Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Klan czerwonego sorga ebook

Mo Yan

5 (1)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Klan czerwonego sorga - Mo Yan

Obejmująca trzy pokolenia opowieść o miłości, śmierci, odwadze i rodzinie.

 

Przedstawiona w serii migawek i retrospekcji, odmalowujących wydarzenia nieludzko okrutnego czasu w chińskiej historii, zapoczątkowanego w latach trzydziestych oporem Chińczyków wobec inwazji Japonii. Cztery rozdziały przedstawiające jak w kalejdoskopie wizję czterdziestu lat historii na tle krajobrazu chińskiej wsi, widzianej oczami jej ubogiego mieszkańca.

Klan czerwonego sorga” został uznany przez chińskich czytelników za najlepszą powieść roku 1986. Zhang Yimou nakręcił na jej podstawie film, który w 1988 roku na festiwalu w Berlinie nagrodzono Złotym Niedźwiedziem.

Opinie o ebooku Klan czerwonego sorga - Mo Yan

Fragment ebooka Klan czerwonego sorga - Mo Yan

Mo Yan

KLAN CZER­WO­NE­GO SOR­GA

Prze­ło­ży­ła Ka­ta­rzy­na Kul­pa

Ty­tuł ory­gi­na­łu: 红高粱家族

Co­py­ri­ght © 1987, Mo Yan

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Ka­ta­rzy­na Kul­pa, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Tą oto książ­ką wzy­wam uro­czy­ście du­sze bo­ha­te­rów i du­sze skrzyw­dzo­nych, uno­szą­ce się nad nie­skoń­czo­ny­mi po­ła­cia­mi czer­wo­ne­go sor­ga w mo­jej ro­dzin­nej wio­sce. Ja, wasz nie­god­ny po­to­mek, chciał­bym wy­rwać so­bie ser­ce, za­ma­ry­no­wać w so­sie so­jo­wym, po­sie­kać, uło­żyć w trzech mi­secz­kach i po­sta­wić na sor­go­wym polu. Pa­dam przed wami na twarz i pro­szę: po­żyw­cie się tą ofia­rą, ucztuj­cie do syta!

Część ICzerwone sorgo

1

Dzie­wią­te­go dnia ósme­go mie­sią­ca tra­dy­cyj­ne­go ka­len­da­rza mój oj­ciec, syn ban­dy­ty, miał pięt­na­ście lat. Szy­ko­wał się wła­śnie, by do­łą­czyć do od­dzia­łu ko­men­dan­ta Yu Zhan’ao – przy­szłe­go le­gen­dar­ne­go bo­ha­te­ra – któ­ry miał za­sa­dzić się na ja­poń­ską jed­nost­kę zmo­to­ry­zo­wa­ną po­dą­ża­ją­cą dro­gą Jiao–Ping. Moja bab­ka, ubra­na w pi­ko­wa­ne wdzian­ko, od­pro­wa­dzi­ła go do wej­ścia do wio­ski.

– Stój­cie – po­le­cił ko­men­dant Yu.

Bab­ka za­trzy­ma­ła się i rze­kła do syna:

– Słu­chaj przy­bra­ne­go taty, Do­ugu­an!

Mój oj­ciec mil­czał. Po­staw­na syl­wet­ka bab­ki i cie­pła woń do­cho­dzą­ca z jej pi­ko­wa­ne­go ubra­nia zmro­zi­ły go – po­czuł dreszcz, za­bur­cza­ło mu w brzu­chu.

– Chodź­my, przy­bra­ny syn­ku. – Ko­men­dant po­gła­skał go po gło­wie.

Cha­os ogar­niał nie­bo i zie­mię, w po­wie­trzu wi­sia­ła mgła. Od­głos kro­ków ma­sze­ru­ją­ce­go od­dzia­łu do­bie­gał z bar­dzo da­le­ka. Oj­ciec sły­szał go, lecz nie wi­dział żoł­nie­rzy skry­tych za nie­bie­ska­wą za­sło­ną. Ucze­piw­szy się poły ko­men­danc­kie­go płasz­cza, prze­bie­rał no­ga­mi ile sił. Bab­ka nik­nę­ła na ho­ry­zon­cie ni­czym od­le­gły brzeg co­raz bar­dziej wzbu­rzo­ne­go mo­rza opa­rów, mło­dzie­niec trzy­mał się swo­je­go ko­men­dan­ta niby bur­ty stat­ku.

Tak oto mój oj­ciec ru­szył w dro­gę – dro­gę do gra­ni­to­we­go gła­zu, tkwią­ce­go wśród czer­wo­nych pól sor­ga w na­szej ro­dzin­nej wio­sce, któ­ry stał się po­tem jego po­zba­wio­nym in­skryp­cji ka­mie­niem na­grob­nym. Gdy grób był już gę­sto po­ro­śnię­ty tra­wą, pew­ne­go razu mały chło­pak z go­łym za­dkiem przy­pro­wa­dził tu śnież­no­bia­łą kozę. Kie­dy koza nie­śpiesz­nie sku­ba­ła tra­wę, ma­lec sta­nął na gro­bie i na­si­kał nań ze zło­ścią, po czym za­śpie­wał na całe gar­dło: „Sor­go już czer­wo­ne – Ja­poń­czy­cy idą. Go­tuj­cie się bra­cia, strze­laj­cie z ar­ma­ty!”.

Cho­dzi­ły słu­chy, że tym ko­zim pa­stusz­kiem by­łem ja, ale nie wiem, czy to praw­da. Za­wsze ko­cha­łem Pół­noc­no-Wschod­nie Ga­omi ca­łym ser­cem i jed­no­cze­śnie nie­na­wi­dzi­łem go do szpi­ku ko­ści. Kie­dy do­ro­słem i za­czą­łem pil­nie stu­dio­wać mark­sizm, do­sze­dłem do wnio­sku, że Pół­noc­no-Wschod­nie Ga­omi jest bez wąt­pie­nia naj­pięk­niej­szym i naj­wstręt­niej­szym, naj­nie­zwy­klej­szym i naj­po­spo­lit­szym, naj­święt­szym i naj­bar­dziej ze­psu­tym, naj­bar­dziej bo­ha­ter­skim i naj­bar­dziej łaj­dac­kim miej­scem na tej pla­ne­cie – miej­scem, gdzie pije się naj­wię­cej wód­ki i ko­cha naj­moc­niej. Moi przod­ko­wie, któ­rzy żyli na tej zie­mi, lu­bi­li sor­go i co roku sa­dzi­li go mnó­stwo. W ósmym mie­sią­cu, gdy je­sień była w peł­ni, nie­skoń­czo­ne łany czer­wo­ne­go zbo­ża lśni­ły ni­czym mo­rze krwi. Sor­go, wy­so­kie i gę­ste1, za­chwy­ca­ło wspa­nia­ło­ścią, wzru­sza­ło me­lan­cho­lią, bu­dzi­ło na­mięt­ność. Je­sie­nią wia­ły chłod­ne wia­try, słoń­ce moc­no świe­ci­ło. Bia­łe, pulch­ne ob­ło­ki prze­pły­wa­ły po la­zu­ro­wym nie­bie, po po­lach sor­ga su­nę­ły ich pur­pu­ro­we, kształt­ne cie­nie. Przez dzie­się­cio­le­cia, któ­re zda­wa­ły się trwać tyl­ko chwi­lę, gro­ma­dy czer­wo­nych ludz­kich po­sta­ci po­dą­ża­ły w róż­nych kie­run­kach wśród źdźbeł, jak­by tka­ły ol­brzy­mią sieć. Za­bi­ja­ły, gra­bi­ły, wier­nie bro­ni­ły oj­czy­zny – tań­czy­ły bo­ha­ter­ski, tra­gicz­ny ta­niec. Przy nich my, ich po­tom­ko­wie, wy­da­je­my się mali i nie­god­ni. Ży­jąc w cza­sach po­stę­pu, mam doj­mu­ją­ce uczu­cie, że nasz ga­tu­nek cofa się w roz­wo­ju.

Opu­ściw­szy wieś, od­dział po­su­wał się wą­ską po­lną dro­gą, od­gło­sy kro­ków mie­sza­ły się z sze­le­stem dep­ta­nej tra­wy. Gę­sta mgła wy­da­wa­ła się po­ru­szać, jak­by coś w niej żyło. Nie­zli­czo­ne drob­niut­kie kro­pel­ki wody łą­czy­ły się na twa­rzy ojca w duże ku­li­ste kro­ple, ko­smy­ki wło­sów ob­le­pia­ły czo­ło. Oj­ciec przy­wykł do de­li­kat­ne­go za­pa­chu mię­ty i słod­ko-gorz­kiej woni doj­rza­łe­go sor­ga do­bie­ga­ją­cych z pól, wśród któ­rych wio­dła dro­ga – aro­ma­ty te nie były dla nie­go ni­czym no­wym, wte­dy jed­nak, pod­czas tam­te­go mar­szu, wy­czuł przez mgłę ja­kiś dziw­ny, wstręt­no-słod­ki, ni to żół­ty, ni to czer­wo­ny odór. Za­pach ten, zmie­sza­ny z wo­nia­mi mię­ty i sor­ga, wzbu­dził w nim bar­dzo od­le­głe, głę­bo­ko ukry­te wspo­mnie­nia.

Sie­dem dni póź­niej, pięt­na­ste­go dnia ósme­go mie­sią­ca, w Świę­to Środ­ka Je­sie­ni, okrą­gły księ­życ w peł­ni wzniósł się po­nad ma­je­sta­tycz­ny­mi, po­grą­żo­ny­mi w ci­szy po­la­mi sor­ga. Ską­pa­ne w srebr­nym bla­sku pędy lśni­ły jak po­wle­czo­ne rtę­cią. Wśród wy­raź­nie od­ci­na­ją­cych się frag­men­tów świa­tła i cie­nia mój oj­ciec wy­czuł ów słod­ko-gorz­ki odór, wie­lo­krot­nie sil­niej­szy od tego, któ­ry po­ja­wił się te­raz. Wte­dy ko­men­dant Yu pro­wa­dził go za rękę przez sor­go­we pole, za­sła­ne pię­trzą­cy­mi się wszę­dzie tru­pa­mi trzech se­tek jego ro­da­ków. Są­czą­ca się z ciał świe­ża krew za­ta­pia­ła zbo­że, na ca­łej po­ła­ci za­mie­nia­jąc czar­ną zie­mię w bło­to, po któ­rym szło się po­wo­li i z tru­dem. Odór za­pie­rał im dech. Pole ob­sia­dła wa­ta­ha pa­dli­no­żer­nych psów, wpa­tru­ją­cych się w ojca i jego do­wód­cę błysz­czą­cy­mi śle­pia­mi. Ko­men­dant Yu wy­cią­gnął pi­sto­let i strze­lił – jed­na para oczu zga­sła. Dru­gi strzał – zni­kła ko­lej­na. Psy za­wy­ły i roz­pro­szy­ły się, a po chwi­li roz­sia­dły się da­lej i za­no­sząc się gło­śnym uja­da­niem, spo­glą­da­ły ła­ko­mie ku cia­łom. Wstręt­no-słod­ki odór wzma­gał się co­raz bar­dziej.

– Ja­poń­skie psy! – wrza­snął ko­men­dant. – Ja­poń­skie su­kin­sy­ny!

Wy­strze­lał do nich wszyst­kie na­bo­je, zwie­rzę­ta ucie­kły i znik­nę­ły bez śla­du.

– Idzie­my, synu! – za­rzą­dził do­wód­ca.

Po­szli da­lej przez zbo­że, sta­ry i mło­dy, po­dą­ża­jąc za księ­ży­cem. Prze­sy­ca­ją­ca pola woń wy­peł­ni­ła du­szę mo­je­go ojca. Przez ko­lej­ne, jesz­cze strasz­niej­sze, jesz­cze bar­dziej okrut­ne mie­sią­ce i lata woń ta to­wa­rzy­szy­ła mu bez­u­stan­nie.

Źdźbła sor­ga sze­le­ści­ły we mgle. Wśród opa­rów to­czy­ła się z wol­na po ba­gni­stej rów­ni­nie Rze­ka Czar­nej Wody, jej szum roz­brzmie­wał to gło­śniej, to ci­szej, to z da­le­ka, to z bli­ska. Kie­dy do­go­ni­li od­dział, ojca oto­czy­ły od­gło­sy kro­ków i szme­ry od­de­chów. Kol­ba czy­jejś strzel­by po­trą­ci­ła inną kol­bę. Sto­pa któ­re­goś z żoł­nie­rzy na coś tra­fi­ła, może na ludz­ką kość. Idą­cy przed oj­cem czło­wiek za­ka­słał jak­by zna­jo­mym to­nem – dźwięk ten przy­po­mniał mu pew­ną parę uszu. Bla­de, po­kry­te siat­ką ma­leń­kich ży­łek pół­przej­rzy­ste mał­żo­wi­ny, któ­re za­wsze czer­wie­nia­ły z emo­cji, były naj­bar­dziej rzu­ca­ją­cym się w oczy or­ga­nem na gło­wie Wan­ga We­nyi. Wang, męż­czy­zna ma­łe­go wzro­stu, łeb miał po­kaź­ny, wci­śnię­ty głę­bo­ko mię­dzy ra­mio­na.

Oj­ciec wy­tę­żył wzrok, prze­wier­ca­jąc spoj­rze­niem mgłę, i w koń­cu doj­rzał wstrzą­sa­ną kasz­lem gło­wę Wan­ga We­nyi. Przy­po­mniał so­bie, jak pew­ne­go dnia spusz­czo­no mu la­nie na pla­cu musz­try i jak ża­ło­sny był to wi­dok. Wang był wów­czas świe­żym re­kru­tem w od­dzia­le ko­men­dan­ta Yu. Ad­iu­tant Ren wy­dał żoł­nie­rzom roz­kaz: „W pra­wo zwrot!” – Wang We­nyi ra­do­śnie prze­sta­wił nogi, po czym ru­szył w nie­okre­ślo­nym kie­run­ku. Ad­iu­tant Ren sma­gnął go bi­czem w za­dek, z otwar­tych na­gle ust Wan­ga We­nyi wy­do­był się okrzyk: „Ożeż... mat­ko je­dy­na!”. Po jego mi­nie trud­no było zgad­nąć, czy jest mu do pła­czu, czy do śmie­chu. Zza mur­ku oka­la­ją­ce­go plac do­biegł ser­decz­ny śmiech ga­pią­cych się dzie­cia­ków.

Ko­men­dant Yu czub­kiem buta kop­nął Wan­ga We­nyi pro­sto w ty­łek.

– Cze­go kasz­lesz?

– Pa­nie ko­men­dan­cie... – od­po­wie­dział żoł­nierz, tłu­miąc ko­lej­ne kaszl­nię­cie. – W gar­dle mnie dra­pie...

– Dra­pie, nie dra­pie, masz być ci­cho! Jak zdra­dzisz na­szą po­zy­cję i za­czną do nas strze­lać, za­pła­cisz gło­wą!

– Tak jest, pa­nie ko­men­dan­cie! – rzekł Wang We­nyi, po czym chwy­cił go ko­lej­ny spazm kasz­lu.

Oj­ciec ra­czej wy­czuł, niż zo­ba­czył, jak ko­men­dant Yu rzu­ca się do przo­du i chwy­ta Wan­ga obie­ma rę­ka­mi za szy­ję. Wang We­nyi ze świ­stem chwy­tał po­wie­trze, ale prze­stał ka­słać.

Dło­nie ko­men­dan­ta pu­ści­ły kark żoł­nie­rza. Oj­ciec oczy­ma wy­obraź­ni zo­ba­czył dwa sine ni­czym doj­rza­łe wi­no­gro­na śla­dy dło­ni na skó­rze Wan­ga. W nie­bie­skich, wy­stra­szo­nych oczach męż­czy­zny po­czu­cie krzyw­dy mie­sza­ło się z wdzięcz­no­ścią.

Od­dział szyb­ko wkro­czył mię­dzy pola. Oj­ciec czuł in­stynk­tow­nie, że kie­ru­ją się na po­łu­dnio­wy wschód. Wą­ska po­lna dro­ga, któ­rą szli, była je­dy­nym bez­po­śred­nim po­łą­cze­niem mię­dzy Rze­ką Czar­nej Wody a wio­ską. W dzień mia­ła ko­lor bia­ła­wy. Jej pod­ło­że sta­no­wi­ła smo­li­ście czar­na zie­mia, jed­nak po dłu­gim udep­ty­wa­niu czerń prze­sta­ła być wi­docz­na. Dro­gę po­kry­wa­ły nie­zli­czo­ne śla­dy zwie­rząt: tro­py by­dła, owiec i kóz w kształ­cie płat­ków kwia­tów, pół­okrą­głe od­ci­ski ko­pyt mu­łów, koni i osłów i ich przy­po­mi­na­ją­ce su­szo­ne jabł­ka od­cho­dy, kro­wie plac­ki, nad któ­ry­mi ro­iło się od much, i roz­sy­pa­ne wszę­dzie ko­zie bob­ki po­dob­ne do czar­nej fa­so­li. Oj­ciec czę­sto tędy cha­dzał – póź­niej, w cięż­kich la­tach spę­dzo­nych w ja­poń­skiej ko­pal­ni, przed oczy­ma czę­sto po­ja­wiał mu się ob­raz tego miej­sca. Nie miał po­ję­cia o tych wszyst­kich ero­tycz­nych spek­ta­klach, któ­re swe­go cza­su ode­gra­ła na tej dro­dze moja bab­ka. Nie wie­dział, że na ocie­nio­nej zbo­żem czar­nej zie­mi le­ża­ło kie­dyś bia­łe, lśnią­ce ni­czym ja­de­it jej cia­ło. Ja jed­nak wiem o tym do­sko­na­le.

Gdy zna­leź­li się wśród pól, ja­kość mgły się zmie­ni­ła – za­sło­na sta­ła się gęst­sza, bar­dziej nie­ru­cho­ma. Wiel­kie, po­nu­re kro­ple wody ka­pa­ły z po­trą­ca­nych przez lu­dzi i ich ekwi­pu­nek źdźbeł zbo­ża, któ­re trzesz­cza­ły i po­ję­ki­wa­ły ze skry­wa­nym obu­rze­niem. Woda była lo­do­wa­ta, kry­sta­licz­nie czy­sta i świe­ża w sma­ku – gdy oj­ciec pod­niósł gło­wę, jed­na kro­pla wpa­dła mu pro­sto do ust. Wpa­tru­jąc się w spo­koj­ne opa­ry, do­strze­gał ko­ły­szą­ce się, cięż­kie głów­ki ro­ślin. Mo­kre od rosy mięk­kie li­ście ocie­ra­ły się o jego ubra­nie i twarz. Po­czuł na czo­le krót­ki po­dmuch, któ­ry za­szem­rał w zbo­żu. Szum Rze­ki Czar­nej Wody sta­wał się co­raz gło­śniej­szy.

Oj­ciec lu­bił pły­wać w Rze­ce Czar­nej Wody – był uro­dzo­nym pły­wa­kiem, a bab­ka mó­wi­ła, że na wi­dok wody cie­szył się bar­dziej niż na wi­dok wła­snej mat­ki. Kie­dy miał pięć lat, nur­ko­wał jak mała kacz­ka – jego ró­żo­we po­ślad­ki ce­lo­wa­ły w nie­bo, sto­py wy­sta­wa­ły wy­so­ko nad po­wierzch­nię. Wie­dział, że dno rze­ki jest czar­ne, lśnią­ce i mięk­kie jak łój. Ba­gni­ste brze­gi po­ra­sta­ła sza­ro­zie­lo­na trzci­na i zgni­ło­zie­lo­na bab­ka azja­tyc­ka, ro­sły tam też pło­żą­ce się po zie­mi pną­cza ku­dzu i zie­le pa­cio­recz­ni­ka. Na wil­got­nej zie­mi ry­so­wa­ły się cie­niut­kie śla­dy kra­bów. Kie­dy za­czy­na­ły wiać je­sien­ne wia­try, przy­no­szą­ce chło­dy, sta­da dzi­kich gęsi od­la­ty­wa­ły na po­łu­dnie, two­rząc na nie­bie klu­cze w kształ­cie li­nii pro­stej albo zna­ku „czło­wiek”2. Kie­dy pro­so czer­wie­nia­ło, całe wa­ta­hy kra­bów wiel­ko­ści koń­skie­go ko­py­ta wspi­na­ły się no­ca­mi na brzeg, by że­ro­wać wśród za­ro­śli. Prze­pa­da­ły za świe­żym kro­wim łaj­nem i roz­kła­da­ją­cy­mi się szcząt­ka­mi zwie­rząt. Szum wody przy­po­mniał ojcu pe­wien je­sien­ny wie­czór, kie­dy to za­rząd­ca na­szej ro­dzin­nej fir­my, Liu Lu­ohan3, za­brał go nad rze­kę nad rze­kę, gdy szedł ło­wić kra­by. Noc mia­ła przy­dy­mio­ny od­cień ciem­nych doj­rza­łych wi­no­gron, zło­ty wie­trzyk owie­wał brze­gi rze­ki. Na nie­skoń­czo­nym, ciem­nosz­ma­rag­do­wym nie­bie lśni­ły zie­lon­ka­wą po­świa­tą gwiaz­do­zbio­ry: Wiel­ka Niedź­wie­dzi­ca, sym­bo­li­zu­ją­ca śmierć, Mała Niedź­wie­dzi­ca, przy­no­szą­ca ży­cie, szkla­na ośmio­gra­nia­sta stud­nia Oktan­tu, któ­rej bra­ku­je jed­ne­go boku, zde­spe­ro­wa­ny Pa­sterz, za­mie­rza­ją­cy wło­żyć so­bie pę­tlę na szy­ję, zroz­pa­czo­na Prząd­ka4, już go­to­wa rzu­cić się do rze­ki – wszyst­kie wi­sia­ły nad ich gło­wa­mi. Wuj Liu Lu­ohan od kil­ku­dzie­się­ciu lat za­rzą­dzał na­szą ro­dzin­ną go­rzel­nią. Mój oj­ciec biegł ocho­czo za nim, ni­czym za wła­snym oj­cem.

My­śli ojca, nie­spo­koj­ne w ota­cza­ją­cej mgle, roz­świe­tlił blask ma­łej lamp­ki z czwo­ro­bocz­nym szkla­nym klo­szem, naf­to­wy dym wy­do­sta­wał się przez otwór wy­wier­co­ny w bla­sza­nej po­kryw­ce. Sła­be świa­tło wy­ci­na­ło w mro­ku pas sze­ro­ko­ści za­le­d­wie pię­ciu, sze­ściu me­trów. W jego za­się­gu woda przy­bie­ra­ła na chwi­lę pięk­ny żół­to­po­ma­rań­czo­wy ko­lor doj­rza­łej brzo­skwi­ni, po czym od­pły­wa­ła w ciem­ność, gdzie od­bi­ja­ło się w niej roz­gwież­dżo­ne nie­bo. Oj­ciec i wuj Lu­ohan sie­dzie­li przy lamp­ce na brze­gu, okry­ci pe­le­ry­na­mi, wsłu­cha­ni w nie­zwy­kle głę­bo­ki, ni­ski głos rze­ki. Od nie­skoń­czo­nych pól do­cie­ra­ły pod­nie­co­ne na­wo­ły­wa­nia go­do­we li­sów. Blask lam­py przy­cią­gał kra­by, któ­re zbie­ra­ły się w krę­gu świa­tła. Mój oj­ciec i wuj Lu­ohan sie­dzie­li w mil­cze­niu, wsłu­chu­jąc się z sza­cun­kiem w se­kre­ty, któ­re szep­ta­ła zie­mia; od cza­su do cza­su do­bie­ga­ły ich po­wie­wy zgni­łej woni rzecz­ne­go mułu. Sta­da kra­bów ota­cza­ły ich ze­wsząd, two­rząc nie­spo­koj­ny krąg. Oj­ciec był tak pod­eks­cy­to­wa­ny, że pra­wie po­de­rwał się z miej­sca, ale wuj Lu­ohan przy­trzy­mał go za ra­mio­na.

– Spo­koj­nie! – po­wie­dział. – W go­rą­cej wo­dzie ką­pa­ni nig­dy nie do­sta­ją cie­płe­go kle­iku!

Oj­ciec stłu­mił pod­nie­ce­nie i sie­dział bez ru­chu. Kra­by, zna­la­zł­szy się w za­się­gu lam­py, za­trzy­my­wa­ły się i gło­wa przy gło­wie, ogon przy ogo­nie, za­kry­ły szczel­nie pod­ło­że. Lśni­ły zie­lon­ka­we sko­ru­py, z wklę­słych oczo­do­łów wy­sta­wa­ły set­ki par okrą­głych oczu na szy­puł­kach. Kra­by ni­sko po­chy­li­ły łby, z nie­wi­docz­nych te­raz otwo­rów gę­bo­wych wy­do­by­wa­ły się sznu­ry róż­no­ko­lo­ro­wych bą­bel­ków. Gdy rzu­ca­ły ludz­ko­ści to wie­lo­barw­ne wy­zwa­nie, na­stro­szy­ły się dłu­gie włók­na pe­le­ry­ny mo­je­go ojca.

– Łap! – krzyk­nął wuj Lu­ohan.

Za­chę­co­ny okrzy­kiem wuja oj­ciec ru­szył do ata­ku. Chwy­ci­li za rogi gę­sto tka­nej sie­ci, któ­rą wcze­śniej roz­ło­ży­li na zie­mi. Unie­śli do góry war­stwę kra­bów, od­kry­wa­jąc za­ję­ty przez nie spła­che­tek przy­brzeż­ne­go pia­sku. Zwią­za­li rogi sie­ci i rzu­ci­li ją na bok, po czym rów­nie wpraw­ny­mi, szyb­ki­mi ru­cha­mi pod­nie­śli ko­lej­ne dwie. Wszyst­kie sie­ci były tak cięż­kie, że mu­sia­ły za­wie­rać set­ki, może na­wet ty­sią­ce kra­bów.

Gdy od­dział wkro­czył w zbo­że, oj­ciec po­su­wał się do przo­du po kra­bie­mu, za­ko­sa­mi, uni­ka­jąc pu­stych miejsc mię­dzy ro­śli­na­mi i przy­dep­tu­jąc źdźbła tak, że gię­ły się na wszyst­kie stro­ny. Wciąż ucze­pio­ny rogu ko­men­danc­kie­go płasz­cza chwi­la­mi ma­sze­ro­wał sa­mo­dziel­nie, a chwi­la­mi był cią­gnię­ty na­przód. Ogar­nia­ła go sen­ność. Szy­ja mu ze­sztyw­nia­ła, oczy na­bra­ły oso­wia­łe­go, obo­jęt­ne­go wy­ra­zu. W gło­wie ko­ła­ta­ła mu się tyl­ko jed­na myśl: do­pó­ki bę­dzie mógł cho­dzić z wuj­kiem Lu­oha­nem nad Rze­kę Czar­nej Wody, nig­dy nie wró­ci z pu­sty­mi rę­ka­mi.

Oj­ciec ob­ja­dał się kra­ba­mi do znu­dze­nia, kra­by ja­dła też bab­ka. W koń­cu im się prze­ja­dły, ale szko­da było je wy­rzu­cić, to­też wuj Lu­ohan po­sie­kał resz­tę, zmełł w młyn­ku do przy­rzą­dza­nia tofu, po­so­lił i po­na­kła­dał do sło­ików. Tak po­wsta­ła kra­bo­wa pa­sta, któ­rą ja­da­li­śmy przez cały rok, do­pó­ki się nie ze­psu­ła, wte­dy na­wo­zi­li­śmy nią maki. Sły­sza­łem, że bab­ka pa­li­ła opium, ale nie wpa­dła w na­łóg, dzię­ki cze­mu jej twarz do koń­ca ży­cia za­cho­wa­ła brzo­skwi­nio­wą świe­żość, umysł po­zo­stał ja­sny, a uspo­so­bie­nie miłe. Na­wo­żo­ne kra­ba­mi maki ro­sły duże i do­rod­ne i mia­ły ró­żo­we, czer­wo­ne i bia­łe kwia­ty o odu­rza­ją­cym za­pa­chu. Czar­na zie­mia mo­jej ro­dzin­nej wio­ski za­wsze była wy­jąt­ko­wo ży­zna i ro­dzi­ła ob­fi­te plo­ny, a upra­wia­ją­cych ją lu­dzi ce­cho­wa­ła do­broć, wy­trwa­łość i am­bi­cja – taki wła­śnie był cha­rak­ter mo­ich ro­da­ków. Bia­łe wę­go­rze ży­ją­ce w Rze­ce Czar­nej Wody wy­ra­sta­ły gru­be ni­czym pe­ni­sy i tak głu­pie, że za­wsze po­ły­ka­ły ha­czyk.

Oj­ciec pa­mię­tał, jak zgi­nął wuj Lu­ohan – było to przed ro­kiem, na dro­dze Jiao–Ping. Jego cia­ło zo­sta­ło ro­ze­rwa­ne na ka­wał­ki i roz­rzu­co­ne na wszyst­kie stro­ny świa­ta. Kie­dy zdej­mo­wa­no z nie­go skó­rę, gołe mię­so pod­ska­ki­wa­ło i drga­ło, jak­by był ogrom­ną, ob­dzie­ra­ną ze skó­ry żabą. Na wspo­mnie­nie tego cia­ła po ple­cach ojca prze­biegł dreszcz. Po­tem przy­po­mniał so­bie pew­ną noc przed sied­mio­ma czy ośmio­ma laty, kie­dy to moja bab­ka, pi­ja­na, sta­ła opar­ta o snop sor­ga na po­dwó­rzu na­szej ro­dzin­nej go­rzel­ni, obej­mo­wa­ła wuja Lu­oha­na za szy­ję i bła­ga­ła:

– Wuju... Nie od­chodź! Nie ob­cho­dzi cię mnich – miej wzgląd na Bud­dę, nie za­le­ży ci na ry­bach – za­sta­nów się nad wodą, je­śli nie dbasz o mnie – po­myśl o Do­ugu­anie! Je­śli mnie pra­gniesz... mogę być two­ja... Je­steś dla mnie jak oj­ciec...

Wuj Lu­ohan ode­pchnął bab­kę i po­czła­pał do szo­py mie­szać pa­szę dla zwie­rząt – dwóch czar­nych mu­łów pra­cu­ją­cych w na­szej go­rzel­ni, dzię­ki któ­rej sta­li­śmy się naj­bo­gat­szą ro­dzi­ną w wio­sce. Do­ni­kąd nie od­szedł. Był kie­row­ni­kiem fir­my, do­pó­ki Ja­poń­czy­cy nie za­bra­li mu­łów na bu­do­wę dro­gi Jiao–Ping.

Od wsi, któ­rą zo­sta­wi­li za sobą, dały się sły­szeć prze­cią­głe po­ry­ki­wa­nia mu­łów. Oj­ciec wzdry­gnął się i otwo­rzył sze­ro­ko oczy, ale wi­dział tyl­ko mgłę – pół­przej­rzy­stą, lecz nie­prze­nik­nio­ną. Wy­so­kie, pro­ste źdźbła sor­ga two­rzy­ły gę­sty ży­wo­płot ma­ja­czą­cy za za­sło­ną mgieł, za nim krył się na­stęp­ny i jesz­cze na­stęp­ny, i tak w nie­skoń­czo­ność. Oj­ciec już za­po­mniał, ile cza­su mi­nę­ło od chwi­li, gdy we­szli w zbo­że – jego my­śli wciąż krą­ży­ły wo­kół szu­mią­cej w od­da­li ży­cio­daj­nej rze­ki, wo­kół wspo­mnień. Nie ro­zu­miał, po co w ta­kim tem­pie prze­dzie­ra­li się przez tę gę­stą jak sen, roz­le­głą jak mo­rze po­łać. Stra­cił po­czu­cie kie­run­ku. Dwa lata wcze­śniej też zda­rzy­ło mu się zgu­bić na polu, ale w koń­cu zdo­łał zna­leźć dro­gę – kie­ro­wał się szu­mem rze­ki. Tym ra­zem tak­że usły­szał jej sy­gnał i szyb­ko się zo­rien­to­wał, że od­dział zmie­rza na wschód z od­chy­le­niem na po­łu­dnie, rów­no­le­gle do bie­gu rze­ki. Znał już kie­ru­nek, zro­zu­miał więc, że idą zro­bić za­sadz­kę na Ja­poń­czy­ków – że będą za­bi­jać lu­dzi tak samo, jak za­bi­ja się psy. Wie­dział, że idąc na po­łu­dnio­wy wschód, szyb­ko do­trą do dro­gi z po­wia­tu Jiao do po­wia­tu Ping­du, łą­czą­cej pół­noc z po­łu­dniem i dzie­lą­cej wiel­ką ni­zi­nę na dwie czę­ści. Zbu­do­wa­li ją zwy­kli lu­dzie, pod cio­sa­mi ba­tów i ba­gne­tów w rę­kach Ja­poń­czy­ków i ich wier­nych psów, ko­la­bo­ran­tów.

Sor­go po­ru­sza­ło się nie­spo­koj­nie, roz­trą­ca­ne przez od­dział zmę­czo­nych żoł­nie­rzy o gło­wach i szy­jach mo­krych od opa­da­ją­cej rosy. Wang We­nyi cią­gle ka­słał, mimo nie­ustan­nych po­ła­ja­nek ko­men­dan­ta. Oj­ciec czuł, że dro­ga jest bli­sko, jego oczy już do­strze­ga­ły nie­wy­raź­ny za­rys. Nie wie­dzieć kie­dy na­wet tam, gdzie mgła była naj­gęst­sza, za­czę­ły się po­ja­wiać nie­wiel­kie prze­świ­ty – mo­kre źdźbła sor­ga jed­no po dru­gim po­pa­try­wa­ły przez owe luki na ojca, a on od­po­wia­dał im od­da­nym spoj­rze­niem. Na­gle po­czuł, że są to żywe isto­ty, któ­re mają du­szę i któ­re tkwiąc ko­rze­nia­mi w czar­nej zie­mi, wchła­nia­ją ener­gię Słoń­ca i Księ­ży­ca, piją deszcz i rosę, ro­zu­mie­ją po­rzą­dek Nie­ba i ład Zie­mi. Ko­lor sor­ga po­wie­dział ojcu, że słoń­ce już roz­ja­rzy­ło bo­le­sną czer­wie­nią osło­nię­ty zbo­żem ho­ry­zont.

Na­gle wy­da­rzy­ło się coś nie­ocze­ki­wa­ne­go. Oj­ciec naj­pierw usły­szał prze­ni­kli­wy gwizd tuż koło ucha, a po­tem trzask, jak­by coś się przed nimi ro­ze­rwa­ło.

– Kto strze­lił?! – krzyk­nął ko­men­dant. – Któ­ry gno­jek strze­lił?!

Oj­ciec sły­szał, jak po­cisk prze­wier­ca się przez gę­stą mgłę mię­dzy ło­dy­ga­mi i li­ść­mi zbo­ża i strą­ca je­den z kło­sów. Wszy­scy wstrzy­ma­li od­dech. Kula prze­le­cia­ła z wi­zgiem i w nie­okre­ślo­nym miej­scu spa­dła na zie­mię. We mgle roz­szedł się za­pach pro­chu.

– Pa­nie ko­men­dan­cie! – za­pisz­czał ża­ło­śnie Wang We­nyi. – Nie mam gło­wy! Pa­nie ko­men­dan­cie! Gdzie moja gło­wa?

Do­wód­ca zba­ra­niał na chwi­lę, po czym wy­mie­rzył mu kop­nia­ka.

– Pie­przo­ny idio­to! Sko­ro nie masz gło­wy, to jak mo­żesz mó­wić?

Ko­men­dant Yu po­rzu­cił mego ojca i ru­szył na czo­ło od­dzia­łu. Wang We­nyi wciąż la­men­to­wał. Oj­ciec zro­bił krok do przo­du i spoj­rzał na jego twarz o dzi­wacz­nym wy­ra­zie. Po po­licz­ku Wan­ga We­nyi spły­wa­ło coś ciem­no­nie­bie­skie­go. Oj­ciec wy­cią­gnął rękę i do­tknął lep­kiej, cie­płej sub­stan­cji. Po­czuł za­pach po­dob­ny do tego, któ­ry wy­dzie­lał muł z dna Rze­ki Czar­nej Wody, lecz dużo śwież­szy. Za­głu­szył aro­mat mię­ty i słod­ko-gorz­ką woń sor­ga i obu­dził w ojcu wspo­mnie­nie, z każ­dą chwi­lą bliż­sze. Ni­czym sznur pa­cior­ków za­pach ten łą­czył muł Rze­ki Czar­nej Wody, czar­ną zie­mię, na któ­rej wy­ra­sta­ło sor­go, wiecz­nie żywą prze­szłość i przy­szłość, któ­rej nie spo­sób po­wstrzy­mać. By­wa­ły cza­sy, że cały świat pach­niał ludz­ką krwią.

– Wuj­ku, wuj­ku, je­steś ran­ny! – za­uwa­żył oj­ciec.

– Do­ugu­an, to ty, praw­da? Sprawdź no, czy wu­jek ma jesz­cze gło­wę na kar­ku, do­brze?

– Masz, wuj­ku! Wszyst­ko z nią w po­rząd­ku, tyl­ko z ucha krew ci leci.

Wang We­nyi wy­cią­gnął rękę i po­ma­cał ucho, po czym spoj­rzał na dłoń – była cała we krwi. Wrza­snął prze­raź­li­wie, po czym za­marł.

– Pa­nie ko­men­dan­cie, je­stem ran­ny! Je­stem ran­ny!

Do­wód­ca wró­cił z przo­du od­dzia­łu, chwy­cił Wan­ga We­nyi za szy­ję i przy­klęk­nął.

– Prze­stań wrzesz­czeć, bo cię udu­szę! – wark­nął ści­szo­nym gło­sem.

Wang We­nyi ani pi­snął.

– Gdzie je­steś ran­ny? – za­py­tał ko­men­dant.

– W ucho... – za­pła­kał żoł­nierz.

Do­wód­ca wy­cią­gnął zza pasa zwi­nię­ty ka­wa­łek bia­łej tka­ni­ny, przedarł na pół i po­dał Wan­go­wi We­nyi.

– Przy­łóż to, bądź ci­cho i idź da­lej, jak doj­dzie­my do dro­gi, to so­bie oban­da­żu­jesz – za­rzą­dził. – Do­ugu­an! – przy­wo­łał ojca.

Oj­ciec kiw­nął gło­wą. Do­wód­ca chwy­cił go za rękę i ru­szy­li, a Wang We­nyi, po­chli­pu­jąc, czła­pał za nimi.

Oka­za­ło się, że wi­nien był nie­ja­ki Nie­mo­wa. Strzel­ba, któ­rą niósł na ple­cach, wy­pa­li­ła, gdy się po­tknął. Ten ro­sły męż­czy­zna otwie­rał po­chód, ma­sze­ru­jąc z bro­ną w ręku. Był wiel­kim za­wa­dia­ką, sta­rym przy­ja­cie­lem ko­men­dan­ta Yu, ra­zem bu­szo­wa­li po oko­licz­nych łą­kach i la­sach, ra­zem opy­cha­li się cu­dzy­mi plac­ka­mi wśród sor­go­wych pól. Ku­lał na jed­ną nogę z po­wo­du ja­kiejś wro­dzo­nej wady, mimo to po­ru­szał się bar­dzo spraw­nie. Oj­ciec tro­chę się go bał.

O brza­sku, gdy od­dział ko­men­dan­ta Yu do­tarł w koń­cu do dro­gi Jiao–Ping, wiel­ka mgła na­resz­cie się roz­wia­ła. W na­szej wio­sce ósmy mie­siąc to pora mgieł – być może to kwe­stia ni­zin­ne­go, wil­got­ne­go te­re­nu. Kie­dy oj­ciec wszedł na dro­gę, po­czuł się zręcz­ny i lek­ki, jego krok na­brał tem­pa i wi­go­ru, pu­ścił więc od­waż­nie skraj płasz­cza swo­je­go do­wód­cy. Wang We­nyi ze szmat­ką przy­ło­żo­ną do ucha nadal miał płacz­li­wą minę. Ko­men­dant Yu nie­zręcz­nie oban­da­żo­wał ranę, za­wi­ja­jąc mu pół gło­wy. Żoł­nierz bo­le­śnie zgrzy­tał zę­ba­mi.

– Mia­łeś szczę­ście! – orzekł do­wód­ca.

– Cała krew mi wy­pły­nę­ła, nie mogę iść da­lej! – jęk­nął Wang We­nyi.

– Bzde­ty! To nic gor­sze­go niż ugry­zie­nie ko­ma­ra. Za­po­mnia­łeś o swo­ich trzech sy­nach?

– Nie, nie za­po­mnia­łem... – wy­mam­ro­tał męż­czy­zna, spusz­cza­jąc gło­wę.

Kol­ba dłu­go­lu­fo­wej strzel­by my­śliw­skiej, któ­rą tasz­czył na ra­mie­niu, mia­ła ko­lor krwi. Pła­ski me­ta­lo­wy po­jem­nik na proch dyn­dał mu na po­ślad­ku.

Ostat­nie skraw­ki mgły wy­co­fa­ły się w głąb pól. Dro­gę po­kry­wał żwir, na któ­rym nie było wi­dać ani od­ci­sków koń­skich i by­dlę­cych ko­pyt, ani śla­dów stóp czło­wie­ka. Gę­stwi­na zbóż ota­cza­ją­ca z obu stron tę dzi­wacz­ną opu­sto­sza­łą dro­gę wy­da­wa­ła się zło­wróżb­na. Oj­ciec wie­dział, że od­dział ko­men­dan­ta Yu, zgłu­chy­mi, nie­my­mi i ku­la­wy­mi włącz­nie, li­czył nie wię­cej niż czter­dzie­stu żoł­nie­rzy. Lu­dzie ci jed­nak, gdy miesz­ka­li w wio­sce, ro­bi­li wo­kół sie­bie tyle szu­mu – aż fru­wa­ło pie­rze i psy pod­ska­ki­wa­ły – że cała wieś wy­da­wa­ła się roić od woj­ska. Kie­dy od­dział wszedł na dro­gę, ta nie­speł­na czter­dziest­ka lu­dzi zbi­ła się w małą grup­kę, przy­po­mi­na­ją­cą zzięb­nię­te­go węża. Mie­li broń naj­róż­niej­sze­go au­to­ra­men­tu: śru­tów­ki, sta­re ka­ra­bi­ny Ha­ny­ang, a bra­cia Fan­go­wie, Szó­sty i Siód­my, tasz­czy­li ar­ma­tę, z któ­rej moż­na było strze­lać od­waż­ni­ka­mi do wagi. Nie­mo­wa dźwi­gał sze­ro­ką bro­nę o dwu­dzie­stu sze­ściu ostrych me­ta­lo­wych zę­bach, ta­kie same na­rzę­dzia nio­sło trzech in­nych żoł­nie­rzy. Oj­ciec nie wie­dział jesz­cze, na czym ma po­le­gać za­sta­wia­nie za­sadz­ki na Ja­poń­czy­ków ani tym bar­dziej, dla­cze­go po­trze­bo­wa­li w tym celu aż czte­rech bron.

2

Do Pół­noc­no-Wschod­nie­go Ga­omi za­wi­ta­łem pew­ne­go razu, pi­sząc kro­ni­kę mo­jej ro­dzi­ny. In­te­re­so­wa­łem się przede wszyst­kim słyn­ną bi­twą na brze­gu Rze­ki Czar­nej Wody, w któ­rej uczest­ni­czył mój oj­ciec i w któ­rej zgi­nął ja­poń­ski ge­ne­rał. Pew­na sta­ra, dzie­więć­dzie­się­cio­dwu­let­nia ko­bie­ta za­pre­zen­to­wa­ła mi taką oto śpiew­ną opo­wieść: „W Pół­noc­no-Wschod­nim Ga­omi męż­czyzn było wie­lu, nad Rze­ką Czar­nej Wody bi­twę roz­po­czę­li. Po­wiódł ich sław­ny ko­men­dant Yu, roz­legł się chó­rem wy­strza­łów huk. Ja­poń­skie dia­bły się po­roz­bie­ga­ły, po­ko­tem na rów­ni­nę po­pa­da­ły. Bo­ha­ter­ska Dai Fen­glian, jak kwiat sub­tel­na i pięk­na jak sen, ka­za­ła bro­ny usta­wić w szy­ku, aby wro­go­wi prze­szko­dzić w ata­ku...”. Sta­rusz­ka była po­marsz­czo­na i łysa jak gli­nia­ny dzba­nek, wierz­chy jej dło­ni z wy­sta­ją­cy­mi ży­ła­mi przy­po­mi­na­ły po­fał­do­wa­ną skó­rę owo­cu luf­fy. Prze­ży­ła ma­sa­krę w dniu Świę­ta Środ­ka Je­sie­ni w 1939 roku dzię­ki temu, że z po­wo­du owrzo­dzo­nych nóg nie mo­gła ucie­kać, więc mąż ukrył ją w piw­ni­cy na ziem­nia­ki – los się do niej uśmiech­nął. Dai Fen­glian, o któ­rej śpie­wa­ła sta­rusz­ka, to moja bab­ka. Sły­sząc ten frag­ment, wpa­dłem w wiel­kie pod­nie­ce­nie. Oto oka­za­ło się, że na po­mysł, by bro­na­mi za­gro­dzić dro­gę ja­poń­skiej ko­lum­nie zmo­to­ry­zo­wa­nej, wpa­dła moja bab­ka, ko­bie­ta z mo­je­go rodu. Na­le­ża­ła więc do awan­gar­dy woj­ny an­ty­ja­poń­skiej, była praw­dzi­wą bo­ha­ter­ką na­ro­do­wą.

Po wzmian­ce o mo­jej bab­ce sta­rusz­ka się roz­ga­da­ła. Jej opo­wieść była po­rwa­na i cha­otycz­na ni­czym chma­ra roz­wie­wa­nych wia­trem li­ści. Opo­wia­da­ła, że sto­py mo­jej bab­ki były naj­drob­niej­sze w ca­łej wsi, a na­sza go­rzel­nia prze­wyż­sza­ła sła­wą wszyst­kie inne. Kie­dy wró­ci­ła do te­ma­tu dro­gi Jiao–Ping, nar­ra­cja sta­ła się upo­rząd­ko­wa­na: „Jak do­szli z dro­gą do tego miej­sca... sor­go było wy­so­kie po pas... Ja­poń­skie dia­bły za­bra­ły wszyst­kich zdat­nych do pra­cy... Ro­bi­li byle jak, le­ni­li się jak mo­gli... Te wiel­kie dwa czar­ne muły two­jej ro­dzi­ny też za­bra­li... Wy­bu­do­wa­li most na Rze­ce Czar­nej Wody... Lu­ohan, za­rząd­ca z wa­sze­go domu... Coś tam było mię­dzy nim a two­ją bab­ką, lu­dzie ga­da­li... Aja­jaj, kie­dy two­ja bab­ka była mło­da, wie­lu się w niej ko­cha­ło... Spryt­ny chło­pak ten twój oj­ciec, kie­dy miał pięt­na­ście lat, po raz pierw­szy za­bił czło­wie­ka. Na dzie­się­ciu bę­kar­tów dzie­wię­ciu za­wsze scho­dzi na złą dro­gę... Lu­ohan oku­la­wił muły... Zła­pa­li go i ob­dar­li ze skó­ry... Ja­poń­skie dia­bły drę­czy­ły lu­dzi, sra­ły im do garn­ków, si­ka­ły do dzba­nów. Tam­te­go roku po­szłam kie­dyś po wodę i co zna­la­złam w wia­drze? Ludz­ką gło­wę, z war­ko­czy­kiem...”.

Wuj Liu Lu­ohan był bar­dzo waż­ną po­sta­cią w hi­sto­rii na­szej ro­dzi­ny. Je­śli jed­nak cho­dzi o jego ro­mans z bab­ką, jed­no­znacz­nych do­wo­dów na ten te­mat brak, a ja, szcze­rze mó­wiąc, nie po­tra­fi­łem za­ak­cep­to­wać tej hi­sto­rii. Ro­zu­mia­łem lo­gi­kę wy­da­rzeń, ale sło­wa sta­rusz­ki o gło­wie jak dzba­nek wpra­wia­ły mnie w za­kło­po­ta­nie. Sko­ro wuj Lu­ohan trak­to­wał mo­je­go ojca jak wła­sne­go wnu­ka, my­śla­łem, to zna­czy, że był tak jak­by moim pra­dziad­kiem. Je­śli więc mój pra­dziad ro­man­so­wał z moją bab­ką, to zna­czy, że po­peł­nia­li coś w ro­dza­ju ka­zi­rodz­twa, praw­da? To jed­nak kom­plet­na bzdu­ra – bab­ka była sze­fo­wą wuja Lu­oha­na, nie jego sy­no­wą, zwią­zek wuja Lu­oha­na z na­szą ro­dzi­ną opie­rał się na in­te­re­sach, nie na wię­zach krwi – był na­szym od­da­nym, wier­nym pra­cow­ni­kiem, wzbo­ga­cił, upięk­szył hi­sto­rię na­szej ro­dzi­ny i bez wąt­pie­nia przy­dał jej jesz­cze więk­szej chwa­ły. Czy bab­ka ko­cha­ła się w nim, czy nie, czy sy­piał z nią na kan­gu5 – nie ma to żad­ne­go mo­ral­ne­go zna­cze­nia. A je­śli na­wet go ko­cha­ła... Wie­rzę głę­bo­ko, że moja bab­ka mo­gła ro­bić wszyst­ko, cze­go za­pra­gnę­ła. Była nie tyl­ko bo­ha­ter­ką woj­ny an­ty­ja­poń­skiej, ale i pre­kur­sor­ką wy­zwo­le­nia sek­su­al­ne­go, iko­ną ko­bie­cej nie­za­leż­no­ści.

W po­wia­to­wych kro­ni­kach wy­czy­ta­łem, że w dwu­dzie­stym siód­mym roku Re­pu­bli­ki Chiń­skiej ar­mia ja­poń­ska wzię­ła na ro­bo­ty lu­dzi z po­wia­tów Ga­omi, Ping­du i Jiao, któ­rzy prze­pra­co­wa­li przy bu­do­wie dro­gi Jiao–Ping czter­dzie­ści ty­się­cy ro­bo­czod­nió­wek. Stra­ty w plo­nach były nie do osza­co­wa­nia, a wsie są­sia­du­ją­ce z bu­do­wą dro­gi zo­sta­ły ogo­ło­co­ne ze zwie­rząt po­cią­go­wych. Pe­wien chłop, Liu Lu­ohan, za­kradł się nocą i szpa­dlem po­ra­nił nogi jed­ne­go z mu­łów. Zo­stał schwy­ta­ny, na­stęp­ne­go dnia ja­poń­scy żoł­nie­rze przy­wią­za­li go do pala i żyw­cem ob­dar­li ze skó­ry na oczach tłu­mu. Na jego twa­rzy nie było stra­chu, a z ust pły­nął nie­prze­rwa­ny po­tok prze­kleństw aż do chwi­li, gdy wy­zio­nął du­cha.

3

Tak wła­śnie było: gdy bu­do­wa dro­gi Jiao–Ping do­tar­ła w na­sze stro­ny, sor­go na po­lach się­ga­ło nam le­d­wie do pasa. Cały ten mie­rzą­cy sie­dem­dzie­siąt na osiem­dzie­siąt li6 ni­zin­ny ob­szar, z wy­jąt­kiem kil­ku­na­stu wio­sek, dwóch krzy­żu­ją­cych się rzek i kil­ku­dzie­się­ciu krę­tych po­lnych dróg, za­le­wa­ły zie­lo­ne fale sor­go­we­go mo­rza. Z wej­ścia do na­szej wio­ski do­sko­na­le wi­dać było Górę Bia­łe­go Ko­nia – bia­ły ska­li­sty grzbiet o koń­skim kształ­cie na pół­noc­nym skra­ju ni­zi­ny. Pra­cu­ją­cy w polu rol­ni­cy pod­no­si­li gło­wy i spo­glą­da­li na bia­łe­go ko­nia, opusz­cza­li je i wi­dzie­li czar­ną zie­mię, w któ­rą wsią­kał ich pot, a w ich ser­cach było cier­pie­nie. Kie­dy ro­ze­szła się wieść, że Ja­poń­czy­cy będą bu­do­wać dro­gę na na­szej rów­ni­nie, miesz­kań­cy wio­ski na­tych­miast zro­bi­li się nie­spo­koj­ni i z oba­wą cze­ka­li na zbli­ża­ją­cą się ka­ta­stro­fę.

Mó­wio­no, że Ja­poń­czy­cy na­dej­dą, i tak też się sta­ło.

Kie­dy ja­poń­skie dia­bły i ich ko­la­bo­ran­ci zja­wi­li się w na­szej wio­sce, by poj­mać siłę ro­bo­czą i za­brać na­sze ko­nie i muły, mój oj­ciec spał. Obu­dzi­ły go ja­kieś ha­ła­sy do­cho­dzą­ce z go­rzel­ni. Bab­ka wzię­ła go za rękę i po­cią­gnę­ła na dzie­dzi­niec, dro­biąc na swo­ich po­dob­nych do bam­bu­so­wych pę­dów stóp­kach. Na po­dwó­rzu na­szej go­rzel­ni sta­ło kil­ka­na­ście wiel­kich ka­dzi, każ­da peł­na przed­niej czy­stej wód­ki, któ­rej aro­mat uno­sił się w ca­łej wio­sce. Sta­ło tam dwóch odzia­nych w żół­ta­we mun­du­ry Ja­poń­czy­ków, trzy­ma­ją­cych ka­ra­bi­ny z za­mo­co­wa­ny­mi ba­gne­ta­mi. Dwóch czar­no ubra­nych Chiń­czy­ków z ka­ra­bi­na­mi na ple­cach wła­śnie od­wią­zy­wa­ło dwa wiel­kie czar­ne muły od pnia ka­tal­py.Wuj Lu­ohan raz po raz pró­bo­wał rzu­cić się na mniej­sze­go z ko­la­bo­ran­tów, któ­ry od­wią­zy­wał lej­ce, lecz ten po­staw­niej­szy od­py­chał go lufą. Pa­no­wał upał, więc wuj Lu­ohan miał na so­bie tyl­ko cien­ką ko­szu­lę; na od­sło­nię­tej pier­si wi­dać już było peł­no czer­wo­nych okrą­głych śla­dów, od­ci­śnię­tych przez me­ta­lo­wą rurę.

– Bra­cia, może się do­ga­da­my, może się do­ga­da­my – pro­sił.

– Zjeż­dżaj stąd, sta­ry psie! – rzu­cił więk­szy żoł­nierz.

– Zwie­rzę­ta na­le­żą do wła­ści­cie­la tej zie­mi, nie mo­że­cie ich tak po pro­stu za­brać!

– Jak się bę­dziesz da­lej awan­tu­ro­wał, fiu­ta ci od­strze­lę! – za­gro­ził ko­la­bo­rant.

Ja­poń­czy­cy sta­li nie­ru­cho­mo z ka­ra­bi­na­mi w rę­kach, po­dob­ni do gli­nia­nych fi­gu­rek.

Kie­dy moja bab­ka z oj­cem zja­wi­li się na dzie­dziń­cu, wuj Lu­ohan po­skar­żył się:

– Chcą za­brać na­sze muły!

– Pa­nie ofi­ce­rze – ode­zwa­ła się bab­ka – je­ste­śmy uczci­wy­mi ludź­mi.

Ja­poń­czy­cy zmru­ży­li oczy i uśmiech­nę­li się krzy­wo.

Niż­szy ko­la­bo­rant od­wią­zał muły i za­czął je cią­gnąć, te jed­nak pod­nio­sły wy­so­ko łby i za nic nie chcia­ły ru­szyć z miej­sca. Wyż­szy pod­szedł i kil­ka razy szturch­nął jed­ne­go lufą w zad, roz­draż­nio­ne zwie­rzę jęło ryć zie­mię ko­py­ta­mi, lśnią­ce że­la­zne pod­ko­wy dra­pa­ły błot­ni­stą gle­bę, opry­sku­jąc twa­rze żoł­nie­rzy grud­ka­mi bło­ta.

Wyż­szy ko­la­bo­rant wy­ce­lo­wał ka­ra­bin w wuja Lu­oha­na i krzyk­nął:

– Chodź no tu, sta­ry by­dla­ku, za­pro­wadź je na bu­do­wę!

Wuj Lu­ohan ukuc­nął i nie ode­zwał się ani sło­wem.

Je­den z Ja­poń­czy­ków za­ma­chał mu bro­nią przed twa­rzą.

– Min­liu­ala­ja­la­mi­lin! – roz­ka­zał.

Na wi­dok lśnią­ce­go ostrza tuż przed oczy­ma wuj Lu­ohan usiadł. Ja­poń­czyk dźgnął go ba­gne­tem, ostrze wy­cię­ło otwór w gład­kiej, ły­sej skó­rze na jego gło­wie.

– Wuju, za­pro­wadź im te muły! – wy­krzyk­nę­ła roz­trzę­sio­na bab­ka.

Je­den z Ja­poń­czy­ków zbli­żył się do niej. Oj­ciec wi­dział, że jest mło­dym, ład­nym chło­pa­kiem o du­żych, lśnią­cych czar­nych oczach, ale gdy się uśmie­chał, ką­ci­ki jego ust uno­si­ły się w górę i od­sła­nia­ły żół­ta­we kły. Bab­ka nie­pew­nym kro­kiem cof­nę­ła się w stro­nę wuja. Krew z rany za­le­wa­ła mu gło­wę i twarz. Obaj Ja­poń­czy­cy z uśmie­chem po­de­szli bli­żej. Bab­ka po­ło­ży­ła obie dło­nie na za­krwa­wio­nej ły­si­nie Lu­oha­na, po czym przy­ło­ży­ła je do wła­snej twa­rzy. Na­stęp­nie zwi­chrzy­ła wło­sy, otwo­rzy­ła usta i za­czę­ła pod­ska­ki­wać jak sza­lo­na. Wy­glą­da­ła, jak­by tyl­ko w trzech czę­ściach była czło­wie­kiem, a w sied­miu – de­mo­nem. Zdu­mie­ni Ja­poń­czy­cy znie­ru­cho­mie­li. Mniej­szy ko­la­bo­rant po­wie­dział:

– Pa­nie ofi­ce­rze, ta ko­bie­ta cał­kiem osza­la­ła!

Je­den z Ja­poń­czy­ków wy­mam­ro­tał coś i strze­lił, ce­lu­jąc po­nad gło­wą bab­ki. Bab­ka usia­dła na zie­mię i za­czę­ła gło­śno pła­kać.

Wyż­szy ko­la­bo­rant szturch­nął wuja Lu­oha­na ka­ra­bi­nem, żeby skło­nić go do wsta­nia. Wuj Lu­ohan wziął lej­ce z rąk niż­sze­go. Muły pod­nio­sły łby i na drżą­cych no­gach dały się wy­pro­wa­dzić z dzie­dziń­ca. Ulicz­ka ro­iła się od mu­łów, koni, owiec i kóz.

Bab­ka wca­le nie zwa­rio­wa­ła. Gdy tyl­ko ja­poń­skie dia­bły i ich po­ma­gie­rzy opu­ści­li po­dwó­rze, zdję­ła drew­nia­ną po­kry­wę z jed­nej z ka­dzi i w lu­strza­nej po­wierzch­ni sor­go­wej wód­ki przyj­rza­ła się swo­je­mu bu­dzą­ce­mu gro­zę za­krwa­wio­ne­mu ob­li­czu. Oj­ciec za­uwa­żył, że łzy pły­ną­ce po jej po­licz­kach na­bra­ły czer­wo­nej bar­wy. Bab­ka umy­ła twarz w al­ko­ho­lu, za­bar­wia­jąc całą kadź na czer­wo­no.

Wuj Lu­ohan, po­dob­nie jak na­sze muły, zo­stał zmu­szo­ny do pra­cy na bu­do­wie. Na sor­go­wym polu po­wsta­wał za­rys przy­szłej dro­gi. Na po­łu­dnio­wym brze­gu Rze­ki Czar­nej Wody bu­do­wa była już nie­mal skoń­czo­na, nową dro­gą nad­jeż­dża­ły mniej­sze i więk­sze wozy za­ła­do­wa­ne ka­mie­nia­mi i żół­tym pia­skiem i zrzu­ca­ły ła­du­nek na brze­gu. Na rze­ce był tyl­ko je­den drew­nia­ny most, Ja­poń­czy­cy po­sta­no­wi­li więc zbu­do­wać nowy, ka­mien­ny. Po obu stro­nach dro­gi wy­dep­ta­no wiel­kie po­ła­cie zbo­ża, zie­mia wy­glą­da­ła jak przy­kry­ta wiel­kim zie­lo­nym ko­cem. Na pół­noc od rze­ki kil­ka­dzie­siąt mu­łów cią­gnę­ło wzdłuż świe­żo usy­pa­ne­go z czar­nej zie­mi pasa ka­mien­ne wal­ce, wy­gnia­ta­jąc w sor­go­wym polu wiel­kie pła­skie prze­strze­nie, drąc po­kry­wa­ją­cą zie­mię gę­stą szma­rag­do­wą sieć. Pro­wa­dzo­ne przez lu­dzi zwie­rzę­ta ma­sze­ro­wa­ły w tę i z po­wro­tem po polu. Świe­że źdźbła sor­ga pa­da­ły po­ła­ma­ne, po­tem roz­gnia­ta­ły je wal­ce, bar­wiąc się na ciem­no­zie­lo­no ro­ślin­nym so­kiem. Moc­na woń zbo­ża uno­si­ła się nad te­re­nem bu­do­wy.

Wu­jo­wi Lu­oha­no­wi ka­za­no prze­no­sić ka­mie­nie z po­łu­dnio­we­go na pół­noc­ny brzeg. Z wiel­ką nie­chę­cią od­dał lej­ce mu­łów ja­kie­muś sta­rusz­ko­wi z ka­pra­wy­mi oczy­ma i ru­szył na dru­gą stro­nę przez li­chy mo­stek, któ­ry chwiał się tak, jak­by miał się pod nim za­ła­mać. Sto­ją­cy na po­łu­dnio­wym brze­gu Chiń­czyk, wy­glą­da­ją­cy na nad­zor­cę, wy­dał po­le­ce­nie, sztur­cha­jąc go w gło­wę czer­wo­ną ró­zgą:

– Bierz się do ro­bo­ty i noś te ka­mie­nie na pół­noc­ny brzeg!

Wuj Lu­ohan otarł rę­ko­ma oczy – krew pły­ną­ca mu po twa­rzy zmo­czy­ła brwi. Dźwi­gnął śred­niej wiel­ko­ści głaz i ru­szył z po­łu­dnia na pół­noc. Trzy­ma­ją­cy lej­ce sta­ru­szek nadal tam był.

– Oszczę­dzaj te muły, to wła­sność fir­my – zwró­cił się do nie­go Lu­ohan.

Sta­rzec obo­jęt­nie kiw­nął gło­wą i po­pro­wa­dził muły ku miej­scu, gdzie wiel­ka gro­ma­da zwie­rząt przy­go­to­wy­wa­ła grunt pod nowy od­ci­nek. Na gład­kich za­dach czar­nych mu­łów tań­czy­ły od­bla­ski słoń­ca. Z rany wuja wciąż są­czy­ła się krew. Lu­ohan przy­kuc­nął, ze­brał w garść tro­chę zie­mi i przy­ło­żył do ły­si­ny. Tępy ból prze­szył go od czub­ka gło­wy po pal­ce u stóp; czuł się tak, jak­by czasz­ka pę­ka­ła mu na dwo­je.

Na obrze­żach pla­cu bu­do­wy sta­li uzbro­je­ni ja­poń­scy żoł­nie­rze i ko­la­bo­ran­ci, nad­zor­ca z ba­tem w ręku krą­żył tam i z po­wro­tem jak duch. Na wi­dok po­kry­tej krwa­wym bło­tem gło­wy Lu­oha­na ro­bot­ni­cy z prze­stra­chem wy­trzesz­cza­li oczy. Wuj pod­niósł ka­mień. Le­d­wie ru­szył, usły­szał za sobą świst, po czym dłu­gie pa­smo kłu­ją­ce­go bólu prze­szy­ło mu ple­cy. Upu­ścił ka­mień i spoj­rzał na wy­krzy­wio­ną uśmie­chem twarz nad­zor­cy.

– Sza­now­ny pa­nie, je­śli ma mi pan coś do po­wie­dze­nia, pro­szę mó­wić, po co od razu bić?

Nie prze­sta­jąc się uśmie­chać, nad­zor­ca za­mach­nął się zno­wu; bat owi­nął się wu­jo­wi wo­kół pasa. Lu­ohan po­czuł się tak, jak­by ude­rze­nie prze­cię­ło go na pół, dwa stru­mie­nie go­rą­cych, pa­lą­cych łez po­cie­kły mu z ką­ci­ków oczu, krew ude­rzy­ła do gło­wy. Miał wra­że­nie, że po­kry­ta mie­sza­ni­ną krwi i bło­ta sko­ru­pa za­czę­ła pod­ska­ki­wać, spra­wia­jąc mu taki ból, jak­by czasz­ka za­raz mia­ła mu pęk­nąć.

– Sza­now­ny pa­nie! – krzyk­nął wuj.

Sza­now­ny pan zno­wu przy­ło­żył mu ba­tem.

– Cze­mu pan mnie bije, sza­now­ny pa­nie?

Nad­zor­ca po­trzą­snął trzy­ma­nym w ręku ba­tem, jego oczy zwę­zi­ły się w uśmie­chu.

– Że­byś zo­ba­czył, jak to jest, psi synu!

Wuj Lu­ohan miał ści­śnię­te gar­dło, łzy za­le­wa­ły mu oczy. Schy­lił się, pod­niósł spo­ry ka­mień ze sto­su i ru­szył chwiej­nym kro­kiem w kie­run­ku most­ku. Czuł, że puch­nie mu gło­wa, przed oczy­ma ro­bi­ło mu się bia­ło. Ostre kra­wę­dzie ka­mie­nia wpi­ja­ły mu się w brzuch i klat­kę pier­sio­wą, ale nie czuł bólu.

Nad­zor­ca stał z ba­tem w ręku jak wmu­ro­wa­ny, a tasz­czą­cy ka­mień wuj Lu­ohan, trzę­sąc się ze stra­chu, usi­ło­wał czym prę­dzej zejść mu z oczu. Nad­zor­ca sma­gnął go ba­tem w szy­ję. Wuj za­chwiał się i wciąż obej­mu­jąc głaz rę­ko­ma, padł na ko­la­na. Ka­mień po­ha­ra­tał mu dło­nie i po­ra­nił pod­bró­dek do krwi; ogłu­pia­ły z prze­ra­że­nia i bólu za­czął łkać jak dziec­ko. W pu­st­ce, któ­ra za­pa­no­wa­ła w jego umy­śle, po­wo­li za­czął się roz­ja­rzać czer­wo­ny pło­myk.

Z wy­sił­kiem wy­cią­gnął ręce spod ka­mie­nia, pod­niósł się, wy­gi­na­jąc grzbiet w łuk ni­czym roz­wście­czo­ny sta­ry ko­cur.

W tym mo­men­cie ja­kiś męż­czy­zna w wie­ku oko­ło czter­dziest­ki, cały w uśmie­chach, pod­szedł do nad­zor­cy i wy­cią­gnął z kie­sze­ni pacz­kę pa­pie­ro­sów. Wy­jął jed­ne­go i z sza­cun­kiem po­dał nad­zor­cy, któ­ry otwo­rzył usta, przy­jął pa­pie­ro­sa i po­zwo­lił, by męż­czy­zna po­dał mu ogień.

– Nie war­to się przej­mo­wać tym idio­tą, sze­fie – za­ga­ił.

Nad­zor­ca bez sło­wa wy­pu­ścił dym noz­drza­mi. Wuj Lu­ohan za­uwa­żył, że po­żół­kłe pal­ce, w któ­rych trzy­ma bat, drżą.

Czter­dzie­sto­la­tek wło­żył nad­zor­cy do kie­sze­ni całą pacz­kę. Ten z po­cząt­ku jak­by nic nie za­uwa­żył, lecz po chwi­li z ci­chym prych­nię­ciem po­kle­pał się po kie­sze­ni, od­wró­cił się na pię­cie i od­szedł.

– Je­steś tu nowy, star­szy bra­cie? – spy­tał męż­czy­zna wuja Lu­oha­na.

Wuj po­twier­dził.

– Pew­nie nie przy­nio­słeś mu żad­ne­go dro­bia­zgu na po­wi­ta­nie?

– Z tymi psa­mi nie ma żad­nej roz­mo­wy! Przy­wle­kli mnie tu siłą.

– Moż­na mu dać tro­chę pie­nię­dzy albo pacz­kę pa­pie­ro­sów. On nie bije pra­co­wi­tych, nie bije le­ni­wych, tyl­ko tych, któ­rzy nie pa­trzą i nie wy­cią­ga­ją wnio­sków.

Czter­dzie­sto­la­tek od­szedł roz­ko­ły­sa­nym kro­kiem i wto­pił się w bry­ga­dę ro­bot­ni­ków.

Przez cały ra­nek wuj Lu­ohan no­sił ka­mie­nie jak sza­lo­ny. Strup na gło­wie, spie­czo­ny słoń­cem, pę­kał, spra­wia­jąc mu ból. Dło­nie miał po­ra­nio­ne do krwi, a uraz dol­nej szczę­ki spo­wo­do­wał, że cały czas cie­kła mu śli­na. Pur­pu­ro­wy pło­mień tlił się w jego gło­wie to moc­niej, to sła­biej, nie przy­ga­sał jed­nak ani na chwi­lę.

W po­łu­dnie nie­go­to­wym jesz­cze od­cin­kiem dro­gi nad­je­cha­ła, trzę­sąc się, brą­zo­wa cię­ża­rów­ka. Wuj Lu­ohan jak przez mgłę usły­szał pi­skli­wy dźwięk gwizd­ka, le­d­wie żywi ro­bot­ni­cy po­wle­kli się w stro­nę wozu. Usiadł na zie­mi bez­myśl­nie, zu­peł­nie nie­za­in­te­re­so­wa­ny, skąd i po co nad­je­chał sa­mo­chód. Pa­rzą­cy czer­wo­ny pło­myk pod­ska­ki­wał mu w gło­wie, ata­ku­jąc uszy cią­głym brzę­cze­niem.

Męż­czy­zna w śred­nim wie­ku pod­szedł i po­cią­gnął go za rękę.

– Star­szy bra­cie, chodź, czas na je­dze­nie. Spró­buj ja­poń­skie­go ryżu!

Wuj wstał i po­szedł za nim.

Z cię­ża­rów­ki wy­ła­do­wa­no kil­ka ko­tłów z bia­łym ry­żem oraz kosz pe­łen bia­łych por­ce­la­no­wych mi­se­czek w nie­bie­skie kwiat­ki. Obok ko­tłów sta­nął chu­dy Chiń­czyk z me­ta­lo­wą łyż­ką, obok ko­sza – gru­by Chiń­czyk z mi­secz­ką w dło­ni. Każ­dy, kto pod­cho­dził, otrzy­my­wał mi­skę, któ­rą na­stęp­nie na­peł­nia­no ry­żem. Cię­ża­rów­kę ota­czał tłum lu­dzi po­chła­nia­ją­cych je­dze­nie żar­łocz­nie ni­czym wil­ki i ty­gry­sy – nie mie­li pa­łe­czek, więc wkła­da­li so­bie ryż do ust pal­ca­mi.

Zno­wu po­ja­wił się nad­zor­ca z ba­tem w ręku i zim­nym uśmie­chem na twa­rzy. Pło­mień w gło­wie wuja Lu­oha­na roz­hu­czał się, wy­do­by­wa­jąc z mro­ków pa­mię­ci po­dob­ne do kosz­mar­ne­go snu wy­da­rze­nia dzi­siej­sze­go po­ran­ka. Uzbro­je­ni ja­poń­scy war­tow­ni­cy i ich po­ma­gie­rzy tak­że po­de­szli do jed­ne­go z ocyn­ko­wa­nych ko­tłów i za­bra­li się do je­dze­nia. Za ko­tłem sie­dział wil­czur o dłu­gim py­sku i z wy­wie­szo­nym ozo­rem przy­glą­dał się ro­bot­ni­kom.

Wuj Lu­ohan na­li­czył kil­ku­na­stu Ja­poń­czy­ków i po­dob­ną licz­bę ko­la­bo­ran­tów po­si­la­ją­cych się wo­kół ko­tła. Za­świ­ta­ła mu myśl o uciecz­ce. Wy­star­czy­ło­by do­paść zbo­ża i te psy nig­dy go nie znaj­dą. Jego sto­py po­kry­ły się go­rą­cym po­tem; od­kąd wpadł na po­mysł, by uciec, stał się nie­cier­pli­wy i nie­spo­koj­ny. Cie­ka­we, cóż to za ta­jem­ni­cę skry­wał zim­ny, spo­koj­ny uśmie­szek na twa­rzy nad­zor­cy? Na wi­dok tego uśmiesz­ku Lu­oha­no­wi mie­sza­ło się w gło­wie.

Ża­den z ro­bot­ni­ków po­rząd­nie się nie najadł. Gru­by Chiń­czyk po­zbie­rał mi­ski. Ro­bot­ni­cy ob­li­zy­wa­li war­gi, wpa­tru­jąc się w grud­ki ryżu przy­kle­jo­ne do ścia­nek ko­tłów, ale ża­den nie od­wa­żył się po­ru­szyć. Od pół­noc­ne­go brze­gu rze­ki do­bie­gło ochry­płe ry­cze­nie muła. Wuj Lu­ohan roz­po­znał muły z na­sze­go go­spo­dar­stwa. Zwie­rzę­ta, wciąż przy­wią­za­ne do ka­mien­nych wal­ców na te­re­nie bu­do­wy, obo­jęt­nie żuły roz­gnie­cio­ne ło­dy­gi i pędy sor­ga, któ­re ni­czym tru­py po­kry­wa­ły zie­mię.

Po po­łu­dniu ja­kiś oko­ło dwu­dzie­sto­let­ni męż­czy­zna, li­cząc na chwi­lę nie­uwa­gi nad­zor­cy, wy­mknął się w zbo­że. Do­go­ni­ła go kula. Upadł i legł nie­ru­cho­mo na skra­ju pola.

Kie­dy słoń­ce za­czę­ło chy­lić się ku za­cho­do­wi, brą­zo­wa cię­ża­rów­ka od­je­cha­ła. Wuj Lu­ohan zjadł cały swój przy­dział ryżu. Jego przy­zwy­cza­jo­ny do sor­ga prze­wód po­kar­mo­wy sta­now­czo pro­te­sto­wał prze­ciw­ko tej bia­łej, cuch­ną­cej stę­chli­zną sub­stan­cji, lecz po­ko­nu­jąc skurcz prze­ły­ku, prze­pchnął ją do żo­łąd­ka. Myśl o uciecz­ce od­zy­wa­ła się co­raz sil­niej. Tę­sk­nił za swo­im dzie­dziń­cem wy­peł­nio­nym draż­nią­cym noz­drza za­pa­chem al­ko­ho­lu, cze­ka­ją­cym na nie­go w wio­sce od­da­lo­nej o kil­ka­na­ście li. Wszy­scy ro­bot­ni­cy z go­rzel­ni po­ucie­ka­li, bu­cha­ją­cy go­rą­cem gar do go­to­wa­nia wód­ki był te­raz zim­ny. Jesz­cze bar­dziej tę­sk­nił za moją bab­ką i moim oj­cem. Trud­no mu było za­po­mnieć o czu­ło­ści, któ­rą oka­za­ła mu obok ster­ty sor­go­wych li­ści.

Po ko­la­cji ro­bot­ni­cy zo­sta­li za­gna­ni do wiel­kiej za­gro­dy zbu­do­wa­nej ze świer­ko­wych drą­gów, przy­kry­tej kil­ko­ma płach­ta­mi bre­zen­tu. Słu­py były po­łą­czo­ne dru­tem gru­bo­ści ziar­na zie­lo­nej fa­so­li, bra­mę zbu­do­wa­no z so­lid­nych że­la­znych prę­tów. Ja­poń­skie dia­bły i ich po­ma­gie­rzy miesz­ka­li w dwóch osob­nych na­mio­tach, od­da­lo­nych od za­gro­dy o kil­ka­dzie­siąt kro­ków. Psa uwią­za­no przy wej­ściu do na­mio­tu Ja­poń­czy­ków. U wej­ścia do za­gro­dy stał wy­so­ki słup, a na nim wi­sia­ły dwie la­tar­nie. Ja­poń­czy­cy i Chiń­czy­cy sta­li tu na war­cie na zmia­nę. Muły i ko­nie przy­wią­za­no do kil­ku­dzie­się­ciu pa­li­ków, wbi­tych gę­sto w stra­to­wa­ne pole na za­chód od za­gro­dy.

W za­gro­dzie pa­no­wał du­szą­cy smród. Nie­któ­rzy chra­pa­li, inni si­ka­li do bla­sza­ne­go wia­dra w ką­cie; stru­mień mo­czu ude­rza­ją­cy w me­tal wy­da­wał brzęk ni­czym per­ły spa­da­ją­ce na ja­de­ito­wy ta­lerz. Sła­be świa­tło la­tar­ni wpa­da­ło do środ­ka, po­sta­ci war­tow­ni­ków rzu­ca­ły dłu­gie, chy­bo­tli­we cie­nie.

W mia­rę upły­wu nocy zim­no sta­wa­ło się co­raz do­tkliw­sze. Wuj Lu­ohan nie mógł za­snąć. Wciąż roz­my­ślał o uciecz­ce. Od­głos kro­ków stra­ży okrą­żał za­gro­dę. Wuj le­żał, bo­jąc się po­ru­szyć, aż w koń­cu za­padł w nie­spo­koj­ną drzem­kę. We śnie czuł się tak, jak­by w gło­wę wbi­to mu ostry nóż, a ręce przy­pie­ka­no roz­ża­rzo­nym że­la­zem. Obu­dził się zla­ny po­tem, spodnie miał prze­siąk­nię­te mo­czem. Z od­le­głej wio­ski do­bie­gło pi­skli­we pia­nie ko­gu­ta. Muły i ko­nie tu­pa­ły i par­ska­ły. Przez po­dar­ty bre­zent ukrad­kiem prze­świe­ca­ło kil­ka gwiazd.

Męż­czy­zna w śred­nim wie­ku, któ­ry za dnia po­spie­szył Lu­oha­no­wi na ra­tu­nek, pod­niósł się ci­cho. Mimo mro­ku wuj do­strzegł dwie ogni­ste kul­ki jego oczu. Prze­czu­wał, że to czło­wiek nie­zwy­kły. Le­żąc w ci­szy, ob­ser­wo­wał go.

Męż­czy­zna ukląkł u wej­ścia do za­gro­dy. Bar­dzo po­wo­li pod­niósł ręce. Wuj pa­trzył na jego ple­cy i gło­wę, któ­rą ota­cza­ła ta­jem­ni­cza po­świa­ta. Męż­czy­zna wziął głę­bo­ki od­dech, prze­chy­lił gło­wę, wy­rzu­cił ręce w przód ni­czym strza­ły z łuku i chwy­cił dwa że­la­zne prę­ty. Jego oczy mio­ta­ły ciem­no­zie­lo­ne bły­ski – wy­da­wa­ło się, że gdy spoj­rze­nie to na­po­ty­ka co­kol­wiek na swo­jej dro­dze, sły­chać sze­lest. Że­la­zne prę­ty roz­stą­pi­ły się bez­gło­śnie. Do za­gro­dy wsą­czy­ło się nie­co wię­cej świa­tła la­tar­ni i gwiazd, pa­da­jąc po dro­dze na zno­szo­ny but. Straż­nik się od­wró­cił. Wuj do­strzegł ja­kiś cień, któ­ry wy­sko­czył na ze­wnątrz. Ja­poń­czyk jęk­nął, po czym bez­gło­śnie osu­nął się na zie­mię w że­la­znym uści­sku męż­czy­zny. Ten pod­niósł z zie­mi ka­ra­bin straż­ni­ka i roz­pły­nął się w po­wie­trzu.

Do­pie­ro po chwi­li wuj zdał so­bie spra­wę z tego, co się wła­śnie ro­ze­gra­ło przed jego ocza­mi. Męż­czy­zna w śred­nim wie­ku oka­zał się nie­złym chwa­tem, bie­głym w sztu­kach wal­ki. I oto otwo­rzył mu dro­gę uciecz­ki. W nogi! Wuj ostroż­nie wy­czoł­gał się przez otwór. Mar­twy Ja­poń­czyk le­żał na zie­mi twa­rzą do góry, jego noga wciąż po­dry­gi­wa­ła.

Wuj wczoł­gał się w zbo­że, wstał i po­szedł wzdłuż bruz­dy. Sta­ra­jąc się nie po­trą­cać źdźbeł, by nie sze­le­ści­ły, do­tarł do brze­gu Rze­ki Czar­nej Wody. Trzy Gwiaz­dy sta­ły w ze­ni­cie – był to czas naj­głęb­szej ciem­no­ści przed świ­tem. Ich blask od­bi­jał się w wo­dzie. Po­staw­szy chwi­lę na brze­gu, wuj Lu­ohan za­czął trząść się z zim­na i dzwo­nić zę­ba­mi. Ból dol­nej szczę­ki pro­mie­nio­wał na po­licz­ki, uszy, się­gał czub­ka gło­wy, gdzie łą­czył się z pul­su­ją­cym bó­lem ro­pie­ją­cej rany. Orzeź­wia­ją­cy, zmie­sza­ny z wo­nią ro­ślin­ne­go soku za­pach wol­no­ści wy­peł­nił noz­drza, płu­ca i wnętrz­no­ści Lu­oha­na. Świa­tła dwóch la­tar­ni, po­dob­ne do dia­bel­skich ogni­ków, ja­rzy­ły się we mgle; czar­na, rzu­ca­ją­ca chy­bo­tli­we cie­nie świer­ko­wa za­gro­da przy­po­mi­na­ła gi­gan­tycz­ną mo­gi­łę. Wuj Lu­ohan nie mógł uwie­rzyć, że po­szło mu tak ła­two. Nogi za­nio­sły go na próch­nie­ją­cy drew­nia­ny mo­stek nad szem­rzą­cą wodą, w któ­rej plu­ska­ły się ryby. Blask spa­da­ją­cej gwiaz­dy prze­szył nie­bo­skłon, zu­peł­nie jak­by nic się nie wy­da­rzy­ło. Wuj Lu­ohan mógł te­raz wró­cić do wio­ski, ukryć się, wy­le­czyć rany i żyć da­lej. Lecz gdy szedł przez most, z po­łu­dnio­we­go brze­gu do­bie­gło go nie­spo­koj­ne po­ry­ki­wa­nie mu­łów. Wuj Lu­ohan za­wró­cił więc po nie. To wła­śnie do­pro­wa­dzi­ło do wiel­kiej tra­ge­dii.

Ko­nie i muły przy­wią­za­no do kil­ku­dzie­się­ciu drew­nia­nych pa­li­ków w po­bli­żu za­gro­dy dla lu­dzi. Zie­mia cuch­nę­ła tu mo­czem i od­cho­da­mi. Ko­nie par­ska­ły, muły ob­gry­za­ły pa­li­ki. Ko­nie żuły źdźbła sor­ga, muły wy­da­la­ły rzad­ki kał. Wuj Lu­ohan, po­ty­ka­jąc się co chwi­la, za­kradł się mię­dzy zwie­rzę­ta. Po­czuł zna­jo­my za­pach na­szych dwóch czar­nych mu­łów i wy­pa­trzył do­brze zna­ne syl­wet­ki. Ru­szył w tym kie­run­ku, chcąc uwol­nić swo­ich to­wa­rzy­szy nie­do­li. Muły jed­nak, stwo­rze­nia nie­zdol­ne do lo­gicz­ne­go my­śle­nia, szyb­ko ob­ró­ci­ły się do nie­go za­da­mi, a ich ko­py­ta wy­strze­li­ły w po­wie­trze.

– Czar­ne muły, czar­ne muły... – mam­ro­tał wuj. – Uciek­nij­my stąd ra­zem!

Zwie­rzę­ta gniew­nie drep­ta­ły w kół­ko, bro­niąc swe­go te­ry­to­rium. Nie roz­po­zna­ły swo­je­go pana. Lu­ohan nie wie­dział, że to przez świe­ży za­pach jego za­schnię­tej krwi i ran wy­dał się mu­łom kimś ob­cym. Zdez­o­rien­to­wa­ny i zmar­twio­ny zro­bił ko­lej­ny krok na­przód, a wte­dy je­den z mu­łów wy­mie­rzył mu cios ko­py­tem w bio­dro. Wuj prze­le­ciał w po­wie­trzu kil­ka me­trów i ru­nął na zie­mię. Zdrę­twia­ło mu pół cia­ła. Muł wciąż wier­cił się i tu­pał, sta­lo­we pod­ko­wy lśni­ły ni­czym księ­ży­ce. Bio­dro wuja spu­chło, drę­czył go pa­lą­cy ból i nie­zno­śne uczu­cie cię­ża­ru. Wstał, upadł z po­wro­tem i zno­wu się pod­niósł. Od wsi do­bie­gło pi­skli­we pia­nie ko­gu­ta. Ciem­ność po­wo­li ustę­po­wa­ła, Trzy Gwiaz­dy świe­ci­ły co­raz ja­śniej, ich blask od­bi­jał się w gład­kich za­dach i oczach mu­łów.

– Pie­przo­ne be­stie!

Wuj Lu­ohan, pło­nąc gnie­wem, kuś­ty­kał do­ko­ła, usi­łu­jąc zna­leźć ja­kąś broń. W miej­scu, gdzie bu­do­wa­no rów me­lio­ra­cyj­ny, tra­fił na ostrą że­la­zną mo­ty­kę, pod­niósł ją więc i ru­szył z po­wro­tem, mię­dląc w ustach prze­kleń­stwa. Nie przy­po­mi­nał już ani tro­chę więź­nia, nie my­ślał o lu­dziach i ich psie, któ­rzy znaj­do­wa­li się o sto kro­ków od nie­go. Był wol­ny – źró­dłem nie­wo­li jest bo­wiem strach.

Słoń­ce wy­ła­nia­ło się nad ho­ry­zon­tem i czer­wo­na­wa po­świa­ta na wschod­nim nie­bie po­wo­li się roz­pra­sza­ła, łany sor­ga w tej go­dzi­nie przed­świ­tu sta­ły tak spo­koj­nie, jak­by mia­ły za chwi­lę wy­buch­nąć. Wuj Lu­ohan, z twa­rzą zwró­co­ną ku po­ran­nej zo­rzy, zbli­żył się do mu­łów. Nie­na­wiść do nich prze­ni­ka­ła go do szpi­ku ko­ści. Muły sta­ły w ci­szy i bez­ru­chu. Wuj Lu­ohan pod­niósł mo­ty­kę, wy­ce­lo­wał w tyl­ną nogę jed­ne­go z nich i ciął z ca­łej siły. Na nogę muła padł lo­do­wa­ty cień. Zwie­rzę za­chwia­ło się, po­tem wy­pro­sto­wa­ło i wy­da­ło gwał­tow­ny, dzi­ki, prze­ra­żo­ny, wście­kły ryk. Zra­nio­ny muł uniósł zad i fon­tan­na go­rą­cej krwi jak deszcz zro­si­ła twarz wuja Lu­oha­na. Ko­rzy­sta­jąc z do­god­ne­go do­stę­pu, wuj ude­rzył w dru­gą tyl­ną nogę. Muł wes­tchnął gło­śno, zad opu­ścił się i zwie­rzę przy­sia­dło cięż­ko na zie­mi. Sto­jąc na przed­nich no­gach, z szy­ją wy­cią­gnię­tą w górę, wciąż przy­wią­za­ną po­stron­kiem, be­czał roz­gło­śnie pro­sto w sza­ro­nie­bie­skie nie­bo. Mo­ty­ka le­ża­ła przy­gnie­cio­na jego za­dem, wuj Lu­ohan tak­że ukuc­nął. Wy­tę­ża­jąc wszyst­kie siły, wy­cią­gnął na­rzę­dzie spod zwie­rzę­cia. Czuł, jak sta­lo­we ostrze szo­ru­je o kość. Dru­gi muł pa­trzył ogłu­pia­łym wzro­kiem na to­wa­rzy­sza i ża­ło­śnie po­ry­ki­wał, zu­peł­nie jak­by pła­kał albo pro­sił o li­tość.

Kie­dy wuj Lu­ohan pod­szedł do nie­go z mo­ty­ką w ręku, muł się cof­nął. Po­stro­nek na­piął się, jak­by miał pęk­nąć, pa­lik za­skrzy­piał. Ogrom­ne oczy zwie­rzę­cia roz­ja­rzy­ły się ciem­no­nie­bie­skim bla­skiem.

– Bo­isz się, kre­atu­ro, co? Gdzie two­ja god­ność? Ty nie­wdzięcz­ny skur­czy­by­ku! Ko­la­bo­ranc­ki psi po­mio­cie!

Wy­krzy­ku­jąc gniew­ne obe­lgi, wuj Lu­ohan ciął mo­ty­ką, mie­rząc w kan­cia­sty pysk muła. Ostrze tra­fi­ło w pa­lik i utkwi­ło w nim. Po­ru­sza­jąc na­rzę­dziem na wszyst­kie stro­ny, w koń­cu zdo­łał wy­do­być ostrze z drew­na. Muł wal­czył: jego tyl­ne nogi wy­prę­ży­ły się w łuk, łysy ogon z sze­le­stem za­mia­tał zie­mię. Wuj zno­wu wy­ce­lo­wał w gło­wę: tra­fił w sam śro­dek sze­ro­kie­go czo­ła. Roz­legł się brzęk, gdy me­tal ude­rzył w twar­dą czasz­kę, trzo­nek mo­ty­ki prze­niósł wi­bra­cję, wuj Lu­ohan po­czuł mro­wie­nie w ra­mio­nach. Z za­mknię­te­go py­ska zwie­rzę­cia nie wy­do­był się ża­den dźwięk. Jego ko­py­ta drga­ły i tu­pa­ły bez­ład­nie; w koń­cu muł skrzy­żo­wał nogi i ru­nął z głu­chym tąp­nię­ciem, jak­by na zie­mię prze­wró­cił się gru­by mur. Po­stro­nek się urwał, po­ło­wa zwi­sła bez­wład­nie z pa­li­ka, dru­ga po­ło­wa zwi­nę­ła się tuż przy py­sku muła. Wuj Lu­ohan stał z opusz­czo­ny­mi rę­ko­ma i pa­trzył w mil­cze­niu. Lśnią­cy trzo­nek mo­ty­ki tkwią­cej krzy­wo w mu­lej gło­wie wska­zy­wał nie­bo. Gdzieś za­szcze­kał pies, roz­le­gły się po­krzy­ki­wa­nia lu­dzi. Świ­ta­ło. Krwi­sto­czer­wo­na tar­cza wsta­wa­ła na wscho­dzie po­nad po­la­mi sor­ga, pro­mień słoń­ca wpadł w sam śro­dek czar­nej cze­lu­ści pół­otwar­tych ust wuja Lu­oha­na.

4

W czer­wo­nym bla­sku słoń­ca, któ­re do­pie­ro co wy­ło­ni­ło się z mgieł, od­dział wma­sze­ro­wał ko­lum­ną na brzeg rze­ki. Twarz mo­je­go ojca, po­dob­nie jak in­nych, była w po­ło­wie czer­wo­na, w po­ło­wie zie­lo­na; ra­zem z in­ny­mi pa­trzył na roz­wie­wa­ją­ce się nad rze­ką opa­ry. Czter­na­sto­przę­sło­wy ka­mien­ny most na Rze­ce Czar­nej Wody łą­czył po­łu­dnio­wy od­ci­nek dro­gi z pół­noc­nym. Sta­ry drew­nia­ny mo­stek stał da­lej, na za­chód od ka­mien­ne­go, ale trzy czy czte­ry przę­sła były ze­rwa­ne – po­środ­ku rze­ki tkwi­ło tyl­ko kil­ka brą­zo­wych słu­pów, któ­re za­gra­dza­ły dro­gę bia­łym spie­nio­nym fa­lom. Wy­ła­nia­ją­ce się z mgieł lu­stro wody, czer­wo­na­wo-zie­lon­ka­we, ro­bi­ło prze­ra­ża­ją­co po­sęp­ne wra­że­nie. Gdy tak sta­li na brze­gu, przed ich oczy­ma roz­cią­gał się wi­dok na po­łu­dnie: nie­skoń­czo­ny łan zbo­ża, rów­ny jak oseł­ka, sto­ją­cy w ab­so­lut­nym bez­ru­chu. Każ­de źdźbło mia­ło czer­wo­ną, doj­rza­łą twa­rzycz­kę, a wszyst­kie ro­śli­ny two­rzy­ły ogrom­ne cia­ło, złą­czo­ne jed­ną wiel­ko­dusz­ną my­ślą. Mój oj­ciec był wte­dy jesz­cze dziec­kiem i nie umiał po­słu­gi­wać się tak kwie­ci­stym ję­zy­kiem – ja sam to wszyst­ko wy­my­śli­łem.

Sor­go i lu­dzie – wszy­scy cze­ka­li, aż kwia­ty cza­su wy­da­dzą owo­ce.

Dro­ga bie­gła pro­sto na po­łu­dnie – co­raz węż­sza i węż­sza, w koń­cu zni­kła wśród pól. W tym naj­dal­szym miej­scu, gdzie sor­go spo­ty­ka­ło się z sza­ro­nie­bie­ską ko­pu­łą, wsta­wa­ło słoń­ce – był to me­lan­cho­lij­ny, uro­czy­sty, po­ru­sza­ją­cy wi­dok.

Mój oj­ciec z za­cie­ka­wie­niem przy­glą­dał się ogłu­pia­łym par­ty­zan­tom. Skąd szli? Do­kąd zmie­rza­li? Po co mają za­sta­wiać ja­kąś za­sadz­kę? Co będą ro­bić po­tem? W tej uro­czy­stej ci­szy chlu­pot wody o znisz­czo­ny most sta­wał się jesz­cze gło­śniej­szy i bar­dziej ryt­micz­ny. Prze­świe­tla­na słoń­cem mgła to­nę­ła w wo­dzie; Rze­ka Czar­nej Wody z ciem­no­czer­wo­nej sta­wa­ła się czer­wo­no­zło­ta. Rze­ka bla­sku i ko­lo­ru. Przy brze­gu rósł sa­mot­ny grzy­bień­czyk wod­ny o po­żół­kłych li­ściach; nie­gdyś za­chwy­ca­ją­ce, po­dob­ne do je­dwab­ni­ków kwia­ty zwi­sa­ły bla­de i zwię­dłe. Se­zon ła­pa­nia kra­bów! – po­my­ślał oj­ciec. Wie­je je­sien­ny wiatr, na­sta­ły chło­dy, sta­da dzi­kich gęsi lecą na po­łu­dnie... „Łap, Do­ugu­an, łap!” – po­krzy­ki­wał wu­jek Lu­ohan. De­li­kat­ne od­nó­ża i szczyp­ce kra­bów za­peł­nia­ły mięk­ką, mu­li­stą zie­mię skom­pli­ko­wa­ny­mi wzo­ra­mi. Oj­ciec po­czuł do­bie­ga­ją­cą znad rze­ki cha­rak­te­ry­stycz­ną, sub­tel­ną ry­bią woń kra­bów. Przed woj­ną w na­szej ro­dzi­nie pa­stą kra­bo­wą na­wo­zi­ło się maki – wy­ra­sta­ły do­rod­ne, ko­lo­ro­we i pach­ną­ce...

– Wszy­scy zła­zić z wału i kryć się! Nie­mo­wa, roz­sta­wiaj bro­ny! – roz­ka­zał ko­men­dant Yu.

Nie­mo­wa zdjął z ra­mie­nia kil­ka zwo­jów dru­tu i zwią­zał czte­ry bro­ny ra­zem. Wy­dał parę nie­ar­ty­ku­ło­wa­nych okrzy­ków i kil­ku żoł­nie­rzy po­mo­gło mu prze­nieść po­łą­czo­ne bro­ny i umie­ścić je w miej­scu, gdzie most prze­cho­dził w dro­gę.

– Bra­cia, ukryj­cie się do­brze i cze­kaj­cie, aż ja­poń­skie wozy wja­dą na most, a od­dział ka­pi­ta­na Len­ga ode­tnie im dro­gę od­wro­tu. Wte­dy na mój sy­gnał otwo­rzy­cie ogień i po­śle­my te be­stie do rze­ki, na po­żar­cie wę­go­rzom i kra­bom!

Ko­men­dant Yu wy­dał Nie­mo­wie kil­ka po­le­ceń na migi, ten kiw­nął gło­wą i po­pro­wa­dził po­ło­wę lu­dzi w pole, na za­chód od dro­gi, by za­cza­ić się tam ra­zem z nimi. Wang We­nyi tak­że ru­szył w tę stro­nę, ale Nie­mo­wa ode­słał go z po­wro­tem.

– Nie idź z nimi, zo­sta­niesz tu, ze mną. Bo­isz się? – spy­tał ko­men­dant.

– Nie, nie boję się – za­prze­czył Wang We­nyi, krę­cąc ener­gicz­nie gło­wą.

Ko­men­dant Yu ka­zał bra­ciom Fang usta­wić dzia­ło na wale, po czym zwró­cił się do trę­ba­cza Liu, któ­ry trzy­mał w ręku po­kaź­ną trąb­kę:

– Sta­ry Liu, kie­dy my za­cznie­my strze­lać, na nic nie zwa­żaj, tyl­ko dmij w tę trą­bę z ca­łej siły. To wy­stra­szy Ja­poń­ców. Ro­zu­miesz?

Trę­bacz Liu był sta­rym kom­pa­nem ko­men­dan­ta Yu, jesz­cze z cza­sów, gdy ko­men­dant był tra­ga­rzem lek­tyk, a Liu grał na we­se­lach i po­grze­bach. Te­raz trzy­mał swój in­stru­ment obu­rącz, ni­czym strzel­bę.

Ko­men­dant zwró­cił się do wszyst­kich:

– Po­wiem wam bez ogró­dek: jak doj­dzie do wal­ki, każ­de­go, kto stchó­rzy, za­strze­lę na miej­scu. Mu­si­my po­ka­zać lu­dziom Len­ga, ile je­ste­śmy war­ci. Te żół­wie po­mio­ty lu­bią ma­chać cho­rą­gwia­mi i ro­bić wra­że­nie. Mnie to nie bie­rze. Ale on chciał­by, że­bym się do nie­go przy­łą­czył. Tym­cza­sem ja chcę, żeby to on przy­łą­czył się do mnie!

Sie­dzie­li wśród sor­ga. Fang Szó­sty wy­cią­gnął faj­kę, ty­toń i krze­si­wo. Że­la­zo krze­si­wa było czar­ne, skał­ka ciem­no­czer­wo­na jak go­to­wa­ne ku­rze wą­trób­ki. Kie­dy me­tal ude­rzył o ka­mień, roz­legł się trzask i w po­wie­trze strze­li­ły iskry. Każ­da z nich była ogrom­na. Jed­na upa­dła na źdźbło sor­ga, któ­re Fang Szó­sty trzy­mał mię­dzy pal­cem wska­zu­ją­cym a ser­decz­nym. Męż­czy­zna dmuch­nął i nad pod­pał­ką unio­sła się smuż­ka bia­łe­go dymu, a źdźbło za­czę­ło ża­rzyć się czer­wo­no. Fang za­pa­lił faj­kę. Ko­men­dant Yu gło­śno wes­tchnął i zmarsz­czył nos.

– Zgaś to – po­wie­dział. – My­ślisz, że Ja­poń­cy wej­dą na ten most, je­śli po­czu­ją dym?

Fang Szó­sty za­cią­gnął się po­spiesz­nie dwa razy, po czym zga­sił faj­kę i scho­wał ją sta­ran­nie ra­zem z ty­to­niem.

– Kładź­cie się na tym ła­god­nym zbo­czu nad rze­ką – po­le­cił ko­men­dant – nie mo­że­my się dać za­sko­czyć Ja­poń­com.

Le­żą­cych na brze­gu żoł­nie­rzy drę­czył nie­po­kój. Ze strzel­ba­mi w dło­niach cze­ka­li na spo­tka­nie z groź­nym wro­giem. Mój oj­ciec przy­cup­nął obok ko­men­dan­ta Yu.

– Bo­isz się?

– Nie! – od­parł chło­pak.

– To do­brze. Je­steś god­nym sy­nem swo­je­go przy­bra­ne­go taty! Bę­dziesz moim łącz­ni­kiem. Kie­dy przyj­dzie do bi­twy, trzy­maj się mnie cały czas. Jak wy­dam roz­kaz, ty po­wtó­rzysz wszyst­ko tam­tym na za­cho­dzie.

Oj­ciec kiw­nął gło­wą. Utkwił chci­we spoj­rze­nie w dwóch pi­sto­le­tach za­tknię­tych za pas do­wód­cy, więk­szym i mniej­szym. Więk­szy był nie­miec­kim mau­ze­rem, mniej­szy – brow­nin­giem wy­pro­du­ko­wa­nym we Fran­cji. Każ­dy miał swo­ją hi­sto­rię.

– Pi­sto­le­ty! – wy­rwa­ło się mo­je­mu ojcu.

– Chcesz je­den? – za­py­tał do­wód­ca.

– Chcę – kiw­nął gło­wą oj­ciec.

– A wiesz, co się z tym robi?

– Wiem!

Ko­men­dant Yu wy­cią­gnął zza pasa brow­ning i przyj­rzał mu się uważ­nie. Broń była sta­ra, ema­lia cał­kiem się wy­tar­ła. Od­cią­gnął za­mek, ze środ­ka wy­sko­czył okrą­gły po­cisk w łu­sce z żół­ta­wej mie­dzi. Do­wód­ca pod­rzu­cił go wy­so­ko w po­wie­trze, po czym schwy­cił dło­nią i wło­żył z po­wro­tem do ko­mo­ry.

– No to masz! Rób to co ja.

Mój oj­ciec wziął z rąk ko­men­dan­ta pi­sto­let. Trzy­ma­jąc go, wspo­mniał przed­wczo­raj­szy wie­czór, kie­dy to ko­men­dant tym wła­śnie pi­sto­le­tem roz­bił czar­kę z wód­ką.

Sierp wscho­dzą­ce­go księ­ży­ca za­wisł na ze­schnię­tych ga­łę­ziach. Oj­ciec, nio­sąc dzban i trzy­ma­jąc w pal­cach mo­sięż­ny klucz, na po­le­ce­nie bab­ki szedł do go­rzel­ni po wód­kę. Otwo­rzył bra­mę. Na dzie­dziń­cu pa­no­wał spo­kój, w za­gro­dzie mu­łów za­le­ga­ła ciem­ność, z go­rzel­ni roz­cho­dzi­ła się woń fer­men­tu­ją­ce­go ziar­na. Oj­ciec pod­niósł po­kry­wę jed­nej z ka­dzi i w świe­tle księ­ży­ca i gwiazd zo­ba­czył od­bi­cie swo­jej mi­zer­nej twa­rzy w lu­strza­nej po­wierzch­ni al­ko­ho­lu. Miał krót­kie brwi, cien­kie war­gi – uznał, że jest okrop­nie brzyd­ki. Za­nu­rzył dzban w ka­dzi, al­ko­hol z bul­go­tem za­czął wy­peł­niać na­czy­nie. Kie­dy je wy­cią­gał, wód­ka spły­wa­ją­ca po ścian­kach dzba­na gło­śno ka­pa­ła do ka­dzi. Oj­ciec jed­nak zmie­nił zda­nie i wy­lał płyn z po­wro­tem. Przy­po­mniał so­bie tam­tą kadź, w któ­rej bab­ka myła za­krwa­wio­ną twarz. Bab­ka piła wła­śnie z ko­men­dan­tem Yu i ka­pi­ta­nem Len­giem. Ona i ko­men­dant do­trzy­my­wa­li so­bie dziel­nie kro­ku, Leng na­to­miast był już tro­chę pi­ja­ny. Oj­ciec pod­szedł do tej ka­dzi, o któ­rej my­ślał: drew­nia­ne wie­ko przy­ci­śnię­to młyń­skim ka­mie­niem. Od­sta­wił więc dzban, wy­tę­żył się i zrzu­cił ka­mień, ka­mień sto­czył się na zie­mię, ude­rzył w inną kadź, wy­bi­ja­jąc w ścian­ce otwór, przez któ­ry po­pły­nę­ła struż­ka sor­go­wej wód­ki. Oj­ciec się tym nie prze­jął. Zdjął po­kry­wę i po­czuł za­pach krwi wuja Lu­oha­na. Twarz wuja, a po­tem twarz bab­ki, jed­na po dru­giej, po­pa­trzy­ły na nie­go z wnę­trza. Oj­ciec za­nu­rzył dzban w ka­dzi, na­peł­nił go krwa­wą wód­ką, chwy­cił obu­rącz i za­niósł do domu.

Przy sto­li­ku „ośmiu nie­śmier­tel­nych”7, oświe­tlo­nym rzę­si­ście świe­ca­mi, sie­dzie­li ko­men­dant Yu i ka­pi­tan Leng. Utkwiw­szy spoj­rze­nia w so­bie na­wza­jem, od­dy­cha­li cięż­ko. Bab­ka sta­ła po­mię­dzy nimi, lewą dło­nią przy­trzy­mu­jąc re­wol­wer Len­ga, pra­wą – brow­ning Yu.

Oj­ciec usły­szał sło­wa bab­ki:

– Na­wet je­śli nie mo­że­cie się do­ga­dać, za­cho­wuj­cie się przy­zwo­icie. Tu nie miej­sce na bój­ki i strze­la­ni­nę. Le­piej po­każ­cie w wal­ce z Ja­poń­czy­ka­mi, co po­tra­fi­cie!

– Twój Wang i jego bry­ga­dy nie ro­bią na mnie wra­że­nia! – wark­nął wście­kle Yu. – To moje kró­le­stwo, dzie­sięć lat wsu­wa­łem tu­tej­sze plac­ki, co mnie ob­cho­dzi ten osioł Wang Wiel­ki Pa­zur?

Ka­pi­tan Leng za­śmiał się drwią­co.

– Star­szy bra­cie Zhan’ao, mam na wzglę­dzie two­je do­bro, ko­men­dant Wang tak­że. Je­śli prze­ka­żesz nam swo­je za­so­by, zro­bi­my cię do­wód­cą ba­ta­lio­nu. Wang za­pew­ni ci broń i żołd, lep­sze to, niż być ban­dy­tą.

– A kto tu jest, a kto nie jest ban­dy­tą? Każ­dy, kto bije Ja­poń­czy­ków, to bo­ha­ter na­ro­do­wy. W ze­szłym roku za­ła­twi­łem trzy ja­poń­skie gru­py zwia­dow­cze i zdo­by­łem trzy ka­ra­bi­ny ma­szy­no­we. Ty, Leng, je­steś do­wód­cą woj­sko­wym, nie ban­dy­tą – a ilu Ja­poń­ców za­bi­łeś? Na­wet jed­ne­go wło­ska nie zdar­łeś z ja­poń­skie­go łba!

Leng usiadł i za­pa­lił pa­pie­ro­sa.

Ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, mój oj­ciec wszedł z dzba­nem. Kie­dy bab­ka wzię­ła dzban, jej twarz się zmie­ni­ła. Spoj­rza­ła na syna po­waż­nie. Na­la­ła wód­ki do trzech cza­rek po same brze­gi.

– W tej wód­ce jest krew wuja Lu­oha­na – pij­cie, je­śli je­ste­ście praw­dzi­wy­mi męż­czy­zna­mi. Po­ju­trze ra­zem roz­wa­li­cie ja­poń­ski trans­port, a po­tem każ­dy pój­dzie wła­sną dro­gą: kury mają swo­je ścież­ki, psy mają swo­je, a woda w stud­ni nie mie­sza się z wodą w rze­ce.

Bab­ka uję­ła czar­kę i wy­pi­ła jed­nym gul­go­cą­cym hau­stem.

Ko­men­dant Yu pod­niósł czar­kę, od­chy­lił gło­wę i wy­pił.

Ka­pi­tan Leng tak­że wzniósł na­czy­nie, lecz wy­pił tyl­ko po­ło­wę. Od­sta­wia­jąc czar­kę, po­wie­dział:

– Ko­men­dan­cie Yu, twój brat ma już dość. Że­gnam!

Bab­ka, trzy­ma­jąc wciąż dłoń na jego re­wol­we­rze, spy­ta­ła:

– A pój­dziesz się bić?

– Nie proś go! – wark­nął ko­men­dant Yu. – Jak on nie pój­dzie, to ja pój­dę!

– Pój­dę – oznaj­mił Leng.

Bab­ka pu­ści­ła re­wol­wer, Leng scho­wał go do ka­bu­ry.

Leng miał bla­dą skó­rę, wo­kół nosa upstrzo­ną kil­ku­na­sto­ma czar­nia­wy­mi bli­zna­mi po ospie. Z jego pasa zwi­sał sznur na­bo­jów. Kie­dy scho­wał broń, pas zwisł pod jej cię­ża­rem.

– Zhan’ao, po­wie­rzam ci Do­ugu­ana. Po­ju­trze weź­miesz go ze sobą – oświad­czy­ła bab­ka.

Ko­men­dant Yu spoj­rzał na mo­je­go ojca.

– A masz jaja, przy­bra­ny syn­ku? – spy­tał z uśmie­chem.

Mój oj­ciec spo­glą­dał z po­gar­dą na roz­chy­lo­ne war­gi ko­men­dan­ta Yu i jego żół­ta­we, moc­ne zęby. Nie ode­zwał się ani sło­wem.

Ko­men­dant wziął czar­kę ze sto­łu, po­sta­wił ją na gło­wie ojca i ka­zał mu sta­nąć w drzwiach. Chwy­cił swój brow­ning i skie­ro­wał się w kąt izby.

Mój oj­ciec pa­trzył, jak ko­men­dant po­wo­li robi trzy duże kro­ki. Bab­ka zbla­dła. Ką­ci­ki ust ka­pi­ta­na Len­ga wy­gię­ły się w kpią­cym uśmiesz­ku.

Ko­men­dant Yu do­szedł do kąta, sta­nął i od­wró­cił się na pię­cie. Oj­ciec pa­trzył, jak pod­no­si rękę; czar­ne oczy za­lśni­ły czer­wo­na­wo. Brow­ning wy­pluł ob­łok bia­łe­go dymu. Nad gło­wą ojca huk­nę­ło, czar­ka roz­pę­kła się na drob­ne ka­wał­ki. Je­den wy­lą­do­wał mu na kar­ku, oj­ciec po­trzą­snął gło­wą i okruch wpadł mu za pa­sek. Mil­czał. Bab­ka po­bla­dła jesz­cze bar­dziej. Ka­pi­tan Leng przy­siadł na stoł­ku.

– Do­brze strze­lasz – orzekł po chwi­li.

– Dziel­ny chło­pak! – po­chwa­lił ko­men­dant Yu.

Oj­ciec trzy­mał brow­ning – był za­dzi­wia­ją­co cięż­ki.

– Nie mu­szę cię ni­cze­go uczyć, wiesz, jak się wal­czy – po­wie­dział ko­men­dant. Prze­każ te­raz Nie­mo­wie mój roz­kaz: mają się przy­go­to­wać!

Z pi­sto­le­tem w ręku oj­ciec wpadł w zbo­że, prze­biegł na dru­gą stro­nę dro­gi i sta­nął przed Nie­mo­wą. Nie­mo­wa sie­dział ze skrzy­żo­wa­ny­mi no­ga­mi i ostrzył swój dłu­gi nóż na zie­lo­nym gład­kim ka­mie­niu. Po­zo­sta­li żoł­nie­rze sie­dzie­li albo le­że­li.

– Każ im się przy­go­to­wać – oznaj­mił oj­ciec.

Nie­mo­wa rzu­cił okiem na ojca, wciąż ostrząc nóż. Po chwi­li ze­rwał kil­ka li­ści sor­ga, wy­tarł ostrze z ka­mien­ne­go pyłu i się­gnął po ko­lej­ne źdźbło, któ­re mia­ło po­słu­żyć do spraw­dze­nia, czy nóż jest do­sta­tecz­nie ostry. Kie­dy ro­śli­na spo­tka­ła się z me­ta­lem, roz­pa­dła się bez­gło­śnie na dwo­je.

– Każ im się przy­go­to­wać – po­wtó­rzył oj­ciec.

Nie­mo­wa scho­wał nóż do po­chwy i po­ło­żył obok. Jego twarz wy­krzy­wi­ła się w okrut­nym uśmie­chu. Ski­nął swą ogrom­ną ręką na ojca.

– U, u! – wy­krztu­sił.

Oj­ciec zbli­żył się ostroż­nie i przy­sta­nął o krok od Nie­mo­wy. Ten się­gnął, zła­pał go za rę­kaw i po­cią­gnął do sie­bie. Oj­ciec wpadł mu w ob­ję­cia. Nie­mo­wa wy­krę­cił mu ucho tak moc­no, że war­ga za­wę­dro­wa­ła aż na po­li­czek. Na to oj­ciec wbił mu lufę brow­nin­ga w krę­go­słup. Nie­mo­wa zła­pał chłop­ca za nos i ści­snął, aż bie­da­ko­wi łzy po­cie­kły mu z oczu. Ro­ze­śmiał się dziw­nie.

Sie­dzą­cy wo­kół lu­dzie wy­buch­nę­li gło­śnym re­cho­tem.

– Wy­ka­pa­ny ko­men­dant Yu, no nie?

– To jego krew!

– Do­ugu­an, tę­sk­nię za two­ją ma­mu­sią!

– Oj, po­sku­bał­bym te jej na­dzie­wa­ne bu­łecz­ki!

Wstyd mo­je­go ojca za­mie­nił się w gniew. Pod­niósł rękę, wy­ce­lo­wał pro­sto w tego, któ­ry ma­rzył o bu­łecz­kach, i po­cią­gnął za spust. W pi­sto­le­cie coś pstryk­nę­ło, ale na­bój nie opu­ścił lufy.

Twarz owe­go czło­wie­ka zro­bi­ła się sza­ro­żół­ta. Męż­czy­zna sko­czył i wy­rwał ojcu broń. Chło­pak w fu­rii rzu­cił się na nie­go, bi­jąc, ko­piąc i gry­ząc.

Nie­mo­wa wstał, zła­pał mo­je­go ojca za kark i od­rzu­cił w bok. Cia­ło ojca stra­ci­ło kon­takt z zie­mią i po­szy­bo­wa­ło w po­wie­trze, po czym wy­lą­do­wa­ło w zbo­żu, miaż­dżąc kil­ka pę­dów. Oj­ciec wy­ko­nał sal­to, po­de­rwał się i mio­ta­jąc obe­lgi, ru­szył do ata­ku na Nie­mo­wę, któ­ry zno­wu wy­krzyk­nął swo­je „u, u!”. Na wi­dok wy­ra­zu jego bla­dej twa­rzy oj­ciec sta­nął jak wry­ty. Nie­mo­wa wziął brow­ning, od­cią­gnął za­mek, na­bój wy­padł mu na dłoń. Trzy­ma­jąc go w pal­cach, przyj­rzał się row­ko­wi w łu­sce wy­żło­bio­ne­mu przez igli­cę i spró­bo­wał prze­ka­zać coś ojcu na migi. Na­stęp­nie wsa­dził mu broń za pa­sek i po­kle­pał go po gło­wie.

– Co tam wy­pra­wia­łeś? – spy­tał ko­men­dant Yu.

– Oni mó­wi­li... Że prze­spa­li­by się z mamą – od­parł oj­ciec, za­kło­po­ta­ny.

– I co im od­po­wie­dzia­łeś? – drą­żył do­wód­ca z su­ro­wą miną.

Oj­ciec wy­tarł oczy przed­ra­mie­niem.

– Strze­li­łem do nie­go!

– Strze­li­łeś?

– Tak, ale pi­sto­let nie wy­pa­lił. – Oj­ciec po­dał ko­men­dan­to­wi lśnią­cą zło­ta­wo kulę.

Do­wód­ca obej­rzał nie­wy­pał do­kład­nie, po czym od nie­chce­nia ci­snął nim w po­wie­trze; po­cisk na­kre­ślił pięk­ny łuk i chlup­nął w wodę.

– Zuch! – po­wie­dział. – Ale pi­sto­let le­piej wy­pró­buj naj­pierw na Ja­poń­czy­kach. Jak już z nimi skoń­czysz, każ­de­mu, kto od­wa­ży się po­wie­dzieć, że prze­spał­by się z two­ją mamą, strze­lisz pro­sto w pod­brzu­sze. Pa­mię­taj: nie w gło­wę, nie w ser­ce, tyl­ko tam!

Oj­ciec le­żał na brzu­chu u boku ko­men­dan­ta. Po le­wej stro­nie miał bra­ci Fan­gów. Ar­ma­ta sta­ła na wale, wy­ce­lo­wa­na w ka­mien­ny most. Lufę wy­pcha­no ba­weł­nia­ny­mi szma­ta­mi, z tyłu ster­czał lont. Obok Fan­ga Siód­me­go le­ża­ła garść pod­pał­ki z sor­ga, jed­no źdźbło już się tli­ło. Obok Fan­ga Szó­ste­go sta­ła ty­kwa z pro­chem i me­ta­lo­we pu­de­łecz­ko peł­ne że­la­znych ku­lek.

Na lewo od ko­men­dan­ta Yu sie­dział sku­lo­ny Wang We­nyi, trzy­ma­jąc obu­rącz swo­ją dłu­go­lu­fo­wą flin­tę. Ban­daż przy­kle­ił mu się do zra­nio­ne­go ucha.

Słoń­ce wze­szło już na wy­so­kość bam­bu­so­we­go prę­ta, śnież­no­bia­łe ją­dro ota­cza­ła bla­do­czer­wo­na po­świa­ta. Woda w rze­ce lśni­ła. Znad zbo­ża po­de­rwa­ło się sta­do dzi­kich ka­czek, za­ko­ło­wa­ło trzy razy i więk­szość pta­ków wy­lą­do­wa­ła w nad­brzeż­nych szu­wa­rach. Te, któ­re sia­dły na po­wierzch­ni wody, po­pły­nę­ły z bie­giem rze­ki. Wy­glą­da­ły, jak­by były za­ko­twi­czo­ne, krę­ci­ły tyl­ko ru­chli­wy­mi łeb­ka­mi. Oj­ciec czuł cie­pło ca­łym cia­łem. Wil­got­ne od rosy ubra­nie cał­kiem wy­schło. Le­żał dłuż­szą chwi­lę, aż ja­kiś ka­myk za­czął go uci­skać, nie­mal wbi­jał mu się w klat­kę pier­sio­wą. Kie­dy się pod­niósł, jego gło­wa i ra­mio­na wy­sta­wa­ły po­nad wał.

– Pad­nij! – roz­ka­zał ko­men­dant.

Oj­ciec nie­chęt­nie roz­płasz­czył się na zie­mi. Fang Szó­sty za­chra­pał. Do­wód­ca chwy­cił grud­kę zie­mi i rzu­cił mu pro­sto w twarz. Męż­czy­zna usiadł za­mro­czo­ny i ziew­nął, w ką­ci­kach jego oczu po­ka­za­ły się dwie drob­ne łez­ki.

– Co, Ja­poń­cy przy­szli? – spy­tał gło­śno.

– Kur­wa two­ja mać! – za­klął ko­men­dant Yu. – Nie spać mi tu­taj!

Nad rze­ką pa­no­wa­ła ab­so­lut­na ci­sza i spo­kój, sze­ro­ka dro­ga le­ża­ła jak mar­twa wśród pól. Ka­mien­ny most łą­czą­cy brze­gi przed­sta­wiał na­praw­dę im­po­nu­ją­cy wi­dok. Nie­skoń­czo­ne łany sor­ga wi­ta­ły się z za­ru­mie­nio­ną, onie­śmie­lo­ną twa­rzą słoń­ca, któ­re świe­ci­ło co­raz wy­żej, co­raz ja­śniej. Dzi­kie kacz­ki po­kwa­ki­wa­ły na pły­ciź­nie, grze­biąc dzio­ba­mi w po­szu­ki­wa­niu po­ży­wie­nia. Spoj­rze­nie ojca za­trzy­ma­ło się na jed­nym z gład­kich grzbie­tów. Już pra­wie strze­lił do pta­ka, gdy ko­men­dant Yu zła­pał go za rękę.

– Co ty wy­pra­wiasz, żół­wie na­sie­nie!

Oj­ciec nie­cier­pli­wił się co­raz bar­dziej, lecz dro­ga wciąż była mar­twa. Sor­go jesz­cze bar­dziej po­czer­wie­nia­ło.

– Ten ospo­wa­ty by­dlak Leng ma czel­ność ro­bić ze mnie głup­ka! – wark­nął z wście­kło­ścią ko­men­dant Yu.

Na po­łu­dnio­wym brze­gu pa­no­wa­ła ci­sza; ani śla­du od­dzia­łu Len­ga. Oj­ciec wie­dział, że to od Len­ga po­cho­dzi­ła wieść o ja­poń­skim trans­por­cie. Leng oba­wiał się, że sam nie da so­bie z nim rady, i tyl­ko dla­te­go po­sta­no­wił po­łą­czyć siły z Yu.

Oj­ciec de­ner­wo­wał się jesz­cze przez chwi­lę, po czym stop­nio­wo ogar­nął go spo­kój. Jego spoj­rze­nie co rusz pa­da­ło na kacz­ki. Przy­po­mnia­ło mu się, jak po­lo­wa­li na nie ra­zem z wu­jem Lu­oha­nem. Wuj miał strzel­bę o ciem­no­czer­wo­nej kol­bie, ze skó­rza­nym pa­sem – te­raz trzy­mał ją Wang We­nyi.

Oczy ojca wy­peł­ni­ły się łza­mi, lecz nie było ich wy­star­cza­ją­co dużo, by za­czę­ły pły­nąć. Tak samo jak wte­dy, w ze­szłym roku. W cie­płych pro­mie­niach słoń­ca po­czuł zim­ny dreszcz roz­cho­dzą­cy się po ca­łym cie­le.

Wuja Lu­oha­na i oba muły za­bra­li Ja­poń­czy­cy i ich ko­la­bo­ran­ci. Bab­ka umy­ła za­krwa­wio­ną twarz w ka­dzi z wód­ką. Jej pach­ną­ca al­ko­ho­lem skó­ra po­czer­wie­nia­ła, oczy spu­chły, przód bla­do­nie­bie­skiej płó­cien­nej ko­szu­li był po­pla­mio­ny krwią i wód­ką. Sta­ła dłu­go obok ka­dzi, wpa­tru­jąc się w ciecz, w któ­rej lśni­ło jej od­bi­cie. Oj­ciec pa­mię­tał, jak pa­dła na ko­la­na i trzy razy wy­ko­na­ła czo­ło­bit­ny po­kłon. Po­tem wsta­ła, na­bra­ła tro­chę wód­ki w dło­nie i wy­pi­ła. Ru­mie­niec ob­lał tyl­ko jej po­licz­ki – czo­ło i pod­bró­dek były bla­de.

– Uklęk­nij! – roz­ka­za­ła ojcu. – Złóż ukłon!

Oj­ciec od­dał czo­ło­bit­ny po­kłon.

– Na­bierz wód­ki i na­pij się!

Oj­ciec na­brał pły­nu w dło­nie i wy­pił.

Stru­mycz­ki krwi, po­dob­ne do ni­tek, po­pły­nę­ły na dno ka­dzi. Na po­wierzch­ni uno­sił się bia­ły ob­ło­czek, a na jego tle – twa­rze bab­ki i ojca. Z dłu­gich szpa­rek oczu bab­ki strze­la­ły czer­wo­ne, ośle­pia­ją­ce pro­mie­nie. Oj­ciec bał się na nie pa­trzeć. Ser­ce ło­mo­ta­ło mu w pier­si. Wy­cią­gnął po­wtór­nie rękę i na­brał tro­chę wód­ki; płyn ście­kał mu mię­dzy pal­ca­mi, mą­cąc od­bi­cie dwóch twa­rzy, ma­łej i du­żej, na tle błę­kit­ne­go nie­ba i bia­łe­go ob­ło­ku. Wy­pił łyk, smak krwi przy­lgnął mu do ję­zy­ka. Krwa­we struż­ki do­pły­nę­ły już do wy­pu­kłe­go dna ka­dzi i stwo­rzy­ły tam męt­ny wir wiel­ko­ści pię­ści. Oj­ciec i bab­ka wpa­try­wa­li się weń dłuż­szą chwi­lę. W koń­cu bab­ka za­cią­gnę­ła po­kry­wę, wy­tur­la­ła z kąta młyń­ski ka­mień, z wy­sił­kiem dźwi­gnę­ła go i przy­ci­snę­ła wie­ko.

– Tej nie ru­szaj – po­wie­dzia­ła.

Oj­ciec ski­nął gło­wą wy­stra­szo­ny, wpa­tru­jąc się w sza­ro­zie­lo­ne owa­dy, któ­re kłę­bi­ły się w błot­ni­stym za­głę­bie­niu w miej­scu, gdzie wcze­śniej le­żał ka­mień.

Tam­tej nocy le­żał w swo­im ma­łym łóż­ku i na­słu­chi­wał kro­ków bab­ki prze­cha­dza­ją­cej się tam i z po­wro­tem po dzie­dziń­cu. Od­gło­sy te, wraz z szu­mem wia­tru w zbo­żu, two­rzy­ły jego po­plą­ta­ne sny. W tych snach oj­ciec sły­szał ryki na­szych dwóch pięk­nych, do­rod­nych mu­łów.