Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1063 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Klasztor - Zachar Prilepin

Klasztor-więzienie na Wyspach Sołowieckich – pierwszy sowiecki obóz koncentracyjny zwiastujący nadejście nowej mrocznej epoki. W odizolowanej od świata kolonii mieszkają obok siebie czerwonoarmiści i ich byli przeciwnicy z wojny domowej, kryminaliści i przedrewolucyjna elita, intelektualiści, poeci i niepiśmienni chłopi, Kozacy i Czeczeni, czekiści i kontrrewolucjoniści, zachodni dyplomaci, aktorzy i kościelni hierarchowie. To dziwne fantasmagoryczne miejsce, w którym naturalnie sąsiadują ze sobą grypsera, język literacki i bolszewicka nowomowa, kaci zamieniają się miejscem z ofiarami, a bestialstwa czekistów są tak samo na porządku dziennym, jak salony literackie i konne przejażdżki. W tej odludnej scenerii rosyjskiej Północy rozgrywa się tragiczna i piękna historia o miłości, samotności i granicach ludzkiej wolności. Klasztor – powieść porównywana przez krytyków swoim rozmachem i atmosferą do obrazów Boscha, dzieł Dostojewskiego i Czarodziejskiej góry Tomasza Manna – to największe wydarzenie literackie w Rosji w ostatnich latach. Zachar Prilepin – uznany pisarz, laureat wielu nagród literackich, którego książki przetłumaczono na ponad siedemnaście języków. Ten weteran obu wojen czeczeńskich, aktywny działacz Partii Narodowo-Bolszewickiej i uczestnik wielu akcji opozycyjnych, niekryjący swoich – często kontrowersyjnych – poglądów politycznych niejednokrotnie zasłużył na miano głównego skandalisty wśród rosyjskich pisarzy.

Opinie o ebooku Klasztor - Zachar Prilepin

Fragment ebooka Klasztor - Zachar Prilepin

Tytuł oryginału: Обитель

Copyright © Zakhar Prilepin, 2014

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o., 2016

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

Agreement via www.nibbe-wiedling.com

Redaktor prowadzący: Filip Karpow

Redakcja: Magdalena Wójcik

Korekta: Lidia Wrońska-Idziak

Pro­jekt okład­ki: Kuba Sowiński

Kon­wer­sja: Grze­gorz Ka­li­siak

Published with the support of the Institute for Literary Translation, Russia

ISBN 978-83-7976-432-7

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Od autora

Podobno mój pradziadek w młodości był pyskaty i złośliwy. W naszych stronach istnieje słowo trafnie określające taki charakter: zadziorliwy.

Do późnej starości pozostało mu pewne dziwactwo: kiedy obok naszego domu przechodziła krowa z dzwonkiem na szyi, która odbiła się od stada, pradziadek rzucał wszystko, co akurat robił, i pędem wypadał na dwór, chwytając co popadło — swój koślawy kostur z jarzębinowej gałęzi, but, stary saganek — i od progu, straszliwie przeklinając, ciskał za krową przedmiot, który nawinął mu się w powykrzywiane palce.

„Cholerny czort!” — mówiła o nim babka. Wymawiała to jako „chalerny czoort!” To zaskakujące „a” w pierwszym słowie i przeciągłe „o” w drugim wręcz mnie fascynowały.

„A” kojarzyło mi się z szalonym, niemal trójkątnym, jakby poddartym w górę okiem pradziadka, które wytrzeszczał w złości — podczas gdy drugie oko było zmrużone. Co do „czorta” — to kiedy pradziadek kaszlał i kichał, zdawało się, że wymawia właśnie to słowo: „Aaa… czort! Aaa… czort! Czort! Czort!” Brzmiało to tak, jakby pradziad widział przed sobą czorta i go przepędzał. Albo z każdym kaszlnięciem wypluwał po jednym tkwiącym w nim czorcie.

Powtarzając za babką sylaba po sylabie „cha-ler-ny czoort!” wsłuchiwałem się w swój szept: w znajomych słowach nagle pojawiał się powiew przeszłości, kiedy pradziadek był całkiem inny: młody, zły i szalony.

Babka opowiadała, że kiedy po wyjściu za mąż za dziadka zamieszkała w jego domu, pradziadek strasznie bijał „matulę” — jej świekrę, a moją prababkę. Przy czym świekra była postawna, silna, surowa, o głowę wyższa od pradziadka i szersza w ramionach — ale bała się go i słuchała bez szemrania.

Żeby uderzyć żonę, pradziadek musiał wchodzić na ławkę. Stamtąd nakazywał, żeby podeszła, chwytał ją za włosy i małą twardą pięścią na odlew bił w ucho.

Nazywał się Zachar Pietrowicz.

„Czyj to chłopak?” — „Zachara Pietrowa”.

Pradziadek miał brodę. Broda była jakby czeczeńska, lekko kędzierzawa, jeszcze nie całkiem siwa — chociaż rzadkie włosy na jego głowie były białe jak mleko, nieważkie, puszyste. Kiedy przylepiał mu się do czaszki puch ze starej poduszki, na pierwszy rzut oka nie sposób go było odróżnić.

Puch zdejmowało któreś z nas, nieustraszonych dzieci — ani babka, ani dziadek, ani mój ojciec głowy pradziadka nie dotykali nigdy. I jeśli nawet dobrodusznie zeń żartowali, to tylko pod jego nieobecność.

Był niewielkiego wzrostu, w wieku czternastu lat już go przerosłem, chociaż oczywiście wtedy Zachar Pietrowicz był już przygarbiony, mocno utykał i powoli zaczynał wrastać w ziemię — miał osiemdziesiąt osiem albo osiemdziesiąt dziewięć lat: w dowodzie był zapisany jeden rok, a on się urodził w drugim, albo wcześniej niż w papierach, albo przeciwnie, później — z czasem — sam już nie pamiętał.

Babka opowiadała, że pradziadek złagodniał po przekroczeniu sześćdziesiątki — ale tylko dla dzieci. Świata nie widział poza wnukami, karmił je, zabawiał, mył — na wsi rzecz niespotykana. Wszystkie wnuki po kolei spały z nim na piecu, pod jego ogromnym, kędzierzawym, śmierdzącym kożuchem.

Przyjeżdżaliśmy do rodzinnego domu z wizytami — i kiedy miałem sześć lat, kilka razy spotkało mnie to szczęście: mięsisty, kosmaty, prastary kożuch — do dziś pamiętam jego zapach.

Kożuch był jak stara legenda — naprawdę nietrudno było uwierzyć, że nosiło go i nie mogło znosić siedem pokoleń — cały nasz ród grzał się w jego cieple; okrywano nim też zimą nowo narodzone cielęta i prosięta, przenoszone do izby, żeby nie zamarzły w szopie; w ogromnych rękawach spokojnie mogła żyć przez całe lata cicha mysia rodzina, a jeśli pogrzebało się porządnie w jego futrzanych zakamarkach i fałdach, można było znaleźć machorkę, której pradziadek pradziadka nie wypalił do końca sto lat temu, wstążkę od ślubnego stroju babki mojej babki, obgryziony kawałek cukru, zgubiony przez mojego ojca, który w swoim głodowym dzieciństwie szukał go przez trzy dni i nie znalazł.

A ja go znalazłem i zjadłem, oblepiony machorką.

Kiedy pradziadek umarł, kożuch wyrzucono — żebym nie wiem co tutaj opowiadał, był to strasznie stary łach i okropnie śmierdział.

Dziewięćdziesiątkę Zachara Pietrowicza świętowaliśmy na wszelki wypadek przez trzy dni z rzędu.

Pradziadek siedział za stołem, na pierwszy rzut oka pełen godności, a tak naprawdę wesoły, i nie krył przewrotnej satysfakcji: ale was nabrałem — dożyłem do dziewięćdziesiątki i zmusiłem was wszystkich, żebyście się tu zebrali.

Pił, jak wszyscy nasi, do późnej starości równo z młodymi, i kiedy po północy — a obchody zaczynały się w południe — zaczynał czuć, że ma już dosyć, powoli wstawał od stołu i opędzając się od biegnącej na pomoc babki, na nikogo nie patrząc, szedł na swój zapiecek.

Kiedy pradziadek wychodził, wszyscy pozostali biesiadnicy siedzieli w milczeniu i ani drgnęli.

„Idzie jak generalissimus…” — powiedział, pamiętam, mój chrzestny i rodzony stryj, zabity następnego roku w idiotycznej bójce.

O tym, że pradziadek siedział trzy lata w łagrze na Sołowkach dowiedziałem się jeszcze jako dziecko. Dla mnie było to prawie to samo, co gdyby chodził na rozbój do Persji za Aleksego Michajłowicza albo brał udział w wyprawie Światosława na Tmutarakań.

Niewiele się o tym mówiło, chociaż, z drugiej strony, pradziadek co rusz napomykał a to o Eichmanisie1, a to o dowódcy plutonu Krapinie, a to o poecie Afanasjewie.

Długo myślałem, że Mstisław Burcew i Kuczerawa to koledzy pradziadka z wojska, i dopiero później dotarło do mnie, że wszyscy oni to łagiernicy.

Kiedy trafiły mi w ręce zdjęcia z Sołowek, w tajemniczy sposób od razu rozpoznałem na nich i Eichmanisa, i Burcewa, i Afanasjewa.

Byli dla mnie niemal jak bliscy, chociaż niedobrzy krewni. Gdy myślę o tym teraz, zdaję sobie sprawę, jak krótka jest droga do historii — historia jest tuż, tuż. Obcowałem bezpośrednio z pradziadkiem, który na własne oczy widział świętych i biesy.

O Eichmanisie zawsze mówił „Fiodor Iwanowicz” z pewną obawą, a zarazem z szacunkiem. Czasem próbuję sobie wyobrazić, jak zabito tego pięknego i niegłupiego człowieka — założyciela obozów koncentracyjnych w sowieckiej Rosji.

Mnie osobiście pradziadek niczego o życiu na Sołowkach nie opowiadał, chociaż czasami przy stole, zwracając się wyłącznie do dorosłych mężczyzn, a zwłaszcza do mojego ojca, rzucał coś mimochodem, za każdym razem jakby kończąc jakąś historię, o której była mowa wcześniej — na przykład rok temu albo dziesięć lat, albo czterdzieści.

Pamiętam, jak mama, trochę się popisując przed staruszkami, sprawdzała, jak tam idzie z francuskim mojej starszej siostrze, a pradziadek nagle przypomniał ojcu, jak kiedyś został wyznaczony do zbierania jagód i niespodzianie spotkał w lesie Fiodora Iwanowicza, który zagadnął po francusku jednego z więźniów.

Pradziadek szybko, w dwóch-trzech zdaniach kreślił swoim ochrypłym, donośnym głosem jakąś scenkę z przeszłości — bardzo sugestywną i wyrazistą. Przy czym sam wygląd pradziadka, jego zmarszczki, broda, puch na głowie, jego śmiech przypominający skrobanie żelazną łyżką po patelni — wszystko to odgrywało nawet większą rolę niż sama opowieść.

Były też historie o spławianiu bali drewna lodowatą w październiku rzeką, o ogromnych, śmiesznych sołowieckich miotełkach łaziebnych, o zabitych mewach i psie imieniem Black.

Swojego czarnego nierasowego szczeniaka też nazwałem Black.

Szczeniak zadusił w zabawie najpierw jednego letniego kurczaka, potem drugiego, rozrzucając pióra na ganku, potem trzeciego… krótko mówiąc, wreszcie pradziadek złapał psiaka, goniącego po podwórzu ostatniego kurczaka, za ogon i z rozmachem walnął nim o narożnik naszego murowanego domu. Po pierwszym uderzeniu szczeniak strasznie zaskomlał, a po drugim — umilkł.

Ręce pradziadka do dziewięćdziesiątki były jeśli nie silne, to chwytne. Twarde sołowieckie warunki zahartowały go na całe długie życie. Twarzy pradziadka nie pamiętam, co najwyżej brodę i krzywe usta, wiecznie coś żujące — za to, gdy zamykam oczy od razu widzę jego ręce: z krzywymi sinoczarnymi palcami, porośnięte kręconym brudnym włosem. Pradziadka wsadzili zresztą właśnie za to, że bestialsko pobił pełnomocnika do spraw kolektywizacji. Potem omal nie wsadzili go jeszcze raz, kiedy własnoręcznie wybił domowe bydło, które chciano upaństwowić.

Kiedy patrzę, zwłaszcza po pijanemu, na swoje ręce, dostrzegam z niejakim przerażeniem, jak z każdym rokiem moje palce coraz bardziej zaczynają przypominać wykoślawione palce pradziadka z zaśniedziałymi jak mosiądz paznokciami.

Na spodnie pradziadek mówił nachy, na żyletkę — mojka, na karty do gry — sztorki, a kiedyś, kiedy wylegiwałem się leniwie z książką, powiedział: „O, leży bez przydziału, nie idzie do roboty…” — ale bez gniewu, żartobliwie, a nawet jakby z aprobatą.

Tak jak on nie mówił nikt ani w rodzinie, ani w całej wsi.

Niektóre historie pradziadka dziadek opowiadał po swojemu, mój ojciec we włas­nej, nowej wersji, chrzestny jeszcze inaczej. Babka zaś zawsze przedstawiała łagrowe życie teścia z babskiego, pełnego żałości punktu widzenia, który czasem wydawał się przeczyć męskiej ocenie.

Niemniej jednak pomału zaczął się z tego wyłaniać ogólny obraz.

O Gali i Artiomie opowiedział mi ojciec, kiedy miałem około piętnastu lat — nastąpiła akurat epoka rozliczeń i szaleńczej skruchy. Ojciec przy jakiejś okazji pokrótce przedstawił historię, która już wtedy wywarła na mnie ogromne wrażenie.

Babka też znała tę opowieść.

Do dziś nie mam pojęcia, jak i kiedy pradziadek opowiedział to wszystko ojcu — był przecież taki małomówny; no, ale jednak opowiedział.

Później, układając poszczególne opowieści w jeden obraz i porównując go z tym, co się zdarzyło naprawdę, zgodnie z wyszperanymi w archiwach meldunkami, sprawozdaniami i raportami, zauważyłem, że w relacji pradziadka różne wydarzenia zlały się razem i pewne rzeczy działy się jednocześnie — gdy tymczasem ciągnęły się przez cały rok, a niekiedy nawet przez trzy lata.

Z drugiej strony, czymże jest prawda, jeśli nie tym, co się pamięta.

Prawda to jest to, co się pamięta.

Pradziadek umarł, kiedy ja byłem na Kaukazie — wolny, wesoły, zakamuflowany.

W ślad za nim stopniowo odeszła w zaświaty cała nasza ogromna rodzina, pozostały tylko wnuki i prawnuki — same, bez dorosłych.

No i trzeba udawać, że teraz my jesteśmy dorośli, chociaż do dziś nie dostrzegam żadnych wyraźnych różnic między sobą czternastoletnim a obecnym.

Może tylko to, że czternaście lat ma teraz mój syn.

Tak się złożyło, że kiedy moi staruszkowie umierali, wciąż przebywałem gdzieś daleko — i ani razu nie pojawiłem się na pogrzebie.

Czasem myślę, że moi bliscy żyją — bo inaczej gdzieżby się wszyscy podziali?

Kilka razy śniło mi się, że wracam do rodzinnej wsi i próbuję odszukać kożuch pradziadka: łażę, kalecząc sobie ręce, po jakichś krzakach, niespokojnie i bezmyślnie włóczę się wzdłuż rzeki nad zimną, brudną wodą, potem jestem w szopie: stare grabie, stare kosy, zardzewiałe żelastwo — wszystko nagle się na mnie wali, boleśnie uderzając; potem ni stąd, ni zowąd jestem na strychu z sianem, ryję w nim, krztusząc się kurzem i kaszlę: „Czort! Czort! Czort!”.

I niczego nie znajduję.

1 Prototypem tej postaci jest Fiodor Iwanowicz Eichmans, major bezpieki, pierwszy komendant obozu koncentracyjnego OGPU SłON (Sołowieckie Obozy Specjalnego Przeznaczenia) na Wyspach Sołowieckich, od 25 kwietnia do 16 czerwca 1930 r. komendant Gułagu. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

KSIĘGAPIERWSZA

— Il fait froid aujourd’hui.

— Froid et humide.

— Quel sale temps, une véritable fièvre.

— Une véritable peste…2

— Pamięta pan, jak mawiali tutejsi mnisi? „Zbawienie w pracy!” — powiedział Wasilij Pietrowicz, na sekundę przenosząc spojrzenie swych zadowolonych, często mrugających oczu z Fiodora Iwanowicza Eichmanisa na Artioma. Artiom nie wiadomo czemu przytaknął, chociaż nie rozumiał, o czym mówią.

— C’est dans l’effort que se trouve notre salut? — upewnił się Eichmanis.

— C’est bien cela!3 — przytaknął z zadowoleniem Wasilij Pietrowicz i tak gwałtownie kiwnął głową, że wysypał na ziemię kilka jagód z trzymanego w rękach kosza.

— Czyli my też mamy rację — powiedział Eichmanis z uśmiechem, spoglądając kolejno na Wasilija Pietrowicza, na Artioma i na swoją towarzyszkę, która zresztą nie odwzajemniła jego spojrzenia. — Nie wiem, jak tam jest ze zbawieniem, ale na robocie mnisi się znali jak mało kto.

Artiom i Wasilij Pietrowicz, w przesiąkniętej wilgocią i brudnej odzieży, z czarnymi kolanami, stali w mokrej trawie, przestępując z nogi na nogę i pachnącymi ziemią rękami rozmazując sobie po twarzach pajęczynę i komary. Eichmanis i jego kobieta byli konno: on na gniadym narowistym ogierze, ona — na srokatym, niemłodym i głuchawym.

Znów zaczął padać deszcz, dziwnie mętny i ostry jak na lipiec. Powiał wiatr, zaskakująco zimny nawet w tych stronach.

Eichmanis kiwnął głową do Artioma i Wasilija Pietrowicza. Kobieta w milczeniu szarpnęła wodze w lewo, jakby czymś rozdrażniona.

— Trzyma się w siodle nie gorzej niż Eichmanis — zauważył Artiom, spoglądając za jeźdźcami.

— Tak, tak… — odrzekł Wasilij Pietrowicz takim tonem, że było jasne, iż słowa rozmówcy do niego nie dotarły. Postawił kosz na ziemi i w milczeniu zaczął zbierać rozsypane jagody.

— Zatacza się pan z głodu — pół żartem, pół serio powiedział Artiom, patrząc z góry na czapkę Wasilija Pietrowicza. — Już oddzwonili fajrant. Czeka nas wspaniała wyżerka. Jak pan myśli, czym nas dziś uraczą, kartoflami czy kaszą?

Z lasu wyszło na drogę jeszcze kilku ludzi z brygady jagodziarzy.

Nie czekając aż ustanie dokuczliwa mżawka, Wasilij Pietrowicz i Artiom ruszyli w stronę klasztoru. Artiom lekko utykał — zbierając jagody, skręcił sobie nogę.

On też był zmęczony, nie mniej niż Wasilij Pietrowicz. Poza tym wyraźnie nie wykonał normy.

— Więcej do tej roboty nie pójdę — mruknął cicho do Wasilija Pietrowicza, nie mogąc znieść milczenia. — Do cholery z tymi jagodami. Najadł się człowiek za cały tydzień, a przyjemności żadnej.

— Tak, tak… — powtórzył jeszcze raz Wasilij Pietrowicz, ale wreszcie wziął się w garść i niespodziewanie odrzekł: — Ale za to bez konwoju! Niech pan pomyśli, Artiom, cały dzień nie widzieć ani tych z czarnymi otokami, ani legawej roty, ani „lampartów”.

— A mnie rację obetną do połowy i obiad dadzą bez drugiego — odparował Artiom. — Wiecznie to samo.

— Odstąpię panu trochę — zaproponował Wasilij Pietrowicz.

— To wtedy obaj będziemy mieć poniżej normy — zaśmiał się miękko Artiom. — Raczej marna pociecha.

— Nie wie pan, ile trudu kosztowało mnie zdobycie dzisiejszego przydziału… Bądź co bądź, Artiom, to nie to, co karczowanie pni. — Wasilij Pietrowicz trochę się ożywił. — A właśnie, zauważył pan, czego jeszcze nie ma w lesie?

Artiom rzeczywiście coś zauważył, ale nie potrafił tego sprecyzować.

— Nie wrzeszczą te przeklęte mewy! — Wasilij Pietrowicz aż przystanął i po namyśle zjadł jedną jagodę ze swego kosza.

W klasztorze i w porcie wprost nie można się było opędzić od mew, a w dodatku za zabicie mewy groził karcer — naczelnik obozu Eichmanis z jakiegoś powodu bardzo cenił ten krzykliwy i bezczelny sołowiecki gatunek; niepojęte.

— W czarnych jagodach są sole żelaza, chrom i miedź — podzielił się swą wiedzą Wasilij Pietrowicz, zjadłszy jeszcze jedną jagodę.

— To dlatego się czuję jak jeździec miedziany — odparł ponuro Artiom. — I jeździec chromy.

— A poza tym czarne jagody dobrze robią na wzrok — powiedział Wasilij Pietrowicz. — O, widzi pan gwiazdę na cerkwi?

Artiom popatrzył uważnie.

— I co?

— Ile ma ramion? — spytał zupełnie poważnie Wasilij Pietrowicz.

Artiom przypatrywał się przez sekundę, potem wszystko zrozumiał, Wasilij Pietrowicz też spostrzegł, że ten się domyślił — i obaj zaśmiali się cicho.

— Dobrze, że pan tylko wymownie kiwał głową, a nie rozmawiał z Eichmanisem — całe usta ma pan w jagodach — wykrztusił wśród śmiechu Wasilij Pietrowicz i zrobiło się jeszcze śmieszniej.

Kiedy tak ze śmiechem wpatrywali się w gwiazdę, brygada ich wyprzedziła — i każdy przechodząc, zerknął do koszyków stojącej na drodze dwójki.

Wasilij Pietrowicz i Artiom zostali w tyle. Śmiech szybko ucichł i Wasilij Pietrowicz nagle spoważniał.

— Wie pan co? To jest haniebna, obrzydliwa cecha — przemówił z wysiłkiem i niechęcią. — Mało, że postanowił po prostu ze mną porozmawiać, to jeszcze zwrócił się do mnie po francusku! I od razu byłem gotów wszystko mu wybaczyć. I nawet go polubić! Teraz przyjdę i zjem to cuchnące żarcie, a potem wlezę na pryczę karmić wszy. A on sobie zje mięsko, a potem przyniosą mu jagody, któreśmy tu zebrali. I popije je mlekiem! Powinienem, za przeproszeniem, napluć mu w te jagody — a tymczasem niosę je, pełen wdzięczności za to, że ten człowiek zna francuski i zniża się do mnie! Ale mój ojciec też znał francuski! I niemiecki, i angielski! A ja mu tak odszczekiwałem! Tak go poniżałem! Dlaczego teraz tutaj nie napyskowałem, stary dureń! Nienawidzę siebie, Artiom! Niech mnie wszyscy diabli!

— Już dobrze, dobrze, Wasiliju Pietrowiczu, wystarczy — tym razem zupełnie inaczej zaśmiał się Artiom; przez ostatni miesiąc zdążył polubić te monologi.

— Nie, nie wystarczy, Artiom — powiedział surowo Wasilij Pietrowicz. — Przebywając tutaj zrozumiałem jedno: arystokracja to żadna błękitna krew, żadna. Po prostu ci ludzie dobrze jedli z pokolenia na pokolenie, dworskie dziewki zbierały im jagody, ścieliły łóżka i myły ich w bani, a potem rozczesywały włosy. I tak ich wymyto i wyczesano, że stali się arystokracją. Teraz my taplamy się w błocie, za to tamci jeżdżą konno, są dobrze odżywieni, wymyci — i staną się… no dobrze, może nie oni, ale ich dzieci — też staną się arystokracją.

— Nie — odparł Artiom i ruszył, gniewnie rozmazując po twarzy krople deszczu.

— Uważa pan, że nie? — spytał Wasilij Pietrowicz, doganiając go. W jego głosie brzmiała wyraźna nadzieja na to, że Artiom ma rację. — No to chyba zjem jeszcze jedną jagódkę… Pan też, Artiom, proszę cię poczęstować. Niech pan weźmie nawet dwie.

— Do licha z jagodami — opędził się Artiom. — Nie ma pan słoniny?

* * *

Im bliżej był klasztor — tym głośniejsze mewy.

Monastyr był kanciasty — same węgły, i niechlujny — potwornie zapuszczony.

W jego zwietrzałym cielsku między omszałymi głazami ścian hulały przeciągi.

Ciężka bryła zdawała się tak ogromna, jakby nie została wzniesiona przez słabych ludzi, lecz nagle, całym swoim kamiennym ciężarem runęła z nieba i wszystkich, którzy się w niej znaleźli, uwięziła w potrzasku.

Artiom nie lubił patrzeć na klasztor: za każdym razem pragnął jak najszybciej minąć wrota i znaleźć się w środku.

— Już drugi rok tu tkwię, a za każdym razem, kiedy wchodzę do twierdzy, ręka sama mi się wyciąga, żeby się przeżegnać — zwierzył się szeptem Wasilij Pietrowicz.

— To niech się pan żegna — głośno odrzekł Artiom.

— Przed gwiazdą? — zapytał Wasilij Pietrowicz.

— Przed świątynią — warknął Artiom. — Co panu za różnica — gwiazda, nie gwiazda, ale świątynia stoi.

— Jeszcze by mi palce powyłamywali, lepiej durniów nie drażnić — odrzekł po zastanowieniu Wasilij Pietrowicz i głębiej schował ręce w rękawach marynarki. Pod marynarką miał znoszoną flanelową koszulę.

— …A w świątyni cała chmara prawie świętych na trzypiętrowych pryczach… — dokończył myśl Artiom. — Albo nawet trochę więcej, jeśli policzyć pod pryczami.

Dziedziniec Wasilij Pietrowicz zawsze przecinał szybko, ze spuszczonymi oczami, jakby nie chciał niepotrzebnie przyciągnąć czyjejś uwagi.

Na dziedzińcu rosły stare brzozy, stare lipy i górująca nad nimi stara topola. Artiomowi jednak najbardziej podobała się jarzębina — jej jagody obrywano bezlitoś­nie albo do zaparzenia wrzątkiem, albo po prostu, żeby zjeść coś kwaśnego — ale były okropnie gorzkie; tylko na samym czubku trzymało się jeszcze kilka gron, co dziwnie przypominało Artiomowi fryzurę matki.

Dwunasta robocza rota obozu sołowieckiego zajmowała jednokolumnowy refektarz dawnej cerkwi soborowej pod wezwaniem Zaśnięcia Najświętszej Bogurodzicy.

Weszli do drewnianego przedsionka, pozdrawiając dyżurnych — Czeczena, którego nazwiska i paragrafu Artiom wciąż nie potrafił zapamiętać, a zresztą nie bardzo chciał, i Afanasjewa — agitacja antysowiecka, jak sam się pochwalił — leningradzkiego poetę, który zagadnął wesoło: „Jak tam w lesie jagoda, Tioma?” Odpowiedź brzmiała: „Jagoda4 jest w Moskwie, zastępca szefa GPU. A w lesie my”.

Afanasjew cicho zachichotał, Czeczen zaś, jak wydało się Artiomowi, nic nie zrozumiał — chociaż czy z ich twarzy można cokolwiek wyczytać? Afanasjew siedział rozwalony, jeśli to w ogóle możliwe na taborecie, a Czeczen to chodził tam i z powrotem, to przykucał.

Zegar na ścianie wskazywał za kwadrans siódmą.

Artiom czekał cierpliwie na Wasilija Pietrowicza, który, nabrawszy wody z baku przy wejściu, sączył ją, posapując; Artiom w tym czasie opróżniłby kubek dwoma haustami… a w ogóle to wypił całe trzy kubki, a czwarty wylał sobie na głowę.

— My tę wodę musimy nosić! — powiedział z niezadowoleniem Czeczen, z trudem dobywając z gardła każde rosyjskie słowo. Artiom wyciągnął z kieszeni kilka zmiętoszonych jagód i mruknął: „Masz!”; Czeczen wziął, nie patrząc, co mu dają, a zorientowawszy się, z obrzydzeniem rzucił jagody na stół; Afanasjew złapał je kolejno i powrzucał do ust.

Natychmiast przy wejściu do refektarza uderzył ich w nozdrza zapach, od którego po całym dniu w lesie odwykli — ohydnego ludzkiego brudu, niemytych, zmęczonych ciał; żadne zwierzę nie śmierdzi tak jak człowiek i żyjące na nim pasożyty; Artiom jednak dobrze wiedział, że już po siedmiu minutach przywyknie, zapomni o tym i stanie się częścią tego zapachu, tego zgiełku i bluzgów, tego życia.

Prycze były zrobione z okrągłych, zawsze wilgotnych żerdzi i nieheblowanych desek.

Artiom spał na drugim poziomie, Wasilij Pietrowicz dokładnie pod nim: zdążył już pouczyć Artioma, że latem lepiej spać na dole — jest tam chłodniej, a zimą — na górze, „…bo gdzie się wzbija ciepłe powietrze?…”. Na trzecim poziomie rezydował Afanasjew. Nie dość, że było mu najgoręcej, to jeszcze nieustannie kapało z sufitu — skraplała się tam zgniła para oddechów i potu.

— Pan to chyba jest niewierzący, Artiom? — indagował z dołu Wasilij Pietrowicz, ciągnąc rozpoczętą w drodze rozmowę i jednocześnie majstrując przy swoim zniszczonym obuwiu. — Dziecię epoki, co? Pewnie naczytał się pan w dzieciństwie różnego draństwa? Dyr buł szczył5 w portkach, nawji czary6 w głowie, Bóg umarł śmiercią naturalną czy coś w tym guście, prawda?

Artiom nie odpowiadał, już próbując wywąchać, czy nie niosą kolacji — chociaż rzadko dostarczano żarcie przed czasem.

Na jagody zabierał ze sobą chleb — z chlebem jagody wchodziły lepiej, chociaż i tak nie zaspokajały dokuczliwego głodu.

Wasilij Pietrowicz postawił buty na podłodze z ostrożnym pietyzmem, właściwym niezblazowanym kobietom chowającym na noc swoją biżuterię. Potem długo przetrząsał swój dobytek i wreszcie oznajmił z goryczą:

— Artiom, znowu ukradli mi łyżkę, no niech pan sobie wyobrazi.

Artiom natychmiast sprawdził, czy ma swoją: tak, była na miejscu, i miska też. Grzebiąc w swoich rzeczach, rozgniótł pluskwę. Już raz ukradziono mu miskę. Pożyczył wtedy od Wasilija Pietrowicza dwadzieścia dwie kopiejki miejscowych pieniędzy i kupił miskę w sklepiku, po czym wydrapał na dnie literę „A”, żeby rozpoznać swoją własność, jeśli znów ją ukradną. Doskonale zdawał sobie jednak sprawę, że to właściwie nie ma sensu: jeśli miska trafi do innej roty, raczej nie pozwolą mu sprawdzić, gdzie jest i kto ją wyskrobuje.

Rozgniótł jeszcze jedną pluskwę.

— Niech pan tylko pomyśli, Artiom — powtórzył Wasilij Pietrowicz, nie doczekawszy się odpowiedzi i znów przeszukując swoje posłanie.

Artiom wymruczał coś niezrozumiałego.

— Co? — zapytał Wasilij Pietrowicz.

— Pomyślałem — odrzekł Artiom i dodał, żeby pocieszyć towarzysza: — Kupi pan w sklepiku. A teraz zjemy kolację moją łyżką.

A tak w ogóle nie potrzebował węszyć — kolację nieodmiennie zapowiadał śpiew Mojsieja Sołomonycza: ten bezbłędnie wyczuwał jedzenie i za każdym razem zaczynał nucić na kilka minut wcześniej, nim dyżurni wnieśli kadź z kaszą czy zupą.

Śpiewał z jednakowym przejęciem wszystko jak leci — romanse, arie operetkowe, żydowskie i ukraińskie pieśni, próbował nawet śpiewać po francusku, chociaż tego języka nie znał — co można było odgadnąć z rozpaczliwych min Wasilija Pietrowicza.

— Niech żyje wolność, niech żyje władza Rad! — niegłośno, ale wyraźnie śpiewał Mojsiej Sołomonycz, jak się wydawało, bez cienia ironii. Czaszkę miał wydłużoną, włosy czarne, gęste, wyłupiaste, jakby zdziwione oczy, usta duże, z dobrze widocznym językiem. Śpiewając, pomagał sobie rękami, jakby chwytał przepływające obok w powietrzu słowa pieśni i budował z nich wieżyczkę.

Afanasjew i Czeczen, szurając nogami, wnieśli na kijach cynkowy bak, potem jeszcze jeden.

Na kolację ustawiano się plutonami, co zajmowało zawsze prawie godzinę. Plutonem Artioma i Wasilija Pietrowicza dowodził taki sam osadzony jak oni, były milicjant Krapin — milczący, surowy, z przyrośniętymi płatkami uszu. Twarz miał zawsze zaczerwienioną, jakby poparzoną, a czoło wydatne, z wysuniętym wałem nadoczodołowym, dziwnie twarde z wyglądu, od razu nasuwające myśl o dawno widzianych stronicach z podręcznika zoologii, a może poradnika medycznego.

W ich plutonie, poza Mojsiejem Sołomonowiczem i Afanasjewem, byli rozmaici kryminaliści i recydywiści, terecki Kozak Łażecznikow, trzech Czeczenów, jeden staruszek Polak, jeden młody Chińczyk, osiłek z Małorosji, który w czasie wojny domowej zdążył powojować u dziesięciu atamanów, a w przerwach u czerwonych, oficer od Kołczaka, generalski pucybut przezwiskiem Samowar, dwunastu chłopów z rejonu czarnoziemnego i felietonista z Leningradu Grakow, dziwnie unikający kontaktów ze swym ziomkiem Afanasjewem.

Prócz tego pod pryczami, w panującym tam koszmarnym śmietniku — kupie szmat i odpadków — od dwóch dni gnieździł się bezprizorny, który pewnie uciekł albo z karceru, albo z ósmej roty, gdzie głównie trzymano takich jak on. Artiom raz podzielił się z nim kapustą, ale choć więcej tego nie zrobił, bezprizorny i tak spał w ich pobliżu.

„Skąd on ma pewność, Artiom, że go nie wydamy? — zapytał retorycznie Wasilij Pietrowicz, nie bez lekkiej autoironii. — Naprawdę tak marnie wyglądamy? Słyszałem kiedyś, że dorosły mężczyzna, niezdolny do popełnienia podłości albo w skrajnym przypadku zabójstwa, wygląda żałośnie. Jak pan myśli?”

Artiom milczał, żeby nie zaniżać swojej męskiej wartości.

Przybył do obozu dwa i pół miesiąca temu, z czterech możliwych otrzymał pierwszą kategorię roboczą, zapewniającą mu godziwą pracę na każdym odcinku, bez względu na pogodę. Do czerwca był w trzynastej rocie, kwarantannowej, i miesiąc przepracował w porcie przy wyładunku. Jako tragarz Artiom próbował swoich sił jeszcze w Moskwie, od czternastego roku życia — i do tego fachu był przyuczony, co natychmiast docenili dziesiętnicy i dyspozytorzy. Gdyby jeszcze lepiej karmiono i pozwalano więcej spać, byłoby całkiem znośnie.

Z kwarantannowej przenieśli Artioma do dwunastej.

Ta rota też nie należała do łatwych, choć rygor był nieco łagodniejszy niż w kwarantannowej. W dwunastej też harowali przy różnych pracach, często bez ograniczeń czasowych, aż do wypełnienia normy. Zwracać się osobiście do przełożonych nie mieli prawa — wyłącznie przez dowódców plutonów. Co do Wasilija Pietrowicza z jego francuszczyzną, to Eichmanis w lesie pierwszy się do niego odezwał.

Przez cały lipiec pędzono dwunastą rotę częściowo do spławiania bali, częściowo do wywózki śmieci w samym klasztorze, częściowo do karczunku, a poza tym na sianokosy, do cegielni, do obsługi kolei. Miastowi nie zawsze umieli kosić, inni nie nadawali się do rozładunku, niektórzy trafili do lazaretu, inni do karceru — partie bez końca wymieniano i mieszano.

Spławiania bali — roboty najcięższej, wyczerpującej i mokrej — Artiom na razie uniknął, a przy karczunku mocno się namęczył: nigdy nie przypuszczał, że drzewo może się trzymać ziemi tak mocno, głęboko i na tak różne sposoby.

— Gdyby nie rąbać korzeni po kolei, ale za jednym zamachem z ogromną siłą wyrwać cały pień, wyniósłby na swoich nieskończonych ogonach kawał ziemi wielki jak kopuła cerkwi Uspieńskiej! — ni to z zachwytem, ni to ze zgrozą mawiał w swojej obrazowej manierze Afanasjew.

Norma na jednego człowieka wynosiła dwadzieścia pięć pni dziennie.

Więźniów dobrze sobie radzących, fachowców i majstrów przenoszono do innych rot, gdzie rygor był lżejszy — ale Artiom ciągle nie mógł się zdecydować, gdzie może się przydać taki niedokończony student jak on i co właściwie potrafi. Poza tym taka decyzja to zaledwie połowa sukcesu; ktoś musi człowieka zauważyć i wezwać.

Po karczunku całe ciało bolało go, jakby się naderwał — rano zdawało mu się, że nie da rady wstać do roboty. Wyraźnie schudł, zaczęło mu się śnić jedzenie, wiecznie węszył zapach pożywienia i ostro go czuł, ale młodość jeszcze go jakoś trzymała, nie dawała za wygraną.

Trochę mu pomógł Wasilij Pietrowicz, który podał się za doświadczonego leśnego zbieracza — zresztą rzeczywiście tak było — dostał przydział na jagody i wziął ze sobą Artioma — ale obiad do lasu codziennie przywożono wystygły i poniżej normy: pewnie rozwożący go więźniowie podjadali sobie po drodze, a ostatnim razem w ogóle zapomnieli jagodziarzy nakarmić, tłumacząc się, że przyjechali, ale nie znaleźli zbieraczy, którzy rozeszli się po lesie. Ktoś się na rozwożących poskarżył, wlepiono im po trzy doby karceru, ale głodu to nie zaspokoiło.

Tego dnia na kolację była kasza gryczana; Artiom od dzieciństwa jadł szybko, a teraz, siedząc na pryczy Wasilija Pietrowicza, w ogóle nie zauważył, kiedy opróżnił miskę; wytarł łyżkę w podszewkę marynarki i podał ją starszemu towarzyszowi, który siedział z miską na kolanach i taktownie patrzył w drugą stronę.

— Bóg zapłać — cicho i surowo powiedział Wasilij Pietrowicz, nabierając rozgotowanej, pozbawionej smaku kaszy, podpłyniętej śluzowatą wodą.

— Uhm — odrzekł Artiom.

Dopiwszy wrzątek z puszki po konserwach, zastępującej kubek, wskoczył do siebie na górę, ryzykując, że zarwie pryczę, zdjął koszulę, podłożył ją sobie razem z onucami zamiast prześcieradła, żeby podeschły, wsadził ręce w rękawy szynelu, głowę okręcił szalikiem i prawie od razu zapadł w sen, zdążywszy tylko usłyszeć, jak Wasilij Pietrowicz mówi półgłosem do bezprizornego, który miał zwyczaj w czasie posiłku lekko pociągać jedzących za nogawki:

— Nie będę was żywić, jasne? Bo to chyba wy ukradliście mi łyżkę?

Jako że bezprizorny leżał pod pryczą, a Wasilij Pietrowicz na niej siedział, patrzącemu z boku mogło się wydawać, że więzień rozmawia z duchami, grożąc im głodem i surowo patrząc w przestrzeń.

Artiom zdążył jeszcze uśmiechnąć się do tej myśli i uśmiech spełzł mu z warg, kiedy już spał — do wieczornej inspekcji pozostawała godzina, po cóż marnować czas.

W refektarzu jacyś więźniowie się bili, ktoś klął, ktoś płakał; Artioma nic to nie obchodziło.

W ciągu godziny zdążyło mu się przyśnić jajko na miękko — zwyczajne gotowane jajko. Ze środka prześwitywało żółtko, jakby napełnione słońcem, roztaczające ciepło i pieszczotę. Artiom dotknął je z nabożeństwem i poczuł na palcach gorąco. Ostrożnie rozłamał jajko, białko rozdzieliło się na dwie części; w jednej, bezwstydnie nagie, kuszące, pulsowało żółtko — nawet nie próbując go, wiedziało się, że jest nieprawdopodobnie, oszałamiająco smaczne i miękkie. Skądś wzięła się we śnie gruboziarnista sól — i Artiom posolił jajko, wyraźnie widząc, jak spada na nie każdy kryształek i jak żółtko staje się posrebrzone — miękkie złoto w srebrze. Przez jakiś czas Artiom wpatrywał się w rozłamane jajko, nie mogąc się zdecydować od czego zacząć: od białka czy od żółtka. Pochylił się modlitewnie nad jajkiem, żeby ostrożnie zlizać sól.

Ocknął się na sekundę, czując, że liże własną słoną rękę.

* * *

Z dwunastej roty nie wolno było wychodzić w nocy — kibel pozostawiano do rana w środku. Artiom wyrobił w sobie nawyk wstawania między trzecią a czwartą — szedł z zamkniętymi jeszcze oczami, na pamięć, z senną zaciekłością zdrapując z siebie pluskwy, nie widząc drogi… za to z nikim nie dzielił swojej czynności.

Wracając, rozróżniał już ludzi i prycze.

Bezprizorny spał na gołej podłodze, widać było jego brudną nogę; …że też jeszcze nie zdechł… — pomyślał przelotnie Artiom. Mojsiej Sołomonowicz chrapał melodyjnie i na różne tony. Wasilij Pietrowicz śpiąc, jak nie po raz pierwszy zauważył Artiom, wyglądał zupełnie inaczej — groźnie i wręcz odpychająco, jakby przez jego codzienne oblicze prześwitywał ktoś inny, obcy.

Moszcząc się na jeszcze niewystygłym szynelu, Artiom, powiódł półprzytomnym wzrokiem po refektarzu ze stu pięćdziesięcioma śpiącymi więźniami.

Niesamowite! — pomyślał, z przestrachem i zdziwieniem zaciskając powieki. — Leży człowiek, nic nie robi, i tak… przez większość… życia…

Na drugim końcu refektarza błysnęła zapałka — ktoś nie wytrzymał i postanowił rozgnieść chociaż jedną pluskwią rodzinę przy świetle. Pluskwy nawet w nocy nieustannie pełzały po słupkach prycz, po ścianach, spadały skądś z góry…

Artiom na moment otworzył oczy i w świetle zapałki zobaczył, jak ktoś z drugiego plutonu sięga do cudzego worka. Napotkał spojrzenie złodzieja, zamknął oczy, odwrócił się i na zawsze o tym zapomniał.

I zaraz obudził go poranny dzwon, obwieszczający godzinę piątą, a po chwili wrzask Afanasjewa:

— Rota, pobudka!

Dziś Artiom nienawidził Afanasjewa; wczoraj krzyczał inny dyżurny, z gardłowym głosem — i Artiom nienawidził jego.

Minutę później ledwie widoczny we wstrętnym półmroku Mojsiej Sołomonowicz już śpiewał:

— Gdzie pani jest? Kto palce pani pieści? I gdzie się podział pani Chińczyk Li?7

Artiom zerknął na Chińczyka, który spał tuż obok, ale ten chyba nie słyszał słów pieśni: siedział na swoim drugim poziomie i gładził się po szyi i twarzy, jakby za pomocą dotyku na nowo odzyskiwał siebie, swoje ciało i świadomość.

— Ej, ty, operetka, zamknij się, kurwa! — krzyknął któryś z kryminalnych, jeszcze leżących na pryczach.

Mojsiej Sołomonowicz urwał w pół słowa.

— Ja przecież cichutko — powiedział w przestrzeń, rozkładając ręce.

Umilkł zresztą na chwilę — wkrótce znowu coś ledwie dosłyszalnie zanucił — wnoszono jedzenie.

Można było stanąć w ogonku i czekać pewnie ze czterdzieści minut na swoją kolej, ale Artiom ćwiczył się w cierpliwości, żeby na próżno nie tracić czasu.

Przesiadł się bliżej lampy i zdążył podszyć kołnierzyk i przejrzeć miejscowe pisemko „Wyspy Sołowieckie”, wydawane w łagrze przez samych osadzonych. Wasilij Pietrowicz wypożyczał je z biblioteki, chyba dla utrzymania na należytym poziomie niechęci do administracji obozu. Artiom czytywał w tym piśmie najczęściej stroniczkę poezji — trzeba przyznać, bardzo słabej; wyróżniał się tam co najwyżej tylko Borys Szyriajew ze swymi dość udatnymi naśladownictwami. Ciekawe, czy wyszedł już na wolność, czy nie?… Wierszy z pisemka, bez względu na ich jakość, Artiom uczył się na pamięć i czasem powtarzał je sobie w myślach, sam nie bardzo wiedząc po co.

Dopiero po uporaniu się z tymi wszystkimi zajęciami Artiom stanął w kolejce: pozostało w niej już tylko kilka osób.

— Artiom, nie rozmyślił się pan? — zapytał Wasilij Pietrowicz, oddając mu umytą łyżkę.

— Nie, nie pójdę — odparł Artiom z uśmiechem, od razu zgadując, że chodzi o przydział pracy. — Niech pan się za mną nie wstawia, nie warto.

— Cienko pan będzie śpiewał, mój drogi, jak pana skierują do spławu drewna. I nie pan pierwszy. Niech się pan opamięta — powiedział surowo Wasilij Pietrowicz. — Przez pięć dni z rzędu wyrabiałem na jagodach półtorej normy i dzisiaj wyznaczyli mnie starszym grupy. Niedługo na północno-wschodnim brzegu zacznie się wysyp czarnych porzeczek i malin, proszę to wziąć pod uwagę. A poza tym tu u nich rośnie wspaniała jagoda szyksza — podobno bardzo pożyteczna i zdrowa.

— Nie — powtórzył Artiom. — Z moją… „szykszą” jest wszystko w porządku.

— W lesie można zobaczyć prawdziwego polnego trzmiela, jak u nas, w guberni tulskiej — już zupełnie bezradnie dodał Wasilij Pietrowicz. — A pokrzywy wzrostu człowieka, pamięta pan, widzieliśmy? A ptaki? Ależ tam ptaki śpiewają!

— A jeden ptak tam tak terkocze, jakby ktoś strzelał, bardzo nieprzyjemnie — odparł Artiom. — I komarów w lesie jest trzy razy więcej. Nie chcę.

— Jeszcze pan będzie musiał przetrwać zimę — nie dawał za wygraną Wasilij Pietrowicz. — Nie ma pan pojęcia, co znaczy zima na Sołowkach!

— Zimą też zamierza pan zbierać jagody? — zaśmiał się Artiom, natychmiast besztając się w duchu za opryskliwość, ale Wasilij Pietrowicz niczego nie dał po sobie poznać.

Mojsiej Sołomonowicz, mimo że śpiewał, wszystko słyszał. Nagle pojawił się obok pryczy Wasilija Pietrowicza i przerywając śpiew, zapytał:

— Zwalnia się miejsce w brygadzie? Artiom nie chce? I słusznie — jest młody, zażarty, silny! Wasiliju Pietrowiczu, mógłbym go choćby na jakiś czas zastąpić. Niech pan na mnie nie patrzy tak niechętnie, nawet pan nie wie, jak potrafię wypatrzeć jagody w trawie, ja mam dar!

Wasilij Pietrowicz tylko machnął ręką i poszedł załatwiać jakieś swoje sprawy.

— To co, umowa stoi? — wołał za nim przymilnie Mojsiej Sołomonowicz. — Odwdzięczę się, niedługo mam dostać paczkę od mamusi.

Mamusią Mojsiej Sołomonowicz nazywał i żonę, i matkę, i kilka swoich ciotek o różnym stopniu pokrewieństwa, i chyba jeszcze kogoś.

— A pana, Artiom, czeka wspaniała hydroterapia w sołowieckim kurorcie — dodał, mrugając wielkim jak jajko okiem. — Trzyletni pobyt gwarantuje żelazne zdrowie do końca życia. A panu przecież dali trzy?

Artiom zeskoczył ze swojej pryczy i spytał: „A panu?” takim tonem, że Mojsiej Sołomonowicz natychmiast zszedł mu z oczu.

— Ty jełopie. — Nagle przy pryczy pojawił się Krapin. — Zdechniesz tam.

Taki miał zwyczaj: obrazić kogoś, a potem stać jeszcze przez chwilę, czekając na odpowiedź. Artiom milczał; z zagryzioną wargą patrzył na dowódcę plutonu jak na puste miejsce, myśląc tylko dwa słowa: „Cholerny kretyn”. Bał się, że ten go uderzy, a jeszcze bardziej się bał, że wszyscy zobaczą, że go uderzono.

Mojsiej Sołomonowicz niby grzebał w swoich rzeczach i przetrząsał swoje bluzy, ale po jego plecach było widać, że z całych sił nasłuchuje, czym się to skończy.

Zarządzono zbiórkę na poranny apel.

Ustawiali się w korytarzu. W wyjściu utworzył się zator: kłócili się z kimś rozeźleni Czeczeni, zawsze trzymający się razem; Krapin trzymanym w ręku drynem — pałką do bicia — poganiał kryminalnych, których szczególnie nie lubił, na co ci odpowiadali skrywaną nienawiścią; jakby przypadkowo oberwał drynem także Artiom, był jednak pewien, że Krapin wie, kogo bije, i uderzył go umyślnie.

— Boli? — spytał ze współczuciem Wasilij Pietrowicz, kiedy ustawiali się w szeregu; widział, jak Artiom się krzywi.

— Moja mama, kiedy dopominaliśmy się z bratem o kolację, zawsze mawiała żartem: „Na chłopca psotnego kija dębowego!” — nagle przypomniał sobie Artiom, uśmiechając się niewesoło. — Gdyby wiedziała…

Kiedy bez końca czekali w szeregu, nie mógł przestać myśleć o Krapinie. Uparcie patrząc przed siebie, i tak wciąż widział o dziesięć metrów dalej wydatne czerwone czoło i przyrośnięty płatek ucha.

Bardzo nie chciał zwrócić na siebie uwagi tego posępnego typa i stać się przyczyną jego niezbyt przyjemnego rozdrażnienia: poskarżyć się tutaj człowiek nie ma komu, nic nie może zrobić… za to jemu mogą zrobić, jak najbardziej.

Od pierwszego dnia w łagrze zrozumiał jedno: najważniejsze, żeby cię nie rozpoznawali, nie pamiętali i nie dostrzegali ci wszyscy, którzy nie powinni cię widzieć — a teraz stało się dokładnie na odwrót. Artiom nie obawiał się bólu — nie czułby się szczególnie upokorzony, gdyby dostało mu się jak równemu pośród wszystkich pozostałych; bolało go, że się tak wyróżnił.

„I czemu ten kretyn się uczepił mojego przydziału — myślał ze smutkiem i gniewem. — Ja się żadnej roboty nie boję! Może chcę zostać przodownikiem pracy, żeby skrócono mi wyrok? A jagód tyle bym nie zebrał ani tej pieprzonej szykszy”.

Pogrążony w myślach nie spostrzegł, kiedy przy sprawdzaniu obecności nadeszła jego kolej i ocknął się dopiero, gdy szturchnięto go łokciem.

— Który numer? — zapytał przerażony stojącego obok więźnia; był to Chińczyk, który kalecząc język, powtórzył swój numer w szeregu — Artiom uświadomił sobie, że dopiero co słyszał właśnie tę liczbę i podał następną.

Kątem oka uchwycił jeszcze jedno wściekłe spojrzenie Krapina.

Do diabła! — zwymyślał się w duchu; miał ochotę się rozpłakać, jak w dzieciństwie, kiedy przydarzała mu się taka zła passa.

— Baaczność! Równaj do środka! — wrzasnął starszy roty.

Starszym roty był u nich Gruzin o nazwisku, a może przezwisku, Kuczerawa — niewysoki typ z wyłupiastymi oczami i lśniącymi zakolami, do złudzenia przypominający Artiomowi diabła. Jak wszyscy starsi rot w obozie, ubrany był w granatowy garnitur z szarymi naszywkami i czapkę z daszkiem, której nie lubił nosić i często zdejmował, natychmiast ocierając spoconą głowę brudną chusteczką.

— Czołem, dwunasta rota! — ryknął Kuczerawa, wytrzeszczając wściekłe oczy.

Artiom, tak jak go uczono, policzył do trzech i wrzasnął na całe gardło:

— Czołem! — pragnął się wyróżnić przynajmniej krzykiem: ale czy ktoś zauważy twoją gorliwość w całym chórze?

Starszy roty zameldował dyżurnemu obozu o stanie liczbowym i że nic się nie wydarzyło.

Czekista przyjął meldunek i natychmiast odszedł.

— Odszczepieńcy, złodzieje, symulanci i inne swołocze! — z silnym akcentem zwrócił się do szeregu starszy, który wyglądał tak, jakby pił całą noc i spał tylko godzinę przed pobudką; oczy miał czerwone, co jeszcze potęgowało podobieństwo do diabła. — Daję wam powtórne ostrzeżenie: za grę w karty i za wyrób kart…

Dalej, nie wstydząc się klasztornych murów, starszy zaklął paskudnie, w dodatku myląc słowa — nie „…twoja mać”, ale „wasza mać”. Potem długo milczał, zbierając myśli i chyba od czasu do czasu zapadając w drzemkę.

— I po drugie! — przypomniał sobie i zatoczył się. — We wrześniu wznowi działalność obozowa szkoła dla osadzonych. Szkoła ma dwa oddziały. Pierwszy — do likwidacji całkowitego analfabetyzmu i drugi — dla mało piśmiennych. Ten drugi z kolei dzieli się jeszcze na trzy grupy: dla początkujących, dla średnio zaawansowanych i dla zaawansowanych. Oprócz pisania i matematyki będą uczyć…. tego… nauk przyrodniczych z geografią… i nauki o społeczeństwie.

Przez szereg przeleciał cichy śmieszek; ktoś zapytał, czy na geografii będą uczyć, jak najkrótszą drogą dotrzeć z Sołowek do Londynu i czy przy okazji nauczą analfabetów angielskiego.

— Tak, nauczą — odpowiedział nagle starszy roty, dosłyszawszy swym niezbyt czujnym uchem rozmowy w szeregu. — Będą specjalne kółka języka angielskiego, francuskiego i niemieckiego, a poza tym kółko literackie i przyrodniczo-naturalistyczne — z ostatnim słowem poradził sobie z trudem, ale Artiom uchwycił sens.

Obok Artioma stał kołczakowski oficer Burcew, zawsze schludny, przylizany, bardzo precyzyjny w działaniu i ruchach — podczas przemowy Kuczerawy jego starannie wygolona szczęka pogardliwie podrygiwała. Charakterystyczne, że oprócz Burcewa w oddziale znajdował się riazański chłop, były czerwonoarmista, Awdiej Siwcew, nawiasem mówiąc, półanalfabeta.

Starszy roty, borykając się z trudnymi słowami, zdołał się trochę otrząsnąć ze snu.

— Połowa z was nie umie czytać i pisać. — A druga połowa zna trzy języki — pomyślał ponuro Artiom, zerkając na Burcewa. — Nadajecie się tylko do odstrzału! Ale władza radziecka postanowiła was wykształcić, żeby był z was jakiś pożytek. Niepiśmienni uczą się obowiązkowo, reszta — wedle życzenia. Chętni mogą się zapisać już teraz. — Kuczerawa drżącą dłonią otarł usta i machnął ręką, co tego niełatwego dlań poranka oznaczało komendę „spocznij!”.

— A jak się zapiszemy do szkoły, to zwolnią nas z roboty? — zapytał ktoś, przekrzykując gwar, kiedy szereg już się zmieszał.

— Szkoła zaczyna się po robocie — odparł starszy półgłosem, ale wszyscy usłyszeli.

Ktoś zachichotał szyderczo.

— A wy byście zamiast do roboty chcieli do szkółki, szakale? — wrzasnął nagle starszy i wszystkim od razu odechciało się śmiać.

Przydziały załatwiano na miejscu — przy stolikach siedzieli dyspozytorzy i rozporządzali, kto gdzie.

Kiedy Artiom czekał na swoją kolej, Krapin podszedł do jednego ze stołów — na jego widok Artioma zaświerzbiły plecy w tym miejscu, w które dostał drynem.

Przeczucie go nie oszukało — Krapin wracając na miejsce, rzucił przez ramię:

— Przyzwyczajaj się do nowego miejsca. Niedługo zostaniesz tam na zawsze.

Stojący z przodu Wasilij Pietrowicz odwrócił się i pytająco spojrzał na Artioma. Ten wzruszył ramionami. Między łopatkami spłynęła mu kropla potu. Lewe kolano silnie i wstrętnie dygotało.

Dyspozytor zapytał Artioma o nazwisko i mrugnąwszy w mętnym świetle „nietoperza”, powiedział:

— Ty na cmentarz.

Awdiej Siwcew wciąż szukał kolejki zapisujących się do szkoły. Żadnej kolejki nie było.

Robota wcale nie była taka trudna, niepotrzebnie się obawiał.

A nawet uściskali się z Wasilijem Pietrowiczem na pożegnanie; ten, tak jak zamierzał, znów wyruszył na jagody, tym razem zabierając Mojsieja Sołomonowicza.

— Artiom… — zaczął uroczyście Wasilij Pietrowicz, trzymając go za ramiona.

— Już dobrze, dobrze — opędził się Artiom, żeby się do końca nie rozkleić. — Gdyby Krapin chciał mnie naprawdę ukarać, wysłałby mnie do mieszania gliny… Zaraz się dowiemy, co to za cmentarz. Może mnie wcielili do chóru.

W klasztorze sołowieckim pozostała tylko jedna czynna cerkiew — Świętego Onufrego, stojąca na cmentarzu. Od kiedy na czele obozu stanął Eichmanis, znów pozwolono tam odprawiać nabożeństwa i mógł na nich bywać każdy osadzony, który miał stałą przepustkę na wychodzenie poza mury klasztoru.

— Śpiewacy u świętego Onufrego to jest coś! Takich nie znajdziesz we wszystkich cerkwiach sowieckiej Rosji — powiedział z szerokim uśmiechem Wasilij Pietrowicz. — Mojsiej Sołomonowicz tam też się napraszał. Ale tam jest już cała kolejka artystów operowych. Takie barytony i basy, że och…

Oczywiście Artiom został skierowany nie do chóru, tylko do rozbiórki starego cmentarza po drugiej stronie wyspy.

W jego brygadzie znaleźli się Awdiej Siwcew, Czeczen Hasajew i Kozak Łażecznikow, który zawsze przedstawiał się imieniem i otczestwem: „Timofiej Stiepanycz”, co, nawiasem mówiąc, bardzo pasowało do jego kędzierzawej brody i krzaczastych brwi. „Takie brwi i broda — każdy otczestwo doda” — mawiał o nim Wasilij Pietrowicz w swojej ciepłej, wcale nie sarkastycznej manierze.

— A czegój to krzyże łamać? — zapytał Siwcew konwojenta, kiedy doszli na miejsce.

Tak w ogóle rozmowy z konwojentami były zabronione, ale zakaz wiecznie łamano.

— Obora tu będzie — powiedział ponuro konwojent; z jego miny trudno się było rozeznać czy żartuje, czy mówi serio.

— Klasztor już zamienili w oborę, a tera się wzieni za cmentarze — mruknął cicho Siwcew.

Konwojent nie odpowiedział; usiadł na ławeczce obok najbliższego grobu i wyjął papierosa z papierośnicy.

Pewnie ją odebrał jakiemuś tutejszemu nieszczęśnikowi — pomyślał przelotnie Artiom.

Konwojent nie miał karabinu — często chodzili bez broni, a przy wielu robotach w ogóle nie było strażników. Konwojentów werbowano spośród byłych czekistów, którzy trafili do obozu — najczęściej prawdziwych kanalii.

Mówiono, że w sprzyjających okolicznościach — i oczywiście mając broń — konwojent może zabić więźnia: za grubiaństwo albo jeśli mu się spodoba jakaś rzecz, na przykład taka papierośnica — a potem nakłamać coś w rodzaju „o mało nie uciekł, towarzyszu dowódco”.

Artiom jednak takich wypadków nie widział, w pogłoski zbytnio nie wierzył, poza tym nie miał żadnych wartościowych rzeczy, a uciekać nie zamierzał. Zresztą dokąd uciekać — przed nim całe życie, jego nie przegoni.

Pojawił się dziesiętnik, który po drodze zboczył na jagody; w ręku trzymał jedną siekierę, pod pachą drugą. Jeszcze z daleka wrzasnął, plując niedojedzonymi jagodami:

— Co tak stoicie? Na całą robotę macie jeden dzień! Żeby mi do wieczora nie było tu ani cmentarza, ani krzyży… ani nagrobków! Wszystko zwalacie na jedną kupę! Póki nie skończycie roboty — fajrantu nie będzie! Choćbyście mieli tu grzebać do rana! Spać będziecie w grobach, a nie odejdziecie!

— Szkielety też wyciągać? — zapytał Siwcew.

— Ja z ciebie szkielet wyciągnę! — rozdarł się jeszcze głośniej dziesiętnik.

— Do roboty, szkapo pierdolona! — wrzasnął nagle na Siwcewa konwojent, zrywając się z ławki.

Ten odskoczył, jak przed płonącą głownią, chwycił za pierwszy z brzegu stary krzyż i przewrócił się razem z nim.

Tak rozpoczęła się robota.

Cmentarz jak cmentarz — przekonywał sam siebie Artiom. — Jak ścinasz drzewo, to jest przynajmniej żywe, a tu wszyscy martwi.

Na początku odczytywał i zapamiętywał imiona pochowanych tu mnichów, ale po godzinie jego pamięć już nie mogła ich pomieścić. Utkwiła mu tylko jedna data — jego urodzin, ale sto lat temu, tego samego dnia i też w maju. Data śmierci — 1843, grudzień.

Mało… — pomyślał Artiom z lekkim uśmiechem, ni to o zmarłym, ni to o sobie; i pomyślał jeszcze: — Ciekawe, jak to u nas będzie w 1943?

Było słonecznie; w słońcu zawsze latało znacznie mniej owadów.

Najpierw Artiom, potem Czeczen, a następnie Łażecznikow rozebrali się do pasa. Tylko Siwcew pozostał w koszuli; jak większość chłopów, szyję miał ogorzałą, pomarszczoną, a widoczne w rozcięciu koszuli ciało białe.

Stopniowo wszyscy wpadli w dziwny ferwor: krzyże wyłamywali z dziką zaciekłością, jeśli się nie poddawały — rąbali. Siwcew zręcznie posługiwał się powierzoną mu siekierą; płotki rozhuśtywali, a kiedy te stawiały opór, łamali je i deptali. Nagrobki początkowo znosili w jedno miejsce i starannie układali, jakby mogły się jeszcze przydać i jakby zmarli mieli potem odszukać na nich swoje imiona i z powrotem ułożyć je na mogiłach.

— Wybaczcie, że przeszkadzamy — powtarzał Kozak Łażecznikow, czytając imiona — …Jelisieju Sawwatjewiczu… Tichonie Mironowiczu… i wy wybaczcie, Pantielejmonie Iwanyczu… — Ale potem zadyszał się, spocił i umilkł. Po godzinie każdy pomnik wyrywali już bez szacunku i litości, podnosili stękając, taszczyli wśród ochrypłych przekleństw i rzucali byle jak.

Chwilami na ich twarzach malowało się coś na kształt lubowania się świętokradztwem.

Czy to jest grzech, czy nie? — znów z roztargnieniem zastanawiał się Artiom, ciężko dysząc i co chwila ocierając czoło. — Gdybym to ja tak leżał w ziemi, czy byłoby mi przykro… że nie ma nade mną krzyża… a kamień nagrobny z moim imieniem… leży przemieszany… z innymi… daleko od grobu?

Te rozmyślania przerwał Siwcew: w pewnej chwili, przechodząc obok konwojenta, powiedział półgłosem:

— A o koniu nie wolno tak mówić, bracie. Na koniu cały chłopski świat się trzyma. A ty pewnie całe życie w mieście, co? Jesteś z tych fabrycznych?

— Co? — nie zrozumiał konwojent; Siwcew odszedł ze swym połamanym drewnianym krzyżem w stronę wielkiego stosu, gdzie było już ich ze sto, a może i więcej.

Robotę skończyli zaskakująco szybko — pokonali za jednym zamachem wszystkich zmarłych.

Krzyże wyglądały dosyć strasznie: jakby odbyła się tu wielka bijatyka między inwalidami o kulach.

Stos podpalił z jednej strony dziesiętnik, który nie mógł sobie odmówić tej przyjemności, a z drugiej Czeczen, który potem z rosnącym zapałem krzątał się wokół ogniska, poprawiając płonące kawałki drewna i wrzucając w sam żar te, które zsunęły się ze sterty.

Płomienie buchały z trzaskiem wysoko w niebo.

— Ony wszystkie są już w raju — powiedział Siwcew, uspokajając nie tyle Artioma, co siebie. — Zmarłym krzyże niepotrzebne, krzyże potrzebne żywym. A dla żywych tu rodziny nie ma. My tera bez rodu.

Kiedy stos się dopalił, dziesiętnik posępnie obszedł miejsce byłego cmentarza. Nie było już nic do zrobienia na tej brzydko rozrytej, jakby spłyconej — i wymarłej — ziemi. Może tylko kamienie nagrobne odnieść jeszcze dalej, wrzucić do wody albo zakopać — ale takie polecenie nie padło.

Artiom nagle z bólem uzmysłowił sobie, że teraz wszyscy zmarli spoczywający w ziemi już na zawsze są nadzy. Byli przykryci, a teraz są jak dzieci bez kołder w wyziębionym domu.

I co? — zapytał sam siebie. — Co z tym zrobić?

Potrząsnął głową — i wyrzucił to z myśli, zapomniał.

Do twierdzy przyszli jeszcze za widna.

Czeczen na pozór był pochmurny jak zwykle, ale wewnętrznie wydawał się czymś wzburzony. Już kiedy zbliżali się do kremla, a od zbudowanych z głazów klasztornych murów doleciał ich szczególny, ciężki zapach, nagle przemówił gniewnie:

— Jakby nam kazali burzyć nasz cmentarz, nikt by go nie ruszył. Umarłby, a nie ruszył. A wyście go rozwalili.

— Łżesz, suko — warknął wściekle Łażecznikow ze spurpurowiałą twarzą.

— Sam jesteś suka — niemal wyskandował Czeczen.

Gruba niczym kość żyła na szyi Łażecznikowa tak nabrzmiała, że zdawało się, iż wystarczy ją zerwać — a głowa zwiśnie na bok. Zrobił krok w stronę Czeczena z rozpostartymi rękami i wyciągniętymi palcami, jakby chciał go połaskotać pod boki, ale konwojent krzyknął: „No, dalej!” — i popchnął Kozaka w plecy.

— Dokończymy w rocie — obiecał Czeczenowi Łażecznikow.

Po chwili jednak nie wytrzymał:

— Jestem z tereckich Kozaków. Jakeśmy was, drani, pędzili, toście cmentarza ze sobą nie zabierali, zostawialiście nam swoich nieboszczyków, żebyśmy ich tratowali.

— Tak, tak — zgodził się Czeczen, i to jego „tak, tak” zabrzmiało jak krzyk jakiegoś wielkiego, nastroszonego ptaka. — To cali wy: najpierw zdeptać cudzy cmentarz, a potem swój.

Łażecznikow znów żachnął się gwałtownie i obejrzał za siebie w próżnej nadziei, że konwojent gdzieś zniknął — ale nic z tego: szedł za nimi z obojętną miną.

— Co z tobą? Nie słyszysz, jak tu się chrześcijan poniewiera? — zapytał go gniewnie Łażecznikow.

— I kogo ty pytasz o chrześcijan? — zaśmiał się krótko Czeczen, zerkając na konwojenta. — Nie macie już swojego Boga — co to za Bóg, skoro ma takich wiernych!

— Czeczeni też kiedyś byli chrześcijanami, dawno temu… — odezwał się nagle Artiom, który fascynował się w dzieciństwie opowieściami Bestużewa-Marlińskiego i z rozpędu przeczytał wtedy wszystko, co znalazł na temat Kaukazu.

Hasajew popatrzył na niego jak na dzieciaka, który wtrącił się nagle do rozmowy dorosłych, i nic nie powiedział, tylko zadrgała mu szczęka.

Artiom zwymyślał się w duchu: Czemuś się wtrącił, durniu?

Oj, dureń ze mnie — powtarzał, kiedy szli przez klasztorny dziedziniec. — Dureń, dureń, dureń, kompletny dureń…

Powtarzał to tak długo, że wreszcie zapomniał, z jakiego powodu tak sobie wymyśla.

W rocie wydano im za dobrą robotę po pierożku z kapustą.

— Nie wiadomo, co z nim zrobić — zjeść czy się udławić — powiedział Siwcew, patrząc wrogo na pierożek, jakby ten był żywy; ale zjadł go i jeszcze zebrał z kolan okruszki.

Do kolacji pozostawała jeszcze godzina i Artiom zdążył się zdrzemnąć; zauważył, że w rocie Łażecznikow i Hasajew rozeszli się, nawet nie próbując dokończyć rozmowy.

Łażecznikow przetrząsał na pryczy swoje znoszone łachy z taką uwagą i podejrzliwością, jak zapewne sprawdzał u siebie nad Terekiem końską uprząż czy rybackie sieci, a Czeczen półgłosem pogadywał z ziomkami — z daleka wydawało się, że porozumiewają się nie słowami, ale na migi, gestami i szybkim obnażaniem zębów.

* * *

Artioma obudził Wasilij Pietrowicz; zaraz potem dał się słyszeć śpiew Mojsieja Sołomonowicza o lesie i słowiku — zapewne nastroiło go tak zbieranie jagód.

— Zazdroszczę panu, Artiom, takiego mocnego snu — mówił Wasilij Pietrowicz; jego ciepły głos zdawał się wypływać skądś z wczesnego dzieciństwa. — Wprost nie do pojęcia, za co mogli wsadzić młodego człowieka, śpiącego w piekle takim snem sprawiedliwego. Kolacja, Artiom, niech pan wstaje.

Artiom otworzył oczy i zobaczył tuż przed sobą uśmiechniętą twarz Wasilija Pietrowicza, a jeszcze bliżej jego rękę, którą trzymał się brzegu jego pryczy.

Widząc, że Artiom ostatecznie się rozbudził, Wasilij Pietrowicz mrugnął doń i usiadł na swoim legowisku.

— Sprawiedliwi, o ile zdołałem się zorientować, śpią źle — odparł Artiom, z umyślną powolnością złażąc z pryczy i przeciągając się.

Jedząc z apetytem obrzydliwe jagły, rozmyślał o Wasiliju Pietrowiczu, słuchając jednocześnie jego zwykłej gadaniny.

Najpierw Wasilij Pietrowicz zapytał, jaką robotę wykonywali na cmentarzu, i pokręcił głową: „Zupełnie poszaleli, zupełnie…”, potem opowiedział, że znalazł jagodowe miejsca i że Mojsiej Sołomonowicz go okłamał — wcale nie ma oka do jagód; prawdopodobnie w ogóle jest ślepawy. „Powinien się zgłosić do jakiejś roboty urzędniczej…” — dodał.

Artiom nagle zrozumiał, co w Wasiliju Pietrowiczu wydawało mu się dziwne. Tak, inteligentna, rasowa twarz, przymrużone oczy, osadzenie głowy, zawsze czymś zaabsorbowane, badawcze spojrzenie — ale przy tym miał suche, chwytne ręce, gęsto porośnięte białym włosem — chociaż sam był tylko szpakowaty.

Artiom podświadomie zapamiętał te ręce, jeszcze kiedy zbierali jagody — palce Wasilija Pietrowicza poruszały się z ową dziwną pewnością, jaką nieraz mają niewidomi, gdy doskonale wiedzą, co ich otacza.

Jakby to były ręce innego człowieka — rozmyślał, wycierając miskę skórką chleba wielkości kopiejki. Chleb wydawano raz na tydzień; Artiom miał jeszcze około dwóch funtów — nauczył się go oszczędzać, żeby starczyło przynajmniej do soboty wieczór.

— Wie pan, Artiom, kiedy tu trafiłem, warunki były nieco inne — opowiadał Wasilij Pietrowicz. — Przed Eichmanisem rządził tu inny komendant, nazwiskiem Nogtiew8, wyjątkowy gad, nawet jak na czekistę. Każdy transport więźniów odbierał osobiście i przy wejściu do klasztoru zabijał jednego człowieka — z rewolweru: bum — i w śmiech. Najczęściej wybierał duchownego albo kaera, kontrrewolucjonistę. Żeby wszyscy od pierwszej chwili wiedzieli, że tu rządzi władza nie sowiecka, ale sołowiecka — takie miał powiedzonko. Proszę zauważyć, że Eichmanis tak nie mówi, a już tym bardziej nie strzela do nowych więźniów. Co do racji żywnościowych, zdarzały się wtedy zdumiewające rzeczy. Kiedy Front Północny Białej Armii poszedł w rozsypkę, zostawili tu wielkie zapasy: cukier w kostkach, amerykańską słoninę, jakieś niesamowite konserwy. Nie można powiedzieć, żeby nas tym przekarmiali, ale czasem coś jednak trafiało na nasz stół. Tamtego roku byli tu jeszcze polityczni — esdecy, eserowcy i inni anarchiści, różniący się od bolszewików w detalach, ale zgodni co do samej idei — no więc ich karmiono wręcz jak komisarskie dzieci. A w dodatku ci ludzie w ogóle nie pracowali. Zimą jeździli na łyżwach, latem wysiadywali na leżakach i nic, tylko dyskutowali… Teraz pewnie opowiadają o swoich strasznych sołowieckich przeżyciach — a tymczasem, Artiom, w ogóle nie widzieli prawdziwych Sołowek.

W torbie na plecach Wasilij Pietrowicz przyniósł grzyby, które chyba zamierzał ususzyć, a we własnoręcznie uszytym woreczku na piersi miał trochę jagód. Usiadł i zaczął kołysać woreczkiem tak, żeby go było widać spod pryczy. Niebawem pojawiły się dwie brudne ręce, złożone w koszyczek, do którego pacnęła zgnieciona jagodowa miazga. Paznokcie na rękach były ogromne.

— A ja ani razu nie widziałem jego twarzy — powiedział nagle Artiom, wskazując wzrokiem ręce bezprizornego, które natychmiast zniknęły.

— Chodźmy na dwór, przespacerujemy się po klasztorze — zaproponował Wasilij Pietrowicz po chwili milczenia. — Dzisiaj mają teatr i na dziedzińcu będzie mniej tłoczno niż zazwyczaj. Poza tym mam bardzo miłą niespodziankę.

Artiom z przyjemnością się zgodził.

Obok marmurowej kapliczki do święcenia wody stały na lawetach dwie stare armaty. Nie wiadomo czemu, często śniły się Artiomowi i był to przerażający, koszmarny sen. Artiom miał dziwne uczucie, że te armaty śniły mu się jeszcze przed Sołowkami.

Doszli do placyku między pawilonami Swiatitielskim i Błagowieszczeńskim. Artiom nie najadł się do syta i nie odespał się należycie, ale jednak sobie pospał, jednak zjadł coś ciepłego, toteż, ziewając jak to młody chłopak, czuł się prawie zadowolony. Wasilij Pietrowicz, zawsze rozmyślający o czymś nieprzypadkowym i przydatnym, wysunął się nieco do przodu; nawet latem nie zdejmował swojego kaszkietu w angielskim stylu — wstydził się zapewne swojej łysiejącej głowy.

Był wyjątkowo pogodny wieczór, powietrze było lekkie, niebo głębokie i starannie pomalowane, ale za tymi pastelowymi barwami wyczuwało się jakby kopułę, jakąś niewidzialną twardość.

„W takie niebo można bić jak w dzwon” — powiedział kiedyś Afanasjew.

Od zachodu napływała strzępami mroczna chmura, ale była jeszcze daleko.

Ciągną tę chmurę jak za brodę do piekła — pomyślał Artiom, świadomie naśladując Afanasjewa, i uśmiechnął się w duchu, że tak zręcznie to wyszło: może zacznie pisać wiersze? Tak, lubił poezję, ale nigdy nikomu o tym nie mówił: bo po co?

Na placyku stało albo spacerowało kilku prawosławnych duchownych, prawie wszyscy w starych, wielokrotnie łatanych riasach, ale bez krzyża na piersi; jeden miał na głowie budionówkę ze sprutą gwiazdą: na takie rzeczy od dawna nikt nie zwracał uwagi, każdy nosił, co mógł. Wasilij Pietrowicz kiwnięciem głowy wskazał, że oddzielnie na ławce siedzą katoliccy księża, skupieni i nieco wyniośli.

— Zauważyłem, Artiomie, że niezwykle szybko wpisał się pan w sołowieckie życie — mówił Wasilij Pietrowicz. — Nawet pluskwy jakoś nieszczególnie panu dokuczają. — Zaśmiał się, ale zaraz podjął poważnie: — Nie zadaje pan niepotrzebnych pytań. Mówi pan mało i tylko o konkretach. Nie jest pan grubiański i nie jest pan głupi. Wielu tutaj stacza się już po pierwszych trzech miesiącach — albo szybko się wykańczają, albo zaczynają kapować, albo wysługują się błatnym9 — nie wiem, co gorsze. A pan, jak widzę, bez żadnych szczególnych starań uniknął wszystkich tych zagrożeń, jakby ich w ogóle nie było. Z robotą na razie pan sobie radzi — ma pan do niej predyspozycje, a to rzadkość u człowieka z intelektem. Nic nie bierze pan sobie zbytnio do serca — to także cecha godna zazdrości. Uważam, że jest pan bardzo żywotny. Zaprojektowany na długie życie. Jeśli nie będzie pan popełniać błędów — wszystko się panu dobrze ułoży.

Artiom popatrzył uważnie na Wasilija Pietrowicza; miło mu było słyszeć to wszystko, ale do pewnego stopnia, do pewnego stopnia miło. Zwłaszcza że był świadom swoich idiotycznych, złych, trudnych do wytłumaczenia cech, a Wasilij Pietrowicz — nie.

— Tu wiecznie wybuchają jakieś bójki, kłótnie — ciągnął Wasilij Pietrowicz — a pan, jak zauważyłem, dla wszystkich jest życzliwy, oni zaś traktują pana obojętnie.

— Nie wszyscy — powiedział Artiom.

— No tak, no tak, Krapin. Ale może to przypadek?

Artiom wzruszył ramionami, myśląc o tym, jakie to wszystko dziwne, by nie powiedzieć dziwaczne: wyrwany ze swego życia jak z łona matki, trafił na wyspę — jeśli nie na koniec świata, to na pewno na koniec kraju — pilnują go strażnicy, jeśli zachowa się jakoś niewłaściwie, mogą go zabić — a przy tym spaceruje po skwerze i toczy rozmowy w takiej tonacji, jakby zaraz miał wrócić do domu, do matki.

— Za mojej pamięci nikomu specjalnie nie zaszkodził — ciągnął Wasilij Pietrowicz wątek Krapina. — Za to jeśli coś panu pójdzie nie tak ze starszym roty — będzie z panem krucho! Kuczerawa to gad. Chociaż pana na pewno przeniosą do jakiejś lżejszej roty, do biura… dostanie pan własną celę i zaprosi mnie na herbatkę.

— Wasiliju Pietrowiczu — zainteresował się Artiom — a dlaczego pan do tej pory nie zrobił nic, żeby uniknąć zbiorowych robót? Sam pan mówił, że to podstawowa zasada dla każdego osadzonego, który chce przeżyć Sołowki — a pan? Pan na pewno umie wiele innych rzeczy poza zbieraniem jagód.

Wasilij Pietrowicz spojrzał szybko na Artioma i zakładając do tyłu ręce, odparł:

— Tutaj też jakoś się przyzwyczaiłem, Artiomie. Po cóż mi inna rota, moja rota to las. Dam panu maleńką radę: niech pan się zawsze stara wybrać taką robotę, do której biorą mniej ludzi. Jest łatwiejsza. A poza tym ja mam drugą kategorię — nie wyślą mnie do wyrębu drzew. No więc po cóż mam się śpieszyć — odsiedzę swoje i tak. W dzieciństwie byłem kapryśny — tu jest doskonałe miejsce, żeby nauczyć się pokory.

Brzmiało to niezbyt przekonująco, ale Artiom, jeszcze raz spojrzawszy z ironią na Wasilija Pietrowicza, nic nie powiedział, szczególnie że ten szybko zmienił temat:

— Niech pan zwróci uwagę na przykład na tych dwóch rozmawiających. Wie pan, kim są? Niezwykli ludzie — na ulicach Moskwy i Piotrogrodu takich pan nie spotka. Tylko na Sołowkach! Ten z lewej to Siergiej Lwowicz Brusiłow — bratanek generała Brusiłowa, tego samego, który omal nie wygrał Drugiej Wojny Ojczyźnianej10, potem odmówił walki przeciw bolszewikom. Siergiej Lwowicz, o ile nie wprowadzono mnie w błąd, jest kapitanem Floty Bałtyckiej — to znaczy był nim. Ale i tutaj ma pewne powiązania z miejscową flotyllą, sołowiecką. Rozmawia z panem Violarem… Violar to jeszcze rzadszy ptak: konsul meksykański w Egipcie.

— Który zabłądził w drodze z Ameryki do Afryki i trafił na Sołowki?

— Coś w tym rodzaju! Przy czym zabłądził, zboczywszy do Tyflisu — uśmiechnął się Wasilij Pietrowicz. — Jego żona jest Rosjanką, a raczej Gruzinką. A dokładniej, to gruzińska księżniczka, zachwycająca piękność, tylko jak na mój gust trochę chuderlawa…

— Skąd pan wie? — nagle gwałtownie zainteresował się Artiom.

— Niech pan słucha! — Wasilij Pietrowicz podniósł łagodnie swoją siwą dłoń, jakby powstrzymując zapędy rozmówcy. — Niedawno pan Violar postanowił odwiedzić ojczyznę swojej żony, pogościć u jej rodziny, spróbować gruzińskiej kuchni i tak dalej. Zamiast tego został aresztowany przez tyfliskie GPU i umieszczony tutaj. Trzeba by spytać naszego starszego roty, o co tam chodzi, ale ja wolę mieć z naszym Kuczerawą jak najmniej do czynienia.

— A żona? — spytał niecierpliwie Artiom.

— A żona też jest tutaj — odparł już szeptem Wasilij Pietrowicz, zbliżali się już bowiem do Brusiłowa, słuchającego spokojnie i z wielką godnością, co mówi zamaszyście gestykulujący Violar; rozmawiali po angielsku. — Ale oczywiście ona jest w baraku kobiecym.

Przechodząc obok tej dwójki, na chwilę umilkli.

— A oto człowiek, którego szukam — ucieszył się Wasilij Pietrowicz. — Władyczka obiecał nas poczęstować śmietanką z cebulką.

Artiom zdążył pomyśleć, jakie to miłe słowo „władyczka”, ale wzmianka o śmietance z cebulką podziałała nań jeszcze silniej i w jednej chwili poczuł, że usta ma pełne śliny — aż zachciało mu się śmiać, że tak nie po ludzku reaguje, zupełnie jak jakiś pies.

— Ojciec Joann! — powiedział Wasilij Pietrowicz.

Zbliżał się do nich z uśmiechem wysoki mężczyzna w riasie, z rozłożystą, starannie rozczesaną rudawą brodą, z długimi, wijącymi się lekko i niezbyt czystymi włosami — wyraźnie nie był już młody, ale nadal dość przystojny: subtelna linia lekko zagiętego nosa, małe uszy, trochę wpadnięte policzki, niewyraźnie zarysowane brwi, dobrodusznie przymrużone oczy.

Wasilij Pietrowicz skłonił się, ojciec Joann zrobił szybki znak krzyża nad jego głową i podał mu do pocałowania chudą piegowatą dłoń.

W geście tym, jak zauważył Artiom, który nie chodził do cerkwi jako zagorzały ateista, nie było nawet cienia zamiaru poniżenia ludzkiej godności, ale wręcz przeciwnie, coś, co Wasilija Pietrowicza wywyższało.

Artiom z ciepłym zdziwieniem przyłapał się na myśli, że też chciałby ucałować tę dłoń — w czym przeszkodziła mu nie tyle duma, ile obawa, że zrobi coś niewłaściwego. Nadal stał nieco z boku, ale ojciec Joann przywitał i jego życzliwym skinieniem głowy — i w tym geście też nie było żadnego obraźliwego przesłania; duchowny nie mówił mu: to nic, że nie podszedłeś po błogosławieństwo, rozumiem, jakie to trudne, a i niebezpieczne w naszych nielekkich czasach. Nie, przywitał go tak, jakby w ogóle nic się nie stało i jakby miło mu było poznać Artioma, który z pewnością jest porządnym i dobrym młodzieńcem.

— Jak zdrowie, ojcze Joannie? — zapytał Wasilij Pietrowicz.

— Bogu dziękować, dobrze — odrzekł ten z powagą i ciągnął, jakby mówił nie o swoim ciele, ale o czymś oddzielnym, nad czym, co zabawne, musi czuwać. — Wszystkie członki działają sprawnie i bez bólu. Na kolanie napuchło jakieś draństwo, ale, da Bóg, zejdzie samo. A że w sercu czasem pojawia się chłód — cóż, zimę w sercu łatwiej znieść niż zimę sołowiecką. Serce, jeśli szuka, znajdzie sobie przytulisko w miłości ukrzyżowanego za nas, a kiedy nogi są bose i ziąb w kościach, daleko się nie ucieknie. — Ojciec Joann zaśmiał się, Wasilij Pietrowicz mu zawtórował i Artiom też się uśmiechnął: nie tyle rozbawiony treścią, ile urzeczony czarem bijącym z każdego słowa władyczki.

— Ale pamiętajmy, najmilsi — to mówiąc, utykający lekko władyczka Joann popatrzył na Artioma, idącego po jego prawej stronie, i natychmiast na sekundę zwrócił wzrok w lewo, ku Wasilijowi Pietrowiczowi — że moce piekielne i władza sowiecka to nie zawsze jedno i to samo. Walczymy nie z ludźmi, ale ze złem niematerialnym i jego demonami. W życiu pod władzą Rad nie może być zła — jeśli nie żąda się odejścia od wiary. Naszym obowiązkiem jest bronić świętej Rusi — albowiem Ruś nigdzie nie zniknęła; oto leży pod naszymi stopami i ogrzewa się naszą słabą troską. Bylebyśmy tylko nie zapomnieli samego słowa: Rosjanin, a cała reszta to marność i tylko marność. Możecie pójść do kołchozu albo do komuny — cóż w tym złego? Najważniejsze, żebyście nie plugawili imienia Chrystusa. Jest komendant obozu, jest komendant kraju i jest komendant życia — i każdy z nich ma swoją robotę i swoje niełatwe zadanie. Komendant obozu może nawet nie wiedzieć o komendancie życia, chociaż ma do pomocy stu czekistów i pułk ochrony, Wydział Informacji, mieszalnię gliny, w zanadrzu Siekirkę — za to komendant życia pamięta o wszystkich, o was i o mnie też. Nie buntujcie się, cierpcie do końca — pokornie znosząc cierpienie, zmierzamy w objęcia komendanta życia, jego dobroć będzie bez porównania czystsza i cudowniejsza niż wszystkie ziemskie rozkosze, takie niedojrzałe, takie bezmyślne.

Artiom chłonął każde słowo ojca Joanna: działała nań kojąco nie jakaś nagle objawiona doniosła prawda, ale sam styl wypowiedzi.

Tylko na chwilę jego uwagę rozproszył przechodzący obok Murzyn: z grubymi wargami, bardzo czarny, wysoki; uśmiechnął się do Artioma, pokazując wspaniałe zęby z jednym brakującym z przodu.

— Zjada nas praca i troski — ciągnął ojciec Joann, z błogością mrużąc oczy, jak od słońca. — Tym z więźniów, którzy uchwycili się tu kancelaryjnego biurka jak tratwy na morzu — jest łatwiej. Tym, którzy błaznują na deskach teatru — też lżej, są karmieni za wszystko, co zrobią. Ci zaś, którym przypadły ciężkie roboty — mają najgorzej. Naszemu długowłosemu plemieniu — tu ojciec Joann potrząsnął swoją rozwianą grzywą i zaśmiał się cichutko — wyznaczono funkcje kierowników i stróżów, bo nie mamy skłonności do kradzieży. Nie wszyscy mają takie szczęście, to prawda! Poza tym wielu spośród męczenników, którzy tu trafili, nie tylko nie oszczędza swoich braci w nieszczęściu, ale przeciwnie, obarcza dodatkowym brzemieniem takich samych słabych i poniżonych jak oni. Ale iskra Chrystusowa nie gaśnie, tli się to w donosicielu, to w dogorywającym dochodiadze, to w więźniu karceru. Jakiekolwiek jednak dotykają nas nieszczęścia, pamiętajcie, co jeszcze przed swoim narodzeniem mówił nam Pan ustami proroka Izajasza: „Ale na kogóż wejrzę, jeno na ubożuchnego i na skruszonego duchem”11! Idźcie przez życie twardo, ale bądźcie pokorni i pełni czci wobec Tego, Który niezawodnie poda wszystkim służącym Mu swoją pomocną dłoń!

Artiom odwrócił się dyskretnie, kiedy Wasilij Pietrowicz częstował władyczkę Joanna jagodami, a ten z kolei wręczał mu swoje zawiniątko.

Szli z powrotem jak podchmieleni, prowadząc utykającą co rusz rozmowę i sami się potykając, rozbawieni, pełni niemal chłopięcej radości. Nastroju nie psuły im nawet latające tuż nad głowami natrętne, krzykliwe mewy.

Spotkali jakąś kobietę — jeszcze całkiem niczego, około czterdziestki, w szalu, dość porządnych butach, w męskich spodniach i męskiej marynarce, którą przytrzymywała na piersi. Artiom przyglądał się jej, dopóki się nie minęli.

Nad główną bramą mocowano olbrzymi plakat z napisem: „Wskażemy ziemi nową drogę. Władyką świata będzie trud!”12.

— Chyba podsunęła mu to nasza rozmowa… — powiedział Wasilij Pietrowicz, mając na myśli Eichmanisa. — O mnichach, którzy znajdowali ratunek w pracy.

— Tak pan myśli? — odparł Artiom. — Wątpię…

Z