Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 313 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kłamstwo doskonałe - James Patterson, Michael Ledwidge

"Nina Bloom jest odnoszącą sukcesy prawniczką i kochającą matką. Zrobiłaby wszystko by chronić swoje życie, które zaczęła po przeprowadzce do Nowego Jorku, nawet kosztem okłamywania wszystkich włącznie z jej córką. A ma dużo do ukrycia. Przeszłość odzywa się do niej kiedy niewinny człowiek zostaje skazany za przestępstwo, którego nie popełnił".

Opinie o ebooku Kłamstwo doskonałe - James Patterson, Michael Ledwidge

Fragment ebooka Kłamstwo doskonałe - James Patterson, Michael Ledwidge

Tego au­to­ra

DOM PRZY PLA­ŻY

DRO­GA PRZY PLA­ŻY

KRZY­ŻO­WIEC

MIE­SIĄC MIO­DO­WY

RA­TOW­NIK

NE­GO­CJA­TOR

SĘ­DZIA I KAT

SZYB­KI NU­MER

OSTRZE­ŻE­NIE

BI­KI­NI

REJS

POCZ­TÓW­KO­WI ZA­BÓJ­CY

(z Lizą Mar­klund)

TER­ROR NA MAN­HAT­TA­NIE

KŁAM­STWO DO­SKO­NA­ŁE

WY­CO­FAJ SIĘ ALBO ZGI­NIESZ

NAJ­GOR­SZA SPRA­WA

ZA­BIJ MNIE JE­ŚLI PO­TRA­FISZ

ZOO

DRU­GI MIE­SIĄC MIO­DO­WY

Alex Cross

W SIE­CI PA­JĄ­KA

KO­LEK­CJO­NER

JACK I JILL

FIOŁ­KI SĄ NIE­BIE­SKIE

CZTE­RY ŚLE­PE MYSZ­KI

WIEL­KI ZŁY WILK

NA SZLA­KU TER­RO­RU

MARY, MARY

ALEX CROSS

PO­DWÓJ­NA GRA

TRO­PI­CIEL

PRO­CES ALE­XA CROS­SA

GRA W KOT­KA I MYSZ­KĘ

JA, ALEX CROSS

W KRZY­ŻO­WYM OGNIU

ZA­BIĆ ALE­XA CROS­SA

CEL: ALEX CROSS

BOŻE NA­RO­DZE­NIE ALE­XA CROS­SA

Ko­bie­cy Klub Zbrod­ni

TRZY OB­LI­CZA ZE­MSTY

CZWAR­TY LIP­CA

PIĄ­TY JEŹ­DZIEC APO­KA­LIP­SY

SZÓ­STY CEL

SIÓD­ME NIE­BO

ÓSMA SPO­WIEDŹ

DZIE­WIĄ­TY WY­ROK

Pri­va­te

DE­TEK­TY­WI Z PRI­VA­TE

DE­TEK­TY­WI Z PRI­VA­TE: IGRZY­SKA

www.ja­me­spat­ter­son.com

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

NOW YOU SEE HER

Co­py­ri­ght © Ja­mes Pat­ter­son 2011

All ri­ghts re­se­rved

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Lit­tle, Brown and Co. Inc., New York, USA

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Mał­go­rza­ta Ste­fa­niuk 2013

Re­dak­cja: Ewa Paw­łow­ska

Ilu­stra­cja na okład­ce: Ca­na­da Pho­tos RM/Get­ty Ima­ges/Flash Press Me­dia

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki i se­rii: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-028-1

Wy­daw­ca

WY­DAW­NIC­TWO AL­BA­TROS A. KU­RY­ŁO­WICZ

Hlon­da 2a/25, 02-972 War­sza­wa

www.wy­daw­nic­two­al­ba­tros.com

Ni­niej­szy pro­dukt jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go. Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku oso­bę, któ­ra wy­ku­pi­ła pra­wo do­stę­pu. Wy­daw­ca in­for­mu­je, że pu­blicz­ne udo­stęp­nia­nie oso­bom trze­cim, nie­okre­ślo­nym ad­re­sa­tom lub w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób upo­wszech­nia­nie, ko­pio­wa­nie oraz prze­twa­rza­nie w tech­ni­kach cy­fro­wych lub po­dob­nych– jest nie­le­gal­ne i pod­le­ga wła­ści­wym sank­cjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Gil­roy­ów, Le­d­wi­thów, Mur­phych,Ti­ghe’ów – M.L.

Pro­logKłam­stwa i ka­se­ta wi­deo

1

Rzu­ci­łam tak­sów­ka­rzo­wi bank­not dwu­dzie­sto­do­la­ro­wy i jak przed­szko­lak, ostat­ni w ko­lej­ce do noc­ni­ka, pod­ska­ki­wa­łam ner­wo­wo na sie­dze­niu do chwi­li, aż tak­sów­ka za­trzy­ma­ła się wresz­cie przy Pięć­dzie­sią­tej Ósmej Za­chod­niej na­prze­ciw­ko ho­te­lu Hud­son. Nie cze­ka­jąc na resz­tę, wy­sia­dłam i rzu­ci­łam się bie­giem przez Ósmą Ale­ję, tyl­ko o włos uni­ka­jąc zmiaż­dże­nia przez pę­dzą­cy uli­cą au­to­bus.

Na­wet nie spoj­rza­łam w stro­nę mo­je­go iPho­ne’a, któ­ry brzę­cząc do­no­śnie, pró­bo­wał wy­sko­czyć z kie­sze­ni ża­kie­tu. Zresz­tą, jako że był to śro­dek dnia i mia­łam do za­pla­no­wa­nia naj­waż­niej­sze ze wszyst­kich wie­czor­ne przy­ję­cie, bar­dziej bym się dzi­wi­ła, gdy­by te­le­fon mil­czał.

Gdy skrę­ca­łam za róg, ogłu­szył mnie huk, za­ska­ku­ją­co gło­śny na­wet w cen­trum Man­hat­ta­nu.

Młot pneu­ma­tycz­ny? Ka­far?

Ja­sne, że nie, po­my­śla­łam, gdy do­strze­głam czar­ne­go dzie­cia­ka, któ­ry przy­kuc­nął na chod­ni­ku i z ca­łych sił wa­lił w pu­sty ku­beł po ma­sie gip­so­wej.

Na szczę­ście w gru­pie ga­piów przy­glą­da­ją­cych się ulicz­ne­mu wy­stę­po­wi do­strze­głam też fa­ce­ta, z któ­rym się umó­wi­łam, Aida­na Bec­ka.

Bez zbęd­nych wstę­pów wzię­łam pod rękę tego ja­sno­wło­se­go, nie­dba­le ubra­ne­go przy­stoj­ne­go mło­de­go męż­czy­znę i po­cią­gnę­łam za sobą w stro­nę szy­kow­ne­go ho­te­lu. Na szczy­cie pod­świe­tla­nych neo­nów­ka­mi ru­cho­mych scho­dów kon­sjerż, wy­glą­da­ją­cy jak je­den z ra­do­snych, roz­pro­mie­nio­nych człon­ków ob­sa­dy High Scho­ol Mu­si­cal, uśmie­chał się do nas zza re­cep­cyj­ne­go kon­tu­aru z mar­mu­ru ka­ra­ryj­skie­go.

– Dzień do­bry. Dzwo­ni­łam przed dwu­dzie­sto­ma mi­nu­ta­mi – za­czę­łam. – Na­zy­wam się pani Smith, a to pan Smith. Po­trze­bu­je­my po­ko­ju z du­żym po­dwój­nym łóż­kiem. Pię­tro ani wi­dok nie mają zna­cze­nia. Pła­cę go­tów­ką. I na­praw­dę bar­dzo mi się spie­szy.

Re­cep­cjo­ni­sta pa­trzył z uda­wa­ną apro­ba­tą na moją spo­co­ną twarz i sek­sow­ny biu­ro­wy ko­stium, ra­żą­co kon­tra­stu­ją­cy z odzie­niem mo­je­go dużo młod­sze­go to­wa­rzy­sza, któ­ry miał na so­bie spło­wia­łe dżin­sy i za­mszo­wą kurt­kę.

– W ta­kim ra­zie już pań­stwa pro­wa­dzę – oświad­czył su­per­sz­czę­śli­wy re­cep­cjo­ni­sta, nie mru­gnąw­szy na­wet okiem.

Gdy go­dzi­nę póź­niej wy­cho­dzi­łam z Aida­nem z ho­te­lu, ude­rzył we mnie po­wiew zim­ne­go wia­tru. Spoj­rza­łam w górę na sto­ją­ce w głę­bi nie­bie­ska­we wie­że Time War­ner Cen­ter i na od­bi­ja­ją­ce się od szkla­nych ta­fli ścian pro­mie­nie wio­sen­ne­go no­wo­jor­skie­go słoń­ca. Uśmiech­nę­łam się, bo przy­po­mnia­ło mi się, że moja cór­ka, Emma, na­zwa­ła kie­dyś te wie­że naj­więk­szy­mi na świe­cie szkla­ny­mi słup­ka­mi bo­isko­wy­mi.

Po­pa­trzy­łam na Aida­na, za­da­jąc so­bie py­ta­nie, czy to, co wła­śnie zro­bi­li­śmy, było w po­rząd­ku. To chy­ba bez zna­cze­nia, po­my­śla­łam za­raz, ocie­ra­jąc jed­nak przy tym ką­cik oka rę­ka­wem mo­je­go wy­strza­ło­we­go ża­kie­tu z ko­lek­cji Bur­ber­ry. Sta­ło się.

– By­łeś do­sko­na­ły. Na­praw­dę – za­pew­ni­łam, po­da­jąc Aida­no­wi ko­per­tę i cmo­ka­jąc go w po­li­czek.

W od­po­wie­dzi lek­ko się skło­nił i we­tknął ko­per­tę z ty­sią­cem do­la­rów do we­wnętrz­nej kie­sze­ni kurt­ki.

– Hej, to prze­cież mój za­wód, Nino Blo­om – za­uwa­żył. Po­tem od­szedł, ma­cha­jąc mi ręką na po­że­gna­nie.

– Dla cie­bie „pani Smith” – za­wo­ła­łam za nim, po czym za­trzy­ma­łam tak­sów­kę, któ­ra mia­ła mnie za­wieźć z po­wro­tem do pra­cy.

2

– W po­rząd­ku, mamo, mo­żesz już otwo­rzyć oczy.

Zro­bi­łam to.

Moja cór­ka, Emma, sta­ła przede mną w na­szym przy­tul­nym apar­ta­men­cie Tur­tle Bay wy­stro­jo­na w ele­ganc­ką su­kien­kę, spe­cjal­ną kre­ację na jej szes­na­ste uro­dzi­ny. Po­wio­dłam wzro­kiem po świe­tli­stej ce­rze i spły­wa­ją­cych na od­sło­nię­te ra­mio­na he­ba­no­wych wło­sach i po raz dru­gi tego dnia się roz­pła­ka­łam, czu­jąc, że moje ser­ce roz­ta­pia się jak ma­sło.

Jak to moż­li­we, że to ja uro­dzi­łam to ma­gicz­ne, ete­rycz­ne stwo­rze­nie? Emma wy­glą­da­ła ab­so­lut­nie osza­ła­mia­ją­co.

– Zu­peł­nie nie­źle – mruk­nę­łam, ocie­ra­jąc łzy.

Oczy­wi­ście cho­dzi­ło nie tyl­ko o to, że Emma jest pięk­na.

Cho­dzi­ło też o to, że by­łam z niej bar­dzo dum­na. Kie­dy mia­ła osiem lat, dla żar­tu na­mó­wi­łam ją, żeby spró­bo­wa­ła zdać eg­za­mi­ny do Bre­ar­ley, naj­bar­dziej pre­sti­żo­wej szko­ły dla dziew­cząt na Man­hat­ta­nie. A ona nie tyl­ko się do­sta­ła, lecz tak­że otrzy­ma­ła pra­wie peł­ne sty­pen­dium.

Na po­cząt­ku trud­no jej było się do­sto­so­wać. Jed­nak dzię­ki wro­dzo­ne­mu uro­ko­wi, in­te­li­gen­cji i sil­nej woli szyb­ko się za­akli­ma­ty­zo­wa­ła i te­raz na­le­ża­ła do gro­na naj­po­pu­lar­niej­szych, naj­bar­dziej lu­bia­nych dzie­cia­ków w szko­le.

Zresz­tą nie ja jed­na by­łam tego zda­nia. Na przy­ję­ciu uro­dzi­no­wym ko­le­żan­ki z kla­sy Em tak ocza­ro­wa­ła mat­kę któ­rejś z dziew­cząt swo­ją mi­ło­ścią do hi­sto­rii sztu­ki, że ta bo­ga­ta by­wal­czy­ni sa­lo­nów oraz człon­ki­ni za­rzą­du MoMA1 upar­ła się, że po­cią­gnie za kil­ka sznur­ków, żeby tyl­ko Em do­sta­ła się na Uni­wer­sy­tet Brow­na. Oczy­wi­ście moja cór­ka nie po­trze­bo­wa­ła ta­kiej po­mo­cy.

A te­raz, aby opła­cić dzi­siej­sze przy­ję­cie na sto dwa­dzie­ścia osób w klu­bie Blue Note w Vil­la­ge, za­mie­rza­łam za­cią­gnąć po­życz­kę pod za­staw na­sze­go dwu­po­ko­jo­we­go miesz­ka­nia. Wca­le się jed­nak tym nie przej­mo­wa­łam. Jako mło­da sa­mot­na mat­ka prak­tycz­nie do­ra­sta­łam przy Em. Ko­cha­łam ją ca­łym ser­cem i pra­gnę­łam, by ten wie­czór na­le­żał wy­łącz­nie do niej.

– Mamo – ode­zwa­ła się, pod­cho­dząc i po­trzą­sa­jąc moim ra­mie­niem. – Pod­nieś pra­wą rękę i przy­się­gnij, że ostat­ni raz za­mie­niasz się w ka­łu­żę łez. Zgo­dzi­łam się na to przy­ję­cie tyl­ko dla­te­go, że przy­rze­kłaś, że bę­dziesz Niną Blo­om, très chic, ul­tra­wy­strza­ło­wą, su­per cool mamą. Więc weź się w koń­cu w garść.

Unio­słam pra­wą dłoń.

– Przy­się­gam, że będę très chic, ul­tra­wy­strza­ło­wą, su­per cool mamą – po­wtó­rzy­łam.

– Eks­tra – ucie­szy­ła się Em i wy­ci­snę­ła czu­łe­go ca­łu­sa na moim po­licz­ku. I nim mnie pu­ści­ła, szep­nę­ła mi do ucha:

– A tak przy oka­zji, ko­cham cię, mamo.

– Tak przy oka­zji, mam dla cie­bie jesz­cze jed­ną nie­spo­dzian­kę – po­wie­dzia­łam i po­de­szłam do szaf­ki ze sprzę­tem gra­ją­cym, żeby włą­czyć te­le­wi­zor i wa­żą­cy dzie­sięć ton od­twa­rzacz wi­deo, któ­ry po po­wro­cie z pra­cy wy­tar­ga­łam ze schow­ka na ru­pie­cie.

Po­da­łam Em­mie za­ku­rzo­ną czar­ną ka­se­tę wi­deo.

DLA EMMY, OD TATY – brzmiał na­pis na na­klej­ce.

– Co? – zdu­mia­ła się Emma, a jej oczy zro­bi­ły się na­gle tak wiel­kie jak spodki. – Ale prze­cież mó­wi­łaś, że wszyst­ko spło­nę­ło w po­ża­rze, kie­dy mia­łam trzy lata. Wszyst­kie ta­śmy, zdję­cia.

– Twój tata ka­zał zde­po­no­wać tę ka­se­tę w sej­fie ban­ko­wym za­raz po tym, gdy ostat­ni raz tra­fił do szpi­ta­la – wy­ja­śni­łam.

– Wiem, że bar­dzo chcia­łaś się do­wie­dzieć, kim był. Wie­le razy pra­gnę­łam po­ka­zać ci tę ta­śmę, ale Ke­vin pro­sił, żeby prze­ka­zać ci ją w two­je szes­na­ste uro­dzi­ny. Po­sta­no­wi­łam usza­no­wać jego wolę.

Ru­szy­łam do drzwi.

– Nie, mamo. Do­kąd idziesz? Mu­sisz zo­stać i obej­rzeć ją ra­zem ze mną.

Po­krę­ci­łam gło­wą i po­da­jąc Em pi­lo­ta, po­kle­pa­łam ją po po­licz­ku.

– To spra­wa mię­dzy tobą i two­im oj­cem – rze­kłam.

– „Hej, Em, to ja, twój tata – mó­wił ni­ski, cie­pły głos o ir­landz­kim ak­cen­cie, kie­dy opusz­cza­łam po­kój. – Je­śli oglą­dasz to na­gra­nie, zna­czy, że je­steś już dużą dziew­czyn­ką. Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go z oka­zji szes­na­stych uro­dzin, Emmo”.

Za­my­ka­jąc drzwi, od­wró­ci­łam się. Aidan Beck, ak­tor, któ­re­go wy­na­ję­łam i sfil­mo­wa­łam ka­me­rą sta­re­go typu w ho­te­lu Hud­son tego po­po­łu­dnia, uśmie­chał się z ekra­nu.

– „Chciał­bym opo­wie­dzieć ci co nie­co o so­bie i moim ży­ciu – mó­wił z ir­landz­kim za­śpie­wem. – Ale przede wszyst­kim chcę, abyś wie­dzia­ła, że cię ko­cham”.

3

Prze­szłam ko­ry­ta­rzem do ob­szer­ne­go schow­ka, in­a­czej zna­ne­go jako moje man­hat­tań­skie biu­ro, i prze­pu­ści­łam przez nisz­czar­kę sce­na­riusz, któ­ry na­pi­sa­łam, żeby oszu­kać cór­kę. Prze­su­nę­łam pal­ca­mi przez pa­ski po­cię­te­go pa­pie­ru i wes­tchnę­łam, bo usły­sza­łam, że Emma pła­cze.

Nic dziw­ne­go. Beck do­sko­na­le ode­grał swo­ją rolę. Zwłasz­cza ak­cent mu się udał. Spo­tka­łam tego mło­de­go ak­to­ra i wy­na­ję­łam przed biu­ra­mi SAG2 ty­dzień temu.

Gdy tak tam sie­dzia­łam, wsłu­chu­jąc się, jak Emma po­chli­pu­je w są­sied­nim po­ko­ju, część mnie wie­dzia­ła, że po­stą­pi­łam okrut­nie. Cza­sa­mi cięż­ko być „słod­ką ma­muś­ką” ge­ne­ra­cji X.

Ale to bez zna­cze­nia. Emma bę­dzie mia­ła do­bre ży­cie. Nor­mal­ne ży­cie. Bez wzglę­du na wszyst­ko.

Oszu­stwo było wy­myśl­ne, wiem, ale gdy ty­dzień wcze­śniej zo­ba­czy­łam, że cór­ka na na­szym do­mo­wym kom­pu­te­rze pró­bu­je wy­go­oglo­wać in­for­ma­cje o Ke­vi­nie Blo­omie, po­sta­no­wi­łam, że mu­szę coś z tym zro­bić.

Ke­vin Blo­om był rze­ko­mym oj­cem, ko­cha­ją­cym i od­da­nym, któ­ry zmarł na raka, gdy Emma mia­ła dwa lata. Po­wie­dzia­łam Em­mie, że Ke­vin po­cho­dził z Ir­lan­dii, pra­co­wał jako tak­sów­karz, ale był też obie­cu­ją­cym dra­ma­to­pi­sa­rzem. I że go po­zna­łam, gdy prze­pro­wa­dzi­łam się do No­we­go Jor­ku. Nie miał krew­nych, a wszyst­kie śla­dy po nim zgi­nę­ły w po­ża­rze, jaki wy­buchł w rok po jego śmier­ci.

Oczy­wi­ście ża­den Ke­vin Blo­om nie ist­niał, choć wie­le razy ża­ło­wa­łam, że tak nie było. Przy­dał­by mi się ro­man­tycz­ny ir­landz­ki dra­ma­turg w moim zwa­rio­wa­nym ży­ciu.

Nie ist­nia­ła też Nina Blo­om.

Ją rów­nież wy­my­śli­łam.

Mia­łam swo­je po­wo­dy. Bar­dzo istot­ne po­wo­dy.

To, cze­go nie mo­głam Em­mie po­wie­dzieć, to że pra­wie dwie de­ka­dy wcze­śniej i ja­kieś ty­siąc mil na po­łu­dnie stąd wpa­ko­wa­łam się w kło­po­ty. Te naj­gor­sze z moż­li­wych. Z ro­dza­ju tych, przez któ­re już za­wsze po­tem czło­wiek dba o to, aby nu­mer jego te­le­fo­nu po­zo­sta­wał za­strze­żo­ny, i nig­dy, ale to nig­dy nie za­trzy­mu­je się, aby się obej­rzeć przez ra­mię.

Wszyst­ko za­czę­ło się pod­czas wio­sen­nej prze­rwy se­me­stral­nej. Moż­na by po­wie­dzieć, że wio­sną ty­siąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­te­go dru­gie­go roku w Key West na Flo­ry­dzie pew­na głu­piut­ka dziew­czy­na zu­peł­nie osza­la­ła.

I to się nie zmie­ni­ło.

Tą głu­piut­ką dziew­czy­ną by­łam ja.

Na imię mia­łam Je­ani­ne.

Część pierw­szaOstat­ni za­chód słoń­ca

Roz­dział 2

12 mar­ca 1992

Im­pre­za do upa­dłe­go!

Za­wsze kie­dy wra­cam pa­mię­cią do tego, co się wy­da­rzy­ło, naj­pierw na myśl przy­cho­dzi mi to po­wie­dzon­ko, ten głu­pi slo­gan z po­cząt­ków lat osiem­dzie­sią­tych.

Zresz­tą to wła­śnie usły­sze­li­śmy jako pierw­sze, gdy do­tar­li­śmy do Key West, gdzie mie­li­śmy spę­dzić na­szą ostat­nią wio­sen­ną prze­rwę se­me­stral­ną. Kie­dy mel­do­wa­li­śmy się w ho­te­lu, bar­dzo owło­sio­ny i jesz­cze bar­dziej pi­ja­ny fa­cet w śred­nim wie­ku, w oku­la­rach pły­wac­kich na oczach i w po­ma­rań­czo­wych ką­pie­lów­kach Spe­edo, kom­plet­nie mo­kry, prze­biegł przez hol, wrzesz­cząc: „Im­pre­zu­je­my do upa­dłe­go!”.

Od tej przy­pad­ko­wej, nie­sa­mo­wi­cie ko­micz­nej sce­ny aż do koń­ca fe­rii owo po­wie­dzon­ko było na­szą man­trą, na­szą prze­chwał­ką, wy­zwa­niem, któ­rym pro­wo­ko­wa­li­śmy jed­no dru­gie­go. W pew­nym mo­men­cie mój chło­pak za­pro­po­no­wał na­wet, by­śmy so­bie wszy­scy zro­bi­li ta­tu­aże z na­pi­sem „Im­pre­za do upa­dłe­go!”.

Bo my­śle­li­śmy, że to za­baw­ne.

A oka­za­ło się pro­ro­cze.

Tak się wła­śnie sta­ło.

Naj­pierw im­pre­zo­wa­li­śmy.

Po­tem ktoś padł.

To był ostat­ni dzień, ostat­nie po­po­łu­dnie, i jak we wszyst­kie po­przed­nie, ska­co­wa­ni, ale we­se­li, pod osło­ną pa­ra­so­li w jed­nym z nad­brzeż­nych ho­te­lo­wych ba­rów le­ni­wie koń­czy­li­śmy ham­bur­ge­ry.

Goła noga mo­je­go chło­pa­ka, Ale­xa, krzy­żo­wa­ła się pod sto­łem z moją nogą, a jego pal­ce gme­ra­ły przy za­pię­ciu sta­ni­ka mo­je­go żół­te­go ko­stiu­mu ką­pie­lo­we­go. Z ze­wnętrz­nych gło­śni­ków mięk­kim stru­mie­niem są­czy­ła się kla­sycz­na pio­sen­ka Car­sów, To­uch and Go, my zaś przy­glą­da­li­śmy się pod­sta­rza­łe­mu mo­to­cy­kli­ście w czar­nej skó­rza­nej ka­mi­zel­ce i z si­wy­mi wło­sa­mi zwią­za­ny­mi w war­kocz, któ­ry ba­wił się ze swo­im psem w apor­to­wa­nie na wy­bla­kłym od słoń­ca pla­cy­ku przed ba­rem. Śmia­li­śmy się za każ­dym ra­zem, gdy col­lie w czer­wo­nej ban­da­nie na szyi, lą­du­jąc pod­brzu­szem w płyt­kiej nie­bie­skiej wo­dzie, chwy­tał w zęby mo­krą pi­łecz­kę te­ni­so­wą.

W pew­nym mo­men­cie, gdy psi­na, dy­sząc cięż­ko, wy­pły­nę­ła na brzeg, od wody po­wia­ła sil­niej­sza bry­za i po­trzą­snę­ła wi­szą­cy­mi nad ba­rem kie­lisz­ka­mi. Roz­dzwo­ni­ły się ni­czym dzwon­ki wietrz­ne. Sły­sząc tę nie­spo­dzie­wa­ną mu­zy­kę, wes­tchnę­łam i po­czu­łam, że ogar­nia mnie bło­gość. Przez chwil­kę wszyst­ko – chłód pa­nu­ją­cy pod pa­ra­so­lem z logo Jäger­me­ister, go­rą­cy bia­ły piach na pla­ży, nie­bie­sko­zie­lo­na woda w za­to­ce – sta­ło się ostrzej­sze, ja­skraw­sze, wy­ra­zist­sze.

Kie­dy Alex wsu­nął swo­ją dłoń w moją, przy­po­mnia­łam so­bie pierw­szy rok na uczel­ni i to, jak się w so­bie za­ko­cha­li­śmy.

Pierw­sze ner­wo­we spoj­rze­nia rzu­ca­ne przez dłu­gość prze­past­nej sali, w któ­rej od­by­wa­ły się za­ję­cia z geo­lo­gii. Pierw­szy raz, gdy nie­pew­nie za­pro­sił mnie na rand­kę. Pierw­szy po­ca­łu­nek.

Uści­snę­łam dłoń Ale­xa, my­śląc o tym, że mie­li­śmy kupę szczę­ścia, że się spo­tka­li­śmy. Że bar­dzo nam ze sobą do­brze i że na­sza przy­szłość ry­su­je się w ja­snych bar­wach.

I wte­dy to się wy­da­rzy­ło.

Po­czą­tek koń­ca mo­je­go ży­cia.

Ży­la­sta kel­ner­ka, Mag­gie, Au­stra­lij­ka, wy­cie­ra­jąc sto­lik, uśmiech­nę­ła się i wy­so­ko unio­sła brwi, po czym od nie­chce­nia za­da­ła py­ta­nie, któ­re po­tem oka­za­ło się tym naj­waż­niej­szym.

– Po­dać wam coś jesz­cze, ko­lo­ro­we ptasz­ki? – po­wie­dzia­ła to z tym swo­im strasz­li­wym au­stra­lij­skim ak­cen­tem.

Alex, któ­ry wy­cią­gnął się na le­ża­ku tak bar­dzo od­chy­lo­nym do tyłu, że prak­tycz­nie le­żał na zie­mi, na­gle się wy­pro­sto­wał, a na jego usta wy­pły­nął sze­ro­ki, za­ska­ku­ją­co za­raź­li­wy uśmiech. Alex był śred­nie­go wzro­stu, szczu­pły, ciem­ny, nie­mal de­li­kat­ny, nikt za­tem by się nie do­my­ślił, że grał jako ko­pacz w uni­wer­sy­tec­kiej dru­ży­nie fut­bo­lo­wej, Ga­to­rach z Flo­ry­dy.

Ja rów­nież usia­dłam pro­sto, gdyż się zo­rien­to­wa­łam, że jego uśmiech to ten sam wy­zy­wa­ją­cy uśmie­szek, jaki za­wsze miał na twa­rzy, gdy wy­cho­dził na bo­isko, żeby na oczach sie­dem­dzie­się­ciu ty­się­cy wi­dzów wy­ko­pać pił­kę aż na pięć­dzie­sią­ty jard.

Albo gdy pla­no­wał wcią­gnąć nas w bój­kę w ja­kimś ba­rze.

Na­sze wa­ka­cje wy­glą­da­ły do­kład­nie tak, jak obie­cy­wał na­głó­wek bro­szu­ry – „Pięć dni, czte­ry noce w Key West!”. Zero szko­ły. Zero za­sad. Nic, tyl­ko ja i moi przy­ja­cie­le, pla­ża, zim­ne piwo, mlecz­ko do opa­la­nia Cop­per­to­ne, gło­śna muza i jesz­cze gło­śniej­sze wy­bu­chy śmie­chu. I na­wet uda­ło nam się po­zo­stać w jed­nym ka­wał­ku przez te czte­ry dni nie­usta­ją­cej ba­lan­gi.

Uhu. Co te­raz? – za­sta­na­wia­łam się w du­chu.

Alex po­pa­trzył z wol­na po każ­dym z nas i do­pie­ro wte­dy wy­ło­żył kar­ty na stół.

– Sko­ro to nasz ostat­ni dzień, może ktoś ma ocho­tę na de­ser? – za­py­tał. – My­śla­łem o ga­la­ret­ce. Ta­kiej, o któ­rej Bill Cos­by nig­dy by nie wspo­mniał. Po­da­wa­nej w kie­lisz­kach do wód­ki.

Pio­sen­ka Car­sów prze­szła w zwa­rio­wa­ną gi­ta­ro­wą so­lów­kę, a na twa­rzy mo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciół­ki, Mau­re­en, po­ja­wił się wy­raz wzmo­żo­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia. Moja pięk­na współ­lo­ka­tor­ka i rów­no­rzęd­na ze mną ka­pi­tan ko­bie­cej uni­wer­sy­tec­kiej dru­ży­ny so­ft­bal­lu, wy­raź­nie mia­ła ocho­tę przy­łą­czyć się do za­ba­wy. Po­dob­nie jej chło­pak, Duży Mike, są­dząc po tym, jak z en­tu­zja­zmem ki­wał gło­wą. Na­wet na­sza su­mien­na, za­zwy­czaj do wszyst­kie­go na­sta­wio­na pe­sy­mi­stycz­nie, spie­czo­na na raka ko­le­żan­ka Ca­thy pod­nio­sła wzrok znad ga­ze­ty, za­cie­ka­wio­na pro­po­zy­cją.

– Je­ani­ne? – rzu­cił w moją stro­nę Alex, a resz­ta spoj­rza­ła na mnie z po­wa­gą.

De­cy­zja na­le­ża­ła do mnie.

Za­sznu­ro­wa­łam usta na znak za­sta­no­wie­nia, spo­glą­da­jąc za­ra­zem na swo­je opa­lo­ne pal­ce u stóp i za­piasz­czo­ną po­sadz­kę baru pod nimi.

Po­tem i ja ło­bu­zer­sko się uśmiech­nę­łam i prze­wró­ci­łam ocza­mi.

– Uch… de­fi­ni­tyw­nie tak! – wy­krzyk­nę­łam.

Lu­dzie w ba­rze obej­rze­li się na nas, gdy moi przy­ja­cie­le za­czę­li gło­śno wi­wa­to­wać, przy­bi­jać so­bie piąt­ki i bęb­nić pię­ścia­mi w za­piasz­czo­ny blat sto­łu.

– Gul, gul, gul! – pod­śpie­wy­wa­li Mike i Alex, pod­czas gdy na­sza kel­ner­ka ode­szła przy­go­to­wać drin­ki.

Jako stu­dent­ka fi­lo­lo­gii an­giel­skiej i uczel­nia­na spor­t­smen­ka, do­sko­na­le zda­wa­łam so­bie spra­wę, że wód­ka w po­łą­cze­niu z że­la­ty­ną to wy­so­ce ry­zy­kow­na po­po­łu­dnio­wa prze­ką­ska. Z dru­giej stro­ny mia­łam wy­mów­kę. Na­wet czte­ry.

By­łam stu­dent­ką. Znaj­do­wa­łam się w Key West. No i poza tym, że wio­sen­na prze­rwa roku dzie­więć­dzie­sią­te­go dru­gie­go szyb­ko zbli­ża­ła się ku koń­co­wi, to za­le­d­wie trzy dni wcze­śniej ob­cho­dzi­łam swo­je dwu­dzie­ste pierw­sze uro­dzi­ny.

Mimo to, gdy tak sie­dzia­łam, uśmie­cha­jąc się i spo­glą­da­jąc przez wy­peł­nio­ny szczę­śli­wy­mi ludź­mi za­tło­czo­ny bar na nie­koń­czą­cy się błę­kit za­to­ki, na­szły mnie na­głe wąt­pli­wo­ści, ja­kiś lek­ki nie­po­kój, że może prze­cią­gam stru­nę.

Uczu­cie zni­kło, gdy Mag­gie wró­ci­ła z drin­ka­mi.

Po­tem zro­bi­li­śmy to co za­wsze. Unie­śli­śmy pa­pie­ro­we kub­ki, stuk­nę­li­śmy się nimi i na całe gar­dło wrza­snę­li­śmy: „Im­pre­za do upa­dłe­go!”.

Roz­dział 2

Wi­dzia­łam kie­dyś film o tsu­na­mi na Oce­anie In­dyj­skim w dwa ty­sią­ce czwar­tym roku. Na­krę­co­no go w ja­kimś przy­brzeż­nym ku­ror­cie na Sri Lan­ce i było na nim wi­dać, że pod­czas gdy mo­rze dziw­nie się co­fa­ło, gru­pa za­cie­ka­wio­nych tu­ry­stów wy­szła na pla­żę spraw­dzić, co się dzie­je.

Kie­dy czło­wiek przy­glą­da się ta­kiej sce­nie, wie­dząc za­ra­zem, że fala za chwi­lę wró­ci i po­rwie ga­piów, naj­bar­dziej iry­tu­je go cał­ko­wi­ta igno­ran­cja tych lu­dzi, to, że my­ślą, iż są bez­piecz­ni, za­miast w peł­ni do­świad­czać ostat­nich chwil ży­cia.

Od­czu­wam po­dob­ną mdlą­cą iry­ta­cję, za­wsze gdy so­bie przy­po­mi­nam, co się wy­da­rzy­ło po­tem.

Są­dzi­łam, że nic mi nie gro­zi.

Ale nie mo­głam się bar­dziej my­lić.

Kil­ka go­dzin póź­niej drin­ki z ga­la­ret­ką ze­bra­ły swo­je żni­wo.

O wpół do ósmej wie­czo­rem moi przy­ja­cie­le i ja tło­czy­li­śmy się jak sar­dyn­ki w pusz­ce na za­pcha­nym pla­cu Mal­lo­ry, ocze­ku­jąc na słyn­ne świę­to­wa­nie za­cho­du słoń­ca w stru­gach al­ko­ho­lu. Zło­te pro­mie­nie, nadal jesz­cze na­pły­wa­ją­ce z nie­ba, pie­ści­ły cie­płem na­sze ra­mio­na, a zim­ne piwo try­ska­ło na wszyst­kie stro­ny, za­le­wa­jąc nam sto­py, któ­rych po­de­szwy kle­iły się do kla­pek. Ca­thy i Mau­re­en sta­ły po mo­jej pra­wej stro­nie. Alex i jego kum­pel z dru­ży­ny Ga­to­rów, za­wod­nik obro­ny, Mike, po le­wej. Obej­mo­wa­li­śmy się i śpie­wa­li­śmy Co­uld You Be Lo­ved z za­pa­łem sa­me­go Boba Mar­leya.

Sta­łam przed ka­pe­lą reg­gae w słom­ko­wym ka­pe­lu­szu ze zwi­sa­ją­cym ron­dem, w gó­rze od ko­stiu­mu i szor­tach i tań­czy­łam jak osza­la­ła. By­łam pi­ja­na w sztok i sty­ka­jąc się gło­wą z gło­wa­mi mo­ich przy­ja­ciół, hi­ste­rycz­nie się śmia­łam. Wró­ci­ło uczu­cie z baru przy pla­ży, tyle że wzmoc­nio­ne odu­rze­niem al­ko­ho­lo­wym. By­łam mło­da, ład­na, wol­na i przy­tu­la­łam się do lu­dzi, któ­rych ko­cha­łam i któ­rzy ko­cha­li mnie. Przez ulot­ną chwi­lę czu­łam się na­praw­dę eks­ta­tycz­nie szczę­śli­wa, szczę­śli­wa, że żyję.

Ale trwa­ło to tyl­ko uła­mek se­kun­dy.

Po­tem znik­nę­ło.

Kie­dy się ock­nę­łam, bu­dzik w ta­nim po­ko­ju ho­te­lo­wym po­ka­zy­wał dru­gą dwa­dzie­ścia trzy nad ra­nem. Od­wró­ci­łam się na bok i pierw­szą rze­czą, jaka zwró­ci­ła moją uwa­gę w tym cia­snym, ciem­nym po­miesz­cze­niu, był fakt, że Ale­xa nie ma przy mnie w łóż­ku. Szyb­ko przy­wo­ła­łam ostat­nie wspo­mnie­nia. Pa­mię­ta­łam klub, do któ­re­go po­szli­śmy po za­cho­dzie słoń­ca, gło­śne tech­no, Ale­xa w zna­le­zio­nym gdzieś słom­ko­wym kow­boj­skim ka­pe­lu­szu, tań­czą­ce­go bli­sko mnie w takt Vo­gue Ma­don­ny.

I to wszyst­ko. Na­stęp­ne go­dzi­ny, to, jak w koń­cu do­tar­łam do ho­te­lu, sta­no­wi­ły nie­prze­nik­nio­ną, wy­wo­ła­ną al­ko­ho­lem mgłę, cał­ko­wi­tą ta­jem­ni­cę.

Wpa­try­wa­łam się w po­dusz­kę Ale­xa, czu­jąc for­mu­ją­cą się w brzu­chu kulę stra­chu, pa­lą­cą jak wód­ka, któ­rej tyle wy­pi­łam.

Chy­ba nic mu się nie sta­ło? – po­my­śla­łam w otę­pie­niu. Może gdzieś urwał mu się film? O Boże, a może sta­ło się coś gor­sze­go?

Le­ża­łam w ciem­no­ści i od­dy­cha­jąc ner­wo­wo, za­sta­na­wia­łam się w za­mro­cze­niu, co po­win­nam zro­bić. I wte­dy usły­sza­łam ja­kiś od­głos.

To był chi­chot i do­bie­gał z ła­zien­ki za mną, z pra­wej stro­ny. Pod­cią­gnę­łam się w górę i pod­pie­ra­jąc się łok­ciem, wy­krę­ci­łam gło­wę, żeby spoj­rzeć w szpa­rę mię­dzy fra­mu­gą a lek­ko uchy­lo­ny­mi drzwia­mi ła­zien­ki.

W bla­sku dziw­nie przy­ćmio­ne­go świa­tła zo­ba­czy­łam opar­te­go o umy­wal­kę Ale­xa. Po­tem znów usły­sza­łam śmiech i przed Ale­xem sta­nę­ła Mau­re­en, moja naj­lep­sza przy­ja­ciół­ka. W ręku trzy­ma­ła świe­cę.

Po­cząt­ko­wo, kie­dy Mau­re­en od­sta­wi­ła świe­cę i za­czę­ła ca­ło­wać Ale­xa, na­praw­dę my­śla­łam, że nadal śpię i śni mi się kosz­mar. Po­tem usły­sza­łam jęk Mau­re­en. Wte­dy so­bie uzmy­sło­wi­łam, że je­stem jak naj­bar­dziej przy­tom­na, a zgro­za tego, co wi­dzia­łam, ude­rzy­ła we mnie z mocą wa­lą­cej w Zie­mię aste­ro­idy. To było naj­gor­sze, cze­go się mo­głam spo­dzie­wać. Cze­go każ­dy mógł­by się spo­dzie­wać.

Mój chło­pak i moja naj­lep­sza przy­ja­ciół­ka ra­zem.

Prze­la­ły się prze­ze mnie szar­pią­ce fale gnie­wu, stra­chu i od­ra­zy. Cze­mu mie­li­by tego nie ro­bić? Przed mo­imi sze­ro­ko otwar­ty­mi oczy­ma od­gry­wa­ła się sce­na od­wiecz­nej, pry­mi­tyw­nej zdra­dy.

Usły­sza­łam, że Mau­re­en zno­wu ję­czy, i zo­ba­czy­łam, że Alex za­czął ścią­gać z niej bluz­kę.

Po­tem znik­nę­li z wi­do­ku, gdyż drzwi ła­zien­ki za­mknę­ły się ci­cho z mięk­kim klik­nię­ciem.

Mru­ga­łam, pa­trząc na te drzwi, i na myśl przy­szedł mi cy­tat z T.S. Elio­ta z ostat­nich za­jęć po­ezji współ­cze­snej.

I tak się wła­śnie koń­czy świat

Nie hu­kiem, ale skom­le­niem3.

Albo ję­kiem, po­my­śla­łam i od­wró­ci­łam się, żeby znów spoj­rzeć na cy­fer­blat bu­dzi­ka. Dru­ga dwa­dzie­ścia sześć.

Gdy­by mój stu­diu­ją­cy me­dy­cy­nę chło­pak nie był ak­tu­al­nie za­ję­ty, mógł­by to od­no­to­wać.

Czas zgo­nu jego dziew­czy­ny.

Usia­dłam w łóż­ku, ale nie za­czę­łam krzy­czeć. Nie ro­zej­rza­łam się za czymś cięż­kim i nie otwo­rzy­łam kop­nia­kiem drzwi, wy­ma­chu­jąc nad gło­wą na­rzę­dziem zbrod­ni.

Pa­trząc wstecz, do­kład­nie tak po­win­nam była po­stą­pić.

Za­miast tego po­sta­no­wi­łam im nie prze­szka­dzać. Po pro­stu wsta­łam.

Bosa, zła­pa­łam kurt­kę i wy­bie­głam z po­ko­ju, a po­tem z ho­te­lu przez drzwi fron­to­we, któ­re, tak jak te od ła­zien­ki, rów­nież za­mknę­ły się za mną z ci­chym, mięk­kim klik­nię­ciem.

Roz­dział 3

Kie­dy by­łam już na ze­wnątrz, z dala od pu­ste­go lob­by ho­te­lo­we­go, za­czę­łam biec. Po mi­nu­cie przy­spie­szy­łam i pę­dząc środ­kiem mrocz­nej uli­cy, dy­sza­łam gło­śno i sa­pa­łam. Po­ci­łam się jak ma­ra­toń­czyk albo jak bo­ha­ter­ka fil­mu ka­ta­stro­ficz­ne­go, któ­ra ucie­ka przed ma­ją­cym za­raz na­stą­pić wy­bu­chem bom­by ato­mo­wej.

Bie­głam na­praw­dę szyb­ko. Mau­re­en była wy­so­ką, ja­sno­wło­są, dłu­go­no­gą mio­tacz­ką. Ca­thy – ni­ską, sil­ną ła­pacz­ką, a ja szczu­płą, drob­ną i szyb­ką łącz­nicz­ką. Tą, któ­ra jak bły­ska­wi­ca obie­ga wszyst­kie bazy, zdo­by­wa­jąc zwy­cię­skie punk­ty dla dru­ży­ny.

I w tej chwi­li wy­ko­rzy­sty­wa­łam całą ener­gię mo­ich mię­śni, aby jak naj­szyb­ciej od­da­lić się od tego, co wi­dzia­łam.

I nie cho­dzi­ło tyl­ko o to, że wła­śnie na­stą­pił ko­niec mo­je­go związ­ku z chło­pa­kiem i przy­ja­ciół­ką.

Moż­na by rzec, że był to przy­pa­dek przy­sło­wio­wej kro­pli prze­peł­nia­ją­cej cza­rę.

Mój oj­ciec, po­li­cjant z Ma­ry­lan­du, zgi­nął na służ­bie, gdy mia­łam je­de­na­ście lat. Oczy­wi­ście wszy­scy oj­co­wie są wspa­nia­li, ale mój na­le­żał do na­praw­dę wy­jąt­ko­wych osób. Był cie­pły, życz­li­wy, miał za­sa­dy i po­tra­fił słu­chać. Dla­te­go wszy­scy, któ­rzy go zna­li – ko­le­dzy z pra­cy, są­sie­dzi, li­sto­nosz, a na­wet zu­peł­nie obcy lu­dzie – zwra­ca­li się do nie­go po po­cie­sze­nie i radę.

Z tego po­wo­du jego nie­spo­dzie­wa­na śmierć była na­praw­dę miaż­dżą­cym cio­sem. W mo­jej mat­ce coś się wte­dy za­ła­ma­ło. Coś fun­da­men­tal­ne­go. Do­tąd cał­ko­wi­cie od­da­na re­li­gii, abs­ty­nent­ka, te­raz za­czę­ła pić. Uty­ła czter­dzie­ści kilo i prze­sta­ła o sie­bie dbać. Apo­geum na­stą­pi­ło wio­sną, gdy do­sta­łam się na uczel­nię – mat­ka za po­mo­cą węża ogro­do­we­go po­peł­ni­ła sa­mo­bój­stwo w sta­rym for­dzie F-150 ojca.

Mau­re­en i Alex wspie­ra­li mnie w trak­cie przy­go­to­wań do jej po­grze­bu. Po­nie­waż nie mia­łam bra­ci, sióstr ani bliż­szych krew­nych, byli dla mnie kimś wię­cej niż tyl­ko przy­ja­ciół­mi. Byli je­dy­ną ro­dzi­ną, jaka mi zo­sta­ła.

Wy­ciecz­kę do Key West wy­my­śli­ła Mau­re­en. Wie­dzia­ła, że zbli­ża się rocz­ni­ca śmier­ci mo­jej mamy, i chcia­ła mnie ja­koś roz­we­se­lić.

To wszyst­ko mnie prze­ro­sło. Ból zdra­dy, któ­rej wła­śnie by­łam świad­kiem, znów się ode­zwał. Za­czę­łam pła­kać, ale nie prze­sta­łam biec. Łzy mie­sza­ły się z po­tem spły­wa­ją­cym po mo­jej twa­rzy na czar­ny as­falt i wierzch bo­sych stóp.

Po do­bie­gnię­ciu do pla­ży opa­dłam na ko­la­na. Ni­ko­go wo­kół mnie nie było, tyl­ko ciem­ne wody oce­anu i roz­świe­tlo­ne gwiaz­da­mi nie­bo. Za­pa­trzo­na w mrocz­ne od­mę­ty, przy­po­mnia­łam so­bie, że gdy mia­łam dzie­więć lat i by­li­śmy w Oce­an City, mało bra­ko­wa­ło, a bym się uto­pi­ła pod­czas ką­pie­li. Do­sta­łam się w wir, ale tata mnie ura­to­wał.

Od­dy­cha­łam noc­nym po­wie­trzem, wdy­cha­jąc je i wy­dy­cha­jąc, i wsłu­chi­wa­łam się w szum ude­rza­ją­cych o brzeg fal. I czu­łam się tak sa­mot­na i zroz­pa­czo­na jak jesz­cze nig­dy w ży­ciu.

Nie mia­łam już ni­ko­go, kto mógł­by mnie ura­to­wać.

Ja­kieś dwa­dzie­ścia stóp da­lej, na pra­wo, do­strze­głam duży, wy­glą­da­ją­cy jak boja mar­mu­ro­wy znak.

Wid­niał na nim na­pis:

NAJ­BAR­DZIEJ WY­SU­NIĘ­TY NA PO­ŁU­DNIE PUNKT LĄ­DO­WY USA. KUBA – 90 MIL.

Sta­łam tam z roz­szar­pa­ną du­szą, za­mie­rza­jąc prze­pły­nąć te dzie­więć­dzie­siąt mil, lecz na­gle, we­tknąw­szy dłoń do kie­sze­ni, od­kry­łam w niej coś fa­scy­nu­ją­ce­go.

Mia­łam przy so­bie klu­czy­ki do sa­mo­cho­du Ale­xa.

Klu­czy­ki do jego che­vy ca­ma­ro Z28, któ­rym przy­wiózł nas tu­taj z Uni­wer­sy­te­tu Flo­ry­dy w Ga­ine­svil­le. Zdo­był to swo­je „dzie­ciąt­ko”, jak na­zy­wał swój wóz, za­le­wa­jąc się po­tem przez czte­ry ko­lej­ne prze­rwy wa­ka­cyj­ne w fir­mie ogrod­ni­czej ojca. Ja po­ci­łam się czte­ry lata, żeby po­móc temu tę­pa­we­mu atle­cie prze­brnąć przez stu­dium me­dycz­ne, tak więc na­gły po­mysł, aby zro­bić so­bie prze­jażdż­kę jego lśnią­cym czer­wo­nym au­tkiem, za­miast rzu­cać się do wody, wy­dał mi się wy­jąt­ko­wo lo­gicz­ny. A na­wet, z uwa­gi na moje zła­ma­ne ser­ce, ge­nial­ny.

Po­bie­głam z po­wro­tem do ho­te­lu (na­wet szyb­ciej, niż bie­głam na pla­żę) i tam naj­pierw wy­rzu­ci­łam przez okno jed­ną z to­reb tej dziw­ki, a na­stęp­nie wci­snę­łam pe­dał gazu ca­ma­ro z taką siłą, jak­bym star­to­wa­ła w wy­ści­gach Indy 500 z pole po­si­tion.

Po­tem zro­bi­łam to, co zro­bi­ła­by każ­da sza­nu­ją­ca się, bli­ska sa­mo­bój­stwa, nie­daw­no osie­ro­co­na, wła­śnie zdra­dzo­na dwu­dzie­sto­jed­no­let­nia dziew­czy­na.

Wy­je­cha­łam z par­kin­gu wo­zem mo­je­go chło­pa­ka z pi­skiem i dy­mie­niem opon.

Roz­dział 4

Po kil­ku ostrych za­krę­tach wy­je­cha­łam na pro­stą dro­gę cią­gną­cą się wzdłuż pla­ży. Je­cha­łam jak na­le­ży, czy­li jak­bym pro­wa­dzi­ła kra­dzio­ny sa­mo­chód. Nie oszczę­dza­łam ca­ma­ro. Gna­łam na zła­ma­nie kar­ku, o mało nie gu­biąc sil­ni­ka, a ten wył jak sza­lo­ny, de­mo­nicz­nie, co brzmia­ło ni­czym przy­gryw­ka do ja­kie­goś he­avy­me­ta­lo­we­go ka­wał­ka.

Cra­zy Tra­in, po­my­śla­łam, wbi­ja­jąc ple­cy w opar­cie sie­dze­nia. A może Hi­gh­way to Hell?

Za­par­ko­wa­ne przy pla­ży sa­mo­cho­dy, któ­re mi­ja­łam, ro­bi­ły szy, szy, szy, jak na wy­ści­gach NA­SCAR.

Po­sta­no­wi­łam usta­lić, co w tej chwi­li chcia­ła­bym znisz­czyć bar­dziej: dumę i ra­dość Ale­xa czy sie­bie. Po­mysł, żeby za­koń­czyć moje po­zba­wio­ne sen­su, nie­szczę­śli­we ży­cie, wy­da­wał mi się ogrom­nie ku­szą­cy. Z miej­sca, w któ­rym sie­dzia­łam, nie­za­pię­ta pa­sa­mi, ży­cie ja­wi­ło mi się jako jed­no wiel­kie cier­pie­nie. Zu­peł­nie se­rio roz­wa­ża­łam jego za­koń­cze­nie w spo­sób spek­ta­ku­lar­ny i krwa­wy.

Pręd­ko­ścio­mierz Z28 do­bi­jał do trzech cyfr, a jego tył za­czął się pod­no­sić jak sa­mo­lot pod­czas star­tu, gdy ką­tem oka po mo­jej pra­wej stro­nie, na po­grą­żo­nej w mro­kach pla­ży, do­strze­głam ja­kiś ruch.

Zmru­ży­łam oczy i wle­pi­łam je w przed­nią szy­bę. Zo­ba­czy­łam cień. Po po­bo­czu bie­gło coś ma­łe­go. Kró­lik?

Nie, stwier­dzi­łam, szyb­ko zbli­ża­jąc się do obiek­tu. To pies, owcza­rek z czer­wo­ną ban­da­ną na szyi. Roz­po­zna­łam psi­sko z baru w tej sa­mej chwi­li, gdy zwie­rzę, ni­czym na­pro­wa­dzo­ny po­cisk, zmie­ni­ło kie­ru­nek i bie­giem rzu­ci­ło się na dro­gę.

Wprost pod koła sa­mo­cho­du.

Na­tych­miast, in­stynk­tow­nie, żeby unik­nąć zde­rze­nia, wbi­łam sto­pę w ha­mu­lec i prze­krę­ci­łam kie­row­ni­cę w pra­wo. Ty­łem auta za­rzu­ci­ło w lewo z taką ła­two­ścią, jak­by znaj­do­wa­ło się na lo­dzie. Do wnę­trza wdarł się gło­śny pisk ście­ra­nej gumy. Spró­bo­wa­łam wy­pro­sto­wać ca­ma­ro, ale mu­sia­łam zbyt moc­no prze­krę­cić kie­row­ni­cę, bo auto na­gle z ca­łym pę­dem wpa­dło w po­ślizg i wy­jąc opo­na­mi, za­czę­ło się okrę­cać w kie­run­ku prze­ciw­nym do kie­run­ku wska­zó­wek ze­ga­ra.

Cho­le­ra!

Zu­peł­nie utra­ci­łam kon­tro­lę nad kie­row­ni­cą. Gło­wa po­le­cia­ła mi w tył, na za­głó­wek. Ude­rzy­ła w nie­go cięż­ko i bez­rad­nie, jak na ka­ru­ze­li w par­ku roz­ryw­ki. Wstrzy­ma­łam od­dech, gdyż pra­wy bok auta za­czął się ko­ły­sać i wy­da­wa­ło się, że ca­ma­ro za­raz się prze­wró­ci. Ale za­miast tego wy­ko­na­ło tyl­ko ob­rót o sto osiem­dzie­siąt stop­ni i ob­ra­ca­ło się da­lej. I do­pie­ro gdy zro­bi­ło peł­ne koło, uj­rza­łam to, co ma­ja­czy­ło przed ma­ską.

Wrza­snę­łam.

Przy­szpi­lo­ny świa­tła­mi re­flek­to­rów, jak­by wy­cza­ro­wa­ny z ka­pe­lu­sza ma­gi­ka, na dro­dze stał wła­ści­ciel psa, mo­to­cy­kli­sta z baru, ten z si­wy­mi zwią­za­ny­mi w ku­cyk wło­sa­mi.

Ostat­nią rze­czą, jaką pa­mię­tam, było to, że sta­ra­łam się ha­mo­wać pul­sa­cyj­nie, a kra­wędź szyb­ko się ob­ra­ca­ją­cej kie­row­ni­cy prze­su­wa­ła się bo­le­śnie po wnę­trzu mo­ich dło­ni.

Gdy roz­ko­ły­sa­ny przód ca­ma­ro wal­nął w męż­czy­znę z wy­wo­łu­ją­cym mdło­ści, roz­szar­pu­ją­cym ser­ce głu­chym ło­sko­tem, za­mknę­łam oczy.

Po­tem roz­legł się krót­ki chrzęst ma­ski zgnia­ta­nej cię­ża­rem cia­ła i prze­cią­gły pisk, gdy męż­czy­zna osu­wał się po po­chy­ło­ści przed­niej szy­by.

A póź­niej za­le­gła ci­sza. Strasz­li­wa, ogłu­sza­ją­ca ci­sza.

Roz­dział 5

Zmu­si­łam się, żeby otwo­rzyć oczy.

Ro­ze­dr­ga­ne ca­ma­ro za­trzy­ma­ło się pięć­dzie­siąt stóp da­lej.

Wga­pio­na w pu­stą jezd­nię przede mną, nadal wci­ska­łam sto­pę w pe­dał ha­mul­ca i kur­czo­wo za­ci­ska­łam dło­nie na kie­row­ni­cy. Je­dy­nym od­gło­sem był mój spa­ni­ko­wa­ny od­dech. Pot zda­wał się jed­no­cze­śnie wy­do­sta­wać ze wszyst­kich ob­sza­rów cia­ła; spły­wał po rę­kach, pod ko­la­na­mi, na­wet z uszu.

Sil­nik ca­ma­ro, któ­re sta­ło na ja­ło­wym bie­gu, gło­śno tur­ko­tał, ni­czym dzi­kie i zdy­sza­ne zwie­rzę. Przy­pusz­cza­łam, że oka­że się, iż przed­nia szy­ba pę­kła, ale nie było na niej na­wet rysy. Po­dob­nie na ma­sce. Poza cien­ką war­stwą gumy star­tej z opon i z na­kład­ki na pe­da­le ha­mul­ca wy­da­wa­ło się, że auto jest w nie­na­ru­szo­nym sta­nie.

Jak­by się nic nie wy­da­rzy­ło.

Jak­by.

Nie chcia­łam pa­trzeć w lu­ster­ko wstecz­ne. Wpa­try­wa­łam się więc w Al­ber­ta, wid­nie­ją­ce na od­świe­ża­czu po­wie­trza głu­pie, szcze­rzą­ce zęby, po­ma­rań­czo­we logo Ga­to­rów z Uni­wer­sy­te­tu Flo­ry­dy, uczel­ni Ale­xa. Ale Al­bert nie pod­su­wał żad­nych po­my­słów. Za­tem, jak za­mie­rza­ją­cy zejść pod wodę nu­rek, za­czerp­nę­łam głę­bo­ko po­wie­trza i wresz­cie spoj­rza­łam.

Mo­to­cy­kli­sta le­żał na środ­ku pra­we­go pasa za mną. Twa­rzą do as­fal­tu, tuż obok śla­dów po ostrym ha­mo­wa­niu. Gru­by war­kocz z si­wych wło­sów roz­plą­tał się do po­ło­wy, ra­mio­na były roz­po­star­te na całą sze­ro­kość jak u Chry­stu­sa na krzy­żu. Wo­kół, ni­czym strą­co­ne krę­gle, wa­la­ły się dro­go­we stoż­ki i pod­po­ry z miej­sca pro­wa­dzo­nych na po­bo­czu ro­bót. Męż­czy­zna się nie ru­szał.

Kie­dy za­uwa­ży­łam ciem­ną atra­men­to­wą pla­mę w si­wych pa­smach i na jezd­ni obok gło­wy, za­czę­ły mi drżeć jed­no­cze­śnie róż­ne czę­ści cia­ła: ko­la­na, ręce, usta. Wy­pu­ści­łam prze­peł­nio­ny kwa­śnym odo­rem rumu od­dech i za­kry­łam twarz roz­trzę­sio­ny­mi dłoń­mi. Moje roz­dy­go­ta­ne, skur­czo­ne pal­ce wcze­pia­ły się w czasz­kę jak pal­ce al­pi­ni­sty, de­spe­rac­ko szu­ka­ją­ce wy­stę­pu ska­ły do uchwy­ce­nia.

– Co ja zro­bi­łam? – za­py­ta­łam samą sie­bie mię­dzy na­bie­ra­ny­mi hi­ste­rycz­nie hau­sta­mi po­wie­trza.

Za­bi­łam czło­wie­ka, prze­mknę­ła mi trzeź­wa i twar­da myśl w od­po­wie­dzi.

Nie chcąc prze­je­chać psa, wła­śnie za­bi­łaś jego wła­ści­cie­la.

Przez przed­nią szy­bę spoj­rza­łam na dro­gę. Gi­nę­ła z wi­do­ku za za­la­nym bla­skiem księ­ży­ca za­krę­tem, pięk­na, zja­wi­sko­wa, przy­zy­wa­ją­ca jak bru­ko­wa­na żół­ta dro­ga z Czar­no­księż­ni­ka z kra­iny Oz.

I to wte­dy chłod­ny, ra­cjo­nal­ny, bar­dzo trzeź­wo brzmią­cy głos w mo­jej gło­wie wy­po­wie­dział trzy sło­wa, sło­wa spo­za ka­dru, sło­wa z re­kla­my.

Po pro­stu od­jedź.

To nie była two­ja wina, kon­ty­nu­ował we­wnętrz­ny głos. Pró­bo­wa­łaś nie wpaść na psa. Nie mo­głaś nic zro­bić. Zresz­tą nikt cię nie wi­dział. Zdej­mij nogę z ha­mul­ca i wci­śnij pe­dał gazu. Nie oglą­daj się za sie­bie. Nie bądź głu­pia. Po pro­stu od­jedź.

To praw­da, że nikt nie wi­dział wy­pad­ku, po­my­śla­łam, z tru­dem prze­ły­ka­jąc śli­nę. Znaj­do­wa­łam się na pu­stej dro­dze w po­bli­żu lot­ni­ska i po pra­wej mia­łam bez­lud­ną pla­żę, po le­wej zaś, kil­ka­set jar­dów da­lej, je­dy­ny bu­dy­nek w oko­li­cy – ja­kąś praw­do­po­dob­nie opusz­czo­ną fa­bry­kę.

Je­dy­nym świad­kiem zda­rze­nia była mil­czą­ca ar­ma­da żół­tych au­to­bu­sów szkol­nych za­par­ko­wa­nych po dru­giej stro­nie jezd­ni za ogro­dze­niem z dru­tu. Ich mar­twe, przy­po­mi­na­ją­ce oczy re­flek­to­ry wy­da­wa­ły się we mnie wpa­try­wać, jak­by au­to­bu­sy się za­sta­na­wia­ły, jaki bę­dzie mój na­stęp­ny krok.

Ro­zej­rza­łam się do­ko­ła, szu­ka­jąc psa mo­to­cy­kli­sty. Znik­nął.

A po­tem było tak, jak­bym wró­ci­ła do rze­czy­wi­sto­ści. We­wnętrz­ny, pod­su­wa­ją­cy nie­re­al­ne my­śli głos umilkł i wraz z tym czar prysł. Zno­wu mo­głam się sku­pić.

Prze­su­nę­łam dźwi­gnię bie­gów na „par­ko­wa­nie” i zga­si­łam sil­nik.

Mu­sia­łam po­móc temu bied­ne­mu czło­wie­ko­wi. Mu­sia­łam zro­bić to, co zro­bił­by mój oj­ciec. Spró­bo­wać udzie­lić pierw­szej po­mo­cy, za­trzy­mać krwa­wie­nie, zna­leźć te­le­fon.

Uciecz­ka? – my­śla­łam z od­ra­zą, gme­ra­jąc przy zam­ku przy drzwiach. Jak mo­głam coś po­dob­ne­go choć­by roz­wa­żać? Je­stem do­brym czło­wie­kiem. Pra­co­wa­łam jako ra­tow­nicz­ka me­dycz­na, by­łam wo­lon­ta­riusz­ką w szpi­ta­lu. Do­bra có­recz­ka, ma­wiał oj­ciec, gdy po­ma­ga­łam mu zdjąć jego wy­glan­so­wa­ne na błysk po­li­cyj­ne pół­bu­ty.

Wła­śnie wy­sia­da­łam z sa­mo­cho­du, gdy w od­da­li, za ran­nym męż­czy­zną, do­strze­głam świa­tła zbli­ża­ją­ce­go się po­jaz­du. Nim zdą­ży­łam wziąć od­dech, nie­spo­dzie­wa­ny i osza­ła­mia­ją­cy błysk ośle­pia­ją­ce­go ko­lo­ru przy­ćmił blask re­flek­to­rów.

Spa­ra­li­żo­wa­na i za­hip­no­ty­zo­wa­na pa­trzy­łam, jak na­gle noc roz­bły­ska fa­jer­wer­ka­mi pło­mie­ni po­li­cyj­nych świa­teł, ośle­pia­ją­cych ba­niek krwi­stej czer­wie­ni i ostrej sza­fi­ro­wej nie­bie­sko­ści.

Roz­dział 6

Bły­ska­ją­cy świa­tła­mi po­li­cyj­ny wóz pa­tro­lo­wy za­trzy­mał się ci­cho w po­przek uli­cy mię­dzy mną a roz­cią­gnię­tym na dro­dze mo­to­cy­kli­stą. Kie­dy me­ta­licz­ny skrzek auta i świer­go­ta­nie po­li­cyj­ne­go ra­dia do­tar­ły do mo­ich uszu, zwie­si­łam ni­sko gło­wę, jak ska­za­niec ocze­ku­ją­cy na ude­rze­nie sie­kie­ry.

Ale ją pod­nio­słam, gdy usły­sza­łam zgrzyt otwie­ra­nych drzwi i chrzęst cięż­kich kro­ków na jezd­ni. Nie mo­głam zo­ba­czyć twa­rzy funk­cjo­na­riu­sza, pod­świe­tlo­nej od tyłu ośle­pia­ją­cy­mi bły­ska­mi po­li­cyj­ne­go ko­gu­ta na da­chu. Je­dy­ne, co wi­dzia­łam, to ciem­ny za­rys po­tęż­nej, krę­pej syl­wet­ki na tle sza­lo­nych bły­sków.

– Pro­szę zo­stać na miej­scu i pod­nieść ręce, tak że­bym je wi­dział! – roz­ka­zał gli­niarz gło­sem Boga.

Na­tych­miast wy­ko­na­łam po­le­ce­nie.

Po­nad po­kry­wą ba­gaż­ni­ka wozu pa­tro­lo­we­go przy­glą­da­łam się, jak po­li­cjant szyb­ko pod­cho­dzi do ran­ne­go i przy­ku­ca obok nie­go. Ale już po chwi­li stał przy mnie.

Z za­sko­cze­niem stwier­dzi­łam, że z krót­ki­mi ciem­ny­mi wło­sa­mi i nie­bie­ski­mi oczy­ma w po­cią­głej twa­rzy jest cho­ler­nie przy­stoj­ny. Miał sześć stóp i dwa-trzy cale wzro­stu, nie­wie­le wię­cej niż trzy­dziest­kę i był po­tęż­nie zbu­do­wa­ny. I z ja­kie­goś po­wo­du ta jego ba­nal­na ame­ry­kań­ska uro­da jesz­cze bar­dziej po­gar­sza­ła sy­tu­ację. Za­ostrza­ła moje po­czu­cie winy i roz­pacz.

– Nie żyje – oznaj­mił po­li­cjant.

Coś we mnie pę­kło.

– O nie – wy­szep­ta­łam gło­sem sza­leń­ca i spu­ści­łam gło­wę. – Bła­gam, Boże, nie. Prze­pra­szam, prze­pra­szam, prze­pra­szam.

Za­sło­ni­łam twarz dłoń­mi, a po­li­cjant z pla­ka­tów re­kru­ta­cyj­nych na­chy­lił się do mnie i po­cią­gnął no­sem.

– A ty je­steś kom­plet­nie pi­ja­na. Wstań i za­łóż ręce za gło­wę.

Roz­dział 7

Kie­dy zmarł mój oj­ciec, pa­mię­tam, że my­śla­łam: To jest to. Już nic gor­sze­go mnie nie spo­tka.

My­li­łam się.

Po­li­cjant za­kuł mnie w kaj­dan­ki i wpa­ko­wał na tył wozu pa­tro­lo­we­go. Zdzi­wi­łam się, że jest w nim tak czy­sto. Pach­niał no­wo­ścią. Gu­mo­we maty na pod­ło­dze wy­glą­da­ły rów­nie nie­ska­zi­tel­nie jak te w sa­mo­cho­dzie Ale­xa. Sie­dze­nia były mięk­kie, nie­mal plu­szo­we. Gdy­by nie czar­na pla­sti­ko­wa siat­ka od­dzie­la­ją­ca przód od tyłu, moż­na by po­my­śleć, że to zwy­czaj­ne auto. Mimo że oj­ciec był gli­ną, po raz pierw­szy w ta­kim sie­dzia­łam.

Moja pra­wa noga za­czę­ła drżeć ni­czym świe­żo zło­wio­na w sie­ci ryba. Do­sta­łam uda­ru? – za­sta­na­wia­łam się, wpa­trzo­na w po­dry­gu­ją­ce udo. Mia­łam na­dzie­ję, że tak, bo­wiem wszyst­ko wy­da­wa­ło się lep­sze od tego, z czym mia­łam do czy­nie­nia.

Zdu­si­łam pod­cho­dzą­cy do gar­dła spazm roz­pa­czy.

Wszyst­ko.

Zer­k­nę­łam na tył gło­wy po­li­cjan­ta, któ­ry aku­rat wśli­zgi­wał się na przed­nie sie­dze­nie. Ona też wy­glą­da­ła schlud­nie i kształt­nie. Moż­na po­wie­dzieć, że w pew­nym sen­sie rów­no­wa­ży­ła jego sze­ro­kie ra­mio­na bok­se­ra. Trzy­mał się pro­sto, dum­nie, jak by po­wie­dzia­ła moja mat­ka.

Czyż­by kie­dyś słu­żył w woj­sku? – do­py­ty­wał się mój roz­re­gu­lo­wa­ny umysł. W lu­ster­ku wstecz­nym od­czy­ta­łam na­zwi­sko na pla­kiet­ce. Fo­ur­nier.

Ofi­cer Fo­ur­nier, schy­lo­ny, wpi­sy­wał dane z mo­je­go pra­wa jaz­dy do kwa­dra­to­we­go ter­mi­na­la kom­pu­te­ra po­kła­do­we­go. Póź­niej gło­wa z krót­ko przy­cię­ty­mi wło­sa­mi znów się na­gle wy­pro­sto­wa­ła.

– To praw­da? – rzu­cił, nie od­wra­ca­jąc się. – Za­le­d­wie kil­ka dni temu skoń­czy­łaś dwa­dzie­ścia je­den lat? Spę­dza­łaś tu fe­rie wio­sen­ne?

Po raz pierw­szy za­uwa­ży­łam, że mówi z lek­kim pół­noc­no-wschod­nim miej­skim ak­cen­tem. Bo­stoń­skim, no­wo­jor­skim, może fi­la­del­fij­skim? Po­tem przy­szła mi do gło­wy inna myśl, mniej roz­tar­gnio­na. Ja­kie­go ko­lo­ru kom­bi­ne­zon da­dzą mi w wię­zie­niu?

– Tak – po­twier­dzi­łam, wstrzy­mu­jąc szloch. – Je­stem na czwar­tym roku UF.

Na­gle ogar­nę­ło mnie tak sil­ne pra­gnie­nie po­wro­tu, że le­d­wie po­wstrzy­ma­łam jęk. Gdy­bym tyl­ko mo­gła za­stu­kać ob­ca­si­ka­mi i wró­cić do fris­bee, kart na po­sił­ki i po­ba­zgra­nych no­tat­ka­mi po­żół­kłych stron mo­jej An­to­lo­gii li­te­ra­tu­ry an­giel­skiej Nor­to­na.

Już nie bę­dzie szko­ły, nie bę­dzie so­ft­bal­lu, nie bę­dzie ni­cze­go. Całe ży­cie ko­cha­łam książ­ki i już w li­ceum ma­rzy­łam, że zo­sta­nę re­dak­tor­ką w no­wo­jor­skim wy­daw­nic­twie. To rów­nież wy­pa­ro­wa­ło. Uni­ce­stwi­łam swo­ją przy­szłość, tak jak się uni­ce­stwia ko­ma­ry urzą­dze­niem elek­trycz­nym na owa­dy.

Te­raz by­łam jed­ną z tych osób, o któ­rych czy­ta­cie w za­ci­szach swo­ich do­mów, na­zwi­skiem w lo­kal­nej ga­ze­cie wy­mie­nio­nym w sek­cji z po­li­cyj­ny­mi ra­por­ta­mi. Wy­da­rze­niem, o któ­rym czy­ta­jąc, krę­ci­cie gło­wą, za­nim się­gnie­cie po ku­bek z kawą, żeby się za­sta­no­wić, w co się ubie­rze­cie do pra­cy.

Moje ży­cie, ta­kie, ja­kie zna­łam, na­le­ża­ło już do prze­szło­ści.

Roz­dział 8

– Z kim mam się skon­tak­to­wać naj­pierw? Z mat­ką czy z oj­cem? – za­py­tał ofi­cer Fo­ur­nier, po raz pierw­szy na­wią­zu­jąc ze mną kon­takt wzro­ko­wy w lu­ster­ku wstecz­nym.

Na­praw­dę przy­jem­nie się na nie­go pa­trzy­ło. Nie był taki go­gu­sio­wa­ty i ciem­ny jak Alex. Cerę miał ja­śniej­szą, twarz bar­dziej kan­cia­stą. Bia­ły przy­stoj­niak typu twar­dziel. Jego oczy były szo­ku­ją­co ja­sne, pra­wie sre­brzy­sto­błę­kit­ne.

– Obo­je nie żyją – po­in­for­mo­wa­łam.

Po­li­cjant wes­tchnął.

– Le­piej, że­byś nie kła­ma­ła, Je­ani­ne – prze­strzegł su­ro­wo.

– Chy­ba ro­zu­miesz, w ja­kiej je­steś sy­tu­acji. Po co ją po­gar­szać?

– Mó­wię praw­dę – za­pew­ni­łam gło­sem, któ­ry na­gle stał się bar­dzo spo­koj­ny i trzeź­wy. – Oj­ciec był po­li­cjan­tem w Ma­ry­lan­dzie. Zgi­nął na służ­bie w wy­pad­ku dro­go­wym pod­czas blo­ka­dy w osiem­dzie­sią­tym dru­gim. Mam jego kar­tę mo­dli­tew­ną w port­fe­lu. Mama zmar­ła w ze­szłym roku.

Ofi­cer Fo­ur­nier się­gnął po mój port­fel. Chwi­lę póź­niej od­wró­cił się, na­gle o wie­le mniej wy­nio­sły, z kart­ką mo­dli­tew­ną w dło­ni.

– Na co umar­ła mat­ka? – spy­tał.

– Po­peł­ni­ła sa­mo­bój­stwo – od­par­łam, uświa­da­mia­jąc so­bie, że mó­wię to na głos po raz pierw­szy w ży­ciu.

– No, no. Przy­kre – mruk­nął po­li­cjant. Był za­sko­czo­ny, ale w jego gło­sie po­brzmie­wa­ły też nuty współ­czu­cia. – Masz sio­stry albo bra­ci?

Po­krę­ci­łam gło­wą.

– Do kogo na­le­ży ca­ma­ro?

– Do mo­je­go chło­pa­ka. Zo­stał w ho­te­lu – wy­ja­śni­łam. Przez se­kun­dę sie­dzia­łam nie­ru­cho­mo. – Żeby się pie­przyć z moją naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką – do­da­łam ci­cho.

Po­li­cjant po­trzą­snął gło­wą i spoj­rzał na mo­to­cy­kli­stę.

– No tak, ro­zu­miem – rzekł. – Im­pre­zo­wa­li­ście, on cię zdra­dził, więc za­bra­łaś jego sa­mo­chód.

– Ten czło­wiek miał psa. Pies wy­sko­czył mi pod ma­skę – po­wie­dzia­łam spo­koj­nie. – Pró­bo­wa­łam skrę­cić, żeby go nie prze­je­chać, i wpa­dłam w po­ślizg. Pew­nie je­cha­łam za szyb­ko i dla­te­go sa­mo­chód się okrę­cił. I po­tem ten fa­cet po pro­stu… tam był.

Znów mnie zła­pa­ło. Zło­ży­łam się wpół jak skła­da­ne krze­sło i za­czę­łam szlo­chać.

Po ja­kiejś mi­nu­cie wy­tar­łam mo­krą twarz w udo. Kie­dy się wy­pro­sto­wa­łam, ofi­cer Fo­ur­nier przy­glą­dał mi się we wstecz­nym lu­ster­ku z trud­nym do okre­śle­nia wy­ra­zem ja­snych oczu.

Wpa­try­wa­li­śmy się w sie­bie przez dłuż­szą, zdu­mie­wa­ją­co na­elek­try­zo­wa­ną chwi­lę. Pew­nie to dziw­ne, że w ta­kim mo­men­cie moż­na po­czuć do ko­goś po­ciąg, ale tak wła­śnie było. Nie po­tra­fi­łam ode­rwać od nie­go oczu. On pierw­szy od­wró­cił wzrok, po­stu­ku­jąc kar­tą mo­dli­tew­ną o pod­bró­dek.

– A gdy­by? – za­czął po chwi­li.

W tym mo­men­cie mia­łam wła­sne „a gdy­by” krą­żą­ce mi po gło­wie. Choć­by na przy­kład, a gdy­bym nie wy­pi­ła tych se­tek z ga­la­ret­ką? Gdy­bym nie wy­kra­dła Ale­xo­wi sa­mo­cho­du? Gdy­bym się nig­dy nie uro­dzi­ła?

Na­gle po­li­cjant otwo­rzył drzwi i wy­siadł z wozu. Po­tem roz­le­gły się trzask i klik­nię­cie i drzwi z mo­jej stro­ny rów­nież się otwo­rzy­ły.

– To moja de­cy­zja i bio­rę za nią od­po­wie­dzial­ność – oświad­czył Fo­ur­nier, roz­pi­na­jąc mi kaj­dan­ki. – Idź do sa­mo­cho­du i zni­kaj stąd. Wra­caj do szko­ły, Je­ani­ne. Ten wy­pa­dek nig­dy się nie wy­da­rzył.

Roz­dział 9

Sta­łam na dro­dze obok wozu po­li­cyj­ne­go, roz­cie­ra­jąc nad­garst­ki i pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co się wła­ści­wie sta­ło. W gło­wie wi­ro­wa­ło mi szyb­ciej, niż przed­tem wi­ro­wa­ło ca­ma­ro, szyb­ciej, niż wi­ro­wa­ły kar­na­wa­ło­we świa­tła na da­chu po­li­cyj­ne­go auta.

Spoj­rza­łam przed sie­bie, po­nad wo­zem Ale­xa, na otwar­tą dro­gę. Za pu­stą pla­żą ta­fla ciem­nej spo­koj­nej wody wy­glą­da­ła jak ta­fla szkła.

– Nie ro­zu­miem, ofi­ce­rze Fo­ur­nier – wy­mam­ro­ta­łam.

– Za­baw­ne, ale ja sam mam pro­blem ze zro­zu­mie­niem, co ro­bię – od­parł, przy­pi­na­jąc kaj­dan­ki do pasa, a na­stęp­nie prze­su­nął dło­nią po krót­ko ob­cię­tych ciem­nych wło­sach.

– I da­ruj już so­bie tego „ofi­ce­ra”. Mam na imię Pe­ter. Dla cie­bie świę­ty Piotr, bo wła­śnie ura­to­wa­łem ci ży­cie. A te­raz wra­caj do sa­mo­cho­du i zni­kaj stąd, za­nim ktoś się tu po­ja­wi lub zmie­nię zda­nie.