślili, jak dostać wszystko, czego pragną, i spełnić swoje najdziksze i najbardziej wyuzdane seksualne fantazje, nie wywołując przy tym skandalu. To tak jakby ktoś twierdził, że potrafi puszczać bąki tak, by nie śmierdziało. Oni w każdym razie… robią to za zamkniętymi drzwiami. Wszyscy razem. W tajemnicy.

Henry Kissinger powiedział kiedyś, że władza to największy afrodyzjak. Kiedy te słowa padły, pełzał już wystarczająco długo po korytarzach władzy, by wiedzieć, co mówi. To miejsce jest potwierdzeniem słów Kissingera.

Możecie je nazwać: „500 Największych Jebaków”.

„Ligą Niemoralnych Skurwysynów”.

„Światowym Rżnięciem”.

Albo „Zorganizowaną Grupą Jebaków”.

Oni nazywają je Klubem Julietty.

Proszę bardzo. Wygooglujcie go. Niczego nie znajdziecie. Absolutnie niczego. Na tym polega cały sekret. A jednak czegoś możecie się dowiedzieć. Istnieje pewne tło, pewna historia.

Klub Julietty zawdzięcza swoją nazwę jednej z dwóch sióstr, bohaterek wymyślonych przez markiza de Sade (druga miała na imię Justine). Seksualne przygody osiemnastowiecznego francuskiego arystokraty, libertyna, pisarza i rewolucjonisty tak oburzyły francuską arystokrację, że zamknięto go w Bastylii za obsceniczność. Co, patrząc z perspektywy czasu, było naprawdę fatalnym posunięciem, ponieważ siedząc w celi i nie mając nic lepszego do roboty, jak dniami i nocami walić konia, markiz znalazł inspirację do tworzenia jeszcze większych sprośności.

W więzieniu napisał największe dzieło literatury erotycznej, jakie widział świat. Sto dwadzieścia dni Sodomy. Książkę, która pod względem perwersji seksualnych i przemocy prześcignęła nawet Biblię. A do tego jest niemal tak samo długa. Oczywiście ten sam markiz krzyknął z okna swej celi do stojących w dole tłumów, że powinny przypuścić szturm na Bastylię, i tak, nieumyślnie, dał początek rewolucji francuskiej.

Wróćmy jednak do Julietty mniej znanej z dwóch sióstr. Wcale nie dlatego, że jest spokojniejsza. Co to, to nie. Justine jest trochę nudna i pruderyjna, lubi być w centrum uwagi i robi z siebie ofiarę, aż człowiek ma jej dość – jak te celebrytki, w kółko gadające o swoim uzależnieniu od narkotyków i seksu, chłonące każde słowo doktora Drew i niestrudzenie promujące swoją osobę w każdym reality show, którego uczestnicy przed kamerami wychodzą z nałogu.

A Julietta? Julietta to kobieta pozbawiona skrupułów, jeśli chodzi o seks, morderstwa czy cielesne rozkosze, jakich do tej pory nie skosztowała. Pieprzy się i zabija, zabija i się pieprzy, a czasem robi obie te rzeczy naraz. Zawsze unika kary i nigdy nie musi płacić za swe występki i zbrodnie.

Może teraz zaczniecie rozumieć, o co mi chodzi. Może pojmiecie, dlaczego to tajemne stowarzyszenie, Klub Julietty, nie jest tak niewinne, jak mogłoby się wydawać.

Uwierzycie mi, jeśli powiem wam, że udało mi się spenetrować – wybaczcie mi mój język – wąskie grono członków tego właśnie klubu?

Nie chodzi o to, że należę do Klubu Julietty. Jestem studentką trzeciego roku college’u. Jako główny kierunek wybrałam filmoznawstwo. Nie jestem nikim wyjątkowym, tylko zwykłą dziewczyną, która jak każdy człowiek ma swoje potrzeby i pragnienia.

Pragnę miłości. Bezpieczeństwa. Szczęścia.

I zabawy. Uwielbiam się bawić. Lubię się dobrze ubrać i ładnie wyglądać, ale nie gustuję w drogich ubraniach. Jeżdżę małą używaną hondą hatchback, wożąc na tylnej kanapie szpargały, których nie mam czasu uprzątnąć. Rodzice podarowali mi hondę na osiemnaste urodziny i gdy wyjeżdżałam do college’u, zapakowałam do niej wszystkie swoje rzeczy. Zostawiłam za sobą przyjaciół, których znałam od dziecka; część z nich została w tyle i ciężko mi się z nimi dogadać, inni na zawsze pozostaną w moim życiu. Poznałam też nowych, którzy otworzyli mi oczy na wiele rzeczy i poszerzyli moje horyzonty.

Od tej chwili nie będę zachowywała się jak mądrala. Od teraz będę skromna jak dziewczyna z sąsiedztwa. Bo prawda jest taka, że do tej pory mogłam sobie jedynie wyobrażać, że zajmuję uprzywilejowaną pozycję.

Mam seksualną fantazję, która nie daje mi spokoju. Nie, nie chodzi o pieprzenie się z Donaldem Trumpem w jego prywatnym odrzutowcu na wysokości dziesięciu tysięcy metrów nad Saint-Tropez. Nie ma nic bardziej odrażającego. Moja fantazja jest dość przyziemna – prozaiczna i intymna.

Kilka razy w tygodniu odbieram z pracy mojego chłopaka i czasami, kiedy siedzi do późna i zamyka biuro, marzę o tym, żeby zabawić się z nim w gabinecie jego szefa. Oczywiście nigdy tego nie zrobiliśmy. Ale przecież mogę pomarzyć, prawda?

Jego szef jest senatorem, albo raczej odnoszącym sukcesy prawnikiem i potencjalnym senatorem. Jack, mój chłopak, pracuje w jego sztabie wyborczym. Studiuje też ekonomię. Przez to wszystko nie mamy dla siebie zbyt wiele czasu, bo kiedy Jack kończy pracę, jest tak zmęczony, że niemal od razu zasypia na kanapie. Wczesnym rankiem wstaje na zajęcia, więc zwykle nie mamy czasu nawet na szybki numerek. A przecież nie samą pracą człowiek żyje.

Tak więc fantazjuję o byciu oddaną dziewczyną i krok po kroku odgrywam w myślach dobrze znany scenariusz. Ubieram się specjalnie na tę okazję. Pończochy, szpilki i mój ulubiony dwurzędowy trencz w kolorze khaki, taki sam, jaki nosi Anna Karina w Made in U.S.A. Godarda. Pod nim mam tylko bieliznę; może zwykły czarny biustonosz i majtki, pas do pończoch i podwiązki. Albo jestem topless, mam na sobie jedynie białe podkolanówki i słodkie różowe majteczki w kropki, które tak bardzo go podniecają. Równie dobrze mogę iść w samych szpilkach i mieć na sobie wyłącznie seksowną jedwabną halkę albo szyfonową koszulkę. A do tego szminkę w kolorze rubinowej czerwieni. Czerwona szminka to podstawa. Najlepsza przyjaciółka dziewczyny.

Sztab wyborczy znajduje się na parterze od ulicy, w centrum miasta. Pomieszczenie jest przeszklone, a światła palą się całą noc, tak by przechodnie widzieli przyklejone do szyb rzędy identycznych czerwonych, białych i czarnych plakatów, na których szef Jacka szczerzy się do kamery, i hasła:

GŁOSUJ NA ROBERTA DEVILLE’A

Tak więc jedynym miejscem, gdzie możemy znaleźć odrobinę intymności, jest pomieszczenie gospodarcze, łazienka albo gabinet, w którym Bob – DeVille lubi, kiedy ludzie zwracają się do niego Bob – przesiaduje, gdy akurat jest w sztabie wyborczym, co nie zdarza się zbyt często. Gabinet znajduje się na tyłach budynku, obok wyjścia na parking, tak więc Bob może wchodzić i wychodzić niepostrzeżenie, zamiast korzystać z głównego wejścia, które prowadzi wprost na ulicę, gdzie każdy może go zobaczyć.

Jestem pewna, że w biurze musi być co najmniej kilka osób, które mają ochotę pieprzyć się w łazience albo pomieszczeniu gospodarczym w godzinach pracy, z nadzieją, że nikt ich nie przyłapie. Ja do nich nie należę, zwłaszcza że mamy całe biuro wyłącznie dla siebie. Poza tym Jack zwykle wpuszcza mnie tylnym wejściem prowadzącym bezpośrednio na parking, gdzie zostawiam samochód, no a gabinet… po prostu tam jest.

Powinnam powiedzieć to jeszcze raz, bo naprawdę nie chcę, żebyście mnie źle zrozumieli: nigdy tego nie zrobiliśmy. Ja i Jack nawet o tym nie rozmawiamy. Nie wiem też, czy miałby na to ochotę. Ale w mojej fantazji, kiedy tylko wchodzimy do gabinetu, zamykamy drzwi i gasimy światła; gdy pocałunki i pieszczoty dobiegają końca, to ja przejmuję kontrolę.

Popycham go na fotel, luksusowy skórzany obrotowy fotel Boba, i robimy to tam, na „fotelu władzy”. Mówię mu, żeby nie wstawał, nie dotykał się i nie ruszał z miejsca, i urządzam mały striptiz, żeby się przed nim pochwalić. Najpierw rozwiązuję pasek i zsuwam płaszcz z ramienia, by odsłonić fragment skóry. Na chwilę odchylam jedną stronę trencza, a drugą przyciskam do ciała, by dać Jackowi przedsmak tego, co czeka pod spodem. Odwracam się do niego plecami i leniwym ruchem zrzucam płaszcz na podłogę, pochylam się i dotykam palców u stóp, żeby wiedział, dokąd trafi, jeśli będzie grzecznym chłopcem i zrobi to, co mu każę.

Kutas Jacka jest twardy, jeszcze zanim zdejmę mu spodnie. Kiedy to robię, widzę wyraźne zgrubienie rysujące się pod bawełnianymi bokserkami.

Teraz nadchodzi czas na bliższy kontakt. Jack nadal jednak nie może mnie dotykać. Staję przed fotelem, na którym siedzi, i wciąż odwrócona do niego plecami, siadam mu okrakiem na kolanach. Chwytam podłokietniki i ocieram się pupą o krocze Jacka, z początku delikatnie, potem coraz mocniej. W końcu siadam na nim, ściskam go pośladkami, czując, jak napina się i rośnie, napierając na moją…

Ale odbiegam od tematu. Chodzi o to, że nie miałam absolutnie żadnego interesu w przebywaniu tam, w Klubie Julietty, pośród tych wszystkich ludzi. Żeby się do niego dostać, nie musiałam odpowiadać na ogłoszenie zamieszczone na stronie Craigslist ani nie poszłam na rozmowę kwalifikacyjną.

Powiedzmy, że miałam talent, siłę perswazji i apetyt.

No i zostałam zauważona.

Możemy bez końca wykłócać się o to, co jest ważniejsze – geny czy wychowanie – ale ten talent nie był czymś, z czym się urodziłam. A przynajmniej nie byłam tego świadoma. Nie, to coś, z czego zdałam sobie sprawę. Drzemał we mnie od dawna, zakodowany, ukryty niczym tajny agent prowadzący normalne życie, który nagle został wezwany do akcji.

Teraz, kiedy wam o tym powiedziałam, jak wytłumaczę, co stało się tamtej nocy? Pierwszej nocy, gdy trafiłam do Klubu Julietty.

2

Pierwsze, czego dowiadujemy się na zajęciach z filmoznawstwa, to:

Fabuła jest zawsze drugorzędna w stosunku do bohatera.

Zawsze, zawsze, zawsze, bez wyjątku.

Każdy prawdziwy wykładowca pisania kreatywnego powie wam dokładnie to samo i każe powtarzać te słowa tak długo, aż nauczycie się ich na pamięć.

Jako główna zasada rządząca fikcyjnym światem jest ona równie niezmienna, jak teoria względności Einsteina. Bez niej cała struktura runie jak domek z kart.

Weźcie dla przykładu jakikolwiek klasyczny film (albo w ogóle jakikolwiek film), choćby Zawrót głowy, który każdy student filmoznawstwa powinien znać na wylot. Scottie, bohater grany przez Jimmy’ego Stewarta, jest detektywem, którego pełna determinacji pogoń za prawdą w połączeniu z paraliżującym lękiem wysokości i graniczącą z nekrofilią obsesją na punkcie martwej blondynki – jego piętą Achillesa – sprawiają, że pada on ofiarą oszustwa.

Załóżmy więc, że Scottie jest gliniarzem ze słabością do słodyczy. Coś takiego brzmi bardziej realistycznie, ale to by się nie sprawdziło, ponieważ byłby wtedy gliniarzem, którego ciągnie do sklepu z pączkami zamiast do femme fatale, a Hitchcock nie miałby pomysłu na film.

Teraz widzicie? Fabuła jest drugorzędna w stosunku do bohatera.

Weźmy inny przykład. Obywatel Kane. Film uznawany przez krytyków za najlepsze dzieło filmowe, zresztą nie bez powodu, bo rzeczywiście ma wszystko, co mieć powinien: podteksty, mistrzowską reżyserię, scenografię, zdjęcia i to, co sprawia, że film jest dziełem sztuki, a nie rozwlekłą reklamą Microsoftu, Chryslera czy Frito-Lay, jak większość dzisiejszych produkcji.

Tak więc Obywatel Kane to historia magnata prasowego, Charlesa Fostera Kane’a, zgubionego przez nieposkromioną pychę i ambicję, które zaprowadziły go na szczyt i wynikały z kompleksu matki, umniejszającego jego osiągnięcia, kładącego się cieniem na małżeństwie Kane’a i ostatecznie rujnującego mu życie.

Potępiony, zamknięty w błędnym kole, które sięga do najgłębszych zakamarków jego psychiki, biedny stary Charlie umiera samotny i niekochany tylko dlatego, że nie potrafił oderwać się od maminego cycka.

A może nie chodziło tu o cycka… Ostatnie wypowiedziane przez niego słowo, kiedy wypuszcza z dłoni szklaną kulę – albo kryształową kulę, w której nie dostrzegł swej najbliższej przyszłości i tego, że jego życie nie jest popieprzone, tylko skończone – to „Różyczka”. To ostatnie słowo, jak głosi legenda, było przemyconą przez Orsona Wellesa sprytną aluzją do pieszczotliwego imienia, którym William Randolph Hearst (pierwowzór Charlesa Fostera Kane’a) określał pochwę swojej kochanki.

Różyczka. Pierwsze słowo, jakie pada w filmie, i ostatnie, jakie widzimy, namalowane na dziecięcych sankach wrzuconych do pieca na pastwę płomieni, które liżą je i pożerają.

Ktoś, kto zna tę historię, już nigdy nie spojrzy na Obywatela Kane’a w ten sam sposób. Słyszy „Różyczka”, widzi „Różyczka”. Myśli „cipka”.

Sądzicie, że Orson Welles próbował widzom coś powiedzieć? Ja uważam, że próbował przekazać nam jedynie to, że Charles Foster Kane był prawdziwym skurwielem. I to było źródłem wszelkich jego problemów, czemu trudno się dziwić.

Widzicie? Fabuła jest zawsze drugorzędna w stosunku do bohatera.

Nie zapominajcie o tym.

Tak na marginesie: jest jeden rodzaj filmów, wyłącznie jeden, który nie stosuje się do tej zasady. Jedyny gatunek, który jawnie ją łamie. Nie tylko łamie, ale też całkowicie zmienia. Tylko dlatego, że jest to możliwe. I ma to gdzieś. Mówię tu o filmach porno.

Ale tym zajmiemy się później.

W każdym razie uświadomiłam sobie, że zasada ta ma zastosowanie zarówno w rzeczywistości, jak i w fikcji. Nie tylko w filmach to, co się nam przytrafia, jest drugorzędne w stosunku do tego, kim jesteśmy, jak się zachowujemy i jakie mamy motywacje. Odkryłam, że te same prawa rządzą naszym życiem, dokonanymi wyborami i drogami, na które wkraczamy.

Ta, na którą ja weszłam, jest ukryta przed waszym wzrokiem. Nie jest to droga wybrukowana żółtą kostką, zagubiona autostrada ani dwupasmowa asfaltówka. Nie wiedziałam nawet, że na nią weszłam, dopóki nie dotarłam na miejsce, obejrzałam się za siebie, zobaczyłam, jak daleko zaszłam, i uświadomiłam sobie, że przez cały ten czas wybory, których dokonywałam, i ścieżki, w które skręcałam, prowadziły mnie do tego właśnie miejsca.

Sprawa wygląda więc tak: żeby wytłumaczyć wam, jak dostałam się do Klubu Julietty, muszę zacząć od początku.

Nie od samego początku. Żenujące zdjęcia z dzieciństwa zostawimy na inną okazję. Podobnie jak wszystkie podkolorowane wspomnienia z dzieciństwa, które dały początek traumom prześladującym mnie po dziś dzień. Jak to, kiedy zsikałam się w spodnie w szkółce niedzielnej, kiedy siostra Rosetta opowiadała nam o Noem i jego arce.

Tak więc nie, niezupełnie od początku, ale całkiem blisko.

No i muszę powiedzieć wam coś o sobie, mojej osobowości, o mojej pięcie Achillesa. Muszę zacząć od Marcusa, wykładowcy, w którym się podkochuję.

Bo czyż każda dziewczyna potajemnie nie wzdycha do jakiegoś faceta? Kogoś bez znaczenia, na kogo może przenieść swe najdziksze fantazje seksualne. Dla mnie takim mężczyzną był Marcus, który, choć nie zdawał sobie z tego sprawy, stał się moją obsesją, odkąd pierwszy raz weszłam na jego zajęcia.

Marcus. Cudowny, rozczochrany, przystojny, nieśmiały – do tego stopnia, że wydawał się wyniosły – i poważny. Marcus, który fascynował mnie od chwili, gdy go zobaczyłam. Nic nie rozpala kobiecej ciekawości bardziej niż chłodny mężczyzna, którego trudno rozgryźć, zwłaszcza jeśli chodzi o seks. Nie miałam pojęcia, co o nim myśleć.

W teorii filmu funkcjonuje termin „szał widzialności”. Ma to coś wspólnego z przyjemnością. Ogromną przyjemnością, którą czujemy, patrząc, widząc i rozumiejąc oczywiste prawdy dotyczące istnienia ciała i jego funkcjonowania, przedstawione na dużym ekranie.

Właśnie tak działa na mnie Marcus. Kiedy siedzę w pierwszym rzędzie w sali wykładowej, gdzie mogę go swobodnie oglądać na tle białej tablicy do pisania, oświetlonego światłami fluorescencyjnymi równie jasnymi jak lampy łukowe na planie filmowym. Na wszystkich zajęciach siedzę w tym samym miejscu, w pierwszym rzędzie wielkiej auli, z czterdziestoma rzędami krzeseł, na samym środku, naprzeciw jego biurka, skąd nie może mnie nie zauważyć. A jednak Marcus rzadko mnie dostrzega. Prawie w ogóle na mnie nie patrzy, a gdy mówi, zwraca się do wszystkich – absolutnie wszystkich – z wyjątkiem mnie, przez co czuję się, jakby mnie tam nie było, jakbym nie istniała.

On tam jest, a mnie nie ma. To doprowadza mnie do szału – „szału widzialności”.

I zastanawiam się, czy nie udaje nieprzystępnego dlatego, że ja nie ukrywam swojego zainteresowania nim.

W dni, kiedy mam zajęcia z Marcusem – poniedziałki, wtorki i piątki – ubieram się dla niego. Dziś nie jest inaczej. Mam na sobie obcisłe dżinsy, które podkreślają moją pupę, biustonosz z fiszbinami, unoszący biust i go nieściskający, podkoszulek w niebiesko-białe paski, eksponujący moje krągłości, i granatowy rozpinany sweter, w którym są jeszcze bardziej widoczne.

Chcę, żeby zauważył moje piersi i pomyślał o Brigitte Bardot w Pogardzie, Kim Novak w Zawrocie głowy albo Sharon Stone w Nagim instynkcie.

Czy to wystarczająco oczywiste?

Mam nadzieję.

Tak więc dziś jak zwykle siedzę na zajęciach, udaję, że robię notatki, i wzrokiem rozbieram Marcusa. On mówi o Freudzie, Kinseyu i Foucaulcie, o sztuce filmowej i kobiecym spojrzeniu, podczas gdy ja gapię się na wypukłość jego kutasa wyraźnie widoczną pod obcisłym materiałem brązowych spodni od garnituru.

Przysiadł na brzegu biurka, wyciągając jedną nogę przed siebie, tak że tworzy z drugą niemal idealny kąt prosty. Gryzę ołówek i patrząc na szew jego spodni po wewnętrznej stronie ud, próbuję odgadnąć wielkość, długość i szerokość.

Starannie zapisuję liczby w górnym prawym rogu żółtej kartki notatnika, na której po dwudziestu minutach zajęć widnieją jedynie nic nieznaczące bazgroły. Jestem pod wrażeniem tych liczb, ponieważ Marcus najwyraźniej ma kutasa, który odpowiada rozmiarem jego mózgowi.

Nie powinno mnie to dziwić. W końcu dokonywałam tych obliczeń już ze sto razy. Na każdych zajęciach, rutyna. I jakimś cudem zawsze otrzymuję ten sam wynik. Zupełnie jakbym za każdym razem trafiała najwyższą wygraną. Strasznie mnie to kręci.

Jak już mówiłam, Marcus nie zwraca na mnie uwagi. Wydaje mu się, że jestem zaabsorbowana jego wykładem. Nie chodzi o to, że nie interesuje mnie temat zajęć albo że go nie słucham. Chłonę każde jego słowo, choć z drugiej strony jestem strasznie rozkojarzona. To się nazywa podzielność uwagi.

Marcus mówi o Kinseyu i wniosku płynącym z jego przełomowych badań nad seksualnością, zgodnie z którym kobiety nie reagują na bodźce wzrokowe tak jak mężczyźni, a czasami nie reagują wcale. Pozwalam sobie mieć na ten temat odmienne zdanie. Myślę, że gdyby Marcus wiedział, jak na mnie działa, też by je zmienił.

Przechodzi płynnie od Kinseya do Freuda – kolejnego starego zboczeńca z dziwnymi teoriami na temat kobiecej seksualności – i tym razem naprawdę mnie intryguje.

Pisze na tablicy KASTRACJA i ZAZDROŚĆ O PENISA. Podkreśla wszystko dwukrotnie i czyta głośno dla lepszego efektu. Myślicie pewnie, że coś takiego zaburzy moje fantazje?

Nic podobnego.

Musicie wiedzieć, że Marcus ma głos jak brązowy cukier – łagodny, mroczny, głęboki. Słuchając go, topię się jak wosk. Najbardziej lubię, gdy wymawia słowa, które nie mają w sobie nic seksownego. Wydają się precyzyjne, zimne i naukowe, ale w ustach Marcusa brzmią jak sprośności wypowiedziane w inteligentny sposób.

Na przykład:

Upodlenie.

Katharsis.

Semiotyka.

Sublimacja.

Triangulacja.

Retoryka.

Prototyp.

I ostatnie – ale nie mniej ważne – moje ulubione słowo, które przebija wszystkie inne:

Hegemonia.

Kiedy Marcus mówi, to z takim przekonaniem, że ma nade mną całkowitą władzę i czuję, że mogłabym zrobić wszystko, o co by mnie poprosił.

Tak więc gdy mówi „zazdrość o penisa”, mam wrażenie, że słyszę: „Zerżnij mnie”.

I chociaż na mnie nie patrzy, wiem, że mówi do mnie, wyłącznie do mnie.

Moje zauroczenie Marcusem nie ma nic wspólnego z Jackiem. Kocham Jacka, i tylko Jacka. To taka zabawa, romantyczny epizod, który wymyśliłam, żeby rozerwać się na zajęciach. Fantazja o podtatusiałym kochanku-nauczycielu, która sprawia, że jestem napalona i zapominam o wszystkim, kiedy kończy się wykład.

Tym razem niespecjalnie daję się ponieść wyobraźni.

Patrzę na muskularne ramiona Marcusa, jego długie, umięśnione nogi i wyobrażam sobie, jak by to było, gdyby owinął je wokół całego mojego ciała, niczym pająk, który oplata muchę, szykując się do uczty. Chcę, żeby tak właśnie mnie trzymał, pożerał. I zastanawiam się, czy pieprzy równie fachowo, jak opowiada o psychoanalizie, semiotyce i teorii kina autorskiego.

To pytanie na chwilę pojawia się w mojej głowie.

Odpowiedź przychodzi niespodziewanie, gdzieś z tyłu, i brzmi jak konspiracyjny szept.

– To dziwak.

Odwracam się i spoglądam prosto w jasne, niemal błyszczące zielone oczy i na pełne, zmysłowe usta, rozciągnięte w kokieteryjnym uśmiechu. Tak oto poznaję Annę. Nachyla się do mnie i nie bacząc na Marcusa, szepcze mi do ucha.

Znam ją, to oczywiste. Chodzimy razem na zajęcia. Anna jest blondynką, drobną i ponętną; superlaską, za którą wszyscy się oglądają. Z takimi dziewczynami wszyscy chcieliby się przyjaźnić i każdy facet chciałby taką przelecieć.

Wychowałam się w rodzinie katolickiej i zostałam nauczona, że seks jest czymś, w czym nie należy szukać przyjemności. Dopiero gdy zaczęłam spotykać się z Jackiem – długo po tym, jak straciłam dziewictwo – przestałam walczyć sama ze sobą i zaczęłam czerpać przyjemność z seksu.

Patrzę na Annę i widzę kogoś, kto lubi swoje ciało, seksualność i władzę, jaką daje ona nad ludźmi. W przeciwieństwie do mnie nie wygląda na kogoś, kto miałby jakiekolwiek zahamowania. Lubi flirtować, jest wyzwolona, odprężona i zawsze się uśmiecha. Intryguje mnie.

Czy spotkaliście kiedyś kogoś i w chwili, gdy skrzyżowały się wasze spojrzenia, kiedy usłyszeliście jego głos, pomyśleliście, że będziecie przyjaciółmi?

To właśnie poczułam, gdy powiedziała: „To dziwak”. Zupełnie jakbym słyszała siebie, jakby dokładnie wiedziała, o czym myślę. I mnie rozumiała.

– Skąd wiesz? – szepczę.

– Skąd wiem co? – pyta.

– Że jestem w nim zadurzona.

– To oczywiste – odpowiada. – Ze sposobu, w jaki na niego patrzysz.

I tak już będzie między nami. Połączy nas sekretna więź.

Kiedy poznałam Annę, nie wiedziałam, że już pieprzyła się z Marcusem.

Tak więc przy nielicznych okazjach, gdy zerkał w moją stronę i chciałam wierzyć, że patrzy na mnie…

Cóż, myliłam się.

Patrzył przeze mnie.

Na nią.

3

– Widzisz w lustrze mój tyłek? – mówię do Jacka z nadzieją, że zwróci na mnie uwagę.

Jest wieczór, niedługo po rozpoczęciu jesiennego semestru. Jack siedzi na łóżku i czyta jakieś sprawozdanie.

Właśnie wyszłam spod prysznica i leżę naga na brzuchu wśród pościeli, z rękami pod głową, tak bym mogła go widzieć. Prężę się przed nim, tak jak Brigitte Bardot przed swoim filmowym mężem, Michelem Piccolim, w Pogardzie. Karmię Jacka cytatami z filmów, żeby zobaczyć, jak zareaguje.

To gra, którą lubię. Nie chodzi mi przy tym o wystawianie na próbę jego miłości, ale o przekonanie się, jak bardzo mnie pragnie.

Podnosi wzrok, zerka w stronę lustra i odpowiada zwięźle:

– Tak. – Zaraz potem wraca do czytania.

Ale tak łatwo się nie wywinie.

Pytam go, czy podoba mu się to, co widzi.

– Dlaczego pytasz? Coś nie tak z twoim tyłkiem? – Nie odrywa wzroku od kartki.

– Uważasz, że jest duży?

– Masz piękną dupcię – odpowiada.

– Ale czy jest duża?

– Masz piękną dupcię – powtarza. Patrzy na mnie, na mnie, nie na mój tyłek, uśmiecha się i wraca do czytania.

– A uda? – nie daję za wygraną. Dotykam ręką uda i delikatnie odchylam pośladek, odsłaniając na chwilę miękką, wąską szparkę.

– Są świetne – odpowiada. Tym razem nie podnosi nawet głowy.

– Świetne? To wszystko?

– A co mam powiedzieć?

Mogę zadawać pytania, ale nie zamierzam udzielać odpowiedzi.

– Są grube? – pytam. – Jak pnie drzew?

– Wyglądają dobrze – rzuca.

Chciałabym, żeby poświęcił mi tyle uwagi, ile poświęca lekturze. Odwracam się na plecy, wyginam i chwytam w dłonie piersi, ściskam je i nimi potrząsam.

– Co wolisz? Moje piersi czy brodawki?

Ciało nadal mam zarumienione po prysznicu: otoczki różowe i idealnie okrągłe. Wodzę kciukami po brodawkach, aż czuję, że zaczynają reagować.

– Przecież to jedno i to samo – odpowiada bez cienia zainteresowania.

– Ale gdybyś musiał wybrać.

– Gdybym musiał wybierać między piersiami bez brodawek a brodawkami bez piersi? – Śmieje się.

– Tak. Gdybyś mógł wybrać, czy wolisz dziewczynę bez piersi, czy z tak wielkimi piersiami, że brodawki nie miałyby znaczenia.

– Między tobą a kimś innym? – Najwyraźniej nie chce rozmawiać na ten temat i nawet nie czeka na odpowiedź. – Lubię je takie, jakie są – dodaje.

Cholera, Jack, myślę sobie, zwróć na mnie uwagę. Patrz, co dla ciebie mam! Masz to podane na talerzu. Za darmo. Bez żadnych zobowiązań.

Im mniej uwagi mi poświęca, tym bardziej robię się dziecinna i nadąsana.

Mówię, że zamierzam ogolić cipkę, dotykam palcami podbrzusza i delikatnie szarpię kępkę kasztanowych włosów.

Chcę go w ten sposób zdenerwować. Wiem, że zupełnie wydepilowane dziewczyny budzą w nim odrazę.

– Nie rób tego – odpowiada szorstko.

– Czemu nie? – prowokuję go. Zrobię wszystko, żeby zareagował. Jak się okazuje, mój plan działa.

Zdenerwowany spogląda na mnie znad kolan. Nie odzywa się, ale to bez znaczenia, bo przykułam jego uwagę. Wiedząc o tym, brnę jeszcze dalej.

– Może jednak wydepiluję – rzucam od niechcenia.

– Nie rób tego – powtarza stanowczo, jak gdyby chciał dać mi do zrozumienia, że ten temat nie podlega dyskusji. Jakby chciał mi powiedzieć, żebym dała mu spokój.

Prostuję ramiona nad głową i przewracam się na bok, żeby pozbawić go przyjemności patrzenia na moje piersi i wzgórek łonowy. Mam ochotę, żeby zamiast tego pocałował mnie w pupę. Leżę tak, udając, że go ignoruję. A on…

Jakby w ogóle go to nie obchodziło.

Teraz tak to między nami wygląda.

Zero komunikacji. Zero kopulacji.

Owszem, Jack jest zabawny, do pewnego stopnia, ale bez względu na to, jak bardzo się staram, nie potrafię sprowokować go do dalszej zabawy. Nie umiem sprawić, żeby chciał mnie pieprzyć. Ostatnimi czasy rzadko to robimy. Jest zbyt pochłonięty pracą. Przez całe wakacje pracował ciężko w sztabie wyborczym, a teraz, kiedy zaczął się semestr jesienny, ma jeszcze więcej zajęć. I jeszcze mniej czasu dla mnie. Już nawet nie odbieram go z biura.

Zanim go poznałam, żaden facet nie był tak bliski zaspokojenia mnie w łóżku. Jack ma wszystko to, co powinien mieć idealny kochanek – jest czuły, troskliwy i miły. Szaleję za nim.

Patrzę na niego i myślę o Montgomerym Clifcie w Miejscu pod słońcem, pięknym, na wskroś amerykańskim chłopcu z mocno zarysowaną szczęką. Przynajmniej ja tak go widzę. Ale nie chodzi tylko o to, jak wygląda. Za każdym razem, gdy widzę Montgomery’ego Clifta na ekranie, stoi ze wzrokiem utkwionym w oddali, nieobecny i zatopiony w myślach. Taki właśnie jest Jack. I to naprawdę mnie kręci.

Kiedy go nie ma, masturbuję się jak szalona, wyobrażając sobie jego. Nas. Pieprzących się. W biurze, po godzinach. Pod stołem, na stołówce w college’u. Między regałami w bibliotece. Nie fantazjuję o słodkiej miłości pełnej czułości i pocałunków, tylko o brutalnym rżnięciu. O nieprzyzwoitym, ostrym seksie.

Jack nie ma pojęcia o moich fantazjach, bo pozwalam sobie na nie, kiedy nie ma go w pobliżu, i nigdy o nich nie rozmawiamy. Oto jak moje wyimaginowane życie seksualne mija się z rzeczywistością.

Mieszkamy w przytulnym mieszkaniu z jedną sypialnią, do której można wejść z korytarza. Kiedy wszystko jest w porządku, mam wrażenie, że mieszkamy w kapsule statku kosmicznego, zamknięci razem, z dala od świata. Nasza bliskość powoduje, że mieszkanie wydaje się znacznie większe, niż jest w rzeczywistości. Kiedy sprawy mają się źle – nie tak całkiem źle, mam na myśli małe spięcia, do których dochodzi w każdym dłuższym związku – robi się ciasno i klaustrofobicznie.

W takie wieczory jak ten, kiedy Jack wraca do domu po zajęciach albo po pracy w sztabie wyborczym, idzie prosto do sypialni, żeby nadrobić zaległości w czytaniu, i siedzi tam, dopóki nie zaśnie, mam wrażenie, że robi to celowo, żeby mnie unikać, choć nie mam pojęcia dlaczego. To dla mnie pretekst, by częściej niż zwykle chodzić po mieszkaniu w bieliźnie albo zupełnie nago. Znajduję wymówki, żeby przed nim paradować, robię wszystko, by zwrócić na siebie jego uwagę, rozbudzić w nim namiętność i sprawić, by pokazał, że mnie pragnie.

Ni stąd, ni zowąd postanawiam wziąć prysznic przed kolacją, staję przed Jackiem i zaczynam się rozbierać. Wszystko na nic. Nawet na mnie nie patrzy; zaczynam myśleć, że jest ślepy – ślepy na moją miłość do niego.

Biorę prysznic tak szybko, jak to możliwe, bo tak naprawdę wcale nie chciałam i nie musiałam tego robić, i nie o to mi chodziło. Wycieram się, smaruję kremem i oliwką, aż całe moje ciało się błyszczy. Wychodzę z łazienki naga i pachnąca jaśminem i zaczynają się gierki.

Jeśli od dłuższego czasu się nie kochamy, pachnę słodko. Jak dojrzałe jabłko albo brzoskwinia, soczysta i gotowa, żeby ją zerwać. Gotowa na to, by ktoś dostał się do mojego wnętrza. Wiem, że Jack czuje ten zapach, ale zastanawiam się, czy inni również. A jeśli nie, jak to jest możliwe? Może myślą, że to balsam do ciała albo perfumy? Czy wiedzą, że jestem gotowa, dojrzała i chętna? I pozostawiona sama sobie?

Dziś wieczorem Jack zasypia w pełnym ubraniu, z wachlarzem papierów na piersi. Zbieram je i okrywam go kocem, delikatnie, tak by go nie obudzić.

Znowu jestem pozostawiona sama sobie i dotykam się, wyobrażając sobie, że to on; tak jak chciałabym, żeby mnie dotykał.

Leżę naga na łóżku, przewracam się na brzuch i mówię:

– Widzisz w lustrze mój tyłek?

Zrzuca papiery na podłogę, pochyla się nade mną, chwyta mnie za pośladki i je całuje.

– Komu potrzebne lustro? – pyta. Kładzie głowę na mojej pupie jak na poduszce i patrzy na mnie z uśmiechem.

– Podobają ci się moje uda? – dopytuję się. – Nie są za grube?

Muska palcami moją skórę, dotyka wewnętrznej części uda i rozchyla mi nogi. Nie protestuję.

– Uwielbiam je – mówi. – Najbardziej, kiedy oplatasz mi nimi głowę. – Wsuwa palce wskazujące między moje nogi.

– Hej! – Chichoczę. – To łaskocze. – Umykam przed jego dotykiem, przewracam się na plecy i próbuję udawać obojętną, choć tak naprawdę daję mu więcej tego, czego chce. – A moje piersi? – Przytrzymuję je dłońmi.

– Widok twoich cycuszków zawsze napełnia mnie radością. – Śmieje się. Rzuca się na mnie i zachłannie ssie piersi, drażni brodawki językiem, od czasu do czasu je kąsając.

– A moje futerko? Jest miłe w dotyku?

– Jest cudownie miękkie i delikatne – mruczy. – Chciałbym móc się w nim ukryć. – Zatapia palce w moich włosach łonowych, kciukiem wodzi po podbrzuszu, schodzi coraz niżej, aż w końcu dotyka cipki.

Czując na sobie jego dotyk, robię się mokra.

Chowa twarz między moimi udami. Zarzucam mu nogi na ramiona, opieram łydki na jego plecach i przyciągam go do siebie.

Palce Jacka delikatnie szarpią moje futerko, kciuk napiera na wzgórek łonowy, a usta całują mnie i pieszczą.

Czuję na udach gorący oddech; Jack łapczywie liże mi cipkę. Otwieram się dla niego. Chcę, żeby wszedł jeszcze głębiej. Przeczesuję palcami włosy Jacka, przyciągam go do siebie, wyginam się w łuk i unoszę biodra, tak by zobaczył mnie w całej okazałości.

Gdy we mnie wchodzi, jęczę i jeszcze mocniej wbijam paznokcie w jego ciało.

Drażni się ze mną.

Krzyczę z rozkoszy, bo chcę, żeby słyszał, jak mi jest dobrze, by wiedział, że to jest dokładnie to tempo. I idealne miejsce.