Wydawca: Słowo/obraz terytoria Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Klub Auschwitz i inne kluby. Rwane opowieści przeżywców ebook

Agnieszka Dauksza  

4 (2)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 513 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Klub Auschwitz i inne kluby. Rwane opowieści przeżywców - Agnieszka Dauksza

Klub Auschwitz i inne kluby. Rwane opowieści przeżywców jest zapisem spotkań z byłymi więźniami obozów koncentracyjnych. Autorka rozmawia z polskimi „ostatnimi świadkami”, próbując dociec, kim są dziś, ponad siedemdziesiąt lat po zakończeniu II wojny światowej? Jak toczyły się ich losy po odzyskaniu wolności? Jak funkcjonuje obecnie wspólnota byłych więźniów? Opowieści układają się w zróżnicowaną konstelację postaw i strategii przetrwania. Mowa zarówno o realiach przedwojennych, okupacji i aresztowaniach, codzienności obozowej, jak i o dalszym życiu, które już zawsze było życiem „odzyskanym”, życiem „po” obozie i „z” obozem. Jak się okazuje, dla wielu z tych ludzi wojna nadal trwa – w ich ciałach oraz umysłach – i ujawnia się we wspomnieniach, snach, gestach, w pamięci ciała, poprzez choroby, nawyki, zachowania czy sposoby konfrontowania się z innymi.

Ilustracje w książce: Krzysztof Gawronkiewicz

Opinie o ebooku Klub Auschwitz i inne kluby. Rwane opowieści przeżywców - Agnieszka Dauksza

Fragment ebooka Klub Auschwitz i inne kluby. Rwane opowieści przeżywców - Agnieszka Dauksza

Wprowadzenie

Zaczęło się od Alfy, gdy 27 stycznia spojrzał na mnie po raz pierwszy z gazetowej fotografii. Ten widok i zapis rozmowy o obchodach wyzwolenia KL Auschwitz sprawiły, że nie mogłam przestać patrzeć. Kolejne dni upływały na poszukiwaniach – jakże irracjonalnych – nie wiedziałam, po co właściwie szukam i czy faktycznie chcę go spotkać. Z opisu jego codziennych aktywności wnioskowałam, że miewamy podobne trasy. Sondowałam książki telefoniczne, pytałam i odruchowo zaglądałam w twarze napotykanych na ulicy osób. Kiedy jednak zdobyłam jego numer, zwlekałam z nawiązaniem kontaktu. Przeważał strach, kogo zastanę po drugiej stronie. Gdy wreszcie zdobyłam się na odwagę, odebrał i drżącym, kruchym głosem spytał, czy lubię spacerować, a następnie, czy aby się go nie boję? „Możemy rozmawiać, możemy nawet się spotkać, zwykle nie bywam agresywny” – zażartował. Obojgu nam zabrakło jednak wówczas zdrowia, siły i czasu na spotkanie.

13 kwietnia, gdy wiał halny, co w Krakowie ma znaczenie, wbrew oporom ciśnień przedostałam się do pobliskiej apteki. Nie spojrzałam w twarz wychodzącej osobie. Po chwili usłyszałam fragment rozmowy dwóch farmaceutek. Dotyczyła zniżek ustawowych. W pewnym momencie padło nazwisko: – Czy pamiętasz, jak nazywa się tamten pan? – pytała jedna z aptekarek. – Lipniak. Stefan Lipniak – odpowiedziała druga. Kiedy po chwili dotarło do mnie, co mówi mi to nazwisko, wybiegłam z apteki. Zatrzymałam go, zmierzyliśmy się wzrokiem. W ten sposób poznałam Stefana Lipniaka, Alfę, jednego z nielicznych dziś działaczy krakowskiego Klubu Auschwitz. Wkrótce został moim rozmówcą i przewodnikiem po wspólnocie ostatnich świadków.

Po tym „niewymuszonym zejściu”, jak to określił Lipniak, dość regularnie umawialiśmy się na kolejne spotkania. Nie było między nami niedopowiedzeń – wystarczyło, bym raz otwarcie spytała o obozowe doświadczenia, a on rozpoczął swą wieloodcinkową i wielowątkową opowieść. Opowiadał w dowolnych okolicznościach – gdy spacerowaliśmy, podróżowaliśmy, jedliśmy, piliśmy, w parku, na cmentarzu, w tramwaju, na ulicy, w restauracji. Nie przyszło mi wówczas do głowy, że mogłabym te rozmowy nagrywać. Zdumiewałam się siłą materialnej obecności świadka, który dzieląc ze mną ławkę na Plantach, jednocześnie przedzierał się wspomnieniami przez ogródki przedwojennej Trzebini, obóz Klein Mangersdorf, Rattwitz, Auschwitz, Monowice i przez bieszczadzkie lasy. Choć stopniowo oswajałam się z dynamiką, a niekiedy też drastycznością relacji, nigdy nie wyzbyłam się elementarnego zdziwienia sprawczością świadka.

Ciekawość, obawa i niechęć przed uwewnętrznieniem cudzych postaw towarzyszyły mi nieodmiennie, odkąd Stefan Lipniak wprowadził mnie do środowiska Polskiego Związku Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych. Do krakowskiego oddziału zapisanych jest obecnie około pięćdziesięciu osób, ale – co oczywiste – ich liczba dość szybko maleje. Zrzeszeni są głównie osiemdziesięcio-, dziewięćdziesięcio- i stulatkowie, choć wielu działaczy jest już nieaktywnych.

Stefan Lipniak, prezentując mi ręcznie spisaną listę członkiń i członków Związku, zastrzegał, jak ważna jest sporządzona przez niego legenda oznaczeń: osoby, których nazwiska podkreślone są zieloną kredką, to czynni związkowcy, fioletową – żywi, ale nieuczęszczający na zebrania, niebieską – schorowani i leżący, czerwonym kolorem oznaczono zmarłych.

Gdy pierwszy raz udałam się na cotygodniowe spotkanie, klubowicze przypuszczali, że jestem wnuczką Stefana Lipniaka. Potraktowano mnie ulgowo, z marszu zostałam zaangażowana do pomocy – mieliśmy złożyć i schować do szklanej gabloty związkowy sztandar. W ten sposób przekroczyliśmy pierwszy poziom obcości. W kolejnych tygodniach i miesiącach jeździliśmy razem na pogrzeby i pikniki, celebrowaliśmy wojenne rocznice, dyskutowaliśmy o ich problemach. Wkrótce zaczęłam funkcjonować w tym środowisku na prawach wspólnej wnuczki. Nigdy wcześniej nie przyszło mi pracować z tak ostrożnymi i skrytymi ludźmi, którzy – jakby na przekór panującym w ich wspólnocie tendencjom – okazywali mi wiele zaufania i życzliwości. Bez ich pomocy nie udałoby się zrekonstruować sieci poobozowych zależności, dotrzeć do odpowiednich osób i zbudować osobistych relacji z moimi rozmówcami.

Z każdego kolejnego spotkania wracałam wyposażona w nowe nazwiska, adresy i numery. Kraków rozrastał się i nabierał nowych wymiarów. Dane lokalizacje zaczęły znaczyć – postrzegałam je teraz przez pryzmat konkretnych wydarzeń z cudzych biografii. Ożywiły się także kontakty między związkowcami, opowiadano sobie o mnie, wymieniano się moimi danymi. Sieć znajomości rozszerzała się błyskawicznie. W pewnym momencie nie ja szukałam kolejnych osób, ale to one zgłaszały się do mnie. Dzwoniły o różnych porach dnia i nocy. Przeświadczone, że jeszcze nie znam ich nazwisk, przedstawiały się następująco: „Dobry wieczór, Auschwitz mówi”, „Dzień dobry, Płaszów z tej strony…”, „Halo, jestem z Buchenwaldu, mój numer to…” – i nie chodziło, rzecz jasna, o numer telefonu.

Szybko zdałam sobie sprawę, że moi rozmówcy oczekują ode mnie konkretnej reakcji i działania – nie chodzi tylko o współbycie, empatię czy uwagę, ale o przejęcie narracyjnej inicjatywy, o świadczenie o świadczących. Kiedy wreszcie zdecydowałam się zaproponować im wspólną pracę nad książką, w odpowiedzi jednogłośnie zaoferowali mi honorową legitymację i członkostwo w Polskim Związku Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych.

Potrzeba i gotowość współtworzenia książki wynikała – jak sądzę – nie z próżności moich bohaterów, ale z przeczucia kresu ich życia oraz świadomości, jak unikatowy jest ten ostatni moment świadczenia. Ostatni, ale niejednokrotnie także pierwszy, bo jak się okazało, niektórzy z poznanych przeze mnie byłych więźniów nie mieli okazji opowiedzieć o swoich doświadczeniach obozowych nikomu spoza kręgu najbliższych. Co za tym idzie – ich opowieści nie zostały dotąd w żaden sposób zarchiwizowane. Tymczasem dla wielu z tych ludzi wojna trwa nadal – w ich ciałach i umysłach – ujawnia się we wspomnieniach, snach, gestach, w pamięci ciała, poprzez choroby, nawyki, zachowania czy sposoby konfrontowania z innymi.

Jak się przekonałam, relacje w środowisku najczęściej sprowadzają się do wspólnego podtrzymywania ram instytucjonalnych, asekuracji finansowo-prawnej oraz praktyk symbolicznych, na przykład, gdy celebrowane są rocznice wydarzeń historycznych ważnych dla tej grupy. Istotnym, konsolidującym aspektem jest także wsparcie medyczne i psychologiczne oferowane przez przychodnię Pro vita et spe, prowadzoną przez doktor Alicję Klich-Rączkę i mieszczącą się na parterze kamienicy przy Dietla 64, gdzie Związek ma swoją siedzibę.

Byli więźniowie, których określam mianem przeżywców, pozostają jednak osobni. Są razem, gdyż obowiązuje ich solidarność pamiętania, ale dzieli ich niemal wszystko. Animozje albo pozostają niezwerbalizowane, albo tracą na sile, gdy w grę wchodzi obrona honoru wspólnoty. Trudno dziś mówić o przyjaźniach czy zażyłościach. Przeżywcy są na to chyba za bardzo nieufni, wsobni, wciąż poranieni. Większość cierpi na chroniczną samotność. Podczas zebrań związkowych o przeżyciach wojennych praktycznie się nie mówi. Nie teraz i nie w tym gronie, gdzie przecież „wszyscy wiemy, jak było”. Próby opowiadania o indywidualnych losach wojennych traktowane są jak nietakt, egoistyczne epatowanie własnym koszmarem. Tymczasem prawie każdy zmaga się na co dzień z własną przeszłością.

Wspólna uwaga skupia się natomiast na faktycznych, bieżących wyzwaniach i problemach, jak wciąż zmieniający się status prawny byłych więźniów obozów koncentracyjnych, topniejące ulgi, odbierane zapomogi i przywileje społeczne, niesatysfakcjonujące świadczenia czy problemy finansowe. Rzeczywiście, można mówić o pewnej ignorancji władz i organów państwowych w odniesieniu do tych, którzy przeżyli. Mowa jest często o „sprawie Suchockiej”, czyli o pamiętnym zmniejszeniu rent przez rząd Hanny Suchockiej. Wyraźnie akcentowane bywa też poczucie odtrącenia przez kolejne pokolenia, podwójna stygmatyzacja – starością i kombatanctwem – oraz przeświadczenie przeżywców o społecznym niewykorzystaniu w sferze polskiej polityki pamięci.

Większość moich rozmówców nie tyle lubi, ile czuje etyczną powinność mówienia o doświadczeniach obozowych, zwłaszcza młodym ludziom. Z jednej strony mają oni świadomość, że jako ostatni świadkowie są predestynowani do opowiadania, z drugiej twierdzą, że jest na to za późno. Wprost deklarują, że ich pamięć jest zniszczona, dziurawa i zależna od cudzych relacji, literatury oraz filmów, a narracje są wybrakowane lub zniekształcone. Faktycznie, wielokrotnie widziałam ogromny trud, z jakim przeżywcy odpominają przedwojenne i wojenne zaszłości, konfrontują swoje aktualne wspomnienia z przygotowanymi wcześniej zapiskami autobiograficznymi, próbują dopytać o minione wydarzenia bliskich ludzi lub powołują się na znane motywy z tekstów kultury. Jednak już na początku naszej współpracy zdałam sobie sprawę, że taki tryb opowiadania wcale nie dyskredytuje ich opowieści. Można słusznie argumentować, że każda ludzka pamięć ma charakter relacyjny i protetyczny, podobnie jak każda, nawet pierwsza, tużpowojenna narracja siłą rzeczy nie jest obiektywną reprezentacją obozowej rzeczywistości, ale reprezentacją tego, jak dana osoba odczuwała, postrzegała i oceniała tamte realia. Chodzi jednak o coś jeszcze.

Wraz z rozmówcami nie orzekamy tak naprawdę ani o II wojnie światowej, ani o nazistowskich obozach koncentracyjnych. Gdy przeinaczają oni pewne zajścia lub wahają się co do dat wydarzeń historycznych, nie poprawiam ich, nie odnotowuję tego faktu w przypisach. Moim i chyba także naszym zamysłem nigdy nie było przygotowanie książki historycznej. Bliżej nam z pewnością do literatury świadectwa, która rządzi się swoją logiką. Co więcej, wychodzę z założenia, że zebrane w tej książce opowieści mają mówić nie o tym, jak było, ale o tym, jak jest – kim są i w jakim miejscu znajdują się dzisiaj ci, którzy kilkadziesiąt lat temu przeżyli obozy, jak zmieniły się ich oceny i odczucia, co pamiętają i w jakim tonie chcą o tym opowiadać.

Interesowały mnie także powojenne losy przeżywców, co zrobili z odzyskaną wolnością, jak się wówczas czuli, w jaki sposób docierali do domów lub konstatowali, że nie mają dokąd wracać, jak układali się ze wspomnieniami i konfrontowali z bliskimi, słowem – jak przystosowywali się do dalszego życia. Dlatego punktem wyjścia było na ogół pytanie o chwilę wyzwolenia lub ucieczki z obozu, którą traktowaliśmy jako moment zerowy narracji. Większość osób jednak po wstępnym zarysowaniu obecnej sytuacji albo błyskawicznie przeskakiwała do czasów wojennych, albo wprost deklarowała, że czuje się niekomfortowo, mówiąc o współczesności, zanim wprowadzi mnie w to, co dla nich najważniejsze, czyli w świat obozowy. W takich momentach odsłaniał się tożsamościotwórczy aspekt doświadczenia obozu.

Rejestrując tę zróżnicowaną konstelację postaw i strategii przetrwania, miałam chwilowe poczucie swoistej nieśmiertelności moich bohaterów, którzy w opowieściach raz za razem wychodzą z kolejnych opresji. Szybko jednak uświadomiłam sobie ich dzisiejszą kruchość. Odkąd tylko zaczęłam uczęszczać na zebrania Związku, nie było miesiąca, by ktoś nie umarł. Najgłośniejszym echem odbiła się w tym czasie śmierć Józefa Paczyńskiego, wieloletniego prezesa Klubu Auschwitz, niegdyś obozowego fryzjera komendanta Rudolfa Hößa. Przez kolejne miesiące związkowcy pytali mnie, czy zdążyłam nagrać opowieść Paczyńskiego, a ja nie mogłam przeboleć, że po naszym wstępnym umawianiu się spóźniłam się na to spotkanie dosłownie kilka dni.

Pogrzeb Paczyńskiego był okazją do obserwowania specyficznej solidarności przeżywców. Gdy czekaliśmy przed cmentarną kaplicą na rozpoczęcie ceremonii, moi towarzysze zaczęli nerwowo gmerać w kieszeniach, z których następnie każdy wyciągnął opakowane w folię zawiniątko. Okazało się, że to biało-niebieskie repliki opasek obozowych z nadrukiem czerwonego winkla. Ponieważ rodzina zmarłego nie wyraziła zgody na akcentowanie jego wojennej przeszłości, związkowcy początkowo krępowali się wkładać opaski, po chwili jednak– wzmocnieni wspólnym oburzeniem – honorowo nałożyli je na ramiona. Opaski miały zbyt duży obwód, więc prosili mnie, bym każdemu z osobna naprędce przyszyła je do płaszcza lub przypięła agrafką.

Poczucie dziwności czy dwuznaczności podobnych sytuacji, gdy na różne, mniej lub bardziej subtelne sposoby odgrywaliśmy role ofiar i oprawców, towarzyszyło mi nieodmiennie. Niektórzy z rozmówców proponowali na przykład, bym fotografowała ich z numerami obozowymi wypisanymi na kartonikach, udawali, że tatuują moje przedramię, wcielali się w rolę muzułmana, kiedy indziej retorycznie sugerowali, że jestem ich znajomą współwięźniarką. Wyraziście pamiętam zwłaszcza zaproszenie do udziału w kolejnych obchodach wyzwolenia KL Auschwitz, gdy jeden z klubowiczów, wyraźnie podekscytowany, zadzwonił do mnie o świcie z pytaniem: „Jedziesz z nami?”. Spytałam mało przytomnie, dokąd miałabym jechać. „Do Auschwitz, jedź z nami koniecznie, już powiedziałem kolegom, że bez ciebie nie jedziemy”. A następnie: „Mamy transport, ale już może nie być wolnych miejsc. Musisz się szybko zgłosić, bo dwaj tacy, co są wpisani na listę, chyba nie dożyją do tego czasu, są zbyt słabi. Zgłoś się na listę rezerwową, bo kolejnych transportów może nie być”. Gdy zdałam sobie sprawę, że wbrew pozorom mowa o całkiem współczesnej perspektywie wyjazdu, i obiecałam, że postaram się „załapać na ten transport”, padła radosna odpowiedź: „Zatem jedziemy do Auschwitz, jest pięknie!”.

W podobnych wypadkach nie zawsze możliwe było stwierdzenie, co jest wyrazem figlarności czy żartem, a co slangiem i specyficznym, poobozowym stylem bycia. Przekonałam się jednak wielokrotnie, że prowokowanie przez klubowiczów tego typu niejednoznaczności nie jest działaniem na pokaz. Nie byłam ani jedyną, ani główną odbiorczynią tych zachowań. Na przykład w drobnych sprzeczkach między kolegami z klubu padały analogiczne argumenty: „Zachowujesz się tak, że ja nie wiem, jak ty przetrwałeś ten obóz”, „Jesteś stary, ale ogarnij się, nawet byś miesiąca tam nie przeżył”, „A ty byś po tygodniu wykitował, bardzo mi przykro”. Oczywiście, są to sporadyczne, momentalne przypadki uniesienia emocjonalnego, ale często również na co dzień byli więźniowie używają obozowego żargonu, analizują bieżące sytuacje w kontekście wydarzeń z przeszłości, oceniają innych nie tylko pod kątem rang i zasług z okresu II wojny, lecz także przez pryzmat wartości wewnątrzobozowych. Ciągłe oscylowanie między współczesnością a rzeczywistością wojenną jest na porządku dziennym.

Podobnie jak nieciągła jest granica między przeszłym i obecnym, tak porwane są narracje moich rozmówców. W toku ich opowieści dochodzi do częstych zerwań i zawieszeń zarówno na płaszczyźnie chronologicznej, jak i przestrzennej. Starałam się w takich momentach nie ingerować w bieg wspomnień, najczęściej ograniczałam się do pytań mogących pomóc odbiorcy (mnie jako słuchaczce, ale i czytelnikowi tej książki) w zlokalizowaniu aktualnej pozycji. Nie usiłowałam również wtórnie spajać czy ujednolicać tych poszarpanych wątków.

Klub Auschwitz to nazwa stosowana przez przedstawicieli Związku. Gdy w Krakowie czynnych było wielu byłych więźniów różnych obozów, istniało także wiele klubów: Klub Ravensbrück, Klub Buchenwaldu, Klub Gross-Rosen i tak dalej. Ich reprezentanci spotykali się regularnie, organizowali wspólne wyjazdy i uroczystości, uzgadniali swoje wersje przeszłości, starali się dbać o sprawy grupy na arenie polskiej i międzynarodowej. Klub Auschwitz funkcjonował długo na specjalnych prawach, co uzależnione było w znacznej mierze od kulturowego i politycznego uznania tego obozu za epicentrum przemocy nazistowskiej. Więźniowie Auschwitz z reguły mogli korzystać z dodatkowego wsparcia finansowego otrzymywanego po wojnie od Niemców. Według niektórych była to jawna niesprawiedliwość, według innych Klub Auschwitz mógł dzięki tym funduszom dofinansowywać działania krakowskiego oddziału Polskiego Związku Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych. Dzisiaj – jak zgodnie przyznają moi rozmówcy – ten klub walczy o trwanie resztkami sił.

Jeszcze jedno wyjaśnienie wydaje się istotne. Nazywam byłych więźniów mianem „przeżywców”, bo już na początku naszych interakcji zauważyłam, że zupełnie nie utożsamiają się oni z określeniami „ocalony” czy „ocalały”. Mimo szeroko komentowanych i opisanych różnic między tymi wariantami „ocalenie” zanadto kojarzy się z pasywnością. Moi rozmówcy nie mówią nigdy, że „ocaleli” z obozu, lecz że „przeżyli”. Pewnym rozwiązaniem mogłoby być z pewnością zastosowanie terminu proponowanego przez Zygmunta Baumana – „przeżytnik”. Z kilku względów jednak to pojęcie nie wydaje się trafne. Nie dość, że w polszczyźnie „przeżytnik” zbyt mocno kojarzy się z „przemytnikiem”, to jeszcze pobrzmiewa w tym słowie pewne domknięcie aktu, ukończenie procesu. „Przeżywca” natomiast silniej oddaje ciągłe, procesualne – minione i obecne – wydarzanie się życia, o którym z całą mocą zaświadczają bohaterowie tej książki.

Stefan Lipniak

Co pani Agnieszko wczoraj robiłaś? – pyta Stefan Lipniak, gdy tylko włączam dyktafon.

Byłam na Kazimierzu – odpowiadam, a mój rozmówca wyraźnie cieszy się, że przejął inicjatywę:

A do której?

Do 3 w nocy.

No, to jest naprawdę długo! Balujecie… A na Kazimierzu jest ruchliwie teraz. Mnóstwo ludzi tam siedzi, prawda? Pod parasolami, na polu. A pani gdzie siedziała?

Zwiedzałam synagogi, wczoraj była noc otwartych synagog.

Ale w lipcu jest ich festiwal, prawda? Czy to jeszcze co innego było?

Tak, inne wydarzenie. A chodzi pan czasami na Kazimierz?

Ach, dawniej to ja wszędzie chodziłem, tam wszędzie gonił, a teraz już mi się nie chce za bardzo. Za okupacji mnie tu nie było, nic nie wiem, jak to wyglądało.

A przed okupacją?

No, też nie. Nie miałem ośmiu lat, jak ojciec umarł. Pamiętam, na pogrzebie jeszcze byłem w Krakowie (byliśmy tak biedni, że nie było nas stać na pociąg czy bryczkę, więc z Trzebini szliśmy pieszo na pogrzeb). Ale już później Niemcy, okupacja i tak się to zaczęło, mój żywot.

Jak po wojnie wyglądał Kazimierz?

Oj, strasznie. Marnie. Żydy tom wcześniej mieszkali, to była oddzielna… że tak powiem: miasto oddzielne Kazimierz. Teraz tam jest elegancko, a wcześniej te domki, te ruiny, Żydy mieszkali w takich barakach, szopach biednych, przepraszam, no, dziady takie. Marna dzielnica żydowska. Potem przyjeżdżali Żydy na cmentarze, swoje odwiedzali. Tam są dwa cmentarze, pani wie?

Pan jest z Trzebini. Jak tam było?

Było strasznie dużo Żydów. Cała Trzebinia to żydostwo było. Ale w ogóle wtedy wszędzie dużo mieszkało Żydów, w każdym miasteczku, mieście. Oni byli spryciarze, tylko handel, na roli nie robili. No i kształcili się Żydy, byli bardzo dobrze wyuczeni, dentyści, lekarze, superludzie. Żyd w ogóle był spryciarz. Żyd był lepszy od nas, szkoda, że nie ma.

A jak to się układało w Trzebini?

Ech (z dezaprobatą). A jak się mogło układać? Komu się udawało, lepiej prosperował. Zależało od człowieka. Ale do handlu Żydy byli jedyni ludzie, bo handel kochali bardzo. Z sympatią było różnie. Od nas blisko mieszkali, jeden taki Żyd, miał rodzinę, sklep prowadził. Nie było jakiegoś antagonizmu, nie było widocznego antysemityzmu. Czasem tylko młode chłopaki napadali, jak Żydy na targ jechali do Krzeszowic. Wieźli te wszystkie kury, gęsi, co by nie tylko, klatki mieli, takie wozy rozpięte, drabiniaste, i handlowali w mieście.

Kto na nich napadał? Pan też?

No właśnie (ze szczeniackim uśmiechem i wyraźnym wstydem). Jako dziecko, ale byli i starsi, spryciarze, co napadali. Nie byli zbyt dorośli, młodzież.

No i co robiliście?

Kamieniami my bili Żydów. A tamci siedzieli na wozach, nakrywali się kocami, żeby ich nie trafić. No, to młodzież prała kamieniami tych Żydów. Ale Żydzi nie byli znowu tacy frajery, zeskoczyli i gonili, i bili znowu tych Polaków. No, to my pouciekali, pochowali się. A oni powsiadali, pojechali dalej (śmiech).

Dlaczego pan to robił?

To więcej dla zabawy było. Nie żeby ktoś tym kierował, ale sama od siebie młodzież zrobiła taką zasadzkę: „Chodźmy na Żydów”. No i tak ich załatwili. Ale to sporadycznie, nie żeby jakaś zorganizowana grupa. Same dzieciaki właściwie, nic wspólnego z polityką, tylko aby się rozweselić. Taka właśnie młodzież była głupia. Podobne przypadki były wszędzie. Nawet tu, w Krakowie, były rozróby z Żydami, bili się na amen, jeszcze przed wojną. Wzajemnie się tłukli.

A jak to wyglądało w obozach? Zmienił się stosunek do Żydów? Mieliście kontakt?

O, no nie. To było niemożliwością, żeby robić jakieś rozróby. Tam reżim niesamowity, oddzielne baraki mieliśmy, Cygany, Żydy, Polacy. Nie mieszało się ich razem, zupełnie oddzielnie. Z Żydami spotykaliśmy się na robotach. Na robocie można było sobie pogadać, ale też esesmani zabraniali kontaktu, w ogóle, żeby nic ze sobą nie mówić. Chociaż zawsze jakieś przecieki były, jeden drugiemu podpowiedział, co i jak.

Ale czy nastawienie było inne?

Nie, tak nie było. Żydy byli zawsze oddzielnie. Nigdy tak blisko między Polakami a Żydami nie było. Ale ja i tak im zazdroszczę.

Co ma pan na myśli?

Zazdroszczę Żydom Holokaustu.

Słucham?

Zazdroszczę im tego terminu Holokaust. Mocny jest.

Dlaczego?

Od razu wiadomo, o co chodzi. A my nie potrafiliśmy nazwać tego, co nas spotkało. „Wojna”, „obozy”, „niewola”? Tyle lat minęło, a my nie mamy nazwy.

Ma pan jakiś pomysł?

Kiedy właśnie nie mam. Ty byś czegoś nie wymyśliła, Agnieszko?

Pomyślę. Uważa pan, że Żydzi mieli gorzej w obozach niż Polacy?

No, dużo gorzej (z żachnięciem, dobitnie). Ich mordowali bez przerwy. Jak tylko mogli, tak niszczyli Żydów. Żydzi to byli podludzie. Holokaust miał zniszczyć rasę żydowską, rozumie to pani? A dopiero na drugim miejscu byli Polacy. No, jeszcze przed Polakami Cyganie, Romowie.

A jak reagowali esesmani na widok Żyda i Polaka? Były jakieś podstawowe różnice?

Tak, była zasadnicza różnica. Zawsze jest tak: Żydzi byli na śniadanie, a Polacy na obiad. Żydów najbardziej niszczyli. Polaków też, ale może mniej. Ale jak się wpadło na esesmana, to jednakową śmiercią mogliśmy umierać. No, ale Żyd to był Żyd, kasta ludzka inna, że tak powiem. Tępili ich w niesamowity sposób. I różny sposób. Dusili, bili, do komory gazowej wrzucali. Jak przyszedł transport, to zdrowych dawali na prawo, a jakoś podejrzanych, nieudolnych, chorych i starszych na lewo, prosto do komory. Zdrowych zostawiali do roboty, żeby wykorzystać, a jak się taki kończył, to tylko krematorium. W drzwiach były hałdy ludzi, którzy próbowali się wydostać – koledzy mi opowiadali, bo tego akurat nie widziałem. W komorze nigdy nie byłem. Esesmani mieli cyklon, mieli stroje odpowiednie, maski, od góry przez dziury sypali proszek do komory.

Nigdy pan nie widział budynków krematoriów?

W czasie okupacji nie, nie wolno było. Więźniowie nie mogli tak sobie chodzić, były wyznaczone strefy. Ale widzieliśmy dym. Śmierdziało jak piorun jasny. Śmierdziało, bo palili niesamowicie, ewidentnie to był smród ludzki. My w Monowicach czuliśmy, na dwadzieścia kilometrów było czuć, jak ten gaz wychodził. Komora jedna i następna, następna. Bez przerwy się paliło. Na początku to było prymitywne, proch wysypywali w dole obok, ten ludzki proch. I to nie było liczone, ilu ludzi zginęło. A tam miliony mogły zginąć. Nikt tego przecież nie rejestrował, nie było czasu. Ale to znam z opowiadania, trochę koledzy mówili, trochęm podpatrzył. Kobity tam obok miały okrutnie, daj ty spokój. Byłaś tam, widziałaś, Agnieszko? Żeby spać na ziemi w takich kajutach, po osiem… i żadnej osłony, no, może trochę słomy, ale to się wykruszało, więc potem na gołych deskach i na komendę się przewracały. To w Birkenau.

Czy pan wiedział o komorach podczas pobytu w obozach? Mówiliście o tym?

Właśnie bardzo słaby był ten temat. Gdy tylko jakieś grupy dyskusyjne się tworzyły, to Niemcy od razu rozpędzali. Jak się chciało pogadać z kimś z innego baraku, też nie wolno było. Więc trudno było przenosić wiadomości. Choć temat komór był bardzo rozpowszechniony w obozie, chyba wszyscy wiedzieli, że palą ludzi. Mimo że Niemcy utajniali to palenie. Gdyby Niemcy wygrali wojnę, to może do tej pory rozbudowaliby krematoria, wciąż by trwało. Nie wiadomo, jak by dziś świat wyglądał. Pomór w Europie.

A mówił mi pan ostatnio, że Niemcy to wyższa kultura?

No, niestety.

Jak to pogodzić?

Ano właśnie, jak? Niemcy zawsze byli dużo zdolniejsi od wszystkich, przecież to, co oni wymyślali, nikt inny nie potrafił. Mieli V1, V2, to był już początek broni atomowej. Nie można Niemcom niczego odebrać. Ale jeśli ktoś jest bandytą, to odpowiada za swoje pomysły i działania, a oni potrafili obrócić wszystko przeciw człowiekowi. Całą swoją technikę, siłę, broń. Ruski takiej nie mieli, za to mieli pepesze. Ty, Agnieszko, chyba takich pepeszy nie pamiętasz?

Siłą rzeczy nie. Ale wiem, jak wyglądają.

Żebyś nie musiała nigdy tego oglądać. A niemieckie obozy były tak zorganizowane, że żadnego więźnia nie mogło brakować. Pełna kontrola wszystkich, bez wychylania się. Oni to mieli doskonale zorganizowane. U Ruskich? Wygnanie na Syberię i róbcie sobie, co chcecie. To jest właśnie cywilizacyjna różnica. Tam nikt się o tych ludzi nie martwił, a u Niemców była kontrola, każdy musiał chociaż kawałek chleba dostać. Nie było tak, żeby nikt nic nie jadł. Ordung, sztubowi, grupowi, wszystko musiało być, wszystko poukładane.

Czy to właśnie nie było najbardziej przerażające?

No właśnie było, na każdym kroku przerażające. To znowu było nieludzkie. I jak to pogodzić? Myśmy tu mieli spotkania w Krakowie, dużo niemieckiej młodzieży przyjeżdżało. Słuchali nas łapczywie i taka jedna dziewczyna mówi: „My się wstydzimy”. Wstydzili się, że nas tak ich dziadkowie mordowali. Kto by się zdobył, z innej narodowości, na taki gest? Przyznała się i potępiła to dziś. Wdrożono kolejne pokolenia w te zbrodnie. A przecież dziadek takiej dziewczyny musiał ją kochać, pielęgnować, przytulać, jak była mała. Jak każde dziecko i każdy dziadek. Wcześniej takie same dzieci na frontach czy w obozach mordował bez żadnego kompleksu. Jak to pogodzić? Jednych kochać, a drugich…

I jak pan to sobie tłumaczy?

Może to przez ideologię? Ich partię polityczną? Nastawienie Niemców? Niemcy tak byli chowani, by ich krew w ogóle nie raziła. Im kazali kury czy gęsi zarzynać, żeby się przyzwyczajali. Więc może geny i rutyna.

Jak pan dziś myśli o Niemcach?

E, no nie, my to dawno przebaczyli. My się spotykali wiele razy. Po dziś dzień jest wielka przyjaźń z Niemcami. Witamy miłych gości, gdy przyjadą. Od dawna to była jedność. I chcemy jedności.

No dobrze, ale spotykacie się z kolejnymi pokoleniami Niemców. A co z waszymi obozowymi przełożonymi, oprawcami? Gdyby pan ich dziś spotkał…?

No nie, tak to nie można myśleć, boby nigdy nie było jedności. Mnie się wydawało, że przebaczenie to jest zasadnicza rzecz do pojednania. Szukać odwetu, to znowuż kataklizm by był wielki, wojna…

Czy według pana naziści byli właściwie ukarani?

Ci duzi dostojnicy obozowi zostali ukarani, w wielu przypadkach. Trudno to ocenić, bo elita została wykształcona w swojej ideologii, oni w to wierzyli, oni według tego działali i mordowali. Ich chyba należało osądzić. Ale takiego niemieckiego szaraka? Przecież trudno go zaraz wieszać. Ideologia była chyba najgorsza. Oni wykonywali rozkazy, oni byli przekonani, że robią słusznie.

Postawy Niemców były zróżnicowane?

Tak, niektórzy esesmani nawet więźniom pomagali, coś im tam dawali. Choć ja nie pamiętam takich zachowań, wszystkie gesty Niemców były raczej negatywne. Nie było dobrych słów czy czynów. Byli paskudni. Na przykład przywieźli zupę na obiad więźniów. Takie dranie z nich byli, że jeden kopnął butem i zupę wylał. No i nikt nic nie jadł. Lepiej miała tak zwana więźniarska elita obozowa i oni byli tak zżyci z Niemcami, że czasem sobie na „ty” mówili. Niektórzy funkcyjni byli zaprzyjaźnieni z esesmanami. Dużo Polaków było funkcyjnymi, lekarze, szewcy, krawcy, mechanicy, oni mieli wszystko, nigdy nie byli głodni, prawie lepiej niż na wolności. Byli pilnowani, odseparowani od świata, żeby im się krzywda nie stała. Często były z nich takie świnie, że potrafili się znęcać nad własnymi kolegami. Żeby go Niemcy zauważyli jako despotę. Łatwiej wtedy było zostać kapo i nie musieć pracować. Pamiętaj, Agnieszko, jak będziesz rozmawiać z więźniami, zawsze pytaj, co robili w obozach, co widzieli na co dzień. Zobaczysz, ilu jest tych z funkcjami. Dziś już mało takich, co harowali.

Jak pilnował nas esesman przy pracy, a któryś kolega już nie miał siły, to esesman mówił: „Widzisz ten kawałek sznurka? I tamto drzewo widzisz? To weź sobie ten sznurek i idź się powieś, jak nie masz siły do roboty”. Niejeden zrezygnował, inny chciał się powiesić, ale mu nie dali. Ale były inne sposoby.

Jakie sposoby?

Na druty się rzucało bardzo dużo. Ale też egzekucji karnych było mnóstwo. Pamiętam, byli tacy miernicy, którzy chodzili wokół ogrodzenia po obu stronach drutów. A jak się Niemcy dowiedzieli, że oni komunikują się z cywilami, to po nich przyszli do baraku pod wieczór, żeby ich powiesić za te kontakty. Wisieli potem na szubienicy. Przychodziła taka kompania uzbrojona, zabierali skazańców i prowadzili do szubienicy, podstawiali stołek, zakładał jeden pętlę na szyję i deska się opuszczała. Oni wpadali jakby do studni. I tak wyglądała egzekucja. Niektórzy się szarpali bardzo. Często wieszali, robili specjalne apele. Kazali wszystkich więźniów wyprowadzać, żebyśmy widzieli.

Było bardzo dużo ucieczek. Zwłaszcza wśród tych, którzy byli blisko Niemców. I później to wykorzystywali – mieli dostęp do mundurów, czasami samochodów. Ubierali się, przygotowywali, przedostawali się przez jedną bramę, drugą bramę, mówili po niemiecku, nawet potrafili nakrzyczeć na strażnika, że wolno wiatę podnosi. Ale tego dowiedziałem się po wojnie. Starałem się dużo dowiedzieć, nadrobić. Bo jak byłem w Monowicach, to o szóstej rano wychodziłem do pracy, a wracałem wieczorem, chyba o dziesiątej od razu szliśmy spać. Po dwanaście–czternaście godzin trzeba było robić co najmniej. I wiele nie widziałem życia obozowego.

Jak żeśmy się kładli, to blokowy chodził, podnosił nam koce, patrzył, czy nogi czyste. A jak brudne, to ściągał takiego, kopał go, bił pejczem. Wypędzał, nawet na mróz, boso i kazał myć. I latali.

Blokowymi to różni bywali, Polacy, Żydzi. Nawet nie tak często się zmieniali. Oni byli bardziej brutalni niż kapo lub esesmani. Po pieronie tyrany z nich były. Ale chodzili elegancko ubrani, pasiaki mieli wyprane, pejcz w ręce, ktoś mu się nie podobał, to dostawał. A na drugi dzień już nie mógł iść do pracy, bo był zbity i tak dalej, to potem czasami się kończyło krematorium. To byli muzułmany. Przyjeżdżali po takiego trupiarką. Wrzucali ich do auta jak szło, nieważne, siedzące czy leżące, to było przecież do spalenia. Ci, co nie mogli już pracować, to siedzieli przeważnie o tak (Stefan Lipniak demonstruje, zwijając się w kłębek): podparte nogi na pryczy i się kulili. I mieli oczy zapadnięte, takie daleko gdzieś oczy w głowie. Do niczego już nie byli zdolni. Siedzieli, siedzieli, siedzieli, dosłownie kościotrupy, z odrobiną mięsa. Chude to było okropnie. To już było wyschnięte z wszystkich soków. I wiadomo już było, co z nim zrobić.

Czy na co dzień widzieliście wielu takich muzułmanów?

Komand było mnóstwo, w każdym po dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści osób, w zależności od potrzeb, od zadania. Tyle ludzi posyłali. Z każdego komanda zawsze dwóch, trzech umarło z wycieńczenia podczas dnia pracy. Padał taki na ziemię i nikt się nie martwił, czy trzeba pomóc, w ogóle. Tylko się nogą przesuwało, żeby nie przeszkadzał. I trzeba go było brać pod wieczór, po dwóch więźniów za ręce, dwóch za nogi, a on był sztywny, ledwo się podnosiło.

Nieśliście takiego trupa z powrotem na teren obozu i co dalej?

Musiało się komando zgadzać, ilość, tyle i tyle żywych, tyle i tyle umarłych. Więc brali my go, liczyli nas i wtedy zostawiali my takiego przy bramie. A potem go zabrali na trupiarkę i wywozili do spalenia i dalej. Losy były okrutne.

Co dla pana było najgorsze na co dzień w obozach?

Co było najgorsze? Głód i ciężka praca. Jak długo byłem w obozach, nigdy nie byłem najedzony, cięgle byłem głodny. I marzyłem sobie tylko, żeby wolność osiągnąć, i nic bym więcej nie chciał, mówię ci, tylko żebym miał suche ziemniaki. Nic więcej nie chciałem. Pokażę ci różne takie materiały. Więźniarki i więźniowie pisali wierszyki, modlitwy, listy, pamiątki. Miałem taką jedną. Tylko czy ja to znajdę? To nie takie proste, powinienem tu zrobić porządek… Nie wiem, czy ci to dać przeczytać.

Dlaczego by nie?

Bo to smutne, przykro ci będzie czytać.

A może opowiedziałby pan teraz, w jakich obozach pan był? I w jakiej kolejności?

Zanim o tym pogadamy, lepiej zobacz, co tu mam, przeczytaj.

„Niniejszym zaświadcza się, że u Stefana Lipniaka nie stwierdza się przeciwskazań zdrowotnych do zagrania hejnału mariackiego po wejściu na wieżę mariacką. Wystawiono w 2012…”. Co to jest?

Zdecydowałem się w tym czasie wejść jeszcze na wieżę. I widzisz, po tym wszystkim jeszcze mam siłę. Może właśnie dlatego mam siłę. Jestem z 1924 roku. Obcy lekarze mnie dziś pytają: „Panie Stefanie, skąd ma pan takie zdrowie?” No to im mówię: „Dużo fizycznej pracy, wysiłek, mało snu i podstawowe jedzenie” (śmiech). Tak, jestem dzielny chłopak.

Jest pan, prawda. A może chce pan teraz opowiedzieć, jak się wydostał z obozu?

Agnieszko, a może byśmy się herbaty napili? Albo kawy?

W przerwie Stefan Lipniak prezentuje widok ze swego balkonu, pokazuje też specjalny fotel na podwyższeniu, który zaprojektował i wykonał. Opowiada, że korzysta z niego zwłaszcza wtedy, gdy się opala. Poza tym woli wychodzić z domu. Krąży po mieście kilka kilometrów dziennie. Faktycznie, często wpadamy na siebie w niespodziewanych miejscach. Zwykle ma mój widok błyskawicznie wyrzuca niedopałek papierosa i wmawia mi, że się przewidziałam. I że poza tym nigdy się nie zaciąga. Teraz jednak Stefan Lipniak mówi, że jest w domu.

Jestem w domu. Mieszkam na terenie III Rzeszy, w Trzebini, z mamą, w niedużym drewnianym domku. To był rok 1941, 26 czerwca. Tej nocy zapukało do domu gestapo. Uzbrojeni, hełmy, baterie, oświetlili dom, strasznie pukali. Mama się bała otworzyć. Gruchali butami we drzwi, myślałem, że je wyważą. Mama odziała się jakimś fartuchem, w końcu otwarła, weszło ich sześciu do domu. Spytali: „Wo ist Stefan?”. Zaszli do mnie do łóżka i „Komm, raus, raus”. I wyprowadzili mnie na drogę przed domem. Tam było dużo takich chłopców jak ja, w samochodzie, ciężarówce, pod plandeką, nie znałem ich. Niemcy mieli wynotowane na listach nazwiska chłopaków w odpowiednim wieku, z różnych powiatów, wiedzieli, kogo zabierać. Wcisnęli mnie do tego samochodu, po drodze zabieraliśmy jeszcze innych. Zawieźli nas do Sosnowca, tam był punkt zborny, a w Opolu było gestapo. Komendant tego gestapo, chyba w randze generała, jakoś na Sz się nazywał… Albert Szweld, tę akcję opracował i wykonywał. W efekcie jednej nocy zebrano ośmiuset chłopców osiemnasto-, dziewiętnastoletnich. W Sosnowcu wyładowali nas na prycze i tam zatrzymali. Przyjechał potem kolejny transport chłopców. Znowu zabrali nas na samochody i zawieźli do Klein Mangersdorf. To był obóz niedaleko Opola. Nas zakwaterowali na jednej połowie, na drugiej mieszkali Żydy. Przedzielono teren ogrodzeniem po przekątnej obozu. Były tam komanda, baraki, trzeba było chodzić do pracy. Zbiórki o świcie, jeszcze ciemno było, wychodziliśmy do pracy. Pracowaliśmy przy autostradzie wówczas, po sześćdziesiąt osób podzieleni. Głodno, chłodno.

Jak żeśmy wracali z pracy, wieczorem późno, to od razu szliśmy pod kuchnię. I przez okieneczko nam wydawali jedzenie. Była taka miska dość głęboka i talerze emaliowane – szare, podziurawione, krzywe. To był wielki skarb, którego strzegliśmy. Każdy pilnował miski i łyżki, bo bez tego by nie jadł. Jak była woda, to je myliśmy. Ale nie zawsze. Jak ktoś znalazł kawałek drutu, to miskę się dziurawiło, przewlekało drut i nosiliśmy ją z tyłu, żeby nie zginęła. Inaczej trzeba by ją chyba nosić w rękach, bo to był najważniejszy przedmiot. Tam nam wlewali holtzupę, „ze szweli zupa”, jak ją nazywaliśmy, przeważnie zrobioną z łodyg czerwonego buraka. Ziemniaka było trudno spotkać. Drugie danie to było – jeśli się nie mylę – dwukilowy jasny chleb dzielony na cztery osoby. Ewentualnie do tego jeden, dwa ziemniaki w łupinach. Czasami kosteczka margaryny albo jakiś śmierdzący ser… śmierdział jak cholera, ale zjadaliśmy. Jak wyszliśmy spod kuchni, to nim doszedłem pięćdziesiąt metrów do baraku, to już zjadałem to żarcie. I nic już nie miałem. Dopiero na drugi dzień wieczór kolejna taka porcja. Na śniadanie nic nie dawali, tylko po kawę można było iść do kuchni. Miałem taką metodę, że jak świta obozowa, kapy czy inne kierowniki wyrzucali łupiny ziemniaków, to chodziłem pod śmietniki. Miałem tam dobre pożywienie. Grzebałem w śmietniku i te łupiny zjadałem, bo to gotowane, więc mi nie szkodziły. Tak żem się dożywiał. Tak było cały rok.

Było tyle pluskiew. Podwójne prycze, sienniki ze słomy. Jak się zagnieździły pluskwy, to się spać nie dało. Nie było ich, jak przyjechaliśmy, bo to był sam początek obozu. Ale później… zagnieździły się po jakichś trzech miesiącach. Jakem tak podniósł siennik do góry, to sama czerń była, taki rój wokół. Uciekaliśmy w nocy z tych pryczy i kładliśmy się na podłodze, przykrywaliśmy się kocami, żeby nas nie dosięgły, ale gdzie tam, wejdą wszędzie. Siekały, żarły nas, czerwone my rano byli, jakby nas jaki rzeźnik omiśkował. Takie my byli czerwone. Twarze i dalej, bo my to rozgniatali. A potem wszy, pchły. Robili dezynfekcje, oblepiali całe okna i drzwi papierem, żeby jak najszczelniej było, i na środku stawiali wiadra z jakąś substancją, którą podpalali. Paliło się zamknięte cały dzień, żeby zniszczyć pluskwy. Dwa, trzy dni był spokój, a potem od nowa.

Sztuba to było około trzydzieści osób. Każdy miał osobną pryczę, miał szary koc. O, podobny, jak tu u mnie leży, pod takimi spaliśmy. I te koce potem były potrzebne, jak nas ewakuowali, żeby się okryć przed mrozem.

Przepraszam, ewakuowali? Gdzie my teraz jesteśmy? Klein Mangersdorf czy już Monowice?

No tak, teraz jesteśmy jeszcze w Klein Mangersdorf. I tam spędziłem dokładnie rok. Stamtąd przywieźli nas do Rattwitz. Niedaleko, wokół Wrocławia i Opola to wszystko się działo. Chyba na nogach my tam szli, bo to blisko naprawdę. Likwidowali ten pierwszy obóz, ale w sumie nie wiem. W Rattwitz był podobny obóz, codzienna praca, ciężka, głodowa. Tam z kolei rządziła SA, w mundurach żółtych, nie wiem, czy to sobie przypominasz? Mieli czerwone kreutzhaki na tych ubraniach, to była inna formacja, która nas nadzorowała. Ale cała hierarchia była taka sama, podobna organizacja obozu, perfekcyjna. Tylko dla Polaków. Budowaliśmy baraki. Z Rattwitz esesmani przewieźli nas pod ścisłą kontrolą do Monowic, do Lagru 50, wszystkich tych ośmiuset chłopców.

Skoro przebywaliście tak długo razem, nawiązały się znajomości, przyjaźnie?

Było niesamowicie, więc nic z tego, człowiek był ledwo żywy. Co się tam komu chciało? Głód, niewola, nie było mowy, żeby się jakoś zorganizować. Ale rozmawialiśmy. A poza tym tylko spanie i robota, cały dzień robisz, i to samo, i to samo, cykl. Chodziliśmy do pracy w grupach, nasz zakład należał do obozu w Auschwitz III-Monowitz. Tam pracowałem prawie do samego końca. Ale w 1944 roku mnie akurat przewieźli do głównego obozu Auschwitz. A potem do Monowitz.

Dlaczego akurat pana?

Bom się sprzeniewierzył.

Co pan ma na myśli?

Za ucieczkę. Za próbę ucieczki.

O tym nie wiedziałam. Jak pan to zrobił?

Niemcy zabiegali, żeby naszym ośmiuset chłopcom dać wolność, bo potrzebowali ludzi na stanowiska do tych wszystkich fabryk, które uruchamiali. Więc na prośbę Niemców nas zwolnili, bo brakowało im rąk do pracy. Było im uciążliwie ciągle nas prowadzać pod bronią. W marcu 1944 roku wszyscy dostaliśmy skierowania do poszczególnych fabryk, gdzie kto będzie chodził. Ale wciąż mamy mieszkać w lagrze, była tylko straż na bramie, nic więcej. Mnie przydzielili do cementowni. Nie zgłosiłem się, uciekłem. Mieliśmy iść do pracy, a ja w tym momencie oddzieliłem się. Dosłownie poszedłem na stację. Jakoś tak mi się udało. Byłem strasznie podniecony… Ale wierzysz ty, Agnieszko, że mi się udało? To była stacja Dwory. Wsiadłem do pociągu i przyjechałem do domu, wierzysz? Przyjechałem bez biletu, nawet były problemy w pociągu. Miałem chyba pod spodem pasiak, a na górze cywilny.

Ale jakim sposobem szedł pan w cywilnym ubraniu do pracy, a pod spodem trzymał pasiak?

Ach, bo mnie się teraz pomieszały obozy. Ja przecież w tym Lager 50 nie miałem jeszcze pasiaka, my tam po cywilu chodzili, że tak powiem. Mieliśmy swoje ubrania, jeszcze z domu, a jak my zdarli, to było coś zastępczego dawane, jakieś łachy i na nich łaty. A buty też mieliśmy swoje.

Stefan Lipniak nagle zmienia temat. Podprowadza mnie pod szafę i pokazuje kolekcję sukienek oraz kostiumów, które zostały po zmarłej żonie. Proponuje także futerko. Pyta, czy chciałabym je nosić – mógłby przeszyć, umie korzystać z maszyny, która zresztą stoi w honorowym miejscu, na stole w jadalni. Prezentuje też własne stroje, rozmawiamy o bieżącej modzie. Stefan Lipniak lubi popołudniami „doprowadzać do nowoczesności” swoje ubrania, przerabiać, skracać, robić wstawki. Dziś ma na sobie morelową koszulę, beżowe spodnie i zdobiony pasek. Nagle płynnie wraca do przerwanej opowieści, mówi, że poszedł do domu.

Poszedłem do domu, 1944 rok, wiosna. I zamieszkałem z mamą. Mama, staruszka, cóż mogła zrobić. Wiedziałem, że mnie poszukują, nigdziem się nie meldował. Przenosiłem się, tum spał, tam spał, u jednej siostry, u drugiej, miałem dosyć dużą rodzinę. No i byłoby mi się udało. Ukrywałem się jakieś sześć miesięcy. I chyba ktoś powiedział, gdzie akurat jestem. Policja niemiecka mnie nakryła, w biały w dzień, w domu. Od razu mnie wzięli zakutego pociągiem osobowym z Trzebini do Monowic. Wiózł mnie policjant pod bronią. Byłem bezradny.

Wysiedliśmy na stacji i na nogach szliśmy do obozu centralnego, pod bramę „Arbeit macht frei”. Chciałem iść chodnikiem, jak ten policjant, co mnie prowadził, ale mi nie dał (z żalem): musiałem iść drogą, wygonił mnie z chodnika. I przyprowadził pod bramę. Jak to zobaczyłem, to już wszystko wiem, gdzie jestem, co jest, bo te tereny znałem.

A jaką miał pan wówczas świadomość tego, co dzieje się w Auschwitz?

Sporą, bo wtedy już był duży ruch i przepływ wiadomości. Myśmy wcześniej wiedzieli, co się dzieje w Oświęcimiu, to było słynne.

Skąd to wiedzieliście?

A skąd teraz dowiedzieliśmy się, że tam w Kiejkutach jest takie ciężkie więzienie? Ludzie przenoszą wszystko, nie da się tak znowuż ukryć, że coś się dzieje, że kogoś mordują. To przecieka. Świadomość zawsze była, że coś się w kraju złego działo.

Ale teraz jesteśmy pod bramą. Esesman wyszedł, pokazuje na mnie i mówi: „Aaa, wieviele habt die Partizant?”. Ile tam macie tych partyzantów? Ja sobie pomyślałem, że jeśli mnie zakwalifikowano jako Partizant, to serwus, z drogi, to ja tu nie pożyję długo. Wyskoczył jakiś stary więzień i mnie zgarnął do obozu. Zaprowadził do łaźni i poszedł. Nikogo nie ma, prysznice, woda. Siadłem i siedzę. Przychodzi inny więzień, rozbieraj się, mi mówi. Wszystkie ciuchy ściągnąć. Ściągnąłem wszystkie cywilne ciuchy, wziął i poszedł, ja siedzę dalej na ławce. Przyszedł następny, z maszynką do strzyżenia, taką ręczną, i zaczyna strzyc, wszędzie. Pozamiatał, wziął te włosy i poszedł. I ja tak bez przerwy siedziałem i czekałem. Trwało to dosyć długo. Później chyba czwarty z kolei z jakimś wiadrem, w którym było coś czarnego, śmierdziało jak cholera jasna. Położył mnie na podłodze, naciągnął na rękę czarną, grubą rękawicę, zamoczył w tym oleju i mi głowę wysmarował, potem całego. I poszedł, a ja dalej siedzę. Przyszedł następny, w koszyku miał więzienne, nieszczęśliwe pasiaki. Stanął w drzwiach, rzucił mi je. Koszula, spodnie, czapka, nic nie mówił, tylko mi to rzucał po kolei pod nogi. Ubrałem się i już byłem gotowy więzień, jak skurczybyk. Stoję jak taki nieboszczyk, zimny, zmarznięty. Tam się nie mógł poznać. Kolejny zaprowadził mnie do jakiegoś baraku, ale bym nie trafił dziś, który to. Czy mnie ktoś spisywał wtedy, nie pamiętam, cholera. Nie rozumiałem, na jak długo mnie wzięli. Powinni byli odczytać mi ten wyrok: przychodzisz tu na czas taki i taki, za to i za to. A ja tego nie słyszałem.

To było późne lato 1944, prawda? Co pan czuł i widział po drodze, gdy pana prowadzili do baraku?

Pusto było. Wszyscy poszli do pracy. Mdły zapach, nieciekawy, trudno określić. Ale śmierdziało tam bez przerwy. Wie pani, że mydło robili z tych ciał spalonych? Myśmy się myli tym mydłem.

Jak wyglądało? Jaką miało konsystencję?

Bardzo lekkie było. I to akurat pieniło się dobrze. Miało taki kolor jakby… seledyn. Tyle lat minęło… Szmaty były jakieś do wycierania. Nie było dużej higieny. Ale co to było za mycie, nie było nigdy oficjalnego mycia. Przypadkowo każdy chodził do łaźni, zawsze zimna woda, co tam można było umyć. Nie było szczoteczek do zębów. Kompletnie nie było higieny. Co te dziewczyny wycierpiały, w takich brudach robić i spać. Józef Paczyński, który tam był od początku, od pierwszego transportu, opowiadał mi, że czasami, jak było zamówienie z Berlina na określone narządy, to w szpitalu obozowym je wycinali, od kobiety lub mężczyzny, co tylko potrzebowali, i wieźli prosto do Berlina, do analizy.

Zaprowadzili mnie do baraku, dali mi miotłę i łopatę. Kazali, żebym zbierał śmieci. Nigdzie mnie nie wysyłali do pracy. Było pusto, cicho, sami funkcyjni, esesmani, gdzieś w pobliżu przechodzili, ale nikt się nie interesował. Tam w Oświęcimiu byłem kilka dni. Nikt wtedy ze mną nie rozmawiał. Te chłopy, co przychodzili najpierw do łaźni, to ani słowem się nie odezwali poza tym, co musieli, a tam, gdzie mnie zaprowadzili, to z kolei nikogo nie było. Dwie czy trzy noce tam spałem, w takiej kanciapie. Wtedy podjechała więźniarka: „Komm!”. Wyskoczyłem, zamknęli mnie, samego mnie wieźli. Przywieźli do Monowic i tam już byłem więźniem z numerem.

Blokowy przyjął mnie do komanda numer sześć, dosyć dużego. Jakiś więzień mnie poczęstował po plecach na przywitanie. Kapo był Żydem. Poznałem go na drugi dzień po przyjeździe. Prowadził nas codziennie rano. Robiłem przy rozładunku wagonów, na budowę przychodziły różne materiały, kamień, cegła, rury, węgiel, trzeba je było nosić jakieś pięćdziesiąt metrów na plecach. Robiłem to do 18 stycznia 1945 roku. Ciągle jedno i to samo. Ciągle też było jedno i to samo kapo. Głód, niewolnicza praca, od świtu do nocy, dziesięć, dwanaście godzin dziennie. Jedzenia jakoś nie pamiętam, co dawali i kiedy. Ale tam też chodziłem za tymi łupinami, nie było inaczej: głód, głód, głód i jeszcze raz głód. Mieliśmy holdschule, stare buty się już podarły. Jak któryś coś przeskrobał, to dostawał straszne lejty. Przewracali i na tyłeczek dwadzieścia pięć razów. Kolega musiał bić kolegę. A jak posterunkowi widzieli, że biją słabo, to Niemiec pejczem poprawiał. Potem nie dało się siedzieć, tylko leżeć na brzuchu. I tak codziennie.

Była jakaś solidarność między więźniami?

Taka była, że jak wracaliśmy z roboty, a mijały nas gospodarskie wozy, to my kradli, co spadało z nich, wkładali do kieszeni. Mieliśmy pudełko z marmelady i ziemniaki dawali do tego wiaderka. Gdy była końcówka pary, co ogrzewała barak, tośmy to deklem zamocowali, by zatkać, i z boku dziury zrobiliśmy, nadzialiśmy i gotowały się ziemniaki. W taki my sposób solidarnie zbierali ziemniaki i wspólnie je robili, i jedli.

Zastanawiam się, jak się orientowaliście w czasie. Czy znaliście daty i godziny?

No właśnie, to było trudno trochę powiedzieć, co to za dzień był.

Nikt wam tego nie mówił? Na apelach?

Nie, trudno nam było czasami orientować się, co za dzień, co za rok. Człowiek żył jak dzik, taka prawda, nic nie wiedział, normalnych ludzi nie widział, cywilów mało, raz się zobaczyło, tylko przeważnie sami więźniowie – na robocie więzień, w obozie więzień. Z godziną też był problem, ale wnioskowaliśmy po pobudkach, te były o piątej, dyżurni nas budzili.

W jaki sposób?

Otwierał drzwi i przez gwizdek jak pierun gwizdał i krzyczał.

Ile mieliście czasu na przygotowanie do wyjścia?

Pół godziny, to wszystko.

I co przez ten czas?

Ubieranie, toaleta.

Spaliście w tym, w czym pracowaliście?

No nie, rozbieraliśmy się, nago.

Zimą też?

No też, to znaczy jakąś tam bieliznę mieliśmy.

A dawali wam w obozach majtki, koszulki?

Dawali takie, jak my to mówili, „gacie”, no i koszulę, były takie rzeczy do spania. I my to zmieniali.

Pod pasiaki też coś dawali?

A pierun ich wie, jak sobie zorganizowałeś coś, to chyba było. Czy kiedyś kalesony tam miałem, nie pamiętam. Ale te wszystkie rzeczy były brudne, stare, potargane.

Co ze skarpetami?

E, jakie tam skarpety, nie było. Zupełnie boso chodzili w tych szułach, ale o tyle dobre były, że drewniane, to nie było tak zimno.

A zimą? Owijaliście czymś stopy?

No, jak ktoś znalazł jaką potarganą szmatę czy coś na śmietniku, to się brało i owijało nogi.

Jak żeśmy doczekali 18 stycznia, to nas od razu po pobudce prowadzili, szliśmy na nogach, dużo nas było. Wszystkie obozy z tego rejonu wyprowadzili. Chyba w obozie w Monowicach było nas wtedy dwadzieścia tysięcy. Szliśmy drogą w kolumnach, pod eskortą. I takie koce, jak my mieli szare, to wszyscy się opatulili i tak szli. Duży mróz był, zimno jak cholera. I szliśmy przez Mikołów, tam była cegielnia i odpoczynek. Potem szliśmy do Gliwic.

Dali wam jakieś jedzenie na drogę?

A skąd, żadnego jedzenia. Dopiero na drugi dzień.

A jaka była ta eskorta, dało się uciec?

No, nie za bardzo właśnie. Wielu takich było, co chcieli się oddalić, jak mijaliśmy domy pobliskie, ale esesmani wszystkich widzieli, zaraz takiego za kołnierz, kopniaka dostał i do szeregu.

Powiedzieli wam, dokąd i po co idziecie?

Nic. Tylko więźniowie się przerzucali nazwami, gdzie mogą nas prowadzić: Sachsenhausen, Buchenwald, ale każdy mówił co innego. Potem to nazwaliśmy marszem śmierci, bo tam dużo nas umarło. Padli tacy, nam prosto pod nogi. Potem to zbierali i zrobili dużą mogiłę. Ale to już kto inny. Jeden taki, mój znajomy, szliśmy razem, i on żalił się: „O, Stefan, jaki ja jestem chory, jaką ja mam gorączkę”. Mówię mu: „No, widzę, żeś chory, czerwony, rozpalony”. On wyszedł z szeregu, chciał się ukryć w jakimś domu pobliskim. To się nie mogło udać, esesmani by go od razu wypatrzyli, wolno się ruszał. Ale on odstąpił od szeregu i nie wrócił, z tego wygląda, że gdzieś został, pewnie padł. Nie zobaczyłem go nigdy już, nigdy. Takich było mnóstwo. Gdziekolwiek szłaś, padali, tu leży, tam leży. Ze zmęczenia, z głodu.

Pan szedł obok znajomych z baraku?

Nie, to zupełnie się przemieszało. Ale też nie do końca, bo jeden kolega, Leopold Jarosz, był obok. Mieliśmy takie szczęście, że dzieliliśmy obozy od samego początku do samego końca. Od 1941 roku. Jak uciekłem z Lagru 50, a potem po pół roku trafiłem do Monowic, to on też już tam był, nie wiem tylko za co. Nieprawdopodobne. I znowu jesteśmy razem, aż do samego końca. Przyjaźniliśmy się potem, on mieszkał na Śląsku, byliśmy najlepsi koledzy.

Prowadzili nas do Gliwic na noc, kto szedł na przedzie, ten się mógł załapać do baraku, bo tam był jakiś pusty już obóz, pewnie wyprowadzony wcześniej. Kto był na przedzie, wszedł.

A pan?

No właśnie, nie zmieściliśmy się, mieliśmy taką gromadkę, więc rozłożyliśmy na polu koce, na śniegu. A co zostało, to się przykryliśmy. I taką noc my mieli, na śniegu.

Wszyscy przeżyli noc na mrozie?

A skąd, dużo umarło. Takie sztywne, zastygnięte, rękę do góry, nogę na boku rano mieli. Co człowiek mógł zrobić, wszystko groziło w każdej chwili śmiercią. Nie było tak, żebyś czuła, że masz zapewnioną wolność. Rano nie dostaliśmy jedzenia, kto by dał tyle jedzenia ludziom, jak to przyrządzić? Jak podstawili tuż pociągi, takie otwarte, to wszystkich władowali. Niemcy niesamowicie poganiali. I kiedy już pozamykali drzwi, pociąg ruszył.

Po ile osób w wagonie?

E, szkoda gadać. To mnie właśnie pobudziło, żeby uciec. Ciasnota niesamowita, ze trzysta, czterysta osób w jednym wagonie, taki ścisk, że nie można było się ruszyć, ani w lewo, ani w prawo. Załadowany pociąg ruszył. Po jakimś czasie zatrzymaliśmy się. A my byliśmy tak wykończeni z moim kolegą, że ja mu zaproponowałem: „Poldek, uciekajmy stąd. Bo my tu nie wytrzymamy przecież. Ja już nie czuję sił, a stoję tylko dlatego, że mnie pozostali podpierają”. On się zaraz zgodził. No, to uciekamy.

Jaka była pora dnia?

Już było ciemno. Księżyc świecił. No i uciekliśmy.

No dobrze, ale jak to zrobiliście? Proszę opowiedzieć w detalach.

Dobrze, będzie w detalach. Uciekamy? Uciekamy. Wyskrobaliśmy się na wagon, na górę, inni więźniowie nas jeszcze podsadzili, pomogli nam wydrapać się na dach wagonu. Nikt nie mówił nic, nikt nie myślał ani chciał iść, ani uciekać, nikogo to nie obchodziło. Z góry opuściliśmy się między wagony, po cichutku, by nas nikt nie wyczuł. Baliśmy się, by ktoś nie zakaszlał z nas. Zastrzeliliby nas. Ukryliśmy się pod wagon i schowaliśmy na czworakach pod kołami. Poldek po jednej stronie, ja po drugiej i – o tak (Stefan Lipniak siada w kucki i dalej opowiada) – siedzieliśmy skuleni bez szumu. I nagle słyszymy, jak ktoś idzie, no, rany boskie, słyszymy ludzi. Przychodzą i akurat stanęli za tym kołem, przy którym siedzimy. Widzieliśmy ich oficerki. Esesmani przechodzili wzdłuż pociągu, bo pilnowali. Pogadali trochę, rozeszli się w dwie strony. A my wciąż za tym kołem. Gdy się rozeszli, wychyliliśmy się, nie było nikogo, więc na czworakach przeszliśmy pod wagon następny, bo to była stacja towarowa. I tak nurkowaliśmy, potem pod następny i następny. Dość długo to trwało, zanim my tę stację opuściliśmy.

Jak się wówczas czuliście? Jedną nogą wolni?

Okropnie! Dosłownie w każdej chwili może być koniec. Żadnej radości, kompletnie. Jesteśmy tak zagnębione, jak nigdy w życiu. To nie wolność, ale bezradność i rozpacz. Nie wiemy, gdzie jesteśmy, nie wiemy, jaka godzina, nie wiemy, jaki to jest dzień.

Wyszliśmy na teren otwarty, nie było nikogo, cicho. I teraz się martwimy, gdzie my pójdziemy? Jak i gdzie? Gdzie jest południe, gdzie zachód, gdzie wschód? No, nie wiemy, a nas interesował tylko wschód. Stanęliśmy sobie tak i rozmyślamy. Ale musieliśmy gdzieś iść, bo tamci blisko. Księżyc świeci, zima, jest śnieg, mróz, stoimy.

Stoicie więc panowie obok stacji, we dwóch, w pasiakach, na śniegu, na otwartym terenie, a księżyc wam przyświeca, i rozmawiacie…?

No, głupio trochę. Jak jakie sarny. Stoimy i patrzymy. A księżyc świeci. I mówię koledze: „Poldek, a pamiętasz, jak my byli chłopce małe i jeździli na saneczkach obok domu? Wtedy tak było jak dziś. Ciemno, ale księżyc świecił na południu. Czyli może na lewą rękę będzie wschód. Kierujmy się tam, skoro tam od księżyca jest południe”. Dobra, idziemy twardo na wschód. Obok jakaś budowa była, weszliśmy tam. Stała stara drewniana szopa zbita z desek, weszliśmy. Była ławka, usiedliśmy i jeszcze myślimy. A tu nagle słyszymy, idzie ktoś! Niech to szlag. I ktoś idzie prosto do naszej budy. Na śniegu chrup, chrup, chrup. I przychodzą te ludzie pod budę, zatrzymali się obok. Słyszymy, że po polsku ktoś mówi. E, to może nie jest tak źle. My wyszli do nich. Trzech ich było. Pytamy: „Co wyście za jedni?”. My byliśmy w pasiakach, to oni od razu wiedzieli. A oni mówią: „My jesteśmy Żydami, też żeśmy uciekli z tego transportu”. No, to fajnie! Wszyscy się chyba ucieszyli. Ich trzech, nas dwóch, mamy siłę, będzie nam łatwiej w pięciu ukręcić komuś głowę w razie czego. I idziemy.

Oni nie mieli pasiaków?

Oni byli po cywilu. Jak spali w tym obozie w Gliwicach, to natknęli się na magazyn ubrań i tam się przygotowali do ucieczki. Wszyscy chcieli iść do Krakowa. Żydy do Krakowa, my też, idziemy. Ale problem z tymi naszymi pasiakami. Zdecydowaliśmy się w końcu pójść pod jakiś dom, my z Poldkiem we dwóch zapukaliśmy, świeciło się w środku. Człowiek po polsku mówił, otworzył nam drzwi, poprosiliśmy o ubranie, wpuścił nas, miał stare robocze ciuchy na wieszakach, brudne jak cholera, może to jakiś bauer był? No, ale znaleźliśmy spodnie, mnie dał płaszcz damski, bez kołnierza, barankowy. Czapkę przewróciłem do góry nogami. Nic specjalnego, ale jesteśmy zamaskowani trochę. I idziemy.

X

A jedzenie? Dał coś?

Nie ma właśnie jedzenia. Jak nas esesmani w Gliwicach wpuszczali do wagonów, to dawali po kromce do kieszeni. A potem nic. I idziemy, idziemy, idziemy. Ciemno, noc, widzieliśmy, jak jeździły czołgi niemieckie, front się zbliżał. Chowaliśmy się w krzaki. Ale wojenni żołnierze nie interesowali się takimi jak my. I w końcu doszliśmy aż pod Oświęcim i trafiliśmy na tę drogę, którą nas prowadzili do Niemiec.

Jak długo szliście? I kiedy, tylko w nocy?

Szliśmy tę noc, w którą uciekliśmy, a potem schowaliśmy się w stogu z sianem, żeby nie iść w dzień. Ale to zamarznięte było, ledwo się dobraliśmy do środka, tam przesiedzieliśmy w słomie cały dzień. W nocy znowu wyszliśmy. To była druga noc. I robiło się widno, gdy dochodziliśmy do Oświęcimia, orientowaliśmy się. Nic nie jedliśmy, tylko śnieg do napicia się. My się wszystkiego bali, byle nikogo nie spotkać. Nawet jak mysza biegła, to my uciekali. Było widno, Tychy, gdzieś tam, Chrzanów, te okolice. Tam my się rozeszli. Żydy poszły gdzieś na południe od nas, odłączyli się. Nie wiem czemu, może nam nie wierzyli? Ale to może nie było praktyczne dalej iść razem, gdzie my byśmy w pięciu chłopa poszli? Kto nas tylu schroni?

A po drodze rozmawialiście z tymi Żydami?

No właśnie nic my nie mówili, tylko trochę przy okazji. Jedno sobie powiedzieliśmy, że i oni, i ja z Krakowa. My za słabi byliśmy, żeby można było rozmawiać czy coś myśleć. No i w okolicach Chrzanowa te Żydy poszły, nigdy z nimi się nie spotkałem. Na pewno nie, poznałbym. Ciekawe, co z nimi było.

A Poldek też poszedł, bo miał jakąś rodzinę w Chrzanowie. A ja zostałem sam na drodze.

Jak pan się czuł wtedy?

Okropnie. Samotny jestem, mówię sobie. To mnie tylko trzymało, że tereny znam trochę.

Nie chciał pan iść z Poldkiem?

Kiedy nic mi nie mówił. Ale myślę sobie, trudno, wolę, jak jestem sam. On się odłączył, a ja zostałem na drodze. Szedłem. I w końcu krzyżówka jest, widzę, że przecież ktoś przede mną idzie. Mnie się wydaje, że to żołnierz jakiś. Ale co robić, nikogo więcej, cisza jakby makiem zasiał, nie ucieknę przecież. Idziemy na siebie z dwóch przeciwnych stron, zbliżamy się, coraz bliżej i bliżej. Tylko my na drodze. I spotkali my się oczy w oczy. To był uzbrojony żołnierz niemiecki, w hełmie, na szyi mu wisiała broń. A ja w barankowym kożuszku, z pasiakami pod spodem. Myślę: poprawia broń, to mnie chyba zastrzeli. Kto by mu odpowiedział? No i on mnie zaczepia: „Wo ist Bobrek?”. Gdzie jest Bobrek? A ja wyszedł z tej wsi, z tego Bobrku, i idę w kierunku Chrzanowa. No, to mu tłumaczę po niemiecku, jak mogę. Ale zrozumiał. No to on: „Schön, danke, danke”. Podziękował i się rozeszliśmy, on na zachód, a ja na wschód.

I co dalej? Idę. Aż nagle widzę, że wszedłem w front, okopane Niemcy są niesamowicie, wszyscy wokół uzbrojeni, zamaskowani na biało, śnieg, siedzą cichutko. A ja tamtędy idę. I widzę tych wszystkich Niemców, i tylko patrzeć, jak oni zaczną strzelać. Idę między nimi, szedłem trochę dalej, czułem się tak, jakby nic już mi się nie mogło stać. Minąłem tę linię frontu, poszedłem, zaczynały się strzały. Wszedłem więc do jakiegoś domu, do obcych ludzi. Mieszkańcy siedzieli w piwnicy, poszedłem do środka, ale gospodyni za mną zaraz przyleciała: „O mój Boże, skądże się pan tu wziął? Chodź pan na górę”. Zaprowadziła mnie. Powiedziałem jej, skąd jestem, pokazałem ubranie. A jej syn też był w obozie, więc pytała, czy przypadkiem nie widziałem takiego. Ale gdzie by tam, jak igła w stogu siana. Kuchnia była zagrzana, niski piecyk, kaczka. Ciągle się bałem, ale spaliłem tam w kaczce moje ubranie, ten pasiak, między Chrzanowem a Bobrkiem. Gospodyni nakarmiła mnie, kazała się rozebrać, przyszykowała kąpiel, dała mi śniadanie, wytworne, z mlekiem, z kawą. No, to myślę, teraz sobie mogą strzelać, mnie już nic nie straszy. I poszedłem spać. Oni strzelali, wojna, front, a ja śpię jak zabity. Grube mury były. Byłem szczęśliwy. Rano przebudziłem się, patrzę przez okno: na polu jest wojsko radzieckie.

Przespał pan walkę.

Przespałem wojnę. Rano Ruskie przyszli, mnóstwo go szło. I byłem już na wolności, więc zabieram się na wschód iść. Wyszedłem, kawałek dalej, pod lasem, była duża polana. Las zniszczony, drzewa wyrżnięte pociskami. A Niemców… jak żem popatrzył, pole zasłane trupami. Wszystkie chłopy porozbierane, tylko w bieliźnie, a jak nie miał, to nago. Wszystko Ruskie im zabrali. I chodzili w tym, widać było nawet później. Wydawało się z daleka, że to Niemcy idą, a to Ruski paradowali. A na drogach trupów niesamowicie dużo, nim przeszedłem linię zabitych, to widziałem ich chyba tysiące, wierzysz? Same trupy. Ale trupów zostawiłem. Byłem wolny.

Podchodzę wreszcie pod dom i pukam. A koło domu też Ruskich leży pełno, same trupy, aż trudno dojść. Pukam do domu, ale nikt nie otwiera. Zimno, ale mama zaczyna się odzywać ze środka: „Ktoś ty tam jest? Co ty tu chcesz? Wynoś się stąd”, mówi mi. Odpowiadam, a ona: „Tyś nie jest mój syn, ja już syna dawno straciłam”. Mówię jej: „Ale nie, mamo, synem jestem, puść mnie. Żyję”. Ona: „Nie opowiadaj, ja już syna dawno nie mam”. Okno było zmarznięte, więc wychuchała taką dziurkę i dopiero mnie rozpoznała: „Tyś jest Stefek?”. Mówię: „Tak”. Ona: „Ja cię nie znam, tyś niepodobny do niego”. Taką wolność miałem. I takie życie.

Co było dalej?

Było dużo łez przywitalnych, ale to już były łzy niegorzkie, ale radosne. I popatrz, byłem szczęśliwy, że jestem w domu, u mamy. A mimo wszystko żem się źle czuł cały rok. Dopiero po roku przyszedłem do siebie. Dosłownie po roku.

Co się z panem działo przez ten czas?

Żyłem, chodziłem, coś w domu robiłem, ale do pracy się nie zgłaszałem, bo nie byłbym w stanie. Dobrze, że się nie położyłem, bo jeszcze gorzej bym zrobił. A po roku przyszła kartka, do wojska: zgłosić się tu i tu, do Przemyśla. Najpierw było szkolenie w Krakowie trzymiesięczne, jako rekruci. W Przemyślu nas uformowali, sześćdziesięciu, grupa manewrowa. Uzbroili, umundurowali, ubrali nas jak Niemcy, na biało. To było wojsko polskie ochrony pogranicza, na granicy polsko-rosyjskiej. I kiblowałem tam osiemnaście miesięcy w Bieszczadach, Nowy Zagórz, Stary Zagórz, Baligród, i chodziłem z pepeszą na ubranek. I patrzyłem, kiedy mi tam jakiś kozła wywinie.

Walczyliście?

Tak.

Z kim?

Z UPA.

Osiemnaście miesięcy?

Tak, prawie codziennie musieliśmy iść na akcję, bitkę prowadzić. Żeby złapać banderowców. Codziennie. W nocy też. A mróz jak pieron. Ukraińcy mieli swoją siatkę, szpiclów, podpalali domy, robili zasadzki, nawet tunele mieli. Cisna – najdalej wysunięty punkt. W Cisnej była masakra. Tam Świerczewski zginął. Byłem tam tydzień wcześniej z inspekcją, bo ciągle napady. (Po chwili z trudem:) A oni nas nazywali polskim gestapo.

I strzelaliście, zabijaliście?

Tak. A oni nas. Co można innego było? Jak ty nie zabijesz, to oni cię zabiją. Ciągle wybuchy, strzały, ta-ta-ta. Nas była grupa sześćdziesięciu. Iluś tam zginęło. Od drugiej strony nawet nie wiem, strzelaliśmy w ciemność. Taka to była bratobójcza walka. Ale ci z UPA byli okrutnie agresywni, złodzieje, bandyty, męczyli tam ludność jeszcze gorzej niż Niemcy. Jakie domy Ukraińcy mieli, lepianki takie, bieda, chaty kurne, gwoździ nie znali, jak chcieli coś ogrodzić, to wikliny ucinali i wiązali z tyczkami. Takie były płoty. Ludzie się nie kręcili, bali się ciągle.

A my byliśmy ciągle głodni, niby żołnierze powinni mieć jedzenie, a gdzie tam. Przywozili nam kotły z Sanoka, ale nie starczało. I Ukraińcy też nic nie mieli. Bida piszczała.

I co po tych osiemnastu miesiącach?

Jak kiblowałem, to przez cały ten czas nie wracałem, absolutnie nie można było, pewnie bali się, czy nie uciekniemy. I nigdy już nie wróciłem do domu. Po co miałem tam wracać? W Trzebini przed wojną straszna bieda była. Urodziłm się w 1924 roku. Dziesięcioro dzieci, ja najmłodszy. Ciągle chodziliśmy głodni. Jak mama przynosiła od Żyda jeden chlebuś, to dawała każdemu z nas po kromce, a resztę chowała. Miała takie drewniane pudło, tam chowała i zamykała na klucz, który wkładała do kieszeni. Więc ciągle głód, czasami gorzej niż w obozie. Oprócz tego jedliśmy różne kasze, manną, jaglaną. Mieliśmy jedną krowę i kawałek ziemi na ziemniaki. A wie pani, że w tych czasach, jak było tak gorąco latem, to po polu chodziły skorpiony? Podobne do raków, ale inny kolor, z zawiniętymi do góry ogonkami. Można było od nich zginąć. Nazywaliśmy je niedźwiadki.

Po wojnie nie chciało mi się tam wracać, byłem kawaler. Gdyby nie te Niemcy, to gdzie ja bym wyszedł z tej Trzebini, po co? Zostałem w Krakowie i zacząłem sobie budować życie, tu mi się spodobało.

A miał pan kogoś znajomego w Krakowie?

Nie, nikogo.

To jak pan zaczął żyć?

Byłem bez przygotowania do życia. Przed Nową Hutą się broniłem, za żadne skarby. Zacząłem pracować, w handlu. Wojewódzkie przedsiębiorstwo hurtu galanteryjnego, przy Grodzkiej 8, różne mydła, nie mydła, pachnidła. Trzy lata tam robiłem. Mieszkałem w takiej kajucie na Krowoderskiej 13, w jednym pokoiku. Tak żem się zaczepił i już się stąd nie ruszałem. Żonę poznałem dosłownie na ulicy. Na Plantach. Mijaliśmy się, tak mi się spodobała, że zagadałem, a potem jej nie chciałem dać spokoju. Wagowała się, aż się zgodziła. Strasznie mi jej teraz brakuje. Ale ją odwiedzam codziennie.

Potem pracowałem przy budowach, w Łęgu, ponad trzydzieści lat. Znowu pobudki o świcie, ciężka robota. Na początku wstawałem o czwartej, na szóstą jeździłem tramwajem do tego Łęgu, do czternastej. Potem galopkiem wpadałem do domu, coś brałem i pędziłem do szkoły, do Bronowic, technikum budowlane. Kilka godzin to trwało, potem do domu i od nowa. Taki żywot. Od 1958 roku sędziowałem przy meczach piłkarskich, to lubiłem. W trzeciejlidze, małopolskiej, pierwszy mecz ze Spartą Miechów. Na boiskach spędziłem ponad tysiąc niedziel. To był mój bakcyl. Raz nawet z zawałem biegałem po boisku, jak się okazało. Poszedłem do szpitala i mnie łapiduchy zatrzymali na dwanaście dni, choć się broniłem. Przeżyłem, jakoś mi się udało.

To miał pan sporo szczęścia w życiu?

Okropnie dużo. A najwięcej w żonie, była przefajna. Chodzę na cmentarz, ale to już się nie wróci. Wykluczone, żebym miał tę radość wielką.

No, widzisz, Agnieszko, powiedziałem ci wszystko, co wiedziałem. To ci zostanie. Teraz już zależy od twojej wyobraźni.

Często pan o myśli o przeszłości?

Nawet często. Myślę: dlaczego ja? Przecież tyle różnych było niebezpieczeństw, mnóstwo. Zastanawiam się nieraz, jak przeżyłem. Nawet powiem ci, że czasem, jak tu siedzę sam, to mi się wydaje, jakbym dużo miał w sobie szczęścia i radości. Nie ma na co narzekać, choć jestem samotny. Ale chyba trzeba przyjąć samotność i lubić siebie, a drugiego, jak się uda. Nie rozpaczam za bardzo.

Obóz mi się śni codziennie, można powiedzieć. Zwłaszcza jak jest temat obozu. Jak go nie ma, to spokojniej śpię. To są koszmary, słychać bez przerwy: raus, schnell, raus. Tego się nie da pozbyć. Kolega mój śni mi się często, też jest na widoku, widzę jego numer, tego Poldka: 8513. Opatrzył się, lepiej pamiętam niż własny: 8524.

A po wojnie? Opowiadał pan o swoich przeżyciach? Chciał się pan od tego uwolnić?

O wolności myślałem. Z rodziną niezupełnie o tym rozmawiałem, z dziewczynami raczej nie, siostry miały co innego. Żona później też swoje wiedziała. Raczej się nie podnosiło tego tematu.

Jeździł pan jeszcze później do Oświęcimia?

No pewnie, często jeździłem. Ostatnio byłem na obchodach wyzwolenia obozu.

I jak było?

Fajnie! Porządek, czysto, elegancko, nie to, co kiedyś. Jedzenie przefajne było, przyjęcie super. Ale politycy nudni, uciekliśmy z tych przemówień. Nawet lubię tam jeździć, nie robi to na mnie wrażenia.

Przyjaźniliście się z byłymi więźniami po wojnie?

Na początku były spotkania z tymi, co z Chrzanowa. Ale z biegiem czasu to wygasło, każdy miał swoje sprawy, nic ciekawego. Teraz nie mam nikogo, chyba poumierali. W Krakowie mieliśmy Klub Auschwitz, ale to koniec, rozpada się, umarli. Klub Auschwitz prawie nie istnieje.

A czy od razu działał pan w związku ocalonych?

Nie, nie od razu. Musiałem się najpierw głęboko zastanowić, czy warto tam iść. Poszedłem dopiero, gdy dostałem pełną weryfikację. Nie miałem tatuowanego numeru, bo do Monowic trafiłem, jak już nie tatuowali. Miałem więc po wojnie nieprzyjemności bez tego tatuażu, różni mi dogryzali.

Powiem ci jedno: obozy zniszczyły mi życie, to pewne. Jest zwłaszcza jedna straszna strata, której nikt nie może zwrócić: czas. Com zostawił w obozach, to już przeszło. I tego nie da się wrócić ani cofnąć. I żadne rekompensaty nic nie dadzą. Nigdy też nie poszedłem na studia, ten czas młodości przesiedziałem w obozie, potem w Bieszczadach, a potem trzeba było pracować, by przeżyć. Ale dosyć tych smutków na dziś, czego się napijemy?