Klatka - Sara Antczak - ebook
Opis

 

Siedem osób. Wszyscy zamknięci w ciasnym budynku, dzień po dniu oddalają się od rzeczywistości. Łączą ich studia we Wrocławiu. Dzieli wszystko inne.


Początkowo są pewni siebie i otwarci na nowe doznania, chętnie rzucają się w maraton niekończących się imprez. Jednak beztroska atmosfera szybko mija.
Ciągłe towarzystwo tych samych ludzi. Zamroczenie używkami. Brak perspektyw. Kompleksy. Strach. Samotność. Tajemnice. To wszystko sprawia, że bohaterowie czują się uwięzieni w swoich własnych głowach.


Tłumione emocje nie mogą znaleźć ujścia. Narastają konflikty i agresja. Świat za ścianami akademika przestaje istnieć, a życie w środku zamienia się w piekło, z którego nie ma ucieczki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 229

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

© Copyright by Sara Antczak, 2012

© Copyright by Jirafa Roja, 2012

Redakcja: Hanna Kukwa

Korekta: Hanna Kukwa

Projekt okładki: Joanna Chlebowska

Zdjęcie autorki: Łukasz Giza

ISBN 978-83-62948-11-6

www.jirafaroja.pl

Wydanie I 

Warszawa 2012

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Dla Łukasza

Bez Ciebie nie ma mnie

ROZDZIAŁ 1POCZĄTEK

DAWID

Wyprowadzali nas kolejno. Schodziłem posłusznie po schodach. Miałem skute ręce, ale na karku i tak czułem silny uścisk policjanta. Trzymał mnie tak, jakbym próbował mu uciec. Ale dokąd? I po co?

Wciąż miałem kaca, a koszulę mokrą od krwi.

Na komisariacie gliniarze rzucili się na mnie jak wygłodniałe hieny. Grozili, krzyczeli, wyzywali, a potem znienacka stawali się przyjaźni. Częstowali papierosami, obiecywali, że niedługo mnie wypuszczą, już, za chwilkę, kiedy tylko złożę zeznania.

Poprosiłem, żeby pozwolili mi zadzwonić do adwokata. Zaśmiali się, jakby usłyszeli dobry kawał.

W końcu musiałem się odezwać. Wiedziałem, że jeśli tego nie zrobię, będą mnie tu trzymać całą noc.

Powiedziałem im, że jestem niewinny. Że to był zwykły przypadek.

Sam w to nie wierzyłem.

Oni zresztą też.

– Posiedzimy tutaj i poczekamy, aż sobie przypomnisz, co się stało. Twoi koledzy już mówią.

Na chwilę zamiera mi serce. Co oni mówią?! Przecież chyba nie…

– Pójdziesz siedzieć. Zdajesz sobie z tego sprawę? Twoi znajomi wyjdą, bo mówią, a ty pójdziesz siedzieć, bo ich kryjesz.

W końcu zacząłem mówić, a moje ręce trzęsły się tak samo jak głos. Po półgodzinie w końcu pozwolili mi wyjść. Wcale nie poznali prawdy. Jeśli zna się tylko okrojoną wersję wydarzeń, nigdy nie można złożyć układanki w całość. Nie da się zbudować historii bez początku i końca.

A więc – od czego się zaczęło?

Wszystkie wspomnienia mieszają się, urywają, nakładają, ale wszystko zaczęło się na pewno w lepkim od potu i alkoholu lecie roku 2009, roku, w którym zdałem maturę i dostałem się na studia. Najdłuższe wakacje życia.

Słońce świeciło tak mocno, że aż oślepiało. Piłem piwo, paliłem trawkę, śmiałem się głośno, pieprzyłem się często i zachłystywałem się wolnością, której odmawiano mi przez lata.

Zastanawialiście się kiedyś, ile sekund zajmuje otwarcie butelki piwa? Otwarcie indeksu? Ile czasu może zająć określenie wyboru kierunku, pijany gest przekręcenia kluczyków, ile czasu może zająć podjęcie decyzji, która jest w stanie otworzyć przed tobą przyszłość albo ją zrujnować?

Jak będzie wyglądać zderzenie dzieciństwa z dorosłością?… BUM!!!!!

BUM. Coś uderzyło w okno. Otworzyłem oczy i zamrugałem.

Szalone lato dobiegało końca. Był ostatni tydzień sierpnia, rok 2010. Podniosłem się z łóżka ostrożnie, tak, żeby nie obudzić Kai.

Obudzenie jej o tej porze groziło śmiercią, a nie chciałem, żeby zaczęła się na mnie wściekać, kiedy będę w zasięgu jej ciosów.

Sprężyna materaca ugięła się i zaskrzypiała lekko.

Sztuka zostawiania śpiących dziewczyn w łóżkach i ulatniania się to ważna i subtelna umiejętność. Wymaga techniki. Ja opanowałem ją do perfekcji. Wymijając puste butelki i przeklinając wczorajszą imprezę, podszedłem do okna. Zobaczyłem samochód zaparkowany pod samą chatą. Magik i Biały machali do mnie jak opętani.

– Wyłaź! – krzyknęli.

– Cicho, Kaja śpi! Zaraz schodzę.

Wróciłem do pokoju i wyciągnąłem spod łóżka plecak. Wszystko było spakowane i przygotowane do wyjazdu. Laptop, ipod, niezliczone notesy, dyktafon, mapka, dowód osobisty, portfel, komórka i trochę dobrego, poznańskiego zioła. Kiedy wynurzyłem się spod łóżka, Kaja miała otwarte oczy i patrzyła na mnie roziskrzonym wzrokiem.

– Metoda subtelnej ucieczki? Nie nauczyłeś się, że to w moim przypadku nie działa?

Cholera.

– Nie chciałem cię budzić.

– Dokąd się wybierasz? Myślałam, że będzie powtórka z wczorajszego wieczoru.

– Nie da rady, mała.

– A dlaczego?

Wziąłem głęboki oddech. Zaraz się zacznie.

– Bo wyjeżdżam. Jadę na studia do Wrocławia.

– Przecież dostałeś się na dziennikarstwo w Poznaniu. Mówiłeś, że zostajesz!

– No, tak. Zmieniłem zdanie.

– Co? – zapytała Kaja, podnosząc się. – Co?!

Jej zielone oczy zamieniły się w szparki. Wyglądała jak pantera gotująca się do skoku.

– Chciałem ci wczoraj powiedzieć – powiedziałem, podnosząc się i chwytając plecak. – Nie moja wina, że tyle wypiliśmy, że nie mogłaś oderwać ode mnie rąk…

– MAGIK, ODPALAJ AUTOOOOOO! – wypadłem z domu i popędziłem żwirową ścieżką. Za mną wybiegła Kaja, rzucając we mnie co cięższymi przedmiotami użytku domowego.

– TY SKURWIELU! JUŻ PO TOBIE!

Magik zauważył, że nie ma żartów. Odpalił silnik i ruszył. W ostatnim momencie udało mi się wskoczyć do samochodu i zatrzasnąć drzwi. Chwilę później rozległ się huk. Butelka po Tyskim rąbnęła w tylną szybę samochodu.

Szyba przetrwała. Butelka nie.

Odwróciłem się i zobaczyłem oddalającą się sylwetkę Kai.

Potem już nie oglądałem się za siebie. Zaczynałem nowe życie.

Kumple podwieźli mnie pod dworzec. Na zakończenie podaliśmy sobie ręce. Obiecałem im trzymać kontakt – w końcu sporo razem przeżyliśmy – ale wcale nie byłem pewien, że dotrzymam słowa. Nie przywiązywałem się specjalnie do miejsc ani do ludzi. Niezależność zapewniała mi prawdziwą wolność.

Po kilku godzinach pociąg zatrzymał się na stacji Wrocław Główny. W tym czasie miasto szykowało się na Euro 2012 i remontowano dworzec. Nie widziałem na razie efektów, poza cholernym chaosem panującym na stacji.

Wędrowałem ulicami nowego miasta. Chciałem sprawdzić ilość knajp, barów i miejsc do wylegiwania się w sobotnie popołudnia, poznać trasy lokalnej straży miejskiej, przyjrzeć się wrocławiankom, poznać język miasta.

Była niedziela, dzień przed rozpoczęciem roku akademickiego. Rynek był zapełniony ludźmi. Turyści fotografowali się pod pomnikiem Fredry, zakochane pary całowały się pod Mcdonaldem, uliczni artyści grali na gitarach kawałki Dżemu i zbierali pieniądze do futerałów. Mim, z twarzą pomalowaną złotą farbą, trwał w niewzruszonym bezruchu, nie reagując na zaczepki dzieci.

Później odnalazłem Instytut Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej. Miejsce, w którym miałem spędzić najbliższe pięć lat życia.

Dziennikarstwo od zawsze było moją pasją i powołaniem. Uwielbiałem pisanie, podsłuchiwanie, rozmowy z ludźmi i zbieranie informacji. Byłem redaktorem we wszystkich gazetkach szkolnych, od podstawówki aż do liceum. Nauczyciele zawsze mówili, że dziennikarstwo jest najlepsze dla osoby o tak niezaspokojonej ciekawości świata.

No i potrafiłem mówić. Bylibyście zaskoczeni z ilu sytuacji można się wykręcić gadaniem. Pomagało mi w konfrontacjach z rodzicami, nauczycielami, policjantami, kanarami, a zwłaszcza z dziewczynami.

Kiedy miałem piętnaście lat, dużo podróżowałem na stopa z kumplami. Byliśmy takimi młodymi, bezczelnymi, długowłosymi utrapieniami społeczeństwa. Nocowaliśmy u przypadkowych dziewczyn, w samochodach albo pod gołym niebem. W liceum trochę punkowaliśmy, łaziliśmy po opuszczonych miejscach, koncertach i piliśmy tanie wino. Później był etap rasta. Bębny, nocne ogniska, pokój na świecie, trawka i transcendencja. Jak już mi przeszedł młodzieńczy bunt, zacząłem podróżować po Europie. Musiałem ciągle doświadczać, ryzykować, poznawać, odkrywać. Żadnej stagnacji. Bezruch to śmierć.

W maturalnej klasie zacząłem chodzić na fakultet z dziennikarstwa, tam właśnie poznałem Kaję. Od razu zwróciłem na nią uwagę. Była śliczną szatynką o promienistych, zdeterminowanych oczach. Oprócz tego pociągała mnie jej inteligencja, błyskotliwość i cięty język. Była socjaldemokratką i wielką fanką Moniki Olejnik. Rywalizowaliśmy ze sobą ostro, zajęcia z dziennikarstwa zamieniły się w pole walki. Walczyliśmy o to, czyj tekst okaże się lepszy, kłóciliśmy się o etykę dziennikarską, o politykę. Napięcie wisiało w powietrzu. Któregoś dnia po zajęciach podszedłem do niej i powiedziałem:

„Chcę się z tobą przespać. Możesz powiedzieć ‘tak’ teraz albo później, ale będę w pobliżu, dopóki nie dostanę odpowiedzi, którą chcę usłyszeć”.

Żałujcie, że nie widzieliście jej miny.

Opierała się długo, nawet bardzo długo, ale ostatecznie skończyliśmy razem. Ale ja i Kaja to już inna historia.

Po maturach zdałem sobie sprawę, że czas opuścić rodzinne gniazdko. Miałem dosyć Poznania i mieszkania ze starymi. Ciągnęło mnie do czegoś innego.

Wrocław był znany jako miasto studenckie i tak zwane „meeting place”. Na wydział dziennikarski było mnóstwo kandydatów, ale z dostaniem się nie miałem żadnych problemów. Gorzej było z miejscem w akademiku.

Wszystkie domy studenckie były przepełnione, dlatego miasto zdecydowało się na wybudowanie hotelu, w którym mogli zamieszkać studenci z różnych kierunków, dla których zabrakło miejsca w akademikach. Miesięczne opłaty były dość wysokie, ale miejsc było pod dostatkiem a warunki były o wiele lepsze niż w zwykłym akademiku. Większe i bardziej wygodne pokoje z łazienkami, brak ingerencji portierów w życie mieszkańców. Zero rewizji i kontroli. I tak nie miałem za – miaru wynajmować mieszkania od jakiegoś apodyktycznego właściciela, więc decyzja nie zajęła mi wiele czasu.

Hotel był dużym, ciemnym, kilkupiętrowym budynkiem otoczonym drzewami i trawnikiem, na którym w gasnącym słońcu wygrzewała się kolorowa reprezentacja mieszkańców. Popchnąłem ciężkie drzwi i wszedłem do środka. Poczułem przyjemny chód. W holu kilka osób grało w piłkarzyki. Na recepcji wylegitymowałem się i odebrałem klucz. Pokój o numerze 316 miałem dzielić z trzema współlokatorami.

Zacząłem wspinać się po schodach, mijając kolejne drzwi. Nie było wykładziny, podłoga była gładka i lśniąca. Ściany korytarza pomalowano na czerwono.

– Jak w „Lśnieniu”– pomyślałem z rozbawieniem.

Na drugim piętrze trafiłem na niezidentyfikowane ciało.

Nie powiem, poczułem się trochę nieswojo. Dziewczyna wyglądała, jakby była martwa. Wrażenie potęgowała migająca, zepsuta świetlówka.

Miała długie, jaskraworóżowe włosy, była ubrana w dżinsy z mnóstwem kolorowych łat i żółtą koszulkę z napisem „Don’t worry, be happy”.

Zbliżyłem się z lekką obawą. Może nie żyje? Może wszyscy o niej zapomnieli i zaczęła tu gnić? Ale wtedy poruszyła się i zauważyłem tekturkę opartą ojej bok „PROSZĘ, NIE DEPCZ JEJ. PO PROSTU PRZESKOCZ”. Pochyliłem się i lekko potrząsnąłem jej ramieniem.

– Hej… nic ci nie jest?

Zero reakcji.

– Cześć – usłyszałem głos nad głową. Ktoś podniósł bezwładne ciało z ziemi. Wstałem. Przede mną stał ciemnowłosy, wysoki gość w koszulce Pidżamy Porno. Uśmiechał się przyjaźnie. – Jestem Dominik.

– Dawid – podałem mu rękę – to… – wskazałem na ciało i zawahałem się.

– Moja dziewczyna, Endi – przedstawił zwłoki.

– Zawsze śpi na korytarzu?

– Nie, trochę za dużo wypiła. Śliczna jest, prawda?

Przytaknąłem. W jego głosie zabrzmiało ciepło, z jakim nie potrafiłem mówić o żadnej dziewczynie. Z racji, że wyglądam nieźle, a z bajerą nigdy nie miałem problemów, to laski zawsze do mnie ciągnęły. Niektóre nawet się zakochiwały, co zawsze traktowałem jako sygnał do odwrotu. Po co miałem im robić fałszywe nadzieje? Chciałem przeżyć jak najwięcej, a to nie jest możliwe z kimś uwieszonym twojego ramienia.

– Nowy? – zapytał Dominik. – Który rok?

– Pierwszy.

– My też. Na czym jesteś?

– Na dziennikarstwie.

– Ja na medycynie, a Endi na prywatnej fotografii. Spodoba ci się tu. Jak będziesz miał jakieś pytania, to wal, mieszkamy w 211.

I razem z dziewczyną zniknął w pokoju. Wspiąłem się na trzecie piętro i odnalazłem mój pokój. Ktoś przekreślił liczby 316 i dopisał – 666. No nieźle. Ciekawe jakie świry mieszkają w środku. Otworzyłem drzwi.

– I wtedy zrozumiał, że nie chodzi o to, kim jest, ale o to, kim oni pozwolą mu być! – powiedział ktoś teatralnym tonem. Naprzeciwko mnie, przy stole zawalonym jakimiś papierami, siedział dziwny typ. Miał kilkudniowy zarost, czarne włosy i podkrążone oczy ćpuna. Był ubrany w czarny golf i dżinsy.

Wskazał na mnie palcem.

– „Z prochu powstałeś, więc wstań i się otrzep” – powiedział, cytując Rafała Wojaczka, po czym pochylił się, wciągnął z otwartej książki ścieżkę amfy i zwalił się na ziemię.

– Yyy… też mi miło cię poznać. Jestem Dawid.

– Konrad – wyciągnął do mnie rękę z ziemi.

Nie miałem czasu, żeby się otrząsnąć, bo na scenie pojawił się nowy zawodnik. Wesoły rastaman z dredami do pasa, ubrany w koszulkę z Bobem Marleyem. Trzymał na ramieniu jakiegoś jaszczura.

– O! Cześć – przywitał się. –Jestem Szymon, a to mój gekon, Marley. Wiedziałeś, że gekony to jedne z jedynych gadów z ruchomymi powiekami?

Zamrugałem, co w ogólnoświatowym przekazie oznacza „Co, kurwa?”.

– Nie przejmuj się nim – wskazał na leżącego na ziemi – Konrad jest nihilistą.

– To zaraźliwe?

– Są na to szczepionki – powiedział, uśmiechając się i zapalając blanta. –Jestem na weterynarii. Hoduję różne zwierzaki, mamy w pokoju węża i ptasznika. Ma na imię Basia.

Wskazał na jakiegoś koszmarnego, włochatego pajęczaka przyssanego do szyby.

– Bardzo ładnie go nazwałeś.

– Tu śpisz – pokazał mi łóżko pod oknem. – Nasz ostatni współlokator emigrował do Anglii. Albo poszedł siedzieć. Nie jestem pewien. Aha i mamy jeszcze jednego mieszkańca, Matiego. Przyjedzie za parę dni. To co, piwko?

– Jasne.

Wyjrzałem przez okno. Zapowiadała się niezła jazda.

BLANKA

Taksówkarz już od pięciu minut usiłował zaparkować na przepełnionym samochodami parkingu. Jego ciągłe cofanie samochodu i nerwowe zmienianie stacji w radiu wywoływały u mnie migrenę.

– O! – Jeden z samochodów wyjechał z parkingu, a z radia ryknęła Republika, więc taksiarz za jednym razem znalazł i miejsce, i piosenkę.

Zaparkował, ale nie wyłączył silnika, wsłuchując się pilnie w tekst piosenki.

Najpierw Ty, długo, długo nic, tylko Ty, dla ciebie piszę.

Tylko Ty, po Tobie nie ma nic, dziś piszę dla Mamony.

Ta piosenka jest pisana dla pieniędzy…

– To jest muzyka! – orzekł z zadowoleniem po chwili. – A nie jakieś chamskie techno.

Do tej pory uważałam, że najbardziej irytujący są taksówkarze próbujący namówić do swoich poglądów politycznych. Najwyraźniej się myliłam.

Odchrząknęłam, sięgnęłam po portfel i zaczęłam odliczać pieniądze.

Nie trafił na sojuszniczkę. Nie byłam fanką rocka. Można by wręcz powiedzieć, że wszystkie gniewne oskarżenia i pretensje wywrzaskiwane w tekstach zespołów były kierowane pod adresem ludzi takich jak ja. Zwolenników wyścigu szczurów. Zresztą nigdy nie zrozumiem, dlaczego ambicja i walka o swoje miałyby być pojęciami negatywnymi. To chyba właśnie sukcesu ci wszyscy buntujący się ludzie nie potrafią znieść.

– Pani tu na studia przyjechała? – zagadał taksówkarz.

– Tak – ucięłam, podając mu pieniądze. Zaparkowaliśmy pod samym akademikiem. Mistrz dedukcji.

Wysiedliśmy i kierowca wyjął z bagażnika moją walizkę.

– A jaki kierunek? – drążył temat, najwyraźniej nieświadomy mojej niechęci.

– Ekonomia i medycyna.

– Naraz? To bardzo ambitnie… – wyjąkał.

– Niektórzy tak mają. Dziękuję i do widzenia – ucięłam rozmowę. Zdawałam sobie sprawę, jakie to było niegrzeczne, ale naprawdę nie znoszę, kiedy ludzie wtrącają się w nie swoje sprawy. Chwyciłam rączkę walizki i ruszyłam przed siebie.

DAWID

Leżeliśmy na trawiastym terenie otaczającym akademik, wygrzewając się w zachodzącym słońcu. Szymon palił skręta i głaskał rozleniwionego gekona, Konrad pisał coś na kartce, a ja po prostu się wylegiwałem i obserwowałem ludzi. Z taksówki, która zaparkowała nieopodal, wysiadła dziewczyna. Skierowała swoje kroki prosto do bramy. Miała kręcone blond włosy, staranny makijaż i niezłą figurę. Była ubrana w elegancki biały płaszcz i czarne kozaki. Obrzuciła nas chłodnym spojrzeniem i zobaczyłem na jej twarzy wyraz pogardy. Byłaby bardzo atrakcyjna gdyby nie ten wyraz twarzy. Zacięte usta i stalowy wzrok wojskowego dowódcy.

– Co piszesz? – zagadałem Konrada.

– Głównie wiersze. Jestem na filozofii – dodał wyjaśniająco.

– Ciekawie jest na filozofii?

– A jakie to ma znaczenie? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Znasz taki wiersz – „Statek pijany”?

– Kojarzę.

– Opowiada historię statku, który „uwolnił się”, zrywając się z cumy holowników i wypłynął na pełne morze.

– Ale to chyba metafora?

– Metafora, nie metafora, to zupełnie jak tutaj.

BLANKA

Integracja. Po co to komu? Nie znosiłam takich spędów, ale uznałam, że lepiej się pojawić. Nie lubiłam być w tyle. Wszyscy tłoczyli się na parterze. Portiernia najwyraźniej postanowiła przymknąć oko na alkohol lejący się strumieniami. Kilku studentów ekonomii dyskutowało o przyszłości tego kierunku w kontekście obecnego kryzysu.

– Studiować ekonomię teraz? W czasie kiedy kapitalizm leci na łeb na szyję? Nie chciałbym być w waszej skórze – mruknął ktoś.

– Proszę cię – prychnęłam. – Poradzę sobie. Potrafiłabym sprzedać kotlety z pandy działaczom z Green Peace.

– Ja jestem działaczem z Green Peace. Spróbuj – rzucił ktoś za moimi plecami. Wszyscy odwróciliśmy się gwałtownie. Przed nami stał bardzo przystojny, ciemnowłosy chłopak i patrzył na mnie wyzywająco. Jego obraz psuła mi koszulka lewackiego zespołu i pijana, różowowłosa dziewczyna klejąca się do jego ramienia.

– No, spróbuj – zachęcił mnie ponownie.

Wszyscy zogniskowali na mnie spojrzenia. Oczywiście zabrakło mi słów. Chłopak odwrócił się i odszedł, holując za sobą tę hipiskę, a towarzystwo zachichotało złośliwie. Znienawidziłam go.

DAWID

Przed oczami błysnął mi flesz.

– Uśmiech! – zza aparatu wyłoniła się ta kolorowa dziewczyna, która spała na korytarzu. Uśmiechnęła się do mnie.

– Cześć – wyciągnąłem do niej rękę. –Jestem Dawid Skotnicki.

– Cześć. Jestem Edyta, ale wszyscy mówią na mnie Endi.

– Tak jakby już się poznaliśmy.

Zmarszczyła brwi i przesłała mi pytające spojrzenie.

– Pewnie nie pamiętasz, nie szkodzi.

– Pijesz wódkę?

– Jasne.

– Ochoczo pociągnęła mnie do stołu i nalała nam drinki. Zauważyłem, że jej chłopak, którego poznałem wcześniej,

Dominik, obserwuje nas z niepokojem. „Wszystko okej?”, zapytałem go wzrokiem. Nie wiedziałem o co dokładnie chodzi, byłem nowy i nie chciałem podpadać pierwszego dnia. Pokręcił głową, jakby chciał powiedzieć „Nie przejmuj się” i dołączył do nas. Wznieśliśmy kieliszki.

– Panie i panowie – za nowy start.

ROZDZIAŁ 2PUSTE BUTELKI

DAWID

Życie w akademiku to taki piątkowy wieczór, tylko że w każdy dzień tygodnia. Z imprezowego szału ocknęliśmy się dopiero w poniedziałek rano. Wszyscy byliśmy obolali i potwornie skacowani. Co gorsza, na większości kierunków od początku drugiego miesiąca zaczynała się rzeź. Moment przebudzenia nastąpił w naszym pokoju za sprawą Dominika.

– Ej, leniwe, hedonistyczne pizdy, wstawać. Ćwiczenia się zaczynają.

– Heee?… – dobiegł go chór przepitych i przepalonych głosów. Był ranek, a słowo „hedonistyczne” miało pięć sylab, na Boga!

– Dziesiąta, ludzie, wypad na ćwiczenia!

Przymrużyłem oczy, rozglądając się po pokoju. Wyglądało to jak krajobraz po bitwie. Co przytomniejsi zaczynali wstawać i niemrawo zbierać swoje rzeczy. Na immatrykulacji dziekan mówił o studiach jako o: „Wielkiej Intelektualnej Przygodzie”. Ten zwrot rozbawił nas do łez.

O dziesiątej wyszedłem z akademika i ruszyłem w kierunku przystanku autobusowego, kiedy zatrąbił koło mnie samochód marki Alfa 156. Zza szyby wyjrzała twarz Dominika.

– Cześć stary. Wbijaj, podwiozę cię.

Zajrzałem do środka. Endi, zwinięta w kłębek, spała z tyłu. Dominik uczynnie otworzył drzwi. Poprosił tylko, żebym był w miarę cichy. Podziękowałem mu i wpakowałem się do środka.

– Niezły – mruknąłem z uznaniem, rozglądając się po samochodzie.

Domino wzruszył ramionami i nie odpowiedział, co oznaczało, że należy do nielicznych facetów, którzy nie lubią chwalić się swoimi samochodami.

– Starzy kupili ci takie autko?

– Tak.

– Nieźle. A ja myślałem, że to ja jestem rozpieszczonym jedynakiem.

– Nie jestem jedynakiem, mam starszego brata – mruknął. – Jak wrażenia z pierwszego tygodnia?

Było w jego glosie coś, co podpowiedziało mi, żeby nie kontynuować tematu rodziny. Dominik włączył radio. Opuściłem szybę i wystawiłem twarz do słońca. Wiatr rozwiewał mi włosy. Wychyliłem głowę przez okno i wyobraziłem sobie, że jestem bohaterem amerykańskiego filmu, a nie studentem kierunku bez przyszłości, mieszkającym w małym, zapuszczonym kraju.

ENDI

Dominik obudził mnie, a potem odprowadził aż do samej sali, chociaż wiedział, że przez to znowu spóźni się na swoje zajęcia. Ale przyzwyczaiłam się do jego nadopiekuńczości. Zawsze zajmował się mną jak pisklakiem w gnieździe.

– Miłego dnia, słoneczko. Kocham cię.

– Ja ciebie też.

Zawsze mówiliśmy to przy pożegnaniu. To rytuał, który utarł się już w liceum. Jeśli kiedyś zapominałam o powiedzeniu „kocham cię” przed odłożeniem słuchawki, Dominik przeciągał rozmowę do momentu, kiedy sobie o tym przypominałam.

Kiedy odszedł, spojrzałam na drzwi sali. Powinnam już tam wejść, ćwiczenia zaczęły się pięć minut temu…

Zakrętka od wódki Wyborowej spadła z brzękiem na umywalkę. Poczułam piekący smak w gardle. Łyk. Jeden, drugi, trzeci… w głowie usłyszałam głos Dominika: „Kochanie, może w tym tygodniu trochę odpuścisz z piciem?”. Otarłam usta wierzchem dłoni, czując jednocześnie wyrzuty sumienia, jak po zdradzie. Zakręciłam butelkę, zerknęłam w lustro. Szeroki uśmiech i czas na zajęcia.

DOMINIK

Nie znosiłem, nie znosiłem chwil, kiedy musieliśmy się rozstawać. Kiedy nie czułem jej obecności, byłem chory. Spotykałem się z nią od pięciu lat i miałem wrażenie, że przez ten czas uczucie się nasiliło.

Kochałem ją bezwarunkowo i dozgonnie. Kochałem tak mocno, że niektórzy nazywali mnie fanatykiem.

Byłem fanatykiem.

Kochałem jej optymizm, wrażliwość i rodzaj artystycznego roztargnienia. Kochałem w niej zainteresowanie każdym człowiekiem i każdą rzeczą. Kochałem jej umiejętność widzenia piękna w rzeczach, w których nikt inny go nie dostrzegał. Umiejętność zauważania piękna to coś niezwykłego. Z moim racjonalnym umysłem nie potrafiłem tego zrozumieć. Jak słup ogłoszeniowy może być inspirujący? Albo kałuża, most, wieszak, krzesło? Zwyczajne, nudne przedmio – ty, które dla Endi kryły zupełnie nowy wszechświat i milion znaczeń. Pokazywała mi świat z drugiej strony. Dla mnie krzesło to krzesło.

Zmieniłem pas. Rodzice kupili mi samochód, kiedy dostałem się na medycynę, ale nie miałem w planach z niego korzystać. Wolałem jeździć rowerem. Rodzice dawali mi drogie prezenty za każdym razem, kiedy dowiadywali się o moich wynikach w nauce. Iphone, cyfrowa kamera, laptop, samochód… Nie lubiłem tego, czułem, że to nagroda za bycie „tym lepszym synem”, który nie dostarcza im problemów. Miałem wyrzuty sumienia z powodu Kuby. Nie chciałem tego auta. Postanowiłem, że we Wrocławiu je sprzedam, a pieniądze odłożę na mieszkanie, ale życie zweryfikowało ten plan. Kiedy przyjechaliśmy do Wrocławia na wakacje, często chodziliśmy po barach, koncertach i imprezach żeby się zaaklimatyzować. Endi bardzo szybko zaczęła się upijać i okazało się, że samochód jest naprawdę potrzebny.

KONRAD

– Panie Krzysztofie? Jaka jest odpowiedź na moje pytanie?

Podniosłem na profesora zmęczony, skacowany wzrok.

– Mam na imię Konrad i nie zadał mi pan żadnego pytania.

Profesor był w porządku, ale lubił zaskakiwać pierwszy rok oryginalnymi metodami prowadzenia wykładu. Pierwszego dnia kazał nam wyciągnąć pierwiastek trzeciego stopnia z nietoperza.

Patrzył na mnie przez chwilę i nagle wskoczył na biurko. Chciałem udawać zaskoczonego, jak reszta nowych, naprawdę chciałem, ale nie mogłem, bo powtarzałem rok i znałem jego sztuczki na pamięć.

– Chodzi o teorię bytu! O tym mówiłem! Powinieneś przewidzieć moje pytanie! – zawiesił dramatycznie głos.

Westchnąłem ze znużeniem. Zapowiadał się długi dzień.

BLANKA

Cały ranek próbowałam zatuszować makijażem bladą twarz i podkrążone oczy. Pierwszy miesiąc nauki na dwóch kierunkach dawał o sobie znać.

Uczyłam się całą noc i zasnęłam dopiero o trzeciej. Obudziłam się z twarzą na książce i sztywnym karkiem.

W dodatku dzisiaj pierwszy raz mieliśmy odwiedzić prosektorium. Świadomość, że znajdziemy się w pomieszczeniu pełnym trupów nie sprawiała mi większego problemu, ale większość studentów wyglądała niewyraźnie. Wszyscy z obawą patrzyli na drzwi, za którymi kryły się martwe ciała.

Stanęłam obok Moniki, mojej współlokatorki. Niedaleko nas rozmawiał z kolegami ten przystojny chłopak z Green Peacu, który upokorzył mnie na integracji.

– Kto to jest? – mruknęłam do Moniki.

– Dominik Zaraszewski, ale nawet o tym nie myśl. Jest na stałe z Endi. Żałoba dla nas wszystkich, co? – westchnęła tęsknie.

– Kto to jest Endi? – zapytałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.

– Edyta Kosińska, alkoholiczka z fotografii. Totalne zero – prychnęła Monika.

Spojrzałam na niego posępnie. Oczywiście, ekolog i jego dziewczyna trzymali się z paczką, która imprezowała całymi dniami i nocami.

Pojawił się profesor, który ostrzegł, że nie czeka nas miły widok. Drzwi się otwarły i weszliśmy do prosektorium.

Zgromadziliśmy się wokół stołu, na którym leżało przykryte ciało.

Patrzyłam, jak profesor chwyta róg białej tkaniny. Odruchowo wstrzymałam oddech. Centymetr po centymetrze odsłaniała się blada twarz. Czoło, nos, usta, broda, szyja, klatka piersiowa…

Przez chwilę poczułam, jakby czas się zatrzymał. Lekko zakręciło mi się w głowie, ale zacisnęłam mocno pięści i zmusiłam się do zachowania koncentracji. Z tego co usłyszałam, to była ofiara wypadku samochodowego. Po drugiej stronie stołu zobaczyłam twarz Dominika. Był blady, jego usta drżały. Odwrócił się od stołu, chwicił za klamkę i wyszedł z sali.

– Kto jeszcze źle się czuje? – zapytał profesor.

Z wahaniem podniosłam rękę. Nie mam pojęcia, dlaczego to zrobiłam.

Kiedy wyszłam na korytarz, Dominik klęczał pod ścianą z twarzą zakrytą rękami. Kucnęłam przy nim.

– Co ci się stało? To był tylko koleś z wypadku drogowego. Potem będzie gorzej.

Odsłonił twarz i spojrzał na mnie.

– Mój brat zginął w wypadku samochodowym.

O cholera. Usiadłam przy nim, machinalnie odnotowując, że brudzę idealnie czysty fartuch.

– Przykro mi – powiedziałam.

– Parę lat temu wybraliśmy się razem z braćmi na biwak – powiedział bezbarwnym głosem. – Starzy nie chcieli nas puścić samych, więc zabraliśmy im kluczki i pojechaliśmy.

– Kto prowadził?

– Mój starszy brat. Kiedy byliśmy gdzieś w okolicach Katowic… wjechał w nas pijany kierowca. Nasz samochód zjechał do rowu. Tylko ja i mój starszy brat przeżyliśmy.

– Złapali go? – zapytałam.

– Taaa, dostał dwadzieścia pięć lat. Jakby to coś zmieniało.

Milczeliśmy przez dłuższy czas, patrząc na białą ścianę. Zauważyłam pęknięcie.

– Pamiętasz mnie? – zapytałam po chwili.

– Tak. Nadal zastanawiam się, jak mi sprzedasz kotlety z pandy.

– Naprawdę mi tam dowaliłeś. Na ekonomii dalej się ze mnie śmieją.

– Przepraszam. Nie mogłem się oprzeć. Nie wiedziałem, że studiujesz też medycynę. Po co bierzesz na siebie aż tyle?

– Żeby mieć alternatywę. A ty czemu jesteś na medycynie?

– Chciałbym pomagać ludziom.

– Bawisz się w Judyma? – skrzywiłam się. – Nie znoszę altruistów. Tutaj wszyscy pieprzą to samo. Pomoc, pomoc, pomoc. Ścierna. Większość jest tu po to, żeby mieć dobrze płatny zawód.

KONRAD

Po zajęciach miałem czekać na profesora, ale skończyło się tak, że kimnąłem się na ławce. Obudził mnie, stukając ołówkiem w moją głowę.

– Czemu nie notowałeś, Konrad? – zapytał, siadając obok mnie.

– Wszystko to znam, byłem tu w zeszłym roku, pamięta pan, panie profesorze?

– Pamiętam. Więc co tu znowu robisz?

– Nie wiem. Nie wiem dlaczego tutaj jestem.

– Masz na myśli uczelnię czy świat?

– Jedno i drugie. Może uczyni pan ten dylemat przedmiotem najbliższego wykładu – mruknąłem sarkastycznie.

– Konrad, pozwól, że go rozwikłam – profesor nachylił się do mnie – jesteś tu, ponieważ dwadzieścia jeden lat temu twoi rodzice zdecydowali się na seks. A na tej uczelni powtarzasz rok, ponieważ nieziemsko się opierdalasz.

DAWID

Kiedy wracałem do pokoju, mijali mnie ludzie, którzy gadali, oblewali zdane kolokwia, oblewali niezdane kolokwia, płakali, śmiali się, kłócili się o to, czyj kierunek nie ma przyszłości albo po prostu leżeli skuci jak świnie.

Wszedłem do pokoju. Był pusty. Szymon wizytował wystawę gekonów, a Konrad był zajęty tworzeniem nowych problemów, żeby mieć kolejny powód do zalewania się w trupa. Postanowiłem trochę dowiedzieć się o swoich współlokatorach. Dziennikarska natura wzięła górę. Zresztą zawsze uważałem, że człowieka można nieźle poznać po tym, co czyta i czego słucha.

Na półce Konrada leżały wiersze Baudelaire’a, Rimbauda, Blake’a, Herberta, Miłosza, Wojaczka, Swietlickiego… Poza tym sporo płyt muzyków, którzy brali dragi i przedwcześnie się przekręcili. Wydawało mi się, że marzy o takiej romantycznej śmierci, owianego sławą artysty.

Część pokoju należąca do Szymona była pomalowana na kanarkowożółto i przykryta tapetą z żyrafami. Szymon słuchał reggae i ska. Na półce miał trochę wesolutkich zespołów typu: Leniwiec, Grubson, Abradab, Messajach. Kolejna półka była zastawiona różnymi karmami i gazetami dla miłośników zwierząt. Postanowiłem ominąć pajęczaki, patyczaki, jaszczurki i jego leniwego gekona. Szymon przez ostatni tydzień szczegółowo przedstawił mi swoją menażerię.

Na półce nieznanego mi jeszcze Matiego – studenta informatyki – leżały DVD seriali „Simpsonów”, „South Parku” i „Family Guy’a” – piekielnie zjadliwych i inteligentnych kreskówek amerykańskich.

Poza tym miał pełno gier komputerowych: „Warhammer”, „Counter Strike”, „Battlefield”, „Call of Duty”, „Resident Evil”… Najwyraźniej Mati lubił spędzać czas w fikcyjnym świecie.

Właśnie czytałem opis jednej z gier komputerowych, kiedy poczułem uderzenie w łeb. Na chwilę urwał mi się film. Kiedy się ocknąłem, zobaczyłem nad sobą trzy zaniepokojone twarze. Dwudniowy zarost, rozczochrane włosy, podkrążone oczy – Konrad. Duże, wiecznie zdziwione oczy i mop na głowie – Szymon. Trzeciej mordy nie znałem.

– Niech zgadnę. Jestem w piekle – mruknąłem.

Na ich twarzach pojawił się wyraz ulgi.

– Sorry, stary – Mati uśmiechnął się przepraszająco – myślałem, że jesteś złodziejem.

Podał mi rękę i pomógł wstać. Przyjrzałem mu się. Miał rogowe okulary, modną fryzurę, ironiczny uśmiech i koszulkę z napisem „Niekryty Krytyk – Explicit Lyrics”. Wcale nie przypominał mi informatyka-frajera, którego sobie wyobrażałem.

DOMINIK

Po koszmarnej wizycie w prosektorium wróciłem do akademika i zastałem pokój kompletnie zabałaganiony. Część zdjęć pospadała ze ścian i zaścielała podłogę razem z puszkami po piwie, papierosami, opakowaniami po pizzy i chipsach. Wszystko to było wymieszane razem z naszymi ubraniami. Z przykrością zauważyłem, że ktoś użył mojego ręcznika jako szmaty do podłogi.

Endi w pośpiechu pakowała aparat do torby.

– Cześć kochanie, co to za apokalipsa? – zapytałem.

– Profesor odwołał ćwiczenia, mieliśmy okienko i trochę piliśmy.

– Trochę? – rozejrzałem się po pokoju.

– No… mocno. Przez to straciłam poczucie czasu i zapomniałam, że muszę wrócić i oddać zdjęcia. Jak wrócę to posprzątam – wypadła z pokoju.

– Też tęskniłem! – zawołałem za nią.

Endi zniknęła, ale za to pojawił się Dawid. Na widok stanu pokoju gwizdnął z uznaniem.

– Łał, ale imprezka. Szkoda, że mnie nie było.

– Mnie też nie, ale muszę po niej sprzątać – mruknąłem z przygnębieniem.

– Mogę ci pomóc.

DAWID

Jak zawsze nie umiałem pohamować ciekawości i zacząłem rozglądać się po wnętrzu pokoju. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to zdjęcia. Wszystkie ściany w pokoju były nimi praktycznie wytapetowane. Zachodziły na siebie brzegami, jakby walczyły o miejsce. Z jednej fotografii wyrastało po kilkanaście innych. Przyjrzałem się z ciekawością. Przedstawiały wszystkie możliwe tematy, architekturę, sytuacje, portrety. Nawet zwykłe przedmioty, którym ktoś nadał odrębność i nowe znaczenia, nieznane, ale konkretne i rzeczywiste. Gapiłem się na nie przez dłuższy czas.

– Naprawdę ma talent – powiedziałem.

– Wiem, to artystka. Jej zdjęcia powinny wisieć w galeriach, ale nie chce w siebie uwierzyć.

Inne fotki przedstawiały głównie ich dwójkę na wycieczkach w Wiedniu, Paryżu, w górach i nad morzem, na Woodstocku, Jarocinie i jakichś manifestacjach ekologicznych. Wszędzie razem, roześmiani i wtuleni w siebie.