Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 276 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kłamca 3 - Jakub Ćwiek

POWRÓT LOKIEGO, PIERWSZEGO CYNGLA SKRZYDLATYCH

Gdy Lucyfer daje swym zastępom sygnał do rozpoczęcia Apokalipsy, anioły mają na to prostą szpiegowską receptę – załatwić Antychrysta. To nic, że kwili jeszcze w swym dziecinnym łóżeczku. Przykład starego dobrego króla Heroda nie odszedł przecież w zapomnienie – historia wciąż jest najlepszą nauczycielką życia.

Dla Lokiego – pierwszego cyngla skrzydlatych, taka misja to małe piwo. Ot, drobna robótka przed zaległym urlopem. Tyle że przez te podstępne elfy Antychryst zniknął, a w łóżeczku leży pokraczny odmieniec.

Urlop szlag trafił, i to gdy Czterej Jeźdźcy Apokalipsy właśnie ruszają...

Niosą WOJNĘ aniołów i demonów, w której giną... jak zwykle niewinni.

ZARAZA ogarnia Paryż, w Ameryce szaleje GŁÓD.

ŚMIERĆ czyha na każdym kroku, a komórka Kłamcy tym razem nie odpowiada.

"Kłamcę 3", podobnie zresztą jak i jego poprzednie części, czyta się dosłownie jednym tchem, kolosalny wpływ miał na to swoisty styl i język Ćwieka, oraz oczywiście to niezwykłe poczucie humoru. Dla mnie jest to najlepsze angel fantasy, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się przeczytać. Nawet dla tych, którzy nie lubią lub nie mieli styczności z tego typu fantasy, nie aż tak ważne jest to, o czym opowiada, ale to, w jaki sposób zostało nam podane, w jaki język oprawione.

Podsumowując, z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że „Kłamca 3. Ochłap Sztandaru" jest jedną z najlepszych przeczytanych przeze mnie książek. Gorąco polecam tę pozycję, lecz proponuję zacząć serię od początku, bo naprawdę warto. Wad żadnych się nie doszukałem. W mojej ocenie 10/10.

portal 'Paradoks'

Seria Kłamca ugruntowała pozycję Jakuba Ćwieka w czołówce polskiej fantastyki, gwarantując uznanie i sympatię rzesz Czytelników. Lekki, potoczysty styl, łatwość w montowaniu popkulturowych toposów, pełne sarkazmu dialogi i wyraziste postacie – to wszystko sprawiło, że Jakuba Ćwieka w fantastycznym światku określa się jako polskiego Davida Gaimana.

Opinie o ebooku Kłamca 3 - Jakub Ćwiek

Fragment ebooka Kłamca 3 - Jakub Ćwiek

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Książki Jakuba Ćwieka

Prolog

Sudan, współcześnie

Część 1. Po-prostu Teddy

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Część 2. Po drugiej stronie

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Autor

Karta redakcyjna

Okładka

Zlecenia anielskiego cyngla: • Kłamca 1 • • Kłamca 2. Bóg marnotrawny • • Kłamca 3. Ochłap sztandaru • • Kłamca 4. Kill’em all •

Lublin 2012

Książki Jakuba Ćwieka wydane nakładem naszego wydawnictwa:

Kłamca 1Kłamca 2. Bóg marnotrawnyLiżąc ostrzeCiemność płonieKłamca 3. Ochłap sztandaruGotuj z papieżemKłamca 4. Kill’em all

Sudan, współcześnie

to już? To wszystko? – nie dowierzał pan Czarnolaski. – O to całe te mecyj... khem, o to tyle zachodu?

Przed nim na drewnianych paletach stał prosty kamienny sarkofag. Wykuty w pospolitym kamieniu, pozbawiony ornamentów nie prezentował się imponująco. Zwłaszcza dla kogoś, kto spodziewał się co najmniej skarbu króla Salomona.

Czarnolaski delikatnie przetarł spocone czoło – wciąż miał na nim rany po odparzeniach od skórzanego kapelusza – i podciągnął obciążone skórzanym batem spodnie. Potem odwrócił się, posyłając wciśniętemu w kąt namiotu szefowi ekspedycji najgniewniejsze ze swych spojrzeń.

– Co to, kurwa, właściwie jest, panie Wiesiu?

Archeolog wziął głęboki oddech. Był chudym, wysuszonym mężczyzną o uśmiechu jak z butelek denaturatu, a skórę na twarzy miał tak naciągniętą, że zdawała się trzeszczeć z każdym grymasem. Z takim wyglądem musiał albo mówić przekonująco, szybko i składnie, albo zapomnieć o wszelkich grantach i sponsorach. Profesor Wiesław Tutka szczęśliwie dla siebie z dobrą gadką nigdy nie miał problemów.

– To, panie Janie, sarkofag świętego Eustachego z drugiego wieku – powiedział, podchodząc i kładąc rękę na kamiennej płycie – zwanego Eustachym Rzymskim ze względu na miejsce pochodzenia. Zanim został katolickim świętym, nazywał się Placyd i był rzymskim żołnierzem odznaczającym się walecznością i odwagą. Cesarz za zasługi mianował go dowódcą legionu w Azji Mniejszej. Legenda mówi...

– Że odkrył jakieś wspaniałe skarby? Bo inaczej w ogóle nie chcę o tym słuchać – przerwał mu Czarnolaski, drapiąc się po opasłym brzuchu. Krople potu wykwitały mu pod nosem i w zagłębieniach pod oczami. Jego nalane policzki przybrały różową barwę i wyglądał teraz jak gniewna wersja prosiaczka Porky. – Nie musi być złoto. Może być święty Graal na przykład albo inne tego typu cholerstwo.

Przejechał palcem po płycie i z obrzydzeniem przyjrzał się zabrudzonemu opuszkowi.

– Wpłaciłem na tę ekspedycję dwadzieścia tysięcy dolarów, panie Wiesiu – dorzucił, wciąż zezując na palec. – Gdy powiedział mi pan, że coś odkrył, przyleciałem pierwszym samolotem pomimo ważnego zebrania i faktu, że każdy dzień mojej nieobecności kosztuje firmę grube pieniądze. A pan mi daje kamienną skrzynkę z umarlakiem?!

– Właściwie nawet nie daję – zawahał się archeolog, przebierając splecionymi palcami. – Przepisy władz Sudanu dotyczące wywozu zabytków są bardzo restrykcyjne i...

Umilkł pod ciężarem spojrzenia biznesmena.

Do namiotu zajrzało kilku studentów, ale widząc awanturę, zaraz się wycofywali. Tutka nie miał im tego za złe. W końcu każdy z nich marzył w przyszłości o własnych wykopaliskach i grantach. A ich przyszłość zależała w równej mierze od ocen i opinii profesora, jak i od dobrych relacji ze sponsorami, takimi jak Czarnolaski.

Wyglądało na to, że archeolog nie mógł liczyć na nikogo prócz samego siebie i własnej głowy wypchanej po brzegi mitami, podaniami i zwykłymi ogniskowymi opowiastkami. Czasami Tutka miał wrażenie, że jest ich tam więcej niż prawdziwej wiedzy.

– Niech pan posłucha – podjął po namyśle. – Legenda mówi, że kiedyś podczas polowania Placyd trafił na jelenia, w którego porożu lśnił złotem krzyż Pański. To był moment nawrócenia i żołnierz od tej pory podążał drogą Chrystusa, mimo że tym samym stracił wszystkie przywileje. Był najemnym chłopem gdzieś w Egipcie, aż cesarz, nie radząc sobie z najazdami barbarzyńców, kazał go odszukać i znowu postawić na czele legionów. Placyd, już jako Eustachy, wrócił i, jak mówi legenda, wspomagany łaską odniósł wiele wielkich zwycięstw. W międzyczasie miał też objawienia, które zaowocowały ewangelią zaliczaną obecnie do apokryfów.

Podczas gdy archeolog mówił, Czarnolaski cały czas kiwał głową. Ledwie jednak Tutka skończył, na twarzy biznesmena znowu pojawił się grymas zniesmaczenia.

– No i? – zapytał.

Profesor westchnął zrezygnowany. Bóg mu świadkiem, że próbował powiedzieć prawdę. Teraz nie pozostało już nic innego jak dobrze znany całemu światu nauki klasyczny blef pod sponsora.

– Istnieje spora szansa, że przy jego grobie znajdziemy wskazówki dotyczące miejsca ukrycia pokaźnego majątku Placyda – powiedział jednym tchem. Wykrzywił się w swym grymasie à la Jolly Roger i dodał: – Wartego dziś pewnie grube miliony.

– A restrykcyjne przepisy Sudanu?

– Chrzanić, zrobimy to po cichu.

Czarnolaski rozpogodził się, wyszczerzył nawet idealnie równe zęby. Profesor Tutka – który tak naprawdę nigdy dotąd nie słyszał o skarbach świętego Eustachego – doskonale wiedział, ile wart jest ten uśmiech. Po odliczeniu podatków i innych takich stanowił równowartość kolejnych dwóch tygodni w Sudanie, w namiotach pośród piasków, kolejnych czternastu dni wytrzepywania skorpionów z butów i gardła oblepionego piaskiem jak wnętrze ozdobnej butelki. Słowem – przedłużony czas badań.

– To może przejdziemy teraz do mnie i opowiem panu o tych skarbach – zaproponował wyraźnie rozochocony. – Pan przodem, jeśli można.

Zbliżył się do poły namiotu i odchylił ją, wpuszczając do środka oślepiające promienie słońca. Przepuścił biznesmena, a potem patrzył, jak tamten idzie wzdłuż obozu, próbując odpiąć od paska telefon satelitarny, w czym wyraźnie przeszkadzał mu opasły brzuch.

– Dupek – burknął pod nosem.

Raz jeszcze spojrzał na swoje wspaniałe odkrycie, wciąż jeszcze ukrywające swą zawartość, z brązowymi klamrami mocującymi kamienną płytę do reszty sarkofagu. Spojrzał... i zamarł.

Ciemność gęsta jak mgła, mroczna jak muzyka Black Sabbath zalegała wokół sarkofagu. I tylko tam.

– Nie trzeba się denerwować – przemówił nagle miły męski głos na lewo od Tutki.

Archeolog obejrzał się i zobaczył ubranego na czarno mężczyznę o śniadej twarzy, czarnych, równo przystrzyżonych włosach i sylwetce godnej sportowca czy modela. Garnitur, który ów człowiek miał na sobie, elegancki, ze stójką, z całą pewnością nie należał do najtańszych. Właściwie Tutka mógł się założyć, że na sam czarny golf mężczyzny poszłaby pewnie cała jego wypłata.

– Kim pan jest?

– Spełnieniem marzeń każdego archeologa – odparł tamten. – Milionerem z archeologiczną pasją. Przyszedłem kupić od pana pańskie odkrycie.

Tutka rzucił ukradkowe spojrzenie na sarkofag, który teraz niemal tonął w mroku. Widać było ledwie krawędzie.

Co to za cholerna sztuczka?– myślał. –Ico to właściwie za człowiek?

– Sarkofag nie jest na...

Mężczyzna podniósł rękę i nagle Tutka zorientował się, że nie może mówić. Przerażony sięgnął ręką do twarzy i przejechał palcami po miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą miał usta. Teraz była tam jedynie gładka skóra. Zapragnął krzyknąć, czuł, że oszaleje, jeśli zaraz tego nie zrobi.

Przecież ty już oszalałeś– odezwał się głos w jego głowie. –Potrzebne ci jeszcze jakieś inne dowody?

Raz jeszcze przejechał dłonią po skórze w poszukiwaniu ust, ale im bardziej sprawdzał, tym bardziej ich tam nie było.

Tajemniczy mężczyzna w czerni dał archeologowi chwilę na oswojenie się z nową sytuacją, po czym podjął przerwaną rozmowę.

– Nie zamierzam pana oszukać, panie profesorze – powiedział. – Za chwilę zabierzemy stąd sarkofag, ale w jego miejsce zostawimy walizkę. Będzie w niej tyle pieniędzy, że starczy panu na badania do cholernej Apokalipsy. Jeżeli uważa pan, że to uczciwy układ, proszę skinąć głową.

Tutka skinął.

– I świetnie! – mężczyzna rozpromienił się. Dosłownie. Z jego ust, nozdrzy i oczu trysnęło nagle światło tak mocne, że archeolog zmuszony był zacisnąć powieki, a i tak blask palił, jakby patrzył prosto w stuwatową żarówkę, jak kiedyś, gdy po nielegalnej demonstracji studenckiej zamiast do akademika trafił na komisariat.

Gdy ponownie otworzył oczy, mężczyzny w czerni już nie było. Podobnie zresztą jak sarkofagu. I ust profesora, które jakoś nie wróciły na swoje miejsce.

Była za to otwarta czarna walizka stojąca na drewnianych paletach. Wewnątrz na wymoszczonej aksamitem wyściółce leżały dwa pliki banknotów. Nieduże, raptem kilka tysięcy dolarów.

Ito ma starczyć do Apokalipsy?– przemknęło Tutce przez głowę.

Część 1

Rozdział 1

Nowy Jork

o-prostu Teddy uwielbiał jazdę na wrotkach. I Nowy Jork. A najbardziej, jeśli wierzyć wywiadom, uwielbiał jeżdżenie na wrotkach po Nowym Jorku. W godzinach szczytu.

Wyglądał zupełnie przeciętnie – szczupły szesnasto-, może siedemnastolatek z włosami przyciętymi na linii żuchwy, ubrany w luźne spodnie i bluzę z kapturem. Markowy plecak, w uszach słuchawki. Gdy prześlizgiwał się pomiędzy samochodami stojącymi w korku na Broadwayu, z rzadka tylko potrącił lekko któreś lusterko. Przestrzeń zdawała się niepostrzeżenie naciągać dla jego potrzeb.

Ludzie – ci, którzy zwracali uwagę na cokolwiek poza własnym hamburgerem – pozdrawiali go wesoło, a on czasem odmachiwał, czasem tylko uśmiechał się pogodnie. Potem – korzystając ze zmiany świateł, która zazwyczaj następowała, gdy był w połowie broadwayowskiego odcinka – Teddy łapał za zderzak najbliższej taksówki i tak jechał, balansując, ze sto metrów, by następnie wbić się w Sto Dziesiątą i pędzić dalej w stronę Central Parku.

Policjant siedzący na masce radiowozu zaparkowanego pod billboardem z podobizną Teddy’ego zasalutował chłopakowi wesoło. Nastolatek odmachał.

Niedługo później, dokładnie kwadrans po dwunastej, po prostu Teddy przeszedł przez obrotowe drzwi budynku GoodTV. Na nogach nie miał już wrotek. Zmienił je przed wejściem na sportowe buty. Wyjął słuchawki z uszu, ale odtwarzacz pozostawił włączony, dzięki czemu każdy przechodzący obok wiedział, czego słucha najbardziej przedsiębiorczy nastolatek na świecie. Mało kto jednak rozpoznawał „Surfing with the Alien” Satrianiego.

– Dzień dobry, proszę pa... – zaczął portier, pogodny staruszek o białych włosach i z głębokim dołeczkiem w brodzie, ale chłopak powstrzymał go gestem.

– Po prostu Teddy, panie Korczyński. – Jedyny w całym budynku poprawnie wymawiał nazwisko emigranta. – Czy mógłbym zostawić u pana wrotki do wieczora? Bardzo proszę.

– Ależ oczywiście, panie... znaczy Teddy. Jak zawsze.

Chłopak uśmiechnął się. Zanim oddał portierowi plecak, wyjął z niego małą reklamówkę.

– Dziękuję. Jakbym mógł coś dla pana zrobić, proszę walić jak w dym.

– Właściwie to... – Staruszek rozejrzał się uważnie, sprawdzając, czy nikt ich nie podsłuchuje, po czym nachylił głowę ku chłopcu. – To jest coś takiego, Teddy. Głupio mi było prosić, ale...

– Co się stało, panie Korczyński?

– Bo ja chciałem zapytać, czy... znaczy mam troszkę oszczędności i nie wiem, gdzie by je tutaj... znaczy ulokować...

– Zbrojeniówka. – Po-prostu Teddy uśmiechnął się i wzruszył ramionami. „Tylko tyle?” – mówił ten gest. – To niezmiennie najpewniejsza inwestycja. No i można przy okazji spełnić swój obywatelski obowiązek, dając naszemu rządowi grosz na coraz lepsze technologie.

– Zbrojeniówka, tak? – Portier wyjął z kieszeni notes i ołówek. – Ale co konkretnie? Jaka firma?

– Jeszcze dziś podeślę panu szczegółową rozpiskę – odparł Teddy wesoło, ruszając w stronę windy. – Jeszcze raz dzięki za opiekę nad wrotkami.

Ledwie doszedł do wind, rozległ się dzwonek i drzwi kabiny stanęły otworem. Chłopak wszedł do środka.

Na górze okazało się, że zebranie już trwa.

– Czekają na ciebie, Teddy – powiedziała Susie, otyła czarnoskóra pięćdziesięciolatka pracująca w GoodTV jako przełożona sekretarek. – A w saloniku dla gości pan Yakamoto czeka na choćby wstępną decyzję. Musisz się pospieszyć, bo on lata wyłącznie japońskimi liniami i ma samolot za trzy godziny. Boi się, że nie zdąży i narazi swoją firmę na dodatkowe koszty.

Po-prostu Teddy spojrzał na zegarek. Z zawstydzeniem zauważył, że jest spóźniony o przeszło czterdzieści minut.

– Cholera, mogłem dzisiaj dać sobie spokój z tymi rolkami! – Klepnął się w czoło. – Cóż, najwyżej poleci na lotnisko helikopterem z dachu, jak będzie trzeba. A jeśli nie zdąży, pokryjemy wszelkie koszty. Ale i tak pędzę. Podrzucisz mi na salę colę i hot doga?

Susie wyszczerzyła białe zęby.

– Jasne, złociutki.

Po-prostu Teddy złapał za leżącą na biurku papierową teczkę i pobiegł do sali konferencyjnej.

Ledwie wszedł, owionął go zapach fajkowego tytoniu, słodka mieszanka wiśni i wanilii. Teddy lubił ten zapach, a poza tym starał się podtrzymywać wszystkie dobre tradycje z dawnych dni, gdy właścicielem był jeszcze po-prostu Bob. Należało do nich właśnie palenie fajek i zamawianie jedzenia na salę konferencyjną. Tworzyło to miłą atmosferę niezobowiązującego spotkania przyjaciół.

– Witam panów! – zawołał, zajmując swoje miejsce u szczytu stołu. – Przepraszam wszystkich za spóźnienie.

Członkowie rady roześmiali się jak z dobrego dowcipu. Ktoś powiedział, że nie ma sprawy, kto inny przypomniał, że jak on się kiedyś spóźnił, to wtedy to było spóźnienie...

– Tak, Mark... pamiętamy – przerwał mu Teddy. – To skoro już wpadłem, cóż dzisiaj mamy w planie?

Powiódł wzrokiem po zebranych, wśród których – tak na pierwszy rzut oka – każdy mógłby być jego ojcem lub dziadkiem. Właściwie wszyscy z wyjątkiem grubego Charliego Turnera, udziałowca z Nebraski, mieli na sobie garnitury, ale prawie żaden nie włożył krawata. Można to było uznać za sukces starań dwóch pokoleń prezesów. Ogromny krok na drodze do po-prostu...

– Zacznijmy od pana Yakamoto – zasugerował siedzący po prawej Ben Kaufman, prawnik o twarzy pociągłej jak z obrazu Muncha. – Siedzi w saloniku gości i wyraźnie mu się spieszy. Wygląda na to, że następne sushi chciałby już wszamać w domku.

Zebrani kolejny raz parsknęli śmiechem, a prawnik podsunął chłopakowi pod nos dwie kartki.

Sprawa dotyczyła warunków, na jakich GoodTV miała przejąć azjatycki koncern Shicho – tokijskie imperium medialne, obecnie w fazie postępującego upadku. Stanowiło ono życiowy dorobek dwóch pokoleń rodziny Yakamoto, nic więc dziwnego, że siedzący w saloniku gość traktował tę sprawę bardzo osobiście. Przywiózł nawet ze sobą komplet ostrych narzędzi i przyjaciela z mieczem na wypadek niepowodzenia misji.

Po-prostu Teddy wczytał się uważnie w podane dokumenty. Na jednym z nich zapisano oczekiwania Azjatów, na drugiej ofertę GoodTV. Z samej różnicy można byłoby wykarmić Etiopię... No, a przynajmniej postawić wszystkim Etiopczykom solidną kolację z kilku dań.

Gdy porównywał liczby, Susie wniosła na salę tacę z puszką coli i hot dogiem. Turner wykorzystał sposobność, by zamówić sobie chińszczyznę, rzucając przy okazji żart o tym, dlaczego Chińczycy mają skośne oczy i co to ma wspólnego z ryżem. Zebrani, rzecz jasna, zareagowali z właściwym sobie luzem.

W końcu Teddy odłożył dokumenty i podsunął sobie tacę.

– Jak dla mnie – powiedział, odgryzając pierwszy kęs hot doga – sprawa wygląda następująco. Pan Yakamoto złożył uczciwą ofertę, która chroni jego pracowników i zapewnia właściwą pozycję jemu samemu. Zasłużył sobie na nią, budując od podstaw największe imperium medialne w Japonii.

Popił colą i powiódł wzrokiem po udziałowcach. To także był wynik długoletnich starań – nikt mu nie przeszkadzał, dopóki nie skończył myśli.

– Z drugiej jednak strony – podjął, przełknąwszy – nasz koncern musi działać z jak największą korzyścią dla akcjonariuszy. I właśnie dlatego najbardziej korzystna dla nas jest oferta z naszej kartki.

Podniósł właściwy dokument i zamachał nim nad głową.

– Jednym słowem, sytuacja patowa – stwierdził Kaufman wyraźnie rozczarowany. Od cudownego dziecka oczekiwał cudu, a nie wygłaszania oczywistości. Choć z drugiej strony z pustego to przecież i Salomon nie naleje. Westchnął ciężko i spojrzał na zegarek. – Skoro tak, to myślę, że najwyższy czas, by pan Yakamoto...

– Nie tak szybko! – Po-prostu Teddy raz jeszcze przyjrzał się kartkom, po czym złożył je obie i wsunął do kieszeni. – Bardzo zależy mi na rynku japońskim, przyjmijmy zatem, że te oferty są zbieżne, i szykujmy umowy. To, co się nie zgadza, pokryję z własnego majątku.

Odwrócił się i uśmiechnął do zaskoczonego Kaufmana.

– Mam nadzieję, że załatwimy to w godzinkę, co? Nasz gość musi jeszcze zdążyć na samolot.

Uniósł do ust puszkę coli, ale zanim upił, dodał:

– I chcę, by jeszcze w tym tygodniu na kanałach Shichu nadawano moje programy, dobrze? Najwyższy czas, by zabrać się za te ich żółte dusze.

Członkowie najbardziej wyluzowanej rady nadzorczej świata mogli zareagować na ten żart tylko w jeden sposób...

– Potrzebuję chwili dla siebie – powiedział do Susie, przechodząc koło biurka. – Możesz przez najbliższy kwadrans nie wpuszczać nikogo do mojego gabinetu? W żadnej sprawie.

Sekretarka skinęła głową, co było dla Teddy’ego wystarczającym gwarantem, że będzie miał spokój. Swego czasu Susie pracowała jako kaskaderka, a potem przez wiele lat jako ochroniarka. Nawet teraz, mimo swej tuszy i wieku, potrafiła być naprawdę groźna. W jej ręku zwykły zszywacz stawał się zabójczą bronią.

Po-prostu Teddy wszedł do swojego biura izamknął drzwi. Rozejrzał się po przestronnym, ale przytulnym wnętrzu przypominającym bardziej wnętrze chatki myśliwskiej niż gabinet genialnego nastolatka. Ściany wyłożono boazerią, na podłodze rozłożono dywany ze skór zwierząt. Po lewej, przy ogromnym oknie, ustawiono masywne dębowe biurko–dokładnie naprzeciw eleganckiego kominka, nad którym wisiał portret po-prostu Boba, jak zawsze wyszczerzonego głupkowato.

Tylko zawartość zajmujących wszystkie ściany regałów nie za bardzo pasowała do wnętrza–stały na nich wrównych rządkach filmy DVD wszystkich możliwych gatunków. Od obyczaju po horror, od familijnych kreskówek po ostre porno. Setki, może nawet tysiące płyt.

Po-prostu Teddy przeszedł przez gabinet, po czym zajął miejsce za biurkiem. Włączył komputer i rozsiadł się wygodnie, ręce wsuwając za głowę, a nogi kładąc na blacie.

– No dobra – powiedział do pustego pokoju. – Są jakieś wieści?

Przez chwilę nic się nie działo, ale i chłopak wyraźnie nie oczekiwał pilnej odpowiedzi. Komputer, zamiast odegrać melodyjkę na powitanie, głosem Alana Rickmana przedstawił się jako Metatron, głos Boga. Była to oczywiście scena z „Dogmy”, filmu tak pełnego majestatu – pomijając oczywiście finał, czysty slapstick – że Teddy’emu przypomniały się dawne czasy. Dni, gdy Metatron naprawdę przemawiał w imieniu Boga. Najmłodszy prezes świata uśmiechnął się na to wspomnienie.

– No i jak? Długo mam czekać? – zapytał jeszcze raz. – Bo zaraz muszę wracać na zebranie i...

W kącie przy kominku pociemniało i po chwili z oparów mroku ukształtował się mężczyzna. Pełna materializacja zajęła mu chwilę, w końcu jednak przyjął postać śniadego mężczyzny w eleganckim garniturze ze stójką.

– Jestem, panie – powiedział, chyląc głowę w pokornym ukłonie. – I przynoszę dobre wieści.

Po-prostu Teddy zdjął nogi z biurka.

– Jak dobre? – zapytał.

– Najlepsze, panie. – Mężczyzna w czerni uśmiechnął się. – Znaleźliśmy czwartego.

– No, to rzeczywiście znakomita wiadomość – stwierdził po-prostu Teddy. Jeśli przybysz oczekiwał szczególnego entuzjazmu, srogo się przeliczył. Na twarzy chłopaka nie było bowiem cienia radości. Właściwie to wydawał się nawet trochę smutny. – Szkoda, że nie zdążę wyłudzić od Yakamoto wczesnych etiud Kurosawy. Mam tylko jakieś słabe ripy.

– Panie, możemy przecież zaczekać, aż...

– Nie! – Chłopiec pokręcił głową i nacisnął przycisk interkomu.

– Susie, powiedz zarządowi, że musiałem pilnie wyjść – polecił do mikrofonu. – Niech resztę decyzji podejmą sami. Cokolwiek ustalą, ja ich poprę.

– Coś się stało? – zapytała sekretarka wyraźnie zaniepokojona.

– Tak – odparł i się rozłączył. Wstał.

– Przyślij tu chłopaków – rozkazał mężczyźnie w czerni. – Niech pozbierają moje płyty. Te z domu też. No i, rzecz jasna, wszystkie gadżety. Miecz Vadera jest w łazience, a zegarek Bonda wisi w sypialni na kan­gurku.

Podszedł do kominka i rozłożył ręce. Zewsząd otoczyła go światłość. Ściana przed nim zaczęła bezgłośnie pękać jakby zasysana do wewnątrz – rozpadała się w oczach na kawałki cegieł i połamane deski boazerii. Wszystko wpadało w świetlistą otchłań, niknęło w srebrzysto-złotym wirze.

– Nie byłem tam od prawie dwóch tysięcy lat – westchnął po-prostu Teddy. – Od czasu Jego odwiedzin.

Mężczyzna w czerni skinął głową.

– Tak, Gwiazdo Zaranna – powiedział. – Pamiętam. Osobiście zanosiłem przecież twój list, a potem kilka razy instrukcje. Strzegłem twego domu i twej pozycji...

– Cóż, najwyższy czas, by zdjąć z ciebie to brzemię, przyjacielu.

To mówiąc, po-prostu Teddy, Gwiazda Zaranna, pierwszy spośród Upadłych wstąpił w wir światła wiodący do piekieł.

Hortonville, Wisconsin

– Panie i panowie! Teraz niech wrażliwi zamkną oczy albo najlepiej w ogóle opuszczą salę, czeka nas bowiem mrożący krew w żyłach numer.

Pyzaty konferansjer zrobił pauzę potrzebną na nabranie oddechu i dostrzegł, że kilka osób rzeczywiście chyłkiem wychodzi. Nie był tylko pewien, czy to wynik jego zapowiedzi, czy też słabej formy mistrza.

Kiedyś, w dawnych czasach, Ocultus należał do najlepszych iluzjonistów. Mówiło się nawet, że jest nieślubnym synem Harry’ego Houdiniego i Maty Hari, który po ojcu odziedziczył niezwykłe zdolności, a po matce grację ruchów... i niebywałą odporność na pewne wstydliwe choroby. Mistrz niejednokrotnie gościł w telewizji, przez krótki czas prowadził nawet swój własny program, zdjęty jednak z powodu niezadowalającej oglądalności po pierwszym sezonie.

Iwłaściwie wtedy wszystko zaczęło się sypać. Iluzjonista, który dumny zsukcesu pozaciągał masę długów na rzecz przyszłych zysków, nagle został nie tylko bez pracy, ale izpustym grafikiem na nadchodzący rok. Żadnych wielkich scen, kilkutysięcznej publiki ipokazów za grube pieniądze. Młodsi konkurenci nie spali przecież, szybko zajęli miejsce, które nierozważnie porzucił Ocultus.

Jakby tego było mało, jedna z jego asystentek, widząc, że to ostatnia szansa na łatwy pieniądz, oskarżyła go o molestowanie seksualne. Sprawa toczyła się długo przy pełnym udziale mediów – wtedy jeszcze sprawy o molestowanie pachniały nowością i gwarantowały pełnych współczucia widzów chłonących newsy na przemian z reklamowymi bloczkami.

Przysięgli stanęli murem za biedną dziewczyną, która ze łzami w oczach opowiadała, jak to magik najpierw rozcinał ją piłą, a potem wywoził jej dolną połowę do drugiego pokoju i tam dokonywał na niej czynów nierządnych. Wyjaśnienie, na czym polegała sztuczka z piłą i dlaczego wersja podana przez kobietę jest nieprawdopodobna, nie tylko nie przekonało ławników – uznali to za tani chwyt obrony – ale i ściągnęło na Ocultusa gniew kolegów po fachu. Większość z nich straciła bowiem przez owe wyjaśnienia swój popisowy numer.

Droga z sali sądowej do podrzędnych bud – jak ta, w której właśnie występował – wiodła już po równi pochyłej, nie omijając więzienia stanowego, gdzie iluzjonista spędził parę lat. W końcu magik poznał pyzatego konferansjera i jego brzydką dziewczynę – wiernych widzów jego telewizyjnego show, którzy radośnie zgodzili się mu asystować. I tak to szło od trzech lat.

– Panie i panowie, raz jeszcze powitajmy Wieeeeelkieeego Oooocultusa! – zawołał konferansjer i ustąpił miejsca wkraczającemu na scenę mistrzowi, chudemu, nieogolonemu mężczyźnie w za luźnym fraku i z włosami sterczącymi na wszystkie możliwe strony. Magik ledwo trzymał się na nogach, co musiało być widać nawet z końca sali.

O dziwo, facet siedzący w pierwszym rzędzie zaklas­kał, a nawet zagwizdał przeciągle, wypluwając przyklejoną do wargi wykałaczkę. Grubas śpiący na fotelu obok obrócił się niespokojnie.

A potem rozpoczął się popisowy numer.

Pokaz przebiegł bez zakłóceń, ale i bez specjalnych zachwytów ze strony widowni. Sam mistrz też specjalnie się nie starał. Zupełnie odpuścił sobie machanie rękami, postawy i całą tę mowę ciała, która umilała publiczności czas między rozpoczęciem sztuczki a jej zakończeniem.

Mimo to siedzący w pierwszym rzędzie facet, ten od owacji i wykałaczki, przyglądał mu się z uwagą. Zbudził nawet śpiącego kumpla i zmusił do podziwiania sztuczki. A gdy wreszcie dziewczyna po cięciu, rozsuwaniu i cudownym złożeniu na powrót wyszła ze skrzyni, uśmiechnął się szeroko.

– Patrz – szepnął do towarzysza. – Teraz dopiero będzie.

Asystentka podeszła do mistrza Ocultusa i podała mu rękę. W jednej chwili zza kulis niczym diabeł z pudełka wyskoczył konferansjer.

– Wielkie owacje, szanowni państwo! – zawołał na całą salę. – Wielki Ocultus i jego urocza towarzyszka Magdalena! Gorące brawa dla nich!

Ktoś z tyłu sali zaklaskał niemrawo, ale facet z pierwszego rzędu podjął te owacje z entuzjazmem godnym prawdziwego fana. Udzieliło się to nawet grupce nastolatków siedzących w środkowych rzędach.

Ocultus popatrzył na swoją asystentkę i skinął głową. Ta uśmiechnęła się niepewnie, a potem równocześnie złożyli swej publiczności głęboki, bardzo głęboki ukłon.

Nagle ucichły oklaski. Przez moment równy dwóm uderzeniom serca na sali zapanowała absolutna cisza, jak na weselu, gdy ktoś – rozochocony alkoholem – wygłosi niezręczny toast na temat wcześniejszego prowadzenia się panny młodej. Cisza tak bardzo bezdźwięczna, że nawet muchy krępowały się w niej latać.

Ktoś z tyłu jęknął przeciągle, ktoś inny zwymiotował, a kobieta w drugim rzędzie runęła na stojące przed nią krzesła. Jakiś dzieciak szepnął: OBoże i niczym płyta winylowa – jakiej pewnie w życiu nie widział – zaciął się na tych słowach. Obożeobożeoboże...– powtarzał w kółko. Pozostali widzowie jednak – wciąż w niemym przerażeniu – wlepiali oczy w scenę, gdzie na deskach leżał... tułów kobiety wraz z rękami i głową.

Jej dolna połowa wciąż stała na nogach, jednak to nie mogło długo potrwać, bo tryskała fontannami krwi. Korpus się nie poruszał, głowa lewym policzkiem przylegała do desek przy krawędzi sceny. Prawe oko o przesuniętej ku górze tęczówce zmatowiało – jak to u trupa.

Mistrz Ocultus popatrzył na dziewczynę obojętnie, po czym wyciągnął zza pazuchy flaszkę i skinął na konferansjera, równie oniemiałego co widzowie.

– No co tak stoisz? Pomóż jej się podnieść – polecił.

Chłopak popatrzył na niego, na swoją rozpołowioną dziewczynę i znowu na iluzjonistę. Na sztywnych nogach zrobił jeden krok, potem drugi, aż wreszcie udało mu się zbliżyć do okrwawionego trupa i przykucnąć obok.

– Trzeba wezwać policję! – zawołał ktoś nagle. – To morderstwo!

Słowa te niczym magiczne zaklęcie ożywiły publikę. Ludzie rzucili się ku wyjściu, rozsuwając krzesła, przeskakując rzędy, zupełnie jakby na scenie wybuchł pożar. Jedni krzyczeli, inni się modlili, wciąż słychać też było odgłosy wymiotów...

I wtedy właśnie dziewczyna zamrugała, poruszyła głową, a potem podniosła się na rękach. Jej chłopak odskoczył z piskiem, ale pokręciła głową i zawołała go.

– Nie słyszałeś, głupku, mistrza? Podnieś mnie i postaw na nogi! – zażądała, po czym spojrzała w stronę tratującej się przy drzwiach publiki. – Hej, wy tam! Chcieliście niezwykłego numeru? No to macie! Oto wielki Ocultus!

Z pomocą konferansjera znów stała się całością. Przez chwilę trzymała ręce na biodrach, po czym wykonała pełen gracji ukłon i zbiegła ze sceny.

Iluzjonista powiódł wzrokiem po skołowanej publiczności, wreszcie zatrzymał spojrzenie na mężczyźnie z pierwszego rzędu i jego usta rozszerzył uśmiech. Najwierniejszy z widzów Ocultusa wypluł wykałaczkę, po czym niedbale zasalutował. Trącił swego grubego, przysypiającego kumpla i obaj zwyczajnie rozpłynęli się w powietrzu.

– Możesz mi wyjaśnić, szefie, co to właściwie miało być? – zapytał Bachus.

Szli teraz wzdłuż jednej z głównych uliczek Hortonville, po lewej mając słabo oświetlony miejski park, a po prawej rząd kolorowych sklepowych witryn. Mimo że był późny wieczór, a do tego środek tygodnia, na ulicach panował spory ruch. Częściowo odpowiadał za to autobus z Appleton właśnie odjeżdżający z przystanku – chwilę wcześniej przywiózł pracowników dziennej zmiany fabryki czekolady.

Robotnicy rozchodzili się niespiesznie do domów, rozważając na głos, czy mogą sobie pozwolić na jedno piwko i jedną kolejkę rzutek.

– O co właściwie pytasz, Bachusie? – Loki spojrzał na towarzysza z rozbawieniem. Wykałaczka przewędrowała z jednego kącika ust do drugiego. – Chcesz, żebym ci zdradził, na czym polegała sztuczka Ocultusa? To tajemnica zawodowa, a ja i on jesteśmy przecież kumplami po fachu. To by było nieetyczne.

Wyciągnął z kieszeni srebrną dolarówkę i zaczął przekładać monetę między palcami, w ogóle na nią nie patrząc.

– Kiedyś, gdy był jeszcze na topie, lubiłem jego pokazy – powiedział po chwili już poważnie. – Smutno mi było patrzeć, jak stacza się na dno. No bo pomyśl sam, występ w starym kinie w Hortonville. Można upaść niżej?

Bachus parsknął.

– I ty tak z dobroci serca? Oj, bo uwierzę! – Usunął się na bok, ustępując nadchodzącej z przeciwka kobiecie z dwiema ogromnymi reklamówkami. – Poza tym nawet jeśli, to raczej mu nie pomogłeś. Ludzie rzygali tam lepiej niż po tym ohydnym roquatelle z dziewięćdziesiątego trzeciego. A wierz mi, to sztuka.

– Może i tak. – Kłamca wzruszył ramionami. – Ale numer zapamiętają, za to mogę ręczyć. Poza tym...

Przystanął i zmrużył oczy.

– Czy to nie ten kretyn, co cię wczoraj ochlapał? – Wskazał ręką mężczyznę przy rdzawoczerwonym pick­-upie.

Farmer – co wnioskowali na podstawie flanelowej koszuli i ogrodniczek – dyskutował zawzięcie ze stojącym obok policjantem, machając trzymaną w ręce puszką coli. Bogowie nie słyszeli dokładnie, o co chodziło, ale docierały do nich strzępki zdań o wolnym kraju, prawach obywatelskich farmera i złodziejskich podatkach płaconych na takich mundurowych darmozjadów.

– Założę się, że jest wypity – stwierdził Kłamca, mrugając porozumiewawczo do boga wina i opojów.

– Jest – potwierdził Bachus. – A ja go zaraz tak doprawię, że będzie mógł iść w szranki z Ruskimi.

– No, nie wątpię.

Patrzyli przez chwilę, jak ruchy farmera stają się coraz mniej składne, a okrzyki coraz bardziej bełkotliwe. W końcu mężczyzna runął bezwładnie prosto pod nogi policjanta.

– Następnym razem będzie uważał na drodze. – Loki wypluł rozgryzioną wykałaczkę i przeczesał ręką włosy. – Co on, do kościoła nie chodzi? Nie wie, że Bóg może być w każdym?

Bachus skinął głową i otrzepał ręce jak po dobrze wykonanej pracy.

– Wracając do tematu, co z tym iluzjonistą?

– Oj, uczepiłeś się faceta! Zwyczajnie wpadł w dołek, chciał sprzedać duszę diabłu za choćby jeden dobry numer. Byłem bliżej, no i miałem zabawny pomysł na finałową sztuczkę. Sam zresztą widziałeś, że niezły. No a w zamian dostałem to.

Z wewnętrznej kieszeni kurtki wyciągnął elegancką kopertę z czerpanego papieru. W środku był podpisany krwią cyrograf.

– Kiedyś może się zdarzyć, że zagram z diabłem w karty – powiedział. – A swojej nie mam, by postawić.

– No tak.

Skręcili w najbliższą przecznicę, gdzie tuż za rogiem znajdowało się wejście do całodobowej restauracji. Odkąd dwa dni temu zawitali do tej mieściny, jadali wyłącznie tutaj. Było to bowiem jedyne miejsce, gdzie podawali coś więcej niż wariacje na temat kurczaka.

Loki pchnął drzwi. Z wnętrza doszedł go zapach smażonej wołowiny zmieszany z aromatem świeżo parzonej kawy. Westchnął z rozrzewnieniem i wszedł do środka. Bachus podążył za nim.

Lokale jak ten, o podobnym wystroju i menu, można było znaleźć wzdłuż autostrad w całych niemal Stanach. Długi kontuar z dostawionymi doń barowymi krzesłami, trzy stoliki w głębi sali i rząd boksów o siedzeniach obitych czerwonym skajem wzdłuż szyby. Na ścianach obowiązkowo archiwalne kalendarze Coca-Coli, a w kącie szafa grająca pełna przebojów Johnny’ego Casha i zespołu Lynyrd Skynyrd. Nawet klienci – zarośnięci, z podkrążonymi oczami, w pomiętych ubraniach – wszędzie wyglądali tak samo. Jakby dekorator dostarczał ich w pakiecie z meblami.

Loki i Bachus usiedli w boksie pod samą ścianą, tak by móc spokojnie obserwować cały lokal. Nie dlatego, że mieli po temu jakiś powód, ale pewnych nawyków i odruchów nie należało tłumić. Obaj zamówili po kawie, a Kłamca zażyczył sobie również hamburgera z frytkami. Potem długo patrzył za odchodzącą kelnerką.

Bachus podążył wzrokiem za jego spojrzeniem i pokręcił głową z dezaprobatą.

– Takiej nawet Eros by nie pomógł. A właśnie! – przypomniał sobie. – Rano dzwonił Eros. Mówił, że u nich wszystko w porządku. Chodzą na szkołę rodzenia. Jenny robi postępy we francuskim...

Kłamca sięgnął do pojemnika z wykałaczkami.

– Nadal się na mnie gniewa? – zapytał.

– Eros?

– Jenny, idioto!

– Trudno powiedzieć. Nie rozmawiają o tobie.

– Ach!

Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Kelnerka przyniosła im zamówione kawy i powiedziała, że na hamburgera będą musieli chwilę poczekać. Bachus domówił szarlotkę na ciepło.

– Wiesz? – powiedział w końcu Loki. – Myślę, że przydałoby mi się kilka dni wolnego. Sam dokończysz tę sprawę.

– Polecisz do niej?

Loki wzruszył ramionami.

– Pogodzę się z nią choćby dla samej miny Michała – odparł. – Skrzydlaty sukinsyn cieszy się jak dziec­ko, ilekroć jest między nami coś nie tak. Nie dam mu tej satysfakcji.

– Słusznie, szefie – stwierdził Bachus, upijając łyk kawy. – Grunt to właściwa motywacja.

Wiedział, jak zresztą wszyscy, których mogło to interesować, że relacje Kłamcy z Wodzem Zastępów ostatnio się popsuły. Oficjalnie z powodu zajść w fabryce Mikołaja. Sądząc po tonie i doborze słów, archanioł albo nie chciał do końca uwierzyć, że Lokiego skatowały faerie – nie dość, że małe, drobne i subtelne, to jeszcze zupełnie nieskłonne do przemocy – albo przeciwnie, wierzył i uznał, że nie potrzebuje mięczaka, który daje się pobić wróżkom.

W rzeczywistości jednak przyczyną konfliktu była Jenny. A właściwie jej zachowanie, od czasu gdy dowiedziała się o piórach. Zamiast, zgodnie z archanielskimi oczekiwaniami, rzucić Kłamcę w diabły, jeszcze bardziej przylgnęła do niego, twierdząc nawet, że nic tak dobrze nie umacnia związku jak wyjawiona tajemnica i zaleczony kryzys.

Od tamtej pory Michał, który o związkach wiedział tyle, ile udało mu się wyczytać w książce „Jak zbudować trwały związek. Poradnik dla opornych”, szukał sposobu osłabienia ciasno splecionych więzi. Padło na Nie pielęgnowany iniedoglądany związek jest jak roślina, októrą nikt nie dba–usycha.

I wtedy nagle okazało się, że większość robót Lokiego zaczęła wymagać długiego czasu – najpierw przygotowań, a potem biernego wyczekiwania na pierwszy krok drugiej strony. Jak chociażby czatowanie w Hortonville, które każdemu wyszłoby bokiem już po kilku godzinach. A gdy Kłamca zaaferowany pracą popełnił pierwszy błąd w kontaktach z Jenny, archanioł Michał, jak przystało na wybitnego stratega, wbił się klinem pomiędzy wyłamane szeregi i z każdym dniem powiększał niewielką z początku szczelinę. Powoli, ale systematycznie...

Loki wstał.

– Wiesz, co masz robić, na wypadek gdyby się zjawił? – powiedział, sięgając do portfela, ale po chwili namysłu schował go z powrotem do kieszeni. – Żadnych akcji solo, nawet jeśli poczujesz nagle uczucie wkurwionej ambicji. Zduś ją w sobie i zadzwoń do nich. Te skrzydlate palanty mają obowiązek ci pomóc.

– Jasne, szefie.

– No! – Kłamca uśmiechnął się i wsunął do ust wykałaczkę. – To do zobaczenia.

Zerknął na boki, czy nikt nie patrzy, a potem się zdematerializował. Chwilę później stojąca przy kontuarze kelnerka podskoczyła z piskiem, jakby ją ktoś klepnął w tyłek.

Paryż

Sala, w której mieściła się szkoła rodzenia madame Dubois, na co dzień służyła do treningów dzielnicowej sekcji taekwondo. Współdzielenie sali miało, rzecz jasna, swoje plusy – wśród których prym wiódł płacony wspólnie czynsz – ale od pewnego czasu stwarzało niemal wyłącznie kłopoty.

Zdarzało się na przykład, że przyszli rodzice znajdowali na podłodze wybite zęby albo musieli rozpoczynać zajęcia od złożenia prowizorycznego ringu czy pozbierania rozrzuconych wszędzie materacy. Oczywiście nie pozostawali sportowcom dłużni, racząc ich na przykład widokiem pieluszek ze specjalną mazią udającą dziecięce kupki albo kwaśnym zapachem rozlanego mleka. Wszystko to przypadkiem, z powodu pośpiechu po zajęciach i w wyniku nieuwagi. Fakt, że wedle ustaleń sprzątaczkę wynajmowała ta ze szkół, która bardziej jej potrzebowała – czy to po zajęciach, czy przed nimi – z pewnością nie miał tu nic do rzeczy.

Po kilku tygodniach tej wojny podjazdowej okazało się, że właściciele obu szkół – madame Dubois i sensei Chiang – właściwie nie musieli się już zupełnie angażować w starcie. Kursanci doskonale radzili sobie sami, wynajdując coraz to wredniejsze pomysły. Chwilami wyglądało nawet na to, że sprzątanie po poprzednikach i obmyślanie słodkiej zemsty jest dla nich ważniejsze niż sedno zajęć.

– Jeszcze tutaj, Pierre – powiedziała Sophie Laurent rozłożona na pluszowym pufie. – To chyba plama krwi.

Potężny mężczyzna o śniadej twarzy, mocujący się właśnie z zaklinowanym w podłodze słupkiem ringu, przeprosił kolegów i podbiegł do żony, po drodze wyciągając zza paska ściereczkę.

– Gdzie, ma chérie*?

* ma chérie (franc.) – moja kochana

Sophie wskazała smukłym paluszkiem, drugą ręką gładząc zaokrąglony brzuszek wyglądający jak wsunięta pod sweterek piłka do koszykówki. Pierre Laurent łapał się czasami na myśli, że tak może być w istocie – nie widział żony nago od dnia, gdy ta dowiedziała się, że jest w ciąży. Jedyne, co mu teraz pokazywała, to krzyże (domagając się masażu) albo żylaki na nogach (oczekując współczucia). Miał nadzieję, że to wszystko zmieni się po porodzie. Jeśli nie, to – przyrzekał sobie – zwyczajnie wyrzuci ją z domu, a dzieciaka – sprawcę zamieszania – przybije za uszy do drzwi. Tak dla satysfakcji.

Pochylił się nad wskazanym miejscem.

– To nie jest krew, kochanie. To...

Podniósł głowę i dostrzegł, że żona już go nie słucha. Jak wszystkie inne kobiety patrzyła z rozdziawionymi ustami w stronę drzwi. Pierre nie musiał się oglądać, by wiedzieć, kogo tam zobaczy. Wystarczyło mu ukradkowe spojrzenie na wykrzywione wściekle twarze kumpli.

Znowu ten „fils de pute”**– pomyślał, podnosząc się z kolan i chowając ściereczkę za pasek. –Amerykaniec.

** fils de pute (franc.) – skurwysyn

Otrzepał kolana i wytarł ręce w spodnie, potem przeczesał włosy. Nie zamierzał być niegrzeczny. Ostatnim razem, gdy spróbował, ten chuderlawy blondyn o mało nie złamał mu ręki, a gdy na dodatek dowiedziała się o tym Sophie, zasugerowała, by trenował psią sztuczkę z lizaniem po jądrach, bo na nią nie ma już co liczyć.

Amerykaniec jak zwykle najpierw pomógł żonie zdjąć płaszcz, następnie przeszedł wzdłuż sali, witając się ze wszystkimi. Był miły, grzeczny i słodki, aż mdliło. Żartował, uśmiechał się i z zainteresowaniem pytał o przebieg ciąży, mdłości i inne sprawy, które dla każdego normalnego faceta na zawsze pozostaną tabu. Do tego wyglądał jak żywa reklama Towarzystwa Przyjaciół Niewiarygodnego Seksu. O ile takie gdzieś w ogóle istniało.

– Cześć, Pierre – powiedział wreszcie po angielsku, gdy przyszła kolej na powitanie z Laurentem.

Ten uścisnął podaną dłoń, szczerząc się w uśmiechu.

– Tête moi le noeud, pédé!***– powiedział nie za głośno.

*** Tête moi le noeud, pédé! (franc.) – Obciągnij mi, pedale!

Amerykanin zaśmiał się jak z najprzedniejszego dowcipu, ale nagle wzmocnił uścisk. Zagrzechotały kości, a Laurent skrzywił się lekko.

– Biorę lekcje francuskiego, Pierre – głos Amerykanina brzmiał miło, prawie sympatycznie. – I mogę cię zapewnić, że jeśli jeszcze raz powiesz coś takiego, nie tylko ja, ale i nikt inny nie będzie miał więcej ochoty zakosztować twojego małego specjału.

Puścił rękę Francuza i klepnął go w ramię, a potem poszedł przywitać się z pozostałymi. Każdy jego krok był uważnie śledzony przez siedzące na pufach kobiety. Obserwowały go wszystkie... z wyjątkiem tej, z którą przyszedł.

Niedługo potem rozpoczęły się zajęcia.

– Dobrze, moi kochani. – Madame Dubois zaklaskała w ręce. – Wystarczy tych ćwiczeń oddechowych. Czas na coś nowego.

Ściągnęła wargi i zmarszczyła brwi, palcem wskazującym gładząc się po nosie. W ten sposób chciała pokazać wszystkim, że intensywnie myśli. Gesty jak ten zostały jej jeszcze z dawnych czasów.

Zaraz po wojnie, jeszcze jako nastolatka, madame Dubois trafiła do klubu „La Rose” stanowiącego dość groteskowe połączenie baru ze striptizem i teatru molierowskiego. Polegało to na tym, że zanim człowiek zobaczył kawałek cycka, musiał najpierw obejrzeć fatalnie odegraną scenę rozmowy między skąpcem Harpagonem a jego córką Elizą albo równie kiepski pojedynek Don Juana z ojcem uwiedzionej Anny. Ci, co mieli okazję do porównań, zgodnie twierdzili, że aktorsko lepiej sobie radzą współczesne fabularyzowane pornosy. No ale przynajmniej amerykańscy turyści mieli okazję chociaż liznąć europejskiej kultury.

– Żeby pokazać następne ćwiczenie, będę potrzebowała ochotnika spośród panów – powiedziała madame Dubois.

Żaden z mężczyzn nie podniósł ręki. I tak było wiadomo, kogo wybierze.

– Pan Ros?

Amerykanin wstał z klęczek.

– Wystarczy Elliot, madame.

– Dobrze, Elliocie. – Instruktorka uśmiechnęła się, w zamiarze słodko i powabnie, jednak ostry makijaż nadał temu uśmiechowi demoniczny wyraz. Gdyby zamiast spodni od dresu i T-shirta miała na sobie obcisłą suknię z wysokim kołnierzem, wyglądałaby zupełnie jak zła macocha Śnieżki. – Stań, proszę, za mną.

Gdy wykonał polecenie, chwyciła go za dłonie i położyła je na swoich piersiach. Docisnęła mocno, wykonując kolisty ruch.

– To, co teraz zaprezentujemy, określa się mianem masażu laktacyjnego – powiedziała, nie przestając masować sobie piersi rękami Rosa. – Przydaje się w przypadku zastojów pokarmu, ale stosuje się go także profilaktycznie w celu pobudzenia laktacji. Ach...

Na moment przymknęła oczy i westchnęła cicho, opierając głowę na ramieniu Elliota. Przeżyła w życiu wiele, a jej kręgosłup do dziś pamiętał te akrobatyczne pozycje Kamasutry, których tylko ona odważyła się spróbować. Właściwie madame Dubois mogła powiedzieć, że żadna ścieżka wiodąca do raju cielesnych rozkoszy nie była jej obca. A mimo to w tym momencie wszystko, co przeżyła do tej pory, wydawało jej się blade i bez smaku. Z dłoni Elliota Rosa emanowała esencja rozkoszy.

Wreszcie po dłuższej chwili – czując na sobie ciężar nienawistnych spojrzeń pozostałych kobiet – opamiętała się. Potrząsnęła głową.

– Proszę, ja teraz pójdę na kawę, a państwo niech sami spróbują – powiedziała drżącym głosem, uwalniając dłonie Rosa. – Pan także. Pamiętajcie, to mają być delikatne koliste ruchy.

Mężczyznom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać – niemal natychmiast rzucili się ku żonom. Pewnie jeszcze pół roku wcześniej żaden z nich nie szalałby tak na myśl o dotknięciu piersi własnej żony, do tego jeszcze przez bluzkę i na oczach kilku innych par – uchodzili w końcu za naród najwspanialszych kochanków świata, musieli dbać o dobre imię. No ale to było wtedy... Sześć miesięcy to dość czasu, by nabrać pokory i cieszyć się każdym uśmiechem losu. Ciąże żon zrobiły z nich prawdziwych epikurejczyków.

Ros zajął swoje miejsce za pufą i wyciągnął przed siebie dłonie.

– Ani mi się waż, Erosie! – syknęła ostrzegawczo Jenny.

– Jesteśmy podobno małżeństwem – szepnął jej do ucha bóg miłości. – Nie wyobrażam sobie, bym w tej sytuacji nie mógł cię dotknąć.

– A wyobrażasz sobie siebie bez jaj? Bo ja, znając Lokiego, nie mam z tym większego problemu.

No tak, to był argument, Eros musiał przyznać. Pewne rzeczy nawet taki żartowniś jak Loki traktował poważnie. Dobieranie się do jego dziewczyny z pewnością do nich należało.

– Ja chciałem tylko wykonać swoje obowiązki – powiedział tonem usprawiedliwienia. – Zobacz, wszystkie kobiety się na nas gapią. Bezczynnością wzbudzamy podejrzenia.

– Nie na nas, tylko na ciebie. – Jenny wzruszyła ramionami. – No i skoro tak, to wymyśl coś. Jesteś przecież bogiem, nie?

I znowu punkt dla niej. Eros przeklął w myślach dzień, w którym złożył Lokiemu obietnicę, że nie będzie stosował na tej dziewczynie żadnych sztuczek. Z zaspokojoną i zrelaksowaną kobietą jakoś łatwiej potrafił się dogadać.

– Dobra – mruknął w końcu. – Niech będzie po twojemu.

Zmrużył oczy i zacisnął pięści, a po chwili z kąta dało się słyszeć rozkoszne jęknięcie. Niedługo potem kolejne z drugiego krańca... aż wreszcie cała sala wypełniła się pojękiwaniem i posapywaniem.

Dziewczyna siedząca obok Jenny odchyliła głowę do tyłu i popiskiwała cicho.

– Dalej, nie przestawaj, masuj! – krzyczała ze swojego pufa Sophie, kładąc ręce na dłoniach rozanielonego Pierre’a. – No dalej, leniwy dupku!

Eros otworzył oczy... I zaraz zrobił zawstydzoną minę.

– No dobra, trochę przesadziłem – powiedział, przyglądając się swojemu dziełu. – I myślę, że powinniśmy się teraz szybko zbierać.

Przeniósł wzrok na Jenny.

– No chyba że masz ochotę popatrzeć? – Uśmiechnął się łobuzersko. – W niektórych lokalach słono byś zapłaciła za taki pokazik.

Jenny z trudem podniosła się z pufa i obciągnęła bluzkę.

– Stanowczo za dużo czasu spędzałeś z Lokim – stwierdziła, przekrzykując jęki i nawoływania. – Macie to samo kretyńskie poczucie humoru. Idź po płaszcze.

Wychodząc, minęli na korytarzu madame Dubois, która wracała, trzymając w ręku kubek z gorącą kawą. Szła powoli, więc zanim dotarła na salę, sytuacja zdążyła się już wyrwać spod kontroli.

Już od progu pomyślała, że ci od taekwondo będą mieli naprawdę masę sprzątania.

Do domu dotarli przed siódmą, po drodze robiąc jeszcze zakupy w pobliskim markecie. Taszczenie czterech ciężkich siatek na trzecie piętro po stromych kamiennych schodach było dla boga miłości jednym z tych nowych doświadczeń, których wolałby nigdy nie doznawać. Drugie miejsce na liście – aktualizowanej od przyjazdu do Francji wielokrotnie – zajmowały rozmowy z podstarzałym właścicielem kamienicy, panem Pleurdeau.

Mężczyzna ten, emerytowany pracownik paryskiej poczty, każdego dnia wsuwał swym lokatorom pod drzwi karteczkę z informacją, ile jeszcze dni zostało do najbliższego czynszu. Czasem dołączał do nich listy brzmiące mniej więcej tak:

Szanowny Panie Ros,

Ostatnimi czasy zaobserwowałem upaństwa tendencję do dwukrotnego zapalania światła podczas jednego wejścia na górę. Rozumiem, że szanowna małżonka może mieć problem zporuszaniem się szybko, ale wzwiązku zzaistniałą sytuacją zalecałbym zaopatrzenie się wlatarki. Załączam ulotkę zpobliskiego marketu, gdzie właśnie trwa promocja.

Zpoważaniem

Ernest Pleurdeau–gospodarz domu

Tego dnia sprawa musiała być poważniejsza, bo jak się okazało, list nie wystarczył. Pan Pleurdeau stanął w progu swego mieszkania, ledwie zamknęli za sobą drzwi od podwórza.

– Dzień dobry, pani Ros – powiedział, przyczesując pojedynczy kosmyk włosów zdobiący łysą poza tym czaszkę. – Panie Elliocie, czy mogę na chwilkę?

Eros wzruszył ramionami i postawił siatki na schodach.

– Zaraz będę – szepnął do Jenny, która nawet na niego nie spojrzała, tylko ruszyła po schodach z gracją i zwinnością wielce niezwykłą jak na kogoś, kto lada chwila może urodzić. – Co się stało, panie Pleurdeau?

– Chodzi o emisję hałasu, panie Elliocie. – Gospodarz wyciągnął z tylnej kieszeni wygniecioną kartkę. – Przeprowadziłem na własną rękę pewne badania i wyszło mi, że jesteście państwo najgłośniejszymi z lokatorów. Oczywiście oprócz tej mendy ze strychu, ale jego to już nie liczę. W przyszłym tygodniu kończy mu się umowa najmu.

– Najgłośniejsi, mówi pan? – zapytał Eros i westchnął głośno. Jeśli mieszkanie w tej kamienicy było jakimś żartem Lokiego, to wyjątkowo mało śmiesznym. – Dobrze, postaramy się coś z tym zrobić. Drogie było to badanie?

– Głupstwo! – Pleurdeau machnął ręką. – Doliczę do czynszu. Który zresztą, pragnę przypomnieć, muszą państwo zapłacić w przeciągu najbliższych szesnastu dni.

Jenny zatrzymała się przy drzwiach i sięgnęła do torebki w poszukiwaniu kluczy.

W ciągu tego trzymiesięcznego pobytu we francus­kiej stolicy bywały dni, gdy nie tylko godziła się z sytuacją, ale nawet próbowała zrozumieć Lokiego. W końcu, kiedy tylko mu powiedziała, że marzy o studiach w Paryżu, zrobił wszystko, by jej to załatwić. Pewnie gdyby nie stracił wszystkich pieniędzy po pijaku w Vegas, zwyczajnie by zapłacił i za czesne, i za porządne mieszkanie. Ale skoro nie mógł, musiał szukać innych rozwiązań.

Problem w tym, że przychodząc do niej z zaświadczeniem o uzyskaniu stypendium fundacji „Rodzina bez granic” – specjalnej jednostki pomagającej młodym małżeństwom z dziećmi – odebrała to jako długo oczekiwaną propozycję wspólnej przyszłości. Nie spodziewała się, że następnym, co usłyszy, będą zdania:

Pojedziesz tam pod opieką Erosa ibędziesz udawać, że jesteś wciąży. Ja będę wpadał wwolnej chwili ijuż na miejscu wymyślimy, co dalej.

Naprawdę starała się myśleć, że mówiąc to, Loki chciał dobrze. A potem przychodziły inne dni. Takie, gdy nienawidziła z całego serca wszystkich facetów.

Otworzyła drzwi i weszła do środka. Z kuchni dobiegł ją jakiś szelest i dźwięk odkładanej łyżeczki.

Facetów ifacetom podobnych– dopowiedziała sobie w duchu.

– Jeśli to ty, Michale – zawołała, zamykając za sobą drzwi – to radzę ci: zabieraj skrzydła w troki i wypieprzaj! Nie mam dziś ochoty na twoje kazania!

Poczuła na twarzy chłodny powiew, a gdy weszła do kuchni, zobaczyła na stole parującą herbatę. Skosztowała, jednak zaraz wypluła do zlewu. Archanioł posłodził chyba z pięć łyżeczek.

– Faceci! – prychnęła, odpinając sztuczny brzuch.

COPYRIGHT© by Jakub Ćwiek COPYRIGHT© by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2008

WYDANIE IV

ISBN978-83-7574-838-3

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIAEryk Górski, Robert Łakuta

PROJEKT ORAZ GRAFIKA NA OKŁADCEPiotr Cieśliński

REDAKCJAMarcin Wroński

KOREKTABarbara Caban, Magdalena Byrska

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail:biuro@fabrykaslow.com.pl