Opis

Tasmania – rozległa, tajemnicza kraina. Pewnej nocy 1954 roku osadę Butlers Gorge omiatała śnieżyca, a czarne chmury przesłoniły gwiazdy. Maria Buloh bez słowa opuściła męża i trzyletnią córkę, by nigdy do nich nie wrócić. Rozpłynęła się bez śladu. Dlaczego i dokąd odeszła? Szukając zapomnienia w alkoholu, Bojan, słoweński imigrant, odnajdzie w nim jedynie demony przeszłości – tragiczne wspomnienia z czasu wojny, a rozpacz po odejściu żony przekuje w codzienne domowe piekło dla małej Sonji. W 1989 roku, po latach spędzonych w Sydney, dorosła już Sonja odwiedza ojca. To szansa na przebaczenie, ale też i czas na podjęcie najważniejszej decyzji w życiu młodej kobiety, która będąc w ciąży, zastanawia się nad jej przerwaniem.

Richard Flanagan jest jednym z najwybitniejszych współczesnych pisarzy australijskich. W 2014 roku otrzymał prestiżową Nagrodę Bookera za Ścieżki Północy. Klaśnięcie jednej dłoni to kolejna głośna powieść Flanagana, którą Wydawnictwo Literackie prezentuje polskim czytelnikom.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 391

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału

The Sound of One Hand Clapping

Copyright © 1997, Richard Flanagan

All rights reserved

© Copyright for the Polish translation by Robert Sudół

© Copyright for the Polish edition

by Wydawnictwo Literackie, 2016

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05833-6

Opieka redakcyjna

Paweł Ciemniewski

Redakcja

Aneta Tkaczyk

Korekta

Anna Rudnicka, Małgorzata Wójcik

Projekt okładki

Robert Kleemann

Fotografie wykorzystane na okładce

© Annie Griffiths Belt/Corbis/Profimedia

© Jim Hughes/Corbis/Profimedia

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2016

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: [email protected]

fax: (+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład i łamanie: Infomarket

Skład wersji elektronicznej

Tomasz Szymański

konwersja.virtualo.pl

Dla

Archiego Flanagana

Helen Flanagan

Antona Smoleja

Wybaczcie niedociągnięcia,

przecież opowiadam

z miłością.

Sarajewo, 1946 r.

Tutaj, podobnie jak w Belgradzie, widzę na ulicach sporo siwiejących lub całkiem osiwiałych młodych kobiet. Twarze mają udręczone, ale wciąż młode, a ich sylwetki jeszcze wyraźniej zdradzają młody wiek. Zdaje mi się, że widzę, jak ostatnia wojna przeciągnęła ręką po głowach tych kruchych istot (…).

Tego widoku nie sposób zachować dla przyszłości; głowy te wkrótce posiwieją jeszcze bardziej i przepadną. Żal. Wobec przyszłych pokoleń nic nie świadczyłoby dobitniej o naszych czasach niż te siwe młode głowy, którym skradziono beztroskę młodości.

Niech przynajmniej znajdą upamiętnienie w tych kilku słowach.

Ivo Andrić

ROZDZIAŁ 11954

Wszystko zrozumiesz, choć nigdy tego nie przeżyjesz, a wydarzyło się to dawno, dawno temu w świecie, który sczezł potem w torfie, w zapomnianą zimę na wyspie, o której niewielu słyszało. Zaczęło się przed tą porą, kiedy śnieg całkowicie i nieodwołalnie pokrywa ślady tak, jak czarne chmury przesłaniają gwiazdy i rozświetlone księżycem niebo, jak najgęściejszy mrok otula szepczącą krainę.

Dokładnie w tej chwili, w której czas się przełamał, Maria Buloh zeszła w bordowych botkach na najniższy z trzech ośnieżonych schodków przed drzwiami drewnianej chaty. Wtedy właśnie, odwracając twarz od wejścia, zdała sobie sprawę, że zabrnęła za daleko i już nie ma odwrotu.

Niektórzy mówią, że tej nocy wywiała ją z miasteczka wściekła śnieżyca; że porwało ją wezbrane huraganowe tchnienie burzy, unosząc niczym anioła w pobliski las; że pofrunęła jak zjawa na dzikie ziemie leżące poza igłą kompasu wokół tego miejsca, które paliło jak świeża rana postrzałowa w ciele.

Naturalnie było inaczej.

Niektórzy mówią nawet, że zamieniła się w wiatr, że stała się wichrem urągającym im wszystkim. Lecz takiej straszliwej nawałnicy nie sposób dosiąść jak we śnie. Można się tylko na nią przygotować, i to właśnie zrobiła Maria Buloh, bo wbrew temu, co ludzie mówią, była kobietą rozsądną, nie lekkomyślną. Przyszykowała się na wiatr, jakby był murem, który w każdej chwili może na nią runąć, opatuliła się szkarłatnym paltem, złachanym szkarłatnym paltem szczelniej owinęła drobne ciało. Ale nawet ten gest wyprzedza bieg wydarzeń, albowiem wiatr zaczął dąć dopiero wtedy, gdy dotarła do rogatek osady. Aby dojść do tego miejsca, musiała pokonać spory kawałek drogi.

– Mamo! – usłyszała Maria Buloh głos małej dziewczynki dochodzący z chaty. I znowu, bardziej kwilenie niż wołanie: – Mamo.

Maria Buloh zastygła na schodku, patrząc wszędzie dokoła, byle nie na chatę za plecami, pragnąc uspokoić porzucone dziecko. Spojrzała na swoje bordowe botki, spojrzała na piękne ślady, które te znoszone buty odcisnęły w świeżym śniegu, zobaczyła, że na dwóch wyższych stopniach wgłębienia już zaczynają niknąć, i zaczęła dumać nad naturą piękna, nad tym, jak niewiele czasu ma to, co dobre, zanim zostanie wymazane.

– Aja, aja – powiedziała, próbując uciszyć dziewczynkę słowami, którymi matki w jej ojczyźnie zawsze kołyszą dzieci do snu. – Aja, aja.

Odeszła, nie oglądając się ani razu za siebie, w stronę chaty; jej spojrzenie pobiegło ku górze, powędrowało za bezładne skupisko domów w głąb ciemnego lasu. Popatrzyła na nocną czerń nad głową. Popatrzyła na śnieg spadający w objęcia rożków elektrycznego żółtego światła. Obserwowała tumany sunące ku wschodowi. I białe płatki kotłujące się, wirujące w powietrzu, jakby były czasem, który upływa nie jednostajnie, lecz zrywami. Maria Buloh patrzyła na padający śnieg, dowodzący teraz, że powietrze nigdy nie zastyga, że składa się z nieskończonych kolistych powikłań, zawiera niewyczerpaną możliwość niewyjaśnionych zwiewnych poruszeń.

W tamtej chwili miała wrażenie, że obserwuje cały świat, nie wyłączając siebie, jakby siedziała w kinie, a wszystko było planem filmowym. Tak rozmyślając, nie słyszała odległego wołania córeczki płaczącej za nią w chacie, z której przed chwilą wyszła. Dziwne odgłosy. Odgłosy, których nie chciała słyszeć.

– Mamo! – krzyknęło dziecko, ale matka pozostała głucha.

– Aja, aja – rzekła tylko Maria Buloh, choć czy słowa te skierowała do córki, do siebie, czy do kogokolwiek innego, tego nie sposób stwierdzić, bo była już daleko od chaty, a śnieg tłumił wszystkie odgłosy. – Aja, aja.

Patrzyła dalej: na nowo, jakby nic nie miało z nią związku. Widziała, że czarno-białą scenerię rozjaśniają czyste elektryczne światła ciągnące się w rozstępie między domami, że po obu stronach znajdują się toporne chaty zbite z pionowych desek, z kominami i dachami z blachy falistej, i że w niejednym mieszkańcu budzi to bolesne wspomnienie obozów pracy przymusowej na Uralu i Syberii. Ale wiedziała, że to nie jest Związek Radziecki Stalina. Że to nie Kołyma ani Goli otok, ani Birkenau. Wiedziała, że to nawet nie Europa Wschodnia, tylko zasypane śniegiem obozowisko robotników budujących hydroelektrownię zwane Butlers Gorge, zagnieżdżone jak wrzód w dziewiczych lasach deszczowych.

W tej krainie bezkresnej przestrzeni budowano chaty ściana przy ścianie, jakby domy też kuliły się w rozdygotanych skupiskach przed mocą, naporem i milczeniem tego, co nieznane i co być może nawet okaże się łaskawe, być może w ogóle nie interesuje się ludźmi, ale czego ich własne straszliwe losy – odwieczne kroniki powtarzanego nieludzkiego barbarzyństwa – przywiezione wraz z kilkoma serwetkami z koronki, pomiętymi fotografiami, dziwnymi obyczajami i osobliwymi kulinariami, pozwalały jedynie się lękać.

Albowiem nie odczuwać lęku oznaczało wyobrazić sobie świat inny od własnych przeżyć.

A to było ponad ich siły.

Robotnicy musieli mieszkać w przygarbionych zagrodach, bo na tych wyżynnych terenach na odległej wyspie Tasmania, położonej daleko od odległej Australii, nie było żadnej innej ludzkiej osady w promieniu wielu kilometrów. Były tylko dzikie rzeki i jeszcze dziksze górskie granie i wszechobecne lasy deszczowe, które swoje władanie nad tą ziemią cedowały wyłącznie na nieliczne równiny porośnięte agastachysem lub, w wyższych partiach, alpejskie wrzosowiska.

Oto co zobaczyła.

Nie usłyszała zaś absolutnie nic.

Był to czas na początku wielkiego boomu na zapory wodne. Czas, kiedy nowi Australijczycy przybywali do takich dzikich zakątków, żeby harować niewolniczo przy tamach, bo praca w miastach – którą woleliby wykonywać – zarezerwowana była dla starych Australijczyków. Ale Maria Buloh, żona Bojana Buloha, matka Sonji Buloh, nie przybywała do Butlers Gorge.

Ona odchodziła.

Na zawsze.

Szła więc dalej pustą ulicą, młoda kobieta w starym palcie, niosąca małą tekturową walizkę, ślady jej stóp rozpoławiające zasypany śniegiem posępny, zgorzkniały obóz, jej sylwetka już zatracająca ziemskie kształty w gęstwinie spadających płatków.

Całun ciszy, którym śnieżyca przydusiła osadę, przerwało narastające dudnienie małego silnika. Rozrzedzone smugi żółtego światła z pojedynczego reflektora utworzyły w nawiewanym śniegu kałużę koloru moczu. A potem w białej nicości zmaterializował się przygarbiony mężczyzna na motocyklu z pustym koszem, sunący w kierunku Marii Buloh. Rozpędzony, minął ją, po czym, w odległości mniej więcej pięćdziesięciu metrów, zwolnił, skręcił w prawo i zatrzymał się z poślizgiem przed kantyną. Maria Buloh przystanęła, odwróciła się i patrzyła.

Przed wejściem do kantyny, czyli właściwie przed dwuskrzydłowymi drzwiami skleconymi byle jak z deszczułek, zobaczyła kilkanaście kobiet stłoczonych wokół buzującego koksownika z beczki po ropie, przedkładających wspólnotę w takich warunkach nad samotność w cieple. Ich odzież składała się z kuriozalnej pstrokatej zbieraniny letnich sukienek i zimowych palt oraz różnorodnej kolekcji egzotycznych nakryć głowy – kilku beretów, jednego kapelusza wojskowego, dwóch słomianych i czapek z wełny we wszystkich kolorach tęczy. Jedne kobiety stały, inne siedziały na beczkach po piwie w półkolu przed wejściem, rozmawiając i pijąc piwo wynoszone im przez mężów, narzeczonych i flirciarzy z kantyny zarezerwowanej tylko dla mężczyzn. Kiedy drzwi się otwierały, aby przepuścić wchodzącego lub wychodzącego, opary plotek, urywki pikantnych opowieści, śmiech i trzask rozbijanego szkła wylewały się falą na kobiety i główną ulicę.

Postać w skórzanej kurtce i kasku zsiadła z motocykla i, świadoma swego popisowego przybycia, przemaszerowała obok kobiet do kantyny. Uwagę gromady przy koksowniku natychmiast przyciągnęła ta nowa barwna sylwetka. Z zatłoczonego wnętrza dobiegł dudniący głos:

– Nazywam się Eric Preston! Jestem aktywistą Australijskiego Związku Robotników. Przyjechałem załatwić problem z uchodźcami. Kto ich reprezentuje?

Zaraz potem jego władczy głos zagłuszyła wrzawa różnych języków, towarzysząca zapijaniu przeszłości, a zainteresowanie kobiet przeniosło się na samotną postać odchodzącą nocą z walizką z tej zapomnianej przez Boga osady Bóg raczy wiedzieć dokąd; na samotną kobietę, która patrzyła na nie i na wskroś, jakby tam były, ale zarazem jakby ich nigdy nie było, a ona zobaczyła przyszłość ożenioną z przeszłością, kiedy to po raz kolejny wszyscy z osady będą rozgonieni na cztery wiatry i nic nie pozostanie z tego straszliwego miejsca i czasu. Jej twarz (tak młoda, tak młoda, że wygląda szokująco) wydawała się niemal orientalna: układ kości i duże oczy jakże inne od australijskich, zmarszczki – zaledwie kilka, ale głębokich – jakby były dziełem nie tyle upływu lat czy palącego słońca, lecz rzeźbiarza, który dłutem chciał uwydatnić osobliwą, egzotyczną urodę.

Niektóre mówiły później, potępiając to, co wymykało się ich pojmowaniu, że postąpiła źle. Być może wskutek tego osądu, a może pod wpływem przeciwnej emocji, odrobiny współczucia w reakcji na tragedię, która przecież mogła spaść na każdą z nich, a może z powodu, którego żadna nigdy nie zrozumie, kobiety szturchnęły się łokciami i ucichły, kiedy Maria Buloh patrzyła w ich stronę, a wtedy i ona, i one słyszały już tylko nieustanny hałas wszczynany przez mężczyzn w środku.

*

Maria Buloh odwróciła się. Ruszyła dalej. Z kantyny dobiegały ciche, coraz cichsze urywki nowej amerykańskiej piosenki country-and-western odtwarzanej na adapterze. Piosenka zdawała się podlana łzami, jak gulasz upichcony ze smutku. Gdy Maria Buloh szła dalej w kierunku lasu, gwar z kantyny powoli zanikał. Piosenkę zagłuszył łagodny szmer śnieżycy. Twarz Marii Buloh była pozbawiona emocji. Ta piękna twarz, młoda twarz. A jednak coś wyrażała. Co? Tajemnicę, którą przypieczętowało na zawsze kilka łez płynących z oczu i szklących policzki.

Za plecami Marii Buloh ciągnęły się ślady prowadzące do miejsca, z którego przyszła, ślady zacierane już w chwili odciskania ich w śniegu, niknęły w bieli, która groziła pogrzebaniem wszystkiego i wszystkich w tej małej posępnej osadzie dawno, dawno temu.

I dopiero nieco później, gdy kantyna zamknęła podwoje, bójki dobiegły końca i nawet karciarze zrobili sobie przerwę na sen i chrapali drożdżowym chuchem w plecy kobiet śpiących w czapkach, dopiero wtedy zerwała się wichura i wiatr zaczął tak głośno zawodzić, że zmroziło nawet tę dziką mokrą ziemię.

– Aja, aja! – zdawał się wołać. – Aja, aja!

I było słychać, jak trzeszczą i postękują stare drzewa, a nowe kable skrobiące bezkresne nocne niebo pojękiwały upiornie, i żadnej z kobiet leżących tej nocy z otwartymi oczami w zapadających się łóżkach nie ukoiły te odgłosy.