Wydawca: Bukowy Las Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 691 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kim jestem - Pete Townshend

Pete Townshend, gitarzysta, autor tekstów i kompozytor, wydawca i redaktor, jeden z najbardziej błyskotliwych muzyków rockowych,  w swojej bardzo osobistej książce relacjonuje początki wybitnego zespołu The Who, szczerze opowiada o  karierze twórcy i wykonawcy, o swym niespokojnym życiu prywatnym i publicznym.

W latach sześćdziesiątych XX w. znalazł się w czołówce rocka, i to nie tylko dlatego, że na estradzie niszczył gitary. Pisał i komponował utwory, które rzucały wyzwanie muzyce pop: jako pierwszy zaproponował zamiast zbioru trzyminutowych piosenek dłuższe, złożone formy muzyczne, takie jak albumy Tommy i Quadrophenia. Pokazał, że muzyka rockowa może być odrębną formą sztuki.

W wieku 67 lat Townshend wydał opowieść o swoim życiu. Nie szczędzi w niej poruszających opisów trudnego dzieciństwa i jego późniejszych skutków. Kim jestem – kronika ambicji, kontrowersji, nieustannego perfekcjonizmu, rockandrollowych przygód i wewnętrznych rozterek, a także dochodzenia do równowagi – jest nie tylko klasyką literatury rockowej i źródłem wiedzy o najważniejszej epoce w dziejach muzyki popularnej, ale też świadectwem artysty naszych czasów.

Najbardziej wyczekiwany pamiętnik muzyczny ostatnich dziesięcioleci

Słynny gitarzysta i tekściarz THE WHO, legenda rocka o sobie i swojej epoce

„Do głębi osobisty (…) szczery, samobiczujący (…) ton [Townshenda] jest mniej wzniosły, niżby można oczekiwać, książka zaś jest uczciwsza niż fani mogliby się spodziewać”. „Rolling Stone”

„Jako kronikarz dziejów zespołu, który kształtował się w Londynie lat 60., w kręgu subkultury modsów, a potem stał się uosobieniem buntu dojrzewania i głośnego, anarchicznego rock and rolla, pan Townshend namalował autoportret surowy i bezlitosny (…) osobisty i bolesny jak odwyk”. Michiko Kakutani, „New York Times

Opinie o ebooku Kim jestem - Pete Townshend

Fragment ebooka Kim jestem - Pete Townshend

TYTUŁ ORYGINAŁU: Who I Am

Copyright © by Pete Townshend 2012 All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Fragmenty listów zamieszczono za pozwoleniem Rogera Daltryea, Billa Curbishleya i Jackie Curbishley Wyjątki z magazynu „Melody Maker” na stronach 198 i 203 dzięki uprzejmości © IPC Media/IPC+ Syndication Fragment wywiadu A Talk with Pete Townshend Jonathana Cotta z magazynu „Rolling Stone” nr 58, 14.05.1970 zamieszczono za zgodą. Copyright © by Rolling Stone LLC 1970. All rights reserved

Copyright © for the Polish edition and translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. 2014

ISBN 978-83-64481-31-4

FOTOGRAFIE NA OKŁADCE: przód © by Terry O’Neill/Getty Images; tył © by Chris Morphet/Redferns/Getty Images PROJEKT OKŁADKI: Paweł Cesarz REDAKCJA: Katarzyna Szczypka KOREKTA: Elżbieta Kożuchowska REDAKCJA TECHNICZNA: Natalia Wielęgowska

WYDAWCA: Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocławwww.bukowylas.pl, e-mail: biuro@bukowylas.pl

WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01 www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Akt pierwszy

Muzyka wojenna

Nie słyszałeś. Nie widziałeś. Nie chcesz z nikim gadać. Nigdy nie wmawiaj sobie, że prawdą jest to, co wiesz19 (1969 r.)

Nie płacz Nie podnoś wzroku To tylko nastoletni ugórBaba O’Reily (1971 r.)

I jestem pewny – nigdy nie zaznam wojny

1

Byłem tam

Coś nadzwyczajnego, magicznego i surrealistycznego… Patrzę, jak podskakują do gitarowych solówek. Na widowni kolesie z mojej szkoły artystycznej stoją – wyprostowani jakby połknęli kij – pośród wyluzowanej, gogusiowatej młodzieży z zachodniego i północnego Londynu; krótko ostrzyżonych nastolatków, porządnie obutych, na haju, rozbijających się baśniowymi skuterami. Nie potrafię określić, co kotłuje się w głowach kolegów z zespołu: Rogera Daltreya, Keitha Moona czy Johna Entwistle’a. Zwykle – nawet wśród zespołu – jestem jakby z boku. Ale dziś wieczorem, w czerwcu 1964 r., podczas pierwszego występu The Who w hotelu Railway w zachodnim Londynie, to ja jestem niezwyciężony.

Gramy rhythm and bluesa: Smokestack Lightning, I’m a Man, Road Runner i inną ciężką klasykę. Zawodzi rickenbacker pocierany o stojak mikrofonu. Potem – dzięki magicznemu pstryczkowi, który niedawno zamontowałem na gitarze – rażę pierwsze rzędy seriami dźwięków. Energicznie podrzucam gitarę – dostaję konwulsji, gdy wycie przechodzi w szczekliwy charkot. Rzut oka w górę przekonuje, że zniszczyłem gitarę, którą wybiłem dziurę w suficie.

W tym momencie doznałem olśnienia – odbiło mi i raz za razem bombardowałem sufit zniszczonym instrumentem. Gitara ze złamaną szyjką zamienia się w bezkształtny wrak. W triumfalnym geście wyciągam go w stronę słuchaczy. Nie zdruzgotałem instrumentu: dla nich nadałem mu nowatorski kształt. Beztrosko porzucam potrzaskaną gitarę, chwytam za nowiutkiego dwunastostrunowego rickenbackera i gram dalej.

W tamten wtorkowy wieczór przypadkiem odkryłem coś potężniejszego niż słowa. Dalece bardziej budzącego emocje niż próby grania bluesa na haju. Nagrodą była ogłuszająca owacja tłumu. Mniej więcej tydzień później, w tej samej sali, pozbyłem się wszystkich gitar i wywróciłem stos marshalli. Inni nie chcieli być gorsi. Perkusista Keith Moon wtórował, serwując bębnom kopniaki. Roger mikrofonem drapał pogruchotane talerze perkusyjne Keitha. Niektórzy niszczenie instrumentów uznali za trick, ale ja już wiedziałem, że świat się odmienił, przesłanie się rozeszło. Stare, tradycyjne muzykowanie odchodzi w przeszłość.

Nie miałem pojęcia, do czego doprowadzi moje pierwsze dewastowanie gitary. Wiedziałem natomiast, jaka była geneza. Jako syn klarnecisty i saksofonisty zespołu Squadronaires – jednej z pierwszych brytyjskich orkiestr swingowych – żyłem uwielbieniem dla tego gatunku; tamtą miłość zdradziłem dla nowej namiętności: rock and rolla. Pojawił się, by wykończyć swing.

Jestem Brytyjczykiem, jestem londyńczykiem, urodziłem się w zachodnim Londynie tuż po zakończeniu II wojny światowej. Te trzy fakty w poważnym stopniu ukształtowały mnie jako twórcę. Tak jak na życie moich dziadków i rodziców wpłynęły mroki wojny. Wychowywałem się w cieniu wojennych zmor, a za mojego życia zmiany zachodziły tak szybko, że nie sposób było się połapać. Dla trzech pokoleń mojej rodziny wojna była prawdziwym zagrożeniem albo co najmniej dotkliwym faktem.

W 1945 r. muzyka popularna miała ważny cel do spełnienia: dać odpór powojennej depresji, przywrócić romantyczne, pełne nadziei aspiracje wykończonym ludziom. Mojemu dzieciństwu towarzyszyła świadomość tajemniczości i romantyki ojcowskiej muzyki. Była dla niego i mamy niezmiernie ważna; aż tak, że wydała się pępkiem świata. Zapanowały radość i optymizm; wojna się skończyła. Muzykę, którą tato uprawiał, zwano swingiem. Tego chcieli słuchać ludzie. Byłem już wówczas na świecie.

2

Masz chłopaka!

Gdy się rodziłem, wojna była skończona, ale niezupełnie.

Ktoś krzyknął:

– Masz chłopaka!

A mój ojciec grał jakby nigdy nic.

Jestem dzieckiem wojny, choć nigdy jej nie zaznałem. Urodziłem się 19 maja 1945 r. w rodzinie muzyków. Dwa tygodnie po zwycięstwie w Europie, ale cztery miesiące przed kapitulacją Japonii, co oznaczało rzeczywisty koniec II wojny światowej. Jednak to wojna i jej synkopowane echa odurzały, kołysały i niepokoiły mnie jeszcze w matczynym brzuchu: ostrzegawcze buczenie rogów i saksofony, big-bandy i schrony przeciwlotnicze, rakiety V-2 i skrzypce, klarnety i messerschmitty, kołysanki w klimacie Ellingtonowskiego Mood indigo, serenady spod znaku Satine Doll, lamenty, ostrzeliwanie z samolotów, syreny, detonacje i eksplozje. Dwa wspomnienia utrwaliły się na zawsze. Jak zapamiętane sny, których potem nigdy się nie zapomina.

Mam dwa lata i jadę na piętrze staroświeckiego tramwaju, do którego mama z tatą wsiedli na Acton Hill w zachodnim Londynie. Pojazd z turkotem mija mą przyszłość: sklep elektrotechniczny, w którym do sprzedaży trafi w 1955 r. pierwsza płyta taty; posterunek policji, gdzie będę odbierał skradziony rower; sklep żelazny, który przyciągnie mnie tysiącem idealnie opisanych szuflad; Odeon, do którego będę chodził z kumplami na sobotnie popołudniowe seanse filmów akcji; kościół St. Mary, gdzie za wiele lat będę śpiewał w chórze kościelne hymny i patrzył na setki wiernych przystępujących do sakramentów (sam w ich ślady nigdy nie pójdę); pub White Hart, w którym po regularnym cotygodniowym występie ze szkolną kapelą rockową The Detours (pewnego dnia przekształci się w The Who) w 1962 r. pierwszy raz upiję się jak należy.

Jestem już trochę starszy, przed trzema miesiącami obchodziłem drugie urodziny. Jest lato 1947 r., siedzę na skąpanej w słońcu plaży. Wciąż za mały, by dreptać wokoło, tkwię na kocu i rejestruję dźwięki oraz zapachy: morskiego powietrza, wiaterku, szmer fal omywających brzeg. Rodzice wędrują. Niczym arabscy koczownicy, sypiący piaskiem spod końskich kopyt, machają do siebie uszczęśliwieni i znów się rozjeżdżają. Są młodzi, czarujący, piękni, a ich znikanie jest jak wyzwanie nieuchwytnego Graala.

Ojciec taty, Horace Townshend (znany jako Horry), przedwcześnie wyłysiały w czwartej dekadzie życia, miał orli nos i nosił okulary w grubych oprawkach. Był półzawodowym muzykiem i kompozytorem. Pisał piosenki i w latach 20. XX w. chałturzył w nadmorskich kurortach, parkach i rozmaitych salach. Jako wyszkolony flecista czytał nuty i potrafił zapisywać kompozycje, ale cenił łatwe życie i nigdy się nie dorobił większego majątku.

W 1908 r. spotkał babcię Dorothy (Dot). Pracowali oboje w tej samej branży, a pobrali się po dwóch latach, gdy Dot była w ósmym miesiącu ciąży z pierwszym dzieckiem – Jackiem. Wujek Jack z dzieciństwa zapamiętał taką scenkę: do rodziców przygrywających na molo w Brighton podeszła dostojna dama, która w dowód uznania wrzuciła im szylinga do kapelusza. Zapytała:

– Na jaki zbożny cel zbieracie?

– Na siebie – odrzekła Dot.

Babcia była elegancka, przyciągała uwagę. Piosenkarka i tancerka, umiała czytać nuty, występowała na imprezach estradowych, czasem wraz z mężem. Później współpracowała z nim przy komponowaniu. Była urocza, acz stanowcza; raczej próżna i odrobinę snobka. Między występami Horry i Dot poczęli mego ojca, Clifforda Blandforda Townshenda. Przyszedł na świat w 1917 r. do towarzystwa starszemu bratu, Jackowi.

Rodzice mamy – Denny i Maurice – gdy była jeszcze małym dzieckiem, mieszkali w Paddington. Babcia Denny, choć zbzikowana na punkcie czystości, nie była uważną opiekunką. Mama pamięta, jak kiedyś z mniejszym braciszkiem, Maurice’em juniorem, wychylali się z okna na piętrze, wymachując rączkami w kierunku przejeżdżającego ojca, który rozwoził mleko. Malec omal nie wypadł.

Dziadek Maurice był słodziutkim człowiekiem. Załamał się zupełnie, gdy Denny – po jedenastu latach małżeństwa – nagle odeszła, by zostać kochanką zamożnego człowieka. Tamtego dnia mama po powrocie ze szkoły zastała pusty dom. Babcia zabrała wszystkie sprzęty – z wyjątkiem łóżka. Zostawiła też list, nie podając adresu. Dziadek po kilku latach wytropił krnąbrną niewiastę, ale nigdy się nie pogodzili.

Maurice z dwójką dzieci wprowadził się do swojej matki, Ellen. Mama, wówczas dziesięciolatka, pomagała w prowadzeniu domu i całkowicie dostała się pod wpływy irlandzkiej babki, z której była dumna. Babcia Ellen nauczyła ją operować głosem tak, by potrafiła okazywać irlandzkie korzenie. Z czasem mama – która zawsze wstydziła się postępku swojej matki, a mojej babki – opanowała rozmaite akcenty; od najmłodszych lat była muzykalna.

W końcu, jako nastolatka, zamieszkała u ciotki Rose (szwagierki swego ojca), w północnym Londynie. Zapamiętałem Rose jako wyjątkową kobietę. Pewną siebie, inteligentną, oczytaną. Była lesbijką, z czym się nie kryła – mieszkała razem z partnerką.

Nastoletni tato, a po nim ja, był zbuntowany. Jeszcze przed wojną wraz z najlepszym przyjacielem zostali członkami Mosleyowskich faszystowskich Czarnych Koszul. Oczywiście później się tego wstydził. Niech mu będzie wybaczone – był młody, a atrakcyjne uniformy bojówkarzy kusiły. W wieku szesnastu lat zamiast zajmować się klarnetowymi wprawkami z Prokofiewa, z którymi zmagał się codziennie rano przez dwie godziny, wybrał grę podczas alkoholowych imprez składkowych, brytyjskiego odpowiednika amerykańskich melin z okresu prohibicji. Nie wymagano od niego wirtuozerii. Przez całe życie grał muzykę, która nie dorastała do jego umiejętności.

Przez kilka lat tato grywał w Londynie z Billym Wiltshire’em i jego zespołem Piccadilly. Przeważnie na dancingach albo w barach. W okresie międzywojennym strach przed zagładą maskowano wyrafinowaniem, splendorem, przepychem i beztroską. Wielkie problemy kryły się za kłębami papierosowego dymu i tonęły w dźwiękach nowatorskiej muzyki popularnej. Seks, jak zawsze, był środkiem kojącym niepokój. Ale w muzyce czasów mego ojca potęgę seksu raczej sugerowano niż okazywano; chuć skrywano za wyszukaną elegancją wieczorowych strojów mężczyzn i kobiet.

Wojna i muzyka połączyły moich rodziców. Tato zaciągnął się do RAF-u w 1940 r. i grał w małych zespołach na saksofonie i klarnecie, dostarczając rozrywki kolegom. W 1945 r. występował już w orkiestrze tanecznej RAF-u, jednej z największych w całych siłach zbrojnych. Kierował nią Leslie Douglas, a składała się ze służących w wojsku członków znanych zespołów. Orkiestrę uznano za najlepszą, jaka kiedykolwiek istniała w Wielkiej Brytanii. Na swój sposób był to rewolucyjny ansambl. Jego tajną bronią był swing, generalnie nadal nielubiany przez społeczeństwo, ale uwielbiany przez pospólstwo. Tato dostał stały angaż, gdy mąż Very Lynn, saksofonista Harry Lewis, odmówił wylotu do Niemiec (mimo że służył w RAF-ie, bał się latać). Tato grał w Niemczech na saksofonie dla żołnierzy sił okupacyjnych, gdy odnalazł go posłaniec motocyklista i wykrzyczał w stronę estrady wiadomość o moich narodzinach.

Mama zaciągnęła się w 1941 r., podając nieprawdziwą datę urodzenia. Była utalentowaną śpiewaczką i została wokalistką w tej samej orkiestrze co ojciec. Program koncertu z 18 czerwca 1944 r. w Colston Hall w Bristolu podaje, że zaśpiewała Star Eyes, All My Life (w duecie z przystojnym Douglasem) i Do I Worry. Tato zagrał solo w Clarinet Rhapsody i Hot and Anxious. Notka na okładce informowała, że orkiestra taneczna RAF-u podbijała słuchaczy; „muzyką sentymentalną i z werwą, w zmiennych rytmach, dającą solistom pole do popisu”.

Gdy wojna dobiegła końca, zespół zdecydował się kontynuować działalność pod potocznie używaną nazwą: Squadronaires.

Zdaniem mamy pierwsze lata małżeństwa upłynęły jej w samotności. „Tatusia nie widywałam. Nigdy go nie było. A gdy był, przesiadywał po drugiej stronie w tym cholernym White Lion albo nieco dalej, w Granville”. Wesoły, przystojny i chętny do stawiania kolejki przy barze tato był osobą znaną w miejscowych pubach, w których pozycję swego rodzaju celebryty zawdzięczał sukcesom muzycznym.

Osamotnienie mamy pozwala zrozumieć, dlaczego zezłościła ją nieobecność taty, gdy przychodziłem na świat. Mieszkała z teściami i pretensje okazała demonstracyjną wyprowadzką. Miała znajome żydowskie małżeństwo, Sammy’ego i Leah Sharpów, australijskich muzyków, którzy z synem zajmowali jeden wielki pokój. Przeniosła się do nich. Leah się mną zajęła. Nie pamiętam jej, ale z opowieści mamy wiem, że należała „do tych osób, które uwielbiały kąpanie, spacery z wózkiem i wszystkie te zabawy”. Mama, mniej zainteresowana „tymi wszystkimi zabawami”, wciąż pracująca jako wokalistka, wdzięczna była za okazaną pomoc.

W 1946 r. rodzice doszli do porozumienia i całą trójką zamieszkaliśmy w domu w Whitehall Gardens (Acton). Po sąsiedzku mieszkali między innymi wspaniały ociemniały pianista jazzowy George Shearing oraz rysownik Alex Graham. Zaintrygowany byłem zwłaszcza pracownią tego ostatniego: wielką regulowaną deską kreślarską, dużymi arkuszami papieru, tuszami i wymyślnymi piórkami. Fascynacja tym wszystkim popchnęła mnie później do studiów artystycznych (w Ealing Art College). Dom dzieliliśmy z rodziną Cassów. Zajmowali piętro i byli Żydami, podobnie jak wielu najbliższych przyjaciół rodziców. Pamiętam hałaśliwe, radosne Pesach z obfitością karpia po żydowsku, siekanej wątróbki i zapachem pieczonego mostka wołowego. Każda rodzina dysponowała trzema pokojami, kuchnią i łazienką, ale bez WC. Nasze było w głębi podwórka, zamiast papieru toaletowego na gwoździu wisiały płachty starych gazet. Zimno i pająki sprawiały, że moje odwiedziny w tym przybytku nigdy nie trwały długo.

Spałem w jadalni. Jak się wydaje, rodzice nie odczuwali potrzeby zapewnienia mi własnego kąta, w którym mogłem porzucać zabawki czy rysunki bez przekonania, że wkraczam na terytorium dorosłych. Nie miałem poczucia intymności, a nawet świadomości, że na nią zasługuję.

Mama zrezygnowała z występów wokalnych, czego później żałowała. Ale nie przestała pracować. W siedzibie Squadronaires przy Piccadilly Circus pomagała prowadzić interesy orkiestry. Często zabierała mnie do autokaru, którym podróżował zespół. Tam pławiłem się w beztrosce jego członków i zbierałem opróżnione butelki po piwie. Podróże zawsze kończyły się w jakimś nadmorskim hoteliku, wakacyjnym obozowisku albo w sali widowiskowej oplecionej siatką tajemniczych klatek schodowych i podziemnych korytarzy.

Podczas wyjazdów obsłudze orkiestry szefował Charlie. Był obiektem rozmaitych psikusów, ale Squadronaires najwyraźniej go uwielbiali. W obecności innych muzyków i wykonawców nieco zmniejszało się codzienne zainteresowanie rodziców moją osobą. Jakbym uczestniczył w obozie wędrownym klubu chłopięcego. Mama pełniła w orkiestrze rolę śpiewającej laluni, ojcowski kunszt muzyczny zapewnił mu wśród kompanów specjalny status. Zawsze co najmniej przez godzinę ćwiczył gamy i rozmaite arpeggio. Złożoność tych porannych wprawek powodowała, że przypominały czary. Współczesny rock wyraża się prościej – był pewniakiem.

* * *

Osobliwym brytyjskim wymysłem tamtego okresu były obozowiska wakacyjne – miejsce całotygodniowych letnich zabawowych wypadów klasy robotniczej, którym towarzyszyły imprezy rozrywkowe, w tym koncerty zespołów w rodzaju Squadronaires. Kwaterowanie uczestników według klucza: jeden domek, jedna rodzina nie sprzyjało przygodnemu seksowi. Ale jeśli w którymś zamiast przykładnej rodziny zamieszkała grupka młodych mężczyzn, a w drugim kobiet, nietrudno było dostrzec możliwości.

Obozowiska wakacyjne z założenia miały egalitarne oblicze, ale ja zawsze czułem się odrobinę lepszy od zwykłych pensjonariuszy, zmieniających się co turnus. W końcu byłem z orkiestrą, na dodatek przyjechałem na całe lato, czasem aż na szesnaście tygodni. Przebywając za kulisami, odkryłem, na czym polega czarowanie wczasowiczów. Dorastałem ze świadomością tego, co bawi ludzi. A także ceny, jaką czasem trzeba zapłacić. W ramach gagów, które miały rozbawiać plebs, codziennie o godzinie czternastej tatę spychano z najwyższej trampoliny do basenu. Oczywiście w pełnym rynsztunku: w orkiestrowym kostiumie i z instrumentem. Kiedy wynurzał się, wciąż grał na starym klarnecie i udawał, że jest smutny i przegrany. Ja – jak to dziecko – zanadto się tym przejmowałem. Myślałem sobie: mój wspaniały tatuś poniżany po to, by wypoczywający plebs miał się z czego śmiać.

Nauczyłem się trzymać z dala od tych zwykłych ludzi – klienteli, która w pośredni sposób płaciła za nasze utrzymanie. Do dziś, ilekroć jestem na koncercie, ale sam nie występuję, nieodmiennie czuję się trochę zagubiony. Wtedy zawsze wspominam tatę.

We wrześniu 1949 r., jako czterolatek, zostałem zapisany do Silverdale Nursery w Birch Grove (Acton). Pewnie mamie zaimponowało, że będę fajnie wyglądał w szkolnym mundurku, czerwonym blezerze i kapelutku. Rodzicielka z natury prezentowała się świetnie i gdy tylko zniesiono wojenne przydziały odzieży, wystroiła się niczym hollywoodzka gwiazda. Rodzinie ze strony ojca się to nie spodobało. Dlaczego, u licha, wydaje ciężko zarobione pieniądze ojca na ciuchy i posyłanie mnie do prywatnej szkoły, zamiast samej – jak należy – popychać dziecięcy wózek?

Ja tymczasem byłem szczęśliwy. Whitehall Gardens była jedną z wielu ulic zdominowanych przez chłopczyków w moim wieku. Gangowi przewodził mój najlepszy przyjaciel, na którego wszyscy wołali Jimpy – fryzurą przypominał bowiem rozczochrańca, bohatera kreskówki z „Daily Mirror”. Jak wszyscy graliśmy w nogę czy krykieta, bawili w chowanego oraz kowbojów i Indian. Ta ostatnia zabawa należała do najulubieńszych. Gry wojenne ograniczały się do ołowianych żołnierzyków i makiet pojazdów; oręż wciąż kojarzył się z niedawną niedolą.

Fantazję pobudzały oglądane podczas sobotnich poranków filmy i ich bohaterowie: Roy Rogers, Hopalong Cassidy, Flash Gordon, The Three Stooges, Charlie Chaplin, Laurel i Hardy, Zwariowane melodie, kreskówki Disneya i mnóstwo innych. Laurel i Hardy to najzabawniejsi faceci pod słońcem. Chaplin wydał mi się zanadto staroświecki, choć praktycznie wszystkie oglądane przez nas filmy nakręcono jeszcze przed wojną.

Jak tylko znaleźliśmy się poza domem, mogliśmy robić prawie wszystko, co nam strzeliło do głowy. Przeciskaliśmy się pod prętami ogrodzeń, na bocznice kolejowe, podbieraliśmy jabłka z drzew w cudzych ogródkach, rzucali kamieniami w kaczki, zostawiali otwarte na oścież drzwi do dowolnego garażu (auta były wielką atrakcją), wędrowali za konnym wozem mleczarza aż do parku Gunnersbury – tam i z powrotem było około szesnastu kilometrów.

Mieliśmy z Jimpym rowerki na trzech kółkach i któregoś dnia – wciąż jako czterolatki – wybraliśmy się we dwóch na moim do parku, by pobić rekord zjazdu w tandemie stromą ścieżką na wprost dworu. Stałem na tylnej osi, Jimpy siedział za kierownicą. Przy dużej prędkości trójkołowiec tracił sterowność, jechał tylko przed siebie, wprost na ceglane ocembrowanie zieleńca u podstawy stoku. Zaliczyliśmy rzecz jasna glebę: buzie umazane ziemią, podrapane i zakrwawione. Pogięty rowerek nie nadawał się do jazdy. Z nosa krwawiłem przez dwa dni.

* * *

W 1950 r., gdy skończyłem pięć lat, nie posłano mnie – jak koleżków – do lokalnej szkoły państwowej. Mama, wciąż zauroczona fajnym wyglądem szkolnego mundurka, wysłała mnie do prywatnej szkoły Beacon House, odległej mniej więcej o kilometr od naszego domu. Nie znałem żadnego z tamtejszych dzieciaków, nie pamiętam stamtąd nikogo, za to pamiętam, że znienawidziłem niemal każdą minutę tam spędzoną.

Szkołę zlokalizowano w wolno stojącej willi. W niewielkim pomieszczeniu na jej tyłach urządzono klasę, do której codziennie rano wkraczaliśmy ze śpiewem na ustach, niczym banda chińskich komunistów poddanych praniu mózgu. Z tą różnicą, że my śpiewaliśmy Onward Christian Soldiers („Naprzód chrześcijańscy żołnierze”). Po niejadalnym lunchu oczekiwano od nas piętnastominutowej drzemki. W ławkach. Każdego, komu zadrżał choćby mięsień, czekała ostra reprymenda; jeśli nie poskutkowała, dostawało się po łapach linijką. Bywało też gorzej. Kilka razy dostałem lanie elastyczną trzciną albo klapsa gumową podeszwą nauczycielskiego buta.

Raz odczułem to nad wyraz dotkliwie, uznałem za poniżenie i poskarżyłem się rodzicom. Porozmawiali z dyrektorką, a ta zaczęła mnie traktować szczególnie okrutnie. Podczas pobytu w szkole miałem nawet zakaz korzystania z WC. Czasem więc zdarzało mi się popuszczać w długiej drodze do domu. Ze strachu przed jeszcze gorszymi sankcjami w szkole nie wspominałem o tym rodzicom. Zachodziłem do Jimpy’ego – okazywał mi współczucie, na jakie nie mogłem liczyć w domu. I użyczał czystych gaci.

Mniej więcej w tym czasie mama zaczęła mnie prowadzać na lekcje baletu. Wszedłem do sali, w której na mój widok rozległ się chichot dwudziestu dziewczynek. Ubrane w baletowe spódniczki kręciły piruety na czubkach palców. Razem ze mną w grupie było tylko kilku chłopców. Któregoś dnia, gdy zachowałem się niewłaściwie, nauczyciel spuścił mi rajtuzy, przełożył przez krawędź wanny i wymierzył na goły tyłek parę klapsów, i to w obecności zainteresowanych dziewczynek tłoczących się w drzwiach łazienki.

Zajęcie baletowe polubiłem pewnie z przewrotności. Dzięki nim do dziś jestem prawie tancerzem. Niemal z siedemdziesiątką na karku mam skłonność do niezdarności, ale przecież już jako młodzieńca obfotografowano mnie do książki o technice Alexandra (technika świadomego rozluźnienia po momencie stresu oraz poszukiwania większej swobody ruchu i oddechu – przyp. tłum.). Trzymam się dobrze na nogach i wiele z moich póz estradowych opiera się na tym, czego nauczyłem się na kilku pierwszych lekcjach baletu. Kilku, gdyż tata wyraził zaniepokojenie maminą decyzją, przestała mnie więc tam prowadzać.

Pod koniec letniej trasy koncertowej, najpracowitszej części sezonu orkiestry Squadronaires, do mamy zatelefonowała Rosie Bradley, dobra znajoma Toma – brata mojej babki Denny. Rosie mieszkała w Birchington, przy tym samym skrzyżowaniu co Denny. Miała mamie do zakomunikowania przykrą wiadomość.

Latem 1951 r. Denny zaczęła się dziwnie zachowywać, a Rosie nie potrafiła określić, na ile jest to wynik klimakterium. Pan Buss, zamożny kochanek Denny, zareagował przekazem pieniężnym. Rosie uważała, że mama powinna się pojawić i zobaczyć, co się dzieje. Opisała ostatnią przesyłkę otrzymaną przez babkę, która przez szerokość ulicy wołała: „Rosie, Rosie! Przyjdź i sama zobacz!”. W pudłach były cztery wieczorowe kreacje i dwa futra. A Denny wciąż po nocy chodziła po ulicach w peniuarze, co Rosie skomentowała: „zachowuje się jak szurnięta”.

Po rozmowie z moimi rodzicami zasugerowała panu Bussowi wynajęcie dla Denny mieszkania z dwiema sypialniami nad sklepem papierniczym przy Station Road w Westgate. Mamie jednak nie ulżyło.

– Cliff – zaczęła rozmowę z ojcem – myślę, że jej odbija. Jak sądzisz, może Pete mógłby z nią zamieszkać? Chodziłby do tamtejszej niewielkiej szkoły, St. Saviours. Byłoby po kłopocie.

I tak to w dość osobliwy sposób zostałem zesłany do Westgate, gdzie zamieszkałem z babką. Zacząłem najmroczniejszy okres życia.

Zapatrywania Denny na domowy reżim były jednoznacznie wiktoriańskie. Porządek dnia, zarówno własny, jak i mój, ustaliła z wojskową precyzją. Pobudka przed szóstą. Na śniadanie grzanka dla niej, dla mnie – płatki kukurydziane i herbata. Jak długo czegoś nie przeskrobałem, bo ulubioną karą, jaką mi aplikowała, była głodówka. Okazywała mi uczucie tylko, gdy zachowywałem się nienagannie, siedziałem cicho, byłem bezgranicznie uległy i świeżo umyty. A to znaczy, że nigdy. Była perfekcyjnie podłą wiedźmą, która czasem groziła rzuceniem na mnie cygańskich klątw. Co rodzice mieli na myśli, gdy decydowali o zesłaniu mnie do babki?

Kiedy w wieku sześciu lat zaczynałem naukę w St. Saviours, pod względem czytania i pisania należałem do najgorszych w klasie. Gdy kończyłem – byłem w czołówce. Była to, jak przypuszczam, dobra strona zesłania do babki. Napisałem list do jej starszej siostry, ciotki Rose. Zwróciła mi go z zaznaczonymi na czerwono błędami ortograficznymi i gramatycznymi. Mało, że byłem urażony, to jeszcze ciotka dodatkowo powiedziała swej siostrze, że jestem za duży na to, by nie umieć czytać i pisać poprawnie. Zasugerowała babci Denny, by przeczytała mi połowę jakiejś książki trzymającej w napięciu, a resztę poleciła przeczytać samodzielnie. Wybrała Mojego karego pióra Anny Sewell. Podstęp się udał – fabuła mnie zainteresowała. Ale w równym stopniu uwierała konieczność słuchania, zatem szybko wziąłem tom i dokończyłem lekturę.

Nie pamiętam innych lektur z okresu mieszkania u babki Denny. Jedną z nielicznych rozrywek było „znęcanie się” nad uchwytami szuflad komody – udawały manetki sterujące łodzią podwodną. Słuchałem też godzinnej audycji radiowej dla dzieci; przygody niektórych jej bohaterów były całkiem, całkiem…

Vis-à-vis naszego mieszkania zatrzymywały się autobusy. Denny przez okno donośnym głosem zapraszała kierowców na filiżankę herbaty. Czasem sama do nich schodziła z naparem albo wysyłała mnie. Nie widziała niczego zdrożnego w wychodzeniu na ulicę w szlafroku narzuconym na koszulę nocną. Także mnie nie przeszkadzało chodzenie w piżamie na drugą stronę ulicy, by poczęstować kierowcę herbatą. Złościłem się, gdy babka domagała się, bym w tym stroju wypuszczał się dalej: do kiosku z gazetami czy sklepu spożywczego. Wówczas natykałem się na idących do pracy dorosłych, którzy dziwnie na mnie patrzyli.

Babcia wyganiała mnie z łóżka o piątej rano, sama pakowała rozmaite smakołyki przygotowane wieczór wcześniej; były wśród nich ciastka w foremkach. Razem szliśmy pod wcześniej ustalone adresy, gdzie zwykle mieszkali oficerowie amerykańskiego lotnictwa. Odbywała się szybka wymiana: Denny podawała kanapkę albo foremkę, nie wiem natomiast, co otrzymywała w zamian. Przypominam sobie wielkie, olśniewające auta z szybami opuszczonymi do połowy. Niewyraźnie pamiętam też mężczyznę, do którego musiałem mówić „wujku”; nie słyszał na jedno ucho i kilka razy zostawał na noc. Miał wąsik à la Hitler. Po tym wszystkim byłem zły i rozżalony. Lata spędziłem z psychoterapeutą, próbując to wszystko rozgryźć. W 1982 r. terapeuta nalegał, bym się przełamał i sięgnął do głębszych pokładów pamięci. Miało mi w tym pomóc spisywanie relacji z tych porannych wymian. Gdy doszedłem do opisywania spotkania – scenki z opuszczającym szybę oficerem amerykańskiego lotnictwa i pochyloną ku niemu Denny – nagle po raz pierwszy przypomniały mi się otwierane tylne drzwi auta. Zacząłem się trząść i nie potrafiłem już niczego więcej napisać ani przywołać z pamięci. Wszystkie szufladki się zatrzasnęły.

Nasze mieszkanie wychodziło na podest pierwszego piętra, a mój pokój zawsze był otwarty – klucz tkwił w zamku od zewnątrz. Kiedy nocą oblatywał mnie strach, zmykałem do pokoju Denny. Jeśli był otwarty, babka mnie przeganiała. Gdy był zamknięty, udawała, że śpi i nie reagowała na dobijanie się do drzwi. Po dziś dzień budzę się przerażony, spocony ze strachu, trzęsę się z wściekłości, ponieważ wychodzące na podest drzwi mojego pokoju nigdy nie były zamykane na noc. Byłem wszak dzieckiem, ledwie sześciolatkiem, a co wieczór kładłem się spać z poczuciem narażenia na niebezpieczeństwo. Samotny i bezbronny.

Oprócz autobusów z okien widzieliśmy też stację kolejową. Uwielbiałem patrzyć na wspaniałe parowozy, marząc o przyglądaniu się im z kolegą, bratem, siostrą – z kimkolwiek. Często ostatnie myśli przed zaśnięciem koncentrowały się na tęsknocie za fizyczną bliskością. Denny mnie nie dotykała; wyjątkiem były klapsy, brutalne pocieranie podczas kąpieli lub zanurzanie głowy siłą, by spłukać mydło. Któregoś wieczoru, gdy straciła cierpliwość, przytrzymała ją pod wodą dość długo.

W St. Saviours było kilkoro dzieci z pobliskiej amerykańskiej bazy lotniczej. Pewien wysoki, szczupły chłopiec przychodził do szkoły w szykownym garniturku z gofrowanej tkaniny (ang. seersucker) – nadal de rigueur w niektórych częściach USA. Jego rodzice nie uświadamiali sobie ośmieszania, jakie strój mógł prowokować. Aż do chwili, gdy Robert (syn Rosie Bradley) i ja nabijaniem się doprowadziliśmy kolesia do płaczu w obecności nieszczęśliwej matki, zabierającej pociechę do domu. Do dziś się wstydzę udziału w dręczeniu.

Dyrektorem szkoły był pan Matthews – człowiek otyły, łysiejący i nieszczerze pogodny. Okno jego gabinetu wychodziło na boisko, a ulubionym dyrektorskim zajęciem było dawanie krnąbrnym podopiecznym trzciną w tyłek. Za „pręgierz” służyło biurko, a egzekucji przyglądali się zgromadzeni pod oknem uczniowie nieszczędzący szyderstw. Pewnego dnia i ja wylądowałem na miejscu kaźni, dziś nie przypominam sobie za co. Tkwiłem wypięty w stronę okna, za którym gęsto było od ciekawskich, żądnych sycenia się zadawanym mi bólem. Ku ich rozczarowaniu pan Matthews tym razem mi darował.

Od czasu do czasu mnie i babcię odwiedzała w Westgate mama. Emanowała londyńskim szykiem, któremu towarzyszyło wrażenie życia w pośpiechu i nierzeczywistości. W okresach jej nieobecności Denny uganiała się za kierowcami autobusów i lotnikami, ja zaś czułem się podle. Straciłem pięknych, młodych rodziców dla życia w warunkach spartańskiej dyscypliny pod okiem żałosnej kobiety z desperacją przypatrującej się, jak cichcem w niebyt odchodzi jej młodość. Traktowanie przez Denny odczuwałem jak mściwość, podobnie porzucenie przez matkę. Śmierć i zniknięcie z mojego życia ukochanych mężczyzn – nieobecnego ojca i niedawno zmarłego Jerzego VI – też wydawały mi się zemstą. W wieku siedmiu lat doświadczyłem całkowitego braku miłości i przywództwa.W tym czasie mama romansowała z innym mężczyzną. Pamiętam, że siedziałem kiedyś na tylnej kanapie VW garbusa, czekającego na jednym ze skrzyżowań Gunnersbury Avenue. Mama poznała mnie z kierowcą Dennisem Bowmanem; oznajmiła, że wiele dla niej znaczy i że właściwie zostanie moim nowym ojcem.

– Lubię cię bardziej od drugiego taty – zwróciłem się do pana Bowmana. – Masz auto.

Auto jest jasnozielone; na skrzyżowaniu zapala się zielone światło, a ja panu Bowmanowi też daję zielone światło.

3

Nie dostrzegliście

Wspomnienie pana Bowmana wróciło po latach, gdy mama mi o nim opowiedziała. Rosie Bradley informowała ją na bieżąco o pogarszającym się stanie psychiki Denny. W końcu mama poprosiła tatę, by się wybrali do babci oboje. Ojciec, wstrząśnięty dewiacyjnymi zachowaniami babki, oznajmił:

– To absurd! On nie może z nią tu zostać. Przecież kompletnie zbzikowała.

Postanowili, że Denny zamieszka z nami aż do czasu, gdy się jej polepszy. Czasem sobie myślę, że gdyby babcia nie zwariowała, mógłbym nigdy nie wrócić z Westgate do domu.

W lipcu 1952 r. zjawiła się mama, by zabrać mnie do domu pociągiem. Nie z tatą, ale z Dennisem Bowmanem i Jimpym. Widok kumpla bardzo mnie ucieszył. W pociągu przekonałem się, że mama najwyraźniej nie była gotowa na mój powrót. Irytowało ją moje wiercenie się i mój katar. W istocie wszystko było źle. Dennis Bowman delikatnie strofował:

– To kochany chłopczyk. Czego od niego chcesz?

Podczas mojej nieobecności rówieśnicy w Acton podzielili się na dwa gangi. Liczniejszemu przewodził Jimpy, którego autorytet podbudowywało cotygodniowe zwycięstwo w biegu. Jakimś cudem w dniu powrotu nieomal go pokonałem. Natychmiast awansowałem na jego zastępcę. Zaraz po biegu poszedłem połazić po drabinkach rozstawionych na placu zabaw. Okupował je groźnie wyglądający chłopak, który gapił się na mnie lekceważąco.

– Spadaj stąd, koleś.

Normalnie pewnie bym podwinął ogon pod siebie, ale tym razem wstąpił we mnie duch walki. Wlazłem na górę i gdy spróbował mnie strącić, popchnąłem go tak mocno, że spadł. Otrzepał spodnie i najwyraźniej miał ochotę dać mi nauczkę. Coś go jednak tknęło i dał za wygraną. Najwyraźniej domyślił się, że jestem przyjacielem Jimpy’ego. Poczułem się szczęśliwy i bezpieczny w chłopięcym gangu pod ochroną jego przywódcy.

Jak tylko dzieciństwo wydawało się przybierać pogodniejsze oblicze, znów zaczął mi się palić grunt pod stopami. Wyglądało, że stracę jednego z ukochanych rodziców. Szczegóły poznałem lata później.

– Tato się zgodził, bym od niego odeszła, pozwolił także zabrać ciebie. Dennis dostał nową posadę na Bliskim Wschodzie – objaśniła mama. – Jako były oficer RAF-u, miał kwalifikacje do pracy za granicą. Złożył aplikację z powodu kłopotów, w jaką mnie tu wpakował. Dostał stanowisko w Adenie. Bardzo intratne.

Tacie się jednak odmieniło.

– Jak tylko Cliff się dowiedział, że mam zamiar zabrać cię do Adenu, przyszedł i oznajmił: „Usiądź, chcę ci coś powiedzieć”. Miałam już wtedy w ręce bilety, dla ciebie i swój. A Cliff kontynuował: „Zmieniłem zdanie; nie zabierzesz Petera. To bardzo daleko. Zastanów się, czy nadal chcesz odejść?”. Rozważyłam wszystko i w końcu zdecydowałam się jeszcze raz dać twemu ojcu szansę.

Zastanowiło mnie, co mama rozumiała jako „wpakowanie w kłopoty” przez Dennisa Bowmana? Ciążę?

– Tak, pod tym względem byłam w bardzo złej sytuacji – zawahała się. – Miałam kilka poronień.

Zamilkła na dłuższą chwilę.

– A w zasadzie aborcji.

Pierwszy raz poddała się pokątnemu zabiegowi, po którym uznała, że z kolejnymi niechcianymi ciążami poradzi sobie sama.

– Zrobiłam to pięć razy.

Miałem siedem lat, byłem szczęśliwy, że znów jestem u siebie. W hałaśliwym domu z ubikacją w podwórzu i rozchodzącym się z piętra kuszącym aromatem żydowskich potraw. Czułem się coraz pewniej. Jerry Cass wciąż słuchał radia – trzeciego programu BBC, nadającego muzykę klasyczną, głównie orkiestrową. Bardzo głośno, przez kwadrans, czyli tyle, ile mu zabierało golenie (do dziś lubię być budzony przez Radio 3, jak zwykło się tę stację nazywać obecnie). Jak tylko wróciłem do starych nawyków, życie zrobiło się bardzo obiecujące. Tato nadal często ruszał w trasy albo koncertował wieczorami, mama natomiast była na miejscu. Czasem podenerwowana, ale nie miała więcej ochoty na powierzenie mnie pieczy babci Denny.

W 1952 r. Squadronaires zaczęli latem stale występować w Palace Ballroom w Douglas na wyspie Man. I tak miało być przez kolejne dziesięć lat. Na cały pierwszy letni sezon wynajęliśmy mieszkanie, a mama – wciąż wyplątująca się z romansu – wynajęła na poczcie skrytkę, do której trafiała codzienna korespondencja od Dennisa Bowmana.

Letnie mieszkanie w przyziemiu pokaźnej kamienicy miało jedną sypialnię. Spanie dla mnie urządzono w salonie przerobionym z jadalni. Od czasu do czasu budził mnie skradający się boso tato, który albo wrócił późną nocą z baru, albo starał się cichcem wymknąć.

Jimpy’ego kochałem jak brata. Zabawialiśmy się wyśmienicie. Byliśmy też wielkimi odkrywcami. W Douglas, stolicy wyspy Man, gdzie mieszkał z nami, natrafiliśmy na walącą się rezydencję otoczoną wysokim murem, przez który przełaziliśmy, by kraść jabłka. Dom wydawał się niezamieszkany. Udało się nam dostać do sieni, skąd przez jedną dziurkę od klucza zobaczyliśmy staroświecki automobil, przez inną coś, co wyglądało na skarb – stare zegary, narzędzia, łańcuchy. Próbowaliśmy sforsować drzwi, ale ani drgnęły.

Odkrywanie to było coś, ale największą przyjemność sprawiało oglądanie koncertującego Squadronaires. Wkładaliśmy schludne ubranka, a mama dawała nam po kilka szylingów na koktajle mleczne i ciasteczka. Zanim zaczęły się tańce, staliśmy pośrodku pustego parkietu, delikatnie podskakując. Podłoga osadzona była na sprężynach. Potem mogliśmy się wałęsać, słuchać muzyki i patrzyć na fruwające kiecki nastoletnich tancerek. Czasem na skraju dębowego parkietu ćwiczyliśmy własne układy taneczne.

W niedziele koncerty odbywały się w przyległym do sali tanecznej audytorium Palace Theatre. Tam Squadronaires akompaniowali gościnnie występującym artystom. Nierzadko bardzo znanym, jak: Shirley Bassey, Lita Roza, Eartha Kitt, Frankie Vaughan czy Morton Fraser Harmonica Gang. A także komikom, w tym George’owi Formby’emu, brzdąkającemu na śmiesznym małym banjo. Zapamiętałem też nowinkę: muzyka grającego jednocześnie na gitarze elektrycznej i trzymanej w ustach małej harmonijce. Wyglądał zabawnie. Organki piszczały tak, jakby ściskał zębami trzymaną w ustach mysz. Pojawiał się na scenie regularnie, więc najwidoczniej przypadł widzom do gustu.

Nabrałem ochoty na naukę gry na tym instrumencie i zacząłem na poważnie ćwiczyć na harmonijce taty.

Tamtego roku na wyspie Man spędziłem cudowny okres. Zakochałem się w młodszej blondynce z sąsiedztwa. Któregoś dnia podczas zabawy w „mamusie i tatusiów” objąłem ją w dziecięcym namiociku i przez chwilę poczułem się jak dorosły. Później usłyszałem od jej matki, że dziewczynka, jak dorośnie, będzie łamaczką serc. Nie miałem pojęcia, jak rozumieć „łamanie serc”, wiedziałem tylko, że moje biło żywiej.

Pod koniec pierwszego sezonu letniego na wyspie Man mama sprowadziła Denny. Powierzyła mnie jej opiece, sama zaś wróciła do Londynu, by ostatecznie zerwać z Dennisem Bowmanem. Jesienią zaczęła współżyć z tatą. Ze wszystkich sił starali się o drugie dziecko – by scementować rodzinę i zapewnić mi rodzeństwo. Długo to trwało, braciszek Paul urodził się po pięciu latach. Dziś wiem, że powodem były komplikacje ginekologiczne. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby o czasie wiedziała, z którym mężczyzną chce sobie ułożyć życie.

Dumnemu tacie pewnie niełatwo było zejść się z mamą po jej romansie z Dennisem Bowmanem. Nie przypuszczam, by wiedział o aborcjach. Ale jeśli tak, albo jeśli żywił tylko podejrzenia, wyjaśniałoby to popijanie i nieobecności. Tłumaczyłoby też, dlaczego – po pogodzeniu się – w obecności żony i rodziny czuł się najlepiej, gdy był podchmielony; tylko w tym stanie przechodziły mu przez gardło miłosne deklaracje.

We wrześniu 1952 r. zacząłem naukę w Berrymede Junior School. Pamiętam powroty do domu i Denny wyglądającą zza balkonowych drzwi, jak jakieś osobliwe stworzenie uwięzione w klatce. Rodzice oddali jej własną sypialnię, którą zapełniła smętnymi łupami z czasów, gdy była utrzymanką pana Bussa: srebrnymi szczotkami do włosów, zestawami do pielęgnacji paznokci i stołowymi zapalniczkami ronsona. Pewnie powinienem jej powiedzieć, że jest mi jej żal, ale się na to nie zdobyłem.

Mniej więcej w tym czasie zacząłem karierę podpalacza. Chodziłem po sąsiedzku, od drzwi do drzwi, i pożyczałem zapałki, tłumacząc, że mamie zgasło w piecu. Nie puściłem z dymem żadnego domu, a tylko stare samochody albo sterty śmieci w miejscach, gdzie spadły bomby. Pewnego razu źle oceniłem sytuację. Napotkany chłodniczy furgon uznałem za wrak, ułożyłem więc pod nim konstrukcję z klocków, nafaszerowałem papierem i podpaliłem. Na ten widok zjawił się właściciel wehikułu, wrzeszcząc:

– Benzyna! Benzyna! Wszystkich nas zabijesz!

Innym razem, ogarnięci manią niszczenia, wraz z Jimpym ułożyliśmy stertę żelastwa na torach kolejowych pod wiaduktem. Gdy tylko doszedł nas stukot nadjeżdżającego pociągu, zwialiśmy, nasłuchując odgłosu katastrofy. Mogli być nie tylko ranni, ale też zabici, nam zaś groziło rozpoczęcie innego życia – za kratkami. Na szczęście pociąg się nie wykoleił.

W domu najważniejszym źródłem rozrywki było radio. Telewizja zaczęła nadawać w 1952 r., ale nasza rodzina, podobnie jak miliony innych, z kupnem telewizora poczekała do 1953 r. i uroczystości koronacyjnych. Czytałem dużo komiksów i książek Enid Blyton, których bohaterem był Noddy – mały chłopczyk z drewna. Zaczęły się ukazywać w 1949 r., były zatem czymś nowym. Tato zmajstrował model żaglówki, który czasem w niedziele zabieraliśmy do Hyde Parku. Chodziliśmy też obaj na wyścigi chartów; były magiczne, zwłaszcza te rozgrywane na stadionie White City. Zawsze wypłacał mi zbyt duże kieszonkowe.

Berrymede to biedne kwartały w południowej części Acton. Któregoś dnia podczas pierwszego okresu w  tamtejszej szkole powiedziałem chłopakowi na szkolnym podwórku, że tato zarabia trzydzieści funtów tygodniowo. Nazwał mnie kłamcą – ówcześnie średnia płaca wynosiła mniej niż jedną trzecią tej kwoty. Ale się postawiłem. Powiedziałem prawdę. Niechybnie doszłoby do bitki, gdyby nie interwencja nauczyciela. Ostrzegł mnie:

– Nikt nie zarabia tyle. Nie bądź głupi!

Ojciec pewnie był dobrze wynagradzany, ale w niewielkim stopniu przekładało się to na nasz styl życia (jeśli pominąć stroje mamy). Nosiłem niechlujne szare krótkie spodnie i bezrękawnik z szetlandzkiej wyspy Fair. Do tego szare wełniane podkolanówki, zabłocone buciki i białą koszulę, która nigdy całkiem biała nie była. Nie mieliśmy samochodu, mieszkanie było wynajęte, rzadko wyjeżdżaliśmy na wakacje. Podróżowaliśmy zwykle wtedy, gdy było to częścią pracy taty. Mieliśmy gramofon, ale przez całe dzieciństwo słuchaliśmy tych samych dwudziestu płyt. Aż do czasu, gdy sam zacząłem kupować następne.

Jedyną płytą dla dzieci była The Teddy Bear’s Picnic; na jej drugiej stronie znajdował się utwór Hush, Hush, Hush, Here Comes the Bogeyman w wykonaniu Henry’ego Halla i Orkiestry Tanecznej BBC. Często jej słuchałem, choć już wówczas wolałem brzmienie nowoczesnych big-bandów, w tym orkiestr Teda Heatha, Joego Lossa i Sidneya Torcha, z którą przed zamążpójściem gościnnie śpiewała mama. Okres mieszkania w Westgate z babcią Denny sprawił, że znielubiłem broadwayowskie brzmienie. Co dzień z wielkiej babcinej radioli (prezentu od pana Bussa) dobywały się budzące grozę trzeszczące dźwięki Bali Hai z musicalu South Pacific. Lubiłem tylko jeden utwór z tej płyty: I’m Gonna Wash that Man Right out of My Hair – ale nawet i on nabrał złowróżbnej wymowy za sprawą babcinej brutalności okazywanej podczas moich ablucji.

Rok 1953 zapowiadał się na najszczęśliwszy w moim dotychczasowym życiu. Do czasu – Jimpy się przeprowadził. Mimo że nie chodziliśmy do tej samej szkoły, wciąż był pępkiem mojego świata. I zniknął. Rodzice zdecydowali, że zastąpi mi go szczeniak springer spaniela. Przypominam sobie przebudzenie w dniu urodzin, gdy jeszcze na wpół śpiącemu pokazano urocze, drzemiące szczenię, zwinięte w kłębek na fotelu. Nazwaliśmy je Bruce.

Stał się mą wielką radością, mimo że okazał się bezwstydnie nielojalny. Gdy tylko któryś z przyjaciół lub sąsiadów zawołał „Bruce!”, niewdzięczne stworzenie gnało w jego kierunku. Choćbym nie wiem co robił, za żadne skarby nie chciało do mnie wrócić. Nikomu w rodzinie nie przyszło do głowy ułożyć psa i w efekcie czas upływał Bruce’owi na ujadaniu.

Pewnego letniego dnia miejscowy fotoreporter uwiecznił na kliszy mnie z substytutem Jimpy’ego. Zdjęcie ukazało się na łamach „Acton Gazette”. Siedzimy oparci o mur, nieomal drzemiąc w promieniach popołudniowego słońca. W tamtych czasach chodnik był długą, bezkresną ławką. Gdziekolwiek przysiedliśmy w okolicy, z miejsca wyglądało, że nadzorujemy i taksujemy wszystkich przechodzących, niczym początkujący alkoholicy.

W chłopięcej gromadzie poczynaliśmy sobie coraz śmielej. Byliśmy nieco starsi i z lubością zaczęliśmy przesiadywać pod wiaduktem West Acton na trasie pociągów pośpiesznych GWR na zachód. Bramy na Twyford Avenue na noc nie zamykano, mogliśmy więc, osłonięci przed deszczem, czekać na pociągi ekspresowe West Country i Welsh, które po opuszczeniu dworca Paddington już z pełną prędkością, z hukiem wtaczały się na wiadukt. Po przejeździe jednego ze składów bezmyślnie cisnąłem patyk na drugą stronę torów. Bruce, z instynktem retrievera, rzucił się aportować, wprost pod koła rozpędzonej lokomotywy. Pewien byłem, że już po nim. Nagle jest – z kijem w zębach, między wielkimi kołami schylał łeb pod wałem napędowym. Jakimś cudem nietknięty wydostał się spod pędzących wagonów i złożył patyk u stóp Petera S., swego ulubionego sąsiada. Pokręciłem głową nad dzielnością i nielojalnością pupila.

Któregoś dnia po powrocie do domu dowiedziałem się, że Bruce’a nie ma. Został oddany tam, skąd do mnie trafił – tak przynajmniej utrzymywała mama. Byłem absolutnie przekonany, że został uśpiony, ale udałem, że tak nie jest, by się nie złościła, że się zdenerwowałem. Pocieszałem się myślą, że jakby mama nie kazała go uśpić, przypuszczalnie i tak zginąłby z innego powodu.

Bruce był więcej niż kompanem. Kiedy nagle zniknął, byłem załamany – nie tylko brakiem psa, ale też brakiem tego, co w założeniu miał mi zastąpić. Kiedy Jimpy kręcił się w pobliżu, czuliśmy się jak prawdziwa rodzina.

W czerwcu 1953 r. oglądaliśmy na dziewięciocalowym ekranie nowiutkiego telewizora bezpośrednią transmisję z koronacji Elżbiety II w Opactwie Westminsterskim. Żeby cokolwiek zobaczyć, należało zgasić wszystkie światła i zaciągnąć story w oknach. Do tej pory rodzice, jeśli chcieli wyjść do pubu, musieli mnie zabierać ze sobą albo wynajmować opiekunkę. Teraz jej rolę przejął telewizor, mogli więc zostawiać mnie w domu samego.

Ja zaś, wystraszony, śledziłem straszny serial science fiction – The Quatermass Experiment. Powrót na Ziemię jedynego ocalonego członka kosmicznej ekspedycji, który „zarażony” przez Obcych stopniowo, w przerażający sposób zamienia się w monstrualne warzywo. Efekty specjalne były prymitywne, ale za to warstwa psychologiczna bardzo przekonująca. Tak bardzo, że zacząłem mieć koszmary nocne. Przypuszczalnie podświadome pragnienie powrotu rodziców do domu popchnęło mnie do igrania z elektrycznym grzejnikiem: zwijałem w ciasne rulony gazety i podpalałem od rozżarzonych do czerwoności spiral. Na szczęście, nie udało mi się podpalić mieszkania.

Rodzice wciąż starali się odbudować małżeństwo. Przypuszczałem, że pub i krąg spotykanych tam przyjaciół odgrywały w tym bardzo żywotną rolę. W tamtych latach zostawianie dzieci w domu bez opieki było powszechniejsze niż dziś. Nie będę udawał, że mi się to podobało, ani że uważałem to za normalne. Tak naprawdę moje poczucie osamotnienia, bycia odmieńcem, wyobcowania były dalece bardziej „normalne”, niż sobie uświadamiałem.

Zawsze byłem marzycielem. Panna Caitling, moja nowa nauczycielka, to dostrzegła i starała się pomóc. Raz czy dwa przyłapawszy mnie na kłamstwie, dała to do zrozumienia, ale nigdy nie robiła z tego wielkiego halo. Sposób, w jaki potraktowała mnie ta przebiegła kobieta, pozbawił możliwości obwiniania autorytetów za wstyd z powodu zmyślania tego i owego. Nie miałem innego wyboru, niż uznać go za wynik własnych poczynań.

Panna Caitling nie była piękna ani nawet przystojna: uroda odrobinę męska, krępa, mocna budowa ciała, krótkie ciemne włosy. Do tego nosiła praktyczne obuwie. Za to spojrzenie ciemnych oczu emanowało ciepłem i zrozumieniem. Była guru przegranych, świetnym belfrem dla tak ówcześnie podupadłej okolicy jak South Acton. Nie była nieziemskim wampem (jak mama), ani niegodziwą wiedźmą (jak babcia Denny); była nową kategorią kobiety.

W sprawie panienek w moim wieku polegałem na wskazówkach rówieśników. A oni wiedzieli jeszcze mniej niż ja. Tato też niewiele pomógł. Pewnego wieczoru, gdy był już zalany, zaczął mnie uświadamiać.

– Mężczyzna wpuszcza w kobietę coś w rodzaju siuśków – zaczął.

Resztę szczegółów przekazał obrazowo, nie wiem, czemu więc w najważniejszym zełgał. Przypominam sobie, że uświadomiłem koleżkę tak, jak zrozumiałem ojcowską lekcję. Zapamiętałem, że się zdumiał konstatacją, że wszyscy powstaliśmy z moczu.

Ósmego maja 1955 r. tata występował w Green’s Playhouse w Glasgow i tam dotarł do niego telegram od Norriego Paramora z wytwórni Parlophone Records (część EMI). Proponował ojcu nagranie płyty solowej. Ukazała się 31 lipca 1956 r., nosiła tytuł Unchained Melody. W okolicznych sklepach płytowych zaroiło się od plakatów z urodziwą twarzą taty. Płyta nie sięgnęła szczytów popularności, między innymi dlatego, że równocześnie do sklepów trafiły nagrania co najmniej trzech innych twórców. Tato popowym gwiazdorem! Chciałem być taki jak on.

Latem, jak zwykle, wszyscy pojechaliśmy na wyspę Man. Pewnego razu, gdy orkiestra grała w Palace Ballroom, znalazłem się między dwiema nastolatkami, które zaczęły się ze mną droczyć. Miały na sobie sukienki z głębokimi dekoltami, obowiązujące wówczas halki, szykowne pantofelki. Czułem się przy nich jak chłopczyk, zerkałem w dekolt, na obfite piersi to jednej, to drugiej, one zaś były pochłonięte rozważaniami, którzy członkowie Squadronaires je najbardziej kręcą. Jedna bez wahania wskazała na perkusistę, druga się zastanawiała i w końcu wymieniła saksofonistę.

– To mój tato! – wypaliłem.

Spojrzała na mnie z takim niesmakiem, że aż poczułem się zakłopotany.

Incydent ugruntował we mnie przekonanie, że zostanę muzykiem estradowym, oraz na zawsze uprzedził do perkusistów budujących seksapil szybkim naciskaniem stopy.

W 1956 r. muzyki popularnej jeszcze nie utożsamiano z rock and rollem. Ale w słuchanej przez ojca i mnie radiowej audycji rozrywkowej – The Goon Show, w której występowali Peter Sellers, Spike Milligan i Harry Secombe – odtwarzano pierwsze w BBC kawałki rockowe. Do jednego z programów zaproszono Raya Ellingtona, młodego angielskiego wokalistę, perkusistę i artystę kabaretowego. W kwartecie wykonał takie utwory, jak: Rockin i Rollin’ Man, które skomponował na potrzeby audycji, moim zdaniem na chybcika. Wydały mi się hybrydą jazzu: swingiem opatrzonym głupawymi tekstami. W sumie jednak całość zrobiła wrażenie młodzieżowe i zrewoltowane. Zresztą jak cały The Goon Show. Rodzice uważali, że poza nosowym sopranem brak mi innych muzycznych talentów. Nie wolno mi było nawet dotknąć ojcowskiego klarnetu i saksofonu. Pozostała mi tylko własna harmonijka.

Podczas pierwszej wędkarskiej eskapady na wyspie Man doznałem porażki w walce z wielkim pstrągiem. Na pociechę, w deszczu, zagrałem na organkach. Zatraciłem się w tym muzykowaniu, by nagle doznać nadzwyczajnego, odmieniającego życie doświadczenia. W muzyce usłyszałem muzykę – bogate, złożone, harmoniczne piękno zaklęte w wydobywanych dźwiękach. Nazajutrz wybrałem się łowić na muchę. Tym razem szmer rzeki otwarł muzyczny sezam tak bogaty, że co rusz wpadałem w trans. To był początek życiowej pasji, jaką stały się rzeki i morze; początek zainteresowania tym, co można nazwać harmonią sfer – musica universalis. Zawsze kusiła mnie woda. Jeden ze szkolnych kolegów należał do morskich skautów. Miałem wówczas jedenaście lat i byłem pod wrażeniem mundurka i odznak. Zabrał mnie na spotkanie z drużynowym i natychmiast zostałem wciągnięty na listę uczestników „weekendu na piętrowych pryczach”, który miał przysposobić do obozowego życia. Tato – po indagacji jednego z zastępowych – nabrał podejrzeń. Wyznał mi, że koleś nie wie, jak poprawnie wywiesić flagę brytyjską. Ba, tato wątpił, czy przepytywany kiedykolwiek służył w marynarce. Napierałem się i wówczas padło z ojcowskich ust „to pedał” – wyrażenie, którego nie rozumiałem.

W końcu tato jednak wyraził zgodę i wypuścił na weekend. Drużyna rezydowała nad Tamizą, w dużej szopie-hangarze, przerobionej na zbiorową sypialnię; po sąsiedzku cumowały łodzie wiosłowe oraz stara szalupa okrętowa, którą wożono chłopców na wycieczki. Przyjechaliśmy w sobotę i całe popołudnie upłynęło nam na próbach wiązania węzłów żeglarskich. Z diagramów, gdyż dwójka towarzyszących nam dorosłych ich nie znała. Po lunchu zaczęło zmierzchać i wszyscy w pośpiechu podążyli do łodzi, która zabrała nas w krótki rejs po rzece.

Był przypływ, wiosłowanie nie gwarantowało bezpieczeństwa, zatem załoga umocowała na rufie archaiczny silnik i odpaliła. Kiedy mijaliśmy Old Boathouse w Isleworth, znów zacząłem słyszeć najniezwyklejszą muzykę, musującą wysokim staccato silnika i pluskiem wody omywającej kadłub. Słyszałem skrzypce, wiolonczele, rogi, harfy i głosy… Coraz więcej, aż w końcu usłyszałem nieprzeliczony anielski chór. To było bardzo duchowe doznanie. Nigdy od tamtej pory nie słyszałem takiej muzyki, choć moją muzyczną ambicją jest powrót do tamtych dźwięków i wrażeń, jakie na mnie wywarły.

W samym apogeum euforycznego transu szalupa zaryła w mulisty brzeg opodal stanicy drużyny. Łódź znieruchomiała, zniknęła muzyka. Pozbawiony jej, cichutko załkałem. Jeden ze starszych okrył mnie kurtką i poprowadził w stronę obozowiska. Tam posadzono mnie przy piecu, bym się ogrzał. Podpytywałem chłopców, czy któryś słyszał anielskie chóry, ale żaden nie raczył nawet odpowiedzieć.

Kilka chwil później stałem w strugach zimnej wody po prysznicem. Było prawie ciemno, za plecami dwóch mężczyzn słabo jaśniała pojedyncza żarówka. Stali i patrzyli, jak się trzęsę w strugach lodowatej wody.

– Teraz jesteś prawdziwym morskim skautem – dobiegł mnie głos. – Tak wygląda ceremonia chrztu.

Niczego ceremonialnego – poza onanizowaniem się obu facetów łapami trzymanymi w kieszeniach – nie zauważyłem. Choć marzłem, pozwolili mi wyjść spod prysznica dopiero, gdy skończyli to ukradkowe szczytowanie. Byłem zniesmaczony, a przy tym trochę poirytowany świadomością, że nigdy tu nie wrócę i nigdy nie dostanę marynarskiego mundurka.

Zapamiętałem tylko jedną prawdziwą kłótnię rodziców. Przerażony tkwiłem w jadalni, z kuchni dobiegał odgłos tłuczonych kubków. Błysnął nóż w maminych rękach. Włączyłem się, szlochając jak aktor, tylko po to, by usłyszeć od taty, że mam się przestać mazać. Nie cierpiał takiego melodramatu, jaki stał się moim udziałem. Były też przyjęcia; czasem tato zapraszał muzyków. Ich gra nie pozwalała mi zasnąć, ciskałem się z tego powodu i płakałem, czym złościłem ojca. Przy kolegach czyniłem mu wyrzuty, on mi się rewanżował tym samym. Wszystko to było zarazem bardzo ekscytujące. Zapach dymu tytoniowego, piwa i szkockiej snuły się po przedpokoju.

Przypuszczalnie w ramach rekompensaty za niemożność spania z powodu żywiołowych nocnych bibek rodzice sprawili mi czarny rowerek. Użyczałem go codziennie koledze Davidowi, który miał do rozwiezienia gazety. Płacił mi sześć pensów tygodniowo. Współpraca się skończyła, gdy przyłapałem go na brutalnym pokonywaniu krawężników.

Rower dał okazję do myszkowania na całego po okolicy. Na obszarze około ośmiu kilometrów kwadratowych nie było pewnie takiej ulicy, alejki czy zaułka, których bym nie odwiedził. W bandzie, do której należałem, jako jeden z nielicznych miałem rower. Jeździłem więc w pojedynkę, co tylko pogłębiało uczucie osamotnienia. Często za to podczas jazdy wpadałem w rodzaj transu. Z tego powodu nieomal zginąłem pod kołami śmieciarki, gdy na swojej ulicy nieuważnie skręciłem – głowę wszak miałem zaprzątniętą anielskimi głosami.

Na mojej pierwszej ustnej harmonijce chromatycznej mozolnie nauczyłem się chytrego tematu z Dixon of Dock Green, wykonywanego przez Tommy’ego Reilly’ego. Nie zrobiło to na nikim najmniejszego wrażenia. Uznałem, że z tym instrumentem nie dochrapię się statusu gwiazdy.

Jak wielu kumpli spędzałem długie nudne godziny przed rozmaitymi pubami, z paczką ciasteczek i gazowanym napojem w garści. Zastanawiałem się wówczas, dlaczego mam taki luksus tylko wtedy, gdy rodzice się zalewają. Raz wpadłem na drobnej kradzieży. Wszedłem do księgarni po książeczki z serii „Observer”, które wówczas zbierałem. Zapłaciłem za dwie, a próbowałem wynieść sześć. Co dziwne, wiedziałem, że mnie przyuważą. Wezwano policję, która mnie przesłuchała i puściła wolno.

Tato incydentu nie skomentował. Zapamiętałem uprzejmą reprymendę, udzieloną przez funkcjonariusza:

– To pierwszy raz, synku. Postaraj się, by był ostatni – wybrałeś okropną drogę.

Okropną drogę? Był dobrym gliniarzem, z drugiej strony wydało mi się oczywiste, że wypełniam sobie czas; występek jest wynikiem nudy. By się ustatkować, zacząłem kolekcjonować. Zbierałem modele pociągów, samochodów, komiksy, znaczki pocztowe.

Zdecydowanie nie miałem naukowego zacięcia, mimo że wciąż pisałem jakieś historyjki i wykonywałem setki rysunków (przeważnie batalistycznych). Miałem bzika na punkcie szkicowania fantastycznej flotylli wielkich, piętrowych autokarów turystycznych. Były w nich klasy, pokoje z makietami kolejek elektrycznych, basen, sale kinowe i muzyczne. A z czasem, w miarę mojego dojrzewania – także kolonia nudystów z pomieszczeniem do ściskania się.

Przez kilka lat uczęszczałem do szkółki niedzielnej, stale występowałem w kościelnym chórze. Zanim zasnąłem, śpiewałem psalmy, trzymając przed ustami szyjkę butelki z ciepłą wodą. Termofor udawał mikrofon. Rodzice wciąż nie chcieli uznać, że jednak mam jakieś muzyczne uzdolnienia. Ale co tam! Byłem już wizjonerem. Mobilna kolonia nudystów z pomieszczeniem do ściskania się? Założę się, że nawet Arthur C. Clarke w moim wieku nie wpadłby na to!

Każde rodzinne odwiedziny u Horry’ego i Dot oznaczały nie tylko spotkanie z ukochanym dziadkiem i babcią, ale także Trilby – siostrą babci Dot. Kiedy ją poznałem, była osobą samotną. Miała w domu pianino. Jedyne, na którym mogłem sobie pobrzdąkać. Tril czytała z nut, grała lekką muzykę klasyczną i popularne piosenki, ale nigdy wiele mnie nie nauczyła. Za to zabawiała wróżeniem z dłoni i interpretacją tarota. Z jednego i drugiego wynikało, że pod każdym względem odniosę sukces. A co najmniej zażyję „wielkiego świata”.

Ciocia Trilby zaopatrywała mnie w papier rysunkowy i chwaliła za szkice. A ja – jak tylko pochłonęły ją robótki na drutach albo książka – przenosiłem się do pianina i zaczynałem grać. Instrument nigdy nie był właściwie nastrojony, kombinowałem więc z klawiszami, póki nie znalazłem sekwencji, o którą mi chodziło.

Pewnego dnia odkryłem akordy, które mnie oszołomiły. Wygrywałem je, podekscytowany, z głową wypełnioną najbardziej złożoną, niepokojącą muzyką orkiestrową. Była coraz wyższa i głośniejsza, urywała się, gdy przestawałem grać. Wracałem do rzeczywistości i codzienności.

– To było piękne – mawiała Tril, odrywając się od tego, czym się aktualnie zajmowała. – Jesteś prawdziwym muzykiem.

Jej wiara we mnie sprawiła, że stałem się odrobinę mistyczny, podobnie jak ona. Modliłem się do Boga, a w szkółce niedzielnej autentycznie kochałem i wielbiłem Jezusa. W niebiosach, gdzie rezydował, czymś zwyczajnym jest osobliwa muzyka, którą czasem słyszałem.

Panna Caitling nie ustawała w zachęcaniu mnie do łączenia fantazji z rzeczywistością. Służyć temu miały twórcze pisanie i sztuka. Zaczęła zapraszać, bym z resztą klasy dzielił się seryjnie wymyślanymi opowiastkami, rozbudowywanymi w miarę narracji. Z dzisiejszej perspektywy dostrzegam, że kolegów i koleżanki ze szkolnej ławy interesowały zarówno sposoby, do jakich się uciekałem, by wybrnąć z tego, co namotałem, jak i sama akcja. Czasem, gdy zanadto popuściłem wodze fantazji, pozbywałem się kłopotu zrzuceniem bomby atomowej na bohaterów historyjki i zaczynałem snuć kolejną, od nowa.

Przed audytorium czułem się swobodnie i naturalnie. Zauważyłem, że nie zapominam języka w gębie. Jeśli czegoś nie wiedziałem, zwykle znajdowałem trick pozwalający wybrnąć z kłopotu. Podczas ostatniego roku nauki w Berrymede każdemu, kto zapytał, jakie mam ambicje, odpowiadałem: chcę zostać dziennikarzem.

Latem 1957 r. na wyspę Man z kolejną wizytą przybył Jimpy. Czuliśmy się razem świetnie, a tato zabrał nas do kina na film muzyczny. Po seansie zapytałem, jak mu się podobała ścieżka dźwiękowa. Odparł, że liczył na trochę swingu, a wszystko, w czym słychać swing, jest OK.

Dla mnie było więcej niż OK. Obejrzenie Rock Around the Clock z Billem Haleyem wszystko bezpowrotnie przewartościowało i odmieniło.

4

Coś w rodzaju zemsty nastolatka

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

5

The Detours

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

6

The Who

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

7

I Can’t Explain

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

8

Substitoot

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

9

Kwas w powietrzu

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

10

Bóg melduje się w Holiday Inn

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

11

Zachwycająca podróż

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

12

Tommy: mity, muzyka, błoto

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Tato (z lewej) w kolejce do mesy w bazie RAF w Niemczech w 1945 r.

Ja w wieku dwóch lat, sierpień 1947 r.

Ciocia Trilby w 1947 r. Tril jako pierwsza zachęciła mnie do muzykowania.źródło: Pete Townshend/Don Townshend

Babcia Denny (z lewej) z jej jedynym synem, moim wujkiem Mauricem, i jego żoną Joyce na początku lat pięćdziesiątych XX w.

Pozostałe zdjęcia dostępne w pełnej wersji eBooka.

Akt drugi

Człowiek autentycznie zdesperowany

Wpatruję się w nicość Śledząc milę za milą Jestem poszukiwaczem Człowiekiem naprawdę zdesperowanym.The Seeker (1970 r.)

Wte i wewte. Daj mi spokój. Wte i wewte. Nigdzie nie mam domu.5:15

13

Lifehouse i samotność

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

14

Między

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

15

Nosiciele

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

16

Żebrak, hipokryta

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

17

Uważaj, o co się modlisz

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

18

Przedsiębiorca pogrzebowy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

19

Wchodzenie we własną skórę

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

20

Rockowy wykolejeniec

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Na naszym ślubie 20 maja 1968 r. Moim drużbą był Speedy Keen (na lewo od Karen). Rodzice stoją za mną, bracia Paul i Simon – przede mną.

Przy gramofonach we własnym studiu przy Wardour Street, gdzie udawałem Guya Stevensa.źródło: LFI

Błogosławione The Who na zdjęciu do magazynu „Vogue”, lipiec 1969 r.źródło: Jack Robinson/Getty Images

The Who w Woodstock, sierpień 1969 r.źródło: Henry Diltz/Corbis

Pozostałe zdjęcia dostępne w pełnej wersji eBooka.

Akt trzeci

Granie dla bogów

Był sobie dźwięk, czysty i łatwy, Wydobywany swobodnie, niczym oddech, szemrzący. Dźwięk wieczny, ja go słyszę, on mnie spotyka, Spleceni nieodwracalnie, jak nieodwracalna jest śmierć.Pure and Easy (1972 r.)

Za znakomitą fasadą Fasadą znakomitości – podpucha i pozerstwo Znakomita fasada Fasada znakomitości – popisy i udawanieEminence Front (1982 r.)

Nie muszę walczyć, by dowieść racji Nie potrzebuję wybaczenia

21

Ostatni drink

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

22

Wciąż pomyleniec

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

23

Iron Man

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

24

Psychoderelict

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

25

Nawrót

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

26

Improwizowanie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

27

Nowy dom

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

28

List do własnego ośmioletniego ja

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

29

Czarne dni, rycerze na białych koniach

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

30

Trilby’s Piano

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

31

Intermezzo

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

32

Kim jestem

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Załącznik

List od fanki z 1967 roku

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Koda

Książkę dedykuję artystom kryjącym się w nas wszystkich.

Tę notatkę, kończącą wynurzenia, adresuję w równym stopniu do Ciebie, Czytelniku, co do siebie. Graj dla bogów! W show-biznesie „bogami” są ci, którzy zajmują miejsca w tylnych rzędach, tych najgorszych, tanich, z których dobrze nie widać i nie słychać. Zabawiają się rozmowami i konsumują mnóstwo prażonej kukurydzy.

Dla artystów „bogowie” to wszechświat, wielki, abstrakcyjny obraz, nieznane, bezmiar nieba i morza. Zwracanie się ku nieskończonemu wszechświatowi może się wydawać pompatyczne albo zupełnie bezcelowe. W istocie jest odpowiednio mały bądź dostatecznie wielki, taki, jakim chcemy go widzieć. Niektórzy wierzą, że niczego tam nie ma. Inni – że otaczają nas opiekuńczy anieli. Cokolwiek.

Graj dla bogów, albo – jak wolisz – dla pluszaków wciśniętych do niewielkiego koszyka. Śpiewaj do wlotu termofora albo kręć uchwytami szuflad komody i wyobrażaj sobie, że jesteś na mostku, a przed tobą dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej podróży.

Wszystko jedno. Jeśli wątpisz, po prostu graj.

Podziękowania

Pisanie tej książki trwało bardzo długo. Lista osób, którym należą się podziękowania – nie tylko za zachęty, ale także za okazaną przyjaźń – jest bardzo długa. Przyjaźnie nie są moją najmocniejszą stroną, nie jestem bardzo towarzyskim stworzeniem. Mam więc okazję sięgnąć pamięcią do osób ważnych w moim życiu, zwłaszcza tych, które mają coś do powiedzenia w tej książce. Tych, którzy zostali pominięci, a uważają, że niezasłużenie, proszę o kontakt. Lubię, jak się przypominają moi autentyczni przyjaciele.

Zacznę od mojego agenta, Eda Victora: wytrwał przy mnie przez te wszystkie poważne zadymy, a współpraca z nim była prawdziwą radością. Wdzięczny też jestem moim brytyjskim wydawcom – Carole Tonkinson z zespołem, w tym także przedsiębiorczemu Simonowi Gerrattowi, który koordynował wszystko pod szyldem HarperCollins UK. Entuzjazm wymienionych i wsparcie udzielane od samego początku ratowały, gdy drwiły sobie ze mnie wciąż czyste kartki. Jonathan Burnham, amerykański wydawca, bezpośredni i drobiazgowy, przypominał, że obaj chcemy, aby książka nie tylko bawiła, ale była też przekonująca. Amerykański redaktor i jego asystent – panowie David Hirshey i Barry Harbaugh – urządzali na mój benefis burze mózgów, przypominając dni, kiedy sam byłem redaktorem. Praca ze słowem pisanym czasem prowadzi do budujących konwersacji – i słowa pociągają za sobą jeszcze więcej słów. Gdy zaczynałem, moim redaktorem był Robert McCrum. Dotąd wdzięczny jestem Michaelowi Pietschowi z Little, Brown and Company za to, że w 1995 r. uwierzył we mnie, a także za to, że gdy już nie mogłem, darował mi co najmniej dwa lata.

Trudna do przecenienia rola przypadła mojej osobistej sekretarce, Nicoli Joss. To ona stworzyła chronologiczny katalog-archiwum, do którego mogłem sięgać bez cienia wahania. Ważna rola przypadła mojemu wieloletniemu przyjacielowi i „adiutantowi” Paulowi Bonnickowi: pomógł urządzić system gromadzenia, wyposażył w półki, wciąż przestawiał ciężkie szafy. Przyznam w tym miejscu, że wielu moich pracowników w ostatnim roku poświęciło setki godzin, by mi pomóc przy książce. Ale to Nicola i Paul byli przy mnie przez siedemnaście lat, tyle co Ed Victor.

Matt Kent, mój pierwszy webmaster, przybył z odsieczą, gdy przyszło zebrać dane opisujące fotografie. Nie ma takiej osoby, która zrobiłaby to lepiej. Sam pstryka cudowne zdjęcia i jest strażnikiem dziejów The Who.

Martin Noble, jeszcze jeden przemiły żydowski kumpel w moim otoczeniu, był w Wielkiej Brytanii kimś w rodzaju interaktywnego redaktora. Wspaniale dopasował się do nas wszystkich. Dziś uważam go za anioła, który przybył z odsieczą, gdy przyszło skrócić wielowątkowy tekst z tysiąca do pięciuset stron. Wykonał tytaniczną pracę, czasem przez osiemnaście godzin na dobę. Obawiałem się o jego zdrowie i małżeństwo. Jeśli jednak żona nadal go kocha tak jak ja, powinna mu ugotować gar sycącego rosołu. Gdy odmówi, ja ugotuję. Zrobimy sobie razem zdjęcie, Martin.

Roger Daltrey z uczuciem traktował powstawanie książki, ze wszystkich sił starał się mnie chronić przede mną samym i maglem. Mam nadzieję, że nie ma mi za złe historii The Who zaprezentowanej z mojego punktu widzenia. Należy do najważniejszych mężczyzn w moim życiu, a z całą pewnością był najważniejszy dla mojej kariery. Mam nadzieję, że któregoś dnia stworzy swoją wersję. Tymczasem musi śpiewać historyjki, które ja mu piszę.

Kolejna wielbiona postać w moim życiu, bardzo aktywna, to Chris Stamp. Podczas pisania tej książki poważnie niedomagał (umarł w grudniu 2012 r. – przyp. tłum.). Opisując początki The Who, nie wystawiłem mu najlepszej cenzurki, ale w ostatnim ćwierćwieczu, gdy był z dala od spraw zespołu, dał się poznać jako bratni wydawca muzyczny i serdeczny przyjaciel, postać jasna i uduchowiona. Pod koniec życia został dramatoterapeutą. Wiele się od niego nauczyłem. O kłopotliwych latach starzenia się mawia, że to „odcinanie kuponów”.

John Cohen, mój prawnik, zasługuje nie tylko na wzmiankę; jest więcej niż prawnym opiekunem – przyjacielem i sojusznikiem, mentorem i protektorem.

Do napisania książki potrzebowałem czasu i miejsca; jedno i drugie niezmiernie trudno pozyskać. Jeśli się udawało, to dzięki pomocy księgowego i drogiego sercu przyjaciela Richarda Rosenberga. Pod dotkliwą nieobecność Nicka Godersona to on sprawiał, że niemożliwe stawało się możliwe. Książka powstała, a to znaczy, że mu się powiodło.