Klątwy - Claudia Piñeiro - ebook
Opis

„Oszołamiająca podróż do sedna nowoczesnej polityki” El Sur Gdzie leży granica lojalności? Román Sabaté, młody chłopak z argentyńskiej prowincji, przeprowadza się do Buenos Aires i rozpaczliwie poszukuje pracy. Przypadek sprawia , że zostaje przyjęty na stanowisko osobistego sekretarza pewnego obiecującego polityka. Prawdziwe motywacje jego pracodawcy są jednak znacznie bardziej perfidne, niż mogłoby się wydawać. Konflikt między Románem a Fernando Rovirą, jego przełożonym, staje się osią powieści, która bezlitośnie obnaża mechanizmy tak zwanej „nowej polityki”, opierającej się na pragmatyzmie podszytym kłamstwem i niepohamowaną ambicją. Rovira twierdzi, że jest wrogiem starego układu, rzucającego kłody pod nogi wszystkim, którzy rzeczywiście pragną coś zmienić. Zamierza stworzyć nową, lepszą Argentynę, ale by stanąć na swoim, nie cofnie się przed niczym – nawet przed zbrodnią. Wstrząsająca powieść o kulisach świata, w którym wszystkie chwyty są dozwolone

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 404

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Las Maldiciones

© Claudia Piñeiro

c/o Schavelzon Graham Agencia Literaria

www.schavelzongraham.com

Ciudad Autónoma de Buenos Aires 2017

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2019 for the Polish translation by Katarzyna Okrasko

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Edyta Malinowska-Klimiuk, Iwona Wyrwisz

Obra editada en el marco del Programa “Sur” de Apoyo a las Traducciones del Ministerio de Relaciones Exteriores y Culto de la República Argentina.

Książka wydana w ramach Programu Wspierania Tłumaczeń „Sur”, realizowanego przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Wyznań Republiki Argentyńskiej.

ISBN: 978-83-8110-807-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2019

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Ricarda,

ta powieść jest dla niego bardziej niż jakakolwiek inna

Od Autorki

BohaterowieKlątw istnieją jedynie na kartach tej powieści. Wszelkie podobieństwa do rzeczywistych postaci są wyłącznie kwestią przypadku. Nawet najbardziej utalentowany pisarz nie przebije pomysłów niektórych doradców wizerunku i szefów kampanii.

Erdosain utkwił na sekundę wzrok w kanciastej twarzy rozmówcy, a potem uśmiechając się kpiąco, powiedział:

– Wie pan, że jest pan podobny do Lenina?

I zanim Astrolog zdołał odpowiedzieć, wyszedł.

Roberto Artl, Siedmiu szaleńców

Tak… Ale Lenin wiedział, o co mu chodzi.

Roberto Artl, Los lanzallamas

Nie ma więc powodów, by wątpić w skuteczność pewnych technik magicznych. Ale wraz z tym okazuje się, że skuteczność magii wymaga wiary w magię i że wiara ta występuje w trzech dopełniających się postaciach: jest to przede wszystkim wiara czarownika w skuteczność jego technik; jest to, dalej, wiara we władzę czarownika u chorego, którym on się opiekuje, lub u ofiary, którą on prześladuje; są to, wreszcie, zaufanie i wymagania opinii zbiorowej.

Claude Lévi-Strauss, Czarownik i jego magia,przeł. Krzysztof Pomian

1

Każdy mężczyzna i każda kobieta noszą brzemię własnej klątwy. Niektórzy poświęcają całe swoje życie na to, żeby ją odczynić albo przezwyciężyć; sądzą, że są na tyle silni, by móc ją przechytrzyć, i tak oto od pierwszego do ostatniego dnia toczą absurdalną, nierówną i bezużyteczną walkę. Inni natomiast nie walczą ze swoją klątwą, po prostu godzą się z nią, uczą się zabierać ją ze sobą jak walizkę, którą bierze się wszędzie, starając się, żeby ciążyła jak najmniej; obserwują ją kątem oka, sprawują nad nią kontrolę, nie odnosząc zwycięstwa, od początku do końca zdają sobie sprawę z jej obecności i chociaż uważają, żeby nie dotknęła ich szczególnie mocno, nie okazała się dla nich zbyt okrutna, próbują też jak najmniej zawracać sobie nią głowę. Ale istnieje również trzecia, najbardziej uprzywilejowana kategoria – tych, którzy nawet nie są swojej klątwy świadomi. Román Sabaté jest jednym z uprzywilejowanych. I chociaż nad nim, jak nad wszystkimi, także wisi jego klątwa, on nie wie o tym i to czyni go wolnym. Románowi nawet do głowy by nie przyszło, że jego życie może zależeć od jakiegokolwiek uroku; jest ignorantem i to właśnie czyni go mądrym.

Dziś jednak Román czuje mdłości i silny ból żołądka. Nie widzi związku między tym bólem a rzekomą klątwą. Poszukuje jego przyczyn w tym, co go otacza. Rozgląda się wokół. Skupia się na zapachach. Sądzi, że przyczyną tego dyskomfortu odczuwanego za mostkiem jest miejsce, w którym się znalazł w oczekiwaniu na odjazd autobusu. Nie obwinia o swój stan ani zmęczenia, ani nerwów, tym bardziej poczucia winy. Bar na dworcu autobusowym Retiro wydaje mu się okropnym miejscem. Szuka innego słowa, bo to przypomina mu o osobie, która używa go w co drugim zdaniu. Albo używała, poprawia się. Nie chce pamiętać tego słowa akurat w tym momencie. On nie używa go, nigdy go nie używał, ale w tej chwili nie przychodzi mu do głowy żaden synonim i uparcie narzuca mu się właśnie ten przymiotnik: okropny. Światło jarzeniówek razi go w oczy podrażnione brakiem snu, biały zimny blask wbija się niczym igła w lewy woreczek łzowy. Czarne krzesła z metalowymi oparciami nie poprawiają sytuacji, rozklekotane od ciągłego przesuwania ich w tę i we w tę po szarej mozaice, z pęknięciami w tapicerce ze sztucznej skóry, przez które wylewa się stare brudne piankowe wypełnienie. Zapach jedzenia miesza się z silną wonią jakiegoś środka dezynfekującego, która dociera z łazienki, a rezultat spotkania obu tych zapachów jest gorszy niż każdy z nich osobno. Telewizor najnowszej generacji, zainstalowany na szarym uchwycie pod kątem tak, że wisi prawie u sufitu, nadaje wiadomości. Román podejrzewa, że ten nowoczesny telewizor, który tak kontrastuje z resztą mebli, wisi tu od ostatnich mistrzostw świata w piłce nożnej. Przypomina sobie, gdzie oglądał wówczas większość meczów, na sześćdziesięciocalowym monitorze LED HD, sprawiającym wrażenie małego ekranu kinowego, w otoczeniu talerzyków sushi, którego nie jadł i nie je, i swojej ekipy. Ekipa, kolejne słowo, o którym wolałby zapomnieć.

Odkręca butelkę i nalewa wodę gazowaną do dwóch szklanek. Dawniej bywał w podobnych barach na dworcach autobusowych, ale upłynęło od tej pory dużo czasu. Jest młody, nie ma jeszcze trzydziestki, więc pięć czy sześć lat to dla niego sporo. Nagle w tym barze dociera do niego, że ostatnio podróżował wyłącznie samolotami, prywatnymi samochodami, kiedy nie było dobrych połączeń albo na krótkich dystansach, statkiem, jeśli wybierał się do Montevideo lub do Colonii, żeby przeprowadzić jakieś operacje bankowe, do których miał upoważnienie, zdarzało mu się latać helikopterem. Nigdy nie wybierał autokaru. Chociaż nie, zdarzyło mu się to raz, kiedy wracał z Cariló, i o tym również nie chce pamiętać. Ale to było nieprzewidziane – w tamtą stronę jechał autem i miał nim wrócić. A podczas podróży powrotnych nie przesiaduje się w barach, podróżny wracający do domu zjawia się na dworcu chwilę przed odjazdem. Wcześniej, owszem, często bywał w takich miejscach, w takich barach. Kiedy wyjeżdżał z przyjaciółmi na wakacje, kiedy pierwszy raz przyjechał do Buenos Aires, kiedy wracał jeszcze do Santa Fe, by odwiedzić rodziców. Kiedyś, gdy ruszył do Mendozy w poszukiwaniu Caroliny, narzeczonej, którą od czasu do czasu jeszcze widuje w snach albo wydaje mu się, że widzi ją na ulicy spacerującą z wielkim brzuchem, w dziewiątym miesiącu ciąży. Wielokrotnie bywał w podobnych miejscach, ale nigdy z trzylatkiem, którego o tej porze morzy senność. Z dzieckiem, które pokonane zmęczeniem, położyło głowę na fornirowanym blacie i nie mając innej poduszki niż najmiększa część swojego ramienia, usnęło. Z chłopcem, który nie sprawia żadnego kłopotu i nie jest niczemu winien, jakże bowiem dziecko mogłoby być czemukolwiek winne?

Czy postąpił słusznie, nie mówiąc nawet Chince, dokąd wyjeżdża i dlaczego? Zastanawia się nad tym, odkąd usiedli w tym barze. Może jej powinien był powiedzieć. Ma jeszcze czas. Potrzebuje jej. Bierze telefon komórkowy, szuka nazwiska w kontaktach, spogląda na jej fotografię i znów się waha. Patrzy na nią i uznaje, że ten impuls, to pragnienie, by porozmawiać z nią właśnie w tej chwili, jest irracjonalny, że to wręcz szaleństwo. Natychmiast się rozmyśla, w dodatku otwiera aparat i wyjmuje z niego baterię i kartę SIM; nie wie, czy to wystarczy, ale przecież nauczono go, że jeśli kiedykolwiek się zdarzy, iż nie będzie chciał, aby go namierzono, tak właśnie powinien postąpić. To część „protokołu”. Nigdy jeszcze nie miał okazji spróbować, czy to działa.

Kelner przynosi rachunek. Román nie pamięta, czy prosił o niego czy nie, ale kelner stoi przy nim z wydrukiem z kasy, po chwili kładzie go pod butelką wody gazowanej, do połowy pełnej, spogląda w telewizor i mówi:

– Wszyscy kłamią.

Román unosi wzrok i widzi to, czego się spodziewał: twarz Fernanda Roviry na pierwszym planie. Podejrzewał, że go ujrzy, nie dlatego, że Fernando jest jedynym kłamcą albo nawet tym, do kogo ten epitet najbardziej pasuje, lecz dlatego, że ostatnimi czasy nie traci okazji, żeby pokazać się w każdym kanale informacyjnym cieszącym się jaką taką oglądalnością. I dlatego, że Fernando Rovira stał się jego przeznaczeniem, jego karmą. Nie musi go słuchać, żeby wiedzieć, o czym mówi, nie musi nawet czytać paska, by potwierdzić swoje przypuszczenia. „Rovira nalega, żeby podzielić prowincję Buenos Aires na dwie części przed następnymi wyborami”. Postawa, którą prezentuje przed kamerami, pozwala się domyślić kilku rzeczy. Po pierwsze, że wyjaśnienie sprawy zabójstwa Lucrecii Bonary, jego żony, jeszcze kilka miesięcy temu priorytetu, kiedy tylko podsuwano mu mikrofon, ustąpiło miejsca innym kwestiom. Po drugie, że podział prowincji i zostanie gubernatorem części, która bardziej mu się podoba, są w tej chwili jedynym, co spędza mu sen z powiek. I po trzecie, co dla Romána najważniejsze, Rovira nie ma jeszcze pojęcia o tym, że on go opuścił i w jakich okolicznościach. Wywiad dobiega końca i Román zastanawia się, czy dziennikarz wspomniał chociaż o śmierci Bonary, zapytał o postępy w śledztwie, o rozważane hipotezy i krąg podejrzanych. A może dla mediów to zabójstwo teraz, rok po jego popełnieniu, przestało być wydarzeniem, któremu warto poświęcić choćby chwilę czasu antenowego, bo zastąpiły je aktualniejsze sprawy. Jak podział prowincji Buenos Aires. Kelner nie ustępuje:

– Wszyscy kłamią.

I jakby na dowód swoich słów podnosi pilota, którego ma w kieszeni, celuje w telewizor i pogłaśnia dźwięk. Rovira się żegna, wywiad dobiega końca:

– Nie chodzi nam o zrównoważoną prowincję Buenos Aires. Chodzi nam o zastąpienie niemożliwego Buenos Aires dwoma zrównoważonymi Buenos Aires. Bardzo dziękuję.

– Ściema – mówi kelner.

– Tata? – pyta Joaquín, który siedzi tyłem do telewizora. Podnosi głowę i spogląda na Romána zdezorientowany, jakby nie obudził się do końca.

– Co do cholery ma znaczyć „zrównoważona”? Możesz mi wyjaśnić? – pyta kelner.

– Żebym to ja wiedział. – Román kładzie na stole pieniądze i wstaje. – Idziemy – mówi. – Nasz autokar za chwilę odjeżdża.

Chłopiec, nie wstając z krzesła, wyciąga ku niemu ręce, żeby go podniósł. Román zarzuca plecak, nie spakowali zbyt wielu ubrań, ale te, które zabrali, plus kilka książek, koperta ze zdjęciem i dokumenty – nie mógł się zdecydować, czy zniszczyć je od razu, czy zachować na później – ciążą mu na plecach. Najbardziej dokucza mu jednak czubek drabiny wozu strażackiego, jedyna zabawka Joaquína, którą wzięli. Wóz jest drewniany, Román pomógł mu złożyć go z części, a potem razem go pomalowali. Ucieszył się, że chłopiec wskazał właśnie ten wóz, kiedy powiedział mu, że może zabrać ze sobą na wycieczkę tylko jedną zabawkę. Román reguluje ramiączka, wreszcie czuje, że ciężar plecaka rozkłada się równomiernie na plecach. Wówczas, odzyskawszy równowagę, patrzy na Joaquína – który wciąż wyciąga ku niemu ramiona – uśmiecha się, bierze go na ręce i mówi:

– Idziemy, mistrzu.

Opuszczają bar. Ten okropny bar. Na ekranie za ich plecami znów pojawia się Fernando Rovira. Ani Román, ani Joaquín już go nie widzą. Idą razem na peron, który im wskazano, gdy kupowali bilety. Prawdopodobnie Joaquín znów zaśnie na jego ramieniu. Román z chłopcem w ramionach ustawia się w kolejce. Nie zdejmuje plecaka. Ma bilety i dokumenty obojga w kieszeni dżinsów. Ale dopiero teraz, gdy stoją w kolejce w ciemnościach rozświetlanych tylko światłami autokarów podjeżdżających na perony, zastanawia się, czy zabieranie dziecka w tak daleką podróż nie wymaga jakiegoś pozwolenia. Pytanie spada na niego niczym błyskawica, to igła, która wbija się w niego, jak światło dworcowego baru wbiło mu się w woreczek łzowy. Wcześniej o tym nie pomyślał. Nie zna odpowiedzi. Pozna ją już za chwilę, kiedy nadjedzie autokar, a on spróbuje wsiąść do niego z Joaquínem.

Ma nadzieję, że nie potrzeba żadnego pozwolenia. Jeśli jest inaczej, cały jego misterny plan spali na panewce. Jeden niedopracowany szczegół może wszystko popsuć.

Albo i nie. Trzeba mieć nadzieję.

Naprawdę trzeba mieć nadzieję.

A jeśli nie, trzeba będzie jeszcze raz przemyśleć wszystko od nowa.

Dla niego nie byłby to pierwszy raz.

2

Można znaleźć się w świecie polityki z wielu powodów. Jedne są bardziej usprawiedliwione, inne mniej. A także przez pomyłkę, opieszałość, nieumiejętność powiedzenia „nie”. Dlatego, że ktoś znalazł się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Albo w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Dlatego, że z czegoś przecież trzeba żyć, i dla mnie pięć lat temu był to najważniejszy powód: niewielkie oszczędności, które przywiozłem ze sobą do Buenos Aires, wystarczyłyby mi, gdybym gospodarował nimi bardzo oszczędnie, na przeżycie zaledwie dwóch miesięcy.

Szybko zrozumiałem, że zbyt wiele osób żyje z polityki, lepiej lub gorzej. „Teraz, kiedy już jesteś w środku, mógłbyś mi załatwić podatek zryczałtowany?” – to jedna z pierwszych próśb, jakie usłyszałem, kiedy dołączyłem do partii. I tego samego dnia zrozumiałem, że te prośby będę słyszał ciągle. Nie miałem pojęcia, co to znaczy „załatwić podatek zryczałtowany” ani: „Potem zobaczymy, jak ci się odwdzięczę”. Nowa rzeczywistość. I wszystko dlatego, że pewnego ranka, nie zastanowiwszy się nad tym zbyt gruntownie, poszedłem z Sebastiánem Petitem, przyjacielem, z którym dzieliłem wynajmowany pokój, na rozmowę o pracę. W ten sposób wkroczyłem do świata polityki. A raczej polityków. Bo z polityką, przyznaję szczerze, nigdy nie miałem zbyt wiele wspólnego.

Rozmowa o pracę odbyła się w siedzibie partii Pragma, założonej kilka lat wcześniej przez Fernanda Rovirę, dewelopera i właściciela terenów na północy Wielkiego Buenos Aires, który zbił błyskawicznie fortunę, nabywając działki budowlane i wznosząc na nich zamknięte osiedla. Do tego dochodziły jakieś bliżej niesprecyzowane transakcje giełdowe. Potem zwerbował do swojej partii sąsiadów „zmęczonych starą polityką, która wsadza kij w szprychy każdemu, kto chce pracować dla tego kraju”. Stanął do wyborów na prezydenta miasta i odniósł niebywały sukces. Jak jego adwersarzom brakowało charyzmy, tak on miał jej aż nadto. Wyprzedził aż o czterdzieści punktów procentowych kandydata, który zajął drugie miejsce. Jego sukces zainteresował biznesmenów, niezależnych polityków, media i każda z tych grup pomogła mu na swój sposób umocnić pozycję Pragmy. „Najważniejsze jest działanie, żeby zmieniać kraj na lepsze”. Sebastián naprawdę wierzył, że Fernando Rovira może zainicjować zmianę. Jego wizytówkę jako polityka stanowił niepodważalny sukces wszystkich projektów, których się podejmował zarówno prywatnie, jak i w sferze publicznej. Rara avis w świecie polityki, nie miał za sobą kariery działacza, nie trzymał się ideologicznych paradygmatów, nie należał do żadnej z potężnych grup interesów ani nie był potomkiem żadnej z najbardziej wpływowych rodzin w kraju. Po prostu przedsiębiorczy mężczyzna potrafiący otoczyć się najlepszymi i najzdolniejszymi współpracownikami.

Sebastián go podziwiał; ja widziałem go kilka razy w telewizji. Mój przyjaciel studiował nauki polityczne, kierunek, który dawał mu doskonałe przygotowanie teoretyczne, co Sebastián podkreślał przy każdej nadarzającej się sposobności. A jednak kiedy przygotowywał się do tej rozmowy, jego argumenty wydawały mi się bardziej emocjonalne niż racjonalne. Przez całą noc nawijał jak szalony o wielkiej okazji, jaką stanowi dla niego bycie częścią formacji politycznej, która stawia na „perfekcję”. Słowo „perfekcja”, powtarzające się raz po raz w jego entuzjastycznym monologu, irytowało mnie. Może dlatego, że wymawiał je ze szczególnym naciskiem, jakby miało być kluczem do wszystkiego. Kiedy je wypowiadał, przymykał oczy, modulował sylaby i podkreślał każdą gestem palca wskazującego niczym dyrygent orkiestry. Per-fek-cję. Słuchałem go, leżąc w łóżku, podczas gdy on krążył po naszym wspólnym pokoju. Mówił bez przerwy, gestykulował, chwilami sprawiał wrażenie opętanego. Poznaliśmy się niedługo przedtem na wakacjach w Mendozie, obaj byliśmy sami i spędziliśmy kilka nocy w górskim schronisku w Uspallacie. Ja pojechałem tam za Caroliną, tą narzeczoną, którą wciąż jeszcze wspominam, a wspominam nie dlatego, że tak bardzo byłem w niej zakochany, ale dlatego, że wiele zdarzeń z ostatnich lat mojego życia sprawiło, że wciąż stają mi w pamięci moje słowa, które zakończyły nasz związek. „Nie wiem, czy chcę być ojcem, ani teraz, ani kiedykolwiek”. Powiedziałem to, ona mnie zostawiła, ja pojechałem za nią. Sądziłem, że przesadza, że potraktowała zbyt poważnie rozmowę, która zaczęła się od wygłupu. Uważałem nawet, że specjalnie szarżuje, by doprowadzić do jednego z tych powieściowych pojednań, tak przez nią lubianych. Byłem pewien, że porozmawiamy spokojnie i wszystko będzie jak dawniej. Znalazłem ją w Mendozie, w domu jej dziadków, pocałowałem, objęliśmy się, ale po chwili powróciła do tematu, jeszcze bardziej natarczywie. Poczułem się przytłoczony, nie mogłem uwierzyć, że zaczniemy od nowa tę samą kłótnię, jakbyśmy przed chwilą nie całowali się tak namiętnie. Nie znalazłem sposobu, żeby wyjaśnić nieporozumienie – o ile to było nieporozumienie – i chociaż nie chciałem kończyć tego związku, nie potrafiłem powiedzieć nic innego niż wcześniej. Mogłem wprawdzie unikać tematu, śmiać się, próbować sprowadzić konwersację na inne tory, pocałować ją jeszcze raz, może nawet setki razy, potraktować to jako inscenizację i wygłosić kwestię, której ode mnie oczekiwała. Ale Carolina uparcie wracała do macierzyństwa, do ojcostwa, do dzieci i choćbym nawet bardzo chciał, nie potrafiłem jej okłamywać. Nie byłem pewien, czy chcę zostać ojcem, ani tamtego dnia, ani w mgliście nieokreślonej przyszłości. Nie chodziło o to, że podjąłem już decyzję, nie chodziło o kwestię nienaruszalnych przekonań, po prostu póki mnie o to nie zapytała, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Rozważania, czy chcę zostać ojcem czy nie, nie mieściły się wówczas w moim świecie. Miałem niewiele ponad dwadzieścia lat, żaden z moich kolegów nie myślał o dzieciach. Podobnie jak większość naszych rówieśników imprezowaliśmy, studiowaliśmy, upijaliśmy się, niektórzy zaczynali pracować, marzyliśmy o tym, że wkrótce wyprowadzimy się od rodziców i za swoją pensję będziemy podróżować albo poderwiemy najładniejszą ze znajomych dziewczyn. Ale czy zostaniemy rodzicami? Nie stawialiśmy sobie tego pytania. Tamtego popołudnia w Mendozie, po tym, jak całowaliśmy się, aż zabrakło nam tchu, Carolina powiedziała, że rozumie moje wahania, lecz ona ona jest przekonana z kolei, że nie chce pozostawać w związku z kimś, kto ją „skaże na to, że będzie matką”. Naprawdę ją na to skazywałem? Nie rozpoznawałem siebie w tym opisie. Skończyliśmy szkołę średnią i żadne z nas nie przykładało się zbytnio do studiów uniwersyteckich poza tym, że uczęszczaliśmy na jakieś zajęcia bez zbytniego zaangażowania. „Ojciec”. „Matka”. To do nas nie pasowało. Byliśmy parą smarkaczy, którzy się spotykają.

Błąd. To j a  byłem smarkaczem, a Carolina nie. Więc mnie rzuciła.

Uparła się, że to już nieodwołalny koniec, a ja pomyślałem, że nie mogę następnego dnia ot tak wrócić do domu, gdyż moi rodzice i przyjaciele zażądaliby ode mnie szczegółowych wyjaśnień. Postanowiłem zostać jeszcze kilka dni i powłóczyć się po okolicy. Poszedłem na dworzec autobusowy, przyjrzałem się rozkładowi jazdy, wybrałem autobus, który za chwilę ruszał, wsiadłem do niego i pojechałem do Uspallaty. Sebastián dotarł tam jakieś dwa, trzy dni wcześniej. Również podróżował samotnie, jak mi wytłumaczył, po roku intensywnej nauki i wyczerpującej pracy musiał wyjechać daleko i pobyć sam. Długo po naszym pierwszym spotkaniu dowiedziałem się, że przed wyjazdem przeżywał okres bardzo gwałtowanego załamania i że te wakacje były rozpaczliwą próbą wyjścia ze stanu, którego on nigdy nie nazywał po imieniu. I że miał niewielu przyjaciół; trudno mu przychodziło utrzymywać znajomości, bo osoby z jego otoczenia męczyła jego niespożyta energia przeplatająca się z okresami najbardziej ponurych ciemności. W Uspallacie jeszcze niewiele o sobie wiedzieliśmy, tyle, ile można dowiedzieć się o kimś, kogo spotykasz przypadkiem i nocujesz z nim w chatce w górach. A jednak takie sytuacje często fałszują relację z drugą osobą, przyczyniają się do zaistnienia czegoś w rodzaju pozornego braterstwa z powodu intensywności doświadczenia, kiedy dzielisz z kimś czas i przestrzeń. I pewnie na tym by się skończyło, pożegnalibyśmy się którąś z oficjalnych formułek: „do zobaczenia”, „zdzwonimy się” albo „napiszę do ciebie” i zapewne nie zrobilibyśmy żadnej z tych rzeczy, gdyby nie to, że ostatniego dnia zdradziłem mu swój pomysł przeprowadzki do Buenos Aires. Była to mglista idea, wypowiedziane na głos marzenie, które nie miało daty realizacji: bliżej nieokreślona przyszłość, nie wiedziałem jeszcze, kiedy się na to zdobędę. Sebastián natychmiast wspomniał, że mógłbym zostać jego współlokatorem, kiedy tylko dostał pierwszą pensję, wynajął pokój i wyprowadził się od rodziców. Ponaglał mnie, żebym szybko się zdecydował. „Nie możesz stracić takiej okazji, mam wielu chętnych”, powtórzył kilka razy. Wydał mi się zupełnie szczery, nalegał do znudzenia, zapisał na kartce adres, abym miał pewność, że zaproszenie nie jest tylko kurtuazyjnym gestem. Obu nam przydałoby się partycypować w kosztach, a skoro poczuliśmy się braćmi w górskiej chatce, czemu nie spróbować w Buenos Aires? A dlaczego próbować w Buenos Aires? powinienem był zapytać. Jednak niedługo później tam się właśnie znaleźliśmy, dwie osoby niemające ze sobą nic wspólnego, dzielące przestrzeń o wiele mniejszą niż górska chatka w Uspallacie, tyle że nie na chwilę, a na czas nie tylko dłuższy, ale wręcz nieokreślony.

Tamtej nocy poprzedzającej spotkanie w sprawie pracy Sebastián przemierzał długimi krokami przestrzeń od ściany do ściany, a ja miałem wrażenie, że zaraz zacznie podskakiwać, taka rozpierała go energia. I wciąż przeciągał sylaby w słowie: per-fek-cja. W moim domu o polityce nie rozmawiało się zbyt wiele, stawała się natomiast głównym tematem, kiedy odwiedzał nas wuj Adolfo, brat mojego ojca, kilka lat od niego starszy. Adolfo był radnym z ramienia Unión Cívica Radical* w swoim rodzinnym mieście San Nicolás. „Radnym wybranym w demokratycznych wyborach – zwykł podkreślać przy każdej okazji. – Nie zrobiłem kariery politycznej tylko dlatego, że zbyt prędko się rozwiodłem, a wiadomo przecież, że w UCR żaden rozwodnik nie zrobi kariery. Dlatego wszyscy jej działacze ciągną swoje małżeństwa, choćby nawet okazały się gówno warte”. A jak tysiące razy opowiadał wuj, jego własne małżeństwo zabijało go powoli, odbierało mu chęć do życia. Miał do wyboru albo pozostać z żoną i schrzanić sobie życie, albo schrzanić sobie karierę. „Wiedziałem o tym, ale nie nadaję się do tego, żeby się wkurwiać co dzień rano, kiedy wstaję, i każdego wieczoru, kiedy kładę się spać. A tym właśnie było moje małżeństwo, ciągłym wkurwem”.

Więc się rozwiódł. „Był to błąd strategiczny z punktu widzenia kariery, za to wygrałem zdrowie. Jeśli jesteś radykałem, możesz mieć utrzymankę, kochankę, dwie rodziny, kupić mieszkanie swojej dziewczynie, jeśli starczy ci odwagi, chodzić na dziwki, ale rozwieść się: nigdy! Peroniści owszem, takiemu peroniście żona może wyrzucić ubrania przez okno, zmienić zamki, wystawić go w samych gaciach na klatkę schodową w środku nocy, może pogrążyć go w telewizji, pozwać do sądu i podczas procesu zdradzić wiele kompromitujących faktów, i nic. Jeśli jesteś radykałem, już po tobie. Możesz robić, co chcesz, ale po cichu i bez skandali”. Podczas każdej wizyty Adolfo w którymś momencie powracał do tematu swojej zaprzepaszczonej kariery politycznej, zwłaszcza kiedy się dowiadywał, że któryś z jego kolegów, w jego mniemaniu o wiele mniej uzdolniony niż on, zajmuje jakieś ważne stanowisko. „Ja byłem tylko radnym, a zobacz, jak wysoko zaszedł ten idiota…”. „Dobrze zrobiłeś, Adolfo”, zapewniał go mój ojciec i po chwili zabierali się do szlifowania mebli. Obaj prowadzili zakłady stolarskie, mój dziadek był stolarzem i obydwu wyuczył fachu. Wuj został w San Nicolás, ojciec założył własny zakład w Santa Fe, skąd pochodziła moja matka. Z czasem zaczęli podzlecać innym większość zamówień, a sami wykonywali tylko te meble, które najbardziej im się podobały. Ale tradycja rodzinna pracy w drewnie urwała się w moim pokoleniu, Adolfo nie miał dzieci, a ja potrafiłem wykonywać proste prace stolarskie i nawet podobało mi się to jako hobby, nie wyobrażałem sobie jednak, że odziedziczę po ojcu warsztat. Moja matka też nie chciała dla mnie takiej przyszłości, wręcz przeciwnie, była największą marzycielką z całej naszej rodziny i pragnęła dla swojego jedynego dziecka jakiejś innej, bliżej niesprecyzowanej kariery. Przynajmniej do czasu tego wypadku pomiędzy Santa Fe a Entre Ríos, po którym stała się lękliwa, wycofana. Nie wiem, czy mojego ojca interesowało to, co opowiadał Adolfo o swojej porażce jako polityka, czy po prostu lubił słuchać jego pewnego siebie głosu, intonacji pełnej entuzjazmu, czasem nawet zapalczywej, dającej wyraz temu, że zawsze głęboko wierzył w swoje słowa. Bo starszy brat zastępował mojemu tacie ojca, odkąd ich matka została wdową, gdy mieli zaledwie piętnaście i siedem lat. Tydzień po pogrzebie Adolfo przejął rodzinny interes i zaczął ich utrzymywać. Był więc dla niego kimś więcej niż brat, był jego ojcem i bohaterem, chociaż od tamtej chwili upłynęło już wiele czasu i obaj przeżyli swoje. Ilekroć Adolfo nas odwiedzał, a zdarzało się to dwa, trzy razy w roku, mój ojciec poświęcał mu cały swój czas i uwagę. I przez większą część wizyty słuchał, jak wuj rozprawia o polityce. Moja matka bardzo go ceniła, ale nie podzielała bezwarunkowego zachwytu ojca. Ten dystans pozwolił jej odkryć, że większość zdań, powtarzanych przez Adolfa podczas każdej wizyty jako maksymy własnego autorstwa, wuj zapożyczył od jakiegoś radykalnego działacza, słynniejszego niż on. Zwykle były to cytaty z Raúla Alfonsína, którego rzekomo uchronił od zamachu w San Nicolás w 1991 roku, zasłoniwszy go własnym ciałem, kiedy padł pierwszy strzał. „Ja pierwszy rzuciłem się w kierunku Raúla, potem dołączyli do mnie inni”. Używał zdań byłego prezydenta jak swoich własnych. Któregoś razu moja matka, gdy plagiat szczególnie ją oburzył, powiedziała o tym wujowi, Adolfo zaś odparł zupełnie niezmieszany: „No tak, usłyszał je ode mnie podczas rozmowy na którymś plenum i przyjął za swoje. To prawdziwy powód do dumy, nie będę przecież żądał od niego przypisów”. Uznawałem więc Adolfa za autora takich haseł, jak: „Podążajcie za ideami, nie za ludźmi”, „Mamy wolność, ale wciąż brakuje nam równości”, „Gdyby polityka była tylko sztuką tego, co możliwe, byłaby sztuką rezygnacji”, „Nie będziemy spłacać długów głodem ludu”, a nawet: „Demokracja karmi, demokracja uczy, demokracja leczy”. Moja matka z upływem lat miała do niego coraz mniej cierpliwości. „A to słynne zdane Alfonsína: «A tobie, grubasku, całkiem dobrze się wiedzie», też ty wymyśliłeś?”, zapytała go podczas wigilijnej kolacji. „Nie, Raquel, wiesz przecież, że to nie ja”, odparł Adolfo, który jeśli miał wybór, wolał wziąć sobie tylko to co najlepsze. Kiedy wuj odwiedzał nas w Santa Fe, ja krążyłem po warsztacie stolarskim, próbując zrozumieć, o czym mówi, ale nigdy mi się to do końca nie udawało. Zapamiętywałem tylko zdania skradzione innym i powtarzane do znudzenia. Owszem, utkwiły mi w pamięci takie pojedyncze słowa, jak: komitet, równość, wolność, władza ludu, socjaldemokracja, współdziałacz. I hymn: „Adelante, radicales, adelante sin cesar”, który mój wujek śpiewał, a potem powtarzał zawsze ten sam dowcip: „Przypominam tylko, że «sin cesar» znaczy «bezustannie» i nie ma nic wspólnego z Cezarem”. I zaśmiewał się jak dziecko. Ale mógłbym przysiąc, że nigdy nie słyszałem z jego ust słowa „perfekcja”. „No i skończyli, jak skończyli”, odpowiedział mi Sebastián o wiele później, kiedy już obaj należeliśmy do Pragmy, podczas dyskusji, w której wyznałem mu, że nudzi mnie już ten pragmatyczny dyskurs, i opowiedziałem o wujku Adolfie i jego przemowach, tak różnych od przemów Sebastiána. Był jedynym członkiem partii, któremu kiedykolwiek wspomniałem o wuju. Rovirze ani nikomu innemu nie zająknąłem się o nim słowem. Jakby Adolfo Sabaté i Pragma nie należeli do tej samej rzeczywistości i jakbym ja dla dobra wszystkich starał się, żeby tak pozostało. Przynajmniej póki mogłem.

Muszę jednak przyznać, że jak nudziła mnie płomienna mowa Sebastiána w przeddzień rozmowy o pracę, tak zazdrościłem mu entuzjazmu. Może dlatego zdecydowałem się pójść z nim. We mnie, odkąd wyjechałem z Santa Fe, nic nie wzbudziło podobnej ekscytacji. Byłem przygnębiony i skołowany po historii z Caroliną, bałem się, że będę mógł się spotykać z dziewczyną, dopiero gdy zyskam pewność, że chcę zostać ojcem. Sądziłem, że nieprędko się zakocham. „Wiesz co, czemu nie pójdziesz ze mną?”, zapytał Sebastián. „Dokąd?” „Na jutrzejszą rozmowę o pracę w Pragmie”. „Chcesz, żebym ci towarzyszył?” „Chcę, żebyś sam aplikował. Wymagania nie są zbyt ściśle określone, pewnie umiesz coś, co może okazać się przydatne”. Milczałem, zastanawiając się, czy „pewnie umiesz coś, co może okazać się przydatne”, było złośliwością czy zwykłym stwierdzeniem. Nie zdążyłem jednak zaprotestować, zaczął nalegać: „No chodź, nie masz przecież nic do stracenia”. „No tak, nie mam nic do stracenia”, odparłem i w końcu położyliśmy się spać.

Przyszliśmy na spotkanie punktualnie o ósmej, jak w ogłoszeniu, a przed nami stawiło się już sto osób. „Rozmowa o pracę, żeby zostać członkiem partii politycznej? Jak to wszystko się zmieniło, Románie, kiedy to się stało? Gdzie ja wtedy byłem?”, zapytał mnie wujek, kiedy opowiedziałem mu o tym kilka tygodni później. Chociaż w Pragmie nie wspominałem o nim, jemu musiałem opowiedzieć o Pragmie. Dowiedział się od mojego ojca, że pracuję dla partii. Ilekroć się dopytywał, próbowałem oszczędzić mu szczegółów, które wyprowadzały go z równowagi, na przykład tych dotyczących procesu rekrutacyjnego. Stawili się kobiety i mężczyźni, większość w naszym wieku, wszyscy prezentowali pozytywne nastawienie, byli pewni siebie, wręcz wojowniczy. „O kurwa, trochę to potrwa”, jęknął Sebastián. Nie wydawał się jednak zdenerwowany, był pewien, że dostanie jedno z dziesięciu oferowanych stanowisk. „Gdyby wchodziły w rachubę jedno czy dwa stanowiska, miałbym powód do obaw, ale skoro jest ich aż dziesięć, na pewno mi się uda. Ci ludzie potrafią wybierać”. Sebastián się uparł, że pożyczy mi marynarkę, ale odmówiłem. Zgodziłem się natomiast, żeby pożyczył mi białą koszulę, którą włożyłem do jedynej pary dżinsów, jaką miałem, na szczęście dopiero co odebrałem je z pralni. Pożyczyłem też parę żeglarskich mokasynów, o numer za małych, zrobił mi się na pięcie pęcherz, który pamiętam do dziś. Miałem do wyboru tylko parę czarnych klapek, parę znoszonych espadryli i buty do biegania, które mój współlokator uznał za zupełnie nienadające się na tę okazję. „Raczej nie każą ci biegać”, powiedział. Sebastián włożył szare spodnie, niebieską marynarkę, koszulę w błękitno-białą kratę, sznurowane buty, w kieszeni zaś miał starannie złożony krawat. „Na miejscu ocenię sytuację, bo niedobrze być jedyną osobą pod krawatem, to może obrócić się przeciwko tobie”, wyjaśnił, kiedy dopijaliśmy kawę w barze na rogu naszej ulicy.

Niedawno otwarta nowa siedziba partii Roviry znajdowała się tam, gdzie Palermo zachowuje jeszcze swoją nazwę, ale w gruncie rzeczy jest już inną dzielnicą: Chacarita, Villa Urquiza, Belgrano, trudno powiedzieć. Wkrótce po przeprowadzce do Buenos Aires zrozumiałem, że w razie wątpliwości każdy obszar podpada tam pod ogólny termin „Palermo”. Był to odnowiony budynek, pomalowany na odcień fioletu, bardzo wówczas w mieście modny, łatwy do pomylenia z luksusowym hotelem. Kolejka ustawiła się na chodniku, nie na tym, gdzie znajdowała się siedziba Pragmy, lecz po przeciwnej stronie. Z początku nie przykładałem do tego zbytniej wagi, pomyślałem, że ludzie zrobili tak, by nie blokować wejścia. I tak dwie wielkie rośliny w ogromnych donicach i rząd markowych motocykli ustawionych przy drzwiach budynku pozostawiały niewiele miejsca pieszym. A jednak kiedy czas mijał, zacząłem się czuć, jakby ktoś obserwował nas przez lustro weneckie, miałem wrażenie, że od czasu do czasu ktoś uchyla delikatnie zasłony na pierwszym piętrze, żeby nam się przyjrzeć. Wielu młodych ludzi należących już do „ekipy” wyszło, by rozdać nam formularze, które mogliśmy wypełnić w kolejce. Zaproponowałem Sebastiánowi, żeby wypełnił swój formularz na moich plecach, ale pomysł wydał mu się chybiony. „Ci ludzie zwracają uwagę na wszystko. Każdy gest, każdy ruch aplikującego pozwala im wyciągnąć wnioski na temat jego charakteru. A my nie jesteśmy z tych, który pozwalają, żeby ktoś inny pisał im na plecach, tak czy nie?”, zapytał. Ściągnąłem brwi z powątpiewaniem, przypominając sobie, ile razy stosowaliśmy tę metodę z przyjaciółmi z Santa Fe. Ale nie dyskutowaliśmy o tym, bo Sebastián szybko zmienił temat. „Dobrze zrobiłem, przychodząc bez krawata, widziałeś?”, zauważył, przyjrzawszy się ludziom z ekipy ubranym w markowe spodnie i nieskazitelne koszule, w wystudiowanym stylu casualowym. Razem z formularzami rozdawali długopisy z logo Pragmy i własnoręcznym podpisem Fernanda Roviry. Nie mogłem wypełnić rubryki „Ukończone studia wyższe” ani „Studia wyższe w toku”. Mógłbym nawet nagiąć formułkę „w toku” i wstawić fakultet, na który zapisałem się po ukończeniu szkoły średniej i którego nigdy nie skończyłem ani nie zamierzałem kończyć. Nie miałem jednak przekonania do tej pracy, przyszedłem na spotkanie rekrutacyjne głównie po to, żeby zrobić przyjemność Sebastiánowi. Po co miałem kłamać, mówiąc, że studiuję kierunek, którego nie zamierzałem kończyć, skoro stawką była praca, której nie miałem dostać? Prawie jak żart w rubryce „Inne umiejętności” wpisałem: trener osobisty, stolarz, prawo jazdy. I pierwszy zwróciłem formularz.

Myśleliśmy, że kolejnym etapem będzie rozmowa, ale tak się nie stało. To rozczarowało Sebastiána, który od tygodnia przygotowywał sobie perfekcyjną przemowę i zamierzał wyrecytować ją w całości przy pierwszej nadarzającej się okazji. Widziałem, że co noc długo siedzi przed komputerem, rysuje schematy i wykresy, mówi do siebie, podskakuje i klnie pod nosem, że łącze internetowe znów się rwie. Nie miałem pojęcia, że robił to wszystko, przygotowując się do rozmowy rekrutacyjnej w Pragmie. „Zapewniam cię, że dzięki temu speechowi wzięliby mnie pierwszego”, narzekał. A tymczasem kazali nam wejść do dużej sali na parterze, dali nam wszystkim śniadanie, podziękowali, że okazaliśmy zainteresowanie ogłoszeniem, i oznajmili, że kiedy podejmą już decyzję co do dziesięciu wybranych kandydatów, skontaktują się z nimi przez telefon. Sebastián był podekscytowany, obserwował wszystko pożądliwym wzrokiem, zachowywał się jak dziecko w wesołym miasteczku, krążył po sali z przyklejonym uśmiechem, takim samym, jaki widziałem wcześniej w Uspallacie, po tym jak wypiliśmy na pół malbeca, który znacznie wykraczał poza mój budżet. I chociaż nie miał okazji, żeby wygłosić swoje przemówienie, raz po raz podchodził do członków Pragmy i rozmawiał z nimi tak, jakby już tam pracował.

Kiedy kilka dni później odebrałem telefon, że mam się stawić w pracy następnego dnia, Sebastián przeżył prawdziwy szok. Miał potem do mnie pretensję, że nie zapytałem, czy jego nie ma wśród wybranych. „Może dzwonią indywidualnie i nie zwrócili uwagi, że jesteśmy pod tym samym numerem telefonu”. Tym zdołałem uspokoić go na jakiś czas. „Tak, zaczekajmy jeszcze trochę, na pewno zadzwonią jeszcze raz”. Ale nie zadzwonili. Upływały godziny, a ja poznałem oblicze Sebastiána do tej pory zupełnie mi obce: twarz mu stężała, bębnił nerwowo palcami o stół, krążył po pokoju ze wzrokiem wbitym w buty, patrzył tępo w jakiś punkt na ścianie, od czasu do czasu z ust wyrywał mu się jakiś okrzyk albo przekleństwo. W końcu rąbnął pięścią w drzwi wejściowe z taką furią, że się przestraszyłem.

„Co ty kurwa wpisałeś w tym formularzu, że wybrali ciebie, a nie mnie?”, zapytał mnie w końcu późno w nocy, nie kryjąc rozżalenia. „Nie mam pojęcia, Sebastiánie”, odparłem. Wbił we mnie wzrok, jakby wybierał część twarzy, w którą mnie uderzy. „Jeśli chcesz, nie pójdę tam jutro, dla mnie…”, powiedziałem, bo rzeczywiście wydawało mi się to jedynym wyjściem, żeby jakoś zakończyć tę sprawę. Przerwał mi: „Jutro stawisz się w pracy, będziesz najlepszy ze wszystkich, zaprzyjaźniasz się ze wszystkimi i załatwisz mi stanowisko, jakiekolwiek”. Każdy na moim miejscu posłałby go do diabła za arogancję. Ale chociaż to, co powiedział, brzmiało jak rozkaz, wiedziałem, że tak naprawdę to rozpaczliwe błaganie kogoś, kto potrzebuje pomocy. Dla Sebastiána Petita bycie członkiem Pragmy oznaczało o wiele więcej niż zdobycie posady. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, dodał:

– Wiesz, że dla mnie to sprawa życia i śmierci, prawda?

– Tak, wiem. Oczywiście, że wiem. Nie przejmuj się, na pewno mi się to uda – obiecałem.

I dotrzymałem słowa.

3

Poznałam Romána Sabaté jakieś pięć lat temu, niedługo po jego przyjeździe do Buenos Aires. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, kim jest ani skąd pochodzi. Spotkaliśmy się przelotnie kilka razy, kiedy wykonywałam swoje obowiązki jako reporterka kanału informacyjnego TvNoticias. Przed domem ówczesnego burmistrza San Isidro Fernanda Roviry, w siedzibie Pragmy w Palermo, w biurze doradcy, a właściwie guru przewodniczącego Pragmy Artura Sylvestre w Puerto Madero, w różnych innych miejscach odwiedzanych przez Rovirę – w restauracji, siłowni, gabinetach sojuszników bądź oponentów, którzy zmieniali barwy w zależności od aktualnej sytuacji. Moja ekipa jeździła za politykami. A ja jeździłam tam, gdzie moja ekipa. Román był dla mnie w tym okresie, który wydaje mi się teraz tak odległy, zaledwie kimś z otoczenia Fernanda Roviry, członkiem stałej obsady, jeszcze jednym z ekipy. Nieśmiały, rzadko wypowiadający się dla mediów, okazałby się zupełnie niewidoczny, gdyby nie jeden szczegół: był przystojniejszy od wszystkich, nawet od Roviry, atrakcyjnego czterdziestolatka, którego wiele kobiet uważało za najbardziej sexy pośród argentyńskich polityków. Obaj byli śniadzi, mieli zielone oczy i ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu. I o jednym myślę „przystojny”, a o drugim „sexy”, bo żeby być przystojnym, nie trzeba mieć władzy, w wypadku tego drugiego epitetu – tak.

Zaczęłam poznawać go bliżej trzy lata temu, kiedy przystąpiłam do pisania książki dla Salvatierra Editores, wydawnictwa o kapitale hiszpańskim – tak przynajmniej głosiły pogłoski – które otworzyło filię w Argentynie kilka miesięcy wcześniej i poszukiwało „projektów o wielkim potencjale”. Nawiązałam z nimi kontakt za pośrednictwem Ivana, mojego byłego narzeczonego, który od czasu do czasu telefonował do mnie, zapraszał mnie na kawę, jakby chciał się upewnić, czy nie popełniłam samobójstwa albo nie mam takiego zamiaru po tym, jak zostawił mnie dla mojej najlepszej przyjaciółki. Mój eks nalegał, żebym zajrzała do wydawnictwa, że redaktorzy Salvatierry są otwarci na nowe propozycje, chociaż zawsze poddają je pod ocenę kolegium redakcyjnego. To ostudziło mój entuzjazm, zwracałam się już z propozycjami wydawniczymi do licznych oficyn i „kolegium redakcyjne” jawiło mi się jako ciało służące do podejmowania odmownych decyzji, pod którymi nikt nie musiał podpisywać się własnym nazwiskiem. Poszłam jednak na umówione spotkanie i ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że znam redaktora, który mnie przyjął. Eladia Cantóna, dziennikarza i krytyka literackiego, którego nie widziałam od lat. Był gwiazdą dodatków kulturalnych w latach dziewięćdziesiątych, póki nie opublikował recenzji, w której zmiażdżył książkę syna jednego z właścicieli gazety, i nie tylko wyrzucono go wtedy z pracy, ale też, jak się domyślam, dostał wilczy bilet i nie znalazł zatrudnienia w żadnej liczącej się redakcji. „Co miałem zrobić, Chinko, ta książka to był paździerz, napisano ją chyba nogami. I jeszcze ten tytuł: Wspinaczka na Mount Everest to mój rock and roll i moje przeznaczenie, jaka książka udźwignie taki tytuł? Nawet gdyby sygnował ją sam Mick Jagger. Ja nie chciałem jej recenzować, ale facet się uparł, naciskali, a pod recenzją musiałem podpisać się ja, nie wysłałbym przecież żadnego z kolegów na pewną śmierć”. Okazało się zatem, że Eladio Cantón, który nie podniósł się po tamtej historii i przez dwa lata nie miał stałej pracy, odrobił lekcje i był teraz twarzą firmy, która chciała po prostu robić dobre interesy. „To zupełnie co innego, tu jestem profesjonalistą, nikogo nie oszukuję, nie muszę mówić, że zła książka to ósmy cud świata tylko dlatego, że napisał ją znajomy albo ktoś, komu jestem winien przysługę. Publikuję teksty przyzwoicie napisane, poprawne, interesujące, nie spodziewam się, że wygrają literackie konkursy, nie szukam przyszłych kandydatów do Nagrody Nobla. Szukam książek, które ludzie będą chcieli czytać. Najlepiej, jeśli to nie fikcja. Fikcja się sprostytuowała. Tyle jest książek, które do niczego się nie nadają, są tylko wpatrywaniem się w swój własny pępek, i nic nie mówią czytelnikowi. Są jak pierdnięcie w wodzie. Nonfiki przynajmniej gwarantują jakiś temat, jeśli nie ma tematu, czytelnik nie ma się czego uchwycić. Idziesz do księgarni, czytasz notkę na skrzydełkach, jeśli temat cię zainteresował, świetnie, jeśli nie, wybierasz inną książkę. Nie ma w tym oszustwa. Kiedy czytasz teksty okładkowe o literaturze pięknej, zazwyczaj cię nabierają. Nikt nie napisze: «To nic wielkiego, ostatecznie można przeczytać». A większość współczesnej prozy mieści się w tej właśnie kategorii, da się czytać i nic poza tym. Temat to temat. Do tego wszystko się sprowadza. Ty zaproponuj mi książkę, zaproponuj mi temat, o którym ludzie będą chcieli czytać, i podpiszemy umowę”. Zrobiło mi się dziwnie, kiedy usłyszałam te słowa z ust samego Eladia Cantóna, który wcześniej toczył niekończące się zażarte dyskusje o tym, co jest literaturą, a co nie. „No właśnie tego nie zrozumiałaś, teraz nie wydaję już literatury, teraz wydaję książki. Jeśli masz ochotę, któregoś dnia umówmy się na kawę i możemy godzinami debatować o tym, co to jest literatura. Aj, Chinko, nie pamiętam już, czy to ty nienawidzisz kawy i pijesz tylko herbatę? Ale uwaga, robię to już tylko dla sportu. Tutaj przynieś mi książkę. A ja będę szczęśliwy”.

Po dwóch czy trzech próbach, które go nie usatysfakcjonowały, zaniosłam mu wreszcie projekt książki, który go uszczęśliwił: Klątwa Alsiny. „Kuszący tytuł”, ocenił i podkreślił żółtym markerem słowo klątwa, bo wydało mu się przykuwające uwagę. Usłyszałam tę historię, kiedy kręciłam materiał w La Placie, i od tamtej pory nie dawała mi spokoju. Na razie miałam tylko temat: potwierdzona historycznie porażka wyborcza wszystkich gubernatorów Buenos Aires ubiegających się o stanowisko prezydenta republiki. I dwa, trzy luźne zdania. To było na razie wszystko, ale zamierzałam postarać się o więcej. Cantón poprosił mnie o roboczy spis treści książki i krótki konspekt każdego rozdziału. Zaplanowałam kilka rozdziałów na dogłębne zbadanie kwestii klątwy i czarownicy zwanej Wiedźmą z Tolosy – to ona rzuciła urok; kilka rozdziałów na historie polityków dotkniętych klątwą, wywiady z eksgubernatorami i wpływowymi politykami szczebla lokalnego; kilka rozdziałów na projekty podziału prowincji przedstawione do tej pory razem ze świadectwami ich autorów; mniej więcej jedna trzecia książki miała być poświęcona Fernandowi Rovirze i jego uporowi, żeby podzielić Buenos Aires na nowe prowincje – ten projekt wydawał się coraz bliższy realizacji. Kiedy przedstawiałam Cantónowi pomysł na książkę, postawiłam tezę, arbitralną i dyktowaną głównie chęcią, żeby zlecił mi jej napisanie, że lansowany przez Rovirę pomysł podziału prowincji Buenos Aires wynika nie tyle z przesłanek technicznych, demograficznych, instytucjonalnych, ekonomicznych czy nawet politycznych, ile z jego lęku przed osławioną klątwą Wiedźmy z Tolosy. I nie myliłam się, to właśnie najbardziej zaintrygowało Cantóna, w tym widział „klucz” do opowieści, i poszliśmy tym tropem. „Klątwa, przesądy, mit, czarownica, magia, politycy, na których ciąży klątwa, to wszystko przyciąga czytelników, Chinko”. I popisując się swoją erudycją, kazał mi przeczytać Czarownika i jego magię Claude’a Levi-Straussa, nie wiem, czy powiedziałam mu kiedykolwiek, jak bardzo jestem mu wdzięczna za tę wskazówkę.

Mimo że poświęciłam sporo czasu na wywiady z innymi politykami i badania kwestii jako takiej, im bardziej zagłębiałam się w projekt, tym bardziej stawało się dla mnie jasne, że osią książki będzie postać Fernanda Roviry. Natychmiast zwróciłam się z prośbą o wywiad z nim, odpowiedział, że czuje się zaszczycony, choć przytłoczony nawałem obowiązków, i zaproponował, że oddeleguje Romána Sabaté jako osobę upoważnioną do wypowiadania się w jego imieniu. Nie bardzo mnie to ucieszyło, chciałam porozmawiać z Rovirą osobiście, ale pomyślałam, że tymczasem mogłabym umówić się z tym przystojniakiem. Podczas spotkań zadawałam mu pytania związane z tematem książki, ale też z samą osobą jego szefa. Jeśli chciałam znaleźć uzasadnienie teorii, że jego upór, by podzielić prowincję, rzeczywiście związany jest głównie z klątwą Alsiny, a nie z bardziej racjonalnymi aspektami, musiałam znaleźć coś w historii jego rodziny, w jego dzieciństwie, jakąś ukrywaną tajemnicę z przeszłości, co pozwoliłoby mi wpaść na odpowiedni trop przyczyn jego obsesji. W żadnym ze starych wywiadów, publikacji ani w archiwach radiowych i telewizyjnych nie znalazłam nic na temat jego pierwszych lat życia ani jego rodziny. Ani słowa o rodzicach. To wzbudziło moją podejrzliwość, ale potem sporządziłam listę „wstydliwych rodziców polityków” i uświadomiłam sobie, że jego przypadek nie jest wcale odosobniony. Wielu z nich potrafiło bardzo się postarać, żeby informacje o ich rodzicach nie pojawiły się w prasie. Z drugiej strony nie mogłam zapominać o tym, że przez własną pełną sekretów historię rodzinną byłam skłonna szukać przyczyn właśnie w zatajonych familijnych traumach. Zanim zaczęłam rozmawiać z Románem, próbowałam sama przeprowadzić śledztwo na temat przeszłości Roviry i wciąż napotykałam białe plamy, znaki zapytania, niejasne wątki, ciemne lata, o których nie mogłam znaleźć najmniejszej wzmianki. Chociażby lider Pragmy – bo tak nazwał założoną przez siebie partię, „Najważniejsze jest działanie” – mógł mnie okłamać, chociaż nie do końca mogłam ufać jego odpowiedziom, chociaż poinformowanie go, że piszę nie tylko o jego karierze, ale również o nim samym, mogło zagrozić powodzeniu całego przedsięwzięcia, musiałam spróbować wyciągnąć od Roviry albo od Romána wystarczająco dużo, żeby wypełnić obiecane rozdziały. Miałam temat, lecz mimo opinii Cantóna byłam pewna, że czytelnik będzie poszukiwał czegoś więcej, tego, czego oczekuje zawsze: żeby ktoś opowiedział mu historię, na którą czeka. Historię aktualną, wyczekiwaną. Jeśli to mi się uda, napiszę lepszą książkę. Jeśli nie, zaledwie przeciętną, jeszcze jedną książkę non-fiction z tych, które wydaje się co roku z oczekiwaniem, że podbiją rynek, a potem okazuje się, że nie wyprzedaje się nawet pierwszy nakład. Upierałam się, że muszę co najmniej dwa, trzy razy, spotkać się z Fernandem Rovirą osobiście. Ku mojemu zaskoczeniu Rovira nie tylko nie odmówił, ale poczuł się dumny, „że ktoś tak bardzo zainteresował się jego osobą”. Tak mi odpowiedział. I chociaż próżność to warunek sine qua non każdego polityka mierzącego wysoko, myślę, że czas, który poświęcił na rozmowę ze mną, potraktował jako inwestycję, poczuł, że zagwarantuje mu to moją przychylność, że zdoła zmienić mnie w kolejną członkinię swojej „ekipy” i zarazem przejąć kontrolę nad moim piórem, gdy będę opisywała jego i najbardziej symboliczny z jego projektów. Myślę, że naprawdę w to wierzył. Ja nigdy nie odsłoniłam kart przed Fernandem Rovirą. Czy on tego nie wiedział? Naprawdę sądził, że przejął nade mną kontrolę? Naprawdę uważał, że nie opublikuję niczego, czego by sobie nie życzył? Może postawił na technikę pośrednią: zachowywania dystansu w wyrażanych opiniach, niecenzurowania a priori, udawania, że jest po mojej stronie, abym poczuła wdzięczność i wewnętrzny przymus autocenzury, zanim opowiem o szczegółach jego biografii i projektu, których dotąd nie znałam, ale w pewnym momencie musiały wyjść na jaw. Bo zwykle wychodzą na jaw. Chciał zaprogramować relację, w którą on nie zaangażuje się naprawdę, w przeciwieństwie do mnie – ot, taka strategia manipulacji, która weszła w krew zarówno Rovirze, jak i innym politykom. I w ramach tej strategii wystawienie Romána Sabaté na pierwszy ogień było bardzo sprytnym krokiem. A przynajmniej byłoby, gdyby wszystko nie skończyło się jedną wielką katastrofą.

Kiedy umawiałam się na spotkania z Románem – z początku raz w miesiącu, później częściej, w końcu za każdym razem, gdy mieliśmy ochotę i pod byle pretekstem – dowiedziałam się więcej o nim niż o samym Rovirze. Nie tylko dlatego, że mimo początkowych oporów rozmawialiśmy też o nas, ale głównie dlatego, że widziałam, jak się porusza, jak odbiera telefon, jak reaguje na polecenia Roviry, jak przekazuje jego wieści innym, jak się czerwieni, jak okłamuje mnie, odpowiadając na pytania dotyczące kwestii, których miał przykazane nie ujawniać, jak przygotowuje dla nas obiad w kuchni swojego szefa, czując się jak u siebie w domu, jak bawi się w ogrodzie z synem Roviry. Pewnego wieczoru zabłądziłam w domu, wybrałam niewłaściwy korytarz, otworzyłam nie te drzwi – okazało się, że prowadzą do dziecięcej sypialni i zobaczyłam, jak Román usypia dziecko w łóżeczku, delikatnie stuka je po pleckach w rytm nuconej kołysanki. Na mój widok przestał nucić, położył palec na ustach, żebym była cicho, ale nie prosił, bym odeszła, więc zamarłam, obserwując ich, póki maluch nie zasnął, Román nie opatulił go na dobranoc, nie zgasił światła i nie wyszedł ze mną z pokoju. Mniej zaskoczyła mnie jego postawa, bardziej to, że nie okazywał zażenowania nakryciem go na tak intymnym zadaniu. Przemknęło mi wtedy przez myśl, że bohaterem książki naprawdę wartej napisania powinien być ten chłopak, który przyjechał z Santa Fe bez bliżej sprecyzowanego planu, pragnący tylko rozejrzeć się, wybadać możliwości oferowane przez Buenos Aires, a w końcu został zatrudniony przez Pragmę jakby w wyniku zbiegu okoliczności. „Oj, życie rozmaicie się plecie”, odpowiadał mi za każdym razem, kiedy pytałam, dlaczego ktoś taki jak on skończył u boku Fernanda Roviry. Dużo czasu zajęło mi wyciągnięcie od niego, jak właściwie się to splotło. Anonimowy chłopak, który nigdy wcześniej nie interesował się polityką, w krótkim czasie stał się prawą ręką mężczyzny zapowiadającego się najlepiej w kraju, w najbliższym czasie – jeśli elektorat nie zawiedzie – zwycięzcy w walce fotel gubernatora, a później prezydenta Argentyny. Cantón jednak nie kupiłby w życiu biografii Romána Sabaté, to jasne jak słońce. A na pewno nie w tamtym momencie. Przeciętnego faceta mającego zadatki, żeby w przyszłości zostać bohaterem jakiejś nieskrystalizowanej jeszcze historii. Historii, która równie dobrze może nigdy się nie skrystalizować. Nie zdołałabym przekonać wydawcy, że zarażę czytelnika swoją fascynacją Románem. Tą samą fascynacją, którą musiał odczuwać Rovira, kiedy zdecydował się uczynić zeń swojego zaufanego człowieka. Nawet fizycznie mogli wydawać się braćmi albo kuzynami. Nie mogli natomiast udawać ojca i syna, bo nie było między nimi różnicy wieku. Albo była zbyt mała. Podczas wielu naszych spotkań obserwowałam Romána, prawie nie słuchając tego, co mówi, zastanawiając się właśnie nad tym: co było prawdziwym powodem, racjonalnym czy nie, który skonsolidował ich relację, tak bliską i bezwarunkową między dwoma mężczyznami. I za każdym razem, kiedy przyłapywałam się na wpatrywaniu się w niego w poszukiwaniu takiej czy innej odpowiedzi, dochodziłam do tego samego wniosku: że wcześniej czy później pewnego dnia albo pewnej nocy znajdę się naga w łóżku z Románem Sabaté.

A jednak mimo wielu spotkań, mimo długich rozmów, mimo upartego wpatrywania się w niego i pożądania poznałam go naprawdę ponad rok temu, w dniu, kiedy zabito Lucrecię Bonarę, żonę Fernanda Roviry. Miałam nakręcić o tym materiał dla TvNoticias, gdzie od dziesięciu lat wciąż byłam reporterką wysyłaną w teren. Praca w zespole reporterów, która tak mi się z początku podobała, zaczęła mnie nużyć. Miałam ochotę poświęcić więcej uwagi książce, którą pisałam. Ale nikt nie może przecież utrzymać się z honorarium za książkę, nawet jeśli ta książka uszczęśliwi Eladia Cantóna i opublikuje ją wydawnictwo Salvatierra. Zwłaszcza jeśli książka nie jest jeszcze gotowa. Telewizja zapewniała mi przyzwoite dochody, gwarantując w zamian odpowiednią dawkę stresu, bólu głowy, w dodatku musiałam myśleć o tym, w co się ubieram, o fryzurze i makijażu, często o piątej rano. Książkę natomiast można pisać w kapciach, chyba że ma się zaplanowane spotkanie z Románem Sabaté, o którym śniłam od czasu do czasu, że ląduję z nim w łóżku. I choć miałam serdecznie dość wyruszania co dzień z ekipą w teren, nie mogłam zrezygnować z pracy i uznać, że utrzymam się z pisania książki, która dopiero powstawała i nawet nie dostałam na nią zaliczki. Cantón powiedział, że daje mi zielone światło, zachęcał, żebym kontynuowała pisanie, zapoznawał się z gotowym materiałem, zaaprobował roboczy konspekt, a nawet zakupił w jakimś antykwariacie stare wydanie Antropologii strukturalnej Lévi-Straussa i mi je podarował. Nie krył jednak, że na razie nie zapłaci mi ani grosza, cała przygoda odbywa się na mój koszt i na moje własne ryzyko. Tyle że kiedy zaczęłam pisać, nie zabito jeszcze żony Fernanda Roviry. Zbrodnia bez wątpienia zwiększyła zainteresowanie wydawnictwa projektem. „Kiedy możemy liczyć na pierwszy manuskrypt, Chinko? Może uda się jakoś powiązać tę śmierć z Klątwą Alsiny?”, zapytał mnie Cantón, kiedy stałam przed drzwiami domu Rovirów, żeby przygotować materiał, a trup Lucrecii Bonary jeszcze nie ostygł. „A może to zbyt naciągane?” „Pójdziesz prosto do piekła”, odpowiedziałam i rozłączyłam się.

Pisałam Klątwę Alsiny w chwilach, które powinnam