Klub - Joshua Robinson, Jonathan Clegg - ebook
lub
Opis

O tym, jak angielska Premier League stała się najbardziej szaloną, najbogatszą i najbardziej destruktywną siłą w sporcie.

Od kiepskich stadionów i brutalnych kiboli do światowego produktu klasy premium!

Premier League to prawdziwe komercyjne imperium zbudowane w ćwierć wieku dzięki niepohamowanej ambicji, odważnym eksperymentom i wielkiemu szczęściu. Rządzą nim rosyjscy oligarchowie, arabscy szejkowie i amerykańscy biznesmeni wspierani przez armię twardych menedżerów i agentów sportowych. Za sprawą tych ludzi i niebotycznych kontraktów telewizyjnych liga zbudowała swą markę i trafia do widzów w 195 krajach świata.

Ale ten globalny produkt, dzięki któremu świat dowiedział się o przemysłowych miastach na angielskiej prowincji, ma też swą ciemną stronę. Dziś, gdy piłkarze kosztują setki milionów, a kluby wyceniane są na miliardy, biedni miejscowi fani wypadli z gry. Kluby tracą stopniowo tożsamość związaną z miejscem powstania, a Premier League staje się klasyczną biznesową bajką dla naszego zglobalizowanego świata.

Clegg i Robinson świetnie pokazują, jak angielski futbol wspiął się na światowe szczyty w niespełna trzy dekady. Klub znalazł się wśród książek nominowanych do The Telegraph Sports Book Awards 2019

Bogata w szczegóły, wspaniale napisana. Clegg i Robinson dają jedyny w swoim rodzaju dostęp do ludzi, którzy kręcą tą ligą - Billy Beane

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 479


Dla Danielli

oraz

Katie i Evie (która ma dokładnie tyle lat, co ta książka)

Od autorów

________________________

Tego ranka, w zwykłym zgiełku najbardziej zatłoczonego punktu przesiadkowego w Londynie, ludzie dojeżdżający do pracy z Waterloo Station odprawiali w metrze swoje codzienne rytuały, demonstrując nadzwyczajne umiejętności mieszkańców tego miasta – trzymania w tej samej ręce smartfona i kubka z gorącą herbatą, otwierania w tłumie parasola bez narażania innych na niebezpieczeństwo i mistrzowskiego unikania kontaktu wzrokowego z kimkolwiek.

A przy kioskach w pobliżu ruchomych schodów dziesiątki tych, którzy zatrzymali się, aby kupić gazetę, prezentowały jeszcze jedną szczególną, acz powszechną umiejętność istotną dla Brytyjczyków – sztukę czytania tabloidów.

Jak niemal wszystko inne w tym kraju, można to robić w poprawny oraz niepoprawny sposób. Dodajmy, że sugerowanie się numeracją stron nie ma tutaj większego znaczenia.

Poprawny sposób rozpoczyna się od zerknięcia na tytuły z pierwszej strony, które zazwyczaj stanowią grę słów i obowiązkowo dotyczą kondycji ludzkości. Na świecie jest oczywiście bardzo źle i o tym właśnie dowiadujemy się z tabloidów.

Ale wielu londyńczyków nie koncentruje się na czytaniu pierwszej strony. Doskonale wiedzą, co robią. Bez zmrużenia oka wypijają łyk herbaty i przewracają szybko szpalty, poszukując naprawdę istotnych wiadomości.

Począwszy od końca, na dziesiątkach stron – czasami to nawet jedna trzecia całej gazety – znajdują historie pełne krytycznych sytuacji, intryg, oburzenia i absurdalnych ilości gotówki. Historie globalnego pościgu za milionami funtów, który prowadzi zespół o ogromnych talentach oraz przerośniętym ego i którego znaczenie, o czym zapewnia się czytelników, nie ustępuje losom miast, regionów i całych narodów.

Takich tematów tak naprawdę potrzebują oni na początek dnia: najnowszych wieści z Premier League. Wieści płynących z zachodniego Londynu, gdzie rosyjski oligarcha utrzymuje klub w stanie permanentnej rewolucji, poprzez północny Londyn, gdzie wojujące frakcje zamknęły się w spirali zmagań o udowodnienie własnej wyższości, aż po Manchester, stare centrum przemysłowe kraju, gdzie nagła i dramatyczna zmiana władzy przewartościowuje układ sił dwóch wiekowych instytucji piłkarskich. Pomiędzy tymi imperiami tkwią mniejsze zespoły z miast targowych i zagłębi węglowych, miejsc, które tylko za sprawą futbolu nie zniknęły jeszcze z map. A cały ten świat jest bezustannie pobudzany do życia przez oligarchów, szejków, amerykańskich magnatów przemysłowych, tytanów z azjatyckich tygrysów i zgraję facetów, którzy nie zdołali ukończyć szkoły średniej, ponieważ gdy mieli kilkanaście lat, odkryto u nich umiejętność radzenia sobie z piłką.

Wszystko to dostarcza lektury na cały dzień, a ekscytacja informacjami z Premier League skutecznie konkuruje z doniesieniami z pierwszych stron gazet o ostatnim kryzysie parlamentarnym i tym podobnych bzdetach.

Spekulacje i mgliste elementy prawdy zawarte w krzykliwych nagłówkach interesują nie tylko ludzi w porannym szczycie na Waterloo Station. Są one również paliwem dla plotek, którymi codziennie żyje niemal cały świat – zadziwiająco duża rzesza fanów po drugiej stronie Atlantyku, w całych prawie Azji i Afryce, a nawet w bazach naukowych na Antarktydzie.

Rozkwit angielskiej Premier League to historia najdzikszej gorączki złota w świecie sportu. W ciągu dwudziestu pięciu lat dwadzieścia klubów tej ligi zwiększyło swoją łączną wartość o ponad 10 tysięcy procent, z około 50 milionów funtów w 1992 roku do około 10 miliardów funtów obecnie. W tym czasie liga eksportowała również swój produkt do najdalszych zakątków planety.

Opowieść o tym, jak do tego doszło, pokazuje, w jaki sposób kraj, który wynalazł najpopularniejszą grę na świecie, odmienił ją i w jaki sposób seria tajnych spotkań przeprowadzonych w 1992 roku dała początek ćwierćwieczu, w którym pieniądze, ambicje i niesłychana dramaturgia zamieniły starą, jałową ligę piłkarską w najbardziej obsesyjnie obserwowany produkt sportowy na ziemi.

Historia tego, jak angielski futbol zawładnął światem, jest sagą biznesową i rozrywkową wieku globalizacji. Pod tym względem nie różni się ona od wielu innych. Rozpoczyna się od błyskotliwego pomysłu. Po nim następuje okres intensywnego wzrostu i ogromnych ambicji, które prowadzą ku najwyższym szczytom i niewyobrażalnemu bogactwu. Jeżeli wiesz, drogi czytelniku, cokolwiek o boomie dotcomów lub o kredytach hipotecznych subprime, wiesz także, dokąd to ostatecznie zmierza.

Zaczynają się pojawiać pęknięcia. Wabieni dziwacznymi wycenami, pojawiają się inwestorzy z bardzo odległych miejsc, aby uszczknąć dla siebie kawałek tortu. Narasta rywalizacja. Krótkowzroczne myślenie zastępuje wyważone oceny. I już wkrótce całe przedsięwzięcie zmienia się w tandetną mieszaninę ogromnego zadufania, patologicznej chciwości i szokującej rozrzutności.

Historia Premier League jest fragmentem ponadczasowych dziejów boomu i zapaści i przypomina historie wielu innych wydmuszek, przed którymi ostrzegają podręczniki biznesu. Ale od innych różni je jedna zasadnicza sprawa.

W futbolu wydmuszka nigdy nie pęka.

Każdy kiosk z gazetami na stacji metra dowodzi tego, że tu i teraz, w epoce zmierzchu papierowych gazet, jedna zasada najwyraźniej wystarcza, żeby w Anglii wciąż mogło się ukazywać dziewięć ogólnokrajowych dzienników. Zasada ta brzmi: nie istnieje coś takiego jak zbyt wiele stron z wiadomościami o piłce nożnej. Każdego ranka te dziewięć gazet produkuje łącznie przynajmniej sto stron poświęconych Premier League. A mówimy jedynie o mediach drukowanych. Informacje dla fanatycznych odbiorców najpopularniejszego produktu w kraju oferują także nadające przez dwadzieścia cztery godziny na dobę sportowe kanały informacyjne – funkcjonują siedem dni w tygodniu i trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Nawet poza sezonem.

I to tylko w Wielkiej Brytanii.

Biorąc pod uwagę fakt, że Premier League jest rejestrowana, obserwowana i opisywana z taką szczegółową, neurotyczną dokładnością każdego dnia swojego istnienia, pomysł napisania jej pełnej historii byłby zarazem nierealny i śmieszny. Przypominałby próbę spisania wszystkich wzrostów i spadków na giełdzie w ciągu dwudziestu pięciu lat – mnóstwo liczb, mnóstwo wariatów w garniturach w prążki i żadnej przyjemności z lektury.

Ale w historii angielskiego futbolu jest jeden aspekt, którego dotąd nie przedstawiono: widziana od środka historia tego, jak Premier League stała się Premier League SA, nie tylko produktem piłkarskim, ale też globalnym sportowym, biznesowym i rozrywkowym kolosem, jakim jest dzisiaj. Tę właśnie historię chcemy opowiedzieć.

Futbol angielski nie rozpoczął się w 1992 roku. Ale właśnie ten rok, rok powstania Premier League, stał się kamieniem milowym tego sportu, definiującym moment, od którego niczego nie można już zapisywać w dotychczasowy sposób.

Jak więc opowiedzieć szaloną historię tego wszystkiego, co wydarzyło się od 1992 roku?

Rozpoczęliśmy, nieświadomie, wszystko to przeżywając. Obaj wychowywaliśmy się w Wielkiej Brytanii w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku i na początku XXI wieku – w tym czasie, w którym futbol angielski przeistaczał się z typowo lokalnej aktywności społecznej w potwora światowej rozrywki. Uwielbienie dla futbolu sprawiło, że – niezależnie od siebie – zostaliśmy dziennikarzami sportowymi, a nasza wiedza pozwoliła nam spisać impresjonistyczną, wielowątkową historię punktów zwrotnych rozwoju ligi. Przed oczyma mieliśmy własną, niemożliwą do przemilczenia wersję pierwszych dwudziestu pięciu lat Premier League.

Nie można opowiadać o powstaniu ligi w 1992 roku, nie wspominając – na przykład – o Rupercie Murdochu, Sky TV i gwałtownym oderwaniu się garści właścicieli angielskich klubów, którym przyszedł do głowy radykalny pomysł zarabiania na piłce nożnej. Nie można też śledzić gwałtownego rozwoju komercyjnego ligi, nie zagłębiając się w skrytą obsesję właścicieli tych klubów na punkcie NFL, a agresywną promocję angielskiego futbolu i jego rodzącą bogactwo błyskotliwość należy dostrzec już w czasach rewolucji marketingowej Manchesteru United. Trzeba też wspomnieć o nagromadzeniu innych elementów, takich jak tragedie stadionowe, zachowania fanów i czynniki ekonomiczne, które wywróciły do góry nogami motywacje ludzi przychodzących na mecze i doprowadziły do budowy Emirates Stadium Arsenalu, pierwszego w Premier League pomnika jej sukcesu. To wszystko spowodowało, że pojawiły się zagraniczne pieniądze, a dwóch ludzi w szczególności zmieniło nieodwracalnie krajobraz ligi: Rosjanin Roman Abramowicz, który w 2003 roku kupił Chelsea, i członek rodziny królewskiej z Abu Zabi, który pięć lat później nabył Manchester City. Oczywiście tymczasem nastąpiła również inwazja amerykańskich właścicieli, którzy przekonali się, że robienie interesów w bezlitosnej Premier League nie przypomina wcale kierowania funduszami hedgingowymi we własnym kraju.

O każdym z tych punktów zwrotnych można by napisać opasłe tomy. Jednak gdy zbierzemy je wszystkie, wyłoni się nam liga w całej okazałości, ewoluująca od zjawiska bardzo zaściankowego do fenomenu w skali globalnej.

Niniejsza książka nie jest wyczerpującą historią angielskiego futbolu. Nie jest to też książka o tych, którzy wygrywali ligę, ani katalog najwspanialszych momentów na boiskach. Jest to opowieść o budowaniu imperium.

W naszej opowieści znajdziecie państwo punkty zwrotne, które prowadziły do kolejnych sukcesów Premier League w globalnej rywalizacji o kibiców i pieniądze. Książka skupia się na tych właśnie momentach i wykorzystuje każdy z nich do wskazania postaci, dzięki którym one zaistniały, oraz zgłębia historię, kulturę i kwestie biznesowe, które przyśpieszyły rozwój ligi lub – od czasu do czasu – desperacko się mu przeciwstawiały.

Od ponad stu lat kibice w miastach całej Anglii i Walii przychodzą na stadiony, żeby wspierać lokalne zespoły. Te nie działają na zasadzie „franczyzy” w „lidze” w amerykańskim rozumieniu tego terminu. Są głęboko zakorzenionymi w kulturze angielskiej znakami przywiązania do własnego terytorium czy regionu. Żaden angielski klub nie zmienia siedziby – są one zbyt mocno wrośnięte w lokalne społeczności; a jeśli któryś z nich umiera, jego koniec zasadniczo następuje z powodu starości (albo ruiny finansowej).

Ale kiedy najwyższą ligą futbolu angielskiego stała się Premier League, kiedy zaczęto wokół niej robić wielkie interesy i kiedy popłynęły ku niej pieniądze, za pieniędzmi tymi podążyła do Anglii rzesza zagranicznych zawodników. Kanał La Manche zaczęło także przekraczać mnóstwo zagranicznych menedżerów i trenerów prezentujących wyszukane metody pracy, wyrosły również większe stadiony, a wraz z nimi poszybowały w górę ceny biletów, sprawiając ból – tak finansowy, jak i emocjonalny – nawet najbardziej zagorzałym kibicom.

A zatem jest to historia o tym, jak Premier League zbudowała jedno z wielkich globalnych imperiów rozrywkowych naszych czasów, jak utrzymała swój zdumiewający wzrost i co jest gotowa poświęcić, aby trwał on nadal.

Pomijając nasze przywiązanie do ligi, książka ta wyrosła również z dziesięciu lat wspólnego pisania artykułów o angielskiej Premier League dla „The Wall Street Journal”. Clegg został w 2009 roku pierwszym europejskim korespondentem sportowym tej gazety, po czym jego miejsce zajął Robinson, który w 2012 roku wrócił do Wielkiej Brytanii po dziewięciu latach w Stanach Zjednoczonych. Clegg nadal pisze o futbolu, pracując w Nowym Jorku, a Robinson wciąż mieszka w Londynie i zasiada w lożach prasowych brytyjskich stadionów.

Chcąc uporać się z tak rozbudowaną historią – i opowiedzieć ją dzięki własnej pracy reporterskiej, a nie przeczesywaniu archiwów prasowych – podjęliśmy jedyną rozsądną decyzję i rozpoczęliśmy od podstaw: od pozyskiwania informacji na temat tajnych spotkań, które doprowadziły do powstania Premier League, i od rozmów z ludźmi, którzy w tych spotkaniach uczestniczyli. W tamtych dniach najważniejszymi graczami byli wiceprezes Arsenalu David Dein, prezes Manchesteru United Martin Edwards oraz właściciel Tottenham Hotspur Irving Scholar. Po rozmowach z tą trójką zasiedliśmy do kolejnych, z niemal setką innych postaci, które odegrały kluczową rolę w historii ligi. Uzyskaliśmy mnóstwo informacji i po raz pierwszy w obliczu takiego przedsięwzięcia zdołaliśmy przeprowadzić wywiady z osobami, które podejmowały decyzje i zasiadały w zarządach klubów z tak zwanej Wielkiej Szóstki: Manchesteru City, Manchesteru United, Chelsea, Liverpoolu, Arsenalu i Tottenhamu. Były wśród nich spotkania z Arsène’em Wengerem, weteranem pracującym w lidze jako menedżer już od dwudziestu dwóch lat1, i rozmowy z miliarderami, do których należą Liverpool (John W. Henry) i Arsenal (Stan Kroenke), oraz ze słynnym samotnikiem, prezesem Tottenhamu (Daniel Levy).

Dotarliśmy także do dziesiątków postaci mniej rzucających się w oczy, lecz również odgrywających ważną rolę – i obecnych – w przełomowych chwilach Premier League, takich jak podpisanie przez Cristiano Ronaldo kontraktu z Manchesterem United, zakup Chelsea przez Abramowicza czy przybycie do Manchesteru członków rodziny królewskiej ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Wszystkie wydarzenia przedstawione w tej książce zostały zrekonstruowane na podstawie bezpośrednich świadectw i naszych rozmów z ich uczestnikami. A w kilku przypadkach mogliśmy o nich opowiedzieć, ponieważ to, co doprowadziło do najbardziej radykalnych zmian angielskiego futbolu w ostatnich stu latach, działo się na naszych oczach.

Joshua Robinson i Jonathan Clegg

Londyn, maj 2018

Od 2018 roku Arsène Wenger nie jest już trenerem Arsenalu – przyp. red. [wróć]

Prolog

____________________

Londyn, listopad 2017

Jeden po drugim zajeżdżają przed hotel Churchill w Mayfair czarnymi taksówkami, limuzynami prowadzonymi przez szoferów, a któryś nawet w srebrnym rolls-roysie.

Wchodzą do holu o podłodze z marmuru, mijają turystów ciągnących zbyt dużo walizek na kółkach i szybko skręcają w lewo, w kierunku dyskretnego pokoju konferencyjnego, gdzie wyznaczyli sobie spotkanie na dziesiątą rano. Starając się nie zwracać na siebie uwagi, rozglądają się, kto z kolegów bądź pogromców jest już na miejscu. Te spotkania nigdy nie są łatwe. Ostatnie przerodziło się w kłótnię o to, kto dołożył najwięcej do ich małego klubu i kto zasługuje – a raczej ma do tego boskie prawo – na najwyższą wypłatę. Mają jednak nadzieję, że tym razem porozmawiają w sposób bardziej cywilizowany. Zgromadzili się przecież w eleganckim miejscu.

Ta kosmopolityczna grupa milionerów, miliarderów i prezesów reprezentuje tak odległe od siebie światy, jak Wall Street, zawodowy poker czy produkcja kartek pocztowych z życzeniami. Większość członków tego małego tłumu właściwie nigdy nie powinna mieć powodu, by spotkać innych. I tak naprawdę żaden prawdopodobnie nie miałby na to ochoty. Nigdy nie wybierali się wzajemnie do tego towarzystwa – i ufali sobie w bardzo ograniczonym zakresie – a jednak przyjechali tutaj, w ten czwartkowy listopadowy poranek, zadeklarowani partnerzy w jednym z najpopularniejszych na świecie biznesów rozrywkowych.

Są właścicielami, dyrektorami i bogaczami sprawującymi władzę w dwudziestu klubach Premier League. I spotkali się, by dopilnować, żeby ich wspólny biznes, który w trakcie każdego sezonu generuje ponad 5,6 miliarda funtów, nadal rósł w astronomicznym tempie, tak jak to się dzieje już od ćwierćwiecza. Od 1992 roku łączne dochody Premier League wzrosły o nieprzyzwoite 2500 procent. Nieźle, jak na dzieło grupy facetów, którzy w większości nawzajem sobą pogardzają.

Zanim jednak szczyt mógł się rozpocząć, zanim mężczyźni w garniturach mogli przystąpić do interesów związanych z funkcjonowaniem najlepszego angielskiego towaru eksportowego, z niechęcią musieli wziąć udział w pewnym wiekowym obrzędzie – w zdawkowych rozmowach o niczym.

Przy wejściu do hotelu John W. Henry, miliarder w okularach, który obłowił się na funduszach hedgingowych i posiadał większościowy pakiet akcji Liverpool Football Club, rozmawiał od niechcenia z siwowłosym byłym dyrektorem sprzedaży, a obecnie dyrektorem generalnym Premier League Richardem Scudamore’em. Henry właśnie przyleciał z Bostonu, aby przeprowadzić bilans odrodzenia Liverpoolu pod wodzą niemieckiego trenera, którego okulary w rogowych oprawach, zaniedbana broda i szare spodnie od dresu wskazywały, że mógłby z powodzeniem uchodzić za ojca Hackney. Jedynym problemem zespołu jest to, że jego właściciel wie dużo o wygrywaniu, tyle że w zupełnie innej dyscyplinie – wielką pasją Henry’ego jest zarządzanie Boston Red Sox.

Mężczyzną, który minął ich dostojnym krokiem, rzuciwszy jedynie krótkie Buenos días, jest Ferran Soriano, były zawodnik rugby z Katalonii, noszący się teraz z dumą człowieka, którego klub ucieka wszystkim konkurentom w wyścigu o zwycięstwo w Premier League. A to dlatego, że Manchester City w gruncie rzeczy miażdżył ostatnio konkurentów. Niemniej klub, technicznie rzecz biorąc, nie jest własnością Soriana. Przybył on do Mayfair, reprezentując interesy swojego szefa, szejka z Abu Zabi, który wydał 200 milionów funtów na kupno zespołu, kolejny miliard przeznaczył na jego rozwój, w 2010 roku obejrzał jeden mecz w Manchesterze i potem już nigdy do tego miasta nie wrócił. Ale zespół, którego menedżerem został Pep Guardiola, ekscentryczny filozof tego sportu i samozwańczy geniusz z Barcelony, znalazł się w naprawdę dobrych rękach.

Tego ranka Soriano nie uskarżał się na samotność. Dołączył do niego Ivan Gazidis, wykształcony w Oksfordzie łysy prawnik, który przyjechał tu w imieniu swojego szefa, właściciela Arsenalu. „Cichy Stan” Kroenke, rzadko widywany i zawsze milczący magnat rynku nieruchomości, który poślubił dziedziczkę fortuny Walmartu, obecnie wydawał się mniej zainteresowany swoimi zespołami – w jego portfolio są także Los Angeles Rams z NFL i Denver Nuggets z NBA – niż obiektami, w których rozgrywają one mecze.

Ta dwójka stanowi raczej dziwaczną parę, gdyż Manchester City poświęcił niemal całą minioną dekadę misji personalnego rozbicia Arsenalu, podkupując jego najlepszych zawodników i przywłaszczając sobie jego kredo, że najważniejsze w futbolu jest piękno gry. W rzeczy samej, City jest teraz lepsze i gra ładniej.

Wywołało to pewną konsternację w statecznym, starym Arsenal FC. Menedżer Kanonierów, sześćdziesięcioośmioletni Francuz, otoczony aurą profesjonalizmu i mający doktorat z zawodzenia w kluczowych spotkaniach pod koniec sezonu, desperacko chciał zdobyć jeszcze jedno trofeum przed odejściem na emeryturę. Jednak kibice Arsenalu nie zamierzali dać mu na to szansy. Protestowali i wywieszali transparenty na stadionie, nawołując Arsène’a Wengera do odejścia… oraz zabrania ze sobą Cichego Stana. Długo krążył dowcip, że tabliczki z napisem „Wenger precz!” są nieodłącznym elementem każdego zgromadzenia, w którym bierze udział więcej niż dwanaście osób. W pierwszym tygodniu protestów tabliczkę taką zauważono w Zimbabwe, na jednym ze zgromadzeń przeciwko Robertowi Mugabe.

Soriano i Gazidis bez zbędnej zwłoki przeszli do pokoju konferencyjnego. Tony’emu Bloomowi, mistrzowi pokera i zawodowemu hazardziście, dotarcie tam zabrało nieco więcej czasu. Bloom, właściciel Brighton & Hove Albion, nadmorskiego klubu, którego nazwa brzmi jak szekspirowski okrzyk wojenny, na chwilę zniknął w hotelowej restauracji, żeby sprawdzić, jaki mają tam wybór ciast.

Gdy już był gotowy, aby wejść na spotkanie, dołączył do niego Steve Parish, wygadany, obdarzony bujną czupryną, w szytym na miarę garniturze milioner z branży reklamowej, który lubi szybką jazdę samochodami marki Porsche, kiedy akurat nie musi rozwiązywać problemów w swoim klubie Crystal Palace. Weszli razem przez ciężkie, podwójne białe drzwi. Parish zajął miejsce obok Bruce’a Bucka, prezesa Chelsea. Nie stało się tak dlatego, że ci dwaj mężczyźni jakoś nadzwyczajnie się lubili, ale dlatego, że liga nakazuje swoim właścicielom – tym miliarderom, tytanom biznesu, facetom o osobowości typu A – zasiadać na spotkaniach w porządku alfabetycznym, prawdopodobnie po to, by zapobiegać powstawaniu jakichś nieprzyjemnych koterii.

Parish musiał tego dnia z wielką uwagą przysłuchiwać się dyskusji. Planowano rozmawiać o dochodach, a Crystal Palace właśnie zabrakło gotówki, i to mimo rocznych wypłat sięgających 150 milionów funtów dla każdego klubu. Parish zastanawiał się, czy nie poprosić swoich partnerów biznesowych z Nowego Jorku, gigantów private equity, o wyłożenie milionów funtów na zakup zawodników, aby wzmocnić zespół przed drugą połową sezonu. (Gdyby to się nie powiodło, Palace zajrzałoby w oczy widmo spadku, co oznaczałoby, że w kolejnym roku ktoś inny zająłby przy stole miejsce obok Chelsea).

Akurat dla Chelsea, aktualnego mistrza ligi, czasami określanego mianem Chelski od nazwiska właściciela, Romana Abramowicza, rozrzutnego rosyjskiego oligarchy wycenianego na ponad cztery miliardy funtów, pieniądze te nie miały większego znaczenia. Tak wielkie bogactwo okazuje się wygodne, gdy ktoś ma zwyczaj wyrzucać pod wpływem impulsu kolejnych menedżerów, a potem musi wypłacać im sowite odprawy z tytułu zerwania umowy o pracę. Zgromadzeni konferowali bez Abramowicza, ten bowiem zastanawiał się właśnie, co począć ze skrajnie zmanierowanym włoskim trenerem Antoniem Conte, który miał się ostatecznie stać dwunastym menedżerem zespołu zwolnionym przez niego w ciągu czternastu lat. Niemniej Rosjanin żywo interesował się przebiegiem obrad. Chociaż działał bardzo dyskretnie, w jego zespole i w lidze niewiele było rzeczy, o których nie wiedział.

Przez następne dwie godziny uczestniczące w spotkaniu kluby intensywnie debatowały nad najnowszymi warunkami zarządzania najcenniejszym źródłem ich dochodów: prawami do transmisji telewizyjnych Premier League, które już za trzy miesiące miały zostać wystawione na aukcję.

Od dwudziestu pięciu lat sprzedaż tych praw stanowi podstawę biznesu ligowego. Obecnie mecze Premier League transmitowane są do 185 krajów świata – w skład Organizacji Narodów Zjednoczonych wchodzą zaledwie 193 państwa – i w każdy weekend docierają do widowni telewizyjnej, która potencjalnie liczy aż 4,7 miliarda ludzi. Narada w Mayfair nie była więc zwykłym spotkaniem dwudziestu klubów piłkarskich. Było to coś pomiędzy konferencją udziałowców a naradą produkcyjną telewizyjnego reality show, w którego każdym odcinku uczestniczy inna grupa dwudziestu dwóch mężczyzn.

Zatem nikt ze zgromadzonych nawet nie mrugnął, gdy Ed Woodward w połowie zebrania wymamrotał przeprosiny i wyszedł, by odebrać bardzo ważny telefon z Nowego Jorku. Dyrektor wykonawczy Manchesteru United, klubu notowanego na giełdzie nowojorskiej, musiał przeprowadzić z inwestorami i analitykami finansowymi rozmowę na temat zysków z pierwszego kwartału. Jako były bankier inwestycyjny z J.P.Morgan dobrze się czuł w takich tematach. Jednak codzienne zarządzanie doskonale prosperującym klubem piłkarskim pasowało mu już znacznie mniej. Woodward żył w permanentnym strachu, że zdenerwuje impulsywnego udzielnego władcę Manchesteru United, chociaż człowiek ten nie należał bynajmniej do jego bezpośrednich szefów – właścicieli klubu, miliarderów z Florydy. Owym udzielnym władcą, którego sam zatrudnił na stanowisku menedżera, był wybuchowy Portugalczyk José Mourinho, którego zasłużonej reputacji kolekcjonera trofeów dorównywała tylko umiejętność doprowadzania do szału przeciwników… i prezesów klubów piłkarskich.

Mourinho oczywiście nigdy nie uczestniczył w tych spotkaniach. W tej chwili przebywał w Manchesterze, gdzie przez ostatnie półtora roku mieszkał w luksusowym hotelu, do tej pory bowiem nie przeprowadził się wraz z rodziną z Londynu. Jeśli chodzi o obecną konferencję, pierwsze skrzypce w gronie prezesów klubów grał cichy mężczyzna w okularach, udziałowiec Tottenham Hotspur. Daniel Levy miał opinię najtwardszego z szefów ligi. Wykazał taki talent w zarabianiu na sprzedaży zawodników swoim przeciwnikom, że Tottenham stać było na zburzenie stadionu, na którym drużyna rozgrywała mecze od 1899 roku, i przeniesienie się do nowego kompleksu, który za 850 milionów funtów zbudowano tuż obok – z trybunami o niemal dwukrotnie większej pojemności i z wymienną płytą. Celem tego przedsięwzięcia było zapewnienie miejsca na niedzielne mecze Zawodowej Ligi Futbolu Amerykańskiego (NFL) i stworzenie odpowiedniej areny dla Harry’ego Kane’a, dwudziestoczteroletniego cudownego chłopca o pustym spojrzeniu, który potrafił jednak doskonale operować piłką i którego okrzyknięto nowym zbawcą angielskiej reprezentacji.

Nikt w tym pokoju nie wiedział lepiej, jak trudno rozmawia się z Levym, niż David Gold, współwłaściciel West Ham United. Od Levy’ego dzieliło go kilka krzeseł, lecz bardzo łatwo było go wypatrzyć wśród facetów w ciemnych garniturach. Gold był siwowłosym osiemdziesięciodwulatkiem, który woził się srebrnym rolls-royce’em phantomem, nosił zielony garnitur w szkocką kratę i wyglądał, jakby wyskoczył z powieści P.G. Wodehouse’a. Nie tylko to jednak wyróżniało go w gronie właścicieli klubów. Gold był wśród nich jedynym człowiekiem, który dorobił się fortuny na formie rozrywki popularniejszej nawet wśród młodych mężczyzn niż piłka nożna – czasopismach pornograficznych.

Obok Golda siedziała jedyna tu prezes, baronowa Brady z Knightsbridge, lepiej znana jako Karren Brady albo „Pierwsza Dama Futbolu”. Wiceprezes West Ham United zaliczano do najgroźniejszych szefów klubów zasiadających przy tym stole, nie tylko z powodu jej bezlitosnego profesjonalizmu – zasłynęła małżeństwem z jednym ze swoich zawodników, którego później sprzedała do innego klubu – ale także dlatego, że miała własną kolumnę w „The Sun”, w której co tydzień rutynowo mieszała z błotem innych prezesów z Premier League.

Jednak tego ranka można było odnieść wrażenie, że wszyscy chcą się zachowywać jak najlepiej. Tolerowali się wzajemnie, ponieważ łączył ich fakt, z którym bez wyjątku się zgadzali: Premier League nie była po prostu najczęściej oglądaną ligą sportową na świecie. Była numerem jeden i żadne inne przedsięwzięcie nie mogło się z nią równać.

Żadna z osób zgromadzonych tego listopadowego ranka w hotelu Churchill nie była w istotnym stopniu twórcą tego sukcesu. Ale nie mając w swoim gronie geniuszy czy wybitnych przedsiębiorców, barwna grupa postaci, które stworzyły w 1992 roku Premier League, zmieniła obraz dyscypliny sportu, której popularność można porównywać jedynie z popularnością iPhone’a. Wkrótce wszyscy wszędzie pragnęli ją mieć. I niesamowicie szybko mała grupa właścicieli klubów odkryła alchemię, która zmieniła starzejące się miasta przemysłowe i kluby o mało znanych nazwach w miejsca skupiające na sobie uwagę całego świata.

Byłoby wielkodusznością uznać, że większość rezultatów, jakie przyniósł rozwój ligi, została starannie zaplanowana, albo nazwać geniuszami wielu ludzi, którzy do nich doprowadzili. Jednak przy pełnych stadionach, milionach widzów przed telewizorami na całym świecie i wpływających nieustannie pieniądzach za transmisje telewizyjne życie w Premier League było obecnie słodsze, niż początkowo ktokolwiek mógł sobie wyobrażać.

A przynajmniej było takie w lożach VIP-owskich. Twarde realia biznesu ograniczające rozwój innych dziedzin gospodarki jeszcze nie dotarły do Premier League, ale jej właściciele zaczynali zdawać sobie sprawę, że liga – niczym ośmiornica rozpościerająca swe macki na całym świecie – traci atrakcyjność w swej ojczyźnie, wśród zwykłych kibiców. W miarę jak przypływ gotówki od światowych stacji telewizyjnych, ze sprzedaży koszulek i pamiątek oraz z pokazowych meczów za granicą wciąż rósł – a liga sprzedawała się tylko tym kontrahentom, którzy oferowali największe pieniądze – rosły również ceny biletów na mecze ligowe, stadiony zalewali turyści futbolowi z całego świata (denerwując krajowych fanów piłki, którzy byli nimi od niepamiętnych czasów), a nieodparta logika interesów handlowych trąbiła o nieracjonalności więzi łączących ludzi i miasta z zespołami, które w wielu częściach Anglii były jedynym stałym elementem krajobrazu jeszcze przed pierwszą wojną światową.

Rezultatem było rosnące napięcie między aspiracjami jednego z największych biznesów rozrywkowych na świecie a krajowymi fanami angielskiego futbolu – jego pierwotnymi klientami – których tożsamość jest mocno spleciona z produktem. Biznes w końcu ucieleśniał wyzwania globalizacji, zmagania między ekspansją a tożsamością, prowadził do uniwersalizacji produktu, który w gruncie rzeczy jest przesiąknięty absolutnie nieuniwersalnymi zwyczajami.

Pod koniec spotkania w hotelu Churchill wszyscy jego uczestnicy zgodzili się zachować treść rozmów w sekrecie. Ale, zaopatrzeni w darmowe kanapki, rozjeżdżali się po Anglii i po świecie z uśmiechem, ponieważ byli przekonani, że nim spotkają się następnym razem, Richard Scudamore, dyrektor generalny Premier League, zdoła sprzedać z sowitym zyskiem kolejną transzę praw telewizyjnych.

A milionerzy i miliarderzy z tego elitarnego grona znowu wrócą do domu trochę bogatsi.

CZĘŚĆ I

Zupełnie nowa liga

„Można było dostrzec przyszłość”.

Irving Scholar, Tottenham Hotspur

1

____________________

Było trochę po czwartej nad ranem 18 maja 1992 roku, kiedy w apartamencie na dwudziestym czwartym piętrze Hampshire House, nowojorskiego budynku mieszkalnego z widokiem na Central Park, zadzwonił telefon i obudził najpotężniejszego na świecie magnata branży medialnej.

Półprzytomny Rupert Murdoch sięgnął po słuchawkę i przyłożył ją do ucha.

Ktoś wrzeszczał na niego z odległości trzech i pół tysiąca mil, stanowczo zbyt głośno jak na tak wczesną porę.

– Będziemy musieli położyć na stole jeszcze 30 milionów funtów!

Murdoch zaczął trawić tę informację.

Ciężki nosowy głos w słuchawce należał do Sama Chisholma, zrzędliwego, urodzonego w Nowej Zelandii dyrektora, którego Murdoch umieścił na stanowisku, aby poprawił sytuację BSkyB, jego dopiero raczkującej w Wielkiej Brytanii płatnej telewizji. Stół, który Chisholm miał na myśli, należał do właścicieli najlepszych angielskich drużyn piłkarskich negocjujących z nim sprzedaż praw do transmisji telewizyjnych na żywo. Trzydzieści milionów było kwotą, na której wydanie Murdoch – chociaż niechętnie – mógł sobie pozwolić.

Zamknął oczy i wziął głęboki oddech w ciemnościach. Ostatnie miesiące były najbardziej wyczerpujące w całym jego życiu. Straty, jakie przyniosła telewizja Fox w Los Angeles, sprawiły, że od lutego musiał osobiście kierować stacją. Ponadto ledwie przed kilkoma tygodniami wykaraskał się z szaleńczego dwuletniego refinansowania, aby wyjść z długów, które zagrażały postawieniem w stan likwidacji wydawnictw prasowych jego News Corporation. Przez cały ten czas podejmował także bezowocne wysiłki, żeby w Wielkiej Brytanii oderwać BSkyB od dna. Miał wrażenie, że wszystkie te męki postarzyły go o dwadzieścia lat.

– Zgadzasz się? – zapytał Chisholm.

Murdoch westchnął. Koniecznie chciał, żeby BSkyB odniosła sukces, i to nie tylko dlatego, że wpompował już w nią dwa miliardy funtów. Ponad wszystko pragnął, żeby jego stacja zamknęła gęby członkom upiornej londyńskiej elity, którzy z wielką pewnością siebie przekonywali go przy każdej możliwej okazji, że brytyjska telewizja jest po prostu najlepsza na świecie. I to w kraju, w którym funkcjonowały ledwie cztery kanały, z czego dwa najwyraźniej bez końca pokazywały rozgrywki w snookera. Murdoch w końcu zrezygnował z dyskutowania z tymi ludźmi. Doskonale przecież wiedział, jak wygląda najlepsza telewizja na świecie – oglądał ją każdego wieczoru w swoim domu w Stanach Zjednoczonych.

Miała więcej kanałów. Oddziaływała na masy. No i nie pokazywała cholernych rozgrywek bilardowych.

Ale mimo kosztownych wysiłków Murdocha Brytyjczycy bardzo powoli przekonywali się do jego telewizji satelitarnej. Minęło pięć lat, odkąd wprowadził płatną telewizję i BSkyB wciąż przynosiła milion funtów strat tygodniowo, a żeby wyjść na zero, potrzebowała jeszcze pół miliona subskrybentów. Tymczasem Chisholm prosił go o dodatkowe trzydzieści milionów, by przebić ofertę konkurencji w rywalizacji o prawa do transmisji rozgrywek, które absolutnie go nie obchodziły.

Transmisji angielskiego futbolu.

Murdoch zaczął roztrząsać w myślach liczby. Skrzywił się.

W najbliższych latach konieczność wydania dodatkowych kilku milionów dolarów na prestiżowe transmisje sportowe nie będzie już dla Ruperta Murdocha powodem bólu głowy. Do 1997 roku wyda na prawa do transmisji około pięciu miliardów dolarów, bezwstydnie podpisując olbrzymie kontrakty z NFL, NHL, Major League Baseball i NCAA organizującą akademickie rozgrywki futbolu amerykańskiego. Ale o czwartej nad ranem tego majowego dnia w 1992 roku rozstanie się z małą fortuną, żeby móc transmitować na żywo angielską piłkę nożną, przyprawiało go o ból głowy. Więcej – sama myśl o takim wydatku wydawała się absurdalna. Prawda była taka, że Murdoch w ogóle nie lubił sportu.

Z drugiej strony wyczuwał, że jeśli cokolwiek jest w stanie wprowadzić BSkyB na drogę rozwoju, to może to być tylko transmitowany na żywo futbol. Jak mało kto wiedział, jakiego kopa potrafi dać sport borykającym się z kłopotami mediom.

W 1969 roku Murdoch kupił „The Sun”, wówczas ledwo zipiącą lewicową gazetę, i szybko przekształcił ją w populistyczny tabloid, pełen mało wybrednych plotek, zdjęć obnażonych panienek i… oferujący każdego dnia przynajmniej dziesięć stron o piłce nożnej. W ciągu trzech lat „The Sun” został najlepiej sprzedającą się gazetą codzienną w Wielkiej Brytanii. Czyżby obecnie, niemal ćwierć wieku później, futbol znów miał przyjść magnatowi medialnemu z pomocą? Murdoch wiele razy rozmawiał z Chisholmem o wykorzystaniu ogromnej popularności tej gry do instalowania kolejnych anten satelitarnych w domach ludzi z klasy średniej. Pytanie tylko, ile byli gotowi na to wydać.

W ostatnich kilku dniach Chisholm zaczął wyrażać wątpliwości, czy w ogóle stać ich na kupno praw do transmisji, że może jednak trzeba dać sobie z tym spokój. Doradzająca Murdochowi firma Arthur Andersen otwarcie ostrzegła go przed udziałem w samobójczej licytacji, twierdząc, że nie można zarobić pieniędzy przy tak niedorzecznych warunkach.

– I jaka decyzja? – przypomniał o sobie Chisholm.

Murdoch milczał, rozważając po raz ostatni wszystkie racje. Nie zadzwoni do dyrektorów BSkyB ani do innych członków zarządu w Londynie. Ich opinie będą musiały poczekać. Mając na linii Chisholma, zastanawiał się nad decyzją, która wywróci do góry nogami angielski futbol i zredefiniuje krajobraz światowych mediów. Na Manhattanie świtało, a cały problem Murdocha sprowadzał się do jednego prostego pytania.

Jak wysoko jeszcze licytować?

Stojąc w holu luksusowego hotelu w zachodnim Londynie z plikiem dokumentów pod pachą, zaklejoną kopertą w dłoni i wyrazem zmęczonego zdumienia na twarzy, Rick Parry zadawał sobie to samo pytanie.

Parry przyjechał tego ranka do hotelu Lancaster Gate, przygotowany do najważniejszego momentu swojej kariery… i prawdopodobnie najważniejszego momentu angielskiego futbolu od dnia, w którym grupa absolwentów Oxbridge spotkała się w 1863 roku w pubie w Covent Garden, aby zatwierdzić przepisy tej gry. Przyjechał tutaj, żeby sfinalizować plany zupełnie nowej ligi, złożonej z najlepszych zawodowych klubów w kraju, która wkrótce miała się stać najpopularniejszym przedsięwzięciem w światowym sporcie. Ale przed rozpoczęciem tej wspaniałej nowej przyszłości trzeba było jeszcze rozstrzygnąć jedną sprawę. O dziesiątej w sali konferencyjnej na piętrze Parry miał wygłosić mowę do dwudziestu dwóch właścicieli klubów – gromady samorodnych milionerów, drugorzędnych potentatów i luzackich przedsiębiorców – i zarekomendować im nadawcę, który powinien zostać nagrodzony prawami do transmitowania ich nowego przedsięwzięcia.

Nie był to drobiazg. Od ponad dziesięciu lat ludzie, którzy zawiadywali angielskim futbolem, sprzeczali się o to, jak, kiedy i gdzie ich mecze powinny być pokazywane w telewizji… i, przede wszystkim, jakich powinni żądać opłat za udzielenie komukolwiek tego przywileju. Próba rozwiązania raz na zawsze tego problemu sprawiła, że dwadzieścia dwie osoby, które na co dzień w niczym niemal się nie zgadzały, odłożyły na bok waśnie i zebrały się w jednym miejscu. Ten wspólny wysiłek miał wywrócić do góry nogami utrwalony w ciągu ponad stu lat sposób zarządzania futbolem, wywołać kroki prawne ze strony apoplektycznego organu kierującego tym sportem i spowodować dziennikarskie oskarżenia o chciwość, nie wspominając o wzroście nienawiści fanów piłki nożnej jak Anglia długa i szeroka.

Obecnie, po dwóch latach tajnych narad, batalii w sądach i większej liczbie zarwanych nocy, niż Parry zarwał przez dwa dziesięciolecia swej pracy księgowego, grupa była gotowa zamknąć wreszcie przygotowania do powołania czegoś, co nazwali Premier League.

Musieli jeszcze tylko wybrać nadawcę, który będzie transmitować inauguracyjny sezon rozgrywek. Jedną z ofert złożyło ITV. Kolejna nadeszła od Murdocha i jego telewizji BSkyB, lepiej znanej jako Sky. Bez względu jednak na to, który nadawca zostanie wybrany, ich zespoły miały zarabiać więcej niż w jakimkolwiek momencie swojej dotychczasowej historii.

To właśnie Perry, dyrektor wykonawczy nowej ligi, miał doradzić grupie właścicieli, którą ofertę przyjąć. W tym momencie nikt w Anglii nie znał lepiej niż on szczegółów przyszłości Premier League. Wiele miesięcy Perry dyskutował z kluczowymi postaciami rywalizujących obozów. Wiele tygodni żonglował – w głowie i na papierze – liczbami. Wiele godzin opracowywał poprzedniej nocy w hotelu prezentację, którą miał przedstawić tego ranka. Na szali leżały setki milionów dolarów, za kilkadziesiąt minut powinien rozpocząć wystąpienie, a tymczasem nie miał pojęcia, co powiedzieć.

John Quinton, noszący okulary były szef banku Barclays i nowo mianowany prezes Premier League, podchwycił jego spojrzenie i podszedł do niego w holu. Wyglądał na zaintrygowanego.

– Co się stało? – zapytał.

Parry wzruszył ramionami i zerknął na zegarek. Miał zaledwie dwadzieścia minut, żeby ułożyć wszystko w głowie.

A stało się to, że ktoś nagle przestawił słupki bramki. Znając ostateczne oferty obu stron, Perry ukończył poprzedniej nocy prezentację i nim poszedł spać, podjął decyzję: pierwszym partnerem telewizyjnym Premier League będzie Sky. Jej oferta, opiewająca na 44,5 miliona funtów rocznie, przewyższała tę złożoną przez ITV o 12,5 miliona. Poza tym Sky obiecywała transmitować więcej meczów i poświęcać na transmisje więcej czasu antenowego, przekształcając pokazywaną na żywo piłkę nożną w poważny produkt telewizyjny. Ponadto partnerskie relacje Sky z BBC oznaczały, że najważniejsze wydarzenia ligowe będzie mógł obejrzeć każdy mieszkaniec Wysp Brytyjskich, który posiada telewizor. Dla Parry’ego sprawa była więc oczywista.

I nie zmieniło się to do godziny dziewiątej rano. Wtedy to do Lancaster Gate przyjechał Trevor East, były dziennikarz piłkarski i szef działu piłki nożnej w ITV, uzbrojony w dwa tuziny zapieczętowanych kopert z kontrofertą ITV opracowaną już po nieprzekraczalnym terminie składania propozycji. East zaczął rozdawać te koperty przybywającym na spotkanie dwudziestu dwóm szefom drużyn ligowych.

Parry popatrzył na kopertę, którą trzymał, i pokręcił głową. Oczywiście było to postępowanie sprzeczne z wszelkimi zasadami. Osobiście zażądał od rywalizujących oferentów, by ostateczne propozycje i prezentacje dla prezesów klubów składali do 14 maja. Termin ten minął cztery dni wcześniej. Quinton ostrzegł go jednak, że może się spodziewać niespodzianek.

– W tej grze nie ma reguł – powiedział. – Negocjacje polegają w gruncie rzeczy na niszczeniu konkurentów. Zwycięża ten, kto najdłużej utrzyma się na nogach.

Parry nie wiedział, co robić. Nie mógł tak po prostu przekreślić rezultatów długich rozmów. W grę wchodziły miliony, a sezon miał się rozpocząć zaledwie za trzy miesiące. Gdyby spróbował odrzucić nową ofertę ITV, straciłby pracę jeszcze przed pierwszym gwizdkiem w lidze, nad której stworzeniem tak ciężko pracował. Poza tym właściciele klubów właśnie ją oglądali. Wiedzieli już, że w grę wchodzi jeszcze więcej forsy.

W zaistniałych okolicznościach podjął więc jedyną rozsądną decyzję – zatelefonował do Sama Chisholma i zaprosił go do złożenia kontroferty.

– Do diabła! – zareagował Chisholm. Później padło jeszcze sporo niecenzuralnych słów. – Niedługo oddzwonię.

Właśnie dlatego Parry stał teraz na środku holu hotelowego, wokół niego kłębili się ludzie, a on musiał czekać.

– Trzeba będzie opóźnić rozpoczęcie spotkania – powiedział do Quintona.

Parry’ego nikt nie przyzwyczaił do prowadzenia interesów w taki sposób. Z wykształcenia był księgowym, w przeszłości pracował dla Ernst & Young i szczycił się tym, że zagłębia się w szczegóły każdej operacji. Przeczytał regulamin Football Association – w angielskiej piłce nożnej odpowiednik zbioru przepisów podatkowych – aby zanurzyć się w stuletnich zawiłościach zarządzania tym sportem. A jednak od dnia, w którym Graham Kelly, stary znajomy z pracy, obecnie zarządzający Football Association, namówił go, żeby się związał z futbolem, w każdej chwili musiał się liczyć z niespodziankami.

Wszystko zaczęło się od niezobowiązującej rozmowy w 1990 roku, kiedy to Kelly poinformował go, że część najlepszych zespołów piłkarskich w kraju spiskuje, by utworzyć nową ligę i oderwać się od Football League, przestarzałej instytucji, która od ponad stu lat nadzorowała angielski futbol. Ten akt rebelii komplikowały przeszkody prawne i logistyczne, owe najlepsze zespoły bowiem związane były z pozostałymi zawodowymi klubami w kraju czterostopniową strukturą składającą się z dziewięćdziesięciu dwóch drużyn. Wszystkie one znajdowały się ponadto na szczycie jeszcze szerszej hierarchii wielu dziesiątek półprofesjonalnych i amatorskich lig, w których występowało około siedmiu tysięcy drużyn, nawet tych złożonych z kolesi popijających piwo w lokalnym pubie. Dosłownie każdy zespół wchodzący w skład tej piłkarskiej piramidy, przynajmniej w teorii, mógł osiągnąć sam szczyt, gdyby miał dość czasu i był w stanie ciągle awansować. Mniej więcej w taki sposób funkcjonował ekosystem angielskiej piłki nożnej od 1899 roku – pomnik pojmowania porządku w wiktoriańskiej Wielkiej Brytanii.

Do początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku nikt nie widział powodu, żeby w tym układzie cokolwiek zmieniać.

Ale w miarę jak rosły ambicje biznesowe najlepszych klubów, uznały one, że cała reszta struktury stanowi dla nich niepotrzebny ciężar. Ilekroć chciały wprowadzić jakąś nowość, na przykład umieścić nazwiska zawodników na koszulkach meczowych albo przedłużyć przerwę w połowie spotkania, znajdowali się tacy, którzy upierali się przy swoim. Wielkie kluby miały tego dosyć. Dlaczego biznesy piłkarskie o największym potencjale w kraju miałyby uzależniać swą przyszłość od jednostek, które w porównaniu z nimi funkcjonowały jeszcze w epoce kamienia łupanego? Postanowiły więc opanować całą piramidę i odciąć zbędny balast. Pozostali mogli poradzić sobie sami.

Propozycja ta była tak rewolucyjna, że Kelly zadał sobie wiele trudu, by utrzymać w sekrecie ich spotkanie. Zabronił Parry’emu podróżować do Londynu, a zamiast tego zaproponował hotel Midland w Manchesterze, nierzucające się w oczy miejsce, doskonałe na rozmowy konspiratorów. I byłoby to rzeczywiście idealne miejsce na tajne spotkania w sprawie futbolu, gdyby nie jeden drobny szczegół: ktoś inny pomyślał podobnie. Gdy Kelly i Parry usiedli przy stoliku w hotelowej restauracji, zdali sobie sprawę, że działacze Football League – ci sami, których zamierzali wysadzić z siodła – wybrali tę salę na imprezę bożonarodzeniową.

Pracując w piłce nożnej, Rick Parry ciągle stykał się z takimi niespodziankami. Z innego wysoce poufnego spotkania Irving Scholar, właściciel Tottenham Hotspur, musiał uciekać kuchennym oknem, aby uniknąć brytyjskich dziennikarzy, którzy czekali na niego przed wejściem do hotelu. Teraz Parry pomyślał, że powinien był przewidzieć manewry ITV.

Znowu popatrzył na zegarek. Właśnie w takich chwilach zadawał sobie pytanie, jak to się stało, że dał się wplątać w tak absurdalne przedsięwzięcie, a nawet został dyrektorem wykonawczym tego bałaganu.

W 1979 roku Parry podjął pracę w liverpoolskim biurze firmy Arthur Young jako księgowy i dotarł aż do stanowiska głównego konsultanta do spraw zarządzania. Kiedy Manchester podjął się donkiszotowskiej misji zorganizowania Igrzysk Olimpijskich 1996 roku w tym najbardziej deszczowym z angielskich miast, pochodzący z północnego zachodu Parry wszedł w skład zespołu opracowującego ofertę dla MKOl-u. Olimpijski sen Manchesteru szybko się skończył, lecz praca Parry’ego nad jego ofertą sprawiła, że znalazł się w orbicie zainteresowań ludzi pociągających za sznurki w brytyjskim sporcie. A w tym światku natknął się na grupę ambitnych młodych biznesmenów, którzy rozpoczęli własną donkiszotowską misję.

Zapragnęli mianowicie zarabiać na angielskiej piłce nożnej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: THE CLUB: How the English Premier League Became the Wildest, Richest, Most Disruptive Force in Sports

Copyright © Joshua Robinson and Jonathan Clegg 2018

The right of Joshua Robinson and Jonathan Clegg to be identified as the Authors of the Work has been asserted by them in accordance with the Copyright, Designs and Patents Act 1988.

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2018

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Błażej Kemnitz

Redaktor merytoryczny: Remigiusz Lewandowski

Projekt okładki oryginalnej: Brian Moore

Projekt i opracowanie graficzne polskiej wersji okładki: Zbigniew Mielnik

Fotografie na okładce

© AFP/East News

© CSA Images/Getty Images Poland

© DrObjektiff/Shutterstock

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Klub, wyd. I, Poznań 2019)

ISBN 978-83-8062-671-3

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer