Wydawca: Edipresse Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 681 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kłamca - Nora Roberts

Nowa pasjonująca powieść NORY ROBERTS, najlepszej pisarki na liście „New York Timesa”

 

Gdy mąż Shelby Pomeroy ginie w tajemniczym wypadku, kobieta jest zrozpaczona. Wkrótce jednak poznaje straszliwą prawdę – Richard był oszustem i zdrajcą, a ich wspólne życie – jednym wielkim kłamstwem. Po jego śmierci Shelby wraz z córką wraca do domu w Tennessee i tam na nowo cieszy się wolnością. Pojawia się też promyk nadziei w postaci przystojnego stolarza Griffina Lotta.

 

Jednak nie wszystkich cieszy, że Shelby wróciła do miasteczka – wokół niej zaczynają ginąć ludzie. Trop prowadzi do Richarda i… jego wspólników. Co się stało z Richardem? Czy rzeczywiście nie żyje? Shelby uświadamia sobie, że wciąż nie może uchronić siebie i córki przed jego kłamstwami. Jak długo jeszcze nie mogą czuć się bezpieczne…

 

Nora Roberts

to autorka ponad dwustu powieści, numer jeden na liście autorów „New York Timesa”. Pod pseudonimem J. D. Robb napisała również bestsellerową serię In Death. Jej książki wydano w nakładzie ponad pięciuset milionów egzemplarzy.

Opinie o ebooku Kłamca - Nora Roberts

Fragment ebooka Kłamca - Nora Roberts

Okładka

Strona tytułowa

Dla JoAnne, Cudownej przyjaciółki na zawsze

Część pierwsza

FAŁSZ

Ale szkodę, o której mówiliśmy przedtem, przynosi nie to kłamstwo, które się tylko przesuwa przez umysł, lecz to, które weń wsiąka i w nim się zadomowi.

FRANCIS BACON, TŁUM. CZESŁAW ZNAMIEROWSKI

Rozdział pierwszy

W wielkim domu – Shelby zawsze będzie myślała o nim jak o wielkim domu – siedziała w wielkim skórzanym fotelu męża przy jego wielkim, ważnym biurku. Fotel był koloru kawy z mlekiem. Nie brązowy. W takich kwestiach Richard był niezmiernie dokładny. Jego biurko, eleganckie i lśniące, z afrykańskiego drewna zebrano, zostało specjalnie dla niego wykonane we Włoszech.

Gdy powiedziała – w ramach żartu – że nie miała pojęcia, że we Włoszech żyją zebry, spojrzał na nią w ten sposób. Jego wzrok mówił, że mimo ogromnego domu, eleganckich ciuchów i wielkiego brylantu na czwartym palcu lewej dłoni zawsze będzie tylko Shelby Anne Pomeroy z zapyziałego miasteczka w Tennessee, w którym się urodziła i wychowała.

Teraz pomyślała, że kiedyś by się zaśmiał, wiedziałby, że żartuje i śmiałby się, tak jakby była promykiem światła w jego życiu. Ale, och Boże, tak szybko stała się dla niego nudna.

Mężczyzna, którego spotkała niemal pięć lat temu pewnej gwiaździstej letniej nocy, zwalił ją z nóg, zabrał w miejsce, którego nie znała, do świata, który ledwo co potrafiła sobie wyobrazić.

Traktował ją jak księżniczkę, pokazał miasta, które znała jedynie z książek albo telewizji. No i kiedyś ją kochał – prawda? Musiała o tym pamiętać. Kochał ją, pragnął jej, dawał jej wszystko, o czym mogła marzyć kobieta.

Zapewniał. Tego słowa używał najczęściej. Wszystko jej zapewniał.

Może się zezłościł, gdy zaszła w ciążę, może ona się wystraszyła – tylko przez chwilę – jego spojrzenia, gdy mu o tym powiedziała. Ale przecież się z nią ożenił, prawda? Porwał ją do Las Vegas i przeżyli przygodę życia.

Byli wtedy szczęśliwi. Musiała o tym pamiętać również teraz, to bardzo ważne. Musiała o tym pamiętać, trzymać się mocno tych wspomnień o dobrych czasach.

Kobieta, która owdowiała w wieku dwudziestu czterech lat, potrzebowała wspomnień.

Kobieta, która dowiedziała się, że żyła w kłamstwie i że nie tylko została bez pieniędzy, lecz także z ogromnymi, niewyobrażalnymi wręcz długami, musiała pamiętać o dobrych czasach.

Prawnicy, księgowi i doradcy podatkowi wszystko jej wyjaśnili, ale równie dobrze mogliby mówić do niej po grecku, gdy opowiadali o dźwigni finansowej, funduszach hedgingowych i przejęciach. Wielki dom, który budził w niej grozę, odkąd po raz pierwszy przekroczyła jego próg, nie był jej – albo niezupełnie jej – tylko firmy, która udzieliła kredytu hipotecznego. Samochody zostały wzięte w leasing, a nie kupione, a ze względu na zaległości w spłacaniu rat również nie należały do niej.

Meble? Kupione na kredyt. Także niespłacany.

No i podatki. Nie mogła znieść myśli o podatkach. Myślenie o nich ją przerażało.

Wyglądało na to, że dwa miesiące i osiem dni po śmierci Richarda myślała tylko o tym, o co kazał jej się nie martwić, o sprawach, którymi miała zupełnie nie zaprzątać sobie głowy. O sprawach – i tutaj patrzył na nią w ten sposób – do których miała się nie wtrącać.

A teraz wszystko spadło na jej głowę, wszystko stało się jej sprawą, ponieważ miała długi u wierzycieli, u firmy, która udzieliła kredytu hipotecznego, i u rządu Stanów Zjednoczonych. Była winna tyle pieniędzy, że sama myśl o tym ją paraliżowała.

A nie mogła sobie pozwolić na bycie paraliżowaną strachem. Miała dziecko, córkę. I tylko Callie się teraz liczyła. Ma zaled­wie trzy lata, pomyślała Shelby, i zapragnęła położyć głowę na śliskim, lśniącym blacie biurka i zapłakać.

– Ale tego nie zrobisz. Teraz ma tylko ciebie, więc zrobisz wszystko, co należy zrobić.

Otworzyła jedno z pudeł, na którym znajdował się napis „Dokumenty osobiste”. Podejrzewała, że prawnicy i ludzie od podatków wszystko zabrali, wszystko przejrzeli, wszystko skopiowali.

Teraz ona wszystko przejrzy i zobaczy, czy można coś jeszcze ocalić. Dla Callie.

Jakimś cudem musiała znaleźć tyle, by po spłaceniu długów zapewnić byt córeczce. Oczywiście pójdzie do pracy, ale to nie wystarczy.

Pieniądze zupełnie mnie nie obchodzą, pomyślała, przeglądając paragony za zakup garniturów, butów, za pobyty w restauracjach i hotelach. Loty prywatnymi samolotami. Po pierwszym trudnym roku po narodzinach Callie zorientowała się, że wcale nie zależy jej na pieniądzach.

Jedyne, czego pragnęła, to dom.

Przestała przeglądać papiery i rozejrzała się po gabinecie Richarda. Lubił ostre barwy sztuki nowoczesnej, mówił, że śnieżnobiałe ściany najlepiej podkreślają piękno tej sztuki, ciemnego drewna i skóry.

To nie był jej dom. I nigdy by się nim nie stał, pomyślała, nawet gdyby mieszkała w nim osiemdziesiąt lat zamiast trzech miesięcy, odkąd się tutaj wprowadzili.

Kupił go bez konsultacji z nią, umeblował, nie pytając, co by jej się podobało. To niespodzianka, powiedział, otwierając drzwi do potwornie wielkiego domu w Villanova, okolicy, która jego zdaniem była jedną z najlepszych podmiejskich dzielnic w Filadelfii. W domu często odzywało się echo.

Udawała, że lubi to miejsce. Była wdzięczna, że się ustatkowali, chociaż ostre kolory i wysokie sufity bardzo ją przerażały. Callie będzie miała dom, ukończy dobre szkoły, będzie się bawić w bezpiecznej okolicy.

Znajdzie przyjaciół. Ona też znajdzie sobie przyjaciół – przynajmniej taką miała nadzieję.

Ale nie było na to czasu.

Tak samo jak nie było ubezpieczenia na życie na dziesięć milionów dolarów. W tej kwestii też ją okłamał. I w kwestii funduszu na studia dla Callie.

Dlaczego?

Odsunęła to pytanie na bok. Nigdy nie pozna na nie odpowiedzi, po co więc miała się nim zadręczać?

Mogła wziąć jego garnitury, buty, krawaty, sprzęty do uprawiania sportu, kije golfowe i narty. Pooddawać to do komisów i sklepów z używaną odzieżą. Odzyskać tyle, ile się dało.

Sprzedać to, czego jej nie zabiorą. Nawet na cholernym eBayu, jeśli będzie musiała. Albo na Craigslist. Albo w lombardzie, obojętne.

W jej szafie również było dużo rzeczy do sprzedania. No i biżuteria.

Spojrzała na brylant, na pierścionek, który Richard wsunął jej na palec w Vegas. Pierścionek zachowa, ale brylant sprzeda. Mogła sprzedać naprawdę dużo swoich rzeczy.

Dla Callie.

Zaczęła przeglądać każdą teczkę po kolei. Zabrali wszystkie komputery i do tej pory ich nie odzyskała. Ale miała do dyspozycji dokumenty.

Otworzyła teczkę z badaniami.

Bardzo o siebie dbał, pomyślała – i przypomniała sobie, że musi zrezygnować z członkostwa w klubie i w klubie fitness. Wyleciało jej to z głowy. Był zdrowym człowiekiem, dbającym o kondycję, nigdy nie zapominał o żadnych badaniach kontrolnych.

Przechodząc do kolejnego dokumentu, postanowiła, że wyrzuci wszystkie witaminy i suplementy, które brał mąż.

Nie było powodu, żeby je trzymać, tak samo jak nie musiała przechowywać tych papierów. Zdrowy mężczyzna utopił się w Atlantyku, zaledwie kilka kilometrów od wybrzeża Karoliny Południowej, w wieku lat trzydziestu trzech.

Powinna to wszystko zniszczyć. Richard potrafił niszczyć, tutaj w gabinecie miał nawet niszczarkę. Wierzycieli nie interesowały jego ostatnie wyniki badań krwi czy potwierdzenie szczepienia przeciwko grypie sprzed dwóch lat ani dokumentacja z izby przyjęć, gdy wybił sobie palec, grając w koszykówkę.

Na litość boską, to wydarzyło się trzy lata temu. Jak na mężczyznę, który uwielbiał niszczyć dokumenty, jej mąż miał obsesję na punkcie przechowywania wyników badań.

Westchnęła i przeczytała kolejne wyniki, sprzed niemal czterech lat. Już miała odłożyć je na bok, ale nagle zamarła i zmarszczyła czoło. Nie znała tego lekarza. Co prawda mieszkali wtedy w Houston i kto by tam kojarzył nazwis­ka wszystkich lekarzy, gdy przeprowadzali się raz w roku – a czasami nawet częściej. Jednak ten lekarz przyjmował w Nowym Jorku.

– To niemożliwe – mruknęła. – Po co Richard miałby jechać do lekarza z Nowego Jorku na…

Nagle poczuła dreszcz zimna. W całym ciele i umyśle. Drżącymi palcami podniosła dokument do oczu, tak jakby odległość mogła zmienić sens słów.

Ale nie zmieniła.

Dwunastego lipca 2011 roku Richard Andrew Foxworth przeszedł zabieg z wyboru, przeprowadzony przez doktora Dipoka Haryana w Mount Sinai Medical Center. Wazektomia.

Zrobił sobie wazektomię i nie wspomniał o tym ani słowem. Callie miała wtedy zaledwie dwa miesiące i postanowił, że nie będzie więcej dzieci. A gdy zaczęła wspominać o kolejnym, udawał, że tego chce. Gdy po roku prób nie zaszła w ciążę, zgodził się przebadać, tak jak ona się przebadała.

Do tej pory słyszała jego głos.

„Shelby, na litość boską, uspokój się. Jeśli będziesz o tym cały czas myślała i się martwiła, to nigdy się nie uda”.

– No pewnie, że się nie uda, bo zrobiłeś tak, żeby się nie udało. Okłamałeś mnie nawet w tej kwestii. Kłamałeś, gdy co miesiąc pękało mi serce. Jak mogłeś? Jak mogłeś?

Odepchnęła się od biurka i zasłoniła dłońmi oczy. Lipiec, połowa lipca, Callie miała około ośmiu tygodni. Podróż służbowa, powiedział, tak, doskonale to pamiętała. Do Nowego Jorku – nie skłamał, dokąd jedzie.

Nie chciała zabierać małego dziecka do wielkiego miasta – wiedział, że z nim nie pojedzie. Wszystko przygotował. Kolejną niespodziankę dla niej. Razem z dzieckiem odesłał ją prywatnym samolotem do Tennessee.

Powiedział, że w tym czasie ona może pojechać do rodziny. Pokazać krewnym dziecko, pozwolić, by matka i babka je rozpuszczały. Przez kilka tygodni.

Przypomniała sobie, jaka była wtedy szczęśliwa, jaka wdzięczna. A on po prostu się jej pozbył, żeby mieć pewność, że już nigdy nie spłodzi żadnego dziecka.

Wróciła do biurka i podniosła zdjęcie, które dla niego oprawiła. Przedstawiało ją i Callie podczas tej właśnie wycieczki. Zrobił je jej brat, Clay. Taki prezent w ramach podziękowania, który zdawał się bardzo cenić i zawsze trzymał na biurku.

– Kolejne kłamstwo. To po prostu kolejne kłamstwo. Nigdy nas nie kochałeś. Gdybyś nas kochał, nie mógłbyś ciągle kłamać.

Rozwścieczona zdradą miała ochotę rozbić zdjęcie o biurko. Spojrzała jednak na twarz córeczki i się powstrzymała. Odstawiła je na miejsce tak ostrożnie, jakby było bezcenną kruchą porcelaną.

A potem usiadła na podłodze – nie mogła usiąść przy jego biurku, nie teraz. Siedziała na podłodze, otoczona ostrymi kolorami na białych ścianach, i zaczęła się bujać i płakać. Rozpaczała nie dlatego, że mężczyzna, którego kochała, już nie żył, ale dlatego, że nigdy nie istniał.

***

Nie było czasu na sen. Nie lubiła kawy, ale zaparzyła sobie wielki kubek we włoskim ekspresie Richarda – i dolała podwójne espresso.

Od płaczu bolała ją głowa, ale kawa dała jej zastrzyk energii. Shelby zaczęła przeglądać każdy dokument w pudełku, układać wszystko w stosy.

Gdy przeanalizowała na świeżo rachunki z hoteli i restauracji, zrozumiała, że mąż nie tylko ją okłamywał, lecz także zdradzał.

Opłaty były zbyt wysokie jak na jednoosobowe pokoje. No i rachunek za srebrną bransoletkę od Tiffany’ego – nigdy takiej nie otrzymała – z tej samej podróży, pięć tysięcy dolarów wydane w La Perla – w sklepie z bielizną jego ulubionej marki – z innej podróży, rachunek za weekend spędzony w hotelu bed and breakfast w Vermoncie, kiedy to miał kończyć jakieś sprawy w Chicago. Nagle zaczęła wszystko rozumieć.

Po co on to trzymał, przecież to były dowody jego kłamstw i niewierności? Bo, jak sobie uświadomiła, ufała mu.

Chociaż w sumie to nie to. Wszystko akceptowała. Podejrzewała, że miał romans, doskonale wiedział, że miała takie podejrzenia. Przechowywał te rachunki, bo miał pewność, że ona była zbyt posłuszna, by grzebać w jego osobistych rzeczach.

I miał rację.

Ukrył fakt istnienia pozostałych żywotów. Nie wiedziała, gdzie znaleźć do nich klucz, poza tym nigdy by o nie nie spytała – doskonale o tym wiedział.

Ile było innych kobiet?, zastanawiała się. Czy to w ogóle miało jakiekolwiek znaczenie? Już jedna to było za dużo, poza tym każda z nich z pewnością była o wiele bardziej wyrobiona i doświadczona niż dziewczyna z małego miasteczka w górach w Tennessee, której zrobił dziecko, gdy miała dziewiętnaście lat, była zaślepiona miłością i głupia.

Dlaczego się z nią ożenił?

Może i ją kochał, przynajmniej trochę. Może jej pragnął. Ale mu nie wystarczyła, nie potrafił być przy niej szczęśliwy ani dochować jej wierności.

Poza tym, czy teraz naprawdę miało to jakieś znaczenie? Nie żył.

Tak, pomyślała. Tak, miało znaczenie.

Zrobił z niej idiotkę, upokorzył ją. Zostawił z długami, które spłaci za kilkadziesiąt lat, naraził przyszłość ich córki.

To miało znaczenie, do ciężkiej cholery.

Przez kolejną godzinę przeglądała wszystko, co znajdowało się w jego gabinecie. Sejf został już opróżniony. Wiedziała o tym, chociaż nie znała szyfru. Dała prawnikom pozwolenie na otwarcie go.

Zabrali większość dokumentacji prawniczej, ale w sejfie było również pięć tysięcy dolarów w gotówce. Wyjęła je i odłożyła na bok. Akt urodzenia Callie, ich paszporty.

Otworzyła paszport Richarda, zaczęła wpatrywać się w jego zdjęcie.

Był taki przystojny. Miał gładką skórę, gęste brązowe włosy, orzechowe oczy i był zadbany niczym gwiazdor filmowy. Tak bardzo chciała, żeby Callie odziedziczyła po nim dołeczki. Te cholerne dołeczki ją oczarowały.

Odłożyła paszporty. Mało prawdopodobne, żeby ona i Callie miały okazję ich używać, ale na wszelki wypadek je spakowała. A paszport Richarda zniszczy. Albo spyta prawników, co powinna z nim zrobić.

Nie znalazła tam niczego, ale musiała raz jeszcze wszystko przejrzeć, zanim rozpocznie niszczenie albo pakowanie do pudeł.

Pobudzona kawą i zmartwieniami zaczęła chodzić po domu, przeszła dwupiętrowe foyer, weszła na górę po kręconych schodach. Miała na nogach grube skarpety, więc jej kroki na twardym drewnie były niemal niesłyszalne.

Najpierw sprawdziła, co u Callie. Poszła do jej ładnego pokoiku, pochyliła się nad łóżeczkiem, żeby pocałować córeczkę w policzek, a następnie owinęła ją kołdrą. Dziewczynka spała w ulubionej pozycji z wypiętymi pośladkami.

Zostawiła uchylone drzwi i przeszła korytarzem do głównej sypialni.

Teraz przyszło jej do głowy, że tak naprawdę to nienawidziła tego pomieszczenia. Nienawidziła szarych ścian, czarnego skórzanego wezgłowia, ostrych krawędzi czarnych mebli.

Teraz nienawidziła tego miejsca jeszcze bardziej, mając świadomość, że kochała się z mężem w tym łóżku, po tym jak on kochał się z innymi kobietami w innych łóżkach.

Poczuła ucisk w żołądku i uświadomiła sobie, że musi iść do lekarza. Musi się upewnić, że niczym jej nie zaraził. Nie myśl za dużo, nakazała sobie, umów się na jutro, ale teraz o tym nie myśl.

Przeszła do jego garderoby – niemal tak wielkiej jak cała sypialnia w jej domu w Rendezvous Ridge.

Niektóre garnitury włożył zaledwie kilka razy. Armani, Versace, Cucinelli. Richard najbardziej lubił garnitury włoskich projektantów. I buty, pomyślała, biorąc do ręki parę mokasynów marki Ferragamo. Odwróciła je, żeby przyjrzeć się podeszwom.

Ledwo porysowane.

Otworzyła drzwi i wyjęła pokrowce na garnitury.

Jutro rano zabierze do sklepu z używaną odzieżą tyle, ile da radę.

– Już dawno powinnam to zrobić – mruknęła.

Najpierw jednak były szok i rozpacz, potem prawnicy, księgowi i agent rządowy.

Przeszukała kieszenie szarego garnituru w prążki, upewniła się, że są puste, włożyła garnitur w pokrowiec. Wyliczyła, że do jednego zmieści się pięć sztuk. Były cztery pokrowce na garnitury i pięć – może sześć – na marynarki i płaszcze. Potem koszule, spodnie wizytowe.

Niewymagająca myślenia praca pomagała się uspokoić, stopniowe oczyszczanie przestrzeni odrobinę poprawiło Shelby nastrój.

Gdy doszła do ciemnobrązowej skórzanej kurtki, zawahała się. Uwielbiał ją, wyglądał rewelacyjnie w odzieży w stylu lotniczym i w mocnych brązach. Wiedziała, że to jeden z niewielu prezentów od niej, które naprawdę lubił.

Pogłaskała jeden z rękawów, miękki w dotyku, i już prawie odłożyła kurtkę na bok z czystego sentymentu.

Potem przypomniała sobie o rachunku od lekarza i zaczęła przeszukiwać kieszenie.

Oczywiście były puste, co wieczór opróżniał kieszenie i każdą monetę wrzucał do szklanego naczynia na swojej komodzie. Telefon był podłączony do ładowarki, kluczyki leżały w misie przy drzwiach wejściowych albo wisiały na haczyku w szafce w jego gabinecie. Nigdy nie zostawiał niczego w kieszeniach, żeby ich nie obciążać, nie porozciągać, nie zapomnieć.

Gdy jednak ścisnęła kieszenie – jej matka zawsze robiła tak przed praniem – coś poczuła. Ponownie sprawdziła kieszeń – była pusta. I jeszcze raz ścisnęła, wywróciła kieszeń na lewą stronę.

Zauważyła niewielką dziurę w podszewce. Tak, uwielbiał tę kurtkę.

Zaniosła ją do sypialni, wyjęła nożyczki do paznokci. Ostrożnie powiększyła otwór, powtarzając sobie, że później go zaszyje, jeszcze zanim odda kurtkę na sprzedaż.

Włożyła palce w dziurę i znalazła klucz.

To nie jest klucz do drzwi, pomyślała, oglądając go pod światłem. Ani do samochodu. Tylko do skrytki w banku.

Ale w którym banku? I co się tam znajdowało? Po co mu skrytka, skoro miał w gabinecie sejf?

Chyba powinna powiedzieć o tym prawnikom. Ale tego nie zrobi. Mógł przechowywać tam na przykład rejestr wszystkich kobiet, z którymi spał przez ostatnie pięć lat, a ona miała już dość upokorzeń.

Znajdzie bank, skrytkę i sama wszystko sprawdzi.

Mogli zabrać jej dom, meble, samochody, akcje, obligacje, pieniądze, których, wbrew temu, co mówił Richard, prawie wcale nie było. Mogli zabrać dzieła sztuki, biżuterię, futro z szynszyli, które kupił jej na ich pierwsze – i ostatnie – święta w Pensylwanii. Ale dumy nikt jej nie zabierze.

***

Obudziła się z niespokojnego snu, bo ktoś zaczął szarpać ją za rękę.

– Mamusiu, mamusiu. Obudź się!

– Co się stało? – Nawet nie otworzyła oczu, po prostu sięg­nęła w dół i wciągnęła swoją małą dziewczynkę na łóżko. Dziecko od razu się w nią wtuliło.

– Już rano – zaśpiewało. – Fifi jest głodna.

– Mhm. – Fifi, ukochany pluszowy piesek Callie, zawsze budziła się głodna. – Dobrze.

Ale Shelby zasnęła na kolejną minutę.

W którymś momencie wyciągnęła się w ubraniu na łóżku, przykryła się czarną kaszmirową narzutą i po prostu zasnęła! Nigdy nie udało jej się przekonać Callie – ani Fifi – do kolejnej godziny snu, ale mogła się jeszcze zdrzemnąć kilka minut.

– Twoje włosy ślicznie pachną – mruknęła po chwili Shelby.

– Włosy Callie. Włosy mamusi.

Shelby uśmiechnęła się, gdy coś pociągnęło ją za włosy.

– Takie same.

Wszystkie kobiety ze strony jej matki miały złotorude włosy. Ze strony rodziny MacNee. Tak jak niemożliwe do okiełznania loki, które – ponieważ Richard wolał włosy proste i gładkie – prostowała raz w tygodniu.

– Oczy Callie. Oczy mamusi.

Callie na siłę otworzyła jedno oko Shelby – o takim samym intensywnie niebieskim kolorze, który w odpowiednim świetle stawał się niemal fioletowy.

– Takie same – zaczęła Shelby, a potem się skrzywiła, gdy Callie wsadziła jej palec w oko.

– Czerwone.

– Na pewno. Co Fifi chce na śniadanie?

Callie myślała przez pięć minut. Tylko pięć.

– Fifi chce… cukierka!

W głosie córki pobrzmiewała taka radość, że Shelby otworzyła przekrwione błękitne oczy.

– Naprawdę, Fifi? – Odwróciła w swoją stronę pluszowego różowego pudla. – Nie ma szans.

Przewróciła Callie na plecy, zaczęła ją łaskotać i mimo ogromnego bólu głowy cieszyła się radosnymi piskami.

– Oto twoje śniadanie. – Przytuliła Callie. – A potem, moja mała księżniczko, musimy pojechać w kilka miejsc i zobaczyć się z kilkoma osobami.

– Marta? Czy przyjdzie do mnie Marta?

– Nie, kochanie. – Pomyślała o niani, na którą upierał się Richard. – Pamiętasz, jak ci opowiadałam, że Marta nie może już do nas przychodzić?

– Tak jak tatuś? – spytała Callie, gdy Shelby znosiła ją na dół po schodach.

– Nie do końca. Ale zrobię nam pyszne śniadanie. Wiesz, co jest niemal tak pyszne jak cukierki?

– Ciasto!

Shelby zaczęła się śmiać.

– No, prawie. Naleśniki. Naleśniki w kształcie piesków.

Callie zachichotała i położyła główkę na ramieniu Shelby.

– Kocham mamusię.

– A ja kocham Callie – odparła Shelby i obiecała sobie, że zrobi wszystko, żeby zapewnić córce dobre, bezpieczne życie.

***

Po śniadaniu pomogła małej się ubrać – obie ubrały się bardzo ciepło. Cieszyła się śniegiem w święta, ale w styczniu, po wypadku Richarda, ledwo co zwracała uwagę na pogodę.

Teraz jednak był już marzec i miała serdecznie dość śniegu i ostrego powietrza. Nic nie zapowiadało nadejścia wiosny. Ale w garażu było na tyle ciepło, żeby wpiąć Callie do fotelika samochodowego i załadować wszystkie pokrowce z ubraniami do eleganckiego SUV-a, którym już pewnie zbyt długo nie pojeździ.

Będzie musiała uzbierać tyle pieniędzy, żeby kupić jakiś używany samochód. Dobry, bezpieczny, rodzinny samochód. Minivana, pomyślała, wyjeżdżając z garażu.

Jechała ostrożnie. Drogi były porządnie odśnieżone, ale po zimie zostało mnóstwo dziur.

Nikogo tutaj nie znała. Zima była tak surowa i mroźna, a okoliczności tak przytłaczające, że niemal nie wychodziła z domu. No i Callie się przeziębiła. To właśnie dlatego zostały w domu, gdy Richard udał się do Karoliny Południowej. A przecież mieli razem jechać na rodzinną wycieczkę.

Płynęłyby tą łodzią razem z nim. Słysząc, jak córka rozmawia z Fifi, nie była w stanie o tym myśleć. Skupiła się na znalezieniu odpowiedniej drogi i sklepu.

Przeniosła Callie do spacerówki i przeklinając ostry wiatr, wyjęła z bagażnika trzy pierwsze pokrowce. Gdy walczyła z drzwiami do komisu, próbując jednocześnie chronić Callie przed wiatrem i utrzymać torby, jakaś kobieta otworzyła drzwi od środka.

– O rety! Pomogę pani.

– Dziękuję. Są trochę ciężkie, więc…

– Już je mam. Macey! Mamy tutaj jakąś skrzynię ze skarbami.

Z zaplecza wyszła druga kobieta – w widocznej ciąży.

– Dzień dobry. Cześć, skarbie – powiedziała do Callie.

– Masz dzidziusia w brzuszku.

– Owszem, mam. – Pogłaskała się po brzuchu i uśmiechnęła się do Shelby. – Witamy w Drugiej Szansie. Ma pani dla nas jakieś ubrania?

– Tak. – Shelby szybko rozejrzała się wokół i zobaczyła mnóstwo wieszaków i półek z ubraniami oraz akcesoriami. Była też część poświęcona modzie męskiej.

Zaczęła tracić nadzieję.

– Nie mogłam przyjechać wcześniej, nie wiedziałam więc, co panie… Przywiozłam głównie garnitury. Męskie garnitury, koszule i kurtki.

– Mamy zdecydowanie za mało męskich ubrań – powiedziała kobieta, która otworzyła jej drzwi. Pokrowce leżały teraz na szerokiej ladzie. – Mogę zajrzeć do środka?

– Oczywiście.

– Nie jest pani stąd, prawda? – rzekła Macey.

– Nie, nie. Chyba nie.

– Przyjechała pani z wizytą?

– My… ja mieszkam w Villanova od grudnia, ale…

– O mój Boże! Jakie piękne garnitury. Macey, zobacz, w idea­lnym stanie.

– Cheryl, jaki rozmiar?

– Standardowe czterdzieści dwa. Jest ich ze dwadzieścia.

– Dwadzieścia dwa – uściśliła Shelby i skrzyżowała palce. – W samochodzie mam ich więcej.

– Więcej? – spytały chórem kobiety.

– I męskie buty rozmiar dziesięć. I płaszcze, i kurtki, i… Mój mąż…

– To ubrania mojego tatusia! – oznajmiła Callie, gdy Cheryl powiesiła na wieszaku kolejny garnitur. – Nie dotykaj ubrań tatusia brudnymi rękami.

– Oczywiście, kochanie. Widzi pani… – zaczęła Shelby, nie wiedząc, jak ma to wytłumaczyć. Callie załatwiła to jednym zdaniem.

– Mój tatuś poszedł do nieba.

– Tak mi przykro. – Trzymając jedną dłoń na brzuchu, Macey dotknęła ramienia dziewczynki.

– W niebie jest bardzo ładnie – rzekła Callie. – Mieszkają w nim anioły.

– To prawda. – Macey spojrzała na Cheryl i kiwnęła głową. – Może pójdzie pani po resztę? – zwróciła się do Shelby. – Może pani zostawić… jak ci na imię, skarbie?

– Callie Rose Foxworth. A to jest Fifi.

– Cześć, Fifi. Popilnujemy Callie i Fifi, a pani przyniesie resztę.

– Jeśli panie chcą… – Zawahała się, ale potem zaczęła się zastanawiać, po co te dwie kobiety – w tym jedna w jakimś siódmym miesiącu ciąży – miałyby porwać Callie w czasie, gdy ona tylko wyskoczy na chwilę do samochodu. – To zajmie tylko minutkę. Callie, bądź grzeczna. Mama przyniesie coś z samochodu.

***

Miłe są, pomyślała Shelby, gdy później zaczęły jeździć po miejscowych bankach. Ludzie z reguły byli mili, jeśli dało im się szansę. Wzięły wszystko – prawdopodobnie pod wpływem uroku Callie.

– Callie Rose, przynosisz mi szczęście.

Dziewczynka uśmiechnęła się znad soczku ze słomką, ale nie spuszczała wzroku z zamontowanego na oparciu fotela ekranu DVD. Po raz milionowy oglądała Shreka.

Rozdział drugi

Sześć banków później Shelby stwierdziła, że jej zapasy szczęścia na ten dzień już się wyczerpały. Poza tym dziecko musiało coś zjeść i się zdrzemnąć.

Gdy już nakarmiła, umyła i uśpiła Callie – przy czym to ostatnie trwało zawsze dwa razy dłużej, niżby chciała – przesłuchała wiadomości na automatycznej sekretarce i poczcie głosowej telefonu komórkowego.

Razem z firmami od kart kredytowych wypracowała plan spłaty, miała wrażenie, że wszystkie firmy zachowały się bardzo przyzwoicie. To samo zrobiła z Urzędem Podatkowym. Instytucja, która udzieliła kredytu hipotecznego, zgodziła się na sprzedaż domu za kwotę niższą niż zadłużenie. W jednej z wiadomości nagrała się agentka nieruchomości, która chciała umówić pierwsze spotkania z klientami.

Powinna się zdrzemnąć, ale w ciągu godziny drzemki Callie – jeśli Bóg da – mogła mnóstwo zrobić.

Najsensowniejsze wydało jej się spenetrowanie gabinetu Richarda. Zamknęła większość pokoi w wielkim domu, wyłączyła ogrzewanie tam, gdzie się tylko dało. Zapragnęła napalić w kominku i spojrzała na czarno-srebrny gazowy wkład, zamontowany pod czarną marmurową półką. Jedyne, co jej się podobało w tym wielkim domu, to możliwość napalenia w kominku – i cieszenia się ciepłem oraz blaskiem ognia – poprzez jedno wciśnięcie guzika.

To jednak kosztowało, a ona nie mogła wydawać pieniędzy tylko po to, żeby zobaczyć płomienie, skoro gruby sweter i wełniane skarpety zapewniały jej ciepło. Wyjęła sporządzoną przez siebie listę rzeczy do zrobienia, oddzwoniła do agentki nieruchomości i zgodziła się na urządzenie drzwi otwartych dla kupujących w sobotę i niedzielę.

Zabierze gdzieś Callie, wyjadą stąd i zostawią ten problem na głowie agentki. Shelby znalazła podaną przez prawników nazwę firmy, która być może kupi meble, tak by uniknąć przejęcia.

Jeśli nie sprzeda ich od razu, albo przynajmniej większości, spróbuje wystawić każdy mebel w internecie – jeśli kiedykolwiek odzyska swój komputer.

Jeśli nie uda jej się sprzedać mebli, będzie musiała stawić czoła kolejnemu upokorzeniu – meble zostaną przejęte.

Następnie Shelby oddzwoniła do matki, babki i bratowej i poprosiła, żeby obdzwoniły ciotki i kuzynki – które również dzwoniły – i powiedziały, że ona i Callie mają się dobrze. Po prostu była zbyt zajęta porządkowaniem swojego życia.

Oczywiście nie mogła im jeszcze powiedzieć wszystkiego. Coś tam wiedziały – ale na razie niewiele. Gdy o tym mówiła, zaczynała się wściekać i płakać, a miała zbyt dużo do zrobienia, żeby się rozklejać.

Aby czymś się zająć, poszła na górę do sypialni i zaczęła sortować biżuterię. Pierścionek zaręczynowy, ten z brylantem, który Richard dał jej w dwudzieste pierwsze urodziny. Naszyjnik ze szmaragdami, podarowany po porodzie. Inne prezenty. Jego zegarki – sześć sztuk – i cały zbiór spinek do mankietów.

Wszystko spisała, tak samo jak ubrania, które zawiozła do sklepu z odzieżą używaną. Spakowała każdy przedmiot razem z opisem jego wartości i informacją o ubezpieczeniu, a potem zaczęła obdzwaniać miejscowych jubilerów, którzy skupowali biżuterię.

Później przejrzała swoje rzeczy i odłożyła to, co było dla niej ważne. Zdjęcia, prezenty od rodziny. Agentka nieruchomości kazała jej pozbawić dom indywidualnego charakteru i miała zamiar jej posłuchać.

Gdy Callie się obudziła, Shelby spróbowała ją zająć, dając jej do wykonania różne zadania. Pakowała się i jednocześnie sprzątała. Nie było już gosposi ani służących, które szorowały i polerowały nieskończone metry kwadratowe płytek, drewna, szklanych i chromowanych powierzchni.

Naszykowała kolację, zjadła tyle, ile zdołała w siebie wmusić. Poradziła sobie z kąpielą i bajką na dobranoc, a gdy Callie zasnęła, spakowała kolejne rzeczy i wyniosła pudła do garażu. Wykończona zrobiła sobie gorącą kąpiel w wannie z hydromasażem, a potem poszła do łóżka z notesem i długopisem, żeby zrobić plan na kolejny dzień.

I natychmiast zasnęła przy zapalonych światłach.

***

Następnego ranka ponownie wyruszyła do miasta z Callie, Fifi, Shrekiem i skórzaną walizką Richarda, do której spakowała swoją biżuterię i niezbędne dokumenty, jego zegarki i spinki do mankietów. Pojechała jeszcze do trzech banków – poszerzyła zakres poszukiwań – a potem, przypomniawszy sobie, że musi schować dumę do kieszeni, zaparkowała przed sklepem jubilerskim.

Z pewną trzyletnią upartą dziewczynką wynegocjowała ponowne przerwanie filmu i przekupiła ją obietnicą kupna nowego DVD z bajką.

Powtarzając sobie, że to tylko interesy, że chodzi tylko o dolary i centy, wepchnęła wózek z Callie do sklepu.

U jubilera wszystko lśniło i panowała taka cisza jak w kościele między mszami. Shelby już chciała się odwrócić i odejść, ale zmusiła się do podejścia do kobiety w eleganckiej czarnej garsonce i gustownych złotych kolczykach.

– Przepraszam, chciałabym porozmawiać z kimś o sprzedaży biżuterii.

– Może pani porozmawiać z każdym pracownikiem. Zajmujemy się przecież sprzedażą biżuterii.

– Nie, proszę pani, to ja chciałam ją sprzedać. W ogłoszeniu napisano, że zajmują się państwo skupem biżuterii.

– Oczywiście. – Kobieta chłodno zmierzyła Shelby wzrokiem.

Może nie wyglądam najlepiej, pomyślała Shelby. Może nie udało się zakryć cieni pod oczami, za to babcia nauczyła ją, że gdy przychodzi do ciebie klient, należy traktować go z szacunkiem.

Shelby zesztywniała i patrzyła sprzedawczyni prosto w oczy.

– Czy jest tu ktoś, z kim mogę o tym porozmawiać, czy mam jechać gdzie indziej?

– Czy ma pani oryginalne dowody zakupu biżuterii, którą chce pani sprzedać?

– Nie mam wszystkich, ponieważ część z nich to prezenty. Mam jednak wyceny i dokumenty ubezpieczeniowe. Czy wyglądam na złodziejkę, która ciąga córkę po sklepach z drogą biżuterią i próbuje sprzedać kradzione rzeczy?

Poczuła, jak wzbiera w niej gniew, i z trudem powstrzymała się przed wybuchem. Możliwe, że sprzedawczyni to zauważyła, bo gwałtownie się cofnęła.

– Proszę chwileczkę zaczekać.

– Mamusiu, chcę do domu.

– Skarbie, ja też. Niedługo stąd wyjdziemy. Wkrótce pojedziemy do domu.

– Czy mogę pani pomóc?

Mężczyzna, który do nich podszedł, wyglądał jak dystyngowany dziadek – często spotykało się takich w hollywoodzkich filmach o bogaczach.

– Tak, a przynajmniej mam taką nadzieję. Czytałam, że skupują państwo biżuterię, a ja mam biżuterię, którą chcę sprzedać.

– Oczywiście. Może przejdźmy tam. Wtedy pani będzie mogła sobie usiąść, a ja zobaczę, co pani przyniosła.

– Dziękuję.

Idąc przez cały sklep w stronę zdobionego biurka, Shelby cały czas starała się trzymać prosto. Mężczyzna wysunął dla niej krzesło – na widok tego gestu miała ochotę się rozbeczeć.

– Mam biżuterię, którą dał mi mój… mój mąż. Mam też wszystkie dokumenty. – Z trudem otworzyła walizkę, wyjęła woreczki i szkatułki oraz szarą kopertę z dokumentacją. – Ja… on… my… – przerwała, zamknęła oczy i wzięła kilka głębokich oddechów. – Przepraszam, jeszcze nigdy tego nie robiłam.

– Nie szkodzi, pani…?

– Foxworth. Shelby Foxworth.

– Wilson Brown. – Mężczyzna delikatnie uścisnął jej dłoń. – Dobrze, pani Foxworth, proszę mi pokazać, co pani przyniosła.

Postanowiła zacząć od tego, co najcenniejsze, i otworzyła woreczek z pierścionkiem zaręczynowym.

Jubiler położył go na kawałku aksamitu, wyjął lupę, a Shelby w tym czasie otworzyła kopertę.

– Tutaj napisano, że to trzy i pół karata, szlif szmaragdowy, skala D. Z tego, co czytałam, to chyba dobrze. I sześć mniejszych kamieni w platynowej oprawie. Mam rację?

Spojrzał na nią znad lupy.

– Pani Foxworth, obawiam się, że ten brylant jest dziełem ludzkich rąk.

– Słucham?

– To brylant syntetyczny, tak jak pozostałe kamienie.

Schowała ręce pod biurko, żeby nie widział, jak się trzęsą.

– Co oznacza, że to podróbka?

– To oznacza, że został zrobiony w laboratorium. Bardzo ładny egzemplarz brylantu wykonanego przez człowieka.

Callie zaczęła płakać. Shelby usłyszała to mimo pulsowania w uszach, po czym mechanicznym ruchem wyjęła z torebki zabawkowy telefon.

– Zadzwoń do babci i powiedz, co dzisiaj będziesz robić. To oznacza – ponownie zwróciła się do sprzedawcy – że to nie jest brylant klasy D i nie jest wart tyle, ile tutaj napisano? Nie jest wart sto pięćdziesiąt pięć tysięcy dolarów?

– Nie, kochana, nie jest – powiedział to jak najłagodniejszym głosem i tylko pogorszył sytuację. – Mogę pani podać nazwiska innych rzeczoznawców, by mogła pani spytać ich o opinię.

– Przecież pan nie kłamie. Wiem, że pan nie kłamie. – Ale Richard kłamał, cały czas tylko kłamał. Nie załamię się, powtarzała sobie. Nie teraz, nie tutaj. – Panie Brown, czy mógłby pan spojrzeć na resztę biżuterii i powiedzieć mi, czy ona również jest podrabiana?

– Oczywiście.

Prawdziwe były tylko brylantowe kolczyki. Lubiła je, bo były ładne i proste. Dobrze się w nich czuła.

Liczyła jednak na naszyjnik ze szmaragdem, ofiarowany jej w dniu, w którym przywieźli Callie ze szpitala. Naszyjnik również był podrabiany.

– Jeśli nadal chce pani sprzedać kolczyki, mogę dać pani za nie pięć tysięcy.

– Tak, dziękuję. Może być. A gdzie powinnam zanieść resztę? Nada się do lombardu? Zna pan jakiś dobry lombard? Nie chciałabym zabierać Callie do miejsca, które jest… no wie pan. Podejrzane. I może, gdyby to nie był problem, mógłby mi pan powiedzieć, ile to wszystko może być warte.

Oparł się na krześle i uważnie jej się przyjrzał.

– Jak już mówiłem, pierścionek zaręczynowy to kawał dobrej roboty, świetnie wykonany brylant syntetyczny. Mogę dać pani za niego osiemset dolarów.

Patrząc mu w oczy, zdjęła obrączkę ślubną.

– Ile za komplet?

Nie poddała się i wyszła ze sklepu z piętnastoma tysiącami sześćset – spinki do mankietów Richarda były prawdziwe. Potraktowała je jako bonus. Piętnaście tysięcy sześćset to więcej, niż miała. Oczywiście nie dałaby rady spłacić tym długów, ale i tak było to dużo.

Poza tym mężczyzna podał jej nazwę innego sklepu, w którym mogłaby spróbować sprzedać zegarki Richarda.

Pojechały do dwóch kolejnych banków, a resztę przełożyły na kolejny dzień.

Callie wybrała DVD Mój mały kucyk, a Shelby kupiła sobie laptopa i kilka pendrive’ów. To inwestycja, powtarzała sobie. Narzędzie, którego potrzebowała, żeby sobie ze wszystkim poradzić.

Musiała myśleć o interesach. Nie potraktuje podrabianej biżuterii jako kolejnej zdrady, ale jako coś, co dało jej chwilę wytchnienia.

Czas poobiedniej drzemki Callie Shelby spędziła na tworzeniu arkusza kalkulacyjnego, wpisała każdą sztukę biżuterii i to, ile za nią dostała. Zlikwidowała polisę ubezpieczeniową – dzięki temu obniżyła wydatki.

Opłaty za utrzymanie tego domu były ogromne – nawet przy zamkniętych i nieogrzewanych pokojach – ale z pewnością pomogą tutaj pieniądze, które dostała za biżuterię.

Przypomniała sobie piwniczkę winną, z której Richard był taki dumny. Zniosła laptopa na dół i zaczęła katalogować butelki.

Kiedyś ktoś je kupi.

A niech tam, otworzy sobie jedną butelkę i napije się wina do kolacji. Wybrała pinot grigio – podczas ostatnich czterech i pół roku nauczyła się trochę o winach, a przynajmniej wiedziała, co lubi. Pomyślała, że będzie pasowało do makaronu z kurczakiem – ulubionego dania Callie.

Pod koniec dnia poczuła, że powoli zaczyna przejmować kontrolę nad tym chaosem. Ucieszyło ją zwłaszcza znalezienie pięciu tysięcy dolarów wetkniętych do jednej z kaszmirowych skarpet w szufladzie Richarda.

Miała teraz dwadzieścia tysięcy na posprzątanie całego bałaganu i rozpoczęcie wszystkiego od nowa.

Leżąc w łóżku, przyglądała się kluczykowi.

– Gdzie pasujesz i co tam znajdę? Nie poddam się.

Może powinna zatrudnić prywatnego detektywa. Pewnie nadszarpnąłby jej fundusze, ale zapewne była to najsensowniejsza rzecz, jaką mogłaby teraz zrobić.

Ale poświęci jeszcze kilka dni, spróbuje w bankach bliżej miasta. Może pojedzie do samego miasta.

Następnego dnia powiększyła swój majątek o trzydzieści pięć tysięcy, zarobione na sprzedaży kolekcji zegarków, i dwa tysiące trzysta z kijów golfowych, nart i rakiety tenisowej. Poprawiło jej to nastrój do tego stopnia, że między wycieczką do jednego a drugiego banku zabrała Callie na pizzę.

Może teraz będzie ją stać na detektywa – może to właśnie zrobi. Ale przecież musiała kupić minivana, a po rozeznaniu wiedziała, że to pochłonie znaczną część ze zgromadzonych pięćdziesięciu ośmiu tysięcy. Poza tym musiała spłacić chociaż część długów na kartach kredytowych.

Zajmie się sprzedażą wina, to właśnie zrobi, a z tych pieniędzy zatrudni detektywa. A teraz, w drodze do domu, sprawdzi jeszcze jeden bank.

Nie chciało jej się wyciągać wózka z bagażnika, więc wzięła Callie na ręce.

Córka popatrzyła na nią swoim charakterystycznym spojrzeniem: na wpół upartym, na wpół nadąsanym.

– Mamusiu, ja nie chcę.

– Ja też nie, ale to już ostatni. A potem pojedziemy do domu, pięknie się przebierzemy i urządzimy sobie herbatkę. Tylko ty i ja.

– Chcę być księżniczką.

– Jak sobie życzysz, Wasza Książęca Mość.

Wniosła śmiejącą się teraz córeczkę do banku.

Doskonale wiedziała już, co robić, poszła więc najkrótszą drogą i stanęła w kolejce.

Nie mogła cały czas ciągać ze sobą Callie, codziennie, nie przestrzegać rozkładu dnia, wsadzać jej do samochodu i z niego wyciągać. Do diabła, sama miała już tego serdecznie dość, a przecież nie była trzyipółletnim dzieckiem.

To już będzie ostatni. Ostatni bank odwiedzony razem z córką, a potem zacznie przeglądać oferty prywatnych detektywów.

Sprzeda meble, sprzeda wino. Pora na optymizm zamiast nieustannego zamartwiania się.

Poprawiła Callie na biodrze i podeszła do kasjerki, która patrzyła na nią przez okulary w czerwonych oprawkach.

– W czym mogę pani pomóc?

– Dzień dobry. Muszę porozmawiać z menedżerem. Jestem żoną Richarda Foxwortha, tutaj mam pełnomocnictwo. W grudniu zeszłego roku straciłam męża.

– Bardzo mi przykro.

– Dziękuję. Wydaje mi się, że miał w tym banku skrytkę depozytową. Mam klucz i pełnomocnictwo.

Bardzo szybko nauczyła się, że gdy mówiła znudzonym pracownikom banku, że znalazła klucz, to nie wiedzieli, co z tym fantem zrobić.

– Pani Babbington jest w swoim gabinecie i z pewnością pani pomoże. Najpierw na wprost, potem w lewo.

– Dziękuję. – Znalazła gabinet i zapukała w otwarte szklane drzwi. – Dzień dobry, przepraszam. Powiedziano mi, że mogę z panią porozmawiać na temat dostania się do skrytki mojego męża.

Weszła bez proszenia – zawsze uczono ją inaczej – usiadła i wzięła Callie na kolana.

– Oto klucz i pełnomocnictwo. Jestem żoną Richarda Foxwortha.

– Już sprawdzam. Ale ty masz piękne rude włoski – powiedziała pracownica banku do Callie.

– Tak jak mamusia. – Dziewczynka złapała pasemko włosów Shelby.

– Tak, tak jak mama. Nie ma pani na liście osób, które mają dostęp do skrytki pana Foxwortha.

– Słu… słucham?

– Obawiam się, że nie mamy pani nazwiska w karcie wzorów podpisów.

– On ma tutaj skrytkę?

– Tak. Nawet jeśli ma pani pełnomocnictwo, najlepiej będzie, jeśli pan Foxworth przyjdzie tutaj osobiście i panią doda.

– On… on nie może. On…

– Tatuś musiał iść do nieba.

– Och. – Na twarzy Babbington pojawiło się współczucie. – Bardzo mi przykro.

– W niebie śpiewają aniołki. Mamusiu, Fifi chce już do domu.

– Zaraz, kochanie. On, Richard… miał wypadek. Płynął łodzią, nadszedł szkwał. W grudniu. Dwudziestego ósmego grudnia. Mam całą dokumentację. Nie wydają aktu zgonu, jeśli nie można znaleźć…

– Rozumiem. Pani Foxworth, muszę zobaczyć te dokumenty. I jakiś dokument tożsamości ze zdjęciem.

– Przyniosłam również akt ślubu. Tak żeby miała pani wszystko. I raport policyjny na temat tego, co się wydarzyło. I pisma od prawników. – Podała jej dokumenty i wstrzymała oddech.

– Można by wystąpić do sądu o dostęp do skrytki.

– Czyli właśnie to powinnam teraz zrobić? Mogę poprosić o to prawników Richarda, no dobrze, teraz to są moi prawnicy.

– Proszę dać mi chwilkę.

Babbington wczytała się w dokumenty, a Callie zaczęła wiercić się na kolanach Shelby.

– Mamusiu, chcę już urządzić herbatkę. Obiecałaś. Miałyśmy zrobić przyjęcie.

– I zrobimy, jak tylko załatwimy sprawy tutaj. Urządzimy sobie herbatkę dla księżniczek. Zastanów się, które lalki będziesz chciała zaprosić.

Callie zaczęła wymieniać zabawki, a Shelby nagle sobie uświadomiła, że ze stresu zachciało jej się siku.

– Pełnomocnictwo jest w porządku, tak samo jak pozostałe dokumenty. Zaprowadzę panią do skrytki.

– Teraz?

– Chyba że woli pani przyjść innym razem…

– Nie, nie, będę pani niezmiernie wdzięczna. – Z wrażenia zakręciło jej się w głowie. – Jeszcze nigdy tego nie robiłam, nie wiem, jak mam teraz postępować.

– Wszystko pani wytłumaczę. Będzie mi potrzebny pani podpis. Tylko najpierw to wszystko skseruję. Wygląda na to, że na twoim przyjęciu będzie mnóstwo gości – powiedziała do Callie, szykując dokumenty. – Mam wnuczkę w twoim wieku. Uwielbia urządzać herbatki.

– Może przyjść.

– Z pewnością by chciała, ale mieszka w Richmond w Wirginii, a to daleko stąd. Pani Foxworth, proszę to podpisać.

W głowie Shelby trwała taka gonitwa myśli, że ledwo była w stanie czytać.

Babbington użyła karty magnetycznej, wbiła kod i weszły do skarbca, w którym na wszystkich ścianach znajdowały się ponumerowane szuflady. Numer 512.

– Teraz wyjdę i zostawię panią samą. Jeśli będzie pani potrzebowała pomocy, proszę dać mi znać.

– Pięknie dziękuję. I mogę zabrać całą zawartość skrytki?

– Jest pani do tego upoważniona. Proszę się nie śpieszyć – dodała Babbington i zasunęła za sobą zasłonę.

– No cóż, muszę to powiedzieć… o kuź-wa. – Postawiła na stole torbę, w której nosiła rzeczy Callie i swoje, i walizkę Richarda, a potem, trzymając mocno córkę, podeszła do skrytki.

– Mamusiu, za mocno!

– Przepraszam, przepraszam. Boże, jak ja się denerwuję. To pewnie tylko jakiś plik dokumentów, których Richard nie chciał przetrzymywać w domu. To prawdopodobnie nic takiego. A może nawet skrytka jest pusta.

No to ją otwórz, na litość boską, pomyślała.

Drżącą ręką wsunęła klucz do zamka i przekręciła. Gdy się otworzył, podskoczyła.

– No i proszę. Jeśli będzie pusta, to trudno. Najważniejsze, że ją znalazłam. Sama. Udało mi się. Skarbie, muszę cię na chwilę postawić na ziemi. Nie ruszaj się, zostań przy mnie.

Postawiła Callie na podłodze, wyjęła skrzynkę i podeszła do stołu.

A potem po prostu do niej zajrzała.

– O mój Boże. O kuźwa.

– Kuźwa!

– Nie powtarzaj. Nie powinnam była tego mówić. – Musiała oprzeć się o stół.

Skrytka nie była pusta. Pierwsze, co przykuło wzrok Shelby, to stos powiązanych w pliki pieniędzy. W studolarowych banknotach.

– Po dziesięć tysięcy i, o Boże, Callie, tego jest tutaj tak dużo.

Teraz jej ręce nie tylko drżały, ale strasznie się trzęsły. Zaczęła liczyć pliki.

– Dwadzieścia pięć. Tutaj jest dwieście pięćdziesiąt tysięcy w gotówce.

Czując się jak złodziejka, spojrzała z niepokojem na zasłonę, a potem schowała pieniądze do walizki.

– Muszę spytać prawników, co z tym zrobić.

No dobrze, to pieniądze, ale co z resztą?

Co z trzema prawami jazdy ze zdjęciem Richarda? I jakimiś innymi nazwiskami? No i paszporty.

I półautomatyczną bronią?

Zaczęła po nią sięgać, ale cofnęła dłoń. Chciała ją tutaj zostawić, nie potrafiła powiedzieć dlaczego, jednak nie mogła jej dotknąć. Ale się do tego zmusiła, podniosła ją i wyjęła magazynek.

Dorastała w górach Tennessee, jeden z jej braci był teraz policjantem. Potrafiła obchodzić się z bronią. Nie miała jednak zamiaru nosić przy sobie naładowanego pistoletu, zwłaszcza że chodziła wszędzie z dzieckiem.

Broń i dwa dodatkowe magazynki schowała do walizki. Wzięła paszporty, prawa jazdy. Znalazła również trzy karty ubezpieczenia społecznego, wydane na te same trzy nazwiska, karty American Express, Visa. Wszystko na te trzy nazwiska.

Czy którekolwiek z nich było prawdziwe?

Czy cokolwiek było prawdziwe?

– Mamusiu. Chodźmy już, chodźmy. – Callie zaczęła ciąg­nąć ją za nogawkę.

– Za chwileczkę.

– Teraz! Mamusiu, teraz!

– Za chwileczkę. – Shelby powiedziała to ostro i stanowczo i w normalnej sytuacji usta Callie zaczęłyby drżeć, ale czasami trzeba przypomnieć dziecku, że to nie ono tutaj rządzi.

A mama musiała pamiętać, że trzylatka ma prawo być zmęczona, skoro dzień w dzień ciąga się ją po różnych instytucjach.

Shelby pochyliła się, pocałowała małą w główkę.

– Już prawie skończyłam, teraz muszę to tylko schować.

Callie jest prawdziwa, pomyślała. I tylko to się liczyło. A reszta? Albo się tego dowie, albo nie. Ale Callie była prawdziwa, a za ponad dwieście tysięcy kupi sobie porządnego minivana, spłaci trochę długów, może nawet uda jej się kupić mały domek, gdy już znajdzie stałą pracę.

Może Richard tego nie chciał – nie miała pojęcia, czego on tak naprawdę chciał – ale ostatecznie zapewnił swojej córeczce przyszłość. A Shelby dał możliwość odetchnięcia, tak że będzie mogła pomyśleć o reszcie później.

Podniosła Callie, zarzuciła torbę na ramię i mocno złapała rączkę walizki.

– No dobrze, moja dziewczynko. Idziemy na przyjęcie.

Rozdział trzeci

Otworzyła wszystkie pokoje, włączyła ogrzewanie, a nawet kominki – wszystkie siedem sztuk. Kupiła świeże kwiaty, upiekła ciasteczka.

Spędziła nad laptopem mnóstwo czasu, szukając najlepszych sposobów na szybką sprzedaż mieszkania, i dowiedziała się, że muszą być ciasteczka i kwiaty. I, jak to powiedziała agentka nieruchomości, wszystko musi wyglądać neutralnie.

Z tego, co wiedziała, gdy się tutaj wprowadzili, miejsce było neutralne. Nigdy nie uważała tego wielkiego domu za ciepły i przytulny. Może gdyby był umeblowany innymi meblami, w cieplejszych odcieniach – wtedy poczułaby się jak w domu.

Ale to była kwestia jej wrażliwości, a w tej chwili jej wrażliwość nie miała znaczenia.

Im szybciej sprzeda ten cholerny dom, tym szybciej pozbędzie się części długu.

Agentka nieruchomości przyjechała z kwiatami oraz ciasteczkami i Shelby pomyślała, że mogła oszczędzić sobie fatygi. Kobieta przywiozła cały zespół, który zaczął chodzić po domu, przesuwać meble, rozstawiać kwiaty i zapalać świece. Shelby kupiła świece zapachowe, stwierdziła jednak, że albo zachowa je dla siebie, albo zwróci.

– To miejsce jest nieskazitelnie czyste. – Agentka uśmiechnęła się szeroko do Shelby i poklepała ją po ramieniu. – Pani ekipa sprzątająca świetnie się spisała.

Shelby przypomniała sobie, jak nocami polerowała i szorowała wszystkie powierzchnie, i tylko się uśmiechnęła.

– Chcę, żeby dom ładnie wyglądał – powiedziała.

– Wygląda, proszę mi wierzyć. Sprzedaż po cenie niższej niż ustalona może być trudna i odstraszy kilku potencjalnych nabywców, jestem jednak przekonana, że szybko dostaniemy korzystne oferty.

– Mam nadzieję. W poniedziałek ma przyjść ktoś od mebli, ale jeśli któryś z klientów będzie chciał kupić dom z meblami, to nie ma problemu.

– Wspaniale! Jest tu wiele pięknych sprzętów. Powiem wszystkim, że one też są na sprzedaż.

Shelby po raz ostatni krytycznie rozejrzała się wokół, pomyślała o broni, dokumentach i gotówce, zamkniętych w sejfie w gabinecie Richarda.

Potem podniosła swoją dużą torbę.

– Ja i Callie zejdziemy państwu z drogi. Mam do załatwienia kilka spraw.

I minivana do kupienia.

***

Tacie pewnie nie spodobałoby się, że nie kupiła amerykańskiego samochodu, ale pięcioletnia toyota, którą znalazła przez portal CarMax, uchodziła za bardzo bezpieczne i bezawaryjne auto. I miała w miarę niską cenę.

Cena spadła jeszcze bardziej, gdy zaczęła się targować i zaproponowała gotówkę. Najprawdziwszą gotówkę.

Kiedy liczyła pieniądze, zaczęły drżeć jej ręce – ale je opanowała. Połowa ceny teraz, połowa kolejnego dnia, przy odbiorze samochodu.

Potem Shelby odjechała kilka ulic dalej i na chwilę oparła czoło na kierownicy. Jeszcze nigdy nie wydała tylu pieniędzy naraz. Nigdy w życiu nie kupowała samochodu.

Teraz już mogła się trząść, ale tym razem nie ze zdenerwowania. Tylko z zachwytu.

Shelby Anne Pomeroy – bo takie nazwisko podała – właś­nie kupiła sobie toyotę z dwa tysiące dziesiątego w radosnym wiśniowym kolorze. Sama.

I jeszcze zaczęła się odważnie targować i udało jej się zejść z ceny tysiąc dolarów.

– Callie, damy radę – powiedziała, chociaż córeczka była całkowicie pochłonięta Shrekiem. – Naprawdę damy radę.

Zadzwoniła do firmy leasingowej i umówiła się na odbiór samochodu, a potem zmusiła się do poproszenia, żeby podrzucono ją po odbiór minivana.

Od razu mogła załatwić kwestię ubezpieczenia – Callie i tak cały czas oglądała film. Przez chwilę potraktuje SUV-a jak tymczasowe biuro.

Gdy już załatwiła przeniesienie ubezpieczenia samochodowego, sprawdziła stronę internetową, na której wystawiła wina na sprzedaż.

– O mój Boże, Callie, ludzie zaczęli składać oferty!

Zachwycona i zafascynowana przejrzała proponowane ceny, zliczając wszystko w głowie, i okazało się, że ma już około tysiąca dolarów.

– Dzisiaj wystawię kolejnych dwanaście butelek, tak, tak właśnie zrobię.

Ponieważ wyglądało na to, że tego dnia miała szczęście, postanowiła pojechać do Filadelfii. Nawet z nawigacją zabłądziła trzy razy, była przerażona ruchem na ulicy. Wreszcie jednak znalazła sklep i wniosła do środka nigdy nienoszone futro z szynszyli i córkę.

Była zaskoczona, bo nikt nie patrzył na nią ze współczuciem ani nie dawał jej odczuć, że jest gorsza, bo zwraca futro. Dzięki temu spłaciła część długu na karcie kredytowej, a pozostała część nie wydawała jej się już taka przerażająca.

Zbyt długo zwlekała, przez długi czas była jakby zahibernowana. Teraz zabrała swoją małą dziewczynkę na Happy Meala. Czekała zdecydowanie zbyt długo. Ale właśnie udało jej się przerwać tamę i miała zamiar doprowadzić do powodzi.

Wyjechała z miasta, zatankowała – przeklinając mróz i ceny paliwa – a potem przez jakiś czas jeździła bez celu, bo Callie zasnęła.

Dwa razy przejechała obok swojego domu – albo domu wierzycieli – i liczyła stojące przed nim samochody. To dobrze, oczywiście, że to dobrze, przecież każdy, kto przyszedł oglądać dom, mógł ostatecznie zdecydować się na zakup. Ale, na Boga, ona chciała już tam wrócić, położyć Callie, uzupełnić arkusz kalkulacyjny.

Czekała zbyt długo, agentka z pewnością wszystko już załatwiła.

– Przepraszam, proszę dać mi chwilkę – powiedziała Shelby w drzwiach. – Callie musi do toalety.

Ledwo udało im się zdążyć. Gdy wróciła do salonu, agentka siedziała i pracowała na tablecie.

– To były bardzo udane drzwi otwarte. Ponad pięćdziesiąt osób, teraz jest idealna pora roku na sprzedaż. Dom wzbudził ogromne zainteresowanie, są też dwie oferty.

– Oferty? – Zaskoczona Shelby postawiła Callie na podłodze.

– Niskie i firma pożyczkowa chyba ich nie zaakceptuje, ale nieźle jak na początek. Pewna czteroosobowa rodzina jest poważnie zainteresowana. Mam co do nich dobre przeczucia. Przemyślą sobie ten zakup i się ze mną skontaktują.

– To cudownie.

– Mam również ofertę na zakup mebli z głównej sypialni. Jedna z kobiet przyprowadziła swoją siostrę, która nie chce wprawdzie kupować domu, ale jest zainteresowana meblami. Moim zdaniem kwota jest trochę zbyt niska, ale ona chce natychmiast je zabrać. Najpóźniej w poniedziałek.

– Sprzedane.

Agentka się zaśmiała, a potem zamrugała z zaskoczeniem, uświadomiwszy sobie, że Shelby nie żartowała.

– Ale ja przecież jeszcze nawet nie powiedziałam, ile ona zaproponowała.

– Nieważne. Nienawidzę tych mebli. Nienawidzę każdego mebla w tym domu. Poza pokojem Callie – dodała i poprawiła włosy, patrząc, jak córka wyciąga kosz z zabawkami, trzymany na dole jednej z szafek w kuchni. – Tylko tamte meble mogłam sama wybrać. Jeśli o mnie chodzi, ta kobieta może zabrać wszystko dzisiaj. W tym domu jest mnóstwo miejsca do spania.

– Możemy usiąść?

– Przepraszam, oczywiście. Przepraszam, pani Tinesdale, jestem trochę rozemocjonowana.

– Proszę mi mówić Donna.

– Donno, chcesz kawy albo czegoś do picia? Zapomniałam o dobrych manierach.

– Po prostu usiądź. Masz mnóstwo na głowie. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, jak sobie z tym wszystkim radzisz. Chcę ci pomóc. Na tym polega moja praca. Zaproponowana kwota za meble jest zbyt niska. Pozwól mi przygotować kontrofertę. Shelby, nie ma nic złego w ubijaniu interesu, mam jednak wrażenie, że dajesz się wykorzystywać! Chociaż z drugiej strony te meble są naprawdę brzydkie.

– Och! – Shelby poczuła ulgę. – Też tak uważasz? Naprawdę?

– Każdy mebel tutaj jest brzydki. Poza pokojem Callie.

Shelby zaczęła się śmiać, ale po chwili jej śmiech przeszedł w płacz.

– Przepraszam. Boże, przepraszam.

– Mamusiu. – Callie wspięła się jej na kolana. – Nie płacz. Mamusiu, nie płacz.

– Wszystko w porządku. – Shelby przytuliła Callie i zaczęła ją kołysać. – Nic mi nie jest, to tylko zmęczenie.

– Mamusia musi się przespać.

– W porządku. W porządku, kochanie. Nie martw się.

– Naleję ci kieliszek wina – oznajmiła Donna i wyjęła chusteczki z kieszeni. – Zostań tutaj. Widziałam butelkę w lodówce.

– Jest za wcześnie.

– Nie, dzisiaj nie jest za wcześnie. A teraz powiedz mi – zaczęła mówić z kuchni, wyjmując kieliszki i wino – co jeszcze chcesz sprzedać? Dzieła sztuki?

– O Boże, tak! – Wymęczona do granic możliwości Shelby nie protestowała, gdy Callie wytarła jej twarz chusteczką. – Mam to wszystko na liście. Kompletnie nie czuję takiej sztuki.

– Dywany? Lampy?

– Chcę pozbyć się wszystkiego poza meblami z pokoju Callie i moimi ubraniami, no i kilkoma rzeczami, których będę potrzebowała podczas mieszkania tutaj. Nie chcę zachować niczego stąd, pani… Donno. Nawet naczynia kuchenne nie są moje.

– Na dole jest piękna kolekcja win.

– Dwadzieścia cztery butelki wystawiłam w internecie na sprzedaż. Ludzie składają już oferty. Dzisiaj wystawię kolejną część.

Donna przekrzywiła głowę i popatrzyła uważnie na Shelby.

– Ale ty jesteś mądra!

– Gdybym była mądra, nie dałabym się w to wmanewrować. Dziękuję – dodała, gdy Donna postawiła przed nią kieliszek.

– To nieprawda, ale zacznijmy od początku. Podaj mi nazwę firmy, do której zgłosiłaś się z ofertą sprzedaży mebli.

– Dolby and Sons z Filadelfii.

– To dobrze. To bardzo dobrze, właśnie ich bym ci poleciła. – Sącząc wino, Donna napisała coś na tablecie, a potem zaczęła mówić z ożywieniem: – Złożę kontrofertę, ale ta klientka będzie musiała pójść po rozum do głowy, jeśli naprawdę chce kupić te meble. W przeciwnym razie Chad Dolby, najstarszy syn, to pewnie on przyjedzie tutaj, żeby wycenić meble, a z pewnością złoży ci rozsądną propozycję. Znam też kogoś, kto kupi od ciebie naczynia, kieliszki, zastawę. Mam także dwóch sprzedawców dzieł sztuki.

– Nie wiem, jak mam ci dziękować.

– To moja praca – przypomniała jej Donna. – I przyjemność. Mam córkę młodszą od ciebie o zaledwie kilka lat. Mam nadzieję, że jeśli kiedyś znajdzie się w takim… w takiej sytuacji, też ktoś jej pomoże. Zauważyłam, że opróżniłaś garderobę męża.

– Tak. Kochanie, mamusia czuje się już dobrze. – Pocałowała Callie we włosy. – Idź się pobawić. Większość ubrań zawiozłam do Drugiej Szansy – powiedziała, gdy Callie zeszła jej z kolan.

– Cudownie. Macey i Cheryl są świetne w tym, co robią, i mają duży ruch.

– Czy ty znasz wszystkich w okolicy?

– To część mojej pracy. A co z książkami?

– Spakowałam już te, które lubię. Richard kupił książki stojące teraz w bibliotece na aukcji.

– I w ten sam sposób je sprzedamy. – Donna pokiwała głową i przez chwilę stukała na tablecie. – Dopiszę to do spraw do załatwienia. A jeśli chcesz, podam kilku osobom kontakt do ciebie, żebyś mogła się umówić.

– Byłoby cudownie. Jestem ci bardzo wdzięczna. Mam wrażenie, że za długo żyłam w marazmie i nie wiedziałam, co mam z tym wszystkim zrobić.

– Z tego, co widzę, świetnie sobie poradziłaś.

– Dziękuję, ale jak ktoś coś podpowie i wskaże kierunek, jest o wiele łatwiej. Jesteś taka miła. Nie wiem, dlaczego tak strasznie denerwowałam się przed naszym spotkaniem.

Teraz Donna zaczęła się śmiać.

– Niektórzy ludzie tak na mnie reagują. Podawać numery na komórkę czy telefon stacjonarny?

– I jeden, i drugi. Staram się nosić telefon w kieszeni, ale czasami go zapominam.

– W porządku. To są ludzie interesu, chcą zarobić, ale z pewnością cię nie oszukają. Jeśli przyjdzie ci do głowy coś jeszcze, po prostu daj mi znać. – Uśmiechnęła się. – Naprawdę znam wszystkich. I, Shelby, zobaczysz, doprowadzę do tego, żebyś otrzymała ofertę kupna tego domu. Dobrą ofertę. To piękna przestrzeń w rewelacyjnej lokalizacji, właściwy klient na pewno gdzieś jest. I ja go znajdę.

– Jestem pewna, że ci się uda.

I ponieważ Shelby rzeczywiście była tego pewna, tej nocy spała tak spokojnie, jak nie spała od kilku tygodni.

***

Przez kolejny tydzień musiała być cały czas skupiona. Dogadała się z Dolby and Sons, wysłała butelki wina do osób, które wygrały licytacje, otrzymała bardzo przyzwoity czek za część ubrań Richarda – i ze swojej garderoby wyniosła trzy torby ciuchów.

Przyjęła ofertę kupna naczyń oraz zastawy i wszystko spakowała – po czym kupiła sobie zestaw kolorowych plastikowych talerzy, misek i kubków.

Na razie muszą wystarczyć.

I chociaż powinna jak najbardziej oszczędzać, do końca spłaciła jedną z kart kredytowych.

Jedna już, pomyślała, jeszcze jedenaście.

Sztuka – kopie, w przeciwieństwie do tego, co twierdził Richard – nie była warta tyle, ile by sobie życzyła. Ale ostatecznie coś się uzbierało.

Każdego dnia Shelby czuła się odrobinę lepiej. Nie zniechęciła jej nawet burza śnieżna, podczas której spadło pół metra śniegu. Opatuliła Callie jak Eskimoskę i zrobiły razem pierwszego bałwana.

To nic takiego, pomyślała, ale sfotografowała go telefonem i wysłała zdjęcie do Tennessee.

Przygoda na śniegu zmęczyła Callie i Fifi tak bardzo, że padły o siódmej. Dzięki temu Shelby miała dla siebie długi wieczór i mogła sobie wszystko dokładnie zaplanować.

Czy powinna spłacić jeszcze jedną z niższych kwot na kartach kredytowych i mieć z głowy kolejny problem? A może powinna zacząć spłacać którąś z wyższych kwot, żeby obniżyć odsetki?

Bardzo chciała móc powiedzieć, że spłacone są dwie i zostało już tylko dziesięć, ale okazało się, że lepiej było obniżyć odsetki.

Dokonała płatności online, a potem otworzyła arkusz kalkulacyjny.

Spłaciła czterysta osiemdziesiąt sześć tysięcy czterysta dolarów. Zostały jej już tylko dwa miliony sto tysięcy i osiemdziesiąt cztery dolary długu.

Nie licząc kolejnych rachunków od prawników i księgowych. Ale w tej chwili wydawało się to Shelby marną kwotą.

Zadzwonił telefon, błyskawicznie odebrała, bo zobaczyła na wyświetlaczu imię Donny.

Może…

– Słucham.

– Cześć, Shelby, z tej strony Donna. Wiem, że jest już trochę późno, ale chcę ci powiedzieć, że mamy dobrą ofertę kupna domu.

– Och! To świetne wieści!

– Wydaje mi się, że firma kredytowa ją zaakceptuje. Wiem, że to może potrwać wiele tygodni, a nawet miesięcy, ale zrobię wszystko, żeby jak najszybciej sfinalizować sprzedaż. To ta rodzina, o której ci mówiłam, z drzwi otwartych. Dom naprawdę ich zauroczył, a lokalizacja idealnie im pasuje. I jeszcze jedno: kobiecie bardzo nie podobają się meble.

Shelby zaczęła się śmiać i wreszcie się rozluźniła.

– Naprawdę?

– Tak, stwierdziła, że są okropne. Powiedziała, że aby dostrzec piękno domu, musiała sobie wyobrażać, że w ogóle ich nie ma. Z kolei mąż denerwuje się samą kwestią zakupu, ale ona bardzo pragnie tu zamieszkać, więc go przekonała. I wydaje mi się, że jeśli firma udzielająca kredytu hipotecznego zażąda trochę wyższej ceny, to oni i tak się zgodzą.

– O mój Boże, Donno!

– Nie chcę uprzedzać faktów, ale dzisiaj powinnaś urządzić sobie małe święto.

– Mam ochotę rozebrać się do naga i zacząć tańczyć w tym cholernym domu.

– Może być.

– Może jednak sam taniec, bez rozbierania się. Dziękuję. Bardzo ci dziękuję.

– Trzymam kciuki, Shelby. Jutro rano od razu skontaktuję się z tą firmą. Dobrej nocy.

– Wzajemnie. I jeszcze raz dziękuję. Na razie, pa.

Nie rozebrała się do naga, ale przyniosła radio, włączyła Adele i zaczęła tańczyć i śpiewać w gabinecie.

Kiedyś miała ambicje, plany, marzenia. Chciała zostać słynną piosenkarką. Jej głos był wielkim darem, dbała o niego i bardzo go doceniała.

Richarda poznała właśnie dzięki śpiewaniu, przyszedł do małego klubu w Memphis, w którym była główną wokalistką w zespole o nazwie Horizon.

Miałam dziewiętnaście lat, pomyślała. Byłam za młoda, żeby kupić sobie piwo, ale Ty, perkusista, który trochę się w niej podkochiwał, czasami przemycał jej coronę.

Boże, jak cudownie było znowu śpiewać i tańczyć. Pomijając kołysanki, nie śpiewała od wielu miesięcy. Przesłuchała Adele i przeszła do Taylor Swift, a potem usłyszała, że znowu dzwoni jej telefon, więc wyłączyła muzykę.

Nadal się uśmiechając i podrygując w miejscu, podniosła słuchawkę.

– Słucham.

– Szukam Davida Mathersona.

– Przykro mi, pomyłka.

– Davida Mathersona – powtórzył mężczyzna i podał numer telefonu.

– Tak, to ten numer, ale… – Poczuła nagły ścisk w gardle. Musiała to wyjaśnić. Złapała mocniej słuchawkę. – Tutaj nie mieszka nikt o takim nazwisku. Przykro mi.

Rozłączyła się, zanim mężczyzna zdążył powiedzieć coś więcej, a potem poszła szybko do sejfu i wbiła szyfr.

Wyjęła szarą kopertę, położyła ją na biurku i drżącymi palcami otworzyła.

W kopercie trzymała wszystkie znalezione w skrytce dokumenty, z których uśmiechała się do niej twarz Richarda.

Jeden komplet dokumentów był na nazwisko Davida Allena Mathersona.

Nagle straciła ochotę na śpiewanie i tańczenie. Poczuła nieodpartą potrzebę sprawdzenia wszystkich drzwi i włączenia alarmu.

Mimo że miała oszczędzać, zostawiła światło w foyer i w korytarzu na piętrze. Zamiast położyć się w swoim łóżku, poszła do Callie.

I przez długi czas leżała z córką i modliła się, żeby telefon już nie zadzwonił.

***

Firma skupująca meble przysłała ekipę, która spakowała wszystko z dwóch pokoi gościnnych, z foyer i jadalni, w której Shelby nie jadła od czasu wypadku Richarda. Po krótkich targach zgodziła się sprzedać meble z sypialni prywatnej klientce.

Spłaciła drugą kartę kredytową.

Już dwie, zostało dziesięć.

Bez mebli dom zdawał się jeszcze większy i mniej przyjazny. Shelby odczuwała potrzebę wyniesienia się stąd, wiedziała jednak, że musi zająć się jeszcze wieloma sprawami.

O pierwszej trzydzieści miała spotkanie z klientem na książki – specjalnie wybrała porę drzemki Callie. Spięła włosy i założyła piękne turkusowe kolczyki, które dostała od rodziców na święta. Dodała trochę brązera i różu na policzki, bo wyglądała strasznie blado. Zamieniła grube skarpety, w których lubiła chodzić po domu, na eleganckie czarne szpilki.

Babcia twierdziła, że szpilki uciskają palce, ale jednocześnie zwiększały pewność siebie kobiety.

Gdy rozległ się dźwięk dzwonka przy drzwiach, Shelby podskoczyła. Facet od książek przyjechał piętnaście minut za wcześ­nie, a ona chciała jeszcze zaparzyć kawę i naszykować ciasteczka w bibliotece.

Zbiegła na dół z nadzieją, że mężczyzna nie zadzwoni po raz drugi. W czasie drzemki Callie miała bardzo lekki sen.

Otworzyła drzwi mężczyźnie młodszemu i przystojniejszemu, niż się spodziewała.

– Panie Lauderdale, przyszedł pan w samą porę.

– Pani Foxworth. – Wyciągnął do niej rękę na przywitanie.

– Proszę wejść, na zewnątrz jest bardzo chłodno. Nigdy nie przyzwyczaję się do zim na północy.

– Chyba mieszka pani tutaj od niedawna?

– Tak, jedną zimę. Wezmę pański płaszcz.

– Dziękuję.

Był mocnej budowy, miał kwadratową szczękę i chłodno patrzące orzechowe oczy. Zupełnie nie przypominał starszego, chudego mola książkowego w okularach, którego się spodziewała.

– Donna, to znaczy pani Tinesdale, powiedziała, że może być pan zainteresowany moimi książkami. – Powiesiła płaszcz w szafie w foyer. – Może przejdźmy od razu do biblioteki, żeby mógł pan im się przyjrzeć.

– Ma pani imponujący dom.

– No cóż, z pewnością jest wielki – powiedziała i zaprowadziła go na tyły, przez salę z wielkim fortepianem, na którym nikt nie grał, część wypoczynkową ze stołem bilardowym, który musiała jeszcze sprzedać, do biblioteki.

Gdyby mogła uczynić to miejsce bardziej przytulnym, z pewnością stałoby się jej ulubionym pomieszczeniem poza pokojem Callie. Na razie jedyne, co mogła zrobić, to włączyć kominek i rozsunąć ciężkie zasłony – które również miały trafić na sprzedaż – by wpuścić do środka promienie zimowego słońca.

Meble z biblioteki, żółta skórzana sofa, ciemnobrązowe krzesła i zbyt lśniące stoły miały zostać sprzedane do końca tygodnia.

Shelby żywiła nadzieję, że taki sam los spotka regały z oprawionymi w skórę książkami, których tutaj nikt już nie przeczyta.

– Jak wspominałam przez telefon, niedługo się przeprowadzam, muszę więc sprzedać książki. Spakowałam już te, które chcę ze sobą zabrać, ale te… no cóż, szczerze mówiąc, kupił je mąż, bo myślał, że będą wyglądać ładnie w bibliotece.

– Wyglądają imponująco, tak jak cały dom.

– Chyba tak. Ale mnie bardziej interesuje to, co jest w książce, niż to, jak ona wygląda na półce. Proszę na nie spojrzeć, a ja w tym czasie zaparzę kawę.

Podszedł do regału i wyjął pierwszą książkę z brzegu.

– Faust.

– Czytałam artykuł o tym, po co ludzie kupują takie książki. Żeby stanowiły ozdobę.

Skupiła się na odzyskaniu spokoju. Przecież powinnam być już do tego przyzwyczajona, pomyślała. Nie mogę się tak ciągle denerwować.

– Wydaje mi się, że dla oka, a przynajmniej dla mojego oka, byłoby milej, gdyby one wszystkie nie wyglądały tak samo. Gdyby nie miały takich samych okładek i wysokości. No i muszę przyznać, że z całą pewnością Faust nie jest lekturą, którą wybrałabym do czytania przy kominku.

– Nie jest pani jedyna. – Schował książkę z powrotem na miejsce i spojrzał na nią chłodnymi oczami. – Pani Foxworth, nie nazywam się Lauderdale. Jestem Ted Privet.

– Och, czyli przysłał pana pan Lauderdale?

– Nie jestem handlarzem książkami, tylko prywatnym detektywem. Dzwoniłem do pani kilka wieczorów temu. Pytałem o Davida Mathersona.

Cofnęła się o krok. W obcasach czy nie, wyrzuci go stąd. Na zewnątrz, jak najdalej od Callie.

– A ja wtedy panu powiedziałam, że nikt taki tutaj nie mieszka. Proszę już iść. Czekam na kogoś.

– Zajmę pani tylko minutę. – Uśmiechnął się i podniósł ręce, żeby uwierzyła, że nic jej nie zrobi. – Pani Foxworth, ja… ja tylko wykonuję swoją pracę. Wyśledziłem Davida Mathersona aż do tego miejsca, a z moich informacji wynika… mam zdjęcie. – Jedną ręką sięgnął do kieszeni, a drugą cały czas trzymał w górze, żeby ją widziała. – Proszę tylko zerknąć. Zna pani tego mężczyznę?

Serce waliło Shelby jak szalone. Wpuściła do domu obcego człowieka. Przez to, że ostatnio przewijało się tutaj tyle osób, straciła czujność i go wpuściła. A na górze śpi dziecko.

– Podał się pan za kogoś innego – powiedziała ostro. – Czy na tym polega pańska praca?

– Właściwie to tak. Czasami.

– Nie podoba mi się ani pan, ani pańska praca. – Wyrwała zdjęcie z jego ręki i mu się przyjrzała.

Wiedziała, że to będzie Richard, ale mimo wszystko jego uśmiech gwiazdora filmowego i brązowe oczy ze złotymi cętkami mocno ją uderzyły. Miał ciemniejsze włosy i krótką kozią bródkę, która zdaniem Shelby go postarzała, tak samo jak na dokumentach ze skrytki. Ale to był Richard.

Mężczyzna na zdjęciu to jej mąż. Jej mąż kłamca.

A kim ona jest?

– To jest zdjęcie mojego zmarłego męża Richarda.

– Siedem miesięcy temu ten mężczyzna, przedstawiający się jako David Matherson, oszukał pewną kobietę z Atlanty na pięćdziesiąt tysięcy dolarów.

– Nie wiem, o czym pan mówi. Nie znam żadnego Davida Mathersona. Mój mąż nazywał się Richard Foxworth.

– Dwa miesiące wcześniej David Matherson oszukał niewielką grupę inwestorów z Jacksonville na Florydzie na dwukrotnie wyższą kwotę. Mógłbym tak wyliczać i wyliczać, łącznie z włamaniem w Miami jakieś pięć lat temu. Ukradziono wtedy dwadzieścia osiem milionów dolarów w rzadkich znaczkach i biżuterii.

Oszustwa nie zrobiły już na niej większego wrażenia. Ale kradzież i wymieniona kwota sprawiły, że poczuła ucisk w żołądku i zakręciło jej się w głowie.

– Nie wiem, o czym pan mówi. Proszę stąd wyjść.

Schował zdjęcie, ale nie spuszczał z niej wzroku.

– Ostatnio Matherson działał z Atlanty, gdzie robił przekręty na rynku nieruchomości. Przed przyjazdem tutaj mieszkaliście w Atlancie, prawda?

– Richard był doradcą finansowym. I nie żyje. Rozumie pan, co do pana mówię? Zginął tuż po świętach, nie może więc odpowiedzieć na pańskie pytania. Ja również nie znam na nie odpowiedzi. Nie ma pan prawa nachodzić mnie w ten sposób, kłamać ani próbować mnie nastraszyć.

Po raz kolejny podniósł ręce – ale coś w jego oczach mówiło jej, że był zupełnie nieszkodliwy.

– Nie chcę pani nastraszyć.

– No cóż, właśnie pan to zrobił. Wyszłam za Richarda Foxwortha w Las Vegas w Nevadzie, osiemnastego października dwa tysiące dziesiątego. Nie wyszłam za nikogo o nazwisku Matherson. Nie znam takiego człowieka.

Skrzywił się, a po chwili na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmiech.

– Byliście małżeństwem przez cztery lata, ale twierdzi pani, że nie ma pani pojęcia, w jaki sposób mąż zarabiał na życie? Co naprawdę robił? Kim naprawdę był?