Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Kryminał Język: polski

Kłamał, Kłamała ebook

Erin Kelly  

3.33333333333333 (3)
Nowość

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 502 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kłamał, Kłamała - Erin Kelly

Strzeż się ciemności. Zaćmienia Słońca to pasja Kita, a to które ma mieć miejsce w Kornwalii jest szczególne. Po raz pierwszy obejrzy je razem z Laurą. Wspólny wyjazd przybiera nieoczekiwany obrót – dziewczyna jest świadkiem brutalnej napaści. Razem z Kitem wzywają policję. W tym momencie ich życie zmienia się na zawsze. Choć Laura wie, że dokonała właściwego wyboru i postąpiła słusznie, zdaje sobie sprawę, że ktoś inny mógłby mieć wątpliwości. Nie sposób przecież poznać całej prawdy. Coś zawsze pozostanie w ukryciu… Coś, co nigdy nie przyszłoby jej do głowy. Kilkanaście lat później Laura i Kit nadal żyją w strachu, ukrywając swoje prawdziwe tożsamości. Nadchodzi kolejne zaćmienie. Erin Kelly napisała kilka ciekawych thrillerów psychologicznych, ale Kłamał, Kłamała to zupełne odkrycie! Fabuła i opisy przypominają Ruth Rendell w najlepszym wydaniu. „The Telegraph” Niedająca spokoju. Urzekająca. Nie do zapomnienia. Gillian Flynn, autorka Zaginionej dziewczyny Erin Kelly – brytyjska pisarka i dziennikarka. Współpracowała m.in. z „The Sunday Times”, „The Daily Mail” czy „Elle”. Jej książki przetłumaczone zostały na 9 języków. Jest autorką powieściowej adaptacji topowego serialu Broadchurch (Wydawnictwo Literackie, 2015). Mieszka w Londynie.

Opinie o ebooku Kłamał, Kłamała - Erin Kelly

Fragment ebooka Kłamał, Kłamała - Erin Kelly

Pierwszy kontakt

1

LAURA

18 marca 2015

Zanieczyszczenie świetlne w Londynie jest jednym z największych w Wielkiej Brytanii, ale nawet tu, na północnych przedmieściach, o czwartej nad ranem da się zobaczyć gwiazdy. Lampy w naszym gabinecie na poddaszu są wyłączone i niepotrzebny mi teleskop Kita, żeby dostrzec Wenus, niczym kolczyk wpiętą w półksiężyc.

Miasto mam za plecami, a przede mną roztacza się ponad dachami widok zdominowany przez Alexandra Palace. Za dnia to wiktoriańskie monstrum z żeliwa, cegły i szkła, ale przed brzaskiem jest tylko wbijającym się w niebo szpikulcem, z masztem radiowym ozdobionym na szczycie świecącą czerwoną kropką. Pasujący kolorem autobus nocny przemyka pustą drogą przecinającą park. Całodobowa kultura tej części Londynu jest bardziej autentyczna niż w West Endzie. Ledwie zamykają ostatnie stoisko z tureckim kebabem, polska piekarnia rusza z pierwszą dostawą. Nie zamieszkałam tu z wyboru, ale zdążyłam pokochać to miejsce. W zgiełku kryje się anonimowość.

Dwa samoloty przecinają sobie drogę migającymi światełkami. Piętro niżej Kit leży pogrążony we śnie. On wyjeżdża, ale to ja nie mogę spać z przedpodróżnych nerwów. Nie pamiętam, kiedy ostatnio przespałam całą noc, ale tym razem bezsenność nie ma nic wspólnego z dzidziusiami w moim brzuchu, stepującymi mi po pęcherzu i budzącymi mnie kopniakami. Kit określił kiedyś prawdziwe życie jako nudny przerywnik pomiędzy zaćmieniami, ale dla mnie to okres bezpieczeństwa. Beth dwukrotnie przemierzała świat, żeby nas odnaleźć. Jesteśmy widoczni tylko, gdy podróżujemy. Kilka lat temu wynajęłam prywatnego detektywa i zleciłam mu odszukanie nas wyłącznie na podstawie papierowego tropu naszych poprzednich tożsamości. Nie dał rady. A jeśli on nie potrafił tego dokonać, to nikt nie miał szans. Z pewnością nie Beth ani nawet człowiek dysponujący takimi środkami jak Jamie. Ostatni list od niego trafił do mnie czternaście lat temu.

To całkowite zaćmienie będzie pierwszym, które Kit obejrzy beze mnie, odkąd się poznaliśmy. Nawet zaćmienia, które go ominęły, przepadały z mojego powodu i w moim towarzystwie. Podróże w moim stanie nie są najlepszym pomysłem, ale jestem za niego tak wdzięczna, że nie żałuję, że nie zobaczę zjawiska, choć drżę ze strachu o Kita. Beth mnie zna. Zna n as. Dobrze wie, że wyrządzenie krzywdy jemu to zniszczenie mnie.

Obserwuję, jak Księżyc zachodzi spokojnym łukiem. Śledzenie jego biegu to przemyślany akt uważności, terapia życia chwilą, która powinna powstrzymać moje ataki paniki, zanim mnie ogarną. Charakterystyczny, wczesny symptom już jest – subtelne stanie na baczność wszystkich porastających skórę włosków, jakby ktoś muskał mi przedramiona cieniutką apaszką. Nazywają to somatyzacją, fizyczną manifestacją psychologicznych szkód. Uważność ma na celu pomóc mi oddzielić somę od psyche. Gram w połącz kropki na konstelacjach. Oto Orion, jeden z niewielu gwiazdozbiorów, który rozpozna każdy, a tam, rzucone trochę na północ, to Siedem Sióstr, na których cześć nadano nazwę pobliskiemu osiedlu.

Kiwam się na stopach, od pięt po kłąb i z powrotem, skupiając uwagę na włóknach dywanu pod bosymi palcami. Nie mogę okazać Kitowi zdenerwowania. Po pierwsze, zepsułoby mu to wyjazd, a po drugie, zaproponowałby dalszą psychoterapię, a ja pociągnęłam to już do granic możliwości. Niestety, pole do popisu jest ograniczone, gdy strzeże się tajemnicy takiej jak moja. Terapeuci zawsze powtarzają, że sesje są poufne, jakby ich leżanka z Ikei miała świętość konfesjonału. Moja spowiedź to przyznanie się do złamania prawa i nikomu nie ufam na tyle, by powierzyć mu sekret. Ani ten kraj, ani moje serce nie przewidują przedawnienia czynu, który popełniłam.

Gdy udaje mi się wyrównać oddech, odwracam się od okna. Wystarczy światła, bym widziała mapę Kita. Nie oryginał, rzecz jasna, ten uległ zniszczeniu, ale kopię odtworzoną z mrówczym trudem. To ogromna mapa plastyczna świata, poprzecinana krzywymi czerwonej i złotej nici, wymierzonymi do najmniejszego milimetra i przyklejonymi z charakterystyczną precyzją. Złotymi łukami zaznaczone są zaćmienia, które już widział, a czerwonymi te, które możemy mieć nadzieję zaobserwować. Powrót do domu i zastąpienie czerwonych nici złotymi to część rytuału. (Kit, jak to on, obliczył oczekiwaną długość swojego życia, opierając się na historii rodzinnej, stylu życia i trendach długowieczności, i dopuścił pewne zniedołężnienie ograniczające podróże w okolicach dziewięćdziesiątki. Ostatnie zaćmienie powinniśmy podziwiać w roku 2066).

Lata temu, kiedy Beth powiodła palcami po pierwszej mapie, opowiedziałam jej o naszych planach.

Ciekawe, gdzie teraz jest. Czasem zastanawiam się, czy w ogóle jeszcze żyje. Nigdy nie życzyłam jej śmierci – choć wyrządziła nam tyle krzywd, przecież sama też była ofiarą – ale niejednokrotnie marzyłam, żeby… zniknęła; tak, to chyba właściwe słowo. Nie mam jak się dowiedzieć. Spróbujcie wstukać w wyszukiwarkę „Elizabeth Taylor” – zobaczycie, jak daleko zajdziecie bez aktorki lub pisarki niweczących wasze poszukiwania. Wygląda na to, że zniknęła równie skutecznie jak my.

Od lat nie próbowałam szukać Jamiego. Zbyt niekomfortowo się czuję po tym, jaki miałam w to wszystko wkład. Opłaciła się jego PR-owa krucjata i teraz, kiedy wpisuje się go w internecie, przestępstwo wyskakuje tylko w dopuszczonym przez niego kontekście. Pierwsze kilka trafień dotyczy jego pracy przy kampaniach i wsparcia, jakiego udziela niesłusznie oskarżonym, i zresztą słusznie oskarżonym również, lobbując za anonimowością aż do chwili skazania. Nie jestem w stanie przeczytać więcej niż kilka linijek, bo robi mi się niedobrze. Zależy mi jednak, żeby być na bieżąco, więc rozwiązałam sprawę, ustawiając powiadomienie w Google’u, który łączy jego nazwisko z jedynym liczącym się słowem. Wyszukiwanie wiążące jego dane z imieniem Beth nie ma żadnego sensu – zagwarantowano jej dożywotnią anonimowość. Mówi o tym prawo, niezależnie od wyniku tego typu procesu. W zasadzie miała szczęście – w pewnym sensie chyba wszyscy je mieliśmy – że do sprawy doszło przed rozkwitem mediów społecznościowych i zgarbionych nad klawiaturami samozwańczych obrońców, dla których identyfikacja jest tym, czym łowy dla myśliwego.

Światło na podeście świadczy o tym, że Kit już nie śpi. Robię głęboki wdech i jeszcze głębszy wydech i ogarnia mnie spokój. Odparłam atak. Podwijam rękawy swetra, który mam na sobie. Należy do Kita i wcale nie wyglądam w nim najlepiej, ale w miarę leży, a ja już od lat wybieram ubrania, kierując się wygodą. Jeszcze zanim zaszłam w ciążę, sterydy zaokrągliły mi biodra i piersi i ciągle jeszcze nie nauczyłam się dopasowywać stroju do obcych mi dotąd kształtów.

Schodzę boso na dół, ostrożnie mijając płaskie paczki nierozpakowanych jeszcze łóżeczek. Kiedy Kit wróci, będziemy musieli przekształcić znajdującą się z tyłu domu sypialnię Juno i Piper w pokój dziecięcy. Powstrzymuje mnie przesąd, opór przed wszelkim działaniem, zanim nie będę pewna, że Kit przetrwał tę podróż.

Zastaję go siedzącego w łóżku, już sprawdza w telefonie prognozę pogody, a jego jasnomiedziane włosy sterczą na wszystkie strony. Słowa „nie jedź” cisną mi się do ust. Świadomość, że zostałby, gdybym go o to poprosiła, wystarcza, żebym pozwoliła mu ruszyć.

2

KIT

18 marca 2015

Już nie śpię. Leżę przez kilka sekund, wsłuchując się w kroki Laury nade mną i napawając się radością jak w bożonarodzeniowy poranek. Emocje rosną, kiedy abstrakcyjne liczby na kalendarzu wreszcie przeobrażają się w dni. Od lat wiedziałem, że 20 marca 2015 roku Księżyc przesłoni Słońce, tworząc na niebie czarną tarczę. Całkowite zaćmienia Słońca znaczyły oś mojego życia, odkąd po raz pierwszy stanąłem pod cieniem Księżyca. W Chile w 1991 roku nastąpiło kluczowe zaćmienie minionego stulecia – siedem minut i dwadzieścia jeden sekund nieskazitelnej całkowitości. Miałem wtedy dwanaście lat i zrozumiałem, że resztę życia poświęcę na odtwarzanie tego doznania. Nic nie może się równać z doświadczeniem całkowitego zaćmienia Słońca na bezchmurnym niebie. Zanim poznałem Laurę, była to moja najskuteczniejsza próba zrozumienia religii.

Pościel po jej stronie łóżka jest zimna. Kiedy wchodzi do pokoju, brzuch wyprzedza ją troszkę, a jej policzki są zapadnięte ze zmęczenia. Włosy upięła wysoko, widać odrosty, milimetr brązu, odcinający się niczym czerń na tle długich, platynowych pasm. Ma na sobie jeden z moich starych swetrów, z rękawami podwiniętymi po łokcie. Nigdy nie wyglądała piękniej. Kiedy zaczęliśmy się starać o dziecko, martwiłem się, że będzie mi brakowało jej ektomorficznej niezdarności, która zawsze mnie rozczulała, ale czuję nieznaną dotąd dumę na widok zmieniającego się ciała Laury, bo przecież jest tam cząstka mnie.

– Wracaj do łóżka – mówię. – Nie powinnaś biegać po nocy.

– Już się rozbudziłam. Położę się jeszcze, jak już pojedziesz.

Pod prysznicem po raz ostatni przebiegam w myślach dzisiejszy plan podróży, najdrobniejsze szczegóły mojego wielkiego projektu. O 5.26 złapię metro z Turnpike Lane, potem o 6.30 przesiądę się na King’s Cross i pojadę do Newcastle, gdzie spotkam się z Richardem o 9.42. Stamtąd wyczarterowany mikrobus zabierze nas do portu w Newcastle i o przyjemnie równej 11.00 wsiądziemy na pokład Princess Celeste, wyposażonego w sześćset koi wycieczkowca, którym przemierzymy Morze Północne, miniemy Szkocję i dotrzemy w pół drogi na Islandię, gdzie leżą Wysypy Owcze. Większość piątkowego zaćmienia widoczna będzie z wody, ale nawet spokojne morze nie jest całkiem gładkie i najlepsze zdjęcia robi się jednak z lądu. Musiałem wybrać pomiędzy Wyspami Owczymi a Svalbardem, na północ od północnego koła podbiegunowego. (To Laura chciała, żebym popłynął na Wyspy Owcze. Najliczniejsze tłumy nawiedzą Torshavn na Strømø, największej z wysp, a ona wyznaje zasadę, że im więcej, tym bezpieczniej). Za dwa dni, o 8.29, Księżyc zacznie wkradać się na tarczę Słońca, zmierzając ku dwuipółminutowemu całkowitemu zaćmieniu.

Osuszam ręcznikiem bródkę, którą Laura kazała mi zapuścić na podróż, po czym starannie wkładam ubranie przygotowane poprzedniego wieczoru. Moje robocze ciuchy – nie uniform, ale w sumie na jedno wychodzi – wiszą grzecznie w szafie, lekko szarpiąc moje sumienie. Choć jestem zachwycony perspektywą pięciu dni z dala od laboratorium optycznego, to jednak nie mogę uwolnić się od poczucia winy, że wykorzystuję urlop na wyjazd, zamiast dorzucić to później do tacierzyńskiego. A potem przypominam sobie o chemikaliach, które wdycham od tak dawna, że zaimpregnowały mi już płuca, i o zesztywniałym karku od roku wyciągającym się nad soczewkami, który może wreszcie podnieść głowę, by spojrzała w niebo, i myślę sobie, co tam, do cholery. Mam resztę życia, żeby grać rolę troskliwego ojca. Czym jest pięć dni z perspektywy kosmosu?

Wkładam bluzę termoaktywną z długim rękawem, a na wierzch szczęśliwy T-shirt, pamiątkę z mojego pierwszego zaćmienia. Ma napis „Chile ʼ91” – kraje zawsze przywłaszczają sobie zaćmienia, nawet jeśli cień pada na trzy kontynenty – i jest w kolorach chilijskiej flagi. Widniejące pośrodku proste, czarne kółko reprezentuje przesłonięte Słońce, otoczone rozbłyskami korony. Kiedy tata kupił mi tę koszulkę od przydrożnego sprzedawcy, wisiała na mnie jak sukienka. Mac odmówił noszenia swojej, ale ja tej nie zdejmowałem nawet do prania. Jeszcze na mnie pasuje, ale za parę lat przestanie, jeśli śladami Maca nie trafię na siłownię. Jest troszkę wypalona przy szyi, gdzie podczas kłótni w Arubie w 1998 roku trafił mnie rzucony przez Maca skręt. Na te warstwy wkładam jeszcze wspaniałe dzieło, istny majstersztyk z grubej, biało-czarnej wełny. Już ładne parę miesięcy temu kupiliśmy sobie z Richardem przez internet sweterki z Wysp Owczych. Wydeptujemy mocne ślady węglowe, zabierając je z powrotem do ojczyzny, gdzie pasły się owce i gdzie ktoś prządł wełnę i zrobił dzianinę.

Jeszcze raz sprawdzam w telefonie, czy warunki atmosferyczne nie zmieniły się przypadkiem w ciągu ostatnich dziesięciu minut, ale prognozy pozostają ponure. Cały archipelag zasnuwa gruba pierzyna chmur. „Pogoń za zaćmieniem” to chyba nietrafiona nazwa, choć z czasem nauczyłem się bronić tego terminu. Jak można gonić zjawisko, kiedy to ty się przemieszczasz, a ono stoi w miejscu? Przede wszystkim, w zaćmieniu nie ma nic nieruchomego – mrok nadchodzi z prędkością ponad tysiąca sześciuset kilometrów na godzinę. Cóż, rzeczywiście współrzędne są niezmienne. Cień padnie tam, gdzie padnie, według wzoru ustalonego w czasach, gdy byliśmy jeszcze zupą pierwotną. Ale chmury nie są wcale tak przewidywalne. Nieoczekiwany cumulus potrafi rozczarować wielotysięczny tłum, jeszcze chwilę wcześniej beztrosko cieszący się słońcem. Najbardziej emocjonujące jest przechytrzenie pogody. Najcieplejsze wspomnienie o moim ojcu zapisało mi się w pamięci w Brazylii, w 1994 roku: jedziemy z Makiem na pace volkswagena taty, pędzącego wyboistą drogą, aż znajdujemy skrawek błękitnego nieba. (Z perspektywy czasu uświadamiam sobie, że prowadził po pijanemu, na tym jednak staram się nie skupiać).

W dzisiejszych czasach, rzecz jasna, istnieją specjalne aplikacje. Przerwy w chmurach można wskazać z o wiele większą dokładnością i zdarza się, że całe wycieczki autobusowe poznają punkt obserwacyjny na pięć minut przed pierwszym kontaktem. Odwracam telefon wyświetlaczem do dołu. Zwariuję, jeśli będę zbyt mocno myślał o pogodzie. Na szczęście zawsze dobrze mi szło odsuwanie myśli, które mogłyby mnie rozproszyć lub sprawić mi przykrość. W nielicznych chwilach, kiedy pozwalam sobie wrócić do przeszłości – a to tylko wtedy, gdy na horyzoncie rysuje się zaćmienie i Laurze puszczają nerwy – w tych rzadkich momentach wydaje mi się, że życie od czasu Lizard Point toczy się jak pod zepsutym neonem. Przyzwyczajasz się do subtelnego, ale nieprzerwanego, drżącego migania żarówki, choć wiesz, że w końcu spowoduje ono jakiś atak czy wylew.

Z dołu rozchodzi się aromat świeżo zaparzonej kawy. Laura jest w kuchni, pięć schodków niżej, z tyłu domu. Nasz zachwaszczony ogródek spowija jeszcze mrok. Nalała mi napój do kubka, a teraz pakuje w folię kanapkę. Całuję Laurę za prawym uchem i wdycham jej maślany zapach.

– Nareszcie, usłużna żona, o której zawsze marzyłem. Powinienem częściej wyjeżdżać.

Czuję, jak spina się jej kark, ale ona mimo to posyła mi uśmiech.

– To zasługa hormonów – mówi. – Nie przyzwyczajaj się.

– Obiecaj, że wrócisz do łóżka, kiedy odjadę – proszę.

– Obiecuję – odpowiada.

Ja jednak znam Laurę. Miałem nadzieję, że ciąża trochę ją spowolni, ale sterydy tylko dodały jej tempa, więc przejdzie dzień jak burza, aż wreszcie padnie około dwudziestej pierwszej. Przeciera blat gąbką i wyrzuca do śmieci kapsułki po kawie. Odwrócona do mnie plecami, pociera nagie przedramiona, dwa razy, jakby strącała ze skóry urojone pajęczyny. Nie robiła tego od miesięcy, może nawet lat, ale to zawsze znaczy, że myśli o Beth. Po raz milionowy żałuję, że brak jej mojej dyscypliny w kwestii przeszłości, albo wpływu, jaki przeszłość może wywrzeć na naszą przyszłość. Po co tracić energię, denerwując się czymś, co może się nigdy nie wydarzyć? Powtarza się to przy każdym zaćmieniu, choć o Beth nie słyszeliśmy od dziewięciu lat. Laura odwraca się do mnie z przesadnie szerokim uśmiechem, przybierając dla mnie swoją dzielną minę. Nie wie, że widziałem, jak pociera ręce. Może sama nie jest świadoma, że to zrobiła.

– Jakie masz plany na dzisiaj? – pytam, starając się jak najtrafniej wybadać jej nastrój.

– Z samego rana dzwonię do klienta. A po południu zajmę się VAT-em. A ty, planujesz coś?

Jej żart dodaje mi otuchy. Kiedy jest na skraju załamania, poczucie humoru znika jako pierwsze.

Plecak czeka spakowany od trzech dni. Połowa niemałego ładunku to sprzęt fotograficzny, obiektywy, ładowarki i trójnóg, baterie, odzież nieprzemakalna i po sztuce zapasowego ubrania. Aparat podróżuje w osobnej torbie, zbyt cenny, żeby zostawić go bez opieki na półce bagażowej. Telefon chowam do kieszeni na piersi pomarańczowej wiatrówki.

– Bardzo szykownie – ocenia sucho Laura. – Masz wszystko, co może się przydać?

Wkładam kanapkę do drugiej kieszeni, sprawdzam, czy łatwo mi sięgnąć po kartę do metra, i zarzucam plecak na ramiona. Omal nie przewracam się w tył.

Laura bez ostrzeżenia przestaje się uśmiechać i znów dwukrotnie przeciera przedramiona. Tym razem napotykam jej wzrok i zaprzeczenie jest równie zbędne jak wyjaśnienie. Mogę tylko dodać jej otuchy.

– Sprawdziłem listę pasażerów – mówię. – Nie ma tam Beth Taylor. Żadnych Taylorów. Żadnej Elizabeth Jakiejś Tam. W ogóle nie ma B ani E, niczego żeńskiego.

– Wiesz, że to o niczym nie świadczy.

To fakt, wiem. Zdaniem Laury Beth zmieniła swoją tożsamość. Nie zgadzam się z nią, to tylko objaw jej paranoi. Z takim imieniem i nazwiskiem można się ukryć dosłownie wszędzie. Tym zresztą się kierowaliśmy, gdy sami nadawaliśmy sobie nowe nazwisko. Po co chować igłę w stogu siana, skoro można tam schować źdźbło trawy?

– A nawet jeśli to prawda – naciska Laura – to znaczy tyle, że nie płynie twoim statkiem. A jeśli będzie czekać na lądzie?

Mówię powoli i wyraźnie:

– Jeżeli tam się zjawi, będzie szukała festiwalu. Miejsca z nagłośnieniem i mnóstwem bongo, bo tam będzie się nas spodziewała. Ja będę się trzymał grupy emerytowanych Amerykanów. A nawet jeśli przyjmie inną taktykę, Torshavn to spore miasto, w którym będzie się roić od turystów, przecież przyjeżdża jedenaście tysięcy ludzi.– Przygładzam bródkę. – Poza tym mam swój sprytny kamuflaż. Będę ostrożny. Będę chodził wszędzie z peryskopem i sprawdzał każdą ulicę, zanim skręcę za róg. – Udaję, że patrzę przez palce, ale nie rozbawia jej to. – Mac mieszka tuż obok, Ling dwie ulice dalej, do mojej mamy masz godzinę, a twój tata jest w każdej chwili pod telefonem.

– Nic na to nie poradzę, Kit.

Widzę, jaka jest zła na siebie za to, że się rozkleiła, bo mocno przygryza wargę. Jedną ręką przyciągam ją do siebie, a drugą rozpuszczam jej włosy z byle jak związanego koczka i przeczesuję je palcami, tak jak lubi. Samotna łza stacza się po nieprzemakalnej powierzchni mojej kurtki. Biorę głęboki wdech i wypowiadam jedyne zdanie, które potrzebuje usłyszeć.

– Zostanę, jeśli chcesz.

Uwalnia się z mojego uścisku i przez mrożącą krew w żyłach chwilę mam wrażenie, że robi to po to, bym mógł wygodnie zdjąć plecak. Ale nie, sięga po torbę z aparatem i z namaszczeniem zakłada mi na szyję jej pasek, jakby dekorowała mnie medalem olimpijskim. W ten sposób daje mi błogosławieństwo i zdaję sobie sprawę, ile ją to kosztuje.

– Uważaj na siebie – mówi.

– To ty uważaj na siebie. To znaczy na was – poprawiam się i nie bacząc na konsekwencje, przyklękam, żeby ucałować jej brzuch. Uda palą mnie, gdy próbuję wrócić do pionu.

– Nie jest najgorzej. Mógłbym jechać do Svalbard. W zeszłym tygodniu zjadł tam kogoś niedźwiedź polarny.

– He, he – rzuca, ale bez przekonania.

Dla niej Beth Taylor jest bardziej przerażająca niż jakikolwiek niedźwiedź ludożerca. Wiem, co sobie myśli; kiedy Beth po raz pierwszy się na kimś zemściła, sama powiedziała nam, że odpuściła tylko dlatego, że ktoś ją przyłapał. Bez skrupułów przyznała, że byłoby o wiele gorzej, gdyby zaatakowała człowieka zamiast jego własność.

Dzień jeszcze się nie zbudził i ulica błyszczy pomarańczowymi plamami świateł. Dwa kamienne schodki prowadzą od naszych frontowych drzwi do poziomu drogi. Staję na chodniku i spoglądam na Laurę, która opuściła rękawy swetra i obejmuje dłońmi wypukłość brzucha. Przeżywam coś, co Mac określa mianem przebłysku świadomości. Zamierzam właśnie opuścić ciężarną, pełną obaw żonę na końskich dawkach leków, żeby przebyć morze i dostać się do kraju, gdzie z dużym prawdopodobieństwem czai się na mnie kobieta, która omal nas nie zniszczyła.

– Nie jadę – oznajmiam, tym razem nie po to, żeby sprawdzić reakcję Laury.

– Właśnie, że tak, jedziesz – odpowiada. – Wydaliśmy na ten wyjazd już ponad tysiąc. No dalej. – Przegania mnie gestem. – Baw się wspaniale. Rób zdjęcia. Wróć z pięknymi opowieściami dla naszych dzieci.

Rzucam ostatnie spojrzenie na swoje stopy; tutejsze chodniki są dość zdradliwe, nawet bez współspiskowca w postaci rozwiązanej sznurówki.

– Szanse, żeby mnie znalazła, są naprawdę znikome – mówię na pocieszenie, ale Laura zdążyła już zamknąć drzwi, a ja uświadamiam sobie, że i tak mówiłem do siebie.

Do stacji Turnpike Lane jest od naszego domu przy Wilbraham Road pięć minut spacerem, a nawet mniej, jeśli pójdzie się skrótem przez Harringay Passage, przejście praktyczne, choć nieco dickensowskie, przecinające naszą siatkę ulic. Przechodzę przez błonia, Duckett’s Common, omijając huśtawki i zjeżdżalnie, na których co dzień bawią się dzieci naszych znajomych. Pod moimi stopami chrzęści potłuczone szkło.

Pot już leje mi się z czoła, wsiąkając w brodę. Mimo tony soli na ustach czuję na języku gorycz kłamstwa. Nie miałem wglądu w listy pasażerów, są objęte ochroną danych osobowych. Dziwię się, że Laura tego nie wyłapała. Kiedy uruchamiają się jej lęki, dostaje nadludzkich mocy wnikliwości. Paranoja wyczula ją na najdrobniejszą zmianę w moim języku ciała i wychwytuje nawet najlżejsze odejście od prawdy.

Ukrywam przed nią tylko to, co mogłoby jej sprawić przykrość.

Stacja metra Turnpike Lane, ze swoim splendorem art déco oszpeconym badziewnymi szyldami sklepów i łuszczącymi się billboardami, jest zamknięta, kiedy tam docieram. Punktualnie o 5.20 pracownik komunikacji publicznej w szafirowym polarze otwiera na oścież metalowe kratownice. Oprócz mnie jedyną pasażerką jest ubrana w kamizelkę ciemnoskóra kobieta o zmęczonej twarzy, zapewne zmierzająca do centrum, żeby sprzątać jakieś biuro.

Zjeżdżam na dół ruchomymi schodami, pogrążony w myślach. Mało prawdopodobne, żeby Beth znalazła się na moim statku, ale całkiem możliwe, że będzie gdzieś na Wyspach. Cieszę się, że podróżuję sam, że nie muszę się martwić o Laurę. Tak długo chroniłem żonę przed konsekwencjami zdarzeń na Lizard Point, że zrobię wszystko, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo.

3

LAURA

10 sierpnia 1999

Autokar National Express stanął w korku na A303 przed Stonehenge. Zdawało się, że pół świata ruszyło do południowo-zachodniej Anglii na zaćmienie. Niebo dopasowało się szarością do stojących głazów, tworzących starożytny zegar na miękkim, zielonym wzgórzu. Jeśli już miałam gdzieś utknąć, to miejsce wydawało się odpowiednie – ludzie nie zdają sobie sprawy, że Stonehenge służyło niegdyś przepowiadaniu zaćmień oraz zaznaczaniu przesilenia letniego. Jednak po ponad godzinie gapienia się w święte miejsce nawet ja z trudem utrzymywałam się w stanie podziwu.

Po każdym raporcie pogodowym w radiu kierowcy chudy jak szczapa mężczyzna z rozwichrzoną brodą druida podnosił się z miejsca w jednym z przednich rzędów, klaskał w dłonie, po czym przekazywał nam aktualne dane. Istniało duże prawdopodobieństwo zachmurzenia. Moi współtowarzysze podróży, zmierzający na festiwal w Kornwalii, w większości i tak wydawali okrzyki radości i wiwatowali, w młodszej, bardziej wyluzowanej wersji słynnego brytyjskiego stoicyzmu, który pozwolił naszym dziadkom przetrwać bombardowanie Londynu, a rodzicom wakacje z przyczepą kempingową. Dla tych ludzi zaćmienie było przede wszystkim okazją do świętowania, dodatkową atrakcją, jeśli udałoby się je zobaczyć, ale jeśli nie, to przecież i tak będzie muzyka. Dla Kita zaćmienie było głębokim przeżyciem i wiedziałam, że jego nastrój będzie równie pochmurny jak niebo.

Razem z Makiem i Ling już od dwóch dni byli na miejscu festiwalu, rozstawiając stoisko z herbatą, które przy odrobinie szczęścia miało przynieść niewielki zysk. Nie miałam nic w ustach od spotkania z facetem z agencji rekrutacyjnej przy śniadaniu, po którym przebrałam się w toalecie na stacji Victoria. Ubranie, które miałam na sobie podczas rozmowy o pracę, upchnęłam w plecaku. Pomachałam nogami w wojskowych butach, udając, że naciskam gaz, i zastanawiałam się, czy dotrę do Lizard Point przed zmrokiem.

Autokar wreszcie przecisnął się przez zwężenie, niespowodowane wcale przez roboty drogowe, tylko przez kierowców gapiących się na szczątki kraksy kilku aut. Wkrótce Wilshire ustąpiło kredowym koniom w Dorset. W porze lunchu stanęliśmy w Somerset. Chemiczna toaleta w autobusie zatkała się gdzieś w drodze przez Devon. Wjazd do Kornwalii uczciliśmy autentycznym wiwatem. Kominy nieeksploatowanych kopalni cyny zdawały się wyrastać ze wzgórz niemal natychmiast po przekroczeniu przez nas granicy, a tu i ówdzie, standardowo dla hrabstwa, dumnie powiewała charakterystyczna czarna flaga z białym krzyżem. Poczułam presję morza z obu stron, kiedy Anglia zwężała się w półwysep, i znajomy ucisk w żołądku na myśl o tym, że w wysuniętym najdalej na południe koniuszku kraju czeka na mnie Kit.

Byliśmy ze sobą wówczas od sześciu miesięcy. Ten czas był bardziej amnezją niż miesiącem miodowym. Powinien był pogrążyć nasze szanse w trakcie końcowej sesji egzaminacyjnej, ale Kit wykorzystał zasoby zgromadzone dzięki nauce od najmłodszych lat oraz fotograficzną pamięć, a ja zaliczyłam rok fuksem, wylosowawszy pytanie o jedyny tekst, którego się nauczyłam, i dzięki dostępnemu zapasowi siarczanu amfetaminy. Kit upiera się, że to była miłość od pierwszego wejrzenia, ja obstaję przy wersji, że zakochanie zajęło nam jakieś dwanaście godzin. Przystaliśmy na taki margines błędu.

Ling i ja byłyśmy na trzecim roku londyńskiego King’s College, kiedy zaczęła się spotykać ze studentem dziennikarstwa Makiem McCallem (nawet jego mama nie zwracała się do niego jego prawdziwym imieniem, Jonathan). Lubiłam Maca, przynajmniej w miarę – był dość przystojny, rudawy, dowcipny, ekscytujący i z hojną ręką do narkotyków, ale miał taki sposób bycia, że dominował każdą przestrzeń, w jakiej się znalazł, i miałam do niego lekki żal o wtargnięcie w moją przyjaźń z Ling. Zupełnie nie spieszyło mi się do poznawania jego brata bliźniaka, studiującego astrofizykę teoretyczną na Oksfordzie. Podobni jak dzień do nocy, pomyślałam sobie, i jak się okazało, miałam rację. Mac jest klasycznym ekstrawertykiem – czerpie energię z ludzi, z tłumów – podczas gdy Kit to podręcznikowy introwertyk. Rozmowa go wyczerpuje, pomysły ładują mu baterie.

W pewnym sensie połączyły nas zaćmienia. Gdy byłam bardzo młoda, goniłam za każdym doświadczeniem, jakie można by uznać za autentyczne lub alternatywne do kultury głównego nurtu, na który spoglądałam dość szyderczo. Podobały mi się tylko mroczne kluby i lewackie zespoły, o których nikt nigdy nie słyszał, i umawiałam się z mnóstwem chłopaków o wyglądzie Jezusa. Uznałam, że stanie pośrodku pola i obserwowanie, jak znika gwiazda, będzie szczytem największego czadu, efektem specjalnym przewyższającym kreatywność i budżet jakiegokolwiek organizatora z klubu. Kiedy Ling powiedziała, że znaleźli z Makiem sposób, żeby obejrzeć nadchodzące całkowite zaćmienie w Kornwalii i jeszcze na tym zarobić, nie wahałam się ani chwili.

Mac mieszkał w Kennington, w niegdyś komunalnym mieszkaniu o niskich sufitach i ścianach pokrytych fluorescencyjnymi fraktalami. Gdy do niego weszłam, moje stopy zanurzyły się w runie podartych opakowań po bibułkach Rizla. Żarówka w dużym pokoju była spalona i pomieszczenie oświetlały świeczki umieszczone w słoikach po dżemie. Kit przyjechał na weekend z Oksfordu, a teraz siedział skulony w ciemnym kącie, z twarzą ukrytą pod opadającą grzywką w odcieniu truskawkowego blond i rękawami czarnego wełnianego swetra naciągniętymi na dłonie. Był bledszy od Maca, pod każdym względem.

– Drodzy zebrani – powitał nas Mac, sprawnie operując paczką haszu i zapalniczką (potrafił przemawiać i zwijać skręta, tak jak większość z nas łączy rozmowę z mruganiem). – Zebraliśmy się tutaj, żeby opracować sposób wyjazdu na festiwal bez ponoszenia kosztów. Z tego, co odkryłem, najlepsza marża jest na ciepłych napojach, kawie i herbacie, i gdybyśmy pracowali na zmiany, moglibyśmy wyciągnąć całkiem niezły zysk. – Jak na samozwańczego anarchistę Mac wykazywał się zaskakującą przedsiębiorczością. Nosił koszulki z Amnesty International i głosił miłość i pokój, ale tylko tym, którzy odzwierciedlali jego poglądy. Używał znaku pokoju na powitanie, ale beztrosko zapewniał sąsiadom bezsenne noce, torturując ich ogłuszającym techno. – Więc tak – ciągnął, zapalając skręta. Płomień zapalniczki na sekundę ukazał mi rysy twarzy Kita: brwi proste jak linijki, nos jak grot strzały, kamienne usta. – W południowo-zachodniej Anglii odbywa się w ciągu tygodnia jakieś dziesięć festiwali. Wszystkie są na razie w fazie planów, ale udało mi się zebrać dość informacji, żebyśmy mogli zdecydować, który najlepiej pasuje do naszego etosu.

Chciałam przechwycić spojrzenie Ling, żeby wspólnym uśmiechem skwitować pompatyczność Maca, ale przyjaciółka wbijała w niego pełny uwielbienia, urzeczony wzrok. Poczułam znane mi już ukłucie wykluczenia.

– Największy festiwal związany z zaćmieniem jest w Turcji, ale wyjazd tam znacznie przekracza nasz budżet – mówił Mac. – Poza tym, jak często można doświadczyć czegoś takiego u siebie?

– Rzadziej niż raz w życiu – rzucił Kit ze swojego kąta. Mówił z eleganckim akcentem, głosem osoby wykształconej, jak Mac, tyle że nie zaciągał, by na siłę udawać londyńską gwarę. – Całkowite zaćmienie wymaga n a p r a w d ę precyzyjnego ustawienia. Trudno wyznaczać średnią, ale ostatnie nastąpiło tu w 1927, a następne nie wydarzy się do roku 2090. Od 1724 do 1925 w ogóle nie mieliśmy całkowitego zaćmienia.

– Dobra, Rain Manie.

Mac wrócił do swojej listy. Zdyskwalifikował trzy festiwale z powodu „zbyt mainstreamowej” muzyki, a kolejny ze względu na „zbyt korporacyjnego” sponsora. Ling, która dysponowała przewidywanymi liczbami odwiedzających, wykreśliła maleńkie zgromadzenie, na które nie opłacałoby nam się jechać. Został nam jeden festiwal w Devonie Północnym i jeden na półwyspie Lizard w Kornwalii.

– Nie wiem, który wybrać. – Ling wzruszyła ramionami.

– Braciszku? – odezwał się Mac.

Kit podniósł się bez pomocy rąk. Od razu zauważyłam, że jest ode mnie wyższy. Przymierzanie mężczyzn do własnego metra siedemdziesiąt pięć było dla mnie samej pierwszym znakiem, że ktoś mi się spodobał. Z pochyłego regału ze sklejki, w którym brakowało połowy półek, wydobył plik wydruków.

– Jeśli chodzi o Kornwalię, a w zasadzie całą południowo-zachodnią Anglię, to mamy tu do czynienia z mnóstwem mikroklimatów. Warunki pogodowe mogą się zmieniać z kilometra na kilometr. Skorelowałem średnie poziomy występowania słońca i opadów na wszystkich festiwalach i wykreśliłem krzywą w zestawieniu z pasmem zaćmienia. Z moich wyliczeń wynika, że największą szansę na obejrzenie zjawiska daje nam ta lokalizacja. – Rozłożył zniszczoną mapę sztabową Kornwalii i wskazał na półwysep Lizard.

– Właśnie tam odbywa się festiwal Lizard Point – zauważył Mac, a niepewny dotąd uśmiech Kita rozszerzył się od ucha do ucha. – To chyba mamy co świętować.

Świętowanie miało postać butelki Jacka Daniel’sa, podawanej sobie z ust do ust, podczas gdy Mac bawił się w DJ-a, a Kit szeleścił papierami. Byłam przyzwyczajona do publicznego okazywania sobie uczuć przez Maca i Ling i zakładałam, że dla Kita też nie będzie to nic nowego, ale kiedy ta dwójka zaczęła się obcałowywać na kanapie, był wyraźnie przerażony, zalał się rumieńcem i starał się patrzeć wszędzie, byle nie na mnie. Wreszcie schował się w kuchni. Odchrząknęłam głośno.

– Przepraszam – rzucił Mac, wygładzając koszulkę. – Przejdziemy do drugiego pokoju.

– Jak mam się niby dostać do domu? – Droga do naszego mieszkania w Stockwell była długa i mroczna, a ostatni autobus już odjechał. Nie wypiłam tyle, żeby porwać się na ryzyko przechadzki, a w tamtych czasach nie przyszłoby mi na myśl wezwać taksówkę.

– Kit cię odprowadzi – powiedziała Ling, wstając chwiejnie. Miała już rozpięty stanik. Puściła do mnie oko przez ramię. – Tylko nie zaciągnij go do łóżka. Byłoby jakoś niezręcznie w Kornwalii.

Jeśli ta myśl jeszcze nie zaświtała mi w głowie, postanowiłabym go zaciągnąć wyłącznie na złość przyjaciółce.

– Och – wyrwało mu się, kiedy po powrocie do pokoju zastał mnie samą, po czym schował się z powrotem do swojego kąta, gdzie usiadł po turecku i wystukiwał palcami rytm grającej muzyki.

– Bardzo to mądre – to, co zrobiłeś na tych wykresach – przerwałam wreszcie ciszę.

– To tylko matematyka. – Wzruszył ramionami, ale jego palce znieruchomiały.

– Dla mnie matematyka była mordęgą – wyznałam. – W szkole średniej miałam od geometrii panią, która rysowała na tablicy kształty, aż wreszcie chwyciła się za pierś i oznajmiła: „Oczywiście kształty krągłe są najpiękniejsze ze wszystkich”, a wtedy ja poczułam się wymknięta z tajemnicy wiedzy. Z całej historii.

Kit przekrzywił głowę, jakby z ukosa lepiej mógł mnie odczytać.

– Lepsze to od tego, co mówi większość ludzi – uznał. – Panuje ogólna duma z bycia dennym z matematyki, jakiś odwrotny snobizm, taki brak s z a c u n ku. Nie wiem, czy to mechanizm obronny czy co, ale doprowadza mnie to do szału. Ludzie nie zdają sobie sprawy z piękna matematyki. No na przykład, wsłuchaj się w tę melodię. – Starałam się w pełni skoncentrować na muzyce, ale skrzypienie łóżka dobiegające z drugiego pokoju w słabszych częściach taktów zdecydowanie utrudniało sprawę.

– Są ze sobą ile? Całe sześć miesięcy. – Kit powiódł oczami w kierunku ściany, zza której dochodziły dźwięki. – Lepiej, żeby z tą nie spieprzył sprawy jak z innymi.

Natychmiast otrzeźwiałam.

– Chwileczkę, co powiedziałeś? – Zawsze troszczyłyśmy się o siebie z Ling. – Zdradza ją?

– Jezu, nie! – Kit zaczął niezgrabnie się wycofywać. Z nich dwóch to Mac był obdarzony charyzmą, biedny Kit z trudem kojarzył zasady taktu. – Po prostu, no. Nie ma najlepszej reputacji. No wiesz. Z tymi, no, dziewczynami. K o b i e t a mi. Ale jestem pewien, że tym razem jest dobrze. Z Ling. – Przyłożył butelkę do ust i przechylił ją, ze zdziwieniem stwierdzając, że jest pusta.

– Już widzę, kto w łonie matki zgarnął cały materiał na kręgosłup moralny – powiedziałam, żeby trochę go rozluźnić.

– O, nie. To Mac maszeruje we wszystkich manifestacjach i innych takich.

– To chce pokazać światu. Nie sądzisz, że bardziej liczy się, jak traktujesz drugiego człowieka? – spytałam.

W uśmiechu, który Kit posłał mi w odpowiedzi, kryła się cicha uczciwość, jakiej nie spotkałam dotąd w żadnym chłopaku, wszyscy mieli poglądy polityczne wypisane na koszulkach i równie często zmieniali jedne i drugie.

– Cóż, ja… – Przerwał mu niski pomruk, który dobiegł nagle z drugiego pokoju i mógł się wyrwać komukolwiek z obecnej tam dwójki.

– Tak czy inaczej – z desperacją starałam się zagłuszyć odgłosy – miałeś mi powiedzieć, jak ten kawałek ma się do matematyki.

Kit w lot zrozumiał, do czego zmierzam, i podgłośnił muzykę. Sitarowy riff tańczył wokół dudniących basów. Kit w skupieniu zmarszczył brwi.

– Leibniz mówił, że muzyka to umysł, który liczy bez świadomości, że w ogóle to czyni. Zaćmienie to matematyka, i to najcudowniejsza matematyka na świecie. – Nie miałam pojęcia, co powiedzieć w obliczu takiej intensywności, więc przybrałam wyraz twarzy, który, miałam nadzieję, mógł ujść za pełen entuzjazmu. – Księżyc, rozumiesz, stanowi jedną czterechsetną średnicy Słońca, ale jest czterysta razy bliżej Ziemi, więc wydaje się, że są tych samych rozmiarów.

Przyszło mi na myśl, że przydałby mi się animowany diagram, jeśli miałam cokolwiek z tego zrozumieć, ale zależało mi, żeby nie wyjść przed nim na ignorantkę.

– Ile zaćmień widziałeś? – spytałam, żeby sprowadzić rozmowę jeśli nie na Ziemię, to przynajmniej bliżej mojej orbity, a on złapał haczyk.

Opowiedział mi, jak podróżował z tatą po obu Amerykach i o tym, jak w Indiach podziwiał znikające Słońce razem z ojcem, bratem i „stadem bardzo skonfundowanych kóz” i jak wszyscy szli krawędzią muru zrujnowanej świątyni. Opisał mi Arubę, gdzie stali na piasku tak gorącym, że topił plastik, i widzieli Wenus i Jowisza „wyraźne i okrągłe jak pinezki na tablicy korkowej”. Mówił o tym, jak planety i gwiazdy zawsze wychodziły z ukrycia, jakby nie chciały przegapić zjawiska.

– Kiedy na nie patrzysz, kiedy pod nim stoisz, to już nie jest nauka. To wszystko opada.

Jego policzki nabrały koloru, kiedy zagłębił się znów w kwestie techniczne, prowadząc mnie przez fazy zaćmienia, malując pojawiający się wokół Słońca płomienny pierścień zwany koroną, opisując, jak to w 1919 roku zaćmienie dostarczyło Einsteinowi dowodu na jego teorię względności, ujawniając, że masa Słońca załamuje promienie światła odległych gwiazd. Częściowo go słuchałam, i to z zainteresowaniem, ale po części obserwowałam, jak mówi – patrzyłam, jak kompletnie zmienia się jego twarz, gdy jest ożywiony, jak ucieka wzrokiem, to z powodu nieśmiałości, to skupienia, by przywołać fakty. Spróbowałam sobie wyobrazić Maca drążącego tak długo jakikolwiek temat z wyjątkiem siebie samego, i uśmiechnęłam się na samą tę myśl.

– Ach, zanudzam cię – powiedział.

– Naprawdę, wcale nie.

– Mac mówi, że za bardzo się nakręcam. A ty? Jesteś na tym kierunku, co Ling? Co będziesz robić po studiach?

Przedstawiłam mu swój wielki plan pracy dla miasta przez kilka lat, aż będę miała CV, które umożliwi mi przejście do sektora organizacji charytatywnych. Wystarczająco napatrzyłam się na niewydarzonych, choć gorliwych przyjaciół mojego ojca, brzęczących puszkami na zbiórki, całymi dniami goniących za garścią miedziaków.

– Do zmiany ludzkiego życia prowadzi tylko jedna furtka: pieniądze. A jeśli chcesz zdobyć pieniądze, musisz udać się tam, gdzie jest ich mnóstwo.

– Jak Robin Hood, tylko z arkuszami kalkulacyjnymi i ekspertami od funduszy inwestycyjnych?

– Świetnie to ująłeś.

Przy dogasających świecach dzieliliśmy się naszymi dziurawymi biografiami, jak to bywa, kiedy jest się młodym i poza kolekcją płyt oraz kierunkiem podjętych studiów ma się tylko ludzi, z którymi się dorastało. Tej nocy, przy Kicie, miałam wrażenie, że te informacje mają znaczenie – oto w co się pakujesz, mówiliśmy. Nadal tego chcesz?

Dowiedziałam się, że rodzice Kita, Adele i Lachlan, mieszkali w Bedfordshire, co rok przenosząc się do mniejszego domku. Pierwszy raz nastąpił, kiedy Lachlan stracił pracę, drugi, kiedy przepił resztę majątku. Adele uczyła włókiennictwa w dwuletniej szkole przygotowującej do egzaminu dojrzałości i czekała, aż mąż umrze. Lachlan McCall był, jak to się mówi, czynnym alkoholikiem, potem bezrobotnym pijakiem, aż wreszcie, pewnego dnia, przed kilkoma laty, jego wątroba odmówiła posłuszeństwa. Nie chcieli go wpisać na listę oczekujących na przeszczep, dopóki nie odstawi butelki, a on nie potrafił się z nią rozstać.

– Mac nic nigdy nie mówił – powiedziałam.

– Dlaczego miałby coś mówić? Sama widzisz, jaki jest. Wiesz, ja też napiję się od czasu do czasu, ale on jest na innym poziomie. Chyba nawet śmierć taty go nie przyhamuje.

Drgnęła mu warga. Kiedy podzieliłam się stratą mamy, Kit powiedział po prostu:

– Och, Lauro, tak mi przykro. To nie wiek na żałobę.

Na podłodze między nami pojawiły się nagle dwa groby, jeden zajęty i już zarosły trawą, drugi pusty, ziejący gotową pustką. Dotarły do mnie dźwięki grającej w tle muzyki i przez dłuższą chwilę oboje milczeliśmy. Kiedy płyta się skończyła, Kit kilka razy przełknął ślinę, jakby szykował się do wygłoszenia podniosłej mowy, po czym wymamrotał w sweter coś w stylu: „Masz fajne włosy”.

(„Masz fajne włosy”, lub inna wariacja na ten temat, często było w tamtych czasach pierwszą rzeczą, jaką słyszałam od wielu osób. Gdy szłam na studia, miałam mysie warkocze do pasa, a desperacja, z którą pragnęłam wynaleźć nową siebie, pchnęła mnie do utlenienia ich w łazience akademika w pierwszą noc po wyjeździe z domu. Miałam teraz pelerynę jaśniejącego, białego jedwabiu. Odtąd już nie zmieniałam fryzury, tylko co trzy tygodnie farbowałam odrosty. Brzmi to jak ogromny wkład pracy w wygląd, ale za to w zasadzie się nie maluję i nie podążam za trendami mody. Myślę, że jeśli ktoś ma tylko jedno źródło próżności, ma prawo zasilać je do woli).

Kit wyciągnął palce po jedno pasmo; w blasku świec sprawiało wrażenie, że świeci własnym światłem.

– Nigdy nie zginęłabyś mi w tłumie, nawet w ciemnościach – powiedział.

Kiedy przyłożył rękę do mojego policzka, poczułam bicie serca w jego dłoni.

Odbyliśmy niezdarny, rozczarowujący stosunek przy słabym świetle i nikłym cieple elektrycznego grzejnika kominkowego. Nerwy wszystko zepsuły; nerwy i niewypowiedziana, wspólna świadomość, jak wielkie już ma to znaczenie. Styczniowe noce są jednak długie i do rana wyparowało zdenerwowanie, a nas ogarnęło coś zupełnie innego. Czułam się przez Kita wyczyszczona, napisana od nowa, niezdolna wyobrazić sobie, jak kiedykolwiek mogłam być z kimś innym. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Sama połączyłam kropki jego anegdot i wydedukowałam, że zanim mnie poznał, jego życie miłosne było serią falstartów. A jeśli on to samo robił ze mną – ekstrapolował dane, jak by to ujął, z moich starannie okrojonych historii – cóż, musiał wywnioskować, że żadne z moich doświadczeń nie mogło się równać z tym, co zdarzyło się między nami. Z tego, co mi opowiadał, wkrótce zrozumiałam, że nikt spoza rodziny nie zwracał na niego uwagi, no chyba że zdał egzamin, i zrobiło mi się żal ludzi, którzy go nie dostrzegali lub nie zajrzeli w głąb, pod niezdarną powierzchowność. Omijał ich cały świat. To, że wpuścił mnie do środka, poczytywałam za zaszczyt i powód do dumy, poważnie wzięłam odpowiedzialność za to, co czułam z jego serca, i każdej nocy przysięgałam sobie stać się spełnieniem jego wizji doskonałości.

Tylko bardzo młodziutka kobieta mogła myśleć w ten sposób.

Od dawna oczekiwane „kocham cię” nadeszło w innych słowach, wypowiedzianych w oksfordzkiej sypialni Kita, pośrodku nocy.

– Lauro. – Moje własne imię wdarło się w mój sen. – L au ro.

– Co się stało? Co się dzieje? – Próbowałam odczytać wyraz jego twarzy w nikłej poświacie dobiegającej z półpiętra, ale jawiła się przede mną tylko nieczytelna sylwetka.

Kit splótł palce z moimi, jakby chciał się upewnić, że nie ucieknę.

– Przepraszam, nie mogłem spać. Po prostu muszę wiedzieć. – Miałam wrażenie, że jest na granicy łez, kiedy ujął moje rozpalone ręce w swoje zimne dłonie. – To. My. Czy dla ciebie znaczy to tyle, co dla mnie? Bo jeśli nie… – Cały drżał. W głowie dokończyłam zdanie za niego. Bo jeśli nie, nie wiem, czy to wytrzymam. Bo jeśli nie, skończ teraz. Miałam ochotę się roześmiać z prostoty tego piękna, ale widziałam, ile odwagi kosztowało go to pytanie.

– Dla mnie znaczy tyle samo – zapewniłam. – Obiecuję. Tyle samo.

Ta rozmowa stanowiła nasze zaręczyny. Od następnego ranka śmiało rzucaliśmy frazami typu „jak będziemy po ślubie”, omawialiśmy przyszłe potomstwo, dom, w którym zamieszkamy na starość, a kiedy Kit opisywał zaćmienia, które pojedzie obejrzeć za dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści lat, było jasne, że będę wtedy przy nim, trzymając go za rękę w cieniu.

4

LAURA

18 marca 2015

Brzoskwiniowy świt budzi się nad Alexandra Palace, stanowiąc wdzięczne tło dla mojej deklaracji VAT-owskiej. Pracuję offline na komputerze w gabinecie, czerpiąc ulgę z wyciszającej, monotonnej logiki zadania. Paranoja zeszłej nocy nie pierzchła razem z mrokiem. Wręcz przeciwnie – im bliżej Kit jest wejścia na pokład, tym gorzej się czuję. W taki dzień żałuję, że nie jestem zatrudniona w biurze, bo wtedy mogłabym zagłuszyć niepokój rozmowami o tym, co było w telewizji albo czyja kolej na przyniesienie herbaty w torebkach. Zamiast tego jestem tu sama z czerwonym telefonem, który zdaje się jarzyć groźbą.

Kilka tygodni temu byłam na konferencji, gdzie na chwilę zmniejszyłam czujność i ktoś złapał mnie na zdjęciu reklamowym. Członkinie schroniska dla kobiet, w którym czasem pracuję, pozowały ze sponsorami, trzymając jeden z tych gigantycznych czeków. Miałam swój wkład w zawarcie umowy, więc stałam w tle. Zdjęcie pojawiło się na stronie internetowej schroniska i teraz muszę ich prosić, żeby je zdjęli, wycięli mnie albo nawet zamazali w Photoshopie. Przynajmniej nie podpisali mnie z nazwiska. Kiedy media społecznościowe były jeszcze w powijakach, zdecydowaliśmy z Kitem, że nie będziemy nigdzie zostawiać cyfrowych śladów. W czasach, kiedy każdego można znaleźć jednym kliknięciem myszy, musimy dokładać niezwykłych starań, żeby nie dało się nas namierzyć. Robię to, co zawsze, kiedy potrzebuję wykonać telefon, na który wcale nie mam ochoty, i sporządzam listę tego, co chcę powiedzieć, skrzętnie układając treść w punkty. Kiedy uczę nowych fundraiserów, mówię im, że najważniejsza rzecz – istotniejsza nawet niż wiara w sprawę – to scenariusz. Nigdy nie podnoś słuchawki bez gruntownego przygotowania. Jeśli nie potrafisz skondensować swojego stanowiska w czterech punktach, nigdy nie dotrzesz do swoich odbiorców. Zwykle metoda jest skuteczna, ale teraz utknęłam na pierwszej kwestii.

Moje zdjęcie nie może pozostać upublicznione w internecie.

W zeszłym roku słyszałam w radiowej Czwórce, że można kupić program do rozpoznawania rysów twarzy, co oznacza, że wystarczy, że ktoś załaduje do komputera twoje zdjęcie – może być skan – a aplikacja będzie przeszukiwać znajdujące się w sieci obrazy, dopóki nie znajdzie zgodnego wizerunku. Z początku zabrzmiało mi to jak wymysł z jednej z ukochanych powieści science fiction Kita, ale przecież tę samą drogę przechodziły wszystkie technologie, bez których dziś trudno nam się obejść. Wiemy, że Beth jest w posiadaniu co najmniej jednego naszego zdjęcia, a z początku, nieświadomi stopnia jej przebiegłości, nie przejmowaliśmy się, że w całym mieszkaniu jest mnóstwo naszych fotek. Mogła skopiować którąkolwiek z nich i odłożyć na miejsce, zanim się zorientowaliśmy. Pewnie jestem jedną z bardzo małej garstki kobiet, które po prostu marzą o kurzych łapkach i obwisłych policzkach, ale Kit twierdzi, że ładnie się starzeję. Nie wiem, czy to czcze pochlebstwo, czy fakt, że przez ostatnie piętnaście lat prawie nie zdarzyło nam się spędzić osobno nocy, więc nie dostrzega różnic: cieni pod oczami; skośnych bruzdek, głębokich i ostrych, wydrążonych w skórze pomiędzy moimi brwiami. A może je widzi, tylko po prostu chce być miły.

Jest dopiero wpół do dziewiątej, więc jeszcze przed godzinami urzędowania, i uświadamiam sobie, że wybieram tchórzowskie wyjście. Dzwonię do schroniska, wiedząc, że zostanę przekierowana do poczty głosowej, i zostawiam wiadomość z prośbą, żeby zdjęli moje zdjęcie z powodów osobistych. Liczę na to, że głupio im będzie drążyć temat. Mam szczęście, że dobrze zarabiam, robiąc coś, co kocham i w co wierzę, ale moja kariera była zdecydowanie ograniczana przez moją niechęć do upubliczniania siebie w kontekście celów, dla których zbieram fundusze. Raz czy dwa do roku i tak padam łupem head hunterów, ale moja odpowiedź jest niezmienna – nie mogę się afiszować.

Od początku wiedziałam, że w wyskokach Beth kryło się jakieś szaleństwo. Jednak dopiero w Zambii zrozumiałam, że na swój sposób jest równie zacięta, co Jamie. Często zastanawiam się, czy żyje tak jak ja, z naszą historią nieustannie bulgoczącą gdzieś w tle, kipiącą jedynie w obliczu nadchodzącego zaćmienia. Życie w ciągłym napięciu przez piętnaście lat byłoby niemożliwością. Musi się to przetaczać falami, jak u mnie. Albo jak u Jamiego, którego kampanią nie rządzi układ planet, ale mechanizmy prawne.

Po kilku godzinach w pozycji siedzącej cała zdrętwiałam i kiedy wreszcie wstaję, łapie mnie skurcz w krzyżach. Korzystam z toalety po raz czwarty tego ranka, po czym układam czasopisma w łazience w stertę dla niego i dla niej: „New Scientist”, „New Humanist” i „The Sky at Night” dla Kita; „New Statesman”, „The Fundraiser” i „Pregnancy and Birth” dla mnie. Chcąc utrzymać równowagę, po schodach idę jak krab, po drodze poprawiając wiszące na ścianach zdjęcia. To seria ujęć zaćmienia, błyszczące czarne kółka otoczone jęzorami białych płomieni, które wyglądają bardziej jak sztuka abstrakcyjna niż zjawisko przyrodnicze. Wiszą w porządku chronologicznym i celowo nie są podpisane, ale nawet gdybym je wymieszała, Kit potrafiłby bezbłędnie określić czas i miejsce wykonania każdej z nich.

Na stoliku przy drzwiach wejściowych stoi nasze zdjęcie ślubne w wąskiej, srebrnej ramce. To słodko-gorzki obrazek, para wystraszonych dzieciaków w cudzych ubraniach, stojąca na stopniach przed Urzędem Stanu Cywilnego w Lambeth. Dosłownie dzień wcześniej ściągnęli Kitowi bandaże.

Za ścianą rozlega się huk – znak, że robotnicy u sąsiadów zabrali się do pracy. Jeszcze kilka lat temu w domu obok gnieździły się dwie rodziny, a w zeszłym roku budynek kupili Ronni i Sean, którzy teraz przekształcają mieszkania z powrotem w dom, mogący pomieścić ich troje dzieci. Jak wszyscy, którzy w tych czasach się wprowadzają, są wściekli, że zostali wyeliminowani z Crouch End. Nasze osiedle nazywane jest Drabiną Harringay, ponieważ na mapie ulice układają się w osiemnaście szczebli rozciągniętych pomiędzy Wightman Road i Green Lanes. Wilbraham Road jest szóstym stopniem od góry. Kiedy powiedzieliśmy Ronni i Seanowi, że jesteśmy na Drabinie od 2001 roku, on zagwizdał i skomentował: „Musicie opływać w majątek”. Może kiedyś, gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, ale moc zarobkowa Kita okazała się mniejsza od naszych oczekiwań, a utrzymanie domu z epoki edwardiańskiej nie należy do tanich. Gdybyśmy nie wymienili dachu, chcąc nie chcąc, moglibyśmy oglądać gwiazdy prosto z łóżka. Do tego jeszcze in vitro. Po trzecim podejściu było jasne, że jedynym wyjściem jest solidne zapożyczenie się pod zastaw domu.

Kit ma żal do Ronni o coś, co powiedziała mi kilka tygodni później. Była w zaawansowanej ciąży, z małym dzieckiem w wózku, i kiedy pomagałam jej pokonać kilka kroków do jej drzwi, rzuciła: „Pewnie gubicie się w tej całej przestrzeni bez dzieci. Powinniśmy się zamienić! Nasze mieszkanie w sam raz nadałoby się dla dwojga”.

Wytrzymałam jeszcze, żeby weszła do środka, po czym pobiegłam do domu, wpadając na Kita z takim impetem, że do końca dnia nosiłam na czole odcisk jego zęba. Rzuciłam się na kanapę i wyłam wniebogłosy, podczas gdy Kit wyzywał sąsiadkę od niegrzecznych, nietaktownych, pozbawionych serca suk i groził, że pójdzie do niej i powie jej coś do słuchu. (Jest o wiele groźniejszy, gdy chodzi o mnie, niż gdyby miał stawać we własnej obronie). Musiałam go błagać, żeby nigdzie nie szedł.

Moja torba-na-wszelki-wypadek czeka już w przedpokoju, z wetkniętą do bocznej kieszeni dokumentacją medyczną ciąży. Wszyscy, począwszy od konsultantki, a skończywszy na teściowej, twierdzą, że nie będzie mi potrzebna, ale nie mieć przygotowanej torby to jak kuszenie złego losu. Nie denerwuję się porodem. Jestem umówiona na planową cesarkę w trzydziestym siódmym tygodniu. Tak naprawdę stresują mnie trzy nowe funkcje, które spadną na mnie naraz: podwójna rola matki i współrodzica. Chyba nie mogę sobie wyobrazić, jak to będzie dzielić się Kitem. W swoim życiu zawsze żyłam z jedną osobą – byłam ja i moja mama, potem ja i tata, ciąg następujących po sobie najlepszych przyjaciółek w szkole, wreszcie ja i Ling, a teraz ja i Kit. Pewnie można by uznać, że przez jakiś czas Beth praktycznie z nami mieszkała. Mój błąd, jak przypominam sobie za każdym razem, gdy widzę lub czuję bliznę Kita, tę dolinę lśniącego ciała z górami narosłej tkanki po bokach.

Rozlega się dzwonek do drzwi, z trudem podnoszę się na nogi. Listonosz niemal codziennie zostawia u mnie paczkę do przekazania komuś. Praca z domu oznacza, że nasz dom służy za przechowalnię dla połowy Wilbraham Road. Nie przeszkadza mi to, przynajmniej nie teraz, kiedy jestem w ciąży. Nigdy nie miałam też nic przeciwko gabarytom przesyłek, nawet kiedy przez cały tydzień stały u nas w holu meble ogrodowe dla numeru 32. Tylko paczki związane z dziećmi zawsze szarpały mnie za serce, paczki dla Ronni z firmy Mothercare albo JoJo Maman Bébé czy Petit Bateau. Malutkie ubranka szydziły ze mnie, a w głowie słyszałam wrzask: wyjmij je, wyjmij je, wyjmij je, wyjmij je.

Frontowy hol to jeden z największych atutów naszego domu. Podłoga jest wyłożona eleganckimi płytkami Minton w lilijki i inne wymyślne zakrętasy – na eBayu chodzą za tysiące – a drzwi wejściowe to oryginał z Arts and Crafts, z czterema oprawionymi w ołów szybkami. Już widzę przez kolorowe szkiełka, że to nie listonosz, tylko Mac, jego profil jest obecnie dość charakterystyczny. Mój szwagier był prekursorem trendu noszenia wszechobecnej teraz brody i w tej chwili przypomina raczej Davida Herberta Lawrence’a z bujnym, rudawym zarostem, przy którym Kit ze swoją pseudobródką wygląda, jakby zapomniał się rano ogolić.

– Czemu zawdzięczam tę przyjemność? – pytam, odhaczając łańcuch i otwierając na oścież drzwi.

Mac ma na sobie nabijane ćwiekami buty i tweedowe spodnie na szelkach zapiętych na koszulce z krótkim rękawem. Nie zdziwiłabym się, gdyby za jego plecami stał zaparkowany bicykl. Trzyma dużą brązową papierową torbę, taką, w jaką w telewizji Amerykanie pakują zakupy, z tym że ta ma na sobie logo Kaw/Kość. Ukośnik był moim pomysłem.

– Bezkofeinowe latte jako źródło wapnia, porcja chleba na zakwasie i kilka muffinów z otrębami pszennymi na później. A, i robiliśmy soki. – Wyciąga cztery przezroczyste plastikowe kubeczki z dziurkami na słomki w pokrywkach – fioletowy, żółty, pomarańczowy i zielony, który wygląda, jakby ulatniał się z niego gaz błotny.

– Co to ma być? Ektoplazma?

– Konopie i trawa pszeniczna. – Ustawia je na kuchennym blacie. – A oto i pièce de résistance. Rosół z kości, na którego cześć nazwano sklep – królewski wywar, doprawdy, gotowane kości i korpusy. Ludzie w okolicy nie mogą się go nachwalić. Nie mogę otoczyć cię taką opieką jak Kit, ale przynajmniej daj się nakarmić – prosi Mac.

– Nie trzeba było – mówię, ale wbrew woli leci mi ślinka i uświadamiam sobie, że przecież nic jeszcze nie jadłam. – Zostaniesz?

– Muszę wracać do siebie – odmawia. – Ale do powrotu Kita będę ci codziennie przynosił brunch i sprawdzał, czy wszystko w porządku. A gdybyś czegoś potrzebowała, od razu dawaj znać. Jak się czujesz?

– Rano, zaraz po jego wyjeździe, bałam się, że dopadnie mnie atak paniki, ale jakoś się opanowałam.

Mac autentycznie cofa się o krok.

– Zadzwonić po Ling? – Implikacja jest prosta. Cokolwiek medycznego, cokolwiek, co ma związek z maluchami, rzuci wszystko i zjawi się w okamgnieniu. Problemy emocjonalne to działka kobiet. Mac jeszcze całkiem nie zmiękł.

– Nie, nie. – Ling jest pracownikiem socjalnym, pewnie puka teraz do metalowych drzwi jakiejś speluny, może z tłumaczem za plecami, a może z policją. Musiałabym być naprawdę zdesperowana, żeby zawracać jej głowę w godzinach pracy.

– Dobra, to ja już pójdę. – Nachyla się i niezdarnie całuje mnie w policzek. – Dziewczynki są u mnie na wieczór, więc zobaczymy się jutro.

Ling i Mac nie są parą od czasu, kiedy byliśmy dzieciakami – rozpadli się, w każdym znaczeniu tej frazy, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy my przeżywaliśmy najgorsze chwile – ale działają lepiej osobno niż razem do tego stopnia, że kiedy Ling znów zamarzyła o dziecku, Mac się dla niej o nie postarał. Ich córeczki Juno i Piper żyją w dwóch domach, obu na Drabinie, w odległości czterech ulic od siebie. W zasadzie w trzech domach, jeśli liczyć nasz, gdzie też mają własny pokój, przynajmniej na razie.

Wylewam wywar z kości do zlewu i wracam do porządków. Lampa na naszym stoliku w holu to podświetlany globus, stara dziecięca zabawka, która chwyciła mnie za serce w sklepie z rzeczami na cele dobroczynne. Rysuję trasę statku Kita, wiodąc palcem przez kapryśne Morze Północne. Jestem w stanie zakryć kciukiem cały pas całkowitego zaćmienia, tam, gdzie pada najgłębszy cień. Wyspy Owcze są takie tycie, że nawet mój mały palec je przykrywa. Brak tam miejsca, żeby się schować. Włoski na rękach znów stają mi na baczność. Beth jest jak zapadnia – jedna myśl o niej i tracę grunt pod nogami, lecę w dół. Ściągam rękawy i kręcę globusem, aż oceany i ląd zlewają się w zieleń i błękit i wszystko zakrywa cień.

5

Laura

10 sierpnia 1999

Autobus dotarł do celu gdzieś na południe od Helston. Lokalni policjanci w odblaskowych kamizelkach zlustrowali nas od stóp do głów. Na skraju drogi stała Ling, oparta o furgonetkę, z twarzą wystawioną na promienie słońca, przebijające się słabo przez pierzastą chmurę. Obok siebie ustawiła tekturowy znak z odręcznym napisem: „Ciężki namiot? Transport na Lizard Point £2”.

Na dźwięk mojego głosu otworzyła oczy i szeroko się uśmiechnęła.

– Nie spodziewałam się szofera – powiedziałam.

– Autobusy nie dojeżdżają do końca, a to jeszcze spory kawałek. Poza tym to sposób, żeby zdobyć trochę forsy.

Wyciągnęła rękę po monety od ustawiających się w kolejce ludzi, po czym z rozmachem otworzyła drzwi vana, żeby wpuścić do środka wielobarwny tłum. Z końcem wieku granice pomiędzy grupami młodzieżowymi zacierały się i teraz razem z hipisami i gotami ładowały się na pakę miłośniczki klubów ze skrzydłami wróżek i odprasowani chłopcy z Essexu w markowych dżinsach. W kącie przytroczono zwinięty brudny czerwony śpiwór, a wnętrze zionęło zapachem marihuany. Ci, dla których nie starczyło miejsca, siedzieli po turecku na lepkiej od oleju podłodze, wyraźnie zachwyceni, że po dziewięciu godzinach w autokarze National Express wreszcie mogą się wyluzować i zapalić nie tylko bezkarnie, ale i pośród słów zachęty.

Jechałam z Ling z przodu, jak VIP, i wyciągnęłam nogi na deskę rozdzielczą.

– Kit bardzo wkurzony na pogodę? – spytałam.

Przyjaciółka wywróciła oczami.

– W życiu nie widziałam gorszego focha. Ciągle z Makiem powtarzamy, że zaćmienie i tak się odbędzie, festiwal się odbędzie, Kit sam musi zdecydować, czy będzie się nimi cieszył czy nie.

– Chce, żeby było doskonale – powiedziałam.

– Chyba nic nie będzie doskonałe. Pogoda odstraszyła sporo ludzi – poinformowała mnie. – Przewidywania były na poziomie dwudziestu tysięcy. Rory – farmer, właściciel ziemi – mówił, że potrzebuje piętnastu, żeby w ogóle wyjść na swoje, a na miejscu nie uzbierasz chyba nawet pięciu tysięcy. Nawet biorąc pod uwagę przyjazdy w ostatniej chwili, wypada dość dennie.

Westchnęłam.

– Są jakieś dobre wieści?

Ling zamyśliła się, marszcząc nos.

– Cóż, przez to zimno ludzie mają ochotę na ciepłą herbatę. Ale i tak nie wyjdziemy na swoje. Może nawet spakujemy się dzień wcześniej i po prostu nacieszymy się systemem nagłośnienia… o cholera, przejechałam.

Wdepnęła na hamulec. Ja przygotowałam się na uderzenie, ale pasażerowie z tyłu mocno polecieli.

– Przepraszam! – zawołała przez ramię Ling. – Wrzuciła wsteczny i wycofała ostrożnie, skręcając przy gęsto zarośniętym rogu, po czym wycofała na dwa razy, wjeżdżając w zarośnięta drogę. – Kolejny powód, dla którego nikt tu nie przyjechał – wyjaśniła, podskakując na kamieniach. – Tubylcy nie są zachwyceni festiwalem i zaczęli chować znaki drogowe. Nie tylko te zrobione specjalnie na Lizard Point, ale też oficjalne tablice informujące, gdzie są jakie miejscowości. Nie rozróżniam tych gruntowych dróg.

– Taki już problem z wsią – powiedziałam, gdy zniknęłyśmy w tunelu drzew, liściaste, zielone cienie pływały jak ryby po przedniej szybie. – Brakuje właściwych punktów orientacyjnych. Przydałby nam się miły McDonald’s pośrodku zgrabnego ronda czy coś w tym guście.

Wyłoniliśmy się z tunelu drzew wprost na olbrzymią ścianę aluminiowych paneli. Przy wjeździe kręciło się więcej policji, łącznie z funkcjonariuszami na koniach. Dwóch krzepkich panów w odblaskowych kamizelkach przeszukało furgonetkę surowo na wypadek braku wejściówek i wyrozumiale w odniesieniu do narkotyków, papierowe bilety wymieniono na bransoletki. Ling i ja pojechałyśmy dalej same, naklejka na szybie informująca o cateringu dawała nam przejazd przez pola. Furgonetka podskakiwała na nierównym terenie, minęła wesołe miasteczko i ogromny niebieski namiot obwieszony złotymi serpentynami. Były wszystkie obowiązkowe elementy muzycznego festiwalu – flagi, bębny, stoisko z kebabami, przejażdżki i goły do pasa facet na szczudłach wymalowany indygo. Jednak bez tłumu to miejsce wygląda jak efekt jakiejś klęski humanitarnej. Słowo daję, wiatr gnał biegacze pustynne przez pożółkłe pole.

Ling zaparkowała vana przy naszych namiotach, oni mieli czerwony, półokrągły, a my z Kitem zielony, spiczasty. Rozpięłam wejście – rozległ się znajomy odgłos wakacji na biwaku i minionych festiwali – i moim oczom ukazały się dwa czyściutkie śpiwory spięte razem i rozłożone na podwójnym materacu. Czuć było delikatny zapach mydła z suszącego się ręcznika.

Nasze stoisko – szeroki, granatowy namiot z otwartym przodem – rozstawione było pod dębem. Mac stał przy bufetowym termosie z wrzątkiem. Na twarzy tańczyły mu iskierki światła, rzucane przez wiszącą nad nim dyskotekową kulę, a wokół rozchodził się lekki, cynamonowy aromat czaju, korzennej herbaty, którą wszyscy wtedy pijaliśmy. Pobrzękiwały zawieszone na gałęziach drzew dzwoneczki wietrzne, ale było ich zbyt dużo, żeby uznać ich dźwięk za kojący.

– Jeszcze czas, żeby wieść się rozeszła – wymamrotał w kubek.

Ale do zaćmienia zostało niespełna dwadzieścia godzin.

Kit wyłonił się z tajemniczego wnętrza z workiem na śmieci w ręce. Nie golił się, odkąd się widzieliśmy, i zarost sterczał mu jak igiełki.

– Hej – powiedziałam łagodnie.

Był tak zatrzaśnięty w swojej ponurości, że nie od razu zarejestrował moją obecność, ale gdy to się stało, uśmiech natychmiast go przeobraził i jak zwykle poczułam się dumna, że to ja wyciągnęłam go ze złego nastroju. Upuścił torbę, a kiedy złączyliśmy się w pocałunku, poczułam, jak się rozluźniam.

– Pachniesz lepiej, niż się spodziewałam – zauważyłam.

– Rory otworzył farmę, za opłatą można wziąć gorący prysznic – wyjaśnił Kit.

– Jasne – prychnął Mac. – Nie minęły dwa dni, a weekendowi hipisi już odkrywają granice swojej higieny. – Jego ton wskazywał, że duszenie się we własnym brudzie jest powodem do dumy.

– Nie zwracaj na niego uwagi – powiedział Kit. – To najlepiej wydane cztery funciaki w moim życiu. – Odwrócił się do Maca. – A do Rory’ego nie mam pretensji. Nie nam jednym przepadają w ten weekend pieniądze. – Założył mi kosmyk włosów za ucho. – Jak poszła rozmowa?

– Chyba dobrze. Zobaczymy.

– Na pewno byłaś genialna – rzucił z roztargnieniem, wbijając wzrok w olbrzymią szarą chmurę mknącą nad nami.

– Może przejdzie – powiedziałam. – Nigdy nie wiadomo, prognozy ciągle się mylą. – Moje słowa otuchy spłynęły po nim bez śladu, pomamrotał coś o chmurach i opadach, aż nagle coś innego przykuło jego uwagę.

– Ej, co tu się dzieje? – Lekko pokręcił jedną z gałek w termosie. – Znowu się zepsuło, jakaś złączka musiała się z tyłu poluzować. Zostań tu, napij się spokojnie, a ja to naprawię. – Pocałował mnie w czubek głowy i zniknął za namiotem.

Mac odpalił długiego, cienkiego skręta. Zaciągnęłam się głęboko, żeby zapomnieć o Londynie i zresetować umysł, a potem podałam jointa Ling. W tamtych czasach szczyciłam się tym, że potrafiłam brać albo rzucać narkotyki zależnie od ochoty. Uzależnienie wpiło już kły w Lachlana. Widziałam, jak czai się na Maca, i wydawało mi się, że mam szczęście, że mnie nie dopadło. Nie zdawałam sobie oczywiście sprawy, że swoją truciznę nosiłam w środku – substancje chemiczne, które mój mózg produkował przy trzaśnięciu drzwiami czy odpaleniu zapałki. Hormony stresu, adrenalina i kortyzol, wpompowane w odpowiedniej ilości, przebiją wszystko, co człowiek mógłby wypalić czy zażyć. Rok po Lizardzie zazdrościłam tym, którzy potrafili odtruć się na odwyku. Kiedy nęka cię lęk, nosisz w sobie jego niewyczerpany zapas.

Tak czy inaczej, byłam miło zamroczona, kiedy Kit wrócił ze zwycięskiej walki z niesfornym wężykiem. Mac pomachał mu skrętem pod nosem.

– Dalej, Kit. Otrząśnij się już.

– Chcę zachować ostre zmysły na zaćmienie – odparł wyniośle Kit.

– Przecież to dopiero jutro – zauważyła Ling.

– Nie przejmuj się – powiedział Mac, który zawsze brał do siebie odmowę swojej gościnności. – Jeśli dorośnie do narkotyków tak późno jak do seksu i rock and rolla, to pierwszą ekstazę przeżyje pewnie na czterdzieste urodziny.

Spodziewałam się, że Kit zbędzie komentarz śmiechem – przecież miewaliśmy nasze szalone noce – ale zamiast tego zmarszczył brwi. Tylko Mac potrafił go doprowadzić do takiej wściekłości. W którymś momencie ich relacji, pewnie w ciągu dziesięciu minut pomiędzy ich narodzinami, zapewne jeszcze w łonie, które dzielili, musiała zapaść decyzja, że to Mac będzie trzymał władzę. Mac przywłaszczył sobie nawet ich wspólne nazwisko jako przezwisko, co chyba tylko mnie wydawało się dziwne. To nie to, że zawsze musiał mieć rację, choć nieraz obserwowałam, jak Kit odpuszcza, żeby szybciej zakończyć spór. Po prostu zdanie Maca liczyło się bardziej niż Kita.

– Idę się rozpakować – oznajmiłam i poszłam przez pole, pewna, że Kit podąży za mną.

Zamiast się rozpakowywać, poszliśmy do łóżka, czy też raczej do śpiwora. W tamtym czasie seks był balastem, który należało zrzucić, zanim mogliśmy zająć się czymkolwiek innym. Potem leżeliśmy w zielonkawej poświacie namiotu, majtki zawinęły mi się w ósemkę wokół kostki.

– Jak daleko mamy do morza? – chciałam wiedzieć.

– Jakieś dwadzieścia minut. Ale gdybyś miała ochotę na dłuższy spacer, moglibyśmy się przejść do Goonhilly Downs. To stamtąd wysłano pierwszy w historii sygnał satelitarny. Stoją tam takie ogromne odbiorniki, wysokie jak wieżowce.

– Nie brzmi jak romantyczny spacer, o jakim marzyłam.

– Ale jest, przynajmniej na swój sposób – bronił się. – Dosłownie w środku tej całej technologii jest masa stojących głazów. Po prostu porozrzucane dokoła megality. A oni wybudowali tam pieprzoną stację satelitarną! Już jest nieczynna.

– Kocham cię – powiedziałam. – Ale stawiam granicę, gdy chodzi o zwiedzanie miejsca z talerzem satelitarnym, kiedy kornwalijskie wybrzeże jest t am.

Okazaliśmy bransoletki, żeby wydostać się z festiwalu, i poszliśmy nadmorską drogą ku Lizard Point. Maleńka mieścina, najwyraźniej zbudowana na laurach swej południowej lokalizacji, nie miała zbyt wiele do zaoferowania. Była zakorkowana przyczepami i autami kombi, w lekko obskurnej kawiarni turyści ustawiali się w kolejce po bułeczki z dżemem na podwieczorek. Wiejska droga zmizerniała do pobrużdżonej ścieżyny. Morze z oddali wyglądało jak roztopiony ołów, ale oto staliśmy już na skraju klifu i spoglądaliśmy w dół na niebieskawozielone sadzawki.

– Już wiesz, dlaczego wszystkie statki przemytnicze ulegały katastrofom – powiedziałam, patrząc, jak wielka fala cofa się, ukazując sterczące czarne skały, szczękę dinozaura.

– Byłby ze mnie dobry szmugler, z łupem z kradzieży na pełnym morzu – orzekł Kit, na co oboje wybuchliśmy śmiechem, bo trudno wyobrazić sobie mniej pirackiego człowieka. – Mógłbym przychodzić po ciebie w sztywnych od soli bryczesach i z kordem w zębach.

– A ja ukrywałabym rubiny w halkach.

– Oo-ar – rzucił i wiedziałam, że mam go z powrotem.

Wplótł palce w moje włosy i przyciągnął mnie blisko do siebie.

– Zależy mi, żeby jutro było doskonałe – powiedział.

– Nic nie jest doskonałe.

– Jesteśmy my.

– Gadasz bzdury.

Uśmiechnął się i puścił moje włosy.

Kit nadal wierzy, że tamtego weekendu wszystko potoczyło się w dół z powodu tego, co się wydarzyło. Że gdybym poszła w lewo zamiast w prawo w chwilę po zaćmieniu, żeglowalibyśmy nadal naszą nieskalaną, złotą rzeką. Myli się. Byliśmy młodzi i mieliśmy szczęście, ale nie byliśmy odporni na to samo gówno, które wszystkich spotyka. Nawet – a może szczególnie – nie da się utrzymać dobrego seksu. Czas i przyziemność codziennego życia w końcu starłyby blichtr. Jeśli już coś, to właśnie teraz jesteśmy tacy silni właśnie z powodu traumy, która nas ukuła. Kita nie da się jednak przekonać. Pomimo tej swojej teorii o równoległych żywotach, o której ciągle się rozwodzi, a która zakłada istnienie nieskończonych wszechświatów, gdzie następują wszelkie możliwe działania, nie da się dwa razy przeżyć tego samego życia; nie da się cofnąć i w pewnych sytuacjach zachować się inaczej. Nigdy nie dowiemy się, jaki mógłby być nasz związek, gdyby nie został poddany próbie. Mamy tylko ten jeden.

6

KIT

18 marca 2015

Anglia zlewa szarość z zielenią, gdy mój pociąg ze stukotem pędzi na północ i opuszcza Londyn, a ja uspokajam się z każdym kilometrem. To proces fizjologiczny – wyraźnie czuję, jak kolejno rozsupłują mi się kręgi. Z początku przypisuję to skutecznemu odhaczeniu wszystkich punktów na liście, bez przeszkód w postaci awarii sygnalizacji świetlnej na torach czy wybryków pasażerów, ale kiedy rozpakowuję przygotowaną przez Laurę kanapkę, na myśli o żonie czuję nagły ucisk w piersi i zdaję sobie sprawę, że problem kryje się głębiej. Nagle uderza mnie świadomość, że poczucie ulgi zawdzięczam właśnie rosnącej odległości pomiędzy nami. Cztery dni dystansu od huśtawek nastroju, paranoi i niekończących się, mrocznych spekulacji. Cztery dni dbania tylko o siebie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki