Wydawca: Wydawnictwo W Drodze Kategoria: Poradniki Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 494

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Kłamstwa w które wierzymy - Chris Thurman

Kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa! Przychodzą zewsząd i dotyczą wszystkich dziedzin życia: rodziny, miłości, pracy, wiary, polityki… A my wierzymy! Czasami wierzymy wiedząc, że to kłamstwa. Okłamują nas inni, okłamujemy siebie sami, bo wydaje nam się, że tak będzie lepiej. Tymczasem jednak kłamstwa nas niszczą. Książka Chrisa Thurmana pomoże ci zrozumieć jakim kłamstwom wierzysz, jak niszczą one twoje życie i jak sobie z nimi radzić.

Opinie o ebooku Kłamstwa w które wierzymy - Chris Thurman

Fragment ebooka Kłamstwa w które wierzymy - Chris Thurman

Tytuł oryginału

The Lies We Believe

Published in Nashville, Tennessee, by Thomas Nelson, Inc.

Copyright © 1999 by Dr. Chris Thurman

All Rights Reserved. This Licensed Work published under license

Copyright © for this edition by Wydawnictwo W drodze 2008

Redaktor

Lidia Kozłowska

Redaktor techniczny

Justyna Nowaczyk

Projekt okładki i stron tytułowych

Justyna Nowaczyk

Fotografia na okładce

Piotr Rudziewicz

ISBN 978-83-7033-937-1

Wydanie II

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów

W drodze 2012

ul. Kościuszki 99, 60-920 Poznań

Mojej żonie Holly i trojgu dzieciom,

Matthew, Ashleyowi i Kelly.

Dzięki Wam jestem bogatym człowiekiem.

Podziękowania

Dziękuję wydawnictwu Thomas Nelson Publishers za to, że pozwoliło mi połączyć moje trzy pierwsze książki w jednym tomie (The Lies We Believe – Kłamstwa, w które wierzymy, TheTruths We Must Believe – Prawdy, w które musimy uwierzyć i The Lies We Believe Workbook – Kłamstwa, w które wierzymy – zeszyt ćwiczeń). Praca z tak wspaniałą grupą ludzi była przyjemnością. Szczególne podziękowania kieruję do Janet Thomy, która towarzyszyła mi od początku moich prób pisarskich i przez lata mnie wspierała. Janet, twoje wysiłki znaczą dla mnie więcej, niż myślisz.

Lynda Stephenson, dr Dennis Hensley i Bill Butterworth byli redaktorami pierwszych wydań moich książek składających się na ten tom. Każde z nich wykonało wielką pracę, by moje niedopracowane szkice przekształcić w profesjonalne teksty, które wyrażają to, co chciałem przekazać, lepiej, niż sam bym to zrobił. Dziękuję, że sprawiliście, iż wygląda to tak, jakbym umiał pisać.

Dr Frank Minirth i dr Paul Meier skierowali moje zainteresowania w stronę terapii poznawczej, co znalazło swój wyraz w książce. Bez ich wsparcia to by się nie zdarzyło. Dziękuję za to, że byliście orędownikami mojego pisania i prowadzenia wykładów na ten temat.

Mam dług wdzięczności wobec moich kolegów zajmujących się terapią poznawczą: dr. Alberta Ellisa (jego A–B–C – model emocjonalnego zdrowia i prace na temat irracjonalnych wierzeń stanowią znaczącą część tej książki), dr. Davida Burnsa (jego prace na temat zniekształceń poznawczych stanowią podstawę rozdziału 5 tej książki), dr. Williama Backusa, dr. Larry’ego Crabba i dr. Davida Stoopa. Każdy z nich w znaczący sposób przyczynił się do tego, byśmy zrozumieli, jak niszczącą rolę w naszym życiu odgrywa błędne myślenie, i moje wysiłki tak naprawdę opierają się na ich doświadczeniach.

Jestem głęboko zobowiązany moim pacjentom, którzy przez lata pozwalali mi zaglądać w swoje życie. Pokazali mi, jakiej odwagi wymaga stanięcie w prawdzie i stanie się dojrzałą istotą ludzką. Zawdzięczam im więcej, niż myślą, a przywilej tego, że mogłem z nimi pracować, sprawił, że nigdy już nie będę tym samym człowiekiem.

Moja rodzina to największe ziemskie błogosławieństwo w moim życiu. Holly, dziękuję ci za dwadzieścia lat miłości i wsparcia. Ty, bardziej niż ktokolwiek inny, poświęciłaś się, aby moje powołanie do pisania mogło znaleźć swój wyraz w druku. Dziękuję ci za to, że byłaś przy mnie na tak wiele sposobów. Matthew, Ashley i Kelly – dawaliście mi wiele powodów do uśmiechu i jestem wam wdzięczny bardziej, niż możecie sobie wyobrazić. Dziękuję Bogu za to, że mnie wami pobłogosławił.

Jednak najbardziej dziękuję Bogu za to, że mnie kocha i że cierpliwie towarzyszy mi podczas mojej wędrówki przez życie. Jeśli w tej książce jest cokolwiek wartościowego, to łaska Boga sprawiła, że użył mnie jako swojej tuby, by to przekazać. Nigdy do końca nie zrozumiem, dlaczego Bóg powołał kogoś takiego jak ja, bym był Jego. To, że tak uczynił, jest najbardziej znaczącym wydarzeniem w moim życiu i zawsze tak będzie.

I wreszcie tobie, czytelniku, chcę powiedzieć „dziękuję” za to, że wybrałeś tę książkę. Modlę się, by Bóg pobłogosławił twoje wysiłki, by przeczytać ją, i by prawda, którą dzięki niej poznasz, pomogła ci stać się wolnym.

dr Chris Thurman Austin, Teksas, październik 1998

Prolog

Zaciągnął się do marynarki wojennej, kiedy miał szesnaście lat. Bardzo szybko został wybrany do uczestnictwa w programie mającym na celu wyniesienie do rangi oficerskiej takich jak on obiecujących marynarzy. Nie tylko został oficerem, ale piął się po szczeblach kariery i został admirałem. Jakby tego było mało, był pierwszym szeregowym żołnierzem w historii marynarki wojennej, który został szefem operacji morskich, najwyższym oficerem w marynarce. Był oddanym i kochającym ojcem rodziny, człowiekiem podziwianym przez tych, którzy służyli pod jego rozkazami, i żywym świadectwem, jak daleko może zaprowadzić ciężka praca i wytrwałość.

23 maja 1996 roku wyciągnął rewolwer kaliber 38, skierował lufę w stronę swojej piersi, pociągnął za spust i się zabił.

Dlaczego? Dlaczego ktoś, kto osiągnął tak wiele, kto cieszył się szacunkiem tak wielu osób i kto miał tak znaczącą pozycję, miałby coś takiego zrobić? Jeśli wierzyć relacjom gazet i czasopism, stało się tak, ponieważ popełnił błąd, z którym po prostu nie był w stanie żyć. Prawdopodobnie przypiął do munduru odznaczenie, którego nie miał prawa nosić. W marynarce wojennej jest to przestępstwo karane przez sąd wojskowy usunięciem ze służby.

Co jednak doprowadziło tego mężczyznę, admirała Mike’a Boordę, do popełnienia samobójstwa? Czy stało się tak, bo przypiął sobie na piersi medale, których nie miał prawa nosić? Czy może dlatego, że odkryła to prasa i rzuciła się na niego? A może czuł, że zhańbił organizację, która od młodych lat była całym jego życiem?

Nie, w ostatecznym rozrachunku nie wierzę, że którykolwiek z tych czynników był prawdziwą przyczyną śmierci admirała Boordy. Tak naprawdę to nie bolesne okoliczności ani własnoręcznie oddany strzał w pierś zabiły admirała.

Admirała Boordę zabiły kłamstwa.

Nie kłamstwa, które mógł mówić innym. Nie kłamstwa, które inni mogli mówić jemu. Śmierć admirała spowodowały kłamstwa, które mówił on sam sobie. Kłamstwa, które wmawiasz sobie codziennie, zabijają także ciebie. Każde kłamstwo przechodzące przez twój umysł to powolna, własnoręcznie zadawana psychologiczna i duchowa śmierć. Każde kłamstwo, o którym pomyślisz, kosztuje cię twoje życie. Kłamstwa, w które wierzymy, to umysłowe pociski zabijające nasze dusze. Powodują one zniszczenia, z których nie zdajemy sobie sprawy, póki nie jest już za późno.

Czasem wywołują one osobisty kryzys, tak jak w wypadku admirała Boordy, który stanął wobec kłamstw, w które wierzymy. Może to być zwolnienie z pracy, kłopoty w małżeństwie, odkrycie, że cierpi się na nieuleczalną chorobę, zmaganie się z nałogiem lub tragiczne zdarzenie dotyczące jednego z twoich dzieci. Nawet drobniejsze zdarzenia, takie jak utknięcie w korku czy czekanie na kogoś, kto spóźnia się kilka minut, mogą spowodować kryzys. Jednak niezależnie od okoliczności, często zdajemy sobie sprawę, że nie jesteśmy umysłowo uzbrojeni w dobre myśli i to uniemożliwia skuteczne radzenie sobie w życiu.

Jeśli sądzisz, że możesz powoli popełniać emocjonalne, umysłowe i duchowe samobójstwo, mówiąc sobie kłamstwa – ta książka jest ci potrzebna. Przeczytaj ją uważnie, potraktuj ją serio. Odkrycie kłamstw, w które wierzysz – i pokonanie ich przez prawdę – daje ci jedyną prawdziwą nadzieję na zdrowe życie tutaj i życie wieczne w przyszłości.

I

Kłamstwa, w które wierzymy

1

Prawda o kłamstwach, w które wierzymy

Umysł jest swoim własnym miejscem

i sam może uczynić niebo z piekła i piekło z nieba.

John Milton

Cheryl siedziała na brzeżku kozetki w moim gabinecie i nie wiedziała od czego zacząć. To była jej pierwsza wizyta u mnie. Nigdy wcześniej nie odwiedzała psychologa i spostrzegłem, że czuła się zakłopotana. Depresja, z którą zmagała się od kilku miesięcy, pogłębiała się, w innym wypadku zapewne nigdy nie zdecydowałaby się przyjść do mnie. W końcu powiedziała:

– Panie doktorze, naprawdę nie wiem, od czego zacząć. Ostatnio czułam się tak bardzo nieszczęśliwa. Wydaje się, że nic nie dzieje się w moim życiu tak, jak powinno.

– Dlaczego więc nie zacznie pani od tego, co najbardziej panią martwi? – zaproponowałem.

Potrząsnęła głową i nerwowo obciągnęła spódnicę.

– Myślę, że największy problem polega na tym, że między mną a mężem nie układa się zbyt dobrze. Najmniejszy drobiazg może urosnąć do wielkiej sprawy. Na przykład siedziałam długo w nocy, by skończyć projekt, który musiałam dostarczyć następnego dnia do pracy. On wiedział, że muszę wstać tak wcześnie jak on, nakarmić dzieci i wyprawić je do szkoły, ale nie kiwnął palcem, by mi pomóc. Nigdy nie proponuje pomocy. Poprosiłam, żeby zrobił coś dla mnie, a on na mnie naskoczył! Z nim tak zawsze. Ja robię wszystko, a on nie robi nic.

– Zatem walczycie z sobą – powiedziałem.

– Tak – odrzekła z westchnieniem – obawiam się, że jeśli nasz związek zmierzał w tym kierunku, to albo będziemy nieszczęśliwi do końca życia, albo skończy się to rozwodem.

– Mówi pani, że wszystko idzie źle. Co jeszcze panią martwi?

– Denerwuję się moją wagą i tym, jak to wpływa na mój nastrój – powiedziała. – Pewnego ranka się zważyłam i okazało się, że mam 15 kg więcej, niż powinnam. Naprawdę nienawidzę siebie za to, że przybrałam tyle na wadze. Kiedy przygotowywałam śniadanie – totalnie pochłonięta tym, jaka jestem gruba – strąciłam na podłogę dzbanek z sokiem pomarańczowym. I co zrobiłam potem? Nakrzyczałam na dzieci, kiedy przebiegły przez kałużę z soku. Zmusiłam je, żeby wyczyściły podłogę – spuściła wzrok. – Jedynym szczęśliwym członkiem rodziny był tego ranka pies – dodała. – Uwielbia sok pomarańczowy.

Uśmiechnąłem się z trudem, zdając sobie doskonale sprawę, że jej historia nie była śmieszna.

– Jest pani dość przygnębiona tym, że ma pani nadwagę, a także tym, jak to na panią wpływa.

Zaczęła nerwowo skubać spódniczkę.

– Nienawidzę się za to. I nie powinnam przenosić tego na dzieci. Staję się okropną matką.

– Przyznanie, że przenosi pani swoją frustrację na dzieci, boli – odpowiedziałem.

– Tak, nie mogę znieść, że każę moim dzieciom płacić za to, co mnie martwi. To nie jest w porządku wobec nich i czuję wewnętrzny ból, kiedy uświadamiam sobie, że to robię – odpowiedziała, a po jej twarzy popłynęły łzy.

– Co jeszcze panią martwi?

– W pracy wszystko idzie dobrze, ale wciąż się niepokoję, że popełnię błąd, który wpędzi mnie w kłopoty. Ludzie, z którymi pracuję, są w porządku, ale z nikim nie nawiązałam bliższych kontaktów. Czuję się, jakbym w moich związkach z ludźmi zmierzała donikąd, nie tylko w pracy, ale także w Kościele. Po prostu nie mogę się do nikogo zbliżyć. Tyle razy zostałam zraniona i doznałam rozczarowania. W efekcie nie mam wielu bliskich przyjaciół.

– Czuje się pani samotna, ale obawia się zbliżyć do innych, ponieważ może zostać zraniona. Wspomniała pani o Kościele. Czy pomaga on pani albo przynosi ulgę? – spytałem.

Znów zaczęła kompulsywnie skubać spódniczkę, kładąc ręce na fałdach. W końcu powiedziała:

– Kościół też nie jest wspaniałym miejscem. Wie pan, każdy udaje szczęśliwego, ale wszystko wydaje się takie sztuczne. A poza tym zawsze czuję się winna, ponieważ wiem, co powinnam robić jako dobra chrześcijanka, a nigdy tego nie robię. Wiem, że budzę w Bogu odrazę. Czuję to. Ostatecznie czuję odrazę do siebie.

Cheryl oczywiście była nieszczęśliwa. Gdybyś spytał ją, co było przyczyną jej nieszczęścia, prawdopodobnie odpowiedziałaby, że jej małżeństwo, kłopoty z nadwagą, błędy wychowawcze, samotność i wiele innych rzeczy.

Czy zdziwiłoby cię, gdybym powiedział, że Cheryl nie zauważyła prawdziwej przyczyny swoich emocjonalnych problemów?

Prawdziwą przyczyną były kłamstwa, które sama sobie wmawiała. Wierzyła w wiele niszczących kłamstw i to one były prawdziwą przyczyną jej nieszczęścia.

Jakie są niektóre z tych kłamstw? Jeśli nie masz doświadczenia w szukaniu ich, mógłbyś w ogóle nie zauważyć, że Cheryl się okłamuje. Jednak tak właśnie było. Przyjrzyjmy się bliżej kilku z wielu kłamstw, które Cheryl – nie zdając sobie sprawy – mi ujawniła, i porównajmy je z prawdą. Wmawiała sobie, że:

popełnianie błędów jest czymś okropnym, podczas gdy prawda jest taka, że ludzie stale popełniają błędy i rzadko są one katastroficzne. Być człowiekiem oznacza popełniać błędy. Kłamstwo „Muszę być doskonały” omawiam w rozdziale „Samooszuki-wanie”;

jej mąż był przyczyną wszystkich małżeńskich problemów, podczas gdy prawda jest taka, że do pewnego stopnia ona także była za nie odpowiedzialna. Kłamstwo „J esteś wszystkiemu winien” poruszam w rozdziale „Kłamstwa małżeńskie”;

nadwaga powoduje, że jest ona nic niewarta, podczas gdy prawda jest taka, że nadwaga nie ma nic wspólnego z wartością człowieka. Kłamstwo „O mojej wartości decydują moje osiągnięcia” odkrywam w rozdziale „Kłamstwa światowe”;

Bóg czuje do niej odrazę, ponieważ nie zachowuje się ona jak „dobra” chrześcijanka, podczas gdy prawda jest taka, że Bóg ją kocha niezależnie od tego, jak ona się zachowuje. Kłamstwo „Na miłość Boga trzeba sobie zasłużyć” wyjaśniam w rozdziale „Kłamstwa religijne”.

Nie myśl, że wyłącznie Cheryl jest dotknięta przez kłamstwa – tak nie jest. Ona naprawdę niczym się nie różni od ciebie i ode mnie. Większość z nas przyswoiła całą masę kłamstw i płaci za nie tak samo wysoką cenę, jak Cheryl. W im więcej kłamstw wierzymy, tym bardziej się martwimy.

Większość naszych emocjonalnych zmagań, kłopotów w kontaktach z ludźmi i duchowych komplikacji powodują kłamstwa, które sobie wmawiamy.

To prawda o decydującym znaczeniu – i główne przesłanie tej książki. I póki nie rozpoznamy naszych kłamstw i nie zastąpimy ich prawdą, nie jest możliwe bogate życie.

Magnetofon w twojej głowie

Twój mózg jest jak magnetofon. Może zarówno nagrywać, jak i wielokrotnie odtwarzać i ma dostęp do osobistej biblioteki, w której znajdują się tysiące taśm gotowych do natychmiastowego odtworzenia. Na tych taśmach przechowywane są wszystkie przekonania, nastawienia i oczekiwania, które „nagrałeś” w swoim życiu.

Niektóre z taśm znajdujących się w mózgu zawierają prawdziwe informacje, takie jak: „Nie możesz zadowolić wszystkich” czy „Zbierzesz to, co zasiejesz”. Niektóre z nich to kłamstwa, takie jak: „Żebym był szczęśliwy, wszystko musi iść po mojej myśli” czy „Łatwiej jest unikać problemów, niż stawiać im czoło”.

Wiele z kłamstw, które sam sobie wmawiasz, towarzyszyło ci od dawna, niektóre nawet od dzieciństwa. Słuchałeś tych kłamstw tak długo, że mogą się one faktycznie wydawać prawdą, choć niewątpliwie są kłamstwami. Im dłużej i częściej kłamstwo jest powtarzane, tym bardziej wierzysz w to, że jest ono prawdą.

Wiele taśm z kłamstwami jest odtwarzanych w twoim umyśle, a ty sobie nawet z tego nie zdajesz sprawy. Puszczane są one nieświadomie, gdy życie w pewnych okolicznościach przyciska guzik „play”. Świadomie czy nie, taśmy te radykalnie oddziałują na twoje uczucia i postępowanie każdego dnia. James Allen w swojej książce As aMan Thinketh (Jako człowiek myślący) ujmuje to tak: „Człowiek jest dosłownie tym, co myśli, jego charakter to suma jego myśli”1 (por. Aneks A co do świeckiego i biblijnego twierdzenia na temat tego, jaki wpływ mają nasze myśli na zdrowie psychiczne i duchowe).

Jednym z głównych wyzwań w dobrym przeżywaniu życia nie jest więc zmienianie nieprzyjemnych sytuacji, które nas dotyczą, choć oczywiście nie ma nic złego w ulepszaniu ich, jeśli tylko możemy to zrobić. Wyzwanie polega na tym, by taśmy w naszym umyśle były możliwie najbardziej prawdziwe, tak byśmy wiedli takie życie, jakie zostało nam przeznaczone – doświadczając emocjonalnego zdrowia, serdecznych więzi z ludźmi i głębokiego poczucia celowości.

Myśli pociągają za sobą konkretne skutki: kłamstwa pociągają za sobą śmierć, prawda pociąga za sobą życie.

To psychologiczne i duchowe „prawo” przynosi nadzieję nawet najbardziej cierpiącej i zdesperowanej osobie. Dlaczego? Ponieważ wszyscy mamy dostęp do prawdy, co sprawia, że prawdziwe życie jest możliwe w wypadku każdego, kto chce się poświęcić poznawaniu prawdy, wierzeniu w nią i czynieniu jej.

Nim przejdę dalej, chcę dodać jedno istotne zastrzeżenie dotyczące prawdy. Mocno wierzę, że pewne prawdy, prawdy podstawowe, można poznać tylko dzięki nadprzyrodzonej pomocy. Prawda jest jak góra lodowa. Prawda, którą poznajemy sami na podstawie naszych codziennych doświadczeń, to tylko czubek prawdy. Aby poznać głębsze prawdy, te najpotężniejsze i podtrzymujące życie, musimy przestać polegać na naszym intelekcie i zdolnościach obserwacji i zawierzyć Bogu, że On je przed nami odkryje.

Cheryl i jej kłamstwa – bliższy ogląd

Wróćmy do Cheryl. Zupełnie nie zdawała sobie sprawy zkłamstw, które powodowały jej cierpienie. Pamiętajmy, że wowiele większym stopniu skupiała się na zewnętrznych okolicznościach ibyła przekonana, że to one muszą się zmienić, żeby mogła być kiedykolwiek znowu szczęśliwa.Pozwólcie, że pokażę wam, wjaki sposób – zprawdą jako przewodnikiem– pomogłem Cheryl zobaczyć, wjakiej sytuacji się znajduje.

– Wspomniała pani, że niepokoi się bardzo, iż popełni błąd. Czy zawsze się pani obwinia, kiedy coś sknoci? – spytałem.

– Tak, nie powinnam popełniać błędów, zwłaszcza tych, które już kiedyś popełniłam – powiedziała.

– Dlaczego?

– Ponieważ błędy są głupie, ponieważ mądrzy ludzie nie popełniają błędów – powiedziała, sztywniejąc.

– Czy ma pani na myśli, że nie uważa się pani za mądrą osobę, jeśli kiedykolwiek popełni błąd? – spytałem.

– No cóż, nie czuję się zbyt mądra – z pewnością.

– Nie czuje się więc pani zbyt mądra albo nie lubi się pani, kiedy krzyczy na dzieci lub rozlewa sok pomarańczowy na podłogę albo przytyje? – spytałem.

– Niewielu ludzi lubi grube, niezdarne i złoszczące się matki – uśmiechnęła się znacząco.

– Naprawdę?

Przyjrzała mi się. – Wie pan, co mam na myśli…

– Nie, nie wiem. Co ma pani na myśli?

– A pan lubi siebie, kiedy popełnia błędy? – próbowała odwrócić sytuację.

– Nie podoba mi się, że popełniam błędy, staram się jednak nie robić z tego końca świata ani kwestii osobistej wartości – spokojnie spojrzałem na Cheryl. – Czy pani postępuje tak samo?

– Wartość! – zamyśliła się na chwilę. – Cóż, być może. Ale… Chcę robić wszystko najlepiej, jak potrafię!

– A jeśli nie dorówna pani standardom, jakie wyciągnie pani wnioski? Że jest pani nic niewarta?

– Cóż… Muszę przyznać, że czuję się nic niewarta, ale wiem – gdzieś w tyle głowy – że tak naprawdę nie znaczy to, że jestem nic niewarta – przyznała w końcu.

– Niech pani na chwilę wejdzie w rolę psychologa. Czy dostrzega pani jakieś kłamstwa w tym wszystkim, co pani sobie wmawia?

– Kłamstwa?

– Tak, kłamstwa.

– Nie, naprawdę nie – odpowiedziała.

– A jak to brzmi: „Nie jestem w stanie zaakceptować siebie, jeśli nie jestem doskonała”.

– Dlaczego to jest kłamstwo?

– Ponieważ nie pasuje do rzeczywistości. Nikt nie jest doskonały i jeśli będzie pani czekać, aż stanie się doskonała, żeby się zaakceptować, to będzie pani czekać przez resztę życia.

Uniosła brew. – Co pan mówi?

Pochyliłem się do przodu, spojrzałem jej prosto w oczy i powiedziałem z takim naciskiem, na jaki tylko mogłem się zdobyć:

– Wmawia sobie pani jedno kłamstwo po drugim i wierzy pani w nie. Dlatego jest pani w takiej depresji. Dlatego – w pewnym stopniu – pani stosunki z mężem i z dziećmi nie rozwijają się tak, jak by pani chciała. I dlatego pani wiara w Boga nie jest źródłem dobrego samopoczucia. Ale może się pani pozbyć tych kłamstw – całego cierpienia, które im towarzyszy – jeśli zechce pani poświęcić temu czas i wysiłek.

Przerwałem na chwilę, by pozwolić wszystkiemu, co powiedziałem, wybrzmieć w jej duszy. Spojrzała na mnie. Wyglądała na nieco zdziwioną. Obdarzyła mnie spojrzeniem spłoszonej łani, charakterystycznym dla osób, które są zbyt zszokowane, by uciec, i zbyt wystraszone, by pozostać na miejscu. Postanowiłem kuć żelazo, póki gorące, i zobaczyć, co z tego wyniknie.

– W jaki sposób może się pani na przykład okłamywać w kwestii wagi?

– Okłamywać? Cóż… – mruczała pod nosem, zastanawiając się.

– Jak się pani czuła, przygotowując dziś rano śniadanie?

– To łatwe. Czułam się brzydka. Czułam się głupia i nic niewarta, ponieważ przytyłam 15 kilogramów.

– Jakie kłamstwo lub kłamstwa mogą się kryć za tym samopoczuciem?

– Przypuszczam, że coś takiego: muszę być szczupła, żeby być cokolwiek warta – przerwała na chwilę, oparła się na kozetce, skrzyżowała ramiona idodała: – Albo że jeśli mam nadwagę, wszystko wmoim życiu jest okropne. Przypuszczam, że to są naprawdę kłamstwa. Pewnie zawsze to wiedziałam, ale nie sprawiło to, żebym poczuła się inaczej.

– To dobry początek – powiedziałem, i tak było. Cheryl mogła zobaczyć o wiele więcej swoich kłamstw w trakcie naszej wspólnej pracy. Mogła się przekonać, jak determinowały one jej postępowanie i zniszczyły zdrowie emocjonalne, jej związki z ludźmi i jej duchowe życie. Mogła dzielnie zastąpić wiele z tych kłamstw prawdą i zacząć doświadczać wolności od cierpień, które sprawiły, że przyszła do mojego gabinetu, by zasięgnąć rady.

Dostrzeżenie prawdy za murem kłamstw to ciężka praca. Jednak jeszcze cięższa jest próba czynienia tego samotnie. Potraktuj tę książkę jako drogę – drogę potencjalnie zmieniającą życie – do tego, by zobaczyć swoje kłamstwa takie, jakie są, ipowrócić do życia opartego na prawdzie. Na kolejnych stronach zamierzamy zdemaskować kłamstwa, wktóre wierzymy, kłamstwa udające prawdę, kłamstwa, które sprawiają, że jesteśmy nieszczęśliwi wmałżeństwie, wżyciu codziennym iwżyciu wiarą. Następnie pokażemy, co możemy zrobić, żeby pozbyć się tych kłamstw izastąpić je prawdą, która może nas wyzwolić.

Jak wspomniałem, często możesz czuć, że ta książka dotyczy ciebie, ale ujrzysz tu też swoich współpracowników, przyjaciół, rodzinę, anawet swego duszpasterza. Wierzymy wwiele kłamstw, wktóre wierzą ludzie przez nas znani ikochani. Ijeszcze jedno mamy wspólne – możliwość zmiany. Jednak prawda dotyczącą zmiany brzmi: musisz chcieć się zmienić. Jak Cheryl czynisz swoje życie pasmem nieszczęść ijak Cheryl możesz podjąć kroki, by coś ztym zrobić. Czy chcesz to zrobić? Przemyśl to, nim zaczniesz dalej czytać. Jeśli nie możesz uczciwie odpowiedzieć: „tak”, sugeruję, byś odłożył tę książkę inie sięgał po nią, zanim nie znajdziesz wsobie odpowiedniej motywacji.

Celem tej książki jest zdrowie oraz emocjonalna iduchowa pełnia wradzeniu sobie zrzeczywistością taką, jaka ona jest. Jeśli jesteś gotowy do rozpoczęcia wędrówki, wyłącz swój wewnętrzny magnetofon iczytaj.

Praca nad sobą

Na końcu każdego rozdziału zamierzam zadać ci zadanie domowe, które nazwałem pracą nad sobą. Ma to na celu sprowokowanie cię do zrobienia rzeczy, które pomogą ci przezwyciężyć kłamstwa, które sobie wmawiasz. Pierwsze zadanie polega na wypełnieniu kwestionariusza. Przeczytaj każde zdanie i wskaż, posługując się poniższą skalą, w jakim stopniu się z nim zgadzasz lub nie zgadzasz.

Chciałbym, abyś przestrzegał dwu podstawowych zasad: po pierwsze, jeśli to możliwe, unikaj wybierania liczby 4 jako swojej odpowiedzi (spróbuj unikać niezdecydowanych reakcji na poniższe zdania), po drugie, odpowiadaj instynktownie, a nie racjonalnie. Odpowiadaj tak, jak naprawdę myślisz!

1. Muszę być doskonały.

2. Wszyscy muszą mnie kochać i akceptować.

3. Łatwiej jest unikać problemów, niż się znimi zmierzyć.

4. Żebym był szczęśliwy, wszystko musi iść po mojej myśli.

5. Moim nieszczęściom winny jest ktoś inny.

6. Mogę mieć wszystko.

7. O mojej wartości decydują moje osiągnięcia.

8. Życie powinno być łatwe.

9. Życie powinno być sprawiedliwe.

10. Nie powinniśmy czekać na to, czego chcemy.

11. Ludzie są z gruntu dobrzy.

12. Wszystkim małżeńskim kłopotom jest winien mój małżonek (jest winna moja małżonka).

13. Jeśli nasze małżeństwo wymaga ciężkiej pracy, to widocznie nie jesteśmy dla siebie stworzeni.

14. Mój małżonek może i powinien (moja małżonka może i powinna) zaspokajać wszystkie moje emocjonalne potrzeby.

15. Mój małżonek zawdzięcza mi wszystko, co dla niego zrobiłam (moja małżonka zawdzięcza mi wszystko, co dla niej zrobiłem).

16. Nie muszę się zmieniać, by poprawić sytuację w moim małżeństwie.

17. Mój małżonek powinien być taki jak ja (moja małżonka powinna być taka jak ja).

18. Często robię z igły widły.

19. Często biorę wszystko do siebie.

20. Widzę świat w czarno–białych barwach.

21. Często szczegóły przesłaniają mi istotę rzeczy.

22. Wierzę, że przeszłość determinuje przyszłość.

23. Często kieruję się uczuciami, a nie faktami.

24. Na miłość Boga trzeba sobie zasłużyć.

25. Bóg nienawidzi grzechu i grzesznika.

26. Ponieważ jestem chrześcijaninem, Bóg będzie mnie chronił przed bólem i cierpieniem.

27. Wszystkie moje kłopoty są skutkiem moich grzechów.

28. Moim chrześcijańskim obowiązkiem jest zaspokajanie potrzeb innych.

29. Dobry chrześcijanin nie odczuwa złości, zaniepokojenia, ani nie popada w depresję.

30. Bóg nie może się mną posłużyć, jeśli nie jestem duchowo silny.

Wierzę, że każde zdanie z tego kwestionariusza to kłamstwo, pewien sposób umysłowego zniekształcania rzeczywistości (por. Aneks B – świeckie i biblijne prawdy, które kwestionują te kłamstwa). Dlatego im bardziej się zgadzasz z każdym z tych zdań, tym bardziej zgadzasz się z kłamstwem. Przejrzyj swoje odpowiedzi i zaznacz każdą, której przyznałeś 5, 6 lub 7 punktów. To kłamstwa, w które wierzysz najmocniej i na które możesz chcieć zwrócić uwagę, czytając tę książkę.

Teraz zrób krok dalej. Napisz na kartce, dlaczego kłamstwa, z którymi się zgadzasz, są kłamstwami. Co dowodzi tego, że zdania, z którymi się zgadzasz, prezentują błędny sposób myślenia? Na przykład, dlaczego zdanie „Wszyscy muszą mnie kochać i akceptować” jest nieprawdziwe? Co w rzeczywistości dowodzi tego, że jest to błędne myślenie? Jeżeli nie możesz dowieść, że to nieprawda, będziesz dalej tak myśleć i dalej będzie to niszczyć ciebie i twoje związki z ludźmi.

Jeśli wypełniłeś kwestionariusz i zapisałeś, dlaczego kłamstwa, z którymi się zgadzasz, są kłamstwami, chcę, żebyś zrobił jeszcze jedną rzecz – weź głęboki oddech i pogratuluj sobie! Zrobiłeś już pierwszy krok na drodze do pokonania kłamstw, które sobie wmawiasz, i jesteś na drodze ku lepszemu życiu.

2

Samooszukiwanie

Nie ma nic prostszego

niż oszukiwanie samego siebie,

ponieważ jesteśmy gotowi

wierzyć w to, co chcemy.

Demostenes

Julie zaczęła wizytę w moim gabinecie od wylania czary goryczy.

– Nic mi się nie udaje – narzekała. – Na przykład jazda tutaj. Zablokowała mnie ciężarówka wioząca żwir. Nagle żwir był wszędzie. Uderzył w przednią szybę mojego samochodu i zbił ją. Próbowałam szybko zjechać, żeby uniknąć zupełnego przysypania, ale inni kierowcy nie wpuścili mnie na sąsiedni pas i trąbili na mnie tak, że obudziliby umarłego. Dlaczego właśnie mnie się coś takiego przytrafia?

– Bywają takie dni. Z tego, co pani mówi, wynika, że uważa pani, iż inni mają lepiej.

– Według mnie tak jest. Życie innych wydaje mi się o wiele łatwiejsze niż moje. Czuję, że w moim wypadku wszystko dzieje się na odwrót. Mąż zostawił mnie dla innej kobiety. Ledwo wiążę koniec z końcem. Syn ma problemy z nauką, codziennie zmaga się w szkole i przychodzi do domu zapłakany. W zeszłym tygodniu okazało się, że mój ojciec jest w takim stanie, że powinien trafić do domu opieki, i nie ma nikogo innego oprócz mnie, kto mógłby to zorganizować.

– A do tego wszystkiego żwir rozbił przednią szybę samochodu – dodałem.

– Tak, żwir rozbił mi szybę. Jeśli tak dalej pójdzie…

Wielu z nas czuje się jak Julie. Myślimy, że innym jest łatwiej niż nam. Wierzymy, że zło dotyka nas w sposób szczególny. Wmawiamy sobie, że póki wszystko nie potoczy się po naszej myśli, nie możemy być szczęśliwi. Stajemy się rozgoryczeni i użalamy się nad sobą. Możemy nawet zacząć myśleć, że nie da się uniknąć ponurej przyszłości i że nie warto żyć. Julie walczyła, by emocjonalnie utrzymać się na powierzchni – wszystko dlatego, że wierzyła w wiele kłamstw, że oszukiwała samą siebie.

Jeśli oszukujemy samych siebie – jak sugeruje Demostenes wcytacie otwierającym ten rozdział – często wyrażamy wten sposób to, co chcemy, aby było prawdą. Czyż nie byłoby wspaniale, gdyby wszystko szło po naszej myśli? Małżonkowie byliby wierni, dzieci nie trzeba by było brać wkarby inie byłoby kolejek do kasy. Brzmi to świetnie. Tyle że zupełnie czym innym jest pragnienie, żeby życie tak wyglądało, aczym innym oszukiwanie się polegające na tym, że uważamy, iż takie jest.

Pięć kłamstw, które omówimy w tym rozdziale, działa prawdopodobnie najbardziej niszcząco na ludzką duszę. Niweczą one jakiekolwiek szanse na życie, wolność i osobiste szczęście. Zacznijmy od kłamstwa, które uważam za najgorsze w tym względzie – kłamstwa, które szerzy się w naszym nastawionym na osiąganie sukcesu świecie.

Muszę być doskonały

Jim, odnoszący wiele sukcesów członek kierownictwa firmy tworzącej systemy komunikacyjne, przyszedł do mnie kilka lat temu. Opowiedział mi, jak przez większość swojego życia walczył z kompleksem niższości i jak próbował pokonać go, zostając ciężko pracującym człowiekiem sukcesu. Nic z tego, co osiągnął, nie sprawiło, że w lepszym świetle zobaczył siebie lub swoje życie. W rzeczywistości cierpiał na chroniczną depresję i tylko w niewielkim stopniu odczuwał radość i satysfakcję.

– Myślę, że chodzi o to, że nienawidzę siebie – powiedział mi pewnego dnia.

– Jak pan myśli, skąd ta nienawiść? – spytałem.

– Naprawdę nie wiem. Nigdy nie czuję, że robię coś tak dobrze, jak powinno to być zrobione.

– Nigdy?

– Nigdy! – powiedział Jim, splatając ramiona. Siedział sztywno wyprostowany, jakby połknął kij. Myślę, że odpowiadał tak wiele razy.

Jim mówił coś nadzwyczajnego. Większość z nas uważa, że to, co robimy, robimy dobrze. Jego odpowiedź rzucała światło na to, jak wielkim jest on perfekcjonistą.

– Wie pan, że jest zdolny. Dziwi mnie, gdy mówi pan, że niczego nie robi pan dostatecznie dobrze.

– Tak, to prawda.

– Może pańskie wymagania są zbyt wysokie.

Jim wzdrygnął się. Widocznie nie spodobało mu się to, co powiedziałem.

– Nie sądzę, by moje wymagania były zbyt wysokie. To one sprawiły, że osiągnąłem w życiu to, co osiągnąłem.

– I gdzie to jest?

Spojrzał na mnie. Wyglądał tak, jakby ktoś spuścił z niego powietrze. Znał odpowiedź na to pytanie.

Większość perfekcjonistów myśli w taki sam sposób jak Jim. Mają oni nierealistycznie wysokie wymagania, których nigdy nie spełniają, a co więcej, nigdy nie mogliby spełnić, trzymają się ich jednak, jakby to od nich zależało całe ich życie. Bezlitośnie się karzą, jeśli nie udaje im się spełnić tych oczekiwań. Nawet jeśli są w depresji, czy wręcz w nastroju samobójczym, pomysł, by ograniczyć oczekiwania, wydaje im się bluźnierczy. Na własną szkodę trzymają się swego perfekcjonizmu tak, jakby była to jedyna droga zapewniająca szczęście i sukcesy, podczas gdy – owszem – zapewnia, ale coś dokładnie odwrotnego.

Każdy z nas czuje się do pewnego stopnia gorszy, tak jak Jim. Taka jest ludzka natura. Jak ujął to kiedyś psycholog Alfred Adler: „Być człowiekiem oznacza czuć się gorszym”. Niektórzy z nas radzą sobie z kompleksem niższości w ten sposób, że akceptują swoje niedoskonałości i próbują robić wszystko, co można, by je naprawić. Na nieszczęście, niektórzy z nas walczą z tymi uczuciami, starając się kompensować poczucie niższości i próbując być doskonałymi. „Jeśli mogę być doskonały, to w końcu mogę uśpić kompleks niższości i zaakceptować siebie”. Jednakże każde dążenie do perfekcji jest skazane na niepowodzenie.

Czym dokładnie jest perfekcjonizm? Co cechuje perfekcjonistę? Dr David Burns, psychiatra, ekspert w tej dziedzinie, daje dobrą odpowiedź:

Nie chodzi mi o zdrowe dążenie do doskonałości ze strony mężczyzn i kobiet, którzy czerpią rzeczywistą przyjemność z zaspokajania swoich wysokich wymagań. Bez dbania o jakość, życie wydawałoby się płytkie; prawdziwe dokonania byłyby rzadkością. Perfekcjoniści, o których mówię, to osoby o wymaganiach zdecydowanie przekraczających możliwości lub rozsądek, osoby bezustannie dążące w sposób nieopanowany do niemożliwych celów i mierzące swą własną wartość jedynie w kategoriach produktywności i dokonań2.

Przypomina ci to twoją sytuację? Jeśli tak, zbyt dobrze znasz emocjonalną cenę, którą płaci się za bycie perfekcjonistą. Potrzeba bycia doskonałym tworzy sytuację bez wyjścia. Kiedy coś osiągasz, jedyne, co możesz sobie powiedzieć, to: „Oto, co powinienem zrobić. Nic wielkiego”. Jeśli w czymś zawiedziesz, nawet w drobnej rzeczy, bez wątpienia myślisz: „Co się ze mną dzieje?”, „Co za idiota ze mnie, nic nie potrafię zrobić dobrze”. Tak czy owak tracisz.

Jeśli mówię bez ogródek o tym kłamstwie, to dlatego, że walczyłem z nim, ledwo odrosłem od ziemi. Pamiętam, jak się kiedyś martwiłem, że uzyskałem 100 punktów na teście w szkole podstawowej, podczas gdy można było zdobyć pięć dodatkowych, a mnie się nie udało. Gdy grałem w tenisa w szkole średniej i na studiach, potrafiłem rzucać rakietami przez cały kort, kiedy nie zagrałem „doskonale”. Zniszczyłem w złości tyle rakiet, że utrzymywałem miejscowy sklep sportowy. Robiłem z siebie głupka częściej, niż mi się wydaje. Dlaczego? Ponieważ wierzyłem, że nie będzie dobrze, jeśli nie zagram doskonale.

Jim zaczął stawiać czoło swojemu zmaganiu się z perfekcjonizmem jako mój pacjent. Wśród kilku spraw, które na nim wymogłem, było to, by zaakceptował, że jest człowiekiem, a nie maszyną, i nauczył się stawiać małe kroki, zamiast skakać przez płot we wszystkim, co robi. Nasza wymiana zdań wyglądała następująco:

– Proszę zobaczyć, jeśli nie będę usiłował być doskonały, będę po prostu mierny – powiedział Jim, przyznając się do swego największego lęku.

– Zatem chce pan być robotem? – spytałem.

Jim bębnił palcami po oparciu fotela, nagle przestał to robić ispytał:

– Co takiego?

– Tylko robot, maszyna, mogą być doskonałe.

Jim się roześmiał. Po raz pierwszy od kilku spotkań widziałem go śmiejącego się.

– To zabawne, że tak pan to ujął; często czuję się jak robot albo tak, jakbym próbował nim być.

– I jak się pan wtedy czuje?

– Okropnie – westchnął Jim. – Czuję się zesztywniały. Sparaliżowany. Jakbym nie mógł być normalną osobą.

– No właśnie – powiedziałem. – Perfekcjonizm nie pozwala panu być człowiekiem, prawda? Paradoksalnie, myślę, że im bardziej pozwoli sobie pan być człowiekiem i im bardziej realistyczne będą pana wymagania, tym będzie pan szczęśliwszy i tym lepiej będzie pan sobie radził. Można zjeść ciastko i mieć ciastko – osiągnąć szczyt i pozostać zdrowym człowiekiem.

Jim myślał przez chwilę. Potem powiedział:

– Teoretycznie brzmi to rozsądnie, skąd jednak będę wiedział, kiedy jestem realistą, a nie perfekcjonistą?

– To dobre pytanie. Jest pan golfistą, prawda? Jaki jest pański średni wynik na 18 dołków?

– Zwykle mam około 90 punktów – powiedział.

– Czy mógłby pan poprawić go dziś i zdobyć 72? – spytałem.

– Nie, to nie byłoby możliwe – przyznał.

– Dlaczego nie? – naciskałem.

– To jest po prostu nierealistyczne. Nikt nie może poprawić tak wielu uderzeń w jednej próbie. Przynajmniej ja nie mogę.

– Czy zatem nie byłoby realistyczne spróbować dokonać drobnych ulepszeń w grze w golfa? Co myśli pan o takich realistycznych celach, jak ten, by częściej pochylać głowę lub trzymać swoje lewe ramię bardziej sztywno, tak żeby mógł pan zmniejszyć wynik o jedno, dwa uderzenia na miesiąc, zamiast perfekcyjnie wyróżniać się na kursie golfa, myśląc, że może pan grać od razu jak Tiger Woods? To skrajna postać perfekcjonizmu polegająca na myśleniu, że powinno się trafić do dołka za każdym razem, gdy się uderzy piłkę. Nikt, nawet Tiger Woods nie może tego zrobić, a podejmowanie takich prób jest daremne i odnosi przeciwny skutek.

Jim długo bębnił palcami po oparciu fotela, nim powiedział:

– Zaczynam rozumieć, do czego pan zmierza. Przypuszczam, że mógłbym popracować nad drobnymi ulepszeniami.

Jim zaczynał rozumieć. Najpierw zaakceptował, że perfekcjonizm odnosi przeciwny skutek. Zaczął zdawać sobie sprawę, że pokonanie go wymaga tego, by pozwolił sobie popełniać takie same błędy jak inni śmiertelnicy. Musiał się skupić na tym, by robić wszystko, co wjego mocy, inie martwić się oto, jak wypada on wporównaniu zinnymi. Oznacza to dopuszczenie, by „dostatecznie dobre” było dostatecznie dobre, atakże gotowość do tego, by postrzegać błędy raczej jako możliwość nauki irozwoju niż jako podstawę do oskarżania ipotępiania samego siebie. Należy raczej skupić się na czynieniu postępów zmierzających do celu niż na oczekiwaniu, że się osiągnie go natychmiast.

Jim ciężko pracuje nad przezwyciężeniem swojego perfekcjonistycznego podejścia do życia. Wciąż jest znatury „motorniczym” iprawdopodobnie zawsze do pewnego stopnia nim pozostanie, jednak powoli jako człowiek uczy się akceptować swoje ograniczenia istawia sobie bardziej realistyczne wymagania. Po raz pierwszy od lat odczuwa satysfakcję izadowolenie ze swego życia. Zaczyna doświadczać pozytywnych uczuć, wmiarę jak stopniowo pozbywa się kłamstwa ooczekiwaniu, by być doskonałym. Jim narzucił sobie dyscyplinę, skupiając się na byciu tym, kim może być, zamiast starać się być kimś doskonałym, kim nigdy nie mógłby być. No icóż – lepiej gra wgolfa.

Wszyscy muszą mnie kochać i akceptować

Ludzie, którzy się wten sposób okłamują, zasadniczo mówią sobie: „Istotne, żeby każdy, zkim się kontaktuję, lubił mnie/akceptował mnie/cenił mnie/kochał mnie/uważał, że jestem genialny – winnym wypadku nie warto żyć”. Tacy ludzie stają się społecznymi kameleonami wtym sensie, że często zmieniają „barwy”, dopasowując się do interpersonalnego „terenu”, wktórym funkcjonują, po to by każdy ich cenił. Jeśli jednak trwa to dość długo, tracą poczucie tego, kim są naprawdę, oraz swoje prawdziwe „barwy”. „Kim jestem? Co naprawdę myślę? Co naprawdę czuję?”. Takie pytania słyszę od moich pacjentów obarczonych tym kłamstwem.

Denise dorastała jako „zadowalacz” iczerpała większość swojej tożsamości ipoczucia bezpieczeństwa ztego, że robiła wszystko, by inni byli szczęśliwi wjej towarzystwie. Zawsze miała dobre oceny. Rzadko sprawiała rodzicom kłopoty iprawie we wszystkim zgadzała się ze swymi przyjaciółmi. Teraz, wwieku 23 lat, zaczynała dostrzegać, że wszystkie te lata, przez które zadowalała innych ludzi, zostały opatrzone wielką metką zceną. Jedno zpierwszych zdań, które wyrzekła, powiedziało mi oniej wszystko: „Nie mogę znieść, jeśli ktoś jest na mnie zły. Czuję, że muszęcoś zrobić, żeby się do mnie lepiej odnosił”. Potem spuściła wzrok. Nie należała do osób, które utrzymują kontakt wzrokowy zrozmówcą.

– Czy coś się stało ostatnio? – zapytałem.

– Zaczęłam chodzić do Kościoła zupełnie innego wyznania niż moi rodzice. Nie podoba im się to i wywierają na mnie presję, żebym wróciła – wymamrotała.

– Jak by się pani czuła, gdyby to zrobiła?

Denise spojrzała mi prosto w oczy.

– Nienawidziłabym tego. Ten nowy Kościół to jest coś, czego szukałam, i czuję się w nim bliżej Boga. Ale mamusia i tatuś doprowadzają mnie do szaleństwa. Czuję się, jakbym miała zaraz wybuchnąć! Nie wiem, co zrobić!

– Mam wrażenie, że wie pani, co zrobić.

– Ja wiem? Co? Uważa pan, że muszę pójść do tego nowego Kościoła?

– Czy nie to właśnie mi pani mówi? Niech pani mi nie pozwala wkładać sobie w usta słów, których nie wypowiedziała – powiedziałem, zdając sobie doskonale sprawę, że może chcieć także mnie zrobić przyjemność.

– Tak – powiedziała cicho – tak jest. Naprawdę chcę tam zostać.

– A co ze zgodą pani rodziców? – spytałem.

– Naprawdę niedobrze mi z tym, że jej nie mam. Może mogę im to wytłumaczyć i zrozumieją?

– A jeśli nie?

– Czułabym się okropnie – powiedziała. – Wiem, że muszę być bardziej niezależna od tego, co oni sobie myślą, ale naprawdę z tym walczę.

Potrzeba akceptacji odczuwana przez Denise, podobnie jak perfekcjonizm, to sytuacja bez wyjścia. Jeśli zyskujesz czyjąś akceptację, nie możesz się nią naprawdę cieszyć, ponieważ, by ją pozyskać, zmieniłeś „barwy” i nie byłeś sobą. Jeśli pozwolisz sobie być tym, kim jesteś, i ktoś cię nie polubi, niepokoisz się i wewnętrznie kurczysz. Każdy dzień przynosi to samo wycieńczające zadanie: Czy mogę zyskać i utrzymać akceptację otoczenia?

Kłamstwo to oddaje nasze dobre samopoczucie psychiczne w ręce innych. Daje ono ludziom sporą władzę nad nami i niektórzy chętnie to wykorzystają. Manipulacja – szczególnie ze strony najbliższych – odbywa się zbyt łatwo. My, zadowalacze, kończymy jako ofiary, które bardziej się troszczą o innych niż o samych siebie, i często ukrywamy naszą urazę i gorycz.

Wrzeczywistości niektórzy ludzie nigdy nas nie polubią, niezależnie od tego, kim jesteśmy lub co robimy. Próbując zyskać sympatię iakceptację każdego przez notoryczne zadowalanie innych, tracimy poczucie tego, kim naprawdę jesteśmy. Nigdy nie możemy prawdziwie się cieszyć tym, że inni nas lubią, ponieważ czujemy, że „oszukaliśmy” ich, zabiegając oich uznanie. Konkluzja jest taka, że musimy być dość odważni, by być tym, kim jesteśmy, ibronić tego, co uważamy za właściwe, niezależnie od tego, ile to może kosztować, atakże pozwolić, by to był problem drugiej osoby, jeśli nas ztego powodu nie lubi.

Jako osoba, która zmaga się zpragnieniem zadowalania innych, wiem, że wszystko to łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Trudno jest dokonać zmiany polegającej na przejściu od szukania akceptacji uwszystkich do autentycznego bycia tym, kim się jest, iżycia wzgodzie zprawdziwymi wartościami. Kroki zmierzające wtym kierunku są bardzo bolesne. Jednak ich niepodejmowanie czyni nasze życie jeszcze bardziej bolesnym. Wefekcie posiadanie akceptacji wielu osób nie będzie miało znaczenia, jeśli zyskamy ją kosztem prawego życia. Co nam to da, jeśli zyskamy uznanie całego świata, ale po drodze stracimy nasze własne dusze? Zupełnie nic.

Łatwiej jest unikać problemów,niż się znimi zmierzyć

Kiedy byłem wykładowcą akademickim, zauważyłem niezwykle interesujące zjawisko wśród moich studentów. Poleciłem im coś przeczytać, ale większość z nich tego nie zrobiła! Wyobrażacie sobie? Odkryłem to, ponieważ zrobiłem test (musielibyście słyszeć te jęki!). Studenci, którzy nie wykonali zadania, musieli wierzyć, że najlepszym sposobem radzenia sobie z problemami w życiu, jest ich unikanie. Te osoby straciły masę czasu na zamartwianie się, nie zaliczały testów, miały kiepskie wyniki z mojego przedmiotu i często zamiast studiować cztery lata, studiowały siedem, wciąż jednak myślały, że unikanie bolesnych spraw to najłatwiejsza droga.

Inni studenci, mniej liczni, odrabiali zadanie, czy im się chciało, czy nie. Wracali do swoich pokojów, mieszkań lub uczelnianej biblioteki i rozgryzali problemy zawarte w książkach, nawet jeśli nie mieli na to ochoty. Gdy mieli napisać test, byli przygotowani. Gdy otrzymywali ostateczne oceny, mieli dobre wyniki. A kiedy mijały cztery lata studiów, kończyli ten etap i otrzymywali absolutorium.

Osoby, które wykonują uniki, w swoim życiu ignorują problemy, mając nadzieję, że te znikną albo rozwiążą je za nie inni. Oczywiście wszyscy doskonale wiemy, że problemy tak po prostu nie znikają i że nasze życie staje się gorsze, kiedy nie chcemy stawić im czoła. Psychiatra Scott Peck zauważył w The Road Less Traveled (Droga mniej uczęszczana), że:

Lęk przed bólem powoduje, że prawie wszyscy – w mniejszym lub większym stopniu – próbują unikać problemów. Zwlekamy, mając nadzieję, że znikną. Ignorujemy je, zapominamy o nich, udajemy, że ich nie ma… Próbujemy raczej uwolnić się od nich, niż je przecierpieć.

Tendencja do unikania problemów i nierozerwalnie z nimi związanego emocjonalnego cierpienia jest główną przyczyną wszystkich chorób psychicznych3.

Jestem przekonany, że zbyt wielu z nas jako rodzice psuje swoje dzieci, chroniąc je przed problemami w imię głupiej „miłości” umacnianej przez to kłamstwo. Na nieszczęście, w odniesieniu do moich dzieci robię to bardzo często.

Kilka lat temu zaczęliśmy chodzić do nowego Kościoła. Mój mały wtedy synek Matt nie był zachwycony zajęciami w szkółce niedzielnej. Za każdym razem, gdy tam szedł, bardzo głośno wyrażał swoje uczucia. Zostawianie go płaczącego i przerażonego było – delikatnie mówiąc – nieprzyjemne. Przez sześć niedziel z rzędu chciałem powiedzieć: „co tam”, odwrócić się, wziąć go na ręce i zabrać z nami do „dużego” kościoła. Takie tymczasowe rozwiązanie odsunęłoby jego problem i wszyscy poczulibyśmy się lepiej. Na dłuższą metę byłoby jednak katastrofalne w skutkach. Matt zacząłby oczekiwać, że wybawię go zawsze, w każdej sytuacji, gdy tylko będzie dość głośno płakał, a ja zostałbym wbity w schemat tatusia wybawiającego z opresji ryczącego bachora. Wytrzymałem więc, stawiając czoło problemowi, i Matt też się tak zachował – uczestnicząc w zajęciach, których początkowo nie lubił. I jak to się często zdarza, dojrzał i polubił szkółkę niedzielną do tego stopnia, iż był zły, kiedy nie mógł do niej pójść.

Wciąż jednak wszystko psułem. Pewnego wieczoru w ubiegłym roku szkolnym siedziałem do drugiej w nocy, wykańczając pracę szkolną mojego syna, podczas gdy on smacznie spał. Stawiałem czoło jego problemowi zamiast niego, nie zmuszając go do tego, by sam stanął z nim twarzą w twarz. Czuję się okropnie, gdy tak postępuję.

Jeśli rodzice regularnie chronią dziecko przed problemami, zostaje ono pozbawione możliwości rozwinięcia umiejętności radzenia sobie, które są potrzebne w życiu. Często wyrasta na dorosłego, który jest niekompetentny, który nie cieszy się zaufaniem i który ciągle oczekuje od innych, że rozwiążą za niego jego problemy. Musimy, bezwzględnie musimy, okazać swoim dzieciom naszą miłość, zmuszając je, by zmierzyły się z własnymi problemami, nawet jeśli miałyby pomyśleć, że jesteśmy „najstraszniejszymi, najokropniejszymi rodzicami na ziemi”. Może to zająć dwadzieścia lat i więcej, ale w końcu nam podziękują.

My, jako dorośli, musimy dać naszym dzieciom przykład, stawiając czoło własnym problemom. Nie możemy sobie pozwolić, by być jak ci studenci, którzy nie odrabiają zadania domowego, po prostu dlatego, że jest to nieprzyjemne. Każdy dzień niesie z sobą dostatecznie wiele problemów, które przypominają wielką kulę śniegową toczącą się po równi pochyłej imiażdżącą nas wkońcu, jeśli nie mamy odwagi się znimi zmierzyć każdego dnia.

Osoby, które unikają swoich problemów, zwykle wdłuższej perspektywie mają ich jeszcze więcej. Te, które mocują się znimi każdego dnia, oszczędzają sobie niepotrzebnego cierpienia po drodze. To takie proste.

Żebym był szczęśliwy, wszystkomusi iść po mojej myśli

Kiedyś moim pacjentem był nastolatek mający obsesję na punkcie spraw, które muszą się toczyć wpewien sposób, by jego dzień był udany. Poprosiłem więc, by sporządził listę tego, co musi się wydarzyć, aby miał dobry dzień. Jego niewiarygodnie szczegółowy spis wyglądał następująco:

Budzi mnie ulubio

na muzyka w

radiu.

Wkładam ulubione rzeczy i

buty do gry w

tenisa.

Na śniadanie jem tylko to, co lubię.

Siedzę z

tyłu szkolnego autobusu.

Wszyscy koledzy są dla mnie mili przez cały dzień.

Wieczorem jeżdżę na deskorolce.

Nie mam żadnych zadań domowych.

Przez cały wieczór oglądam w

telewizji swoje ulubione programy.

Idę do łóżka wtedy, kiedy mam ochotę.

Rodzice nie zawracają mi głowy przypominaniem o

obowiązkach i

dbaniu o

porządek w

pokoju.

Lista była tak długa i szczegółowa, że naprawdę niemożliwe było, ażeby wszystko toczyło się według jego planu. Wkonsekwencji żaden dzień nie był dla niego szczęśliwy. Zawsze coś było nie tak.

Bądźmy uczciwi: Czy jesteś człowiekiem, który może się cieszyć życiem tylko wtedy, gdy wszystko się toczy po twojej myśli? Czy możesz być szczęśliwy, jeśli twój samochód się psuje, ktoś rozmawia zbyt głośno wkinie, wrestauracji kelnerzy ruszają się jak muchy wsmole, kolega zawsze się spóźnia na spotkanie, awpralni zniszczono ci ulubiony garnitur lub sweter? Tak, tak twierdzisz?

Wrzeczywistości czasami (częstokroć?) nie wszystko idzie po naszej myśli. Światła zmieniają się na czerwone akurat wmomencie, gdy zbliżamy się do skrzyżowania; ktoś nam przeszkadza, gdy jesteśmy zajęci; dzieci rozlewają sok zwinogron na dopiero co zakupiony markowy dywan; afirmy nas zwalniają, kiedy redukują zatrudnienie. Witajcie wprawdziwym świecie! Jak wielu znas potrafi to rzeczywiście zaakceptować, nie dopuszczając, by obróciło się to wwielkie źródło urazy? Jak wielu znas radzi sobie zżyciem? Zmoich obserwacji wynika, że niewielu.

Kilka lat temu włożyłem kasetę do magnetowidu, ale zaraz się cofnęła. Ponieważ nasz magnetowid nie ma funkcji automatycznego wysuwania kasety, uniosłem plastikową osłonkę, żeby się zorientować, oco chodzi, iokazało się, że wewnątrz naszego kosztownego magnetowidu znajdowały się dwa samochodziki, patyczek ikilka plastrów zopatrunkiem! Mój synek przechowywał tam swoje najcenniejsze skarby. Wtamtej chwili, myśląc owysokim rachunku za naprawę, byłem wściekły, że nie wszystko toczy się po mojej myśli. Iwtej samej chwili sączyłem wsiebie kłamstwo, że nie mogę być szczęśliwy (albo zadowolony lub spokojny czy być wjakimkolwiek innym emocjonalnie „dobrym” stanie) wkontekście tego, co się właśnie zdarzyło. Jak straszną cenę płacimy za myślenie, że sprawy muszą iść po naszej myśli, byśmy byli szczęśliwi.

Uważam, że kłamstwo „po naszej myśli” najgorsze jest wmałżeństwie. Wwielu małżeństwach „ja” jest tak silne, że „my” nigdy nie może się rozwinąć. Te małżeństwa często stają się niczym więcej niż dwoma „ja” ciągnącymi wprzeciwnych kierunkach iwciąż walczącymi, czasem onajgłupsze sprawy.

Przypominają mi się moi pacjenci, Jon i Debbie, młodzi małżonkowie. Byli zakochaną w sobie, nierozłączną studencką parą. Jednak przez pierwsze pół tuzina wizyt u mnie siedzieli na przeciwnych brzegach kozetki. Przez pięć lat małżeństwa – poza kilkoma pierwszymi miesiącami – stale ze sobą walczyli.

– Czuję, że Debbie zawsze musi postawić na swoim – z goryczą zauważył Jon podczas jednej z wizyt.

– Czuję to samo w odniesieniu do ciebie – dodała Debbie. – Jesteś zawsze tak skupiony na tym, czego ty chcesz, że w ogóle nie zauważasz, czego ja pragnę.

– To nieprawda. Stale coś dla ciebie robię – odpowiedział Jon.

– Tylko wtedy, kiedy nie masz nic przeciwko temu – mruknęła pod nosem Debbie, odsuwając się jeszcze dalej na brzeg kozetki.

– W porządku – powiedziałem – przerwijmy na chwilę. Jak odnoszą się państwo do słowa „my”?

Oboje patrzyli na mnie, jakbym postradał zmysły.

– Nie bardzo wiem, co ma pan na myśli – powiedziała w końcu Debbie.

– Że „ja” w państwa małżeństwie jest silniejsze niż „my” i oboje was to drażni. Czy myślą państwo w kategoriach „ja”, czy „my”?

– Przypuszczam, że w większości wypadków „ja” – powiedział Jon, pochylając się i unosząc podejrzliwie brwi.

– Tak, ja też. Bardziej skupiam się na sprawdzaniu, że dostaję to, czego chcę, niż upewniam się, że Jon otrzymuje to, czego pragnie – dodała Debbie.

– To oczywiste, że oboje zadajecie ból – powiedziałem. – Jeśli jedno z was postawi na swoim, zwykle robi to kosztem drugiej strony, na czym z kolei cierpi wasze małżeństwo.

– Nie chcę się do tego przyznać – powiedział Jon, przyznając się – ale tak bardzo zależy mi na tym, żeby wywalczyć od Debbie to, czego chcę, że nie myślę w ogóle o tym, że tracimy na tym oboje.

Potem Jon opowiedział, jak poprzedniego wieczoru wybierali się do kina. Oczywiście nie chcieli obejrzeć tego samego filmu i żadne z nich nie chciało poświęcić się i zgodzić z wyborem dokonanym przez drugą stronę. Stoczyli wielki spór o to, na który film pójść, i w efekcie źli pojechali do domu, nie oglądając żadnego. Mentalność „ma być tak, jak ja chcę” była pocałunkiem śmierci dla życia intymnego i harmonii tego wieczoru i kosztowała ich pięć lat nieszczęśliwego małżeństwa.

Wiele rozmawialiśmy o tym, jak negocjować, by mogli uniknąć tego rodzaju sporów. Mówiliśmy o znaczeniu, jakie ma wzajemne służenie sobie (spróbujcie w obecnych czasach sprzedać tę ideę!), o rozwijaniu silnej mentalności „my” w małżeństwie, zawieraniu, gdy trzeba, kompromisu i niedopuszczaniu do tego, by egoizm niszczył ich małżeństwo. Opowiadaliśmy sobie o twardym upieraniu się przy swojej opinii (Debbie absolutnie nie chciała chodzić na filmy akcji), ale byciu elastycznym, kiedy to możliwe. Kiedy „my” w ich małżeństwie zaczęło zastępować „ja”, stosunki między nimi się poprawiły i nawiązali ponownie intymną relację.

Życie ma paskudny zwyczaj przypominania nam, że nie zawsze toczy się tak, jak chcemy. Dowody na to mamy co dnia. W tym kontekście musimy dokonać wyboru. Możemy dostawać napadu złości za każdym razem, gdy życie nie traktuje nas po królewsku, albo przestać się mądrzyć i zaakceptować, że jesteśmy poddawani próbom tak samo często, jak każdy inny człowiek na tej planecie.

Następnym razem, gdy coś pójdzie nie po twojej myśli, zdecyduj się zaakceptować to, zrobić, co tylko możesz, by sobie ztym poradzić, ipoczuj się zadowolony, anawet spokojny, niezależnie od tego, co się stało. Czy stawianie takiego wyzwania jest zmojej strony idealistyczne?Być może, ale odwrotne postępowanie nie jest wielkim wyzwaniem, prawda?

Moim nieszczęściom winny jest ktoś inny

„Wkurzasz mnie, kiedy tak robisz”.

„To, co powiedziałeś wczoraj, naprawdę zraniło moje uczucia”.

„Nie wrzeszczałbym na ciebie, gdybyś ty pierwsza nie wrzasnęła”.

„Nie byłbym takim bałaganiarzem, gdyby rodzice dobrze mnie wychowali”.

Głównym tematem tej książki jest to, że nasz sposób myślenia o tym, co się przydarza w życiu, buduje nas lub łamie. Kłamstwo, któremu się właśnie przyglądaliśmy, mówi o tym, że nim będziemy szczęśliwi, wszystko musi iść po naszej myśli. Kłamstwo, na którym chcę się skupić teraz, posuwa ten chory pogląd jeszcze krok dalej. Wskazuje ono, że zewnętrzne okoliczności powodują, iż czuję i działam w okreś-lony sposób. To nastawienie pozwala mi zrzucić odpowiedzialność za wszystkie moje emocjonalne porażki i złe działania na kogokolwiek lub cokolwiek innego. Wskazuję palcem przed siebie. Nie biorę żadnej odpowiedzialności.

Pozwól, że dam przykład na to, o czym mówię. Wyobraź sobie, że stoisz w długiej kolejce do kasy w kinie, a zostało pięć minut do rozpoczęcia seansu. Kolejka posuwa się powoli, a ty z każdą chwilą jesteś coraz bardziej zirytowany. Kątem oka dostrzegasz dwoje ludzi, którzy podchodzą i wpychają się do kolejki przed tobą. Wszystko się w tobie gotuje, para bucha uszami i jesteś tak wściekły, że mógłbyś oboje zastrzelić na miejscu.

A teraz pozwól, że zadam pytanie. Co cię tak rozwścieczyło? Jeśli jesteś uczciwy, będziesz musiał przyznać, że wierzysz, iż rozwścieczyło cię to, że tych dwoje ludzi miało czelność wepchnąć się przed tobą, prawda? To ich wina, że jesteś wściekły, prawda? No cóż, jesteś wbłędzie. Nie rozwścieczyło cię to, co oni zrobili. Nic, powtarzam, nic nie może cię rozwścieczyć (lub uszczęśliwić czy zasmucić). Zewnętrzne wydarzenia nie mają siły sprawczej, by zmusić nas, byśmy czuli to, co czujemy, lub robili to, co robimy. Wierzę, że pogodzenie się ztym, jest kluczowym zagadnieniem, które odróżnia osobę psychicznie zdrową od zakłóconej. Ludzie zdrowi psychicznie biorą odpowiedzialność za uczucia idziałania, zaś zakłóceni obwiniają innych.

Możesz powiedzieć: „OK, a co z pewnymi zdarzeniami, na które wszyscy reagują w ten sam sposób, takimi jak śmierć ukochanej osoby? Czy to nie jest przykład zdarzenia, które zmusza nas do smutku?”. Przede wszystkim nie ma zdarzeń, na które wszyscy reagują jednakowo. Nawet w wypadku ukochanej osoby możemy myśleć o różnorakich reakcjach.

Na przykład dziadek, człowiek bardzo pobożny, od miesięcy cierpi na nieuleczalną chorobę irozstaje się ztym światem. Osoby religijne mogą zareagować na jego śmierć ulgą iradością, wierząc, że jego cierpienie się skończyło (ulga) iprzebywa teraz zBogiem (radość), podczas gdy niereligijni członkowie rodziny mogą doznać tej samej ulgi, ale pozbawionej radości. Dla obu grup wydarzenie jest to samo, ale każda znich filtruje je przez inne taśmy dotyczące śmierci. Stąd wefekcie ich reakcje są różne.

Jednak gdyby każdy na naszej planecie odczuwał tylko smutek wkontekście śmierci, znaczyłoby to właśnie, że każdy postrzega ją jako złą rzecz. To samo postrzeganie, ta sama reakcja. Nadal jednak pozostawałoby prawdą stwierdzenie, że śmierć ukochanej osoby nie ukażdego wywołuje smutek. Związek przyczynowo-skutkowy odnosi się do materii nieożywionej, ale nie do ludzi.

Konkluzja jest więc taka, że wszystko, co czujesz ico robisz, ma swe źródło wtobie inie jest spowodowane przez kogoś lub coś poza tobą. Jak to ujął Stephen Covey, autorSeven Habitsof Highly Effective People(Siedem przyzwyczajeń osób wysoce skutecznych): „Między bodźcem ireakcją na niego jest miejsce na wybór”. Czujesz idziałasz wten, anie inny sposób, ponieważ myślisz wten, anie inny sposób. Nikogo ani nic nie można obwiniać otwoje emocje czy twoje zachowanie, gdy żyjesz na tej planecie.

Oczywiście kłamstwo „kto inny jest winien” przenika każdy aspekt życia, każdą relację zdrugą osobą ikażde działanie. Trzydziestoletnia Beth bazowała na nim przez większość życia, nie zdając sobie sprawy, co się znią dzieje. Pewnego dnia opowiedziała mi, jak jej siostra dzwoni do niej imarnuje jej cenny czas, „ględząc oswoich problemach”. Beth obwiniała siostrę ote telefony, które powodują jej permanentne przygnębienie. Gdy skończyła mi to wszystko opowiadać, zasugerowałem, by zadzwoniła do siostry ipowiedziała jej (uprzejmie, oczywiście), co czuje. Beth spojrzała na mnie zdziwiona:

– Nie mogłabym tego zrobić. Zraniłoby to jej uczucia – powiedziała.

– Gdyby zachowała się pani uczciwie wobec siostry, zraniłoby ją to i byłaby to pani wina?

– Tak, zraniłoby to jej uczucia – odpowiedziała, nie ustępując.

– A co by było, gdybym powiedział, że winna nie jest tu siostra, tylko pani? – powiedziałem i czekałem na reakcję.

Wyglądała na jeszcze bardziej zdziwioną i trochę złą.

– Nie ja jestem winna, lecz ona. Gdyby nie dzwoniła i nie zabierała mi czasu, nie byłabym taka wściekła.

– Zatem to jej wina, że jest pani na nią zła?

– Właśnie – opowiedziała, poprawiając się na krześle. – Jakim cudem ja mogę być winna, skoro to jej telefony doprowadzają mnie do szału?

– Czy tylko do pani dzwoni?

– Nie – odpowiedziała, zastanawiając się, do czego zmierzam.

– Czy którakolwiek z tych osób jest tak wściekła jak pani?

Beth zmarszczyła brwi.

– Nie wiem. Przypuszczam, że nie. Nie rozumiem, do czego pan zmierza – powiedziała, odsuwając się lekko ode mnie.

– Wyobraźmy sobie, że dzwoni pani do dziesięciu osób i prosi je o wsparcie swojej ulubionej organizacji charytatywnej – powiedziałem. – Cztery z nich rzucają słuchawką, trzy grzecznie odpowiadają, że nie zrobią tego, a trzy chętnie przekazują datek. Wszystkie one odebrały od pani dokładnie ten sam telefon, ale spotkała się pani z trzema różnymi reakcjami. Czy będzie je pani winić za różne reakcje?

– Nie – odpowiedziała. – Nie przypuszczam, żebym mogła tak postąpić. Sposób, w jaki się zachowały, raczej pokazuje, kim są.

Przerwała i spojrzała na mnie kątem oka.

– Myślę, że rozumiem, co pan chce powiedzieć. To moja wina, nie jej – prawda? To ja wybieram, że reaguję na moją siostrę tak, a nie inaczej, i jeszcze ją o to winię.

Tak, to było dokładnie to, do czego zmierzałem. Beth wybierała słuchanie ględzenia swej siostry o jej problemach i wybierała, że była na to zła. Uświadamiając sobie tę prawdę, Beth dawała sobie w końcu szansę, by z roli ofiary mówiącej „Zobaczcie, co ona mi zrobiła”, przejść do zdrowszej roli osoby dostrzegającej, co zrobiła sobie samej. Mogła teraz przejść od biernego czekania na to, aż siostra przestanie dzwonić, do asertywnego porozmawiania z nią, by rozwiązać problem. Nawet jeśli miałoby to oznaczać zranienie jej uczuć.

Kształtujemy nasze życie emocjonalne przez sposób myślenia o tym, co się nam przydarza. Wybieramy nasze emocje i działania niezależnie od tego, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie. Nikt nie może na nas wymusić jakiegoś uczucia ani tego, byśmy postępowali w określony sposób. Inne myślenie oznacza bycie nieodpowiedzialnym, oznacza składanie odpowiedzialności za nasze życie w ręce każdej napotkanej osoby, i każdego wydarzenia, które nas dotyka. Ta gra w obwinianie jest jedną z najbardziej wyniszczających, w jakie możemy grać. Jeśli chcemy wrócić do życia, ta gra musi się skończyć.

Praca nad sobą

Jako student psychologii miałem do czynienia z metodą postępowania z pacjentem zaproponowaną przez Alberta Ellisa, która według mnie miała sens4. Dr Ellis opracował model życia emocjonalnego zwany A–B–C, który jest pomocny ludziom w dokonaniu zmiany ich destrukcyjnych przekonań. Chcę cię tego nauczyć i sprawić, byś używał tego narzędzia podczas lektury tej książki. Potrzebny będzie ołówek i blok papieru listowego do prowadzenia dziennika oraz pewna samoświadomość.

Chcę, abyś w tym zadaniu skupił się na pierwszej literze modelu. „A” reprezentuje zdarzenia, które przytrafiają się nam w życiu. Niektóre nazwałbym „pięciocentówkowymi”, małymi i nieznaczącymi, jak przyjaciel spóźniający się chwilę na lunch. Inne zdarzenia znajdują się na drugim biegunie i nazwałbym je „pięciusetdolarowymi”, jak śmierć ukochanej osoby, zwolnienie z pracy, przyjście na świat dziecka czy zawarcie małżeństwa.

Niektóre sytuacje, które nam się przydarzają, nie zaistniały z naszej winy w tym sensie, że nie jesteśmy odpowiedzialni za to, że do nich doszło. Na przykład miałem pacjentkę, która zjechała z autostrady międzystanowej i czekała na czerwonym świetle. W tym czasie inny kierowca zjeżdżał z autostrady z prędkością 100 km/h i uderzył w tył jej samochodu. Moja pacjentka doznała licznych złamań, miała przebite płuco i odniosła inne poważne obrażenia w tym wypadku. Z pewnością nie mogłem jej powiedzieć „To wszystko twoja wina”. Do wypadku doszło z winy owego drugiego kierowcy.

Z drugiej strony, niektóre sytuacje powstają z naszej winy. Kilka lat temu krążyłem po Austin. Zagapiłem się i przejechałem w okolicy szkoły z prędkością 60 km/h. Przedstawiciel straży miejskiej pojawił się nagle, zamachał lizakiem, zatrzymał mnie i wręczył mandat za przekroczenie prędkości. Zagapiwszy się, sam spowodowałem tę sytuację i z moich ciężko zarobionych pieniędzy musiałem oddać ponad 118 dolarów do kasy miasta.

Po tym wszystkim, co zostało powiedziane, oto co chciałbym, abyś zrobił. Chciałbym, abyś przez tydzień notował różne sytuacje, które ci się przydarzają. Po pierwsze, opisz zdarzenie („szef zwymyślał mnie przy pracownikach”). Oceń zdarzenie w zaproponowanej przeze mnie skali od „5 centów” (ktoś spóźnił się chwilę) do „500 dolarów” (śmierć ukochanej osoby). Po trzecie, oceń, czy sytuacja zaistniała z twojej winy („zamknąłem kluczyki w samochodzie”), czyjejś winy („bliski przyjaciel puścił plotkę na mój temat”) lub z niczyjej winy („huragan zniszczył mój dom”). Podziel kartkę na trzy kolumny i umieść w nich informacje tak, jak ja uczyniłem to poniżej:

Sytuacja („A”)

Wartość

Wina

Zapodzianie kluczyków, znalezienie ich po chwili

1 dolar

moja

Włamanie do mieszkania, kradzież telewizora

250 dolarów

czyjaś

Spóźnienie na ważne spotkanie w pracy

50 dolarów

moja

Wskutek silnych wiatrów złamało się drzewo w ogrodzie

25 dolarów

niczyja

 Zderzenie (dosłowne) ze współpracownikiem po wyjściu zza rogu

5 dolarów

obojga

Postaraj się jak najdokładniej zdać sprawozdanie z tego, co się zdarzyło. Nie martw się o precyzyjne określanie wartości. (Pamiętaj, nie jesteś już perfekcjonistą, prawda? Zrób, co możesz. Szczególną uwagę zwróć na sytuacje, w których czujesz się zaniepokojony – zły, smutny, zraniony).

Celem tego zadania jest udzielenie ci pomocy, abyś był bardziej świadomy sytuacji, które powodują coś w twoim życiu, ich wartości, a także tego, kto jest za nie odpowiedzialny – kwestie ważne dla dobrego zdrowia psychicznego. Będziemy się do tego zadania odwoływać w dalszych partiach książki, upewnij się więc, że wykonałeś je najlepiej jak potrafisz, nim przejdziesz do następnego rozdziału.

3

Kłamstwa światowe

Zasadniczo prawda musi pozostawać

w konflikcie z tym światem; świat nigdy