Kirgistan – kraj pachnący chlebem - Magnuszewski Michał - ebook

Kirgistan – kraj pachnący chlebem ebook

Magnuszewski Michał

0,0
27,00 zł

lub
Opis

Mała postradziecka Republika położona w centralnej Azji, dla niektórych Kirgiska SRR, Kirgizja, Kirgistan a dla Kirgizów Kyrgyzstan. 93% gór, populacja samych Kirgizów, którzy nazywają siebie dumnie i dźwięcznie Kyrgyzi, to około 4 mln ludzi. Naród dumny gościny, ale i ceniący tradycję i swoje pochodzenie. Zamieszkujący Góry, Tien-Shan, Jezioro Issyk-Kull. Sąsiaduje z Chinami, Kazachstanem, Tadzykistanem i Uzbekistanem. To wszystko możemy wyczytać w popularnych serwisach internetowych.
Sytuacja zmienia się, gdy zamieszka się tu na dziesięć miesięcy, dodatkowo rozpocznie się studia doktoranckie na jednym z ważniejszych Uniwersytetów w stolicy – Bishkeku oraz ambitny projekt odwiedzenia całego Kirgistanu.
W linii prostej w kraju odległym od Polski o około 4 tysiące kilometrów, żadne przewodniki, żadne fora i strony internetowe nie są w stanie opisać i przewidzieć scenariuszy, jakie mogą się wydarzyć po przekroczeniu granicy. Wyobrażenia i plany, które snuje się wcześniej można wyrzucić do kosza. Przebywając tutaj dłużej, okazuje się, że możliwości oraz proste czynności, które są w naszym kraju codziennością, tutaj stają się towarem deficytowym. Praca naukowa i nauka w hierarchii pozostają na ostatnich miejscach, a preferowane są takie cechy jak: konieczność radzenia sobie w trudnych sytuacjach oraz nieprzejmowania się zbytnio rzeczywistością.
Jednak to, co tu jest najpiękniejsze to przyroda – dzika, i w niektórych miejscach mało przekształcona, bo człowiek sobie z nią nie potrafi poradzić, bo jest silniejsza. Wszystkie przeżycia pozostają w smaku pieczonego tutaj chleba – lepioszki, która nigdzie nie pachnie
i nie smakuje tak, jak w górach Tien-Shan, gdy człowiek wyczerpany fizycznie, ale z czystymi myślami i wypoczęty, chce iść dalej, łapać świeże powietrze, pić czystą wodę i żyć. Dalej żyć.
W tej książce znajdziecie wszystko: smutek, szczęście i obojętność. Opisuje ona przygodę, której doświadczyłem w czasie pobytu na terenie Kirgistanu oraz historię napotkanych ludzi. Opowiada o zdarzeniach i opisuje przyrodę tego kraju. Pozwala przenieść się do prawdziwego i realnego Kirgistanu, nie tego z kolorowych kartek i zdjęć retuszowanych w przewodnikach.
Zapraszam do wspólnej przygody.

Michał Magnuszewski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 163

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Michał Magnuszewski

Kirgistan – kraj pachnący chlebem

Projekt okładki

Michał Bobrowski

Korekta

Katarzyna Olędzka

© Copyright by Michał Magnuszewski

ISBN 978-83-957628-0-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

Kontakt:

www.rozpisani.pl

[email protected]

Wspomnienia te dedykuję przede wszystkim mojej mamie Jadzi i żonie

Bożence — kobietom, bez których nie byłbym tym człowiekiem, którym jestem dzisiaj...

Mamo, dziękuję Ci za wszystko, co dla mnie zrobiłaś.

Kochana Bożenko, gdyby nie Ty, nic bym nie widział i nigdzie bym nie był, nic by też nie istniało tak jak dziś istnieje.

Grzechem byłoby nie wspomnieć też o moim Tacie, który był moim najlepszym nauczycielem życia, więc i Jemu chciałbym zadedykować moją twórczość.

„I niechaj wie, ostrzegał Al-Gazali, że korzyść, jaką osiągnie z błędu swego Szejcha, jeśliby ten zbłądził, będzie większa niż korzyść, jaką mógłby zyskać ze swojej własnej słuszności, nawet gdyby rzeczywiście miał słuszność”.

Wstęp

Życie nie zawsze układa się tak, jak sobie tego życzymy. Myślę, że moje życie może posłużyć tu jako przykład. Nigdy nie myślałem o tym, że wybiorę się do Kirgistanu. Jednak, jak to powiedział ktoś mądry, to życie pisze najlepsze scenariusze...

W życiu towarzyszą mi ciekawe przejścia i chociaż nie zawsze są miłe, potrafię wyciągać z tych doświadczeń odpowiednie wnioski. Każda sytuacja uczy, więc tak naprawdę zawsze poruszam się do przodu — nigdy się nie cofam, chociaż wydawać by się mogło inaczej. Prawdziwa mądrość to ta, której nauczyło cię życie, a nie twoi nauczyciele, szkoły i inne organizacje. Mądrość ta, chociaż nieoceniana przez nikogo, jest najważniejsza. Nauka taka nigdy nie przychodzi łatwo, ale — jak powiada moja babcia — jest to mądrość dana od Boga. Widocznie Bóg tak chciał i chce, żebym dalej się uczył. Sam jeszcze nie wiem, co może mnie w życiu spotkać i nie mi to oceniać, czy życie doświadcza mnie bardziej, czy mniej niż pozostałych.

Mam dopiero 25 lat, a już widziałem, jak ludzie umierają, rodzą się i do czego prowadzą niesprawiedliwe rządy oparte tylko na chęci zagarnięcia jak najwięcej pieniędzy. Widziałem, jak wyglądają ludzie źli i jak wyglądają ludzie dobrzy. Przeżyłem rozstania i powroty, płacz, smutek, ale też cieszyłem się szczęściem swoim i innych. Widziałem ogromne burze i małe kapuśniaczki, przeżyłem ból i zniewagę, które potrafią powalić nawet najsilniejszego. Nieraz zostałem opluty, nieraz byłem chwalony i głaskany po głowie.

Jednak w moich podróżach przez życie i kraje, towarzyszyło mi szczęście, które kierowało na moją drogę dobrych ludzi — różnych narodowości, a jednak takich samych. Wciąż w mojej głowie pozostaje pewne zdanie wypowiedziane przez bardzo mądrego człowieka — księdza Jana Twardowskiego, a potem powtarzane przez moją mamę: „Nie jesteśmy ani biali, ani czarni, tylko w kratkę”. Jest ono trafne i aktualne do dziś, choć może dobrze wszystkim znane. Wiem, trochę przesadziłem z cytowaniem tak poważnych słów, jednak są one naprawdę ponadczasowe i proste, a wszystko to, co proste, jest wieczne. Cytatem tym chciałbym jednak zacząć książkę, która opowiadać będzie o moich losach, historiach ludzi i ich życiu. O moich podróżach przez kraj i życie, które nauczyły mnie więcej niż wszystkie szkoły, w których się uczyłem i będę się uczyć. Nie wiem, czy kiedykolwiek te słowa trafią do kogoś, ale chciałbym opisać to, co jest we mnie i przekazać moją wiedzę innym. Opowiedzieć historie życia w Azji. Niekiedy śmieszne, a niekiedy wektorem przeciwstawne. Moja historia jest historią napotkanych ludzi i naszych wspólnych przeżyć. Historią piękną, bo prawdziwą, jedyną, bo naszą i nikt inny jej nie pozna tak, jak ja ją poznałem, ponieważ nikt inny nie będzie w stanie przeżyć tego, co ja przeżyłem. Można powiedzieć, że każdy ma historię jedyną w swoim rodzaju, choć nie każdy chce się nią dzielić. Ciągle się zastanawiam, czy to dobry pomysł, jednak postanowiłem spróbować. Prawdopodobnie wynika to z szacunku do Almaza, innych napotkanych ludzi oraz ciekawych przeżyć. Poza tym w samolocie lecącym przez Istambuł spotkałem mężczyznę, który powiedział mi, żebym spisywał swoje wspomnienia i że kiedyś na pewno się jeszcze spotkamy. Nie wiem, kto to był i do tej pory go nie spotkałem... Może nastąpi to po publikacji tego tekstu? Jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałem wspomnieć. To, że przeżyłem dziesięć miesięcy na Wschodzie, zobowiązuje mnie do opisania moich przeżyć i przekazania tego, jak wygląda życie w tamtej części świata, bo coraz mniej chcemy o niej wiedzieć z wiadomych powodów...

Michał Magnuszewski

Kirgistan[1] (lata 2010-2013)

Książka ta przybrała formę dziennika, niestety mało regularnego, tak jak moje życie i pobyt w Azji. Myślę, że to była jednak najlepsza forma dla niej, gdyż moje pierwsze spostrzeżenia były najbardziej cenne po dłuższym czasie przebywania w Kyrgyzstanie lub, jak kto woli, w Kirgistanie. Kirgizi chcą czuć się wolni i mentalnie tacy są, bo to w końcu górale, dlatego zmienili nazwę swojego państwa i bardzo nie lubią, jak ktoś mówi na ich kraj Kirgistan. To przypomina im czasy Związku Radzieckiego — po części nie nienawidzonego, ponieważ Kirgizom żyło się wtedy lepiej. Jednak, z jednej strony, jak tu być sobą, zachować swoją kulturę i kirgiską tradycję, nie ulegając prawosławnej Rosji? Z drugiej — Rosjanie, którzy pozostali w Kirgistanie po rozpadzie ZSRR, nie czują się tam dobrze. Widzą, że ich rola (jako narodu) jest coraz mniej znacząca, a kraj ten, mimo iż znany jest z dość lekkiej obyczajowości (o czym nawet wielokrotnie dyskutowałem, a w czasie jednego z powrotów dowiedziałem się, że jest jednym z krajów centralnej Azji, gdzie znajduje się burdel na burdelu — korzystanie z domów publicznych jest codziennością prawie każdego mężczyzny), idzie w stronę coraz większej islamizacji. Do tej pory w Kirgistanie językami urzędowymi były kirgiski i rosyjski. Coraz mniej Kirgizów, zwłaszcza tych z południa z okolic miasta Osz, z terenów granicznych z Tadżykistanem oraz Uzbekistanem, zna język rosyjski.

W czasie mojego pobytu na terenie Kirgistanu przyzwyczaiłem się do ichniego życia — czułem się jak Kirgiz, żyłem jak Kirgiz oraz traktowano mnie jak Kirgiza. Dziennik pisany był podczas pobytu w tym państwie. Część obserwacji została przefiltrowana, poddana mojej subiektywnej ocenie oraz opatrzona moim komentarzem, ale nie zmieniałem dużo, chociaż nabrałem dystansu do mojego pobytu na tym końcu świata...

07.02.2010

Nadszedł mój kolejny, nieplanowany wcześniej wyczyn, to znaczy podróż do Kirgistanu. I choć zdecydowałem się szybko, to kiedy przybliżał się czas wylotu, coraz bardziej zastanawiałem się nad jego trafnością. Po pewnym czasie okazuje się, że nie jest to odczucie, w którym byłbym osamotniony. Opowiadając znajomym i przyjaciołom o swoich planach czy rozterkach związanych z wyjazdem, wszyscy mówili, abym pojechał i nawet się nie zastanawiał. Wciąż słyszałem, że „to wielka szansa dla ciebie, drugiej w życiu możesz nie mieć, dlatego jedź”. A miałem okazję wyjechać tam dzięki programowi wymiany studentów Erasmus Mundus Lot. Po zakończonych studiach magisterskich i rozpoczętym doktoracie nie miałem wielu możliwości wyboru w życiu. Mój wyjazd miał mieć charakter naukowy — miał być stażem na kirgiskim uniwersytecie, lecz jak się później okazało, był to staż życiowy. Jednak zostałem doktorem nauk leśnych na mojej Alma Mater oraz opublikowałem kilka, moim zdaniem, ciekawych pozycji naukowych. Mimo wielu perturbacji, negocjacji i jak na tamten czas wydanej sporej sumy pieniędzy, zrobiłem doktorat. Dzisiejszy świat daleki jest od ideałów i robienie czegoś dla idei — to naiwność, a może i pewnego rodzaju wychowanie. Niestety zabrakło mi pieniędzy i motywacji, dlatego postanowiłem opuścić wszystkich i wszystko, a następnie polecieć na pół roku do Azji Środkowej — miejsca, o którym nie wiedziałem nic. Osoba, która była przeciwna mojemu wyjazdowi w pozytywnym tego słowa znaczeniu, to moja mama. Nie wyrażała zbyt emocjonalnie swojej niechęci do moich planów, bo i tak wiedziała, że zrobię, co będę chciał. Po czasie muszę stwierdzić, że miała przeczucie, ponieważ jej matczyna intuicja mówiła, że nie będzie mi tam lekko.

Ja natomiast, słuchając wszystkich i cedząc słowa, zastanawiałem się: „Cholera, gdzie jest ten Kirgistan? Co to za państwo, gdzie ono leży?”. Wcześniej już odbywałem takie podróże tylko po Rosji, ale wydawały się być niedaleko w porównaniu z Azją Środkową, gdzie nigdy nie byłem, a nazwa kontynentu przyprawiała mnie o dreszcze. W mojej świadomości było to gdzieś daleko. Stwierdziłem jednak, że czytanie artykułów, przewodników nic tu nie da, bo w końcu będę miał mnóstwo czasu, aby poznać ten kraj. I w sumie lepiej jechać tam w ciemno, żeby nie zniekształcać swojego spojrzenia na to państwo — moje obserwacje tak poczynione będą bardziej świeże i obiektywne niż te zniekształcone spojrzeniem innych osób. Zresztą nie znalazłem żadnego przewodnika, który by zawierał jakieś informacje na temat Republiki Kirgiskiej. W końcu coś trzeba robić, podjąć jakieś decyzje, dlatego zdecydowałem się na wyjazd.

W dniu wylotu czułem smutek, bo nikt nie jest w stanie się opanować, gdy opuszcza ważną dla siebie osobę nawet na pół roku. Najgorsze i trudne do opisania uczucie przyszło jak już wsiadałem do samolotu. Było to pomieszanie strachu z chęcią przeżycia nowej przygody. Tutaj zawsze przypominały mi się przygody Hobbita, które czytałem, kiedy mieszkałem jeszcze w leśniczówce. Można powiedzieć, że byłem trochę takim Hobbitem. Z jednej strony, niby chciałem, a z drugiej — bałem się nowej przygody. Wynika to również z mojego charakteru, bo nie jestem wylewnym człowiekiem...

08-10.2010

Jestem w Kirgistanie!

Mieszkam w Kirgistanie, w tradycyjnym kirgiskim domu na obrzeżach Biszkeku, ale chyba dociera to do mnie bardzo powoli. Ten świat jest zupełnie inny. Właśnie zdałem sobie sprawę z wielu rzeczy, które mnie czekają, i z tego, że moje życie diametralnie się zmieniło — jak już napisałem, mieszkam w Kirgistanie. Od trzech dni przebywam w Biszkeku, stolicy tego państwa. Przed wyjazdem bardziej kierowany emocjami niż rozsądkiem nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale teraz rzeczywistość zaczyna do mnie docierać. Diametralnie zmienił się mój sposób życia, jedzenia i myślenia. Co tu więcej mówić: „Welcome to Asia”.

Azję widać tu na każdym kroku lub można powiedzieć inaczej: to mnie widać na każdym kroku w Azji. Ludzie są tu dużo niżsi i wszyscy mają skośne oczy, co wcale mi nie przeszkadza. Spacerując po ulicach Biszkeku, odnoszę wrażenie, że swoimi gabarytami (sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, sto dziesięć kilogramów wagi) burzę spokój, który zdążył się tu ustalić.

Tuż po przylocie zostałem odebrany z lotniska przez Almaza, mojego przyszłego „współpracownika” i promotora pracy doktorskiej. Po przejechaniu drogi z lotniska do Biszkeku małym, japońskim samochodem, którego nadwozie pod moim ciężarem ocierało o koła, trafiłem do swojego przyszłego mieszkania. Okazało się, że nie jest ono samodzielnym mieszkaniem (zresztą tak jak wszystko w tym kraju), ale mieszka w nim kirgiska rodzina.

Trochę zdziwił mnie fakt, że będę mieszkał, jak się później okazało, z dwoma mężczyznami i ich matką pod jednym dachem. Weszliśmy nad ranem do zaspanego, betonowego bloku, którego wejście do piwnicy stanowiło „śmietnik”, a klatka schodowa pozostawiała wiele do życzenia. Po chwili byliśmy przy drzwiach, które prowadziły do mojego przyszłego mieszkania. Gdy pierwszy raz spojrzałem na nie, zauważyłem chiński (w końcu to sąsiedzi) akcent — nie dość, że były z Chin, to miały wygrawerowany na szczycie napis w języku chińskim. Po chwili naciskania na dzwonek, którego dźwięk nie przypominał europejskich standardów, ale głoś śpiewającego ptaka, czyli jak się później okazało styl muzułmański, a może raczej kirgiski, naśladujący przyrodę, ktoś podszedł do drzwi. Usłyszałem kobiecy głos w dziwnym języku, prawdopodobnie kirgiskim (wówczas jeszcze nie wiedziałem dokładnie, jaki to język). Zamek zazgrzytał, a my czekaliśmy nie wiadomo na co. W mieszkaniu można było usłyszeć bieg i zatrzaskiwanie wewnętrznych drzwi. Po chwili weszliśmy do środka. Byłem zaskoczony tym, że nikt nie chce mnie zobaczyć, powiedzieć „dzień dobry” i upewnić się, że nie będzie z nimi mieszkać jakiś zbir lub ktoś niebezpieczny z Europy. A może spotkanie nad ranem z obcokrajowcem w drzwiach wejściowych miało przynieść nieszczęście? Do tej pory nie wiem, co kierowało moją gospodynią, która po tym, jak otworzyła drzwi, coś krzyknęła i uciekła do swojego pokoju. Widocznie Ajnura, bo tak się nazywała, powiedziała coś Almazowi (prawdopodobnie chciała, żebyśmy zaczekali) — nie chciała mi się pokazać o tak wczesnej godzinie (około 5.00 rano kirgiskiego czasu) i postanowiła pierwsze spotkanie odłożyć na czas po mojej krótkiej drzemce.

Tu mogę poświęcić kilka zdań mojej chaziajce, bo tak z języka rosyjskiego nazywa się kobieta, u której najmuje się pokój. Na moje oko Ajnura miała około czterdzieści pięć lat, była po przejściach (rozwódka), chociaż mówiła, że jej mąż był w porządku, no może tylko trochę dużo pił. To, co było u niej szczególne, to szczery uśmiech oraz dość ekstrawagancki sposób ubierania się — wciąż chodziła po domu w getrach w panterkę oraz bez górnej bielizny...

Okazało się, że zarezerwowany był dla mnie oddzielny pokój, jednak aby się do niego dostać, musiałem przejść przez całe mieszkanie. Widok zaspanego kirgiskiego mieszkania był interesujący. Na ścianach wisiały dywany, a w dużym, przechodnim pokoju spod pościeli wystawała czarna czupryna. Mój pokój okazał się prostokątem ze skąpymi zasłonkami na oknie oraz dwoma przykrótkimi łóżkami, pomiędzy którymi stała kolorowa, zdobiona skrzynia. Na bocznej ścianie znajdowała się duża szafa, zajmująca pół długości pokoju, oraz stara komoda, na której stał stary, niedziałający radziecki telewizor. Almaz rzucił okiem na pokój i powiedział, że to luksus. Jak kupię sobie antenę do telewizora, to w ogóle będzie super. Nie kupiłem jej, więc pewnego dnia telewizor wylądował w szafie. Kiedy wszedłem do pokoju, przez chwilę zastanawiałem się, jak będzie wyglądało moje życie przez najbliższe pół roku w tym otoczeniu. Najgorszy był pierwszy dzień. Wróciłem do tego pokoju i nie wiedziałem, co mam zrobić. Wszędzie ciemno, szaro, skromnie. Nikt ze mną nie rozmawiał, może by i chciał, ale mieliśmy problemy z kalibracją. Na szczęście napotkany na uniwerku doktorant Azat poszedł ze mną do centrum handlowego i pomógł mi kupić kartę SIM, z której mogłem telefonować do Europy za grosze. Z jednej strony, byłem obcy, ale z drugiej — spotkałem człowieka, który rozumiał mój smutek. Okazało się później, że on również wyjeżdżał z Kirgistanu do Europy. Jednakże większość ludzi i studentów nigdy nie była w mojej sytuacji. Stanowiłem dla nich pewnego rodzaju ciekawostkę. Po powrocie do pokoju chwilę myślałem, a potem zadzwoniłem do mamy. To mi pomogło i dało siłę! Przywyknięcie do mieszkania zajęło mi tydzień, jednak tajniki kirgiskiego życia poznawałem cały czas podczas mojego pobytu. Żyjąc i obserwując współmieszkańców oraz różnych napotkanych na mojej drodze ludzi, nie do końca wszystko rozumiałem. Jedna rzecz, którą zapamiętam z tego domu, to zapach pieczonego chleba, który było czuć już od wejścia, oraz palone gałązki jałowca, które przez charakterystyczny gryzący dym miały na celu oczyszczanie powietrza i pomieszczenia. Można go poczuć wyłącznie w tym miejscu.

Obcowanie z Kirgizami pod jednym dachem tworzyło pewnego rodzaju klimat, a ja przynajmniej nie byłem sam na co dzień. Nurtowała mnie jedna rzecz — brak deski w toalecie, co jest pewnego rodzaju problemem, ale też do obejścia. Poza tym mieszkanie jest w dość specyficznym stylu, gdyż na ścianach wiszą dywany, ale mój pokój jest OK, choć tylko trochę jest w nim zimno. Trzeba powiedzieć, że ludzie są tu bardzo mili i uczynni, szczególnie Almaz.

Jak już wspomniałem, w mieście wszyscy dziwnie na mnie patrzą. Mam nadzieję, że nie sprawiam wrażenia osoby, którą można okraść lub oszukać. W końcu mówię po rosyjsku — może trzeba popracować nad akcentem, choć posługuję się zrozumiałym dialektem.

Jeśli chodzi o kwestie finansowe, to jest tu bardzo tanio. Jedno euro to sześćdziesiąt jeden i pół somów, natomiast złotówka to około piętnaście somów. Chleb kosztuje osiem somów. Może mój przykład jest prosty, ale chleb na całym świecie stanowi jedną z podstaw wyżywienia, a tu jest rzeczywiście tanio. Wciąż czekam na stypendium z Unii Europejskiej. Koordynator, z którym już wiele przeszedłem, obiecywał, że pieniądze będą w tym tygodniu, ale jak na razie nic z tego nie wyszło. Kirgizi pierwszego dnia chcieli ode mnie sto dolarów za mieszkanie. Almaz drugiego dnia mojego pobytu w Biszkeku spytał, czy nie mam mu pożyczyć trzysta euro. Trochę nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Czy przyjechałem tu jako dobry interes dla Almaza, czy rzeczywiście jako współpracownik? Czy uda mi się cokolwiek zrobić w ramach wymiany? Podsumowując, według moich wstępnych informacji, Kirgizom brakuje do naszego poziomu rozwoju i mentalności około dwudziestu lat.

Utożsamiając wygląd Biszkeku, stolicy Kirgistanu, z rozpadem ZSRR, należy dodać, że nazwa miasta Frunze pochodzi od nazwiska jednego z sowieckich generałów Michaiła Wasiljewicza Frunzego. Według moich obserwacji, miasto jest bardzo podobne do Stawropola (miasto w południowej części Rosji, na północnym Kaukazie), jest tylko jedno „ale” — Biszkek to stolica Kirgistanu, a nie prowincjonalne miasto na południu Rosji. Biszkek zimą wygląda surowo i ponuro, a majestatu dodają mu otaczające go wokół góry Tienszan. Miasto to nastraja dwojako. Raz napawa mnie optymizmem, dzięki pięknym porankom i wieczorom, które odsłaniają majestat gór i wpompowują do miasta świeże, górskie powietrze. Innymi dniami odbiera chęci do czegokolwiek, zwłaszcza w upalne dni, kiedy do nóg klei się asfalt, a samochody wydalają ogromne ilości spalin, którymi oddycha całe miasto. Muszę wtedy zebrać się w sobie i zacząć walczyć, bo inaczej się nie da. Brakuje dobrego humoru, choć może być różnie. Jak na razie daję sobie radę. Oglądałem dziś z moją chaziajką Ajnurą turecką telenowelę. Czego to Turcy w nich nie wymyślą, to wymyślą chyba jedynie Brazylijczycy. Niedługo po moim powrocie ta sama telenowela pojawiła się w polskiej telewizji. Tytułu nie pamiętam, ale pozostały mi w pamięci charakterystyczne stroje, aktorzy oraz ciągłe zdrady. Interesujące jest to, że Turcy, zarówno pod względem marketingu, jak i kultury, próbują zdominować rynek kirgiski. Kolejną rzeczą jest to, iż jest tu bardzo długo jasno, bo do około 19.00. Zimą niewyobrażalne! Natomiast w kuchni nie żałują palnika, który wciąż się pali, aby ogrzać dom. Niestety drewniane okna przy mrozie -20 stopni Celsjusza mają granice swojej wytrzymałości. Oszczędność gazu czy brak szacunku do Rosjan i Gazpromu? Widzę też, że tutejsi mieszkańcy nie za bardzo lubią Rosjan. Adlet, syn mojej chaziajki, powiedział, że to rasiści i, z jednej strony, ma rację. Z drugiej — sam w niedługim czasie po wypowiedzeniu tych słów znalazł w Gazpromie pracę, którą zresztą bardzo sobie chwalił.

Sam nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Czy przyjechałem tu ze swojej głupoty, czy z wielkimi nadziejami na lepsze życie w przyszłości? Chyba na lepsze życie.

Mój pokój w Biszkeku

Salon Ajnury

Kuchnia w moim mieszkaniu

Łazienka w domu Ajnury

Mój codzienny widok z dziesiątego mikrorajonu

Lotnisko Biszkek-Manas w nocy

Nie wiem dlaczego, ale zawsze jak tu przylatuję, czuję jakąś obcość, jakbym przybywał z innego świata. Tłum taksówkarzy i zapach lotniczego dworca, stanowiącego mieszankę smażonego tłuszczu i słońca. Zapach, który czuć w każdym ważniejszym budynku w Biszkeku, budził we mnie pewien smutek i dystans, ale nie potrafię powiedzieć dlaczego. Był to zapach smażących się samsów, tradycyjnej potrawy kirgiskiej w postaci bułki nadziewanej mięsem baranim lub kurczakiem. Jednak jak pomyślę o Biszkeku i narodzie Kirgizów, to czuję ciepło, które towarzyszyło mi przy różnych wydarzeniach, jakie miały miejsce podczas mojego pobytu na kirgiskiej ziemi. Z jednej strony, ten świat zawsze będzie dla mnie obcy i powodujący dystans, mimo że przeżyłem tu wiele dni, z drugiej — wydawał będzie się bliski. Jednak sama organizacja Kirgizów, ich ciągłe spóźnianie lub niepojawianie się wcale oraz lekkoduszne traktowanie czasu wielokrotnie doprowadzały mnie do szału. Kiedy przylatuję do Biszkeku, za każdym razem zastanawiałem się, czy moi przyjaciele zrozumieli wszystko tak jak trzeba. Czasami nie rozumieli, dlatego brałem wszystko w swoje ręce i powolutku rozwiązywałem problemy. Bo w tym świecie nie ma co się spieszyć — i tak to nic nie da. Nie ma co się denerwować, bo to i tak będą tylko twoje nerwy, a nie osoby, na którą się denerwujesz. A to, co się liczy, to wzajemne zaufanie i szczerość, chociaż też ich tutaj brakuje.

Lotnisko