Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 525 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 20 min Lektor: Marta Wągrocka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 20 min Lektor: Marta Wągrocka

Opis ebooka Kirke - Madeleine Miller

W domu Heliosa, boga słońca i najpotężniejszego z tytanów, rodzi się córka. Kirke jest dziwnym dzieckiem – nie tak potężnym jak ojciec ani tak bezwzględnym jak matka... Dziewczyna próbuje odnaleźć się w świecie śmiertelników, lecz odkrywa w sobie czarnoksięską moc, dzięki której może zagrozić samym bogom… Z tego powodu zostaje wygnana. Nie zamierza jednak przestać kształcić się w czarach. Jej ścieżki skrzyżują się z Minotaurem, Dedalem, jego synem Ikarem, morderczą Medeą i, oczywiście, z przebiegłym Odyseuszem.
Samotna kobieta zawsze narażona jest na niebezpieczeństwo, a Kirke nieświadomie budzi gniew zarówno w ludziach, jak i w mieszkańcach Olimpu. Aby ochronić to, co kocha, będzie musiała zebrać wszystkie siły i zdecydować, czy należy do bogów, z których się urodziła, czy do śmiertelników, których pokochała.
TRIUMF KOBIECOŚCI W BEZWZGLĘDNYM ŚWIECIE MĘŻCZYZN.
Kirke ZNALAZŁA SIĘ NA LISTACH KSIĄŻEK, KTÓRE KONIECZNIE TRZEBA PRZECZYTAĆ W 2018 ROKU OPUBLIKOWANYCH NA ŁAMACH DZIENNIKÓW „GUARDIAN”, „INDEPENDENT”, „MAIL ON SUNDAY”, „SUNDAY EXPRESS” ORAZ MAGAZYNU „STYLIST”


Jedna z najbardziej godnych zwyciężczyń Nagrody Orange: oryginalna, inspirująca, pełna pasji i świeżych pomysłów!
Joanna Trollope
Tylko najwybitniejsi autorzy powieści historycznych są w stanie oddać niezwykłość
i odmienność minionych wieków, a szczególnie czasów starożytnych.
Madeline Miller robi to w niezwykły, wyjątkowo odświeżający sposób.
„The Times”
Epicka opowieść obejmująca tysiąclecia, książka od której nie można się oderwać!
Tej nocy na pewno nie położycie się spać, ani żadnej kolejnej, dopóki nie skończycie czytać.
Ann Patchett
Niezwykle wciągająca powieść, po prostu trzeba ją przeczytać!
Donna Tartt
Odyseja opowiedziana na nowo, ale tym razem wszystko to, co do tej pory pozostawało w cieniu, znajduje się w pełnym blasku!
Kate Mosse

Opinie o ebooku Kirke - Madeleine Miller

Fragment ebooka Kirke - Madeleine Miller

Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorce

Strona redakcyjna

Dedykacja

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ROZDZIAŁ SIÓDMY

ROZDZIAŁ ÓSMY

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ROZDZIAŁ JEDENASTY

ROZDZIAŁ DWUNASTY

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

ROZDZIAŁ SZESNASTY

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY

Wykaz postaci

Podziękowania

Przypisy

O książce

JEŚLI CHCESZ WIEDZIEĆ, KIM JESTEŚ, ZAWALCZ O SWOJE MIEJSCE W ŚWIECIE

Kirke długo nie wiedziała, kim jest. Urodziła się wśród bogów, lecz była dla nich zbyt mało potężna. Zbyt mało piękna. Zbyt mało okrutna. Wszyscy myśleli, że nie ma żadnej mocy. Lecz kiedy spotkała pierwszego śmiertelnika, stało się jasne, że drzemie w niej siła, która może zagrozić wszystkim bogom. A wtedy zaczęli się bać.

Kirke musiała zapłacić za ich strach. Odtrącona przez bogów i ludzi, była zmuszona radzić sobie sama. Kolejne próby, przed którymi postawił ją los, przygotowywały ją do tej najważniejszej. Aby ochronić to, co kocha, Kirke będzie musiała zebrać wszystkie siły i zdecydować raz na zawsze, czy należy do bogów, z których się urodziła, czy do śmiertelników, których pokochała.

MADELINE MILLER

Urodzona w Bostonie, dorastała w Nowym Jorku i Filadelfii. Studiowała łacinę i grekę, jest wielbicielką i znawczynią Szekspira. Ukończyła Uniwersytet Browna, gdzie zdobyła dyplom licencjacki, a potem magisterski z filologii klasycznej. Studiowała także nauki społeczne na uniwersytecie w Chicago i dramaturgię na Yale, gdzie skupiała się na scenicznych adaptacjach utworów antycznych. Od piętnastu lat uczy w liceum i prowadzi zajęcia teatralne. Mieszka w Pensylwanii z mężem i dwójką dzieci. Jej debiutancką powieść, Achilles. W pułapce przeznaczenia, uhonorowano w 2012 roku prestiżową Nagrodą Orange i przetłumaczono na 25 języków. Książka zawojowała światowe listy bestsellerów, na czele z tą najsłynniejszą i najpilniej śledzoną, publikowaną w „New York Timesie”. Eseje Madeline Miller o kulturze, sztuce i literaturze antycznej publikują między innymi „Guardian”, „New York Times” oraz „Wall Street Journal”.

madelinemiller.com

Tytuł oryginału:

CIRCE

Copyright © Madeline Miller 2018 All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2018

Polish translation copyright © Paweł Korombel 2018

Redakcja: Katarzyna Kumaszewska

Ilustracje na okładce: Shutterstock

Projekt graficzny okładki: David Mann

Opracowanie graficzne okładki do polskiego wydania: Katarzyna Meszka-Magdziarz

ISBN 978-83-8125-348-2

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Nathanielowiνόστος

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kiedy się urodziłam, nie było słowa, które określałoby to, kim byłam. Nazwano mnie nimfą, zakładano bowiem, że okażę się podobna do matki, ciotek i tysięcy kuzynek. Zajmowałyśmy ostatnie miejsce w ostatnim rzędzie boginek, a nasze moce były tak skromne, że ledwo zapewniały nam nieśmiertelność. Rozmawiałyśmy z rybami, opiekowałyśmy się kwiatami i zwabiałyśmy krople deszczu z chmur i sól z morskich fal. Słowo „nimfa” wyznaczało długość i sens naszego bytu. W naszym języku nimfa to nie bogini, lecz panna młoda.

Moja matka była jedną z boginek, najadą, strażniczką tryskających źródeł i strumieni. Wpadła w oko mojemu ojcu, gdy przybył w odwiedziny do pałacu jej ojca, Okeanosa1. W tamtych czasach Helios i Okeanos często biesiadowali to przy stole jednego, to drugiego. Byli kuzynami, rówieśnikami, chociaż na to nie wyglądali. Ojciec rozsyłał oślepiający blask jak świeżo wykuta z brązu tarcza, podczas gdy Okeanos już się urodził z kaprawymi oczami i brodą do pasa. Byli jednak tytanami, woleli więc swoje towarzystwo niż przestawanie z młodziutkimi, nieporadnymi bogami na Olimpie, którzy nie widzieli stworzenia świata.

Pałac Okeanosa był niebywałym cudem, głęboko osadzonym w skale. Komnaty z wysokimi sklepieniami ozdobiono złotem, a stąpające przez wieki stopy bogów wygładziły kamienne posadzki. Wszędzie słyszało się lekki szmer rzek Okeanosa, źródło świeżych wód świata, tak mrocznych, że nie dało się zgadnąć, gdzie kończy się woda, a zaczyna dziewicza skała. Na brzegach rzek rosły delikatne szare kwiaty, trawa, a także niezmierzona liczba dzieci Okeanosa: najady, nimfy i rzeczni bogowie. Lśniący jak wydry, roześmiani, o jasnych obliczach, rozsyłali blask w mrocznym otoczeniu, zabawiali się złotymi pucharami i toczyli niekończące się zmagania, igrając z miłością. Pośród nich, przyćmiewając całe to wiotkie piękno, zasiadała moja matka.

Jej włosy połyskiwały niczym brąz; każdy pukiel był tak lśniący, że zdawał się płonąć wewnętrznym ogniem. Poczuła spojrzenie mojego ojca, żarliwe jak płomienie ogniska. Widzę ją poprawiającą udrapowania szaty na ramieniu. Widzę ją zanurzającą w wodzie palce i wyjmującą je lśniące. Obserwowałam ją tysiące razy, jak robiła te sztuczki. Ojciec zawsze się na nie nabierał. Wierzył, że naturalnym porządkiem świata jest dawanie mu rozkoszy.

– Kto to? – spytał Okeanosa.

Ten miał już wiele złotookich wnucząt spłodzonych przez mojego ojca i nie miał nic przeciwko kolejnym.

– Moja córka Perseida. Jest twoja, jeśli chcesz.

Następnego dnia ojciec spotkał ją przy tryskającym źródle, które rozlewało się w sadzawkę na powierzchni ziemi. To był piękny zakątek, zasłany bujnymi narcyzami pod baldachimem splecionych konarów dębów. Nie skaziło go błoto, nie pełzały tam oślizgłe ropuchy; czyste, wygładzone kamienie ustępowały miejsca trawie. Nawet mój ojciec, który za nic miał subtelności sztuki nimf, był oczarowany.

Matka wiedziała, że się zbliża. Była wątła, ale sprytna i ostra jak drapieżny węgorz. Zdawała sobie sprawę, którędy biegnie droga do władzy dla takich jak ona – na pewno nie przez baraszkowanie na brzegach rzek i płodzenie bękartów. Kiedy mój ojciec prężył się przed nią, pyszny w swojej chwale, roześmiała mu się w twarz.

– Pokładać się z tobą? A czemu to?

Oczywiście brał, co mu się żywnie podobało. Ale też pochlebiał sobie, że wszystkie kobiety – zarówno młodziutkie niewolnice, jak i boginie – przemożnie pragną trafić do jego łoża. Dowodem na to były dymy na poświęconych mu ołtarzach, ofiary ciężarnych matek i uszczęśliwionych bękartów.

– Małżeństwo albo nic z tego – zapowiedziała mu moja matka. – A jeśli małżeństwo, to musisz wiedzieć jedno: na łonie natury będziesz mógł brać każdą dziewkę, która ci wpadnie w oko, ale żadnej nie sprowadzisz do domu; w twoich komnatach będę rządzić tylko ja.

Warunki, ograniczenia. To były dla niego nowinki, lecz bogowie niczego nie kochają bardziej niż nowinek.

– Umowa stoi – rzekł i przypieczętował ją, dając mojej matce naszyjnik, który sam złożył z najrzadszych bursztynów. Później, kiedy przyszłam na świat, podarował jej drugi sznur i następne za każde z mojego rodzeństwa, a przyszło ich na świat jeszcze troje. Nie wiem, co bardziej ceniła: gorejące blaskiem kamienie czy zazdrość sióstr, kiedy nakładała naszyjnik. Myślę, że kolekcjonowałaby kolejne sznury po wieczność, aż przygięłyby ją do ziemi, jak jarzmo przygniata kark wołu, gdyby najpotężniejsi bogowie jej nie wstrzymali, kiedy się zorientowali, na co stać naszą czwórkę.

– Możesz mieć jeszcze dzieci, ale nie z nim – oznajmili jej.

Tylko że inni nie dawali bursztynów. Tamten jedyny raz widziałam ją płaczącą.

*

Po moim urodzeniu ciotka – oszczędzę wam jej imienia, bo w tej opowieści roi się od ciotek – umyła mnie i owinęła w pieluszki. Inna zatroszczyła się o moją matkę; pokryła jej usta karminem, grzebieniem z kości słoniowej rozczesała włosy. A trzecia poszła do drzwi i wpuściła mojego ojca.

– Dziewczynka – oznajmiła, kręcąc nosem.

Dziewczynki mu nie przeszkadzały; miały łagodny temperament i złocistą barwę skóry jak oliwa z pierwszego tłoczenia. Ludzie i bogowie byli chętni wiele zapłacić, by płodzić z nimi dzieci, i mówiono, że skarbiec ojca równał się zasobom samych wielkich bogów. Gestem błogosławieństwa położył rękę na mojej głowie.

– Znajdzie świetnego oblubieńca – przepowiedział.

– Jak świetnego? – chciała wiedzieć matka. Gdyby wydano mnie za kogoś znamienitego, byłoby to dla niej jakieś pocieszenie.

Ojciec zastanawiał się przez chwilę, bawiąc się kosmykami moich włosów, przypatrując się uważnie oczom i kościom policzkowym.

– Myślę, że księcia – odparł w końcu.

– Księcia? – powtórzyła matka, nie kryjąc niezadowolenia. – Chyba nie masz na myśli śmiertelnika?

Kiedy podrosłam, spytałam, jak wyglądają śmiertelnicy.

„Można rzec, że mają nasze kształty, ale tylko w tym sensie, w jakim robak ma kształt wieloryba”, odpowiedział ojciec. Matka wyraziła się dosadniej: „Są niczym worki z niewyprawionej skóry, wypchane gnijącym mięsem”.

– Przecież na pewno wyjdzie za syna Zeusa – upierała się matka. Już wyobraziła sobie, jak ucztuje na Olimpie, siedząc po prawicy królowej bogów, Hery.

– Nie. Ma włosy rysia. I ten podbródek. Jest tak spiczasty, że aż odpychający.

Matka nie spierała się dalej. Jak wszyscy znała opowieści o wybuchach Heliosa, gdy mu się sprzeciwiono. „Lśni złotem, ale jego ogień spala”.

Wstała. Jej brzuch się wygładził, talia zwęziła, policzki tchnęły świeżością dziewiczej rosy. Wszystkie żeńskie istoty naszego gatunku szybko dochodzą do siebie po porodzie, ale ona była jeszcze szybsza; należała do córek Okeanosa, które wydają na świat potomstwo jak sarny – wystrzeliwując je niczym pociski.

– Chodź – rozkazała. – Postarajmy się o coś lepszego.

*

Rosłam szybko. Niemowlęctwo trwało godziny, wczesne dzieciństwo – parę chwil. Ciotka, która licząc na to, że zyska względy mojej matki, została, nazwała mnie Jastrzębicą, Kirke, z powodu miodowej barwy oczu i dziwnie cienkiego zawodzenia, kiedy płakałam. Ale gdy spostrzegła, że matka tyle dba o jej usługi, co o pył u stóp, zniknęła.

– Matko, nie ma ciotki – poskarżyłam się.

Nie zareagowała. Ojciec już się wyprawił rydwanem na nieboskłon, a ona wplatała we włosy kwiaty, szykując się do przejścia tajemnymi ścieżkami wód, by na trawiastych brzegach rzek dołączyć do sióstr. Mogłam za nią popłynąć, ale wtedy musiałabym przesiedzieć cały dzień u stóp ciotek plotkujących o rzeczach, których nie rozumiałam. Więc zostałam.

Rozległe komnaty ojca były mroczne i ciche. Pałac, sąsiadujący z domostwem Okeanosa, był osadzony w dziewiczej skale, a ściany miał z polerowanego obsydianu. Dlaczego nie? Mogły być ze wszystkiego – z krwistoczerwonego egipskiego marmuru lub drewna sandałowego, z czego tylko ojciec by zapragnął. Ale on lubił blask obsydianu odbijający jego światło, płomienie pełgające na śliskich powierzchniach, gdy przechodził obok. Oczywiście nigdy nie pomyślał, jak głęboka zalega tam czerń, gdy jest nieobecny. Ojciec zupełnie nie potrafił wyobrazić sobie świata bez niego.

W tamtych czasach mogłam robić, co chciałam. Zapalałam pochodnię i biegałam, podziwiając ciemne, podążające za mną płomienie. Kładłam się na gładkiej polepie i palcami wierciłam w niej dziury. Nie znajdywałam czerwi ani robaków, ale mi ich nie brakowało. Nikt poza nami nie zamieszkiwał tych rozległych komnat.

Gdy nocą ojciec powracał, ziemia falowała jak boki konia i wywiercone przeze mnie dziury się wygładzały. Po chwili pojawiała się matka, pachnąca kwiatami. Biegła go przywitać, a on pozwalał jej wieszać mu się na szyi, przyjmował puchar z winem i zasiadał na wielkim srebrnym tronie. Ja dreptałam mu po piętach.

– Witaj w domu, ojcze, witaj w domu.

Pijąc wino, grał w warcaby, ale tylko i wyłącznie sam przeciwko sobie. Przesuwał bierkę, odwracał warcabnicę i znów zmieniał położenie bierki.

– Nie pójdziesz do łoża, ukochany? – pytała miodopłynnym głosem matka.

Demonstrowała bujność kształtów, obracając się przed nim powoli jak pieczeń na rożnie. Przeważnie rzucał wtedy grę, nie zawsze jednak, i wtedy byłam najszczęśliwsza, bo matka szła sobie, trzaskając drzwiami z mirtowego drewna.

U stóp ojca cały świat był ze złota. Światło biło z niego całego, ze złocistej skóry, jarzących się oczu, połyskujących brązem włosów. Jego ciało paliło jak rozżarzony kosz z węglem i przytulałam się do niego tak blisko, jak mi na to pozwalał, niczym jaszczurka do skał w południe. Ciotka kiedyś powiedziała, że niektórzy pomniejsi bogowie ledwo potrafią na niego patrzeć, ale ja byłam jego rodzoną córką i wpatrywałam się w niego tak długo, że gdy odwracałam wzrok, jego wizerunek nadal odbijał się od moich źrenic, od podłogi, lśnił na ścianach i inkrustowanych stołach, nawet na mojej skórze.

– Co by się stało, gdyby śmiertelnik zobaczył cię w całej twojej chwale? – spytałam.

– Spłonąłby w jednej chwili.

– A gdyby śmiertelnik zobaczył mnie?

Uśmiechnął się. Słyszałam ruch warcabowych bierek, znajome szuranie marmuru po drewnie.

– Taki śmiertelnik uznałby się za szczęśliwca.

– Nie spaliłabym go?

– Oczywiście, że nie.

– Ale mam oczy jak ty.

– Nie. Spójrz. – Skierował wzrok na polano przy palenisku. Rozżarzyło się, zapłonęło, po czym rozsypało w popiół na podłodze. – To tylko próbka moich mocy. Potrafiłabyś choć tyle dokonać?

Całą noc wytrzeszczałam oczy w te polana. Nawet się nie rozgrzały.

*

Na świat przyszła siostra, wkrótce potem brat. Nie potrafię powiedzieć, w jakim odstępie czasu. Dni bogów mkną jak wodospad i wtedy jeszcze nie opanowałam sztuczki śmiertelników – liczenia ich – choć można by się spodziewać, że ojciec włoży więcej trudu w naszą naukę, bo przecież sam liczył każdy wschód słońca. Tymczasem nawet on nazywał moje rodzeństwo bliźniakami. Rzeczywiście, od dnia narodzin brata byli nierozłączni jak para norek. Ojciec pobłogosławił ich jednym ruchem dłoni.

– Ty wyjdziesz za wiecznie żyjącego syna Zeusa – zwrócił się do mojej świetlistej siostry, Pazyfae, proroczym tonem, którego używał, zapowiadając przyszłe zdarzenia.

Na to matka się rozjaśniła, wyobrażając sobie szaty, które przyoblecze na ucztę u Zeusa.

– A ty jak każdy syn będziesz odbiciem matki – zapowiedział mojemu bratu zwykłym głosem, dźwięcznym i czystym jak letni poranek.

Matka okazała zadowolenie, uznała bowiem, że Helios zezwolił jej nadać synowi imię. Nazwała go Perses, po sobie.

Pazyfae i Perses byli sprytni i szybko spostrzegli, jak sprawy stoją. Uwielbiali ze mnie szydzić, udając niewiniątka. „Ma oczy żółte jak siki – mówili. – Skrzeczy jak sowa. Nosi imię Jastrzębica, ale jest tak brzydka, że powinna nazywać się Koza”.

Takie były ich pierwsze przytyki, jeszcze niewinne, ale z każdym dniem coraz bardziej dobierali mi się do skóry. Nauczyłam się ich unikać i wkrótce znaleźli sobie przyjemniejsze rozrywki w pałacu Okeanosa, wśród małych najad i rzecznych bogów. Kiedy matka udawała się do swoich sióstr, przyłączali się do niej i narzucali swoją wolę uległym kuzynom i kuzynkom, zahipnotyzowanym jak płotki przed paszczą szczupaka. Wymyślali setki upokarzających gierek.

– Chodź, Melio – kusili. – Na Olimpie modne jest przystrzyganie włosów do linii szyi. Jak złapiesz męża, jeśli nie pozwolisz się nam przystrzyc?

Kiedy Melia zobaczyła, że wygląda jak jeż, i rozpłakała się, śmiali się, aż w podziemnych korytarzach huczało echo.

Zostawiłam ich tym rozrywkom. Wolałam ciche komnaty ojca i kiedy tylko mogłam, spędzałam każdą chwilę u jego stóp. Pewnego dnia, może chcąc mi wynagrodzić udręki ze strony rodzeństwa, zaproponował, że zabierze mnie i pokaże swoje święte stada krów. Spotkał mnie wielki zaszczyt, bo propozycja ojca oznaczała, że pojadę szczerozłotym rydwanem i ujrzę zwierzęta będące przedmiotem zazdrości wszystkich bogów: pięćdziesiąt śnieżnobiałych jałówek zachwycających oczy Heliosa podczas jego codziennych wędrówek nad ziemią. Wychyliłam się poza ozdobioną szlachetnymi kamieniami krawędź rydwanu i patrzyłam wniebowzięta na sunącą w dole ziemię: ciemnozielone lasy, ostre wierzchołki gór, rozległy błękit oceanów. Szukałam śmiertelników, lecz sunęliśmy za wysoko, aby ich dostrzec. Stado żyło na zarośniętej bujną trawą wyspie Trinakia i opiekowały się nim moje przyrodnie siostry, Lempetia i Faitusa, Świetlista i Lśniąca.

– Kogo dzisiaj z sobą przywiodłeś?

– To musi być jedna z córek Perseidy, patrz na jej oczy.

– Oczywiście! – Lempetia, myślę, że to była ona, pogładziła mnie po włosach. – Wcale nie powinnaś się przejmować barwą swoich oczu. W ogóle się tym nie martw. Twoja matka jest bardzo piękna, ale nigdy nie była silna.

– Mam oczy jak wy – powiedziałam.

– Jaka ona słodka! Nie, kochanie, nasze płoną jak ogień, a nasze włosy są jak słońce na wodzie.

– To sprytne, że zaplatasz włosy w warkocze – pochwaliła mnie Faitusa. – Dzięki temu kasztanowe pasma wcale tak źle nie wyglądają. Szkoda, że nie możesz tak samo ukryć swego głosu.

– Mogłaby trzymać buzię na kłódkę. To załatwiłoby sprawę, prawda, siostro?

– Pewnie tak. – Uśmiechnęły się. – Pójdziemy do krów?

Nigdy wcześniej nie widziałam krowy, ale to nie miało znaczenia; zwierzęta były tak piękne, że żadne porównanie nie było potrzebne. Sierść miały czystą jak płatki lilii, a ślepia łagodne, z długimi rzęsami. Ich rogi pozłocono – zrobiły to moje siostry – a kiedy zwierzęta opuszczały łby, by szczypać trawę, czyniły to z wdziękiem tancerek. W świetle zachodzącego słońca ich grzbiety roztaczały łagodny blask.

– Och! – wykrzyknęłam. – Mogę jedną pogłaskać?

– Nie – zakazał mi ojciec.

– Chcesz wiedzieć, jak się nazywają? Ta jest Białopyska, a ta Jasnooka, ta to Skarb. Te zaś to Urocza, Śliczna i Złotoroga, i Lśniąca. Ta jest Skarb, a ta…

– Już jedna wcześniej nazywała się Skarb – przerwałam jej. – Powiedziałaś, że to ta. – Wskazałam palcem krowę, która ze spokojem przeżuwała trawę.

Siostry popatrzyły na siebie, potem jednocześnie spojrzały na ojca swoimi złotymi oczami.

– Musiałaś się pomylić – powiedziały. – To jest Skarb. A to Gwiazdka, a ta Pyszna i…

– A to co? – zapytał ojciec. – Śliczna ma strupa?

Siostry niemal wpadły w histerię.

– Jakiego strupa? Och, nie może być! Och, niegrzeczna Śliczna, jak mogłaś się skaleczyć? Och, niedobre stworzenie, musiało cię boleć!

Pochyliłam się, żeby się lepiej przyjrzeć. Zobaczyłam malutki strupek, mniejszy niż paznokieć małego palca, ale ojciec się nachmurzył.

– Wasza w tym głowa, żeby do jutra nie było po tym śladu.

Skinęły szybko głowami.

– Oczywiście, oczywiście. Strasznie nam przykro.

Znów zajęliśmy miejsca w rydwanie i ojciec ujął nabijane srebrnymi guzami wodze. Siostry wycisnęły ostatnie pocałunki na jego rękach, a konie skoczyły przed siebie, kołysząc nas na niebie. W gasnącym świetle dnia już pojawiały się pierwsze konstelacje gwiazd.

Pamiętałam, jak ojciec opowiedział, że daleko, na ziemi, są ludzie zwani astronomami, których zadaniem jest śledzenie jego falującej trasy. Śmiertelnicy niesłychanie szanowali tych mężów. Mieszkali w pałacach i służyli radami królom, ale czasem ojciec zabawił dłużej to tu, to tam i wtedy astronomowie wpadali w rozpacz, gdyż ich obliczenia przestawały się zgadzać. Wleczono ich przed oblicza królów, którym służyli, oskarżano o oszukiwanie i zabijano. Ojciec, mówiąc mi o tym, był rozbawiony.

– Mają to, na co zasłużyli – dodawał. – Słońce jest panem swojej woli i nikt nie może mu rozkazywać, co ma czynić.

– Ojcze, czy jesteśmy tak spóźnieni, że astronomowie stracą głowy? – zapytałam.

– Tak – odparł, potrząsając lejcami. Konie skoczyły jeszcze szybciej i świat rozmył się pod nami; dymne cienie nocy uniosły się z brzegów mórz. Poczułam dziwny ucisk w piersiach, jakby ktoś wsunął mi tam rękę i ruchem praczki wyżął wnętrzności. Myślałam o astronomach. Wyobrażałam ich sobie skulonych, pełzających jak robaki, klęczących na chudych kolanach i zawodzących: „Błagamy! To nie nasz błąd, samo słońce się spóźniło”. „Słońce nigdy się nie spóźnia – odpowiadali z tronów królowie. – Wasze słowa to bluźnierstwo, musicie umrzeć!”

I topór opadał, tnąc błagających mężów na dwoje.

– Ojcze, niedobrze mi – szepnęłam.

– Jesteś głodna – orzekł. – Czas na ucztę. Twoje siostry powinny się wstydzić, że nas zatrzymały.

Objadłam się na kolację, ale nadał czułam się dziwnie. Musiałam mieć nieswoją minę, bo Perses i Pazyfae zaczęli się szyderczo uśmiechać ze swojego łoża biesiadnego.

– Połknęłaś żabę?

– Nie.

Moje zaprzeczenie tylko wprawiło ich w jeszcze większe rozbawienie; pocierali się ramionami w udrapowanych szatach, niczym węże polerujące jeden drugiemu łuski.

– A jak złote jałówki ojca? – spytała siostra.

– Piękne.

Perses wybuchnął śmiechem.

– Ona nie wie! Słyszałaś kiedyś coś równie głupiego?

– Nigdy – odparła siostra.

Nie powinnam była się dopytywać, ale nadal byłam głęboko pogrążona w myślach; wciąż widziałam bezgłowe trupy astronomów, rozciągnięte na marmurowych podłogach.

– Czego nie wiem?

Siostra zrobiła taką minę, że wyglądała jak istna norka.

– Że on z nimi kopuluje. Tak robi nowe. Zamienia się w byka, płodzi cielęta, a potem piecze postarzałe krowy. Dlatego wszyscy myślą, że są nieśmiertelne.

– Wcale nie.

Wyli ze śmiechu, pokazując palcem moje rumieńce. Te hałasy zwabiły matkę, która uwielbiała szyderstwa Pazyfae i Persesa.

– Opowiadamy Kirke o krowach – wyjaśnił mój brat. – Ona nie wiedziała.

Matka roześmiała się głosem brzmiącym jak strumień srebrnych monet spadających skalnym wodospadem.

– Głupia Kirke.

*

Tak wyglądały moje młodzieńcze lata. Chciałabym powiedzieć, że cały czas szykowałam się, by się stamtąd wyrwać, ale prawda jest taka, że dałam się unosić prądowi wydarzeń, przekonana, że po kres moich dni będę tylko cierpieć nudę i udręki.

ROZDZIAŁ DRUGI

Rozeszła się wieść, że jeden z moich stryjów zostanie ukarany. Nigdy go nie spotkałam, ale w domu wszyscy na okrągło powtarzali zabobonnym szeptem jego imię. Prometeusz. Dawno temu, gdy ludzie jeszcze dygotali, marznąc w jaskiniach, sprzeciwił się woli Zeusa i przyniósł im dar ognia. Z jego płomieni wyłoniły się wszelkie umiejętności i dary cywilizacji, które zazdrosny Zeus miał nadzieję nie dopuścić do ludzkich rąk. Prometeusza za bunt wtrącono do najgłębszego lochu świata podziemi, dopóki nie zostanie skazany na stosowną torturę. Teraz Zeus obwieścił, że czas ogłosić wyrok.

Stryjowie i wujowie przybiegli do pałacu ojca, trzęsąc brodami i śliniąc się ze strachu. To była istna zbieranina: rzeczne bożki o mięśniach jak pnie drzew, skąpani w morskiej wodzie bogowie głębin z krabami zwisającymi u bród, żylaste staruchy z kawałkami solonego mięsa w zębach. Większość z nich tak naprawdę nie była ani moimi stryjami, ani wujami; należeli do starszego pokolenia. Byli tytanami jak ojciec i dziadek, jak Prometeusz, reliktami z epoki wojny bogów, których nie złamano i nie zakuto w kajdany, gdyż ugięli się przed piorunami Zeusa.

Kiedy świat był jeszcze młody, żyli w nim tylko tytani. Przodek ze strony ojca, Kronos, usłyszał przepowiednię, że pewnego dnia potomek pozbawi go tronu. Kiedy jego żona Rea powiła pierwsze dziecię, wyrwał je jeszcze wilgotne z jej ramion i w całości połknął. Pożarł też kolejną czwórkę dzieci, gdy tylko przyszły na świat, lecz kiedy pojawiło się ostatnie, zrozpaczona Rea dała mężowi do pożarcia owinięty w pieluchy kamień. Kronos dał się nabrać i uratowane dziecko, Zeus, trafiło na górę Dikte, gdzie chowano je w tajemnicy. Kiedy Zeus osiągnął wiek dorosły, rzeczywiście postawił się Kronosowi. Porwał z nieba piorun, a ojcu wcisnął do gardła zioła powodujące wymioty. Gdy Kronos zwymiotował swoje pożarte dzieci, stanęły one po stronie brata, mieniąc się bogami Olimpu, wyniosłej góry, na której umieścili swoje trony.

Starzy bogowie się podzielili. Wielu oddało swoje moce Kronosowi, ale mój ojciec i dziadek stanęli u boku Zeusa. Jak twierdzą niektórzy, zrobili to dlatego, że Helios zawsze nienawidził samochwalstwa Kronosa; inni mówią, że mając dar przewidywania przyszłości, znał wynik wojny. Bitwy rozdarły niebo; powietrze zapłonęło, a bogowie wyszarpywali jedni drugim kawałki ciał. Ziemię przesączyły wrzące krople krwi tak potężnej, że tam, gdzie spadły, wyrastały rzadkie kwiaty. W końcu moc Zeusa zwyciężyła. Przeciwników zakuł w kajdany, a pozostałych tytanów pozbawił mocy, przekazując ją braciom, siostrom i dzieciom, które spłodził. Mój wuj Nereusz, dawny potężny władca mórz, teraz służył na posyłki nowemu bogu, Posejdonowi. Inny, Proteusz, stracił pałac, a jego żony zostały nałożnicami. Tylko ojciec i dziadek uniknęli niełaski, nie utracili pałaców.

Tytani uśmiechali się szyderczo. Czy powinni być wdzięczni? To Helios i Okeanos odwrócili bieg wojny, wszyscy o tym wiedzieli. Zeus powinien obdarzyć ich nowymi mocami, nowymi stanowiskami, ale się bał, bo byli już i tak niemal równie potężni jak on. Tytani oglądali się na ojca, czekając na jego protest, na rozbłysk wielkiego ognia Heliosa. Lecz wracał do rozległych komnat pod ziemią, daleko od spojrzenia Zeusa, przenikliwego jak światło dnia.

Minęły wieki. Rany ziemi się zagoiły, pokój się utrzymał. Ale urazy bogów są tak nieśmiertelne jak ich ciała i w biesiadne noce stryjowie zbierali się ciasnym kręgiem u boku mojego ojca. Ach, co to był za widok, gdy opuszczając wzrok, przemawiali do niego; jacy byli milczący i uważni, choć nie mogli spokojnie usiedzieć. Dno prześwitywało w krużach z winem, pochodnie przygasały. „Dość czasu minęło”, rozlegały się szepty. „Znów jesteśmy silni”. „Pomyśl, czego mógłby dokonać twój ogień, gdybyś go uwolnił”. „Jesteś najpotężniejszy z bogów starej krwi, mocarniejszy nawet niż Okeanos. Mocarniejszy niż sam Zeus, gdybyś tylko zechciał”.

Ojciec przywoływał na twarz uśmiech.

– Bracia, cóż to za mowa? – pytał. – Czy nie ma dość czci i ofiar dla wszystkich? Ten Zeus nieźle sobie radzi.

Gdyby Zeus słyszał te słowa, czułby się usatysfakcjonowany. Ale nie mógł widzieć tego, co ja nieomylnie widziałam na twarzy ojca. Niewypowiedzianych, lecz obecnych słów.

Ten Zeus nieźle sobie radzi. Jak na razie.

Stryjowie zacierali ręce i odpowiadali uśmiechem. Potem odchodzili, pogrążeni w nadziejach, zapatrzeni w przyszłość, której nie mogli się doczekać, przyszłość, w której tytani znów obejmą rządy nad światem.

To była moja pierwsza lekcja. Pod gładkim, znajomym obliczem spraw czeka zastęp innych, by rozedrzeć świat na dwoje.

*

Teraz stryjowie tłoczyli się w komnacie ojca, przewracając oczami ze strachu. Nagłe ukaranie Prometeusza to znak, że Zeus i jego pobratymcy znów wyruszają przeciwko nam, biadolili. Bogowie Olimpu nigdy nie zaznają spokoju, dopóki nie zetrą nas na proch. Powinniśmy stanąć ramię w ramię z Prometeuszem… albo nie, powinniśmy przemówić przeciwko niemu, odsunąć piorun Zeusa wymierzony w nasze głowy.

Byłam na swoim zwykłym miejscu, u stóp ojca. Leżałam cicho, żeby mnie nie zauważyli i nie odesłali, ale w piersiach czułam mrowienie na nieprzepartą myśl, że znów wybuchnie wojna. Nasze komnaty rozedrze piorun. Atena, wojownicza córka Zeusa, będzie nas ścigać szarymi włóczniami, mając u boku Aresa, swojego równie miłującego rzeź brata. Zostaniemy zakuci w kajdany i ciśnięci w rozpłomienione czeluści, skąd nie ma ucieczki.

– Chodźcie, bracia – przemówił ze środka zgromadzonych ojciec, spokojny, jaśniejszy niż złoto. – Jeśli Prometeusz ma być ukarany, to tylko dlatego, że na to zasłużył. Nie dajmy się wciągnąć w żadne spiski.

Stryjowie nie przestawali się zamartwiać.

– Kara będzie publiczna. To obraza, ostrzeżenie pod naszym adresem. Patrzcie, co spotka nieposłusznych tytanów.

Blask, który rozsyłał ojciec, wyostrzył się, rozjaśnił.

– To ukaranie buntownika, nic więcej. Prometeusz zbłądził, ulegając głupiemu umiłowaniu śmiertelników. Nie ma mowy o żadnym ostrzeżeniu pod naszym adresem. Rozumiecie?

Stryjowie pokiwali głowami. Na ich twarzach zawód połączył się z ulgą. Nie będzie rozlewu krwi. Na razie.

*

Kaźń boga była czymś rzadkim i strasznym, więc nasze komnaty wypełnił chór zmieszanych, niespokojnych głosów. Prometeusz nie mógł zostać zabity, ale są katusze gorsze niż śmierć. Czy to będą noże, czy miecze, a może rozczłonkowanie? Rozżarzone do czerwoności żelaza czy ogniste koło? Najady omdlewały, tuląc się jedna do drugiej. Bogowie rzek prężyli się, podniecenie barwiło im twarze ciemną krwią. Nie macie pojęcia, jak bardzo bogowie lękają się bólu. Nic nie jest im bardziej obce niż ból i jego widoku boją się przeraźliwie.

Wyznaczonego dnia drzwi komnaty gościnnej ojca rozwarły się szeroko. Kulisty żar rozpalonych pochodni jaśniał przy ścianach, ukazując zgromadzenie nimf i bogów wszystkich odmian. Szczupłe najady wynurzyły się z lasów, strzegące jaskiń oready wybiegły z górskich rozpadlin. Była moja matka z siostrami najadami; rzeczni bogowie, atletyczni jak rumaki, tłoczyli się obok białych niczym ryby morskich nimf i władców słonych odmętów. Przybyli nawet wielcy tytani; oczywiście ojciec i Okeanos, ale też zmiennokształtny Proteusz i Nereusz z morza; ciotka Selene prowadząca zaprzęg srebrnych koni przez nocne niebo i cztery wiatry pod wodzą lodowatego stryja Boreasza. Tysiąc szeroko otwartych oczu. Brakowało tylko Zeusa i jego olimpijskich braci i sióstr. Pogardzali naszymi podziemnymi zgromadzeniami. Wieść niosła, że w chmurach już zadali własną porcję tortur.

Karę oddano w ręce jednej z Erynii, podziemnej bogini zemsty, zamieszkującej pomiędzy zmarłymi. Moja rodzina zajęła jak zawsze prominentne miejsce, a ja stałam przed ogromnym zbiegowiskiem, nie spuszczając oczu z drzwi. Za moimi plecami tłoczyły się i szeptały najady w towarzystwie rzecznych bogów.

– Słyszałam, że Erynie mają wężowe włosy.

– Nie, mają skorpionie ogony i z oczu ciecze im krew.

Nagle wyrosła na pustym progu. Twarz miała szarą i bezlitosną, jakby wyciętą z kamienia; z pleców wyrastały jej uniesione skrzydła, złączone jak u sępa. W rozwartych ustach miotał się rozdwojony jęzor. Na głowie wiły się węże, zielone i cienkie niczym gąsienice, ruchome żywe koronki we włosach.

– Prowadzę więźnia. – Jej głos odbił się od sufitu, chrapliwy i szczekliwy jak ujadanie ogara, który zwietrzył zwierzynę. Długim krokiem wkroczyła do sali. W prawej ręce trzymała bat, którego koniec cicho szeleścił na podłodze; w lewej koniec długiego łańcucha, na którym wiodła Prometeusza.

Na oczach miał grubą białą opaskę, na biodrach strzępy tuniki, na rękach i nogach więzy, ale się nie potykał. Ciotka stojąca obok mnie szepnęła, że kajdany wykuł wielki bóg kowali Hefajstos, tak że nawet sam Zeus nie mógłby ich rozerwać. Jedna z Erynii wzleciała na sępich skrzydłach i przybiła ogniwa łańcucha wysoko do ściany. Prometeusz zawisł na nich, ramiona mu się naciągnęły, kości wyjrzały przez skórę. Nawet ja, która tak niewiele wiedziałam o cierpieniu, czułam jego ból.

Ojciec chyba coś powiedział. A może ktoś inny. Z pewnością powinni go jakoś powitać, pocieszyć – przecież łączyła ich krew. Ale milczący Prometeusz wisiał samotny.

Nie traciła czasu na umoralniające mowy. Była boginią kaźni i wiedziała, jak wymowna jest przemoc. Bat trzasnął jak łamane dębowe gałęzie. Barki Prometeusza zadygotały i z boku otworzyła się rana, długa jak moje ramię. Wszyscy wokół wciągnęli głośno powietrze, co zabrzmiało jak woda kipiąca na rozpalonych kamieniach. Bogini zemsty znów uniosła bat. TRZASK. Z pleców Prometeusza oderwał się pas skóry. Ryła w jego ciele z pełnym oddaniem, bez przerwy, rozrywając ciało długimi liniami, krzyżującymi się na skórze. Słychać było tylko trzask bata i przytłumiony, gwałtowny oddech Prometeusza. Żyły wystąpiły mu na szyi. Ktoś naparł na mnie, chcąc lepiej widzieć.

Rany bogów goją się niezwłocznie, ale Erynia znała się na rzeczy i była szybka. Uderzała raz za razem, aż skóra bata przesiąkła krwią. Wiedziałam, że bogowie krwawią, lecz nigdy tego nie widziałam. Prometeusz należał do najpotężniejszych naszej rasy i jego krew miała złotą barwę, nadającą plecom wyraz straszliwego piękna.

Bogini zemsty biczowała nadal. Mijały godziny, a może dni. Nawet bogowie nie mogą się tak długo przyglądać biczowaniu. Krew i męka zaczęły ich nużyć. Przypomnieli sobie o swoich przyjemnościach, ucztach i oczekujących rozkoszach, miękkich łożach wyłożonych purpurą czekającą, by otulić ich członki. Wymykali się jeden po drugim i Erynia po ostatecznym uderzeniu wyszła ich śladem, po takiej pracy zasłużyła bowiem na ucztę.

Opaska zsunęła się z oczu stryja. Zamknął powieki, głowa opadła mu na piersi. Plecy miał w złotych strzępach. Wcześniej słyszałam stryjów mówiących, że Zeus dał mu szansę błagać na kolanach o lżejszą karę. Nie skorzystał z niej.

Tylko ja zostałam. Powietrze było przesączone boską krwią, gęstą jak miód. Stygnące złote strumyki nadal spływały mu po nogach. Czułam swój przyspieszający puls. Czy Prometeusz wiedział o mojej obecności? Ostrożnie zbliżyłam się o krok. Jego pierś podnosiła się i opadała, cichy oddech chrypiał mu w gardle.

– Szlachetny Prometeuszu? – Mój głos odbijał się w komnacie wątłym echem.

Prometeusz podniósł głowę. Kiedy otworzył oczy, zobaczyłam, że są piękne: duże, ciemne i otoczone długimi rzęsami. Policzki miał gładkie, pozbawione zarostu, a przecież był w wieku mojego dziada, otaczał go nimb przedwiecznych czasów.

– Mogę ci przynieść nektaru – zaproponowałam.

Nie odrywał ode mnie wzroku.

– Byłbym ci wdzięczny – rzekł. Jego głos miał bogaty dźwięk starego drewna. Po raz pierwszy go usłyszałam, bo podczas kaźni Prometeusz milczał.

Odwróciłam się. Oddychałam szybciej, idąc korytarzami do komnaty biesiadnej wypełnionej roześmianymi bogami. W głębi Erynia spełniła toast, pijąc z ogromnego pucharu, ozdobionego złowrogo uśmiechniętą twarzą Gorgony. Nie zabroniła nikomu się odzywać do karanego, ale to nic nie znaczyło – potrafiła uderzyć znienacka. Miałam wrażenie, że słyszę, jak piekielnym głosem wyje moje imię. Wyobraziłam sobie kajdany na nadgarstkach i spadający z wysoka bat. Ale dalej nie sięgałam wyobraźnią. Nigdy nie poczułam bicza. Nie znałam koloru swojej krwi.

Byłam tak rozdygotana, że musiałam nieść puchar w obu dłoniach. Co bym powiedziała, gdyby ktoś mnie zatrzymał? Ale kiedy wracałam, korytarze były ciche.

Prometeusz skuty w wielkiej komnacie milczał. Znów zamknął oczy i jego rany lśniły w blasku pochodni. Zawahałam się.

– Nie śpię – przemówił. – Podsuniesz mi puchar?

Oblałam się rumieńcem. Oczywiście nie mógł go sam wziąć. Podeszłam tak blisko, że czułam bijące z jego ramion ciepło. Podłoga była mokra od krwi, którą stracił. Przytknęłam mu puchar do ust. Pił. Widziałam, jak delikatnie porusza się jego grdyka. Skórę miał piękną, koloru wypolerowanego drewna orzecha. Tchnęła wonią zielonego mchu przepojonego deszczem.

– Jesteś córką Heliosa, prawda? – spytał, gdy wypił do dna, i cofnęłam się.

Jego słowa zabolały mnie. Gdybym była nieodrodną córką Heliosa, żadne pytanie nie byłoby potrzebne. Byłabym idealna i lśniłabym pięknem płynącym wprost ze źródła, od mego ojca.

– Tak – odparłam.

– Dziękuję ci za twoją dobroć.

Nie wiedziałam, czy jestem dobra, nic nie wiedziałam. Mówił cicho, prawie nieśmiało, a przecież popełnił niebywale bezwstydną zdradę. Nie mogłam sobie poradzić z tymi sprzecznościami. Najwyraźniej śmiałe działania i śmiałe zachowanie to nie jedno i to samo.

– Jesteś głodny? – zapytałam. – Mogę przynieść coś do jedzenia.

– Nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek miał być jeszcze głodny.

Nie skarżył się, nie był śmiertelny. My, bogowie, traktujemy jedzenie jak sen; jest jedną z wielkich przyjemności życia, nie koniecznością. Jeśli mamy dość sił, możemy cały dzień nie zważać na żołądek. Nie wątpiłam w siły Prometeusza. Po wszystkich godzinach u stóp ojca nauczyłam się wyczuwać siłę. Niektórzy stryjowie rozsyłali słabszy zapach niż drewno stołków, na których siedzieli, ale dziadek Okeanos pachniał mocno żyznym, rzecznym mułem, a ojciec przeszywającym żarem ognia. Woń zielonego mchu Prometeusza szczelnie wypełniała komnatę.

Opuściłam wzrok, zaglądając w głąb pustego pucharu i zbierając się na odwagę.

– Pomogłeś śmiertelnym – wymamrotałam. – Dlatego cię ukarano.

– Tak.

– Powiesz mi, jacy oni są?

To było dziecinne pytanie, ale skinął głową z powagą.

– Na to nie ma jednej odpowiedzi. Każdy jest inny. Łączy ich jedynie śmierć. Znasz to słowo?

– Znam – powiedziałam. – Ale go nie rozumiem.

– Żaden bóg nie potrafi tego zrozumieć. Ciała śmiertelnych rozsypują się i mieszają z ziemią. Dusze zamieniają się w lodowaty dym i ulatują w podziemia. Tam niczego nie jedzą, nie piją i nie czują. Wszystko, po co sięgną, wymyka się ich dłoniom.

Przeszedł mnie dreszcz.

– Jak to znoszą?

– Jak potrafią.

Pochodnie przygasały i mroczne wody cieni opływały nas coraz ciaśniej.

– Czy to prawda, że nie chciałeś prosić o łaskę? I że cię nie przyłapano, ale sam wyznałeś Zeusowi, co zrobiłeś?

– Tak.

– Dlaczego?

Bez mrugnięcia powieką patrzył mi w oczy.

– Może ty mi to wyjaśnisz? Dlaczego bóg miałby zrobić coś takiego?

Nie miałam na to odpowiedzi. Proszenie się o karę bogów wydawało mi się szaleństwem, ale nie mogłam mu tego powiedzieć, stojąc w jego krwi.

– Nie wszyscy bogowie muszą być tacy sami – rzekł.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Z głębi korytarza doszedł daleki krzyk.

– Czas na ciebie. Alekto nie w smak zostawiać mnie na długo. Jej okrucieństwo pleni się z szybkością chwastu i lada moment musi znów być przycięte.

Dziwnie się wyraził, tym bardziej że sam miał być ofiarą tego okrucieństwa. Ale spodobała mi się jego mowa, bo wyczuwałam w niej tajemnicę. Przypominała kamień, w jądrze którego śpi ziarno.

– Więc pójdę – odezwałam się. – Jak się czujesz?

– Nie narzekam. Jak się nazywasz?

– Kirke.

Uśmiechnął się lekko? Może tylko sobie pochlebiam. Dygotałam po wszystkim, co zrobiłam, a odważyłam się na więcej niż kiedykolwiek. Odwróciłam się, opuściłam go i wróciłam obsydianowymi korytarzami do komnaty biesiadnej, gdzie bogowie nadal pili, śmiali się, leżeli wpół objęci. Patrzyłam na nich, czekając, aż któryś zrobi uwagę na temat mojej nieobecności, ale żaden tego nie zrobił. Bo czemu? Byłam niczym, kamieniem. Jeszcze jedną dziecięcą nimfą pośród tysięcy.

Poczułam przypływ czegoś dziwnego. Jakby poszumu w piersiach, jakby brzęczenia pszczół, gdy zima ustępuje odwilży. Poszłam do skarbca ojca, pełnego migocących bogactw: złotych pucharów w kształcie byczych łbów, naszyjników z lapis-lazuli i bursztynu, srebrnych trójnogów i rzeźbionych w kwarcu mis o uchwytach wygiętych jak łabędzie szyje. Moim ulubionym przedmiotem zawsze był sztylet o rękojeści z kości słoniowej w kształcie głowy lwa. Pewien król dał go ojcu, licząc, że tak pozyska jego łaski. „I pozyskał?”, spytałam kiedyś ojca. „Nie”, odparł.

Zabrałam sztylet. W mojej izbie ostrze z brązu zalśniło w blasku świecy, a lew obnażał kły. Pod nim leżała moja dłoń, miękka i gładka. Nie było na niej blizn, jątrzącej się rany. Czas nigdy nie miał na niej zostawić swojego piętna. Okazało się, że nie boję się bólu, który miał nadejść. Ogarnęła mnie inna groza; że sztylet wcale mnie nie zrani. Że przeniknie mnie jak zanurzony w dymie.

Nie przeszedł przeze mnie. Pod dotknięciem ostrza skóra rozwarła się gwałtownie, a ból przebiegł mnie srebrną, gorącą błyskawicą. Krew, która popłynęła, była czerwona, nie miałam mocy bogów. Rana długo pozostawała wilgotna, zanim się zagoiła. Siedziałam, patrzyłam na nią i naszła mnie nowa myśl. Zdradzam ją z zażenowaniem; wydaje się tak elementarna, jak odkrycie niemowlęcia, że ręka, którą się posługuje, jest jego. Ale wtedy byłam niemowlęciem.

Oto treść tej myśli: Całe moje życie to wodny mrok i głębiny, ale nie jestem jedną ze strug mrocznej wody. Jestem zanurzonym w niej stworzeniem.

ROZDZIAŁ TRZECI

Kiedy się obudziłam, Prometeusza nie było. Złotą krew starto z podłogi. Dziury po kajdanach się zasklepiły. Wiadomości przekazała mi kuzynka najada: Prometeusza zabrano na wysoki, ostry szczyt Kaukazu i przykuto do skały. Każdego południa przylatywał do niego orzeł, wyszarpywał dziobem wątrobę i pożerał ją jeszcze parującą. Niewysłowiona udręka, powiedziała kuzynka, rozkoszując się każdym szczegółem – zakrwawiony dziób, rozszarpany organ odrastający tylko po to, aby go znów wyrwano.

– Wyobrażasz sobie coś takiego?

Zamknęłam oczy. Powinnam była przynieść mu włócznię, pomyślałam, coś, czym mógłby wywalczyć sobie drogę ucieczki. Ale to była głupia myśl. Prometeusz nie chciał broni. Sam dał się osądzić i ukarać.

Nie minął miesiąc, a temat jego kaźni zniknął z ust bogów. Pewna driada ugodziła jedną z Charyt szpilką do włosów. Stryj Boreasz i bóg z Olimpu Apollo zakochali się w tym samym śmiertelnym młodzieńcu.

– Są jakieś świeże wieści o Prometeuszu? – spytałam, gdy moi stryjowie zrobili sobie przerwę w plotkach.

Skrzywili się, jakbym podsunęła im talerz z jakimś paskudztwem.

– A jakież to wieści mogłyby być?

Wnętrze mojej dłoni pulsowało bólem w miejscu, w którym je nacięłam, chociaż oczywiście nie został żaden ślad.

– Ojcze, czy Zeus uwolni kiedyś Prometeusza?

Zmrużył oczy wpatrzone w warcabnicę.

– Musiałby na tym coś zyskać – odparł.

– Na przykład co?

Nie odpowiedział. Czyjąś córkę zamieniono w ptaka. Boreasz i Apollo kłócili się o chłopca, dla którego stracili głowy, tak że w końcu biedak postradał życie. Boreasz uśmiechnął się szelmowsko z łoża biesiadnego. Ogień pochodni zadygotał pod jego lodowatym oddechem.

– Myślicie, że dałbym go Apollowi? Nie zasługuje na taki kwiat. Rzucali dyskiem i tak nim pokierowałem, że trafił chłopca w głowę. Niech sobie nie myśli ten olimpijski mądrala!

Śmiech stryja był chaosem dźwięków: brzmiały w nim piski delfinów, szczekanie fok, chlupot wód o skały. Obok właśnie przeszły białe jak brzuch węgorza nereidy, które wracały do komnat na dnie słonych mórz.

– Co się z tobą ostatnio dzieje? – zwrócił się do mnie Perses, ciskając mi migdałem w twarz.

– Może się zakochała? – podsunęła Pazyfae.

– Ha, ha! Ojciec nie może jej znaleźć męża. Wierz mi, próbował.

Matka obejrzała się przez swoje delikatne ramię.

– Przynajmniej nie musimy słuchać jej głosu – powiedziała.

– Wiem, jak ją przymusić do mówienia, patrzcie. – Brat uszczypnął mnie w ramię.

– Za dużo ucztowałeś – wyśmiała go siostra.

Zarumienił się.

– Jest dziwaczką i tyle. Coś ukrywa. – Złapał mnie za nadgarstek. – Co tam masz? Coś trzyma w ręce. Rozprostuj jej palce.

Pazyfae odgięła je po kolei, kłując mnie długimi paznokciami, i wlepili wzrok w moją dłoń.

– Nic nie ma – prychnęła z obrzydzeniem siostra.

*

Matka znów powiła, tym razem chłopca. Ojciec go pobłogosławił, ale nie wygłosił żadnego proroctwa, tak więc matka szukała kogoś, kto zaopiekuje się synem. Ciotki zmądrzały i wiedziały, że nie przyniesie im to żadnej korzyści, zatem nie kwapiły się z pomocą.

– Ja się nim zajmę – zaproponowałam.

Matka skrzywiła się, chciała jednak jak najszybciej pokazać się z nowym sznurem bursztynów.

– Świetnie. Przynajmniej będzie z ciebie jakiś pożytek. Możecie razem poskrzeczeć.

Ojciec nadał mu imię Ajetes. Orzeł. W moich ramionach chłopczyk miał ciało ciepłe jak rozgrzane słońcem kamienie i skórę delikatną jak płatki kwiatów. Nigdy nie widziałam słodszego dziecka. Pachniał miodem i świeżo rozpalonym ogniem. Przyjmował ode mnie pokarm i nie wzdrygał się na dźwięk mojego głosu. Skulony jak kłębuszek tulił się do mojej szyi, gdy opowiadałam mu bajki. Kiedy był ze mną, czułam dławiące gardło wzruszenie, miłość tak silną, że czasem odbierała mi mowę.

Największym cudem było to, że chyba odwzajemniał moje uczucia. Pierwsze, co powiedział, to „Kirke”, a potem „siostra”. Gdyby matka się o tym dowiedziała, może byłaby zazdrosna. Perses i Pazyfae zerkali na nas ciekawi, czy zaczniemy wojnę. Wojnę? Ani była nam w głowie. Ojciec pozwolił Ajetesowi opuszczać pałac i brat znalazł dla nas dwojga bezludne morskie wybrzeże: małą, bezbarwną plażę, przy której zamiast drzew były zarośla, które mnie wydawały się wspaniałą, bujną puszczą.

Ajetes urósł w mgnieniu oka i wystrzelił wyżej ode mnie, ale nadal chodziliśmy ramię w ramię. Pazyfae szydziła, że wyglądamy jak kochankowie, i pytała, czy wdamy się w bogów, którzy pokładali się z rodzeństwem. Odparłam, że skoro pyta, pewnie musiała skosztować tych rozkoszy. Zdobyłam się na tę nieporadną ripostę, lecz Ajetes się roześmiał, tak że poczułam się bystra jak Atena, olśniewająca bogini mądrości.

Później ludzie mówili, że stał się dziwny z mojego powodu. Nie potrafię udowodnić, że to nieprawda. Dla mnie zawsze był dziwny, inny niż znani mi bogowie. Nawet jako dziecko rozumiał to, czego inni nie pojmowali. Znał imiona potworów zamieszkujących najmroczniejsze morskie rowy. Znał nazwę zioła, z którego napar Zeus wlał do gardła Kronosa. Pharmaka. Miało cudowne właściwości i wyrosło z krwi powalonych bogów.

– Skąd to wiesz? – spytałam go, kręcąc głową.

– Słucham.

Ja też słuchałam, ale nie byłam ulubioną dziedziczką ojca. Ajetesa wzywano na wszystkie narady. Stryjowie i wujowie zaczęli go zapraszać do swoich pałaców. Czekałam u siebie, aż wróci, żebyśmy mogli pójść na opuszczoną plażę i siedzieć na skałach, podczas gdy fale rozpryskiwałyby się u naszych stóp. Kładł mi policzek na ramieniu i zadawał pytania, które nigdy nie wpadłyby mi do głowy i które ledwo rozumiałam.

– Jak czujesz swoją boskość?

– O co ci chodzi?

– No to posłuchaj, jak ja czuję swoją – powiedział. – Jak wodną kolumnę, która nieustannie opływa samą siebie i jest przejrzysta aż do podstawy. Teraz ty.

Siliłam się na odpowiedź, że czuję ją jak powiew na ostrych grzbietach gór. Jak krzyk mewy z gniazda.

Pokręcił głową.

– Nie. Mówisz to tylko dlatego, że ja powiedziałem coś podobnego. Jak ją czujesz naprawdę? Zamknij oczy i pomyśl.

Zacisnęłam powieki. Gdybym była śmiertelna, słyszałabym bicie serca. Krew bogów płynie jednak leniwie, więc szczerze mówiąc, niczego nie słyszałam. Ale bardzo nie chciałam sprawić mu zawodu. Przycisnęłam dłoń do serca i po krótkiej chwili wydało mi się, że coś czuję.

– Jak muszlę – powiedziałam.

– Ach! – Uniósł ręce. – Jak płaską muszlę czy jak konchę?

– Jak konchę.

– I co jest w muszli? Ślimak?

– Nic – odparłam. – Powietrze.

– To nie to samo co nic – poprawił mnie. – Nic to pustka, a powietrze to coś, co wypełnia wszystko inne. Jest tchnieniem, życiem, duchem, słowami, które wypowiadamy.

Mój brat filozof. Wiecie, ilu jest takich bogów? Bo ja poznałam tylko jednego. Nad nami rozpościerało się błękitne niebo, lecz ja znów byłam w starej mrocznej komnacie, widziałam kajdany i krew.

– Mam tajemnicę – powiedziałam.

Rozbawiony Ajetes uniósł brwi. Myślał, że to żart. Nie mogłam mieć tajemnicy, bo zawsze wszystko o mnie wiedział.

– Chodzi o coś, co wydarzyło się przed twoim urodzeniem – dodałam.

Nie patrzył na mnie, kiedy opowiadałam mu o Prometeuszu. Zawsze powtarzał, że jego umysł pracuje najlepiej, gdy nie rozpraszają go błahostki. Wzrok utkwił w horyzoncie. Oczy miał bystre jak orzeł, po którym dostał imię, i potrafiły wejrzeć we wszelkie szczeliny rzeczy, niczym woda wdzierająca się w dziurawy kadłub.

Kiedy skończyłam, długo milczał.

– Prometeusz był bogiem proroctw – odezwał się w końcu. – Wiedział, że spotka go kara, i z góry ją znał. A jednak zrobił to, co zrobił.

Nie pomyślałam o tym, że gdy Prometeusz zabierał dla ludzi płomień, wiedział, że czeka go wieczność na bezludnej skale i orzeł wydziobujący wątrobę.

„Nie narzekam”, powiedział, gdy spytałam go, jak się czuje.

– Jeszcze ktoś o tym wie? – spytał mnie brat.

– Nikt.

– Jesteś pewna? – W jego głosie było napięcie, którego nigdy wcześniej nie słyszałam. – Nie zdradziłaś tego nikomu?

– Nie. Kto by mi uwierzył?

– To prawda. – Skinął głową. – Nie wolno ci nikomu o tym mówić. Nie powinnaś nigdy więcej wracać do tego zdarzenia, nawet w rozmowie ze mną. Masz szczęście, że ojciec się nie dowiedział.

– Myślisz, że by się złościł? Prometeusz to jego krewny.

– Wszyscy jesteśmy krewnymi – prychnął. – Bogowie z Olimpu też. Ojciec wyszedłby na głupca, który nie potrafi trzymać w ryzach potomstwa. Rzuciłby cię krowom na pożarcie.

Ze strachu ścisnęło mnie w dołku. Ajetes, widząc moją minę, się roześmiał.

– Tak by było – dodał. – I za co? Prometeusza i tak spotkała kara. Weź sobie do serca moją radę. Kiedy następnym razem postawisz się bogom, znajdź lepszy powód. Nie ścierpiałbym tego, że moja siostra została zamieniona w popiół w imię byle czego.

*

Ogłoszono zaślubiny Pazyfae. Od dawna o to zabiegała; siedząc na kolanach ojca, mruczała jak kotka, że nie pragnie niczego innego, jak rodzić dzieci jakiemuś znamienitemu mężowi. Zaprzęgła do pomocy Persesa, który na każdej uczcie wznosił toast za jej zamążpójście.

– Minos – obwieścił ojciec z łoża biesiadnego. – Syn Zeusa i król Krety.

– Śmiertelnik? – Matka usiadła. – Mówiłeś, że to będzie bóg.

– Powiedziałem, że to będzie wieczny syn Zeusa, i jest nim.

– Mętna przepowiednia – skwitował szyderczo Perses. – Umrze czy nie?

Komnatę rozświetlił błysk przeszywający jak jądro ognia.

– Dość! – krzyknął ojciec. – Po odejściu z tego świata Minos będzie rządził duszami śmiertelników. Jego imię przetrwa wieki. Decyzja zapadła.

Perses nie ośmielił się odezwać, podobnie jak matka. Ajetes wymienił ze mną spojrzenia i wydało mi się, że słyszę, jak mówi: „Widzisz? Nie dość dobry powód”.

Spodziewałam się, że siostra będzie szlochać, ale kiedy na nią spojrzałam, zobaczyłam, że się uśmiecha. Nie potrafiłam zrozumieć, co się kryje za jej zadowoleniem; moje myśli biegły innym torem. Poczułam rumieniec. Jeśli sądzone mi jest ujrzeć Minosa, to również jego rodzinę, dwór, doradców, wasali, astronomów, podczaszych, służbę i niewolników. Wszystkie te stworzenia, dla których Prometeusz wyrzekł się wieczności. Śmiertelników.

*

W dniu wesela ojciec zawiózł nas złotym powozem na drugi brzeg morza. Ucztę zaplanowano na Krecie, w wielkim pałacu Minosa w Knossos. Ściany powleczono świeżym wapnem i wszędzie wisiały jasne kwiaty; do farb w malowidłach użyto mnóstwa szafranu. Zapowiedzieli się nie tylko tytani. Minos był synem Zeusa, mieli więc przybyć z wyrazami hołdu wszyscy pochlebcy z Olimpu. Salę z długą kolumnadą wypełnili świetni bogowie, podzwaniający ozdobami, śmiejący się i rozglądający się, by sprawdzić, kogo zaproszono. Największy tłok panował wokół mojego ojca; nieśmiertelni wszelkiego rodzaju pchali się, gratulując świetnego sojuszu. Zwłaszcza radowali się stryjowie, bo póki związek się utrzyma, Zeus nie wyda nam wojny.

Z Pazyfae stojącej na podeście dla państwa młodych bił blask dojrzałego owocu. Jej skóra miała złotą barwę, włosy – polerowanego brązu, na który padają promienie słońca. Wokół tłoczyła się setka przejętych nimf, pragnących zapewnić pannę młodą, że przepięknie wygląda.

Stałam w tyle, poza tłumem. Przede mną paradowali tytani: ciotka Selene, wuj Nereusz ciągnący za sobą wodorosty, Mnemosyne, matka wspomnień, i jej dziewięć lekkostopych córek. Ale to nie oni mnie interesowali.

Ci, za którymi się rozglądałam, stali na końcu sali, pod ścianą. Niewyraźne stłoczone postacie z opuszczonymi głowami. Prometeusz powiedział mi, że różnią się między sobą, ale ja widziałam tylko jednolity tłum; wszyscy mieli taką samą matową spoconą skórę i identyczne wymięte szaty. Zbliżyłam się do nich. Mieli cienkie włosy, miękkie ciała. Kiedy spróbowałam sobie wyobrazić, że podchodzę i dotykam tego skazanego na rozkład ciała, wzdrygnęłam się. Słyszałam szeptane opowieści kuzynek o tym, do czego są zdolni, gdy napotkają samotne nimfy. O gwałtach i uprowadzeniach. Trudno mi było w to uwierzyć. Wyglądali marnie jak blaszki grzybów. Wlepiali wzrok w podłogę, unikając spoglądania na boskie stworzenia. Musieli opowiadać sobie o tych, którzy zabłąkali się między bogów. Spojrzenie w nieodpowiedniej chwili, krok w niewłaściwym kierunku… takie pomyłki mogły sprowadzić na nieszczęśnika śmierć i tragedię dla wielu pokoleń jego rodziny.

Świat bogów i ludzi to wielka drabina strachu. Zeus na szczycie, a mój ojciec na pierwszym szczeblu od góry. Niżej rodzeństwo i dzieci Zeusa, moi stryjowie, pod nimi rzeczni i morscy bogowie wszelkiego rodzaju, Erynie, Charyty i Anemoi – bóstwa wiatru. A na samym dole my, nimfy, i śmiertelnicy, przyglądający się sobie nawzajem.

Ajetes zacisnął mi dłoń na ramieniu.

– Niezbyt imponujący widok, prawda? Chodź, znalazłem bogów z Olimpu.

Poszłam za nim, czując, jak gotuje się we mnie krew. Nigdy wcześniej ich nie widziałam, istot rządzących z niebiańskich tronów. Ajetes przyciągnął mnie do okna, które wychodziło na roziskrzony słońcem dziedziniec. Byli tam. Apollo, pan liry i lśniącego łuku. Jego bliźniaczka, jaśniejąca blaskiem księżyca Artemida, bezlitosna łowczyni. Hefajstos, kowal bogów, który wykuł kajdany krępujące Prometeusza. Ponuro zamyślony Posejdon ze swoim trójzębem rządzącym falami i Demeter, pani obfitości, której żniwa karmiły cały świat. Nie mogłam oderwać od nich wzroku; promieniowali mocą, eleganccy, jakby unosili się ponad ziemią. Jakby powietrze rozstępowało się przed nimi.

– Widzisz Atenę? – szepnęłam.

Zawsze lubiłam opowieści o tej szarookiej wojowniczce, bogini mądrości, której umysł prześcigał piorun. Ale nie dostrzegłam jej wśród gości. Jak powiedział Ajetes, może była zbyt dumna, by zmieszać się z przywiązanymi do ziemi tytanami. Może uważała się za zbyt mądrą, aby składać życzenia jak jedna z tłumu. A może gdzieś tam była, ukryta przed oczami innych bóstw. Jako jedna z najpotężniejszych bogiń z Olimpu mogła tak postąpić, aby śledzić przepływy mocy i wysłuchiwać naszych sekretów.

Na tę myśl dostałam gęsiej skórki.

– Myślisz, że nas słyszy nawet teraz?

– Nie bądź głupia. Jest tu z powodu wielkich bogów. Patrz, idzie Minos.

Minos, król Krety, syn Zeusa i śmiertelniczki. Półbogowie, tak nazywał się jego gatunek, śmiertelni, ale błogosławieni boskim pochodzeniem jednego z rodziców. Górował nad doradcami, włosy miał gęste jak zmierzwione leśne poszycie, a pierś szerokości okrętowego pokładu. Jego oczy, przypominające mi obsydianowe komnaty ojca, matowo lśniły spod złotej korony. A jednak gdy położył rękę na delikatnym ramieniu mojej siostry, nagle wydał się niczym drzewo w zimie, nagie i przykurczone. Chyba zdał sobie z tego sprawę, bo spojrzał wilkiem wokół, co tylko przydało blasku mojej siostrze. Będzie tu szczęśliwa, pomyślałam. Albo na świeczniku, co dla niej znaczyło jedno i to samo.

– Patrz tam – powiedział mi do ucha Ajetes, wskazując śmiertelnika, mężczyznę, na którego wcześniej nie zwróciłam uwagi. Nie kulił się jak pozostali. Był młody, twarz miał gładką, a głowę ogoloną na modłę Egipcjan. Podobał mi się. Wino nie zamgliło mu oczu jak wszystkim innym. – Wiem, że ci się podoba – dodał mój brat. – To Dedal. Jeden z cudów świata śmiertelników, mistrz rzemiosł niemal równy bogom. Kiedy będę królem, też zgromadzę wokół siebie takie cuda.

– Och, a kiedy to nim zostaniesz?

– Wkrótce. Ojciec daje mi królestwo.

Myślałam, że żartuje.

– Będę mogła w nim zamieszkać?

– Nie. Jest moje. Musisz się postarać o własne.

Jak zwykle trzymał mnie pod ramię, jednak nagle wszystko się zmieniło; mówił obojętnym tonem, jakbyśmy byli stworzeniami przywiązanymi do różnych uwięzi, nie jedno do drugiego.

– Kiedy da ci królestwo? – spytałam łamiącym się głosem.

– Po weselu. Ojciec zamierza zabrać mnie tam prosto stąd.

Mówił to tak, jakbym niewiele go obchodziła. Miałam wrażenie, że zamieniam się w kamień.

– Jak mogłeś mi nie powiedzieć? – spytałam, przywierając do niego. – Nie możesz mnie zostawić. Co pocznę? Nie wiesz, jak się czułam, zanim…

Oderwał ręce, które zaciskałam na jego szyi.

– Po co te sceny? Wiedziałaś, że się rozstaniemy. Nie mogę całe życie gnić pod ziemią, nie mając nic własnego.

A co ze mną? – cisnęło mi się na usta. Mam zgnić?

On jednak odwrócił się ode mnie i zaczął rozmawiać z jednym ze stryjów, a gdy młoda para niebawem udała się do sypialni, wszedł do rydwanu ojca i zniknął w złotym wirze.

*

Perses odszedł kilka dni później. Nikt nie był zaskoczony, ponieważ bez mojej siostry pałac ojca stał mu się pusty. Powiedział, że udaje się na wschód i zamieszka wśród Persów.

– Nazywają się jak ja – zażartował. – I słyszałem, że hodują stworzenia nazywane demonami, chciałbym je zobaczyć.

Ojciec zmarszczył brwi. Perses naraził mu się już tego dnia, kiedy szyderczo skwitował decyzję ojca o wydaniu córki za Minosa.

– Czemu mieliby woleć demony od nas?

Persesowi nawet nie chciało się na to odpowiadać. Zamierzał odejść wodnymi drogami, nie potrzebował ojca, żeby go podwiózł. Pożegnał się ze mną słowami:

– Wreszcie nie będę musiał słuchać tego twojego skrzeku.

W przeciągu niewielu dni moje życie cofnęło się o dobre kilka lat. Znów byłam dzieckiem. Podczas gdy ojciec podróżował rydwanem, a matka wylegiwała się nad brzegami rzek Okeanosa, leżałam w pustych komnatach, samotność ściskała mnie za gardło, a kiedy nie mogłam jej dłużej znieść, uciekałam na opuszczoną plażę, na której spędzałam czas z Ajetesem. Szukałam kamieni, których dotykały jego palce, chodziłam po piasku, który przewracały jego stopy. Oczywiście, że nie mógł zostać. Był boskim synem Heliosa, jasnym i świetlistym, prawdomównym i mądrym, z nadzieją na tron. A ja?

Przypomniałam sobie, co wyrażały jego oczy, gdy go błagałam, by mnie nie zostawiał. Znałam go dobrze i potrafiłam odczytać, co w nich jest, gdy na mnie patrzył. „Nie dość dobry powód”.

Siedziałam na skałach i rozmyślałam o znanych mi opowieściach, w których nimfy zamieniają się w kamień i krzyczące ptaki, w nieme zwierzęta i wiotkie drzewa, na wieczność wyzbyte myśli. Chyba nie było mnie stać nawet na to. Moje życie zamknęło mnie jak w granitowych ścianach. Powinnam była porozmawiać z tymi śmiertelnikami w pałacu Minosa, pomyślałam. Mogłabym sobie wybłagać pośród nich męża. Byłam córką Heliosa, pewnie jeden z tamtych obszarpańców by mnie zechciał. Wszystko lepsze niż to.

I wtedy zobaczyłam łódź.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Znałam statki z malowideł, słyszałam o nich opowieści. Były złote i wielkie jak Lewiatan, poręcze miały wyrzeźbione z kości słoniowej i rogu. Ciągnęły je roześmiane delfiny albo obsługiwały załogi składające się z pięćdziesięciu czarnowłosych nereid o twarzach srebrnych niczym światło księżyca.

Maszt tej łodzi był cienki jak młode drzewko. Żagiel zwisał przekręcony i postrzępiony, miejscami połatany. Pamiętam, jak serce podskoczyło mi do gardła, gdy żeglarz podniósł głowę. Twarz miał ogorzałą i świecącą od słońca. Śmiertelnik.

Ludzie rozprzestrzeniali się po świecie. Minęły lata, od kiedy mój brat znalazł ten opuszczony ląd, żebyśmy mieli się gdzie bawić. Stałam za załomem klifu i obserwowałam sterującego człowieka, gdy omijał skały, obsługując sieci. Zupełnie nie przypominał wymuskanych notabli z dworu Minosa. Włosy miał długie, czarne, posklejane morską pianą. Ubranie znoszone, kark w strupach. Na rękach blizny w miejscach, gdzie pocięły je rybie łuski. Nie poruszał się z nieziemską gracją, ale ciężko jak krypa na falach.

Poczułam, jak krew zaczyna we mnie szybciej krążyć. Znów przypomniały mi się opowieści o nimfach napastowanych i dręczonych przez śmiertelnych. Ale twarz tego mężczyzny była młoda i łagodna, a ręce, którymi wyciągał połów, wydawały się zręczne, a nie okrutne. A poza tym w górze był mój ojciec zwany Strażnikiem. Jeśli znajdę się w niebezpieczeństwie, przybędzie.

Rybak tymczasem się zbliżył; wpatrzony w wodę, śledził ryby, których nie mogłam dojrzeć. Wzięłam oddech i wyszłam na plażę.

– Bądź pozdrowiony, śmiertelniku.

Mało nie wypuścił sieci, ale zdołał je utrzymać.

– Bądź pozdrowiona. Jaką boginię witam?

W moich uszach jego głos brzmiał łagodnie jak letni wiatr.

– Kirke.

– Ach. – Usiłował ukryć uczucia za pozbawioną wyrazu maską. Jak mi później wyjaśnił, nie słyszał o mnie i nie chciał mnie obrazić; dlatego tak się zachował. Ukląkł na nieheblowanych deskach pokładu. – Najczcigodniejsza pani. Czy wtargnąłem na twoje wody?

– Nie – odparłam. – Nie rządzę żadnymi wodami. Czy to jest łódź?

Teraz jego twarz wyrażała różne emocje, ale nie potrafiłam ich odczytać.

– Tak – odparł.

– Chciałabym nią popływać.

Zawahał się, po czym skierował się bliżej brzegu, ale nie chciało mi się czekać. Brodząc w falach, podeszłam do niego i wciągnęłam się na pokład. Czułam pod sandałami ciepło desek, przyjemny ruch, lekkie falowanie, jakbym dosiadła węża.

– Płyńmy.

Jakże byłam sztywna z tym boskim poczuciem godności, choć nawet nie wiedziałam, że potrafię je okazywać. Ale on był jeszcze sztywniejszy. Zadrżał, gdy otarłam się o niego rękawem. Uciekał wzrokiem, kiedy się do niego zwracałam. Ze wstrząsem zdałam sobie sprawę, że znam takie zachowania. Sama się tak zachowywałam – wobec ojca, dziadka i wszystkich potężnych bogów, którzy pojawiali się na mojej drodze. Miałam swój szczebelek na wielkiej drabinie strachu.

– Och, nie – starałam się go uspokoić. – Nie jestem taka. Nie mam prawie żadnych mocy i nie mogę cię skrzywdzić. Uspokój się i czuj się tak, jakby mnie tu nie było.

– Dziękuję ci, o dobra bogini.

Ale wypowiedział to z takim drżeniem, że się roześmiałam. Rozbawienie bardziej niż słowa przywróciło mu jaki taki spokój. W końcu zaczęliśmy mówić o tym, co nas otacza, o skaczących rybach, nurkujących z wysokości ptakach. Gdy spytałam go, jak wyplata sieci, opowiedział mi, okazując entuzjazm, bo były dla niego niesłychanie ważne. Kiedy wyjawiłam mu imię swojego ojca, poderwał głowę ku słońcu i zadrżał jeszcze mocniej. Do końca dnia nie ugodził go jednak żaden gniew; ukląkł przede mną i powiedział, że musiałam pobłogosławić jego sieci, bo nigdy nie były tak pełne.

Patrzyłam z góry na jego gęste, czarne włosy, lśniące w blasku zachodzącego słońca, i silne ramiona, kiedy nisko pochylał się przede mną. Taki wyraz hołdu jest marzeniem wszystkich bogów w naszych pałacach. Nie wiedziałam, czy ten śmiertelnik zachowuje się właściwie, a tym bardziej nie wiedziałam, czy odbieram jego hołd tak, jak powinnam. Ale przede wszystkim chciałam jeszcze raz się z nim spotkać.

– Wstań – powiedziałam. – Proszę. Nie pobłogosławiłam twoich sieci, nie mam takiej władzy. Jestem jedną z najad, które rządzą tylko słodkimi wodami, ale nie jestem obdarzona nawet takimi skromnymi mocami, jakie posiadają inne najady.

– Czy mogę tu wrócić? – zapytał. – Będziesz tu jeszcze? Bo w całym życiu nie spotkałem takiej cudownej istoty jak ty.

Stawałam w świetle ojca. Trzymałam w ramionach Ajetesa. Sypiałam pod grubymi wełnianymi okryciami utkanymi nieśmiertelnymi dłońmi. Sądzę jednak, że nigdy dotąd nie poczułam w sobie takiego ciepła.

– Tak – obiecałam mu. – Będę tu.

Nazywał się Glaukos i przypływał codziennie. Przywoził chleb, jakiego nigdy wcześniej nie kosztowałam, i ser, którego smak znałam, a także oliwki. Patrzeć, jak zatapia zęby w ich miąższu, sprawiało mi przyjemność. Gdy spytałam go o rodzinę, odpowiedział, że jego ojciec jest stary i zgorzkniały, wiecznie wściekły i zmartwiony, bo nie wie, czym nakarmi rodzinę, a matka dawniej była zielarką, ale teraz nie ma już sił do pracy; że siostra, która urodziła już pięcioro dzieci, ciągle choruje i złości się. Mieli dom z łaski pana, który w każdej chwili mógł ich wyrzucić, jeśliby nie spłacili na czas daniny.

Nikt nigdy tak mi się nie zwierzał. Piłam każdą opowieść, jak wir zasysa fale, chociaż z trudem rozumiałam połowę tego, co kryły jego słowa: biedę, trudy i grozę, w jakiej żyją ludzie. Dla mnie liczyła się tylko twarz Glaukosa, piękne czoło i szczerze patrzące oczy, zasnute mgiełką zmartwienia, ale zawsze uśmiechnięte, gdy patrzył na mnie.

Uwielbiałam mu się przyglądać podczas codziennych zajęć, do których potrzebował zwykłych ludzkich umiejętności; naprawiał sieci, szorował pokład, krzesał ogień. Kiedy przystępował do tego ostatniego zadania, zaczynał starannie od kępki suchego mchu, potem dodawał chrust, następnie większe gałęzie i w ten sposób układał coraz wyższe ognisko. Również ta umiejętność była mi obca. Ojciec nie musiał się tak starać, żeby zapalić drewno.

Glaukos poczuł na sobie moje spojrzenie i wstydliwie ukrył zrogowaciałe dłonie.

– Wiem, że w twoich oczach jestem brzydki.

Nie, pomyślałam. Komnaty ojca są wypełnione jaśniejącymi nimfami i umięśnionymi bogami rzek, ale ją wolę patrzeć na ciebie, nie na nich.

Pokręciłam głową.

– To z pewnością cudowne być bogiem i nie mieć żadnych blizn – powiedział i westchnął.

– Mój brat powiedział kiedyś, że boskość jest jak wieczna fontanna.

Zastanawiał się przez chwilę nad tym porównaniem.

– Tak, potrafię to sobie wyobrazić – odezwał się w końcu. – To tak, jakby się było przepełnionym naczyniem. Kim jest twój brat? Nie mówiłaś o nim.

– Wyprawił się daleko, by objąć we władanie królestwo. Nazywa się Ajetes. – Po tak długim czasie jego imię zabrzmiało mi dziwnie. – Poszłabym za nim, ale się nie zgodził.

– Głupiec.

– Dlaczego?

Podniósł ma mnie wzrok.

– Jesteś złotą boginią, piękną i mądrą. Gdybym miał taką siostrę, nigdy bym jej nie zostawił.

*

Czasem muskałam go ramieniem, gdy pracował przy żaglu. Kiedy siedzieliśmy, moja szata opadała na jego stopę. Skórę miał rozgrzaną i nieco szorstką. Czasem coś upuszczałam, żeby mógł to podnieść, i potem nasze ręce się spotykały.

Tamtego dnia klęczał na plaży, rozpalając ogień przed przygotowaniem posiłku. Nadal bardzo lubiłam się przyglądać, kiedy się tym zajmował, czyniąc prosty ludzki cud za sprawą krzemienia i suchego drewna. Włosy uroczo opadały mu na czoło, a policzki czerwieniły się w świetle płomienia. Do głowy przyszedł mi krewny mojego ojca, który przekazał mu ten dar.

– Spotkałam go kiedyś – powiedziałam.

Glaukos wcześniej nadział rybę na rożen i teraz ją opiekał.

– Kogo?

– Prometeusza. Kiedy Zeus go ukarał, przyniosłam mu nektar.

Podniósł głowę.

– Prometeusza – powtórzył.

– Tak. – Zwykle nie był taki nierozgarnięty. – Tego, który przyniósł ogień.

– To historia sprzed kilkunastu pokoleń.

– Z jeszcze dawniejszych czasów – poprawiłam go. – Uważaj, spalisz rybę. – Rożen wysunął mu się z ręki, a ryba czerniała w ogniu.

On nie zwracał jednak na nią uwagi; wpatrywał się we mnie.

– Przecież ty jesteś w moim wieku – odezwał się w końcu.